Upalne lato Marianny - Katarzyna Zyskowska-Ignaciak - ebook
Opis

Stylowo opisana historia pierwszej miłości osiemnastolatki żyjącej w spokojnym dworze na wsi mazowieckiej. Mamy lato 1939 roku i choć wokół mówi się już tyle o wojnie, dla dziewczyny liczą się jedynie jej uczucia, których obiektem i celem jest poznany w Warszawie, a potem zjawiający się w sąsiedztwie, młody wykładowca prawa.

Opowieść utkana została ze wspomnień dziadków Autorki. Osadzona w barwnych czasach ich młodości i zbudowana z retrospektyw dawno przebrzmiałych emocji, a jednak – jak sądzę – niezwykle współczesna. Bo Marianna, jak każdy dorastający człowiek ma nieokiełznany apetyt na życie. I jak wszyscy pragnienie dotknąć tabu – bez względu na cenę. Taka chęć zrozumienia własnej cielesności i odnalezienia miejsca w świecie często kończy się rozczarowaniem, niemniej jest nieodłącznym elementem dorastania. Nieodłącznym i ponadczasowym.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 305

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Okładka

Karta tytułowa

Katarzyna Zyskowska-Ignaciak

Upalne lato Marianny

Wydawnictwo MG

Dziękuję Ci za nasz ostatni spacer…

I Tobie Mamo, że tak wiele ocaliłaś od zapomnienia.

Taki to już los mój będzie,

Takie to już miłowanie:

Przywitanie, pożegnanie,

Pożegnanie, wspominanie…

Oczy twoje widzę wszędzie,

Oczy twoje mnie całują

Z dali, z dali mnie miłują,

Z dali, z dali mnie żałują,

Nie przychodzą na wyzwanie,

Jeno błyszczą, jak w legendzie,

W dali, w dali, zewsząd, wszędzie,

– Taki to już los mój będzie,

takie to już miłowanie:

Przywitane… pożegnanie…

Julian Tuwim

(7 X 1915)

Rozdział IMarianna

Lipiec dopiero się zaczyna, ale jest już niezwykle parno i gorąco, a okoliczne pola złocą się od młodych kłosów, które spuszczają pokornie główki przed żarem lejącym się z nieba. W takie dni tylko cień może dać ukojenie. Choć przed rozpalonym słońcem nie da się uciec. A uczucia zrodzone w takie lato nie dadzą się już zapomnieć. Nigdy.

Gdzieś z oddali rozedrgane powietrze przynosi ze sobą dźwięki wsi, którym wtóruje jednostajne, drażniące brzęczenie tysięcy owadów. Ukrywają się wśród falujących, młodziutkich łanów, w kielichach kwiatów, w wysokich trawach. I głośno akcentując swoje istnienie, nieprzerwanie wygrywają uwerturę wakacji.

Przebudzona po długich miesiącach uśpienia przyroda znów pulsuje niepohamowaną chęcią życia. I silnie kontrastuje ze starą, choć zadbaną fasadą okazałego domu, z którego przez szeroko pootwierane okna wydostają się na zewnątrz odgłosy przygotowywanego właśnie obiadu. Monotonna muzyka natury łączy się z pojedynczymi dźwiękami fortepianu, wydobytymi z instrumentu czyjąś niewprawną ręką.

Pod rozłożystymi konarami starego orzecha, którego opiekuńcze ramiona poruszane podmuchami głaszczą szary dach dworu, na kraciastym kocu leży młoda dziewczyna. Fałdy jej letniej, zwiewnej sukienki, usłanej drobnymi kwiatkami, co chwilę unosi ciepły powiew. Oczy ma zamknięte, ale nie śpi. Po jej ładnych, pełnych ustach błąka się uśmiech. Drobna figura sprawia, że wygląda na najwyżej szesnaście lat – mniej niż ma w istocie. W falujących, jasnych włosach, ściętych krótko, zgodnie z modą, igrają promienie. Tworzą roziskrzoną aureolę wokół ładnej, młodej twarzy. Gdzieś w zasięgu szczupłej dłoni leży porzucona książka. Widocznie nie doczekała się, by choć zaczęto lekturę, bo tylko wiatr, co jakiś czas, trzepocze nią, szeleszcząc przy tym kartkami.

Marianna nie ma czasu na czytanie. Zbyt wiele przyjemnych myśli krąży po jej młodziutkiej głowie. Tyle się ostatnio dzieje. Więc gdy leniwie przeciąga się na kocu, jej świadomość wędruje w nieodległą przeszłość. Do świeżych jeszcze wspomnień. Zanim świat przesycił się żarem. Do tegorocznej wiosny, wypełnionej żmudną pracą. Godzin spędzonych z nosem w książkach. Do dręczącego ją strachu i kwitnących kasztanów. Gdy cały park wokół budynku liceum uścieliły białe, rachityczne konwalie. To dziwne, ale ich zapach zawsze kojarzy się Mariannie nie z początkiem, a z końcem życia. Inaczej niż wszystkim. Ale też te wiosenne kwiaty to zarazem zapach perfum jej babki, Leokadii. Z ich duszącą i mdłą nutą głowy. Nutą serca. Nutą starości…

Przed oczami Marianny kwitnie maj. Z cieplejszym wiatrem, kiełkującymi na drzewach listkami i z egzaminem dojrzałości, zdawanym przez niedojrzałych. Dającym patent na dorosłość – urzędowo opieczętowanym, papierowym potwierdzeniem przynależności do świata praw, przywilejów. Obowiązków? Czy jedno nie może się obyć bez drugiego? Marianna z niecierpliwością czeka, by dowiedzieć się, jak to jest być naprawdę dorosłym.

Maturę uzyskuje ze wspaniałymi ocenami. Takie wyniki to przepustka do przyszłości, jaką sobie wymarzyła. To gwarant radości ojca, szacunku Gabrieli, satysfakcji stryja. I możliwość wyrwania się spod ich opiekuńczych skrzydeł. Spod czujnych spojrzeń. Na studia.

Trzeba jeszcze tylko przezwyciężyć niepokój oczekiwania na rezultat konkursu świadectw. Bo może byli lepsi?

Nie było.

Tydzień temu nareszcie przyszedł ten dzień, kładąc kres nieprzespanych nocy, kres niepewności. Obawy umierają za starą bramą, wśród białych, przybrudzonych przez czas budynków uniwersytetu. Nowego uniwersytetu w młodej, kulejącej demokracji. Na jednej ze ścian przy głównym dziedzińcu wisi tablica informacyjna – wyrocznia decydująca o losie – która widzi tyle samo nieokiełznanych wybuchów radości, co powstrzymywanych z trudem łez zawodu. W piersi Marianny młode serce wali niczym dzwon. Staje… Zamiera.

Jest!

Na liście studentów odnajduje swoje, perfekcyjnie wykaligrafowane nazwisko. Widnieje wśród innych, przyjętych na pierwszy rok prawa, studentów.

Nikt się po niej nie spodziewał, że dopnie swego. Nikt nie wymagał dalszej edukacji. Przecież, tak, jak jej matka i babka, może poprzestać na byciu li tylko czyjąś żoną. A później matką. Raczej tego właśnie oczekiwano. Ale Marianna nie chce takiego życia. Nie będzie powielać utartego przez pokolenia schematu. Nie zostanie w domu, by grzecznie czekać, aż jakiś miły, nudny i zamożny syn jednego z sąsiadów poprosi ją o rękę. Choć takie życie zazwyczaj przypada panienkom z dobrego, ziemiańskiego domu. Z rodziny z tradycjami. W której kobieta nie musi spędzać życia nad książkami, nie musi pracować.

Ale niespokojna natura Marianny nie godzi się na wybranie takiego, bądź co bądź, społecznie akceptowanego i łatwego do przewidzenia scenariusza. I dlatego dziewczyna tak bardzo chce studiować. Prawo. W sumie wszystko jedno co. Prawo czy lewo. Byle osiągnąć cel! Byle wyjechać z domu. Byle uciec od obowiązujących tam konwenansów. Żyć wbrew nim, ale zgodnie ze sobą.

Być może Marianna rzeczywiście nie pała wielką miłością do „prawa” i zapewne ojciec łatwiej by zrozumiał, gdyby jej wybór padł na jakiś bardziej odpowiedni, jego zdaniem, dla kobiety dział nauki – ot, choćby historię sztuki – ale on nie ma w zwyczaju ingerować w decyzje rozpieszczonej, ukochanej córki. Dlatego i tym razem kochający papa, z wrodzonym sobie spokojem, akceptuje kolejny jej kaprys. A teraz już nie ma nadziei na to, że ambitne plany się nie powiodą. Jej nazwisko widnieje na liście!

Dziewczyna przez chwilę stoi oniemiała pod tablicą informacyjną. Potrącana i szturchana łokciami przez zebranych w zbity tłum innych, podobnych do niej, młodych ludzi. I z radosnego oszołomienia wyrywa ją dopiero głos przyjaciółki, który dobiega gdzieś spośród morza rozgorączkowanych głów.

– Marianna. Marianna! Dostałaś się?

Wywołana w ten sposób dziewczyna nie musi nawet odpowiadać. Wyraz triumfu na jej twarzy mówi przyjaciółce więcej, niż mogą wyrazić słowa.

Teraz ich przyjaźń będzie mogła trwać dalej, niezmącona. Co prawda Krystyna wybrała wydział medycyny, ale przecież obie są studentkami na tym samym uniwersytecie. Uniwersytecie Józefa Piłsudskiego w Warszawie. Na tej młodej, świeżo odrodzonej uczelni, w równie młodym kraju. Kraju, który ma zaledwie dwadzieścia jeden lat i dopiero uczy się życia. Na nowo. Popełnia błędy młodości, przeżywa pierwsze wzloty i upadki. Pulsuje pragnieniami i nadziejami. Stanowi niemal żywy, rozbuchany organizm, który wciąż chce więcej. I więcej…

Teraz Marianna będzie częścią tego pędu, tych przemian. Piłsudskiego już nie ma – odszedł głos narodu, przewodnik zbłąkanych owieczek. Ale jest ona. Dorastająca. Pełna nadziei. Nie potrzebuje drogowskazów – i tak pójdzie swoją drogą. Świat już na nią czeka – a ona czeka, by go odkryć. Pragnie wbić mocne zęby we wszystkie smaki młodości – aż sok poznania spłynie jej po brodzie. Bez kurateli rodziców. Z wierną przyjaciółką u boku.

Znają się od dziecka, bo majątek Aleksandra Boruckiego, ojca Marianny, leży pod Kamieńczykiem, gdzie praktykę lekarską prowadzi doktor Wieruszewski, ojciec Krystyny. Życie dziewczynek się splata. Razem dorastają. Wspólnie kończą te same szkoły, dzielą troski, radości i przez lata rodzi się między nimi siostrzana przyjaźń. I choć są jak woda i ogień, marzenia mają podobne. Acz kierują nimi zupełnie różne pobudki.

Pociąg do domu, skąd ze stacji ma je zabrać ojciec Marianny, będzie dopiero za dwie godziny, mogą więc zatopić się w tłumie przechodniów, przespacerować po skąpanym w słońcu, pełnym gwaru Nowym Świecie i uczcić sukces ciastkiem u Bliklego.

Głośne życie dużego miasta – które tak bardzo różni się od jej sielskiego, wiejskiego – fascynuje Mariannę. Wprawia w zachwyt. Teraz będzie częścią tej kolorowej fali. Z dala od wpajanych form, stałych pór posiłków, konnych przejażdżek, od całej tej mazowiecko-ziemiańskiej tradycji, która szczerze ją nuży…

Jest ciepło, ale upały dopiero się zbliżają. Stare kamienice kładą długie cienie – w ich chłodzie można się schronić przed słońcem. Marianna jest tak zatopiona w snuciu przed przyjaciółką planów na przyszłość, że zupełnie nie zauważa, kiedy niedbale narzucony na ramiona sweter – który mimo protestów i ładnej pogody nadopiekuńcza Gabriela nakazuje jej ze sobą zabrać – zsuwa się powoli i upada na chodnik. Marianna nie przepada za tym jasnozielonym sweterkiem, którego mankiety zdobi drobny haft w czerwone kwiaty, bo uważa, że jest dla niej, młodej, ale już jednak kobiety, zbyt dziecinny. I ta miniaturowa łąka zostałaby zmieciona najpewniej z warszawskiego bruku przez buty spieszących się w różne strony przechodniów, gdyby nie czujne oko młodego mężczyzny, który idzie w dość dużej odległości za roześmianymi dziewczynami od samej bramy uniwersytetu.

Przekraczają próg kawiarni – ona wciąż zatopiona w rozmowie z Krystyną – i wtedy, nagle, czuje czyjś dotyk na ramieniu. Muśnięcie obcej dłoni. Odwraca się energicznie w stronę intruza, który stoi tuż za nią, blisko. Tak blisko, że niemal wyczuwa bijące od niego ciepło.

Lekko zdyszany młody mężczyzna w śniadej dłoni trzyma ów znienawidzony element garderoby.

–To pani? – rzuca szorstko, bez śladu uśmiechu na twarzy. – To znaczy – waha się – to, zdaje się, jest pani sweter?

Jest bardzo szczupły i wysoki. Ale nie chudy. Ma wysportowaną sylwetkę, ciepłą oliwkową karnację i kruczoczarne włosy, które wydają się tym ciemniejsze, że kontrastują z niemal przezroczystym błękitem zmrużonych oczu. Mężczyzna z nieukrywanym, choć chłodnym zainteresowaniem taksuje twarz Marianny. Jest w tym spojrzeniu coś bezczelnego. Dziewczyna czuje, jak uderza ją fala gorąca. A może to wina upału? Przez moment nie potrafi wydobyć z siebie głosu i ma wrażenie, jakby ta sekunda trwała wieczność.

– Tak – odpowiada w końcu powoli i odbiera z lekkim zażenowaniem zieloną zgubę. – Dziękuję.

Po tej skąpej odpowiedzi mężczyzna przez chwilę pozostaje na miejscu, ale już nie ma nic więcej do powiedzenia. Przez sekundę wygląda, jakby chciał coś dodać. Jakby powinno między nimi paść jeszcze jakieś zdanie. Ale obojgu słowa grzęzną w gardle, więc nieznajomy w milczeniu kłania się obu kobietom, a później, równie szybko, jak się pojawił, na powrót wtapia się w tłum sunący Nowym Światem. Krótką chwilę ciszy wypełniają odgłosy ulicy.

Marianna pozostaje w miejscu – odprowadza go wzrokiem. Trwa w pół słowa, w pół kroku – do zapachu kawy i słodyczy ciastek. Ktoś próbuje ją wyminąć w drzwiach kawiarni, ktoś lekko potrąca. A ona stoi oczarowana urodą młodego mężczyzny. Tarasuje wejście.

– Wchodzą panie? – słychać czyjś zniecierpliwiony głos.

W odpowiedzi Krystyna ciągnie przyjaciółkę do środka. Zajmują miejsce przy oknie. Z widokiem na nowe życie, na Nowy Świat. Ich nowy świat.

Znajomy głos wyrywa Mariannę z zamyślenia:

– No no, Marie… – mówi Krystyna, naśladując francuski akcent licealnego, niedarzonego specjalną sympatią profesora. – Zaczynam żałować, że nie wybrałam prawa.

– Nie rozumiem. – Marianna sadowi się na niewygodnym, giętym krześle i przenosi nieobecne spojrzenie na uśmiechniętą twarz współtowarzyszki.

– Chyba żartujesz? – Tamta uśmiecha się rozbawiona. – Nie zauważyłaś, w co był ubrany?

– W garnitur? – odpowiada niezbyt roztropnie, bo przecież, jakie to ma znaczenie, w co ubrany był nieznajomy. Wciąż widzi jedynie świdrujące, bladoniebieskie spojrzenie. Wciąż czuje na sobie jego oddech.

– Oj głuptasie, o czapkę mi chodzi. Z emblematem twojego wydziału…

Marianna milczy, nadal nie mogąc się pozbyć obrazu jasnych oczu mężczyzny. Tak doskonale przystojnego i tak różnego od chłopców, którzy dotąd zaprzątali jej młodą głowę. Przez moment czuje coś, o czym przecież jej, dobrze wychowanej pannie, nie wolno nawet pomyśleć… Ma wrażenie, że w jej skroniach szybciej pulsuje krew i czuje, że oblewa się rumieńcem. Drżące z niespodziewanego zdenerwowania dłonie, w których trzyma odzyskany sweter, chowa pod szydełkowy obrus przykrywający okrągły blat stolika.

– Piękny niczym Brodniewicz, nie sądzisz? – Marianna słyszy słowa przyjaciółki, które z trudem przedzierają się przez jego obraz. Obraz powoli rozmywa się, blednie. Znika.

– Marie!

– Może… – cedzi.

– Chyba nie stracisz głowy dla jakiegoś nieznajomego poznanego na ulicy. Przecież nawet nie wiesz, kto to. – Krysia przygląda się bacznie przyjaciółce, po czym szeroko się uśmiecha. – Rzeczywiście, nasz pobyt w Warszawie ciekawie się zapowiada.

Marianna ani słowem nie napomyka podczas reszty popołudnia o tamtym spotkaniu, ale jego wspomnienie jeszcze długo zaprząta jej głowę. Nie rozumie, co się z nią dzieje. I dlaczego nie może się skupić na rozmowie z przyjaciółką. Nawet emocje związane z przyjęciem na studia wydają się blednąć, gdy przed oczami staje dziewczynie obraz tamtego człowieka. I jak nazwać to uczucie, to wewnętrzne drżenie, którego nie umie pohamować? Przecież nie można się zakochać, ot tak. W kimś, kogo widziało się tylko chwilę, kogo zupełnie się nie zna. O kim wie się tylko tyle, że ma piękne oczy? Choć przecież oczy są zwierciadłem duszy – tłumaczy sobie, w młodzieńczej naiwności. Czy można w jednej chwili zakochać się w czyjejś duszy?

I co może o tym wiedzieć taka niedojrzała kobieta? Po egzaminie dojrzałości z łaciny i francuskiego, ale nie z miłości.

Marianna żyje według sztywnych reguł, jakimi od zawsze rządzi się świat. Prawa ma mężczyzna. Kobieta ma wobec mężczyzny obowiązki. Ale ona tak nie chce, nie zamierza tak żyć. Ucieknie z tradycyjnie prowadzonego domu. Ucieknie przed regułami. Zawsze robiła to, na co miała ochotę. Już w szkole w kontaktach z rówieśnikami. Nie oblewał jej rumieniec, gdy zostawała z którymś ze szkolnych kolegów tête-à-tête. Miała wobec nich sporo śmiałości. I świadomość swojej kiełkującej dopiero kobiecości, która jednak – wie o tym dobrze – dość mocno oddziałuje na płeć przeciwną. Ale ci młodzi mężczyźni – jeszcze chłopcy o mentalności dzieci – w których towarzystwie dotąd się obracała, adorują ją tak nieporadnie. Mariannę szczerze bawią te niezdarne zaloty. Bawią i mało obchodzą. Śmieszą ją ukradkowe, spłoszone spojrzenia, niedokończone zdania. Romantyczne westchnienia nie wywołują szybszego bicia serca, panieńskich rumieńców. Nie powodują drżenia kolan i nie nasuwają myśli o tych niejednoznacznych, przemilczanych sprawach, które ostatnio coraz bardziej zaprzątają jej głowę. Owszem, czasami daje się zaprosić któremuś ze szkolnych kolegów na krótki spacer lub karnawałowy bal organizowany przez dyrekcję licem. Czasami obdarza nawet takiego wniebowziętego szczęśliwca zdawkowym, przelotnym pocałunkiem. Ale zakochać się? Romantyczne porywy serca, równie platoniczne, jak głupie, są raczej domeną Krysi, która od lat podkochuje się w jednym i tym samym mężczyźnie. Oczywiście w tajemnicy i ze szlachetną niepewnością na jakąkolwiek wzajemność.

A tymczasem Marianna już czuje, że prawdziwa miłość to nie słodkie pocałunki, o smaku podarowanej w oparach zakłopotania bombonierki w kształcie serca, która ma oznaczać: „kocham”, a mówi: „ckliwy bałwan”. To krew i łzy. Żar, a potem rozpacz. Przyciąganie i odrzucenie. I coś jeszcze, coś, o czym nie mówi się głośno. O czym nie wypada myśleć. Coś mrocznego, niezwykłego, szalonego. Namiętność…

Ale te prawdy zna na razie tylko z książek. Nie skończyła jeszcze osiemnastu lat. Jest kobietą, która ma już piersi, ale nie ma jeszcze prawa, by myśleć, po co je ma. Ukryte gdzieś tam, pod kremową, jedwabną bluzką.

Na studiach – dorosła. W domu – dziecko. Biologicznie – zdolna do rodzenia. Kulturowo – niezdolna do suwerennych decyzji. Obyczajowo? Być może skostniały świat nigdy nie pozwoli Mariannie, by je podejmowała…?

Chociaż przecież w czytanych potajemnie „Wiadomościach Literackich” obiecują zmianę. Obyczajową rewolucję… Marianna chce być częścią tej rewolucji. Wojownicza Marianna – rewolucjonistka. Nosi przecież imię, które zobowiązuje.

Teraz nie myśli jednak o nowych ideach i przewrotach. Jest skupiona tylko na nim. Na tajemniczym nieznajomym. Gdyby tak mogła znowu go spotkać. Jeszcze raz spojrzeć w oczy, poczuć dotyk na ramieniu… Choć to przecież niemożliwe. Warszawa wydaje jej się taka ogromna. Jak odnaleźć tego jednego pośród biegu tłumów? Ale gdyby…? Może Krystyna się nie myli i ich drogi skrzyżują się na jednym wydziale, gdy rozpocznie się rok akademicki.

Zjada kawałek ciasta czekoladowego i popija go kawą. Nie taką, jak podaje się w jej domu dzieciom – pachnącą palonym zbożem, polami, spokojem. Tutaj sączy gęstą, czarną arabicę. Pierwszy raz. I choć usta wypełnia jej głęboki, gorzko-kwaśny smak, nie krzywi się. Może właśnie tak – intensywnie – smakuje dorosłość? Kawa pachnie jak coś zakazanego, niezwykłego. Kofeina pobudza zmysły…

***

Wełniany koc ma krótkie, ostre włoski. Drażnią rozgrzaną skórę, pobudzając krążenie. Marianna wygrzewa się w słońcu padającym na jej twarz przez usłane liśćmi konary masywnego orzecha. Bezpłodnego. Zbyt starego, by wydał jeszcze owoce, ale za to niezwykle rozłożystego, pięknego. Znowu, na wspomnienie tamtego dnia, przeciąga się niczym kot, a kąciki ust unoszą się bezwiednie w rozmarzonym uśmiechu. Gdyby teraz nad dziewczyną stanęła Gabriela, zapewne pomyślałaby, że jej podopieczna rozmyśla o odniesionych ostatnio sukcesach. W jak dużym byłaby błędzie… Niepoprawna Marianna marzy. Ale wcale nie o zgłębieniu arkanów prawa. Na pewno nie o paragrafach, kodeksach, precedensach.

Gdzieś w głębi domu trzaskają drzwi, porwane nagłym przeciągiem, a chwilę później do uszu dziewczyny dobiegają ciężkie kroki idącego korytarzem mężczyzny. Ten na moment zatrzymuje się, żeby z kimś porozmawiać – słychać przytłumione głosy – po czym kieruje się w stronę otwartych na ogród, przeszklonych drzwi werandy mieszczącej się na tyłach domu. Marianna podciąga się na łokciach, patrzy w tamtym kierunku i leniwym ruchem poprawia podwiniętą przez bezwstydne podmuchy sukienkę. Nie wiedzieć czemu – może by zachować pozory, że jednak nie leniuchowała przez ostatnie godziny – szybko podnosi leżące obok Niebezpieczne związki Choderlosa de Laclosa. W przekładzie „Boya”. Ciekawe, czy ów niepokorny tłumacz by się uśmiechnął, wiedząc, że tę skandalizującą powieść czytuje się na katolickiej, mazowieckiej wsi?

Kroki słychać coraz bliżej.

Mężczyzna nadchodzi.

– Nie za wcześnie na takie lektury, Marie? – pyta, stając nad córką.

Aleksander Borucki to mężczyzna nadal dość młody, który bezspornie wciąż może podobać się kobietom. Jest średniego wzrostu i dość mocnej budowy. Cały urok ujmują mu jednak lekko przygarbione plecy i nieschodzący z twarzy uśmiech smutnej rezygnacji, które wraz z przedwcześnie posiwiałymi włosami dodają mu zapewne z górą dziesięć lat. Od śmierci ukochanej żony radość gości na jego ustach tak rzadko… Praktycznie tylko wtedy, gdy widzi swoje dzieci. I tak też dzieje się teraz. Patrzy z czułością na piękną, rozkwitającą córkę. Rozpromienia się, a w jego oczach błyszczą iskierki rozbawienia.

– Młode damy nie powinny czytywać lubieżnych romansów.

– Ależ, tatku – mówi Marianna z teatralnym oburzeniem, przesuwając się na bok, by zrobić ojcu miejsce na kocu. – Nie jestem już dzieckiem, a poza tym – śmieje się perliście – po prostu chciałam poznać lepiej gatunek powieści epistolarnej. Profesor Matuszewski nie zdążył tego z nami przerobić.

–Terefere, moja panno. – Uśmiecha się na to niewinne kłamstwo, siadając obok równie niewinnej córki, i gładzi z czułością, nieśpiesznie, jej mieniące się w słońcu włosy.

Po chwili dodaje, przyglądając się jej z zadumą:

– A swoją drogą, widzisz, nadal nie mogę się przyzwyczaić, że mam w domu nie dziecko, a dorosłą kobietę. Przyszłą panią mecenas.

To duma czy strach? W Kamieńczyku jest bezpiecznie, to ostoja tradycyjnych wartości… Ale Warszawa? Ta Warszawa…

A może to wcale nie strach przed życiem – poza granicami jego świata, poza granicami wsi – pędzącym coraz dynamiczniej, w rytmie fokstrota? Może to tylko odwieczna, pełna obaw rodzicielska miłość, przerażona ciągłym przemijaniem. Dzieci tak szybko dorastają.

Ojciec jako człowiek o niezwykle łagodnym usposobieniu, przed którym los postawił trudne zadanie samotnego wychowania dorastającej córki, pobłaża jej niemal we wszystkim. Wymaga jednego, by dziewczyna zdobyła wykształcenie odpowiednie dla jej społecznej pozycji. Aby była miła, uprzejma i kulturalna. W przyszłości troskliwa wobec dzieci i uczynna dla męża – jak wszystkie kobiety w tej rodzinie. Ale nie ma wątpliwości, że wszystkie te przymioty charakteru córka na pewno odziedziczyła po matce – uosobieniu łagodności i dobroci. Dlatego też nie należy jej robić wykładów, nie ma potrzeby, by o tym rozmawiać. W ogóle po co poruszać niewygodne tematy z dzieckiem – przecież każde zna swoją powinność wobec rodziców. Dobre geny załatwią wszystko. I czy Marianna nie ma dostępu do książek? Z książek dowie się o życiu wszystkiego, co potrzeba. Wszystkiego, o czym ojciec nie chciałby mówić głośno. Więc niech sobie czyta, co chce. Są sprawy, o których lepiej nie dyskutować, o których łatwiej jest nie rozmawiać z dojrzewającą kobietą. I Aleksander Borucki nie ma odwagi, by to zmieniać. Marianna o wszystkim musi dowiedzieć się sama – jego mała córeczka. Wychowanie przez zaniechanie…

– I jak tam, tatku, Gryf?

Gryf. Idealnie zbudowany, piękny arab, jeden z kilku rezydujących w stajniach kamienieckiego majątku i oczko w głowie jego właściciela.

– Nadal nie chce jeść – mówi ze smutkiem ojciec. – Weterynarz niby go przebadał, wydawałoby się, że wszystko jest dobrze, ale poprzednie lekarstwa na apetyt nie zadziałały i nie wiem, czy nie sprowadzić do Gryfa lepszego lekarza. Poczekam jeszcze kilka dni, ale zwlekać też nie ma co, bo mi zwierzę z głodu padnie.

– To pewnie będzie tato jechał do Warszawy? – pyta z nadzieją w głosie, bo podróż ojca byłaby pretekstem do przejażdżki również dla niej.

– Pewnie tak – odpowiada zamyślony. – Przy okazji porozmawiałbym z ciocią Weroniką o twoich studiach.

Marianna smutnieje. Czar pryska. Nadzieja umiera. Cały czas wierzyła, że ojciec jednak pozwoli jej na wynajęcie stancji z Krysią i nie wyśle pod czujne – na pewno zbyt czujne – oko ciotki. Staropanieńskie, wnikliwe oko. Smutne i dociekliwe. Jakież Krystyna ma szczęście, że nie ma rodziny w stolicy…

Tymczasem ciotka Wera, siostra matki Marianny, poczciwa kobieta o gołębim sercu, ale dość chłodnym usposobieniu, rezyduje sama w dużym mieszkaniu przy ulicy Erywańskiej. Sama, tylko z gospodynią. Wśród kilku ziejących pustką pokoi, których przestrzeń wypełniają dzieła sztuki, piękne meble oraz drogie bibeloty. Ale brak w tych wnętrzach ludzkich oddechów, które przywróciłyby te przedmioty do życia. Jeden z tych martwych pokoi ciotka z radością przeznaczy na sypialnię Marianny.

Weronika jest starą panną, a jako że nigdy nie była przymuszona do pracy zarobkowej, całe życie poświęca pomocy w różnej maści przykościelnych ochronkach i innych tego typu przybytkach pomocy społecznej. Czy na jej usposobienie wpływa kontakt z wszelkimi nieszczęściami i biedą tego świata, czy może jest tak „surowa” od zawsze? I może to dlatego, że pomimo pokaźnego majątku nigdy nie znalazł się chętny do jej ręki? Marianna nie zna kolejności tych zdarzeń. Błogosławi jednak w duchu dzień, kiedy ojciec podjął decyzję i odrzucił propozycję szwagierki, która sugerowała, że lepiej, aby to ona, kobieta, zajęła się wychowaniem „biednych sierotek”. A zapewne decyzja ta nie była dla Aleksandra prosta. Matka Marianny, Elżbieta, umarła bowiem w połogu, po narodzinach drugiego dziecka, gdy dziewczynka miała zaledwie dziesięć lat. Pan Aleksander długo czekał na syna, a kiedy los mu go ofiarował, w zamian zabrał ukochaną żonę.

Został więc z dorastającą córką i niemowlęciem. Mimo przepełniającego go bólu po tragedii, która uderzyła tak nagle, i strachu, czy podoła obowiązkom, dzieci wychowają się w Kamieńczyku. Z kochającym ojcem, na wsi, gdzie mają przecież wspaniałe warunki – mimo kryzysu gospodarczego majątek prosperuje bardzo dobrze – ale też w bród tu świeżego powietrza, którego przecież nie uświadczyłyby w Warszawie.

Od śmierci matki mija już ósmy rok, ale Marianna nie ma wątpliwości, że ciotka, na wieść o uniwersyteckich planach siostrzenicy, ponowi propozycję roztoczenia nad nią opieki. I z radością spełni prośbę przyjęcia dziewczyny na czas studiów pod swój dach. Co gorsza, zapewne w pełni się w tę opiekę zaangażuje. Gdyby jeszcze Weronika mieszkała dalej od uniwersytetu, być może dziewczyna miałaby szansę wyperswadować ojcu pomysł ich wspólnego mieszkania, ale tak – żegnaj wolności.

Odpycha tę myśl. Dziś nie zamierza zaprzątać sobie tym głowy. Jest piękny lipcowy dzień. Przed nią – mimo wszystko – jawi się całe to wspaniałe, studenckie życie. Z ciotką na karku czy bez. Zmienia więc temat, by nie wdawać się z ojcem w dyskusję, która i tak skazana jest na niepowodzenie. Wszystko już postanowione.

– Ma coś dzisiaj jeszcze tatko do załatwienia? – pyta.

– Nie, córeczko. Po obiedzie chciałbym odpocząć, bo mnie staremu ten upał coś ostatnio okropnie daje w kość, a potem muszę jeszcze posprawdzać księgi. Zresztą, jeśli się ten gorąc nie skończy, to całe plony pójdą na marne. I te pożary… Już podobno pod Łochowem dwa domy się spaliły.

Mariannę niewiele obchodzą ani plony, ani pożary – prócz tego w niej samej – ale ujmuje dłoń ojca i czule ją całuje.

– Nie martw się, tatku, bo rzeczywiście szkoda twojego zdrowia. Już starczy, że Gabriela ma nad wszystkim pieczę.

– No tak! – Mężczyzna klepie się w kolano z zafrasowaną miną. – I widzisz, à propos starości i Gabrieli. Przez te nasze pogawędki zapomniałem, że prosiła na obiad. Zupełnie mi to uleciało z głowy. Oj, zła będzie Gabrysia.

Oj, będzie – myśli Marianna, podnosząc się wraz z ojcem z koca i idąc w stronę werandy. W domu wszyscy doskonale znają raptowne usposobienie gospodyni, która bardzo nie lubi, gdy domownicy spóźniają się na posiłki – a niepodzielnie rządzi domem i z niemal matczyną troską patrzy, jak pan Aleksander chodzi z głową w chmurach, zapominając o jedzeniu. Dziewczyna wie, że dostaną oboje burę. Ale gdyby nie Gabriela…

Obiad rzeczywiście stoi już na stole. Półmiski parują, obok zimna waza – chłodnik? Jadalnię wypełnia zapach domu, pieczonych przepiórek, które jeszcze wczoraj biegały po kamienieckich polach, i świeżych, zielonych ogórków, które toną w białym, obfitym jeziorze gęstej śmietany. Pachnie dostatkiem i bezpieczeństwem.

Dookoła stołu uwija się Zosia, poprawiając nakrycia – porcelana musi lśnić, srebro dawać czysty, zimny błysk, wykrochmalone serwetki trzeba poskładać równo, acz finezyjnie. Za dziewczyną krok w krok podąża sporo od niej niższy chłopiec – Michał. Droczy się z nią, przedrzeźnia, zaczepia, gdy ta uwija się pod karcącym spojrzeniem gospodyni. Przeszkadza. Ale bez złośliwości. W końcu nadal jest dzieckiem. Czystym, jeszcze nieskażonym cynizmem – którym każdy nasiąka wraz z dorastaniem. Żeby stworzyć niewidzialną ochronę przed ciosami, jakie gotuje świat. Na razie Michał jest od tego wolny. Biega szczęśliwy i rozbawiony. A służąca odgania się od niego jak od natrętnego owada, choć wcale nie jest zła. Lubi to radosne dziecko.

W drzwiach na pana Aleksandra czeka Gabriela, która – być może także zmęczona duchotą – dziś litościwie oszczędza wszystkim wymówek, kręcąc jedynie z dezaprobatą głową.

Gabriela.

Kobieta o przysadzistych kształtach i okrągłej twarzy, zwieńczonej misternym kokiem przetkanym zalewie kilkoma siwiejącymi pasmami, która zawsze – bez względu na pogodę i panującą w danym roku modę – chodzi w czarnej prostej sukience przed kostkę. Gospodyni jest jeszcze dość młoda – choć niespełna osiemnastoletniej Mariannie wydaje bardzo dojrzała. A może nawet stara? Chociaż pewnie to wrażenie potęguje surowość czarnych strojów, które Gabrysia nosi? Może to żałoba? Może asceza? Może skromna natura? Gabriela też ma swoje tajemnice.

Ten zgrzebny entourage może jednak zwieść obcą osobę, nieznającą jej temperamentu. Patrząc na nią z boku, można by ją uznać za odrobinę ociężałą intelektualnie i łagodną. Tymczasem Gabriela jest wulkanem energii – mimo tuszy – i chyba najbardziej zaradnym mieszkańcem kamienieckiego majątku. To ona, od śmierci pani Elżbiety, stanowi najważniejszy żeński pierwiastek tego domu i myśli o tym wszystkim, o czym pan Aleksander nie ma nawet pojęcia.

Jest jeszcze babka Leokadia. Ale ta stanowi tu już tylko pierwiastek starości. Nie miesza się do prowadzenia domu. Nie ma do tego siły? Głowy? Chyba nawet, gdy była młoda, za bardziej odpowiednie dla siebie zajęcie uznawała grę na fortepianie i haftowanie monogramów na chusteczkach. Zawsze była tylko panią. A dom, majątek, potrzebuje silnej ręki. Sprawnego zarządzania.

I jest Gabriela.

Szczęściem w nieszczęściu, które spotkało Aleksandra wraz ze śmiercią żony, była właśnie ona. Opiekowała się małą Marianną i nowo narodzonym Michasiem, który spokojnie rósł pod jej opieką. Zajmowała się dziećmi z iście matczyną troską, a domem tak, jakby był to jej własny. Być może miała gwałtowne usposobienie i łatwo się unosiła – co często na własnej skórze odczuwała reszta służby – ale była jak osty w krainie łagodności. Głęboko sprawiedliwa, wyrozumiała. Wzbudzała ogólny szacunek. Dodatkowo posiadała wyjątkową przenikliwość, a jej obserwacje zawsze były niezwykle celne. Nigdy też swoich sądów nie dusiła w sobie. Szybko ubiera je w proste, często dosadne słowa. Jej zdanie w tym domu zazwyczaj okazywało się ostatecznym.

Obiad. Gabriela posiłki często jada wraz z ojcem i dziećmi, a także niekiedy ze starszą panią Leokadią, matką Aleksandra, która złożona pogłębiającą się chorobą sporadycznie gości przy rodzinnym stole, a coraz częściej spędza dnie w swoim pokoju. Gospodyni już od lat traktowana jest bardziej jak członek rodziny, aniżeli pracownik. Zresztą pan Aleksander ma wtedy sposobność, by omówić z nią wszelkie domowe sprawy, poczynając od gospodarskich, finansowych, a na tych związanych z opieką nad dziećmi kończąc.

Posiłki w tym domu to jednostajny szum rozmów. Wstydliwy odgłos srebrnych sztućców, muskających delikatnie porcelanę. Savoir vivre – w tej rodzinie powszedni dzień nie zwalnia od odświętnych form. Gabriela coś mówi. Michał niepostrzeżenie zsuwa na podłogę kawałeczki mięsa, które lądują przy pysku jego pupila, wyżła Anatola. Rosyjskie imię – pod tym dachem – nadaje się tylko dla psa. Spokojny obiad czwartkowy przebiega bez wzniosłych dyskusji o sztuce, filozofii, muzyce. A tylko orbituje swobodnie wokół różnych spraw, nieistotnych z punktu widzenia Marianny. Słucha, ale jednym uchem, zatopiona we własnych myślach. Do czasu.

Zosia podaje deser. Galaretka, truskawki i bita śmietana – słodko drżąca góra zwieńczona śniegiem nieczułym na upał.

Gabriela pyta:

– Był pan dzisiaj we wsi?

– Byłem – odpowiada pan Aleksander. Podnosi łyżeczkę do ust. Rozpływa się w smaku świeżych owoców. Smaku słońca, lata…

– A może coś pan słyszał o tym wypadku konnym? Jakiś letnik podobno. Z konia spadł. Zosia przyniosła nowiny.

Gabriela, mimo że stateczna, ploteczki lubi – czym innym żyć na tym odludziu? A i ojciec czasami, trochę dla rozrywki, trochę z ciekawości, lubi z gospodynią porozmawiać o błahych sprawach. Poza codziennością. Księgami, plonami…

– Nie słyszałem. – Patrzy na Gabrielę i uśmiecha się pod wąsem, widząc nieukrywane rozczarowanie na jej twarzy. – Ale na pewno, gdyby to było coś poważnego, to weterynarz by mi wspomniał. A poza tym jak letnik, to i pewnie mało kogo we wsi obchodzi.

– Ale to nie byle letnik. – Gabrysia zdrapuje łyżeczką kremowy szron ze szczytu truskawkowej góry. – Co prawda młody, ale to przyjaciel siostrzeńca księdza dobrodzieja. Podobno zaledwie wczoraj na letnisko zjechali, a dziś już takie nieszczęście.

Pan Aleksander z błyskiem rozbawienia w oczach spogląda ponownie na kobietę i mówi:

– Ha, to Gabriela już wszystkiego sama się wywiedziała, a mnie za język ciągnie?

– Oj! Ja tam nic nie wiem…

Czy Mariannie się wydaje, czy Gabriela się rumieni? Niczym grzeczne dziecko przyłapane na małym grzeszku.

Rozmowa schodzi na inne sprawy. Michał nie daje ojcu spokoju, wypytując o możliwe powody choroby jego ukochanego Gryfa. Marianna kończy deser i czeka, aż uczyni to również ojciec, by móc odejść od stołu. Zgodnie z zasadami dobrego wychowania.

Wreszcie domownicy rozchodzą się do swoich pokoi na poobiedni odpoczynek. Gabriela do dalszej pracy – zarządzić kolację, dopilnować karmienia zwierząt, wypielić przydomowy ogródek…

Marianna próbuje czytać, leżąc na swoim łóżku, ale nie może zapomnieć słów gospodyni. A więc Zenon przyjechał na wakacje – myśli. – Piękny, wesoły Zenek.

Siostrzeniec proboszcza od lat dziecięcych przyjeżdżał na wakacje do sielskiego Kamieńczyka i Marianna zna go świetnie. Starszy od niej o kilka lat, bardzo ładny chłopiec i do tego warszawiak, bardzo jej imponował. Chyba każda miejscowa dziewczyna w tajemnicy się w nim podkochiwała. Jednak od dwóch lat się tu nie pojawiał. Myślała, że pochłonęły go studia. Nowe obowiązki. Dlatego Marianna zaskoczona jest nagłą wizytą starszego kolegi.

Dziewczyna uśmiecha się nieznacznie. Jeśli ten ranny trafił do doktora Wieruszewskiego, to niedługo wszystkiego się dowie. Krystyna na pewno nie omieszka przynieść nowin.

I rzeczywiście nie musi długo czekać.

***

Michał już śpi. Ojciec ślęczy nad jakimiś papierami w swoim gabinecie. Starsza pani, która dziś znowu czuje się gorzej, drzemie w swoim pokoju, po zaordynowaniu jej przez Gabrielę przeróżnych medykamentów. Marianna pozostawiona sama sobie siedzi na werandzie, rozparta w rozłożystym fotelu, z nogami przerzuconymi przez jego miękką poręcz. Czyta z rosnącym zainteresowaniem porzuconą na czas obiadu lekturę. Jest jej trochę wstyd wobec ojca, że popołudnie spędziła bezczynnie, więc postanawia nadrobić zaległości.

Z gramofonu dobiegają trzeszczące dźwięki obracającej się monotonnie płyty, akompaniujące którejś z arii Carusa. Zza otwartych na oścież drzwi werandy, na której siedzi Marianna, dochodzą do jej uszu drżące odgłosy. Powietrze niemal wibruje od żabiego skrzeku. Odległego. Niesionego tu aż znad rzeki i pięknie harmonizującego z koncertem światowej sławy tenora. I ze skrzypcami niezmordowanego świerszcza, który pod ścianą domu postanowił ulokować swą malutką, utkaną z traw scenę. Dźwięk wielkiego świata i mazowieckiego pustkowia stapia się w jedno. Zmrok mętnieje, otulając coraz ciaśniej drzewa w ogrodzie.

Z lampy stojącej na stoliku obok na kartki książki pada przytłumiony snop światła. Na twarzy dziewczyny rysuje się głębokie skupienie. Lektura ją pochłania – tyle niemoralności… Dwuznaczne słowa pobudzają młodą wyobraźnię. Z lekkim wstydem czyta cudze listy, choć to tylko słowa bohaterów książki, tylko wyobraźnia pisarza. Ale Marianna ulega nastrojowi, zatapia się w intrygę. Czuje coraz silniejsze emocje. Pożądanie niegodne miłości. I jego niszczycielska siła, która zabija tę miłość. Nic już nie uratuje duszy wicehrabiego de Valmont…

Oczy Marianny biegną tam i z powrotem po czarnych robaczkach liter. Wciąż i wciąż. Niebezpieczna lektura Niebezpiecznych związków.

Jakiś ruch za oknem odrywa ją od czytania. Jest już na pewno około dziewiątej i dlatego z tym większym zaskoczeniem obserwuje wiotką postać z długimi pszenicznymi włosami, zaplecionymi w dwa opadające na plecy warkocze. Niespodziewany gość odstawia rower pod jednym z drzew i szybko przemyka od strony przydomowych, warzywnych grządek Gabrieli. Biegnie cicho przez ciemny ogród i właśnie staje w otwartych na oścież drzwiach werandy.

Panna Krystyna. Z dobrego domu. Wymknęła się nocą z tego domu. Jest zdyszana i rumiana od biegu – piękna. Na jej ustach kwitnie szelmowski uśmiech, gdy z bardziej wystudiowanym niż rzeczywistym zmęczeniem pada na fotel naprzeciwko przyjaciółki.

– Ojciec wie, gdzie się szwendasz po nocy? – pyta trochę zła Marianna, bo nie ma ochoty przerywać czytania. Wicehrabia de Valmont. Zakład o duszę i zakazane uczucia wydają się ciekawsze niż rozmowa z przyjaciółką.

– Od kiedy to tak przejmujesz się konwenansami? To zazwyczaj moja domena. – Krysia śmieje się. – Ojciec pojechał do jakiegoś nagłego przypadku, a matka źle się dziś czuła, więc położyła się wcześniej. Zresztą ona i tak nie zauważyłaby mojej nieobecności… Chciałam ci powiedzieć… A noc taka piękna…

Marianna uśmiecha się pod nosem.

– Widzę, że jesteś w romantycznym nastroju. Czyżby wydarzyło się coś szczególnego, że tak biegasz rozemocjonowana w środku „pięknej nocy”?

– Nie żartuj ze mnie. – Krysia robi obrażoną minę. – Kiedy ja z narażeniem swojej czci przybiegam, żeby przynieść ci wieści…

– Tak, wiem – Marianna gra znudzenie – Zenon przyjechał.

Na twarzy Krysi rozkwita rumieniec, więc by go pokryć, dziewczyna rzuca lekko:

– A tam Zenek. Myślę, że jest coś, co cię bardziej zainteresuje.

Bardziej niż Zenek? Marianna unosi głowę znad książki i przekrzywiając ją, z lekkim uśmiechem patrzy w oczy Krystyny. Wiem moja dobra duszo, wiem. Widzę, jak się potajemnie kochasz w tym chłopaku. Wybrałaś studia pod wpływem ojca? Czy może straciłaś serce któregoś upalnego lata dla sympatycznego studenta medycyny? I kochasz go, kochasz… Beznamiętnie, czysto, platonicznie i bez szczególnej wiary w szczęśliwe zakończenie tej historii.

– Myślałam, że po dwóch latach tęsknoty za niedościgłym panem Zenonem nic cię bardziej nie zainteresuje.

Przyjaciółka próbuje opanować zmieszanie i na wspomnienie swojego potajemnego uczucia, widząc drwiący uśmiech Marianny, odpowiada cierpko:

– Mnie może nadal obchodzi, ale tobie niewdzięczna, biegając po nocy, z narażeniem godności, chciałam powiedzieć o czymś jeszcze ciekawszym. Ale jeśli nie…

Z urazą podnosi się z fotela. Jednak Marianna jednym ruchem ręki ściąga dziewczynę z powrotem do pozycji siedzącej.

– Oj już, już… Przepraszam i obiecuję więcej sobie z panienki i jej romantycznych porywów serca nie stroić żartów.

Krysia wciąż się dąsa, gdy patrzy na przyjaciółkę, na której oblicze powraca naturalny, spokojny wyraz.

– Dziś po południu przyjaciela pana Zenka, podczas przejażdżki, poniósł koń. Wiesz, ten niespokojny ogier ze stajni księdza Piotrowskiego.

Jedyna oznaka życia w nudnym domostwie nudnego księdza.

– No i ten człowiek troszkę się poobijał. Naturalnie, nic poważnego mu się nie stało, ale ksiądz nalegał, żeby ojciec go obejrzał. A że akurat byłam w gabinecie… I teraz trzymaj się, pani wszystkowiedząca. Dam sobie obciąć oba warkocze, jeśli zgadniesz, kto to jest!

Krysia się śmieje.

– Jak nic Eugeniusz Bodo albo Franciszek Brodniewicz, bo tylko przy nich, jak sądzę, zbladłaby w twoich oczach uroda czarującego Zenona. – Widzi niezadowoloną minę przyjaciółki, więc dodaje już poważniej: – A cóż mnie to może obchodzić?

– Jak uważasz – zawiesza głos – ale sądziłam, że będziesz zainteresowana.

O tak. Marianna bardzo chce wiedzieć. Wszystko, o wszystkim. Wciąż głodna jest świata, a tu w Kamieńczyku… Cóż ciekawego może się tu przydarzyć? Tu nic nie ma. Świat zaczyna się gdzieś tam, za lasem. Przy brukowanym trakcie na Warszawę. Ale zanim wyruszy w tamtą stronę…

– No dobrze. Więc kto to jest? – W sercu ją pali zniecierpliwienie, na twarzy wciąż tkwi maska teatralnej obojętności.

– Zygmunt Jasieński – Krystyna mówi to takim tonem, jakby informacja była co najmniej ściśle tajna.

I co mnie to może obchodzić. Nie znam pana – myśli sobie Marianna. Z uczuciem zawodu wypuszcza wstrzymywane powietrze.

– No to niepotrzebnie biegałaś po nocy, bo ja żadnego pana Zygmunta Jasieńskiego nie znam. – Opuszcza głowę z zamiarem powrotu do lektury.

Przyjaciółka nie ustępuje.

– Znasz, znasz. – Robi pauzę, by wzmocnić jeszcze dramaturgię chwili, po czym, jak gdyby od niechcenia, rzuca: – To jest znalazca twojego zielonego swetra.

Oczy Marianny zwracają się na uśmiechniętą twarz Krystyny. Teraz nie ukrywa już zaskoczenia. Już nie potrafi grać.

On?!

Piękny, tak doskonale piękny. I te oczy, o których nieustannie myśli. Od tygodnia. Bez przerwy. Zimne, obojętne, hipnotyzujące, pożądliwe, bezdenne…