Wydawca: Wydawnictwo Albatros Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 441 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Upadłe anioły - Graham Masterton

Katie Maguire, młoda i atrakcyjna detektyw w Cork, boryka się z poważnymi problemami we własnym życiu rodzinnym. W przededniu podjęcia poważnej decyzji, czy zrezygnować z rozwijającej się kariery w irlandzkiej policji i przenieść się do San Francisco wraz ze swoim narzeczonym Johnem, który w dobie kryzysu musi sprzedać odziedziczoną rodzinną farmę sprawy się komplikują. W diecezji Cork i Ross, gdzie w społeczeństwie zapanowały antyklerykalne nastroje wywołane przypadkami molestowania nieletnich przez księży, dochodzi do serii porwań i zabójstw księży.

Opinie o ebooku Upadłe anioły - Graham Masterton

Fragment ebooka Upadłe anioły - Graham Masterton

Okładka

O książce

Strona tytułowa

O autorze

Tego autora

Strona redakcyjna

Dedykacja

Motto

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

Rozdział 32

Rozdział 33

Rozdział 34

Rozdział 35

Rozdział 36

Rozdział 37

Rozdział 38

Rozdział 39

Rozdział 40

Rozdział 41

Rozdział 42

Rozdział 43

Rozdział 44

Rozdział 45

Rozdział 46

Rozdział 47

Rozdział 48

Rozdział 49

Rozdział 50

Przypisy

O książce

DRUGA POWIEŚĆ Z KATIE MAGUIRE

Dwóch rybaków znajduje w rzece zwłoki uduszonego księdza, który przed śmiercią został poddany wymyślnym torturom i wykastrowany. Wkrótce w ten sam sposób giną kolejni księża i zakonnicy porwani z diecezji w hrabstwach Cork i Ross.

Dochodzenie prowadzi komisarz Maguire, ambitna policjantka, która musi jednocześnie podjąć ważną życiową decyzję – pozostać w Irlandii czy wyjechać ze swoim mężczyzną za ocean? W toku śledztwa odkrywa szokujące fakty dotyczące ofiar. Przed laty wszyscy byli podejrzewani o molestowanie seksualne dzieci. Odeszli wprawdzie z Kościoła, ale żadnemu oficjalnie nie postawiono zarzutów.

Czy zabójca – lub zabójcy – postanowił na własną rękę wymierzyć sprawiedliwość? Tylko że takie pojęcie sprawiedliwości nie ma nic wspólnego z tym, do czego pod przysięgą zobowiązywała się Katie, wstępując do policji.

GRAHAM MASTERTON

Popularny angielski pisarz. Urodził się w 1946 r. w Edynburgu. Po ukończeniu studiów pracował jako redaktor w miesięcznikach, m.in. „Mayfair” i w angielskim wydaniu „Penthouse’a”. Autor licznych horrorów, romansów, powieści obyczajowych, thrillerów oraz poradników seksuologicznych. Zdobył Edgar Allan Poe Award, Prix Julia Verlanger i był nominowany do Bram Stoker Award. Debiutował w 1976 r. horrorem Manitou (zekranizowanym z Tonym Curtisem w roli głównej). Jego dorobek literacki obejmuje ponad 80 książek – powieści i zbiorów opowiadań – o całkowitym nakładzie przekraczającym 20 milionów egzemplarzy, z czego ponad dwa miliony kupili polscy czytelnicy. Wielką popularność pisarza w Polsce, którą często odwiedza, ugruntował cykl poradników seksuologicznych, w tym wielokrotnie wznawiane Magia seksu i Potęga seksu. W ostatnim czasie w naszym kraju ukazały się Czerwony Hotel, Ogród zła, Panika, Śpiączka, Susza, Czerwone światło hańby i Uznani za zmarłych.

www.grahammasterton.co.ukwww.grahammasterton.blox.pl

Tego autora

Sagi historyczneWŁADCY PRZESTWORZYIMPERIUMDYNASTIARookROOKKŁY I PAZURYSTRACHDEMON ZIMNASYRENACIEMNIAZŁODZIEJ DUSZOGRÓD ZŁAManitouMANITOUZEMSTA MANITOUDUCH ZAGŁADYKREW MANITOUARMAGEDONWojownicy NocyŚMIERTELNE SNYPOWRÓT WOJOWNIKÓW NOCYDZIEWIĄTY KOSZMARKatie MaguireBIAŁE KOŚCIUPADŁE ANIOŁYCZERWONE ŚWIATŁO HAŃBYUZNANI ZA ZMARŁYCHInne tytułySTUDNIE PIEKIEŁANIOŁ JESSIKISTRAŻNICY PIEKŁADEMONY NORMANDIIŚWIĘTY TERRORSZARY DIABEŁZWIERCIADŁO PIEKIEŁZJAWABEZSENNICZARNY ANIOŁSTRACH MA WIELE TWARZYSFINKSWYZNAWCY PŁOMIENIAWENDIGOOKRUCHY STRACHUCIAŁO I KREWDRAPIEŻCYWALHALLAPIĄTA CZAROWNICAMUZYKA Z ZAŚWIATÓWBŁYSKAWICADUCH OGNIAZAKLĘCIŚPIĄCZKASUSZASZKARŁATNA WDOWA

Tytuł oryginału:VOICE OF AN ANGEL

Copyright © Graham Masterton 2012All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c. 2014

Polish translation copyright © Wiesław Marcysiak 2012

Redakcja: Anna Magierska

Zdjęcie na okładce: Silas Manhood

Projekt graficzny okładki: Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.

Projekt graficzny serii: Andrzej Kuryłowicz

ISBN 978-83-7985-341-0

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS ANDZRZEJ KURYŁOWICZ S.C.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, 88em.eu

Dla mojej ukochanej Wiescki17.04.1946—27.04.2011Uwielbiana i pamiętana na zawsze

Is milis dá ól é ach is searbh dá íc éIrlandzkie powiedzenie„Słodko jest pić, ale gorzko płacić za to”

Rozdział 1

Najpierw pomyślał, że to plastikowy worek na śmieci, który jakiś podróżnik wrzucił do rzeki, pełen brudnych pieluch albo uduszonych szczeniaków.

— Cholera — przeklął pod nosem.

Zwinął żyłkę, a potem zaczął brodzić po płyciźnie w tamtą stronę, opierając wędzisko na ramieniu. Jego zdaniem rzeka Blackwater była święta. Po raz pierwszy przywiózł go tu ojciec na połów czawyczy, kiedy miał osiem lat, i od tamtej pory wędkuje tu co rok. Była to najlepsza rzeka w Irlandii i nie wrzucało się do niej śmieci.

— Denis! — zawołał Kieran. — Gdzie idziesz, chłopie? Nawet kataru tam nie złapiesz, a co dopiero marnego łososia! — Jego głos poniósł się echem po szklistej powierzchni wody, zupełnie jakby krzyczał w dużej sali koncertowej. Pośród drzew na przeciwległym brzegu wiał wiatr i po cichu mu przyklasnął.

Denis nie odpowiadał. Kiedy zbliżał się do czarnego worka na śmieci, coraz bardziej oczywiste stawało się, że wcale nie jest to plastikowy worek. Kiedy dotarł do niego, uświadomił sobie, że to ludzkie ciało, od stóp do głów ubrane w czerń. Sutanna księdza, z pozoru.

— Jezu — sapnął i ostrożnie odłożył wędkę na brzeg.

Mężczyzna leżał na boku na wąskiej mierzei z kamyków, z nogami w połowie zanurzonymi w wodzie. Najwyraźniej ręce miał związane na plecach; nogi też, w kolanach i kostkach. Twarz była odwrócona, ale Denis poznał po rzedniejących siwych włosach, że ma około sześćdziesiątki. Wyglądał na otyłego, lecz Denis przypomniał sobie, że kiedy jego ojciec umarł, ciało leżało w mieszkaniu w suterenie w Togher prawie przez tydzień, zanim ktokolwiek je znalazł. A jak potężnie opuchł — zupełnie jak jasnozielona maskotka Michelin.

— Kieran! — zawołał. — Dawaj tu i patrzaj na to! Trupa tu mam!

Kieran zwinął żyłkę i podszedł płycizną, rozpryskując wodę. Miał czerwoną twarz, ogniste loki i piegi, oczy wąsko osadzone i tak intensywnie błękitne, że wyglądał prawie jak wariat. Był szwagrem Denisa, osiem lat młodszym; nie mieli ze sobą nic wspólnego poza zamiłowaniem do łowienia łososi, ale dla Denisa ten układ był idealny. Łowienie łososi wymagało głębokiego skupienia i ciszy.

Połów łososi zbliżał człowieka do Boga bardziej niż modlitwa.

— Święta Matko Boska — powiedział Kieran, stając przy Denisie obok ciała, po czym się przeżegnał. — Po mojemu to ksiądz. — Zamilkł i dodał po chwili: — On nie żyje, co?

— Och, nie, uciął sobie drzemkę w rzece. Pewnie, że nie żyje, idioto.

— Lepiej wezwijmy policję — rzekł Kieran, wyciągając komórkę. Już miał wystukać 112, kiedy zawahał się z palcem zastygłym nad klawiszami. — Hej… nie pomyślą, że to my go zabiliśmy, co?

— Po prostu zadzwoń po nich — polecił mu Denis. — Gdybyśmy to zrobili, nie kręcilibyśmy się tu jak para ciuli, co nie?

— Nie, masz rację. Dawno już dalibyśmy dyla.

Kiedy Kieran dzwonił na policję, Denis kręcił się ostrożnie wokół ciała, chrzęszcząc woderami po kamykach. Mężczyzna miał otwarte oczy i wpatrywał się w wodę, jakby nie potrafił pojąć, co tutaj robi, ale nie było cienia wątpliwości, że nie żyje. Denis przykucnął obok niego i uważnie mu się przyglądał. Wyglądał znajomo, chociaż Denis nie od razu skojarzył dlaczego. To przez te zmierzwione białe brwi i te rdzawoczerwone, popękane żyłki na policzkach, a przede wszystkim z powodu charakterystycznej bruzdy na czubku bulwiastego nosa. Dolną wargę miał pękniętą, jakby ktoś bardzo mocno go uderzył.

— Gliny już jadą — oznajmił Kieran, podnosząc telefon komórkowy. — Powiedzieli, żeby niczego nie ruszać.

— Och, tak, jakbym miał ochotę. Przyjdź tu. On już zaczyna śmierdzieć.

— Dopiero co zjadłem kanapki, dzięki. Z tuńczykiem i pomidorem.

Obaj stanęli obok ciała, nie całkiem wiedząc, co powinni teraz zrobić. Powrót do wędkowania wyglądałby na brak szacunku, chociaż od czasu do czasu kątem oka Denis dostrzegał błysk srebra w wodzie. Miał nadzieję, że złapie swoją pierwszą czawyczę, a warunki były idealne.

— Kto go zabił, jak myślisz? — zagadnął Kieran. — Ktokolwiek to był, najpierw nieźle obił mu gębę.

Denis przekrzywił głowę na bok, żeby po raz kolejny przyjrzeć się twarzy mężczyzny.

— Wiesz co? Zdaje się, że go znam. Jest sporo starszy niż ostatnim razem, kiedy go widziałem, jeżeli to on, ale musi być, bo to było przynajmniej piętnaście lat temu.

— Więc kto to jest?

— To chyba ojciec Heaney. A nawet jestem pewien, że to on. Wtedy miał czarne brwi. Zawsze mi się wydawało, że to dwa wielkie, czarne, włochate pająki. No wiesz, tarantule. Teraz nie ma okularów, ale wszędzie rozpoznałbym gościa.

— Skąd go znasz?

— Ze szkoły. Uczył muzyki. Lubił obijać dzieciaki, to na pewno. Nie było lekcji, żeby nie pacnął cię w ucho za byle co albo po prostu za nic. Mówił, że śpiewam jak skrzypiące drzwi.

Kieran pociągnął nosem i wytarł go w rękaw.

— Wygląda na to, że ktoś jego obił dla odmiany.

Denis nie odpowiedział, ale stojąc w rzece obok martwego ciała ojca Heaneya i słuchając wiatru szepczącego pośród drzew, miał wrażenie, jakby cofnął się w czasie. Niemal usłyszał szkolny chór śpiewający Kyrie eleison słodkimi, przeszywającymi powietrze głosikami, tupot pędzących nóg na korytarzu i głos ojca Heaneya wyszczekujący: „Powoli, O’Connor! Nie trafisz do nieba szybciej, jak będziesz biegł!”.

Rozdział 2

Katie otworzyła oczy i zobaczyła Johna stojącego przy oknie. Jedną ręką rozsuwał zasłony w róże i spoglądał na pola.

Poranne słońce oświetlało jego nagie ciało tak, że wyglądał jak malowidło średniowiecznego świętego, zwłaszcza że od kiedy poznał Katie, zapuścił ciemne kręcone włosy. Na piersi też miał ciemny krucyfiks włosów. Teraz, po półtorarocznej pracy na gospodarstwie, zrobił się szczuplejszy i o wiele bardziej muskularny.

— Jesteś dzisiaj taki zamyślony — powiedziała Katie, wspierając się na łokciu.

John odwrócił głowę i uśmiechnął się do niej zupełnie niedostrzegalnie. W słońcu jego brązowe oczy przypominały lśniące agaty.

— Patrzyłem na młody jęczmień, to wszystko.

— I co właściwie sobie myślałeś?

Puścił zasłonę i podszedł do łóżka. Stanął obok niej, jakby chciał jej powiedzieć coś ważnego, ale kiedy spojrzała na niego, milczał i tylko uśmiechał się do niej.

Podniosła się nieco i ujęła go lewą ręką, delikatnie głaszcząc penis opuszkiem palca wskazującego prawej dłoni.

— Ten owoc już wygląda na dojrzały — kusiła go. — Może dasz mi go posmakować?

Parsknął rozbawiony, ale wtedy pochylił się i pocałował ją w głowę. Potem usiadł obok. Ona jeszcze przez chwilę głaskała jego penis, ale on delikatnie schwycił ją za nadgarstek i powstrzymał.

— Muszę coś ci powiedzieć, Katie — wyznał. — Chciałem to zrobić wczoraj wieczorem, ale tak dobrze się bawiliśmy.

Katie zmarszczyła czoło.

— O co chodzi? No, John, teraz mnie martwisz. Nie chodzi o twoją matkę, prawda?

— Nie, nie. Z mamą wszystko dobrze. Lekarze nawet powiedzieli, że będzie mogła wrócić do domu za tydzień lub dwa.

— W takim razie co?

Miał już odpowiedzieć, kiedy jej komórka zagrała pierwsze trzy takty The Fields of Athenry.

— Poczekaj chwilę — poprosiła i sięgnęła do nocnego stolika, żeby odebrać telefon. — Komisarz Maguire. Kto mówi?

— Detektyw O’Sullivan, pani komisarz. Przepraszam, że przeszkadzam. Ale wezwano nas do Ballyhooly, bo dwaj wędkarze znaleźli w rzece ciało.

— Na co to wygląda? Wypadek, samobójstwo czy morderstwo?

— Morderstwo, nie ma wątpliwości. Cały był związany jak indyk i uduszony.

— Kto dowodzi?

— Sierżant O’Rourke na razie. Ale uważa, że powinna pani przyjechać i to obejrzeć.

— Och, na miłość boską, sam sobie nie da rady? Dzisiaj mam wolne. To mój pierwszy wolny dzień od tygodni.

— Sierżant O’Rourke naprawdę uważa, że musi to pani zobaczyć. Poza tym ktoś powinien porozmawiać z prasą. Mamy tu ekipę RTÉ News i Dana Keane’a z „Examinera”, a nawet jakąś dziewczynę z „Catholic Recorder”.

Katie sięgnęła po zegarek i sprawdziła godzinę.

— Dobra, Paddy. Daj mi piętnaście minut.

Zatrzasnęła komórkę i wyskoczyła z łóżka.

— Co się stało? — spytał John.

— Obowiązki wzywają, jak myślisz? Ktoś znalazł ciało w Blackwater. Z jakiegoś powodu Jimmy O’Rourke chce, żebym przyjechała i osobiście obejrzała to miejsce.

Włożyła bokserki z białej satyny, które zostawiła na drewnianym krześle obok łóżka, a potem zapięła stanik.

— Mam cię zawieźć? — zapytał John.

Katie naciągnęła zielony golf, a jej krótkie rdzawe włosy sterczały jak koguci grzebień.

— Nie, dzięki, to może się ciągnąć godzinami. Ale zadzwonię, jak będę mogła. Aha, co takiego chciałeś mi powiedzieć?

John pokręcił przecząco głową.

— Nie martw się. To może poczekać, aż wrócisz.

Zapięła rozporek ciasnych czarnych dżinsów i zamki wysokich botków na szpilkach. Potem przeszła do łazienki i przyjrzała się swemu odbiciu w lustrze nad umywalką.

— Jezu, patrz, jakie mam worki pod oczami! Ktoś mógłby pomyśleć, że spędziłam noc na orgii!

— Bo spędziłaś — odparł John.

Obserwował ją, jak nakłada makijaż i bladoróżowy błyszczyk. Zawsze uważał, że Katie wygląda, jakby była daleko spokrewniona z elfami — z tymi zielonymi oczami, wysokimi kośćmi policzkowymi i lekko wydętymi ustami. Miała niespełna metr sześćdziesiąt pięć wzrostu, ale wielką osobowość. Bardzo dobrze rozumiał, dlaczego udało jej się zostać pierwszą w historii kobietą komisarz w Cork. Rozumiał też, dlaczego zakochał się w niej tak nieodwracalnie.

Wyszła z łazienki i pocałowała go.

— Co powiesz na kolację u Luigiego Malone’a dzisiaj wieczorem, jeżeli nie skończę zbyt późno? Śmiertelnie stęskniłam się za jego małżami.

— Nie wiem. Może. — Ale wtedy pomyślał: Przy kolacji, to będzie właściwa pora, aby jej powiedzieć.

Owinął się w granatowy frotowy ręcznik i odprowadził ją boso do wyjścia. Katie odwróciła się i pocałowała go raz jeszcze.

— Uważaj na siebie — powiedział jak zawsze. Potem patrzył, jak idzie przez pochyłe podwórko, a obok niej truchta jego biały podpalany owczarek szkocki Aoife. Katie wsiadła do hondy i posłała mu ostatniego całusa, zanim odjechała.

Rozdział 3

W drodze do Ballyhooly puściła Glorię Guillaume’a de Machauta w wykonaniu Chóru Sierocińca Świętego Józefa z ich płyty Elements. Śpiew był tak przejmujący, tak czysty i intensywny, że ją podbudowywał. Śpiewała razem z nimi, tak samo wysoko jak chłopcy, ale paskudnie fałszowała. Pomimo przestępstw, z którymi miała do czynienia na co dzień — przemocy, handlu narkotykami, prostytucji i pijackich burd — Gloria przypominała jej, że naprawdę musi istnieć niebo, mimo wszystko.

Jechała Lower Main Street, aż dotarła do skrętu na Carrignavar. Droga była wąska, a po obu stronach biegł szary kamienny mur porośnięty bluszczem. Jednak było pusto i nie widziała żadnych oznak życia, aż dojechała do wiejskiego domu około pięciu kilometrów dalej. Na trawiastym poboczu przed bramą gospodarstwa zaparkowano rzędem siedem lub osiem samochodów, a na podwórku migały niebiesko światłami jeszcze trzy wozy patrolowe, dwie policyjne furgonetki i karetka pogotowia.

Policjant skierował ją przez bramę i otworzył drzwi samochodu. Gdy wysiadła, sierżant O’Rourke przyszedł się z nią przywitać, niosąc parę dużych zielonych kaloszy. O’Rourke był niskim mężczyzną o żółtych jak piasek włosach, z grubo ciosaną głową, która wydawała się zbyt duża w stosunku do reszty ciała.

— Będzie pani ich potrzebować — powiedział.

— Jaki to rozmiar?

— Dziesięć. Ale chyba nie chce pani brodzić w rzece w szpilkach?

Usiadła na fotelu kierowcy, rozpięła swoje botki z czarnej skóry i założyła gumiaki. Były olbrzymie, a kiedy zaczęła w nich iść, głośno klapały.

— Jaka jest sytuacja, Jimmy? — spytała, idąc za sierżantem dookoła domu. Gospodarz, jego żona i dwóch nastoletnich synów stali razem na frontowej werandzie, gapiąc się na policjantów. Katie pomachała do nich i zawołała: „Wszystko w porządku? Przepraszamy za kłopot!”, ale oni nie odpowiedzieli. Wyglądali na rodzinę źle dobranych gargulców.

— Co za banda brzydali — zauważył sierżant O’Rourke.

— Ależ, Jimmy. Szanuj przeciętnych obywateli, proszę.

Szli razem przez pastwisko, które schodziło do samej rzeki, a wiatr delikatnie szeptał w wysokiej lśniącej trawie. Kiedy zbliżyli się do brzegu, ujrzeli czarno odziane ciało leżące na boku na płyciźnie. Dwóch techników kryminalistyki kucało w wodzie obok niego w bladozielonych kombinezonach i robiło zdjęcia. Kolejnych trzech policjantów w mundurach i dwóch sanitariuszy rozmawiało z ekipą telewizyjną i dwoma reporterami na brzegu. Nieco dalej stało dwóch mężczyzn z wędkami i papierosami oraz trzech małych chłopców.

Sierżant O’Rourke wskazał wędkarzy.

— Tych dwóch tam… to oni znaleźli ciało. Jeden z nich twierdzi, że wie, kim jest denat… albo jest w miarę przekonany w każdym razie.

— Naprawdę?

— Jego zdaniem to ksiądz z parafii w Mayfield, ojciec Heaney. Zdaje się, że nauczał muzyki w Szkole Podstawowej Świętego Antoniego jeszcze w latach osiemdziesiątych.

— Dobrą ma pamięć ten twój gość.

— Nic dziwnego, jeżeli to on. Ojciec Heaney był jednym z dwunastu księży w diecezji Cork i Ross, którzy przed siedmiu laty byli podejrzani o wykorzystywanie seksualne dzieci. Uczył chłopców muzyki? Gry na flecie? Nic dziwnego.

— Postawiono mu jakiś zarzut?

— Kazałem sprawdzić O’Sullivanowi. Wniesiono jedenaście skarg na ojca Heaneya. Niestosowne zachowanie pod prysznicem, tego rodzaju rzeczy. Prokurator nie podjął jednak dalszego śledztwa, ponieważ to wszystko działo się dawno temu.

— Ale dlatego przyjechała tu prasa? Z powodu podejrzeń o molestowanie?

— Po części.

— Czego nie chcesz mi powiedzieć, Jimmy?

Zszedł do rzeki i podał rękę Katie, aby pomóc jej podążyć za nim. Woda była lodowata, nawet przez gumowce. Sierżant O’Rourke brodził przed Katie, która uważała, żeby nie zgubić kaloszy. Kiedy dotarli na miejsce, dwaj policjanci z ekipy technicznej wstali i cofnęli się o kilka kroków. Jeden z nich był siwy, dobrze po czterdziestce. Drugi pewnie ledwo skończył szkołę.

— Rzeczywiście wygląda na księdza — stwierdziła Katie, pochylając się nad ciałem. — Ma przy sobie jakiś dowód tożsamości?

— Nic, pani komisarz — odpowiedział młodszy technik. Miał rzadkie blond wąsy i tak ognistoczerwony trądzik, że wyglądał, jakby został trafiony prosto w twarz ze śrutówki. — W kieszeniach znaleźliśmy tylko różaniec i paczkę mocnych miętówek.

— W każdym razie troszczył się o to, co ważne — zauważył sierżant O’Rourke. — O duszę i oddech.

— Macie jakieś domysły na temat przyczyn śmierci? — zapytała Katie. — Nie żeby wyprzedzać ocenę doktora Reidy’ego, oczywiście.

Starszy z techników odchrząknął.

— Jedna z dwóch lub trzech rzeczy, moim zdaniem. Albo ich połączenie. Został uduszony bardzo cienkim drutem, który zakręcono mu na karku na rączce łyżki stołowej. Takim samym drutem związano mu nadgarstki i kostki. Ale równie dobrze mógł się wykrwawić na śmierć albo umrzeć w wyniku szoku.

To powiedziawszy, pochylił się nad ciałem księdza i przewrócił je na plecy. Lewa ręka denata plusnęła do wody. Technicy rozcięli druty, które pętały go w kolanach i kostkach, a potem rozpięli mu sutannę aż do pasa.

Nie miał na sobie bielizny. Zwiotczały członek leżał na grubym białym udzie, ale pod penisem, gdzie powinny znajdować się jądra, ziała czarna dziura.

— Mój Boże — jęknęła Katie. Pochyliła się i uważniej przyjrzała ranie.

— Ktokolwiek to zrobił, najwyraźniej użył nożyc ogrodniczych — stwierdził starszy technik. — Widać to po lekkim nacięciu w kształcie litery V w kroczu, gdzie ostrza naszły na siebie.

— Chryste Panie, nie do wiary — odezwał się sierżant O’Rourke. — Na samą myśl zbiera mi się na płacz.

— To nie wydarzyło się tutaj — kontynuował technik. — Nie jest już w pełni zesztywniały, więc prawdopodobnie nie żyje od trzech dni. Domyślam się, że został uduszony i wykastrowany gdzie indziej i podrzucony tutaj wczoraj późną nocą.

— Co pani sądzi? — spytał sierżant O’Rourke. — Zabity z zemsty przez kogoś, komu się naprzykrzał jako nauczyciel muzyki? Ostatnio pojawiła się cała masa artykułów o wykorzystywaniu dzieci, prawda? Przeprosiny papieża i tak dalej. Może ktoś żywił do niego urazę przez te wszystkie lata i uznał, że już pora coś z tym zrobić.

— Hm… może masz rację — odparła Katie, prostując się. — Ale nie wyciągajmy zbyt pochopnych wniosków. Może zabójca po prostu go nie lubił z jakiegoś niejasnego powodu. Pamiętacie tę sprawę sprzed dwóch lat w Holyhill? Tę młodą kobietę, której mąż zmarł na raka, a ona zadźgała proboszcza nożyczkami, bo twierdziła, że jego modlitwy były nieskuteczne?

— Jest paru księży, którym po mojemu należy się porządne pchnięcie nożem, mówię wam — wyznał sierżant.

Katie zwróciła się do starszego technika:

— Możecie go odesłać do patologa, kiedy skończycie. Chyba widziałam już, co trzeba.

— Zanim pani odjedzie… Znalazłem pewien interesujący szczegół — powiedział. Uniósł dwa kawałki miedzianego drutu, którymi związano nogi księdza. Końcówki zostały zaplecione w zgrabne podwójne pętle, jak skrzydła motyla.

— To dość szczególne, prawda? — zauważyła Katie. — Czy jakaś konkretna profesja używa takich zakończeń?

— Nie wiem, ale popytam.

— Dobrze.

Katie przebrnęła przez wodę, a detektyw O’Sullivan podał jej rękę i pomógł wydostać się na brzeg. Natychmiast podeszła do niej ekipa telewizyjna z RTÉ — Fionnuala Sweeney, śliczna rudowłosa dziewczyna w jaskrawozielonej wiatrówce, w towarzystwie nieogolonego kamerzysty — a także Dan Keane z „Examinera”, z czerwonym nosem i w typowym dla siebie raglanowym prochowcu, oraz młoda blada kobieta o okrągłej twarzy, kruczoczarnych lokach i wydatnym pieprzyku na górnej wardze. Katie wydawało się, że to reporterka „Catholic Recorder”. Miała bardzo duże piersi, a zakrywała je ponchem wielkim jak namiot.

Fionnuala Sweeney wysunęła mikrofon.

— Komisarz Maguire! Czy zgodzi się pani odpowiedzieć na kilka pytań?

— Pozwólcie, że najpierw ja zadam wam jedno pytanie — odparła ostro Katie. — Kto dał wam cynk o znalezieniu ciała?

Fionnuala Sweeney zamrugała gwałtownie powiekami, jakby Katie śmiertelnie ją ugodziła.

— Pani komisarz, nie mogę tego powiedzieć. Dobrze pani wie. Muszę chronić moich informatorów.

— Och, nie bądź taka święta, Nuala — rzucił Dan Keane, zapalając papierosa. — Sam dostałem cynk, ale ten, kto dzwonił, nie przedstawił się, a ja oczywiście nie rozpoznałem jego głosu. W zasadzie trudno mi powiedzieć, czy była to kobieta, czy mężczyzna. Raczej jakaś przerażająca ropucha, prawdę mówiąc.

— W takim razie dobrze — zgodziła się Katie. — Pytajcie, o co chcecie, ale nie mogę za wiele powiedzieć, nie w tak wczesnej fazie.

— Wasi świadkowie zidentyfikowali zmarłego jako ojca Dermota Heaneya z Mayfield — zaczęła Fionnuala Sweeney.

— Bez komentarza. Bez względu na to, co powiedział wam świadek, my nie mamy pewności, kto to jest.

— W dwa tysiące piątym ojciec Heaney był jednym z księży, których podejrzewano o wykorzystywanie dzieci.

— Też o tym słyszałam. Ale o ile mi wiadomo, prokurator nie podjął śledztwa przeciw niemu, a to może nie być on. Jakie jest pytanie?

— Chcę się tylko dowiedzieć, czy rozważacie możliwość, że jedna z ofiar ojca Heaneya szukała zemsty za to, co zrobił? Albo co rzekomo zrobił?

Katie uniosła dłoń.

— Słuchaj, Fionnuala, daj spokój. Jeszcze nie ustaliliśmy tożsamości denata w stu procentach. Może to nawet nie jest ksiądz, na razie nie wiadomo. A jeżeli nawet jest to ojciec Heaney, nie mamy dowodów na to, kto mógł chcieć go zabić ani jakie miał motywy. Na tym etapie mogę jedynie powiedzieć, że bardzo dokładnie przeszukamy ten teren i przesłuchamy wszystkich, którzy mogli zauważyć coś niezwykłego. Jeżeli któryś z gapiów uważa, że może nam pomóc w identyfikacji ofiary i kogokolwiek, kto pragnął jej krzywdy, to jak zwykle będziemy wdzięczni.

— Wiadomo, jaka była przyczyna śmierci? — spytała Fionnuala Sweeney.

— Co do tego również nie mamy jeszcze pewności. Główny patolog doktor Reidy lub jeden z jego dwóch zastępców przeprowadzi sekcję, gdy tylko będzie to możliwe.

Dziewczyna z pieprzykiem sepleniła.

— Ciara Clare, pani komisarz, z „Catholic Recorder”. Jeżeli denat okaże się księdzem, skonsultujecie się z diecezją, aby załatwić to w jak najdyskretniejszy sposób, prawda?

Katie zmarszczyła czoło.

— Nie bardzo rozumiem pani pytanie — odparła.

— Kościół przechodził ostatnio bardzo ciężki okres — powiedziała Ciara Clare. — Biskup prosił wiernych o wybaczenie minionych błędów, jak pani wiadomo. Ja tylko sugeruję, że to czas na leczenie, a nie skandale.

— Słucham? Czy ja dobrze słyszę, co pani chce powiedzieć?

— Martwi mnie jedynie, że to morderstwo może wywołać niepotrzebną sensację. To znaczy wydaje się prawdopodobne, że wasz denat został zamordowany z zemsty przez ofiarę molestowania seksualnego, a to mogłoby zachęcić inne ofiary do wzięcia sprawiedliwości we własne ręce. Nie chcemy, aby atakowano księży, bez względu na to, czego dopuścili się w przeszłości.

— Za dużo gdybania — odparła Katie. — Jak powiedziałam, stawiamy krok po kroku. To, że denat ma na sobie sutannę, niczego jeszcze nie dowodzi. Może szedł na bal przebierańców.

Dan Keane wyjął papierosa z ust i zakaszlał niczym szczekający pies.

— Został jednak wykastrowany, prawda? To by wskazywało na jakiś motyw seksualny.

— Przepraszam, Dan. Będziemy musieli poczekać na raport patologa, aby dowiedzieć się, jakie faktycznie odniósł obrażenia.

— Nie trzeba patologa, by stwierdzić, że facetowi jaja obcięli. Wasi wędkarze widzieli to na własne oczy. Wykastrowany, sami to powiedzieli.

— Hm, na razie wolałabym, aby zachował to pan dla siebie. Pani też, proszę, Fionnuala. I pani…

— Nie jestem pewien, czy dam radę, pani komisarz — powiedział Dan Keane. — To najlepsza część całej historii, nie sądzi pani? „Ojciec traci ojcostwo”.

— Dan… — oburzyła się Katie. — Chce pan, abym dalej współpracowała w tej sprawie, czy nie?

Dan wydmuchnął dym i znowu zakaszlał.

— Dobrze, pani komisarz. Powstrzymam się na razie, przynajmniej dopóki nie otrzymacie raportu patologa. Ale jeśli to wyjdzie z jakiegoś innego źródła, będę musiał podjąć temat.

Katie wróciła do samochodu i zrzuciła wielkie zielone kalosze, aż potoczyły się po trawie. Kiedy wciągała na powrót skórzane botki, sierżant O’Rourke podszedł do niej i oparł się o drzwi samochodu.

— Kazałem sprawdzić całą okolicę i szukać śladów opon, stóp i wszystkich innych dowodów. Pola, ścieżki, koryto rzeki. Wszędzie. Zaczęliśmy już chodzić po domach w Ballyhooly i przyległych dzielnicach. Ktoś musiał coś zauważyć.

— Dziękuję, Jimmy. Bądź ze mną w kontakcie. Z jakiegoś powodu ta sprawa mnie niepokoi. Kiedy Kościół jest w coś wplątany, nigdy nie ma oczywistego kłamstwa, co? Ale nigdy nie dostaje się też oczywistej prawdy. Tylko dymy, kadzidła i lustra.

Rozdział 4

Zanim Katie wróciła do domu, wstąpiła do komendy policji przy Anglesea Street. W ciągu ostatnich dwóch godzin z południowego zachodu nad Cork nadciągnęła ciężka szara chmura i pochłonęła słońce. Kiedy Katie parkowała samochód, zaczął padać deszcz, nie ten mocny, ale delikatny i miękki, który w kilka minut potrafił przemoczyć wełniany sweter.

Weszła do swojego biura i włączyła laptop. Potem sięgnęła po telefon i wybrała numer do biura patologa w Dublinie. Połączyła się z sekretarką doktora Owena Reidy’ego, Nettą, i przekazała jej wiadomość, aby do niej oddzwonił. Na dworze robiło się coraz ciemniej, a deszcz zaczął uderzać w okno.

Na dachu wielopiętrowego garażu po przeciwległej stronie przysiadło rzędem dwadzieścia lub trzydzieści siwych wron. Wstała, podeszła do okna i przyjrzała się im; na dworze było tak ciemno, że widziała własne odbicie ze sterczącymi włosami. Katie wydawało się, że wrony gromadzą się tylko wtedy, gdy sprawy w jej życiu mają przybrać zły obrót. Może to sobie wyobrażała. Może po prostu nie zauważała ich, kiedy wszystko szło dobrze.

Mimo to w dziwny sposób ją niepokoiły, i to nie tylko dlatego, że w rzece leżał uduszony i wykastrowany mężczyzna.

Usiadła z powrotem przy laptopie i sprawdziła raport ze sprawy molestowania dzieci w diecezji Cork i Ross opublikowany w 2005 roku. Przeciwko ojcu Dermotowi Heaneyowi wniesiono jedenaście różnych skarg, głównie z powodu dotykania chłopców pod prysznicem po zajęciach sportowych albo pieszczot, gdy pomagał im się wytrzeć po pływaniu. Zabierał też chłopców na przejażdżki samochodem, parkował w odosobnionych miejscach i zachęcał ich do wzajemnej stymulacji.

Mimo wszystko był bardzo lubiany przez niektórych chłopców w szkole Świętego Antoniego, „jak święty Franciszek z Asyżu”, zwłaszcza przez tych, którzy wyróżniali się w muzyce albo pochodzili z biednych czy rozbitych rodzin. Według raportu: „Ojciec Heaney poświęcał im uwagę, miłość, a także dawał drobne prezenty, co rzadko otrzymywali w domu. Głównym powodem, który sprawił, że przez wiele lat nie chcieli złożyć przeciwko niemu skargi, była wdzięczność za te oczywiste akty dobroci i szczodrobliwości oraz ich nieprzemijające poczucie winy za to, co pozwalali mu robić w zamian”.

Katie zadzwoniła do Johna, chcąc mu powiedzieć, że wróci do domu, gdy skończy przy Anglesea Street. Nie odbierał, więc uznała, że jest gdzieś na polu i zagania bydło. Uśmiechnęła się do siebie. Kiedy go poznała, nie wyobrażała sobie, że będzie z niego rolnik ekologiczny. Wyemigrował do Kalifornii po studiach, by uciec z Irlandii, i założył świetnie prosperujący internetowy sklep z naturalnymi lekami. Nie wrócił do Irlandii ani razu przez jedenaście lat, aż do śmierci jego ojca.

Nie zamierzał zostać w Irlandii dłużej niż kilka tygodni, ale jego matka uznała, że zajmie miejsce po zmarłym ojcu jako głowa rodziny Meagherów. Wszyscy wujowie, ciotki i kuzyni uważali tak samo, a on nie potrafił im odmówić, zwłaszcza swojej matce. Niechętnie sprzedał firmę internetową i wrócił, aby przejąć gospodarstwo.

Katie zarzuciła na siebie prochowiec i miała już wyjść, kiedy odezwał się telefon. Jimmy O’Rourke dzwonił ze szpitala uniwersyteckiego.

— Mam potwierdzenie, że to ojciec Heaney.

— Jesteś pewien?

— Na sto procent. Zadzwoniliśmy do jego kawalerki przy Wellington Road i gospodyni powiedziała, że nie widziała go od zeszłej niedzieli. Mówiła, że to do niego niepodobne, bo zwykle wracał na kolację i zawsze ją uprzedzał, gdy wyjeżdżał na kilka dni. Poznała go na zdjęciach, które miałem w komórce, więc zawieźliśmy ją do patologa, a ona zidentyfikowała ciało. Szlochała jak dziecko, biedna staruszka.

— Stokrotne dzięki, Jimmy. Ale zatrzymaj to dla siebie. Zobacz, co jeszcze możesz wykopać na jego temat, i zadzwoń do mnie, jeśli będą jakieś postępy.

— A co z mediami?

— Chyba zwołam konferencję prasową juto rano, ale muszę uważać na to, co im przekażemy. Mam mocne podejrzenia, że chodzi tu o coś więcej, niż z pozoru widać. Słyszałeś, o co prosiła nas ta dziewczyna z „Catholic Recorder”… a raczej przed czym próbowała nas powstrzymać. Nie chcę dać Kościołowi okazji, żeby zatuszował sprawę, zanim jeszcze z nią ruszymy.

— Dobrze, szefowo. Przeszukamy kawalerkę ojca Heaneya, a jeśli trafimy na coś ciekawego, to dam znać. Żywoty świętych i gazetki pornograficzne — to przeważnie znajdujemy u księży w mieszkaniu. I do połowy opróżnione paczki owocowych żelków. Proszę nie pytać dlaczego.

Rozdział 5

Zanim Katie skręciła na drogę prowadzącą do jej parterowego domu w Cobh niedaleko portu w Cork, padało już mocno. Jej siostra Siobhán zapaliła wszystkie światła w salonie, ale jeszcze nie zaciągnęła zasłon, więc Katie widziała ją na kanapie przed szerokoekranowym telewizorem. Barney, rudy seter irlandzki, leżał u jej stóp z uszami położonymi niczym u Falcora, latającego psa z Niekończącej się opowieści.

Katie otworzyła sobie drzwi, zdjęła prochowiec i otrzepała go. Barney natychmiast przytruchtał do niej do holu, aby się przywitać, wywieszając jęzor. Potargała go za uszy i poklepała, a potem weszła do salonu.

— Cześć, Siobhán — przywitała siostrę.

— O, cześć, Katie. Co się stało? Myślałam, że spędzisz dzień u Johna.

Katie usiadła w jednym z foteli w stylu regencji i rozpięła botki. Barney stał obok niej, ciężko dysząc, uderzając ogonem o stolik. Katie zamierzała przemeblować salon po śmierci jej męża Paula półtora roku temu, ale nigdy nie znalazła na to czasu. A może chciała go tak zostawić jeszcze przez jakiś czas. Paul wybrał żyrandol w stylu regencji i tapetę w paski, ponieważ uważał, że są szykowne, podobnie jak większość reprodukcji w pozłacanych ramach, głównie pejzaże morskie, jachty pochylone przez wiatr.

Jedyny obraz, którego nie wybrał, to jego własna fotografia w ramce, przedstawiająca go w kawiarni na Lanzarote podczas ich ostatnich wspólnych wakacji, uśmiechniętego, z uniesionym kieliszkiem sangrii, z jednym okiem przymkniętym przed słońcem.

— Wezwano mnie — wyjaśniła Katie. — Dwóch wędkarzy znalazło ciało w Blackwater powyżej Ballyhooly.

— Myślałam, że masz wolne. Zawsze znajdują jakieś trupy w Blackwater. W tej rzece jest chyba więcej trupów niż ryb.

— Hm, to ciało było wyjątkowe — odparła Katie, zabierając botki na korytarz i chowając do szafki. — Przede wszystkim to ksiądz.

— Mam nadzieję, że udzielił sobie ostatniego namaszczenia, zanim wskoczył do wody.

— Nie bądź taka cyniczna, dla własnego dobra. W każdym razie on sam nie skoczył, został zamordowany i wyrzucony. Zadławiony… i powiem ci coś jeszcze: wykastrowany, ale nie opowiadaj o tym nikomu.

— Wykastrowany? Chcesz powiedzieć, że obcięli mu interes? Poważnie?

Katie skinęła głową.

— Ała! — żachnęła się Siobhán. — Nie zrobił sobie tego sam, co? Słyszałam, że księża robią sobie takie rzeczy, bo dłużej nie mogą znosić pokusy.

— Raczej nie, szczególnie w tym wypadku. Chyba że był człowiekiem gumą.

— Brr. Nie chcę słuchać tych makabrycznych szczegółów, dzięki.

— Napijesz się? — spytała Katie.

— Ja nie, częstuj się.

Katie podeszła do kredensu i nalała sobie porządną porcję smirnoffa black label do kryształowej, grawerowanej szklanki. Wpiła spory łyk, od którego mimowolnie się wzdrygnęła.

— Co planujesz na dziś wieczór? — zapytała Siobhán. — Spotykasz się z Johnem czy mam coś ugotować? Mam jeszcze trochę potrawki z kurczaka od wczoraj. Jeśli chcesz, mogę ją podgrzać dla ciebie. Albo zamówimy pizzę.

Katie usiadła na kanapie obok siostry.

— Jeszcze nie wiem. Dzwoniłam do Johna, ale pewnie gania gdzieś za krowami.

Siobhán była młodszą siostrą Katie, trzecią w rodzinie z siedmiorgiem dzieci, samymi dziewczynami. Była bardziej podobna do ojca niż do matki. Wyższa od Katie i pulchniejsza, z okrąglejszą twarzą, bujną rudą czupryną i szeroko osadzonymi, zielonymi jak morze oczami. Wkrótce po śmierci Paula Siobhán rozstała się ze swoim chłopakiem Seanem, agentem nieruchomości z brzydkimi zębami, postawionymi na żel włosami i bardzo wysokim mniemaniem o sobie, po czym wprowadziła się do Katie. Starszej siostrze to odpowiadało, ponieważ Siobhán mogła się zajmować Barneyem, kiedy ona była w pracy, utrzymywać porządek w domu i odbierać wiadomości.

Oznaczało to też, że Katie mogła mieć oko na Siobhán, ponieważ ta za młodu była dość szalona i nadal miała tendencje do skandalicznych zachowań; na przykład wysiadała z samochodu, gdy inni kierowcy zajechali jej drogę, i waliła im w szyby albo za dużo piła w barze u Kelly w sobotnią noc i przewracała się na drogę, podnosząc nogi w górę i świecąc czarnymi koronkowymi majtkami.

— Co robiłaś wczoraj? — zapytała Katie. — Coś dobrego?

Siobhán milczała przez chwilę, zanim odpowiedziała.

— Zadzwoniłam do Michaela, jeżeli musisz wiedzieć.

— Myślałam, że ty i Michael już dawno zerwaliście. Oczywiście pomijając to, że jest żonaty.

— Ciągle za nim tęsknię. On za mną też. Nie powinien się żenić z tą Nolą. Co za pasztet z niej! Wygląda raczej na jego matkę niż żonę. Ciągle utyskuje. Nigdy nie pozwala mu wyjść na drinka z kumplami, a on zawsze musi w domu ściągać buty i opuszczać klapę w toalecie. A teraz ona chce się przeprowadzić do Kinsale, bo myśli, że tam jest bardziej elegancko niż w Carrigaline. No jest, ale nie o to chodzi.

— Nic na to nie poradzisz. Miałaś swoją szansę i ją zmarnowałaś.

Siobhán nawijała sobie na palec loki.

— Chyba już mi wybaczył, prawdę mówiąc. Tylko raz go oszukałam. Dobra, dwa. W każdym razie powiedział, że chciałby się ze mną znowu spotkać, tylko na drinka.

Katie wypiła kolejny łyk wódki i uniosła brwi.

— Twoje zdrowie, dziewczyno, ale napytasz sobie biedy, jeżeli chcesz znać moje zdanie. Wiesz, do czego może doprowadzić jeden drink, zwłaszcza w twoim wypadku. A jeśli Nola się o tym dowie, to ci nie wybaczy, mówię ci.

Zadzwoniła jej komórka. Odebrała.

— Cześć, John! Próbuję się do ciebie dodzwonić od godziny! Dostałeś wiadomość ode mnie?

— Tak, dostałem. Ktoś zostawił otwartą bramę i sześć cholernych jerseyów się wydostało. Były już w połowie drogi do Rathcormac, zanim je zawróciliśmy.

— Coś mi podpowiadało, że uganiasz się za krowami. Prawda, Siobhán?

— Dlatego jesteś takim urodzonym detektywem — odparł John. — Słuchaj… możemy się spotkać dzisiaj wieczorem? Co powiesz na te małże, na które miałaś taką ochotę?

— Nie wiem. Już chyba nie jestem tak bardzo głodna. Poza tym zmęczyłam się.

— Oj, no chodź.

— John, to twoja wina — powiedziała Katie, puszczając oko do Siobhán. — To ty mnie tak zmęczyłeś.

— Proszę, Katie — nalegał John. — Chcę ci powiedzieć coś naprawdę ważnego. Powinienem to zrobić wczoraj, ale od jednej rzeczy przeszliśmy do drugiej. Podjadę po ciebie za kwadrans ósma. Pasuje?

— Dobrze — zgodziła się Katie, przeczesując palcami włosy. — Wezmę prysznic. To powinno mnie obudzić.

Rozłączyła się i spojrzała na siostrę, wydymając usta i unosząc brwi.

— Co? — spytała Siobhán.

— Mówi, że chce mi powiedzieć coś naprawdę ważnego.

Siobhán zmarszczyła na chwilę brwi, a potem wydała z siebie piskliwy wrzask.

— Wiem, co to takiego! Poprosi cię o rękę! Na pewno się oświadczy, nic innego!

— Och, daj spokój! Na pewno nie!

— A właśnie że tak! Pomyśl tylko! Paul nie żyje już od ponad półtora roku, a według mnie to przyzwoita przerwa, nie?

— Siobhán, on na pewno nie zamierza się oświadczyć! A gdyby tak, to co miałabym mu odpowiedzieć?

— No „tak”, mam nadzieję! Wiesz, że go kochasz! A on jest wspaniały! Ten cudowny amerykański akcent! Mówi jak ten facet o głębokim głosie na początku Prawa i porządku.

— Nie wiem. Nie jestem pewna, czy go naprawdę kocham.

— Pewnie, że kochasz. A jakich jeszcze masz kandydatów? Roddy’ego Phelana z hotelu Water’s Edge.

— Lubię Roddy’ego. Rozśmiesza mnie.

— Nie dziwię się, dziewczyno. Ta jego fryzura. Wygląda w niej jak wiewiórka.

— W każdym razie — powiedziała Katie — idę wziąć prysznic. Gdyby ktoś dzwonił, nie ma mnie tu i nie spodziewasz się, że wrócę.

♦ ♦ ♦

Stojąc pod prysznicem z mocno zamkniętymi oczami, nagle poczuła się bardzo samotna i nadspodziewanie bezbronna. Paul był cwaniakiem i ryzykantem, zdradzał ją z najbardziej wulgarnymi kobietami w Cork. Był gotów zrobić wszystko dla pieniędzy — jak mawiali jego koledzy od kielicha w Ovens Bar, za pieniądze przeprowadzałby myszy przez skrzyżowanie.

Jednak znała go od szkoły i na początku małżeństwa uważała za zabawnego i czarującego. Obojętne, jakim przegranym okazał się w ostateczności, nigdy nie wyobrażała sobie, że nadejdzie taki czas, kiedy go po prostu zabraknie.

Rozdział 6

Pięć minut przed zaplanowanym przyjazdem Johna zadzwonił telefon. Był to sierżant O’Rourke.

— Skończyliśmy przeszukiwanie pokoju ojca Heaneya, ale szczerze mówiąc, pani komisarz, nie znaleźliśmy wiele. Pudełko polaroidów z chłopcami na golasa chlapiącymi się w morzu, zdaje się, że w Youghal. Teraz muszą mieć powyżej trzydziestki. Trzy pamiętniki oprawione w skórę i z zamkami, więc musieliśmy je rozwalić, ale pismo jest tak malutkie, że trzeba by pod mikroskopem czytać. Na dodatek jest chyba po łacinie.

— Znam profesora literatury klasycznej na uniwersytecie — powiedziała Katie. — Przetłumaczy to dla nas, tylko pewnie zażąda pokaźnej sumki za robotę.

— Och, to jest bardzo prospołecznie nastawiony.

— Cóż, mogłabym poprosić wikariuszy generalnych z diecezji, aby rekomendowali księdza, który by to przetłumaczył dla nas za darmo… w ramach odkupienia win kleru. Ale nie ufałabym żadnemu duchownemu, że wykona całkowicie bezstronne tłumaczenie, a ty? Zwłaszcza gdyby ojciec Heaney napisał coś obciążającego i wplątał w to jeszcze innych księży. Kościół dba o swoich, Jimmy, i mieliśmy już przykład, jak bardzo.

— W takim razie dobrze — odparł sierżant Rourke. — I tak zapakowałem te pamiętniki, więc je przywiozę. I polaroidy też. Cholernie z daleka robione zdjęcia, ale może da się zidentyfikować chłopaków w morzu.

— Jeszcze coś ciekawego?

— Cała sterta gównianej muzyki. Chyba tylko religijna. Jest tu coś pod tytułem Vir Perfecte Haec Dies i coś, co się nazywa Panis Angelicus, i jeszcze Pie Jesu.

— Jak jest napisane to Pie?

— P-I-E.

— Chyba trzeba to czytać po łacinie pi-je, a nie paj jak w angielskim pasztecie.

— Szefowo, to nie na moją głowę. Nie uczyli nas łaciny w Templemore.

— Dobra, Jimmy. To też przywieź. Nigdy nie wiadomo. — W tym momencie w główną bramę skręcił samochód Johna, a jego reflektory przebiły się przez zasłony, aż Katie musiała zasłonić dłonią oczy.

— Dobrze, pani komisarz… I dla ścisłości: nie znaleźliśmy żadnych żelków. Tylko ciastka z kremem i rabarbarem, ale były tak stare, że aż się posklejały.

♦ ♦ ♦

John zadzwonił do drzwi i Siobhán poszła otworzyć. Wszedł z wielkim bukietem różowych róż w lśniącym, złotym papierze, a do tego pudełkiem psich przysmaków dla Barneya.

— Są cudowne — powiedziała Katie, przyjmując kwiaty. Wtedy Siobhán posłała jej wymowne spojrzenie zza pleców Johna.

— Nadal masz ochotę wyjść? — zapytał John. — To znaczy, jeżeli naprawdę nie chcesz…

— Nie na darmo umyłam włosy i założyłam najlepszą garsonkę — uśmiechnęła się Katie i pocałowała go. John jeszcze miał policzek mokry od deszczu i pachniał jakąś piżmowatą, mało wyszukaną wodą po goleniu. — Poza tym zaczynam być naprawdę głodna.

Zostawili Siobhán we frontowych drzwiach z Barneyem i wsiedli do ciemnogranatowego mercedesa Johna. Skierowali się na zachód w stronę centrum Cork, a migoczące krople deszczu spływały po masce.

— Zagoniłeś wszystkie krowy? — zapytała Katie.

— W końcu tak. Biedny stary Gabriel miał mi pomagać, ale było z nim więcej kłopotów niż to warte, jak zwykle.

— Bardzo miłe z twojej strony, że nadal go trzymasz, zważywszy na to, jak jest bezużyteczny.

— Pewnie… ale poza moją mamą jest jedynym żyjącym, który wiąże się z tatą, prawda? Ostatnia osoba, która chodziła z nim pić i błaznować. Mama zawsze uważała, że tata był żałosny i małomówny… a na dodatek skąpy. Ale Gabriel widział w nim to, czego ona nigdy nie widziała.

— Och, naprawdę?

— A jakże. Najwyraźniej był z niego niezły kawalarz. Raz gaelicki zespół występował w Roundy House, gdzie zazwyczaj pili z Gabrielem, a tata otworzył puszkę sardynek i wylał olej na wszystkie krzesła. Właściciel miał jakieś pięć kotów, żeby łapały myszy, i przez resztę wieczoru chodziły za facetami, obwąchując im tyłki, oblizując się i miaucząc.

Przerwał i się uśmiechnął.

— Ejże… to musiało być całkiem zabawne — dodał.

— Komiczne — przytaknęła Katie, udając, że wcale jej to nie rusza. — Cieszę się, że ty nie odziedziczyłeś po ojcu poczucia humoru.

Jechali Horgan’s Quay do miasta, a w dokach po drugiej stronie rzeki wznosiły się żurawie i latarnie. Deszcz powoli ustępował, chociaż ulice nadal połyskiwały wilgocią. John skręcił na Patrick’s Bridge i zaparkował obok Emmet Place, szerokiego deptaku dla pieszych przed Crawford Art Gallery. Otworzył Katie drzwi i przeszli deptakiem do restauracji Luigiego Malone’a. Trzej chłopcy jeździli na deskach, które zostawiały bruzdy w kałużach.

W restauracji panował gwar i było jasno, ale John zarezerwował dla nich stolik w dość cichym kąciku. Zamówił wytrawne wino, a kelnerka przyniosła je i napełniła ich kieliszki. John uniósł swój i powiedział:

— Slainté!

— Slainté — powtórzyła Katie echem o wiele spokojniej, spoglądając mu w oczy. Czekała, a po chwili zapytała: — Więc… co takiego ważnego chcesz mi powiedzieć?

John otworzył menu.

— Najpierw zjedzmy, wygłodniałem.

— Nie… najpierw powiedz mi to, co zamierzasz. Nie będę mogła przełknąć ani jednej małży, dopóki mi nie powiesz.

John wpatrywał się w menu i długo nic nie mówił, chociaż dla Katie było oczywiste, że nie wybiera niczego do jedzenia. Zawsze zamawiał to samo: fajitas z kurczaka.

— Mam, ach… — zaczął, ale przerwał i spojrzał na nią. — Mam kłopot.

— Kłopot? Jaki kłopot?

— Pieniądze. A jakie inne mogą być kłopoty? Katie, jak wszyscy w Irlandii, jestem goły.

— To znaczy?

— To znaczy, że kiedy sprzedałem firmę internetową w Kalifornii i tu przyjechałem, gospodarka kwitła. Celtycki tygrys ryczał, szykując się do skoku. Akcje zwyżkowały, wszędzie otwierały się nowe biznesy. Teraz oczywiście wszystko się popsuło. Ceny poszły w górę. Nieruchomości poleciały na łeb. W dobrych czasach było ciężko wyżyć z samego gospodarstwa. Dziś to niemożliwe.

— Ale ty je odziedziczyłeś — zauważyła Katie. — Jego wartość mogła spaść, ale ty nie straciłeś nic z własnego kapitału.

— Kłopot w tym, Katie, że to nawet nie jest połowa historii. Pewnie, że sporo zarobiłem na sprzedaży firmy internetowej, ale prawie wszystko zainwestowałem tu, w Irlandii… jakąś trzecią część w nowe irlandzkie spółki, a resztę w duże przedsiębiorstwa międzynarodowe. To było zaledwie dwa lata temu i takie firmy, jak Pfizer czy Hitachi, ścigały się, aby otwierać nowe fabryki w Irlandii. Spodziewałem się, że znacznie się wzbogacę. Zamiast tego do bankructwa brakuje mi tylko pięciu euro.

Katie chwyciła go za ręce ponad stołem.

— Co chcesz zrobić? Bank ci nie pomoże?

— Bank jest w jeszcze gorszym stanie niż ja, zdaje się.

— Hm, może mogłabym ci trochę pomóc, ale nie mam dużo.

John się uśmiechnął i pokręcił głową.

— Dziękuję za propozycję, kochanie, ale nie masz pojęcia, o jakich sumach mówię. Chodzi o miliony euro. Miliony.

— Więc co chcesz zrobić?

— Nie mam wyboru, kochanie. Będę musiał sprzedać farmę i wrócić do San Francisco, żeby zacząć na nowo, od początku.

Katie potrzebowała kilku sekund, aby zrozumieć, o czym mówi John. Muzyka w tle i śmiechy przy stolikach były dziwnie stłumione, jakby słuchała ich spod powierzchni wody.

— Sprzedajesz farmę? A potem wracasz do Ameryki?

John skinął głową, po czym się skrzywił i dopiero wtedy Katie uświadomiła sobie, że do oczu napłynęły mu łzy.

Mocniej ścisnęła jego dłonie.

— Nie możesz — powiedziała. — Na pewno jest jakieś wyjście.

— Niby jakie?

— Nie wiem… jakieś.

— Och, pewnie. Może mógłbym stanąć na ulicy i zarabiać śpiewem. Kłopot w tym, że na banjo nie grałem od studiów, a i tak mi nie szło. A chyba nie chcesz usłyszeć, jak śpiewam Hey, Mr Tambourine Man.

— Nie żartuj ze mnie, John.

— Nie żartuję, kochanie. Chciałbym sobie pożartować. Od miesięcy staram się jakoś utrzymać, ale to na nic. Wczoraj rozmawiałem z moim księgowym i powiedział mi, że mam totalnie przerąbane. Farma jutro zostaje wystawiona na sprzedaż, ale będę miał szczęście, jeśli dostanę za nią więcej niż sto pięćdziesiąt tysięcy. To znaczy, o ile w ogóle ją sprzedam.

Katie puściła jego dłonie. Brakowało jej tchu.

— A co będzie z nami? — spytała.

— O niczym innym nie potrafię myśleć. Próbowałem się zorientować, czy mogę otworzyć nowy biznes w Irlandii, żebym mógł tu zostać. Ale to kwestia kontaktów i dostawców, a w większości zależy to od inwestycji. Irlandzka gospodarka jest teraz w beznadziejnym stanie i będzie tak jeszcze długo. Kolejne dziesięć lat na pewno.

Przerwał, a Katie wiedziała, co teraz będzie. Poza szczegółami mogła to powiedzieć jednocześnie z nim.

— Moi dwaj starzy przyjaciele ruszyli z apteką internetową w Los Angeles. Idzie im tak dobrze, że potrzebują jeszcze kogoś do pomocy. Na razie to jedyna realistyczna oferta, jaką dostałem.

— Rozumiem — powiedziała Katie. Paul ranił ją tymi wszystkimi swoimi głupimi romansami, lecz nie pamiętała, kiedy ostatni raz poczuła ból tak intensywny jak ten. Przynajmniej Paul został z nią i udawał, że ją kocha, nawet jeżeli tak nie było.

Chciała coś powiedzieć, ale musiała odchrząknąć.

— Rozumiesz, że nie mogę jechać z tobą.

John osuszał oczy serwetką.

— Wiem, kochanie. Wiem.

— John, jestem komisarzem. Walczyłam zaciekle, żeby zdobyć to, co mam. Zmagałam się z szowinistycznymi uprzedzeniami i ogólną niechęcią. Musiałam udowadniać sobie każdy centymetr tej drogi. Jak myślisz, jak by to wyglądało, gdybym nagle odwróciła się plecami, jakby to zupełnie było bez znaczenia? Mam tyle spraw, którymi się zajmuję. Ludzie, obowiązki policyjne. Poza tym co bym robiła w Kalifornii? Nie mogłabym wstąpić do policji, prawda? Mogłabym chyba wylegiwać się nad basenem i uważać za szczęściarę, że uciekłam przed deszczem, ale co poza tym?

Podeszła uśmiechnięta kelnerka i zapytała, czy chcą złożyć zmówienie.

— Co powiesz? — zagadnął John. — Masz jeszcze ochotę na te małże?

— Wiesz co? — odparła Katie. — Może jestem zbyt emocjonalna, ale naprawdę trudno mi jeść i płakać jednocześnie.

Rozdział 7

Ojciec Quinlan zamknął drzwi zakrystii na klucz i zaczął schodzić po schodach, ale nagle się zatrzymał. Wydało mu się, że zauważył kogoś stojącego głęboko w cieniu po przeciwległej stronie parkingu. Pojedyncza jarzeniówka bzyczała i migotała, więc trudno było stwierdzić to definitywnie, ale ojciec Quinlan został na miejscu z napiętą twarzą, jak człowiek, który boi się, że demon prześladujący go przez całe życie w końcu może go dopaść.

Deszcz przestał padać przed dwudziestoma minutami, ale wiatr nadal był wilgotny i niósł ze sobą wszystkie odgłosy miasta w dole, ruch uliczny, warkot tankowców przy nabrzeżu i ponury szczęk dźwigów portowych.

Pani O’Malley zatrzasnęła drzwi kościoła tak głośno, że aż się poderwał.

— Dobranoc, ojcze! — zawołała. — Do zobaczenia jutro wieczorem.

— Tak, tak… dobranoc, Mary! — odkrzyknął ojciec Quinlan, niezdarnie machnąwszy lewą ręką. — Dziękuję za wszystko!

Natychmiast jednak skierował uwagę na odległą część parkingu. Czy z boku białego minibusa stał jakiś mężczyzna, czy może nie było to nic więcej, tylko złożony układ cieni rzucanych przez zwisające gałęzie?

Pani O’Malley zatrzymała się, zawahała i wróciła do niego.

— Jeszcze jedno, proszę księdza. Nie skończyłam układać lilii w kaplicy Matki Boskiej, ponieważ Moran przysłał tylko pięć bukietów zamiast sześciu, ale przyniosę ich więcej jutro przed mszą żałobną i poukładam wszystko.

Ojciec Quinlan rzucił jej szybki, nerwowy uśmiech.

— Tak, Mary. Z Bogiem.

Pani O’Malley zmarszczyła brwi.

— Proszę księdza, czy wszystko w porządku?

— Tak, Mary. Oczywiście.

Ale pani O’Malley rozglądała się, usiłując dojść, na co patrzył ksiądz.

— To chyba nie znowu te dzieciaki, co? Trzeba im spuścić tęgie lanie, oto, co im się należy.

— Nie, nie. To nic takiego. Próbowałem sobie przypomnieć, gdzie zostawiłem notes z adresami, to wszystko.

— Nie zdziwiłabym się, gdyby na dachu samochodu, jak to pudełko z jajkami, które kiedyś ksiądz zostawił.

— Tak — odparł ojciec Quinlan. — Chyba Mary ma rację. Rzeczywiście muszę się nauczyć koncentrować, prawda?

Pani O’Malley pożegnała się znowu i odeszła. Ojciec Quinlan pozostał na miejscu przez dziesięć długich sekund, a potem powoli pokonał resztę schodów. Był bardzo szczupłym mężczyzną z łysiną otoczoną wianuszkiem białych włosów. Oczy miał błyszczące, osadzone głęboko i blisko siebie, a nos długi i kościsty; przypominał trochę członka starszyzny z Planety małp. Chodził sztywnym, nieprzewidywalnym krokiem człowieka cierpiącego na reumatyzm.

Przeszedł przez parking i dotarł do swojego samochodu, dziesięcioletniego niebieskiego volkswagena passata kombi zaparkowanego pod kasztanowcem. Zanim otworzył drzwi, ponownie rozejrzał się dookoła, ale najwyraźniej nikogo nie było na placu poza nim.

Sam sobie stracha napędzasz zupełnie bez powodu, powiedział do siebie. Co się stało, to się stało przed trzydziestu laty. Odkupiłeś winy, więc Bóg ci wybaczył. Czas też ci wybaczył. Nawet gdybyś poszedł do więzienia, to do tej pory byś już wyszedł.

Otworzył drzwi i prawie już usiadł na miejscu kierowcy, kiedy ktoś zakradł się z boku samochodu, chwycił drzwi od góry i zatrzasnął je na jego nodze.

— Ała! — wykrzyknął i podniósł wzrok zaszokowany.

Mocno zbudowany mężczyzna w obszernym szarym prochowcu opierał się o drzwi, przygważdżając łydkę księdza do progu. Twarz miał zakrytą białym materiałem, w którym wycięto dwie okrągłe dziury na oczy, a na głowie nosił wysoką stożkowatą czapkę z namalowanym z przodu czarnym znakiem zapytania. Według ojca Quinlana wyglądał jak jeden z księży z Nazareno, którzy paradowali w Hiszpanii w Wielkim Tygodniu, albo członek Ku-Klux-Klanu. Pod osłoną na twarzy oddychał ciężko, jakby był wściekły.

Ojciec Quinlan poważnie się przestraszył.

— Kim jesteś? — zapytał bardziej przerażonym głosem, niż chciał. — Co wyrabiasz? Krzywdzisz mnie! Krzywdzisz! Puść te drzwi, dobrze?

— Krzywdzę cię, czyżby? — odparł mężczyzna. — Krzywdzę, ty żałosny ciulu? — Mówił cicho, ale szorstkim głosem, jakiego używa ojciec, gdy chce nastraszyć małe dzieci: „Jestem potwór, grrr, zaraz cię zjem!”.

— Czego chcesz?! — wrzasnął do niego ojciec Quinlan. — Pieniędzy? Chcesz komórkę? Weź, co chcesz, na miłość boską! Złamiesz mi nogę!

— Nie chcę twoich pieniędzy, nie chcę komórki, a jak złamię ci nogę, to się nie zmartwię. Wysiadaj z wozu, ojcze. Idziesz ze mną.

Mężczyzna cofnął się o krok i otworzył szeroko drzwi. Ojciec Quinlan natychmiast krzyknął:

— Na pomoc! Ratunku! Pomocy!

Mężczyzna, nie wahając się, uderzył go pięścią w twarz, łamiąc mu nos z głośnym trzaskiem. Z nozdrzy księdza trysnęła krew, zalewając wąsy i brodę, barwiąc na jaskrawą czerwień koloratkę. Ojciec Quinlan uniósł obie ręce do twarzy, bulgocząc i popiskując, gdy napastnik stał nad nim, opierając się o samochód wyraźnie zniecierpliwiony.

— Skończyłeś biadolić? — warknął na księdza. — Jedziesz ze mną, ojcze, obojętnie, czy chcesz, czy nie.

Ojciec Quinlan poszukał w kieszeni spodni chusteczki. Przyłożył ją do nosa i natychmiast zrobiła się czerwona.

— Proszę — błagał. — Proszę, nie bij mnie więcej.

— A to dobre, proszę księdza. Pamiętam, jak o to samo kiedyś ciebie prosiłem. Błagałem. A ty co zrobiłeś?

Duchowny podniósł wzrok.

— Czy ja ciebie znam? — spytał przez usta sklejone krzepnącą krwią. — Jesteś z mojej ochronki dla chłopców? Może Dooley, co?

— Nieważne, czy mnie znasz, czy nie. Najważniejsze, że ja ciebie znam.

— Ale jeśli jesteś jednym z moich wychowanków i myślisz, że kiedykolwiek was maltretowałem, musisz dać mi szansę, bym cię przeprosił.

— Maltretowałem? Maltretowałem? Tak to nazywacie. Słyszałem na to wiele określeń, ale „maltretowanie”… to się, kurwa, w pale nie mieści.

— Zbłądziłem, szczerze wyznaję, ale uwierz mi, to było dla większej chwały Pana.

Mężczyzna pochylił się do przodu i ojciec Quinlan zobaczył jego oczy błyszczące w otworach maski. Przez wysoką stożkowatą czapkę był jeszcze bardziej przerażający, niczym postać z baśni.

— Chodź, ojcze. Pora za to zapłacić. — Chwycił księdza za prawą rękę i podniósł go z fotela. Pod duchownym ugięły się kolana, ale tamten go dźwignął.

— Proszę, zrobię wszystko, o co prosisz — powiedział ksiądz.

— I tak już nie żyjesz — odparł mężczyzna. Poprowadził go na drugi koniec parkingu, gdzie w cieniu pod murem kościoła ukryta była czarna furgonetka Renault. Otworzył tylne drzwi i wrzucił go jak worek starych kości.

Ksiądz upadł na stertę poskładanych worków, uderzając się w bark, ale natychmiast dźwignął się na kolana.

— Na pomoc! — zawołał. — Ratunku!

Jednak mężczyzna bez słowa zatrzasnął drzwi i zamknął je na klucz. Ojciec Quinlan poczuł, jak van zakołysał się, gdy napastnik usiadł za kierownicą, a potem zapalił silnik i ruszył.

— Dobry Boże, któryś jest w niebie — szeptał ojciec Quinlan, składając dłonie jak do modlitwy. — Proszę, niech mi ktoś pomoże.