Upadek - Michael Connelly - ebook

10 osób właśnie czyta

Opis

Harry Bosch, detektyw Jednostki ds. Przestępstw Niewykrytych w policji w Los Angeles, u kresu swojej kariery zawodowej otrzymuje do prowadzenia dwie nowe sprawy. Pierwsza dotyczy dokonanego w 1989 roku gwałtu i zabójstwa dziewiętnastoletniej dziewczyny, których sprawca od dwudziestu lat pozostaje niewykryty. Okazuje się, że kod DNA mordercy pasuje do dwudziestodziewięciolatka skazanego już wcześniej za gwałt i inne przestępstwa na tle seksualnym. Oznacza to jednak, że albo stał się gwałcicielem i mordercą w wieku ośmiu lat, albo w nowym laboratorium kryminalistycznym popełniono błąd, którego wykrycie może podważyć ustalenia śledztw w sprawach, które trafiły już do sądu. Tego samego dnia Bosch i jego niedoświadczony partner otrzymują polecenie przejęcia śledztwa w sprawie śmierci syna miejscowego radnego który wyskoczył lub został wyrzucony z balkonu hotelowego apartamentu.

Sadystyczny morderca, nieuchwytny od dwudziestu lat oraz korupcyjny przekręt, którego ujawnienie może zagrozić karierze politycznej - powieść Connelly’ego zadziwia tempem narracji, realizmem psychologicznym i dramatyzmem opisywanych zdarzeń.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 439

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


O książce

Osiemnasta powieść z Harrym Boschem,bohaterem serialu Bosch

Harry Bosch, detektyw Jednostki do spraw Przestępstw Niewyjaśnionych, ma na głowie dwie sprawy. Dodatkowo sen z powiek spędzają mu niesforna piętnastoletnia córka, niedoświadczony partner, nowo poznana doktor psychologii i – jak zwykle – przełożeni.

Śmierć syna radnego, który wypada z balkonu hotelowego apartamentu.

Wypadek, samobójstwo czy zabójstwo? Śledztwem na wyraźne życzenie radnego ma się zająć Bosch.

Nowy trop w sprawie gwałtu i zabójstwa sprzed ponad dwudziestu lat.

Wynik badania DNA wskazuje na mężczyznę odsiadującego wyrok za przestępstwa na tle seksualnym. Wszystko byłoby proste, gdyby nie drobny fakt – podejrzany ma dwadzieścia dziewięć lat, więc gwałtu i morderstwa musiałby dokonać jako ośmiolatek.

Nie do wyobrażenia!

Nawet w przypadku Harry’ego Boscha, który na co dzień styka się z ciemną stroną życia i wiele już widział…

MICHAEL CONNELLY

Znakomity amerykański autor powieści kryminalnych. Studiował dziennikarstwo na University of Florida; tam też uległ fascynacji prozą Raymonda Chandiera. Pracował jako reporter specjalizujący się w sprawach kryminalnych. W 1992 r. ukazała się jego pierwsza książka, która zdobyła prestiżową Nagrodę Edgara Allana Poe. Łącznie napisał ponad 20 powieści, m.in. Krwawa profesja (sfilmowana przez Clinta Eastwooda), Wydział spraw zamkniętych, Prawnik z lincolna (również zekranizowana), Oskarżyciel, Piąty świadek, Dziewięć smoków.

Connelly jest zdobywcą wszystkich najważniejszych wyróżnień przyznawanych w uprawianym przez niego gatunku literackim – Anthony Award, Macavity Award, Shamus Award, Nero Award i wielu innych. W latach 2003–2004 pełnił funkcję prezesa stowarzyszenia Mystery Writers of America.

www.michaelconnelly.com

Tego autora

STRACH NA WRÓBLETELEFONMickey HallerPRAWNIK Z LINCOLNAOŁOWIANY WYROKOSKARŻYCIELPIĄTY ŚWIADEKBOGOWIE WINYHarry BoschWYDZIAŁ SPRAW ZAMKNIĘTYCHDZIEWIĘĆ SMOKÓWUPADEK

Tytuł oryginału:THE DROP

Copyright © Hieronymus, Inc. 2011All rights reservedThis edition published by arrangement with Little, Brown, and Company,New York, New York, USA

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c. 2015

Polish translation copyright © Marek Fedyszak 2015

Redakcja: Beata Kołodziejska

Projekt graficzny okładki i serii: Mariusz Banachowicz

ISBN 978-83-7985-153-9

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS ANDRZEJ KURYŁOWICZ S.C.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, 88em

Rickowi, Timowi i Jayowi,którzy wiedza to, co wie Harry Bosch

1

W Jednostce do spraw Przestępstw Niewyjaśnionych „Gwiazdka” wypadała raz w miesiącu. Wtedy właśnie porucznik wędrowała po sali odpraw jak Święty Mikołaj, rozdzielając zadania niczym prezenty sześciu zespołom śledczym. Celne trafienia stanowiły siłę napędową jednostki. Zespoły śledcze nie czekały na nowe wezwania i ostatnio dokonane zabójstwa. Czekały na celne trafienia.

Jednostka do spraw Przestępstw Niewyjaśnionych, w skrócie OU, badała zagadkowe morderstwa popełnione w Los Angeles, sięgając do pięćdziesięciu lat wstecz. W jej skład wchodziło dwudziestu detektywów, sekretarka, kierownik sali odpraw, nazywany batem, oraz dowodząca nimi porucznik. Mieli dziesięć tysięcy spraw do zbadania. Pięć zespołów śledczych podzieliło ten pięćdziesięcioletni okres i każda dwójka, z której składał się zespół, wzięła sprawy z wybranych losowo dziesięciu lat. Ich zadanie polegało na wydobyciu z archiwów akt wszystkich niewyjaśnionych zabójstw, przeanalizowaniu ich i poddaniu przechowywanego od dawna i zapomnianego materiału dowodowego ponownemu badaniu przy użyciu nowoczesnej techniki. Wszystkie próbki DNA trafiały do rąk pracowników nowego regionalnego laboratorium uniwersytetu stanowego. Gdy materiał DNA ze starej sprawy pasował do osoby, której profil genetyczny znajdował się w którejś z krajowych baz danych DNA, nazywali to celnym trafieniem. Pod koniec każdego miesiąca laboratorium zawiadamiało o nich w poczcie elektronicznej. Dzień lub dwa później zawiadomienia w wersji papierowej docierały do komendy w Police Administration Building w śródmieściu Los Angeles. W tym dniu porucznik otwierała o ósmej drzwi swojego gabinetu i wkraczała do sali odpraw. W dłoni niosła koperty. Każde zawiadomienie było przesyłane osobno w żółtej kopercie. Na ogół wręczano je tym samym śledczym, którzy przekazali do laboratorium dowody w postaci materiału DNA. Czasem jednak trafień było zbyt dużo, by jeden zespół mógł się nimi natychmiast zająć. Niekiedy śledczy przebywali w sądzie, na wakacjach bądź na zwolnieniu. Czasami też trafienia ujawniały okoliczności, których zbadanie wymagało finezji i doświadczenia. Wtedy właśnie do akcji wkraczał zespół szósty, pracownicy do zadań specjalnych. Tworzyli go Harry Bosch i David Chu. Zajmowali się nadprogramowymi sprawami i śledztwami o szczególnym znaczeniu.

W poniedziałkowy ranek 3 października porucznik Gail Duvall weszła do sali odpraw, niosąc tylko trzy żółte koperty. Harry Bosch omal nie westchnął na widok tak marnego odzewu na przekazane do analizy próbki materiału genetycznego. Wiedział, że wobec niewielkiej liczby kopert nie otrzyma do prowadzenia nowej sprawy.

Wrócił do jednostki prawie rok temu po dwuletnim oddelegowaniu do Wydziału Specjalnego do spraw Zabójstw. Szybko jednak dostosował się do panującego tu rytmu pracy. Nie była to lotna brygada. Nie wybiegali z biura, by jak najszybciej dotrzeć na miejsce przestępstwa. Oni pracowali, grzebiąc w aktach i pudłach z archiwum. Na ogół pracowali od ósmej do szesnastej, tyle że podróżowali częściej niż inne brygady śledcze. Ludzie, którym morderstwo uszło płazem lub którzy sądzili, że się im upiekło, raczej nie zostawali w okolicy. Przeprowadzali się i śledczy OU często działali w terenie, żeby ich odnaleźć.

Ważną część tego rytmu stanowiło comiesięczne oczekiwanie na żółte koperty. Czasami w okresie poprzedzającym „Gwiazdkę” Harry’emu trudno było w nocy zasnąć. W pierwszym tygodniu miesiąca nigdy nie brał wolnego i nigdy nie spóźniał się do pracy, jeżeli była szansa, że przyślą koperty. Nawet jego nastoletnia córka zauważyła to comiesięczne nerwowe oczekiwanie i przyrównywała je do cyklu menstruacyjnego. Bosch nie dostrzegał w tej sytuacji komizmu i był zażenowany, ilekroć poruszała ten temat.

Teraz jego rozczarowanie na widok tylko trzech kopert w dłoni porucznik wywołało ucisk w gardle. Chciał otrzymać nową sprawę. Musiał ją otrzymać. Musiał widzieć wyraz twarzy zabójcy, gdy on, wcielenie sprawiedliwości pojawiającej się niespodziewanie po tylu latach, będzie pukał do drzwi i pokazywał odznakę. To było jak narkotyk i Bosch pragnął teraz zaspokoić narkotykowy głód.

Pierwszą kopertę porucznik wręczyła Rickowi Jacksonowi. Jackson i jego partner Rich Bengtson byli doświadczonymi śledczymi pracującymi w jednostce od momentu jej utworzenia. Bosch nie miał w tym przypadku zastrzeżeń. Następna koperta trafiła na puste biurko Teddy Baker. Teddy i jej partner Greg Kehoe wracali z aresztowanym w Tampie pilotem linii lotniczych, którego powiązano ze sprawą uduszenia stewardesy w Marina del Rey w 1991 roku na podstawie analizy linii papilarnych.

Bosch właśnie zamierzał zasugerować porucznik, że Baker i Kehoe mogą mieć pełne ręce roboty z tą sprawą i że koperta powinna trafić do innego zespołu, czyli do nich, gdy szefowa spojrzała na niego i gestem ręki zaprosiła do gabinetu.

– Możesz wejść na chwilę? Ty też, Tim.

Tim Marcia odgrywał w jednostce rolę bata, śledczego, który pełnił głównie obowiązki kierownika i zastępował nieobecnych kolegów. Był mentorem młodych śledczych i pilnował, by starsi się nie obijali. W sytuacji gdy Jackson i Bosch jako jedyni należeli do tej drugiej grupy, Marcia miał niewiele powodów do zmartwień. Zarówno Jackson, jak i Bosch znaleźli się w jednostce z uwagi na zapał, z jakim dążyli do zamykania spraw.

Bosch zerwał się z krzesła, zanim porucznik zadała pytanie. Ruszył w stronę jej gabinetu, a Tim i David podążyli za nim.

– Zamknijcie drzwi i usiądźcie – poleciła Duvall.

Zajmowała narożny gabinet, z którego okien widać było biurowiec „Los Angeles Times” po drugiej stronie Spring Street. W paranoicznej obawie, że reporterzy gazety obserwują ją z newsroomu naprzeciwko, nigdy nie podnosiła rolet, przez co pokój przypominał mroczną jaskinię. Bosch i Chu zajęli dwa krzesła ustawione przy biurku. Marcia wszedł za nimi do gabinetu i stanął z boku, opierając się o starą szafę pancerną, w której przechowywano dowody.

– Chcę, żebyście zajęli się tym trafieniem – powiedziała Duvall, podając Boschowi żółtą kopertę. – Coś tu nie gra, jednak dopóki nie odkryjecie co, macie utrzymywać sprawę w tajemnicy. Informujcie Tima na bieżąco, ale zachowujcie dyskrecję.

Koperta była otwarta. Chu pochylił się, żeby popatrzeć, gdy Harry uniósł skrzydełko i wyciągnął arkusz zawiadomienia. Widniał na nim numer sprawy, z której dowód w postaci materiału genetycznego oddano do analizy, oraz nazwisko, wiek, ostatni znany adres i przeszłość kryminalna osoby, której profil genetyczny pasował do próbki DNA. Bosch zauważył, że numer poprzedza liczba 89, co oznaczało, że sprawa pochodzi z 1989 roku. Nie podano żadnych szczegółów przestępstwa, jedynie rok. Sprawami z 1989 roku zajmował się zespół Rossa Shulera i Adriany Dolan. Wiedział o tym, ponieważ niedawno sprawdzał jedną ze swoich niewyjaśnionych spraw, z którymi w roku 1989 miał sporo pracy w zespole Wydziału Specjalnego do spraw Zabójstw. Rossa i Adrianę nazywano w jednostce „dzieciakami”. Byli młodymi, zapalczywymi i bardzo sprawnymi śledczymi, ale w pracy nad zabójstwami oboje mieli w sumie niespełna ośmioletnie doświadczenie. Jeżeli w tym trafieniu było coś niezwykłego, to nie dziwił fakt, że porucznik chciała, by zajął się nim Bosch. Harry prowadził więcej spraw o zabójstwo niż wszyscy w jednostce razem wzięci. Wyjąwszy, rzecz jasna, Jacksona, który pracował tu od zawsze.

Spojrzał na widniejące na arkuszu nazwisko. Clayton S. Pell. Nic mu ono nie mówiło. Kartoteka Pella zawierała jednak informacje o licznych aresztowaniach i trzech wyrokach skazujących za obnażanie się w miejscu publicznym, bezprawne uwięzienie i gwałt. Po tym ostatnim spędził sześć lat w więzieniu, z którego wypuszczono go półtora roku przed terminem. Został objęty czteroletnim nadzorem kuratorskim, a jego ostatni znany adres pochodził z dokumentacji komisji zwolnień warunkowych. Mieszkał w ośrodku resocjalizacyjnym dla przestępców seksualnych w Panorama City.

Na podstawie akt Pella Bosch sądził, że sprawa z 1989 roku dotyczyła najprawdopodobniej morderstwa na tle seksualnym. Poczuł skurcz w żołądku. Zamierzał schwytać Claytona Pella i postawić go przed sądem.

– Zauważyłeś? – zapytała Duvall.

– Co? To było zabójstwo na tle seksualnym? Ten gość ma klasyczną skłon…

– Datę urodzenia – wyjaśniła porucznik.

Bosch spojrzał znowu na zawiadomienie, a Chu pochylił się jeszcze bardziej.

– Tak, tutaj – potwierdził Bosch. – Dziewiąty listopada osiemdziesiątego pierwszego. Co to ma…

– Jest za młody – rzekł Chu.

Bosch spojrzał na niego, a potem znowu na kartkę. Nagle zrozumiał. Clayton Pell urodził się w 1981 roku. W momencie popełnienia morderstwa wskazanego w zawiadomieniu miał osiem lat.

– Właśnie – powiedziała Duvall. – Dlatego chcę, żebyś wziął księgę i pudło od Shulera i Dolan i bardzo dyskretnie dowiedział się, z czym mamy tutaj do czynienia. W Bogu nadzieja, że nie pomylili dwóch różnych spraw.

Bosch wiedział, że jeżeli młodzi śledczy jakimś cudem wysłali materiał genetyczny ze starej sprawy opatrzony numerem nowszej, to obie będą obciążone wadą prawną niweczącą wszelkie szanse na ewentualne dochodzenie sądowe.

– Jak chciałeś zasugerować – ciągnęła Duvall – ten gość z pewnością nie jest niewiniątkiem, ale nie sądzę, by dokonał zabójstwa w wieku ośmiu lat. Coś tu zatem nie pasuje. Ustalcie co i wróćcie do mnie, zanim cokolwiek zrobicie. Jeżeli oni spieprzyli sprawę i możemy to naprawić, nie będziemy musieli się przejmować IAD, Wydziałem Spraw Wewnętrznych, ani kimkolwiek innym. Wszystko zostanie między nami.

Mogło się wydawać, że porucznik próbuje uchronić Shulera i Dolan przed Wydziałem Spraw Wewnętrznych, ale chroniła również siebie i Bosch o tym wiedział. Dla Duvall, która była szefową pracowników zamieszanych w skandal z zabezpieczeniem dowodów rzeczowych, droga awansu w policji byłaby zamknięta.

– Jakie jeszcze lata przydzielono Shulerowi i Dolan? – zapytał.

– Ostatnio mieli rok dziewięćdziesiąty siódmy i dwutysięczny – odparł Marcia. – To mógł być materiał ze sprawy z jednego z tych dwóch okresów.

Bosch skinął głową. Wyobraził sobie scenariusz wydarzeń. Lekkomyślne potraktowanie dowodów w postaci materiału genetycznego z jednej sprawy rzutowała także na tę drugą. Skończy się dyskredytacją dwóch śledztw i skandalem, który skompromituje wszystkich mających z tym jakiś związek.

– Co mam powiedzieć Rossowi i Adrianie? – zapytał Chu. – Z jakiego powodu odbieramy im tę sprawę?

Duvall spojrzała na Marcię, oczekując odpowiedzi.

– Niebawem mają proces – zasugerował. – W czwartek zaczyna się wybieranie członków rady przysięgłych.

Duvall skinęła głową.

– Powiem, że chcę ich odciążyć.

– A jeśli oświadczą, że nadal chcą prowadzić tę sprawę? – zapytał Chu. – I że sobie poradzą?

– Wyjaśnię im sytuację – odparła porucznik. – Coś jeszcze, panowie?

Bosch popatrzył na nią.

– Zajmiemy się tym i zobaczymy, co jest grane. Ale nie prowadzę śledztw w sprawie innych policjantów.

– W porządku. Nie proszę cię o to. Poprowadź tę sprawę i poinformuj mnie, jakim cudem kod DNA wskazał na ośmioletniego chłopca, dobrze?

Bosch skinął głową i już miał wstać, gdy Duvall dodała:

– Pamiętaj tylko, że zanim cokolwiek zrobisz, kiedy się czegoś dowiesz, masz ze mną porozmawiać.

– Załatwione – odparł Bosch.

Szykowali się do wyjścia, gdy porucznik poprosiła:

– Zaczekaj chwilę, Harry.

Bosch spojrzał na Chu i zmarszczył brwi. Nie wiedział, o co chodzi. Porucznik wyszła zza biurka i zamknęła drzwi za Chu i Marcią. Stała z poważną miną.

– Chciałam cię tylko poinformować, że twoje podanie o odroczenie terminu przejścia na emeryturę zostało zatwierdzone. Dali ci cztery lata z mocą wsteczną.

Bosch spojrzał na nią, rachując w myślach. Skinął głową. Prosił o maksimum – pięć lat od momentu zatwierdzenia wniosku – ale przyjmie, co dają. To by go zatrzymało w pracy niewiele dłużej niż do matury córki, ale nie miał innego wyjścia.

– Cóż, cieszę się – powiedziała Duvall. – Dzięki temu spędzisz z nami trzydzieści dziewięć miesięcy.

Jej ton wskazywał, że wyczytała z twarzy Harry’ego rozczarowanie.

– Ja też się cieszę – odparł szybko. – Zastanawiałem się tylko, jak to się ma do wieku mojej córki. W porządku. Jestem szczęśliwy.

– To dobrze.

W taki właściwie sposób oznajmiła, że zebranie skończone. Bosch podziękował i wyszedł z gabinetu. Kiedy wszedł z powrotem do sali odpraw, potoczył spojrzeniem po rozległej przestrzeni pełnej biurek, segregatorów i szafek na akta. Wiedział, że to jego dom i że – na razie – tu zostanie.

2

Jednostka do spraw Przestępstw Niewyjaśnionych miała dostęp do dwóch sal konferencyjnych na czwartym piętrze do spółki ze wszystkimi pozostałymi jednostkami RHD, czyli Wydziału do spraw Napadów Rabunkowych i Zabójstw. Zazwyczaj śledczy musieli rezerwować jedną z sal, zapisując się na liście zawieszonej na drzwiach. Jednak o tak wczesnej porze w poniedziałek obie sale były otwarte i Bosch, Chu, Shuler oraz Dolan zajęli mniejszą z nich, nie dokonując rezerwacji.

Przynieśli ze sobą księgę zabójstwa i małe pudło z archiwum z dowodami rzeczowymi ze sprawy z 1989 roku.

– No dobra – rzekł Bosch, gdy już wszyscy usiedli. – Więc nie przeszkadza wam, że poprowadzimy tę sprawę? Bo jeśli tak, to możemy wrócić do porucznik Duvall i powiedzieć, że naprawdę chcecie się nią zajmować – zwrócił się do Rossa i Adriany.

– Nie, w porządku – odparł Shuler. – Oboje jesteśmy zajęci przygotowaniami do procesu, dlatego tak będzie lepiej. To nasz pierwszy proces i chcemy doprowadzić do wyroku skazującego.

Bosch kiwał głową, otwierając księgę niedbałym gestem.

– Opowiecie nam w skrócie o tej starej sprawie?

Shuler skinął głową w stronę swojej partnerki i Adriana zaczęła streszczać sprawę z 1989 roku, podczas gdy Bosch przerzucał kartki w segregatorze.

– Mamy dziewiętnastoletnią ofiarę, Lily Price. Została porwana z ulicy, gdy w niedzielne popołudnie wracała pieszo z plaży w Venice. W tamtym czasie miejsce porwania zawężono do okolic Speedway i Voyage Street. Price mieszkała przy Voyage Street z trzema współlokatorkami. Jedna była z nią na plaży, a dwie przebywały w mieszkaniu. Zniknęła między tymi dwoma punktami. Powiedziała, że idzie skorzystać z łazienki i nigdy nie dotarła do domu.

– Na plaży zostawiła ręcznik i walkmana – dodał Shuler. – I krem z filtrem. Było więc jasne, że miała zamiar wrócić. Nie wróciła.

– Jej ciało znaleziono nazajutrz rano na skałach przy skrócie – wyjaśniła Dolan. – Była naga. Została zgwałcona i uduszona. Jej ubrania nigdy nie znaleziono. Narzędzie zbrodni usunięto.

Bosch przerzucił kilka plastikowych koszulek zawierających wyblakłe polaroidy z miejsca zbrodni. Patrząc na ofiarę, nie mógł się oprzeć myśli o swojej piętnastoletniej córce, która miała przed sobą całe życie. Kiedyś oglądanie takich zdjęć napędzało go, dawało mu siłę, której potrzebował, żeby nie odpuścić. Odkąd jednak zamieszkała z nim Maddie, coraz trudniej było mu patrzeć na ofiary przestępstw.

Nie powstrzymało go to jednak przed umacnianiem w sobie siły.

– Skąd pochodziło DNA? – zapytał. – Ze spermy?

– Nie, zabójca użył prezerwatywy lub nie miał wytrysku – odparła Dolan. – Spermy nie wykryto.

– Pochodziło z niewielkiej plamy krwi – dodał Shuler. – Znaleziono ją na karku dziewczyny, tuż pod prawym uchem. Nie odniosła w tym miejscu żadnych obrażeń. Założono, że to krew zabójcy, że podczas walki skaleczył się, a może krwawił już wcześniej. To była ledwie kropla. A właściwie plama. Dziewczyna została uduszona. Jeżeli duszono ją od tyłu, to dłoń mordercy mogła w tym miejscu przywierać do szyi. Jeżeli miał na dłoni skaleczenie…

– Ślad naniesiony – zauważył Chu.

– Zgadza się.

Bosch znalazł zdjęcie, które przedstawiało szyję ofiary i plamę krwi. Fotografia wyblakła po latach i krew była ledwie widoczna. Na szyi młodej kobiety umieszczono linijkę, aby było widać, jakiej długości jest plama. Nie przekraczała dwóch i pół centymetra.

– A więc zebrano tę krew i zabezpieczono – rzekł Harry, aby wyciągnąć od nich dalsze wyjaśnienia.

– Tak – potwierdził Shuler. – Ponieważ to była plama, została starta wacikiem. Określono wówczas jej grupę. Zero plus. Wacik umieszczono w pojemniku i gdy zaczęliśmy badać tę sprawę, stwierdziliśmy, że pojemnik nadal jest w magazynie. Krew zmieniła się w proszek.

Postukał piórem w wieko pudełka z archiwum.

W kieszeni Boscha zawibrował telefon. Normalnie by go zignorował i potem odsłuchał nagraną wiadomość, ale tego dnia jego chora córka została sama w domu. Musiał się upewnić, czy to nie ona. Wyciągnął aparat z kieszeni i zerknął na wyświetlacz. Nie dzwoniła córka, lecz dawna partnerka, Kizmin Rider, obecnie porucznik przydzielony do OCP – Biura Szefa Policji. Postanowił oddzwonić po zebraniu. Mniej więcej raz w miesiącu jedli razem lunch i przypuszczalnie miała dzisiaj wolne albo telefonowała dlatego, że dowiedziała się, że otrzymał zgodę na odroczenie przejścia na emeryturę o kolejne cztery lata. Włożył aparat z powrotem do kieszeni i zapytał:

– Otwieraliście ten pojemnik?

– Jasne, że nie – odparł Shuler.

– W porządku. Zatem cztery miesiące temu wysłaliście pojemnik z wacikiem i tym, co zostało z krwi, do regionalnego laboratorium, zgadza się?

– Tak – potwierdził Shuler.

Bosch przekartkował księgę do miejsca, w którym znajdował się protokół z sekcji zwłok. Zachowywał się tak, jakby bardziej ciekawiło go to, co widzi, niż to, co mówi.

– Czy wtedy przekazaliście do laboratorium coś jeszcze?

– Ze sprawy Price? – zapytała Dolan. – Nie, to był jedyny ślad biologiczny, jaki wówczas znaleziono.

Bosch skinął głową w nadziei, że policjantka będzie mówić dalej.

– Ale to do niczego nie doprowadziło – dodała. – Nigdy nie wskazano podejrzanego. A kogo wskazali w trafieniu?

– Za chwilę do tego dojdę – odparł Bosch. – Chodziło mi o to, czy przekazaliście wtedy do laboratorium cokolwiek z innych prowadzonych przez was spraw, czy w tamtym czasie zajmowaliście się tylko tą?

– Nie, to było wszystko – odpowiedział Shuler, mrużąc podejrzliwie oczy. – Co tu się dzieje, Harry?

Bosch sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki, wyciągnął zawiadomienie i podsunął je Shulerowi.

– Trafienie wskazuje na gwałciciela, który pasowałby do tego zabójstwa wręcz idealnie, gdyby nie jedna rzecz.

Shuler rozłożył zawiadomienie i oboje z Dolan pochylili się nad nim tak, jak wcześniej Bosch i Chu.

– O co chodzi? – zdziwiła się Dolan. – Ten gość pasuje idealnie.

– Teraz tak – zgodził się Bosch. – Ale wtedy miał zaledwie osiem lat.

– Żartujesz – powiedziała Adriana.

– Co, do kurwy nędzy? – dodał Shuler.

Dolan wyjęła kartkę z rąk swojego partnera, jakby chciała jej się lepiej przyjrzeć i sprawdzić datę urodzenia. Shuler odchylił się na krześle i spojrzał na Boscha przenikliwie.

– Uważasz, że daliśmy ciała i pomieszaliśmy sprawy – rzekł.

– Nie. Porucznik prosiła, byśmy sprawdzili tę możliwość, ale nie widzę tu żadnej wpadki.

– A więc musieli to zrobić w laboratorium – stwierdził Shuler. – Zdajesz sobie sprawę, że jeżeli to tam dali ciała, wszyscy obrońcy w okręgu będą mogli zakwestionować badania DNA, które stamtąd pochodzą?

– Owszem, taka myśl przyszła mi do głowy. I właśnie dlatego powinniście zachować to dla siebie, dopóki się nie dowiemy, co się stało. Są jeszcze inne ewentualności.

Dolan podniosła zawiadomienie.

– Taak, a jeśli wpadki nie było na żadnym etapie? Jeśli na ciele tej martwej dziewczyny naprawdę była krew tego chłopaka?

– Ośmiolatek porywa dziewiętnastoletnią dziewczynę z ulicy, gwałci ją, dusi i wyrzuca zwłoki cztery przecznice dalej? – zapytał Chu. – Nie znam takiego przypadku.

– Cóż, może tam był – odparła Dolan. – Może właśnie tak stał się potworem. Widzicie jego kartotekę. Ten gość pasuje… jeśli nie liczyć wieku.

Bosch skinął głową i rzekł:

– Być może. Jak mówiłem, są inne ewentualności. Na razie nie ma powodu do paniki.

Jego telefon znowu zawibrował. Harry wyciągnął go z kieszeni i zobaczył, że to znowu Kiz Rider. Dwa telefony w ciągu pięciu minut, uznał więc, że powinien odebrać. Nie chodziło o wspólny lunch.

– Muszę na chwilę wyjść.

Wstał i wychodząc z sali konferencyjnej na korytarz, odebrał telefon.

– Kiz?

– Harry, próbuję się z tobą skontaktować, bo mam dla ciebie wiadomość.

– Mam spotkanie. Jaką wiadomość?

– Niebawem dostaniesz pilne wezwanie z OCP.

– Mam przyjechać na dziewiąte?

W nowym gmachu policji biura szefa wraz z osobnym balkonem od strony dziedzińca, z którego widać było przeciwległą część centrum administracyjno-kulturalnego, mieściły się na dziewiątym piętrze.

– Nie, na Sunset Strip. Każą ci pojechać na miejsce i przejąć pewną sprawę. I nie będziesz z tego zadowolony.

– Proszę posłuchać, pani porucznik. Dziś rano dostałem już jedną sprawę. Nie potrzebuję kolejnej.

Myślał, że zwrócenie się do niej oficjalnie uświadomi Kiz, że odnosi się do tego z rezerwą. Pilne wezwania i przydziały z OCP zawsze niosły groźbę manipulacji na wysokim szczeblu. Czasem trudno było się w tym odnaleźć.

– On nie da ci możliwości wyboru.

„On”, czyli szef policji.

– Co to za sprawa?

– Skoczek samobójca w Chateau Marmont.

– Kto to?

– Chyba powinieneś poczekać na telefon szefa. Chciałam tylko…

– Kto to, Kiz? Jeżeli choć trochę mnie znasz, to chyba wiesz, że potrafię dochować tajemnicy.

Zawahała się, zanim odpowiedziała.

– Z tego, co zrozumiałam, niewiele można rozpoznać… spadł na beton z szóstego piętra. Ale na podstawie wstępnej identyfikacji stwierdzono, że to George Thomas Irving. Czterdzieści sześć lat i sto…

– Krewniak Irvina Irvinga? Radnego Irvina Irvinga?

– Plagi policji Los Angeles w ogóle, a śledczego Harry’ego Boscha w szczególności. Tak, tego samego. To jego syn, a radny Irving domagał się od szefa, byś przejął dochodzenie. Szef odparł, że nie widzi przeszkód.

Bosch milczał przez chwilę, po czym zapytał:

– Czemu chce właśnie mnie? Przecież niemal przez całą swoją karierę w policji i polityce próbował mnie zniszczyć.

– Tego nie wiem. Wiem tylko, że to masz być ty.

– Kiedy to się stało?

– Policję wezwano dziś rano za kwadrans szósta. Przypuszczam, że nie jest jasne, kiedy faktycznie doszło do zdarzenia.

Bosch zerknął na zegarek. Sprawa sprzed ponad trzech godzin. Dość późno jak na włączanie się do śledztwa dotyczącego śmierci. Od początku byłby w niekorzystnej sytuacji.

– Co tu badać? Powiedziałaś, że wyskoczył z balkonu.

– Pierwszy zareagował komisariat w Hollywood i zamierzali uznać, że to było samobójstwo. Radny przybył na miejsce i nie chce o tym słyszeć. Właśnie dlatego zażądał ciebie.

– Czy szef wie, że łączą mnie z Irvingiem zaszłości, które…

– Owszem. Wie również, że potrzebuje każdego głosu w radzie, jeśli chce, żeby ludziom znowu było z czego płacić za nadgodziny.

Bosch zobaczył swoją szefową wychodzącą na korytarz z biura Jednostki do spraw Przestępstw Niewyjaśnionych. Z gestem mówiącym: „Tu jesteś!” ruszyła w jego kierunku.

– Wygląda na to, że zaraz dostanę polecenie służbowe – rzekł do słuchawki. – Dziękuję za ostrzeżenie, Kiz. Nic z tego nie rozumiem, ale dzięki. Jeżeli dowiesz się czegoś więcej, daj mi znać.

– Bądź ostrożny. Irving jest już stary, ale ciągle potrafi zaszkodzić.

– Wiem o tym.

Bosch zamknął aparat w chwili, gdy Duvall podeszła do niego z kartką w wyciągniętej dłoni.

– Przepraszam, Harry, ale zmieniamy plan. Musisz pojechać z Chu pod ten adres i zająć się nową sprawą.

– O czym ty mówisz?

Bosch spojrzał na adres. Chateau Marmont.

– Rozkazy z OCP. Macie zastosować punkt trzeci regulaminu i przejąć pewną sprawę. Tyle wiem. I to, że na miejscu czeka sam szef.

– A co ze sprawą, którą nam przydzieliłaś?

– Odłóżcie ją na później. Chcę, byście się nią zajmowali, ale tylko wtedy, kiedy będziecie mogli.

Wskazała na trzymaną w dłoni kartkę.

– To jest priorytet.

– Jest pani tego pewna, pani porucznik?

– Jasne, że jestem. Szef zadzwonił do mnie osobiście i zamierza zadzwonić do ciebie. Zabierz Chu i jedźcie.

3

Jak można się było spodziewać, gdy wyjeżdżali ze śródmieścia autostradą 101, Chu zarzucił go pytaniami. Tworzyli zespół od prawie dwóch lat i Bosch przywykł już do lawiny pytań, komentarzy i spostrzeżeń partnera. Kiedy Chu brakowało pewności siebie, gadał jak najęty. Zazwyczaj mówił o jednym, podczas gdy tak naprawdę chodziło mu o coś zupełnie innego. Czasami Harry traktował go łagodnie i zaspokajał jego ciekawość, a czasami czekał, aż sytuacja stanie się nieznośna dla Chu.

– Co się, u diabła, dzieje, Harry? Rano dostaliśmy jedną sprawę, a teraz mówią, że mamy następną?

– Tutejsza policja to organizacja paramilitarna, co znaczy, że gdy ktoś wyższy rangą każe ci coś zrobić, to wykonujesz polecenie. Ten rozkaz przyszedł od szefa i zastosujemy się do niego. Oto, co się dzieje. W końcu wrócimy do tamtej sprawy. Ale teraz mamy nową i to ona jest priorytetem.

– To brzmi jak polityczne wciskanie kitu.

– Manipulacje na wysokim szczeblu.

– Co masz na myśli?

– Zbieżność interesów policji i polityków. Będziemy prowadzić śledztwo w sprawie śmierci syna radnego Irvina Irvinga. Pewnie o nim słyszałeś?

– Taak. Kiedy przyszedłem do policji, był zastępcą szefa. Potem zrezygnował i kandydował do rady.

– Nie zrezygnował z własnej woli. Został zmuszony do odejścia i ubiegał się o miejsce w radzie, żeby móc zemścić się na policji. Po prostu żyje dla jednej rzeczy – żeby dokopać LAPD. Powinieneś też wiedzieć, że kiedyś darzył mnie szczególną niechęcią. Można rzec, że kilka razy starliśmy się ze sobą.

– Czemu więc miałby chcieć, żebyś zbadał sprawę śmierci jego syna?

– Wkrótce się tego dowiemy.

– Co porucznik ci o niej powiedziała? Chodzi o samobójstwo?

– Nic mi nie powiedziała. Podała mi jedynie ten adres.

Postanowił nie ujawniać niczego, co wiedział. Mogłoby przy okazji wyjść na jaw, że ma w OCP informatora; nie chciał jeszcze dzielić się tą wiedzą z Chu i utrzymywał swoje comiesięczne spotkania z Kiz Rider w tajemnicy.

– Wszystko to brzmi trochę niesamowicie.

Rozległ się dzwonek telefonu Boscha. Numer był zastrzeżony, lecz Harry odebrał. Dzwonił szef policji. Znali się od lat i kiedyś nawet prowadzili razem różne sprawy. Awansował i długo pracował w RHD jako śledczy i nadzorujący. Szefem był dopiero od paru lat i nadal miał poparcie szeregowych funkcjonariuszy.

– Harry, mówi Marty. Gdzie jesteście?

– Na stojedynce. Wyruszyliśmy, gdy tylko otrzymałem wiadomość.

– Zanim media zwęszą tę sprawę, co nie potrwa długo, muszę się stąd zwinąć. Nie ma potrzeby robić z niej cyrku. Jak pewnie ci już powiedziano, ofiarą jest syn radnego Irvinga. Radny nalegał, bym cię sprowadził.

– Dlaczego?

– Tak naprawdę nie podał powodu. Wiem, że coś zaszło między wami.

– Niestety, nic dobrego. Co możesz mi powiedzieć o tej sprawie?

– Niewiele.

Szef dodał kilka szczegółów do tego, co powiedziała Rider.

– Kto jest na miejscu z policji hollywoodzkiej?

– Glanville i Solomon.

Bosch znał ich z wcześniejszych spraw i z grup roboczych. Obaj śledczy słynęli z szerokich barów i wysokiego mniemania o sobie. Crate i Barrel1, tak ich nazywano, a im podobały się te przezwiska. Ubierali się krzykliwie, a na małym palcu nosili duże sygnety. I z tego, co wiedział, byli kompetentnymi detektywami. Skoro doszli do wniosku, że to samobójstwo, to najprawdopodobniej mieli rację.

– Będą kontynuować dochodzenie pod twoim kierunkiem – rzekł szef policji. – Już im to zakomunikowałem.

– W porządku, szefie.

– Musisz się do tego przyłożyć. Nie obchodzą mnie zaszłości między tobą a Irvingiem. Odłóż to na bok. Nie możemy dopuścić, by radny się wściekł i powiedział, że olaliśmy robotę.

– Rozumiem.

Bosch milczał przez chwilę, zastanawiając się, o co jeszcze zapytać.

– A gdzie teraz jest Irving?

– W holu.

– Był w tym pokoju?

– Uparł się. Pozwoliłem mu się tylko rozejrzeć, a potem go wyprowadziliśmy.

– Nie powinieneś był tego robić, Marty.

Bosch wiedział, że krytykowanie działań szefa policji jest ryzykowne. To, że kiedyś razem oglądali zwłoki, nie miało znaczenia.

– Domyślam się, że nie miałeś wyboru – dodał.

– Po prostu przyjedź tu jak najszybciej, a potem mnie informuj. Gdy nie będziesz mógł się ze mną skontaktować, skorzystaj z pośrednictwa porucznik Rider.

Nie podał mu zastrzeżonego numeru swojego telefonu, więc komunikat był jasny. To jego ostatnia bezpośrednia rozmowa z dawnym kumplem. Niejasne natomiast było to, co szef policji zaleca mu w sprawie śledztwa.

– Szefie – powiedział oficjalnie, żeby było wiadomo, że nie odwołuje się do dawnych układów. – Jeżeli tam dotrę i okaże się, że to samobójstwo, to tak powiem. Jeżeli oczekujesz czegoś więcej, znajdź kogoś innego.

– Nie ma sprawy, Harry. Po prostu niech będzie, co ma być. Bez żadnych kombinacji.

– Jesteś tego pewien? Czy tego właśnie chce Irving?

– Tego chcę ja.

– Rozumiem.

– A tak przy okazji, czy Duvall przekazała ci wiadomość o odroczeniu przejścia na emeryturę?

– Taak, mówiła mi.

– Zabiegałem o pełne pięć lat, ale w komisji jest parę osób, którym nie wszystko w twoich aktach się podoba. Nic więcej nie dało się uzyskać, Harry.

– Doceniam to.

– To dobrze.

Szef rozłączył się. Ledwie Bosch zdążył zamknąć telefon, Chu już zarzucił go pytaniami. Harry przekazał mu szczegóły, zjeżdżając z autostrady na Sunset Boulevard, i ruszył na zachód.

Tak naprawdę Chu szukał jedynie pretekstu do rozmowy, aby w końcu zapytać o to, co nie dawało mu spokoju przez cały ranek.

– A porucznik? Masz w ogóle zamiar mi powiedzieć, o co chodziło?

Bosch udał głupiego.

– O co chodziło w czym?

– Nie udawaj Greka, Harry. Co mówiła, gdy zatrzymała cię w gabinecie? Chce się mnie pozbyć, prawda? Ja też nigdy jej nie lubiłem.

Bosch nie potrafił się powstrzymać. Szklanka jego partnera była zawsze w połowie pusta i nie mógł przepuścić takiej okazji, by mu dokuczyć.

– Powiedziała, że chce cię przesunąć… zatrzymać w wydziale zabójstw. Że w Biurze Południowym zwolnią się jakieś stanowiska i rozmawia z nimi o zamianie.

– Jezu Chryste!

Chu niedawno przeprowadził się do Pasadeny. Dojazdy do Biura Południowego byłyby koszmarem.

– No i co jej powiedziałeś? Wstawiłeś się za mną?

– Południe to szansa na świetną robotę, stary. Powiedziałem, że tam za dwa lata dojrzejesz. Gdzie indziej trwałoby to pięć lat.

– Harry!

Bosch wybuchnął śmiechem. Ulżył sobie. Perspektywa spotkania z Irvingiem przytłaczała go. Było coraz bliżej, a on nie bardzo wiedział, jak to rozegrać.

– Robisz ze mnie wała?! – krzyknął Chu, odwrócony teraz w fotelu w stronę Boscha. – Czy ty, kurwa, robisz ze mnie wała?

– I owszem. Więc wyluzuj. Powiedziała mi tylko, że zatwierdzono odroczenie mojego przejścia na emeryturę. Będziesz musiał mnie znosić jeszcze przez trzy lata i trzy miesiące.

– Och… cóż, to dobrze, prawda?

– Tak, bardzo dobrze.

Chu był zbyt młody, by przejmować się czymś takim jak program dobrowolnego odroczenia emerytury. Niemal dziesięć lat wcześniej Bosch w wyniku nieprzemyślanej decyzji odszedł z policji na emeryturę. Po dwóch latach w cywilu wrócił w ramach DROP, programu umożliwiającego odroczenie przejścia na emeryturę, który stworzono, aby zatrzymać doświadczonych śledczych w zawodzie i żeby nadal robili to, w czym byli najlepsi. W przypadku Boscha chodziło o wydział zabójstw. Wrócił z siedmioletnią umową. Nie wszyscy w policji byli zadowoleni z programu, zwłaszcza detektywi z innych wydziałów, liczący, że trafią w końcu na stanowisko w śródmiejskim Wydziale do spraw Napadów Rabunkowych i Zabójstw.

Zasady przyjęte w tutejszej policji pozwalały na jednorazowe odroczenie przejścia na emeryturę o trzy do pięciu lat. Potem przejście na emeryturę stawało się obligatoryjne. Bosch złożył podanie o zgodę na ponowne odroczenie emerytury w poprzednim roku i z powodu panującej w LAPD, Departamencie Policji Los Angeles, biurokracji czekał ponad rok na wiadomość, którą teraz otrzymał od porucznik, znacznie przekraczając pierwotny termin odejścia na emeryturę. Czekał z niepokojem, wiedząc, że w razie odmownej decyzji komisji policyjnej może być natychmiast zwolniony. Otrzymanie w końcu zgody z pewnością było dobrą wiadomością, teraz jednak widział już kres swojej pracy w policji. Dlatego ta dobra wiadomość przyprawiała go o lekką melancholię. Gdy już otrzyma formalne zawiadomienie od komisji, będzie ono dokładnie określało dzień, w którym odda swoją odznakę. Nie mógł przestać o tym myśleć. Jego zawodowa przyszłość miała granicę. Być może sam był już człowiekiem w połowie pustym.

Chu dał mu spokój z pytaniami, a Harry próbował unikać myśli o emeryturze. Jadąc na zachód, myślał za to o Irvinie Irvingu. Radny Irving spędził w policji ponad czterdzieści lat, nigdy jednak nie dotarł na najwyższe piętro. Po latach sposobienia się do objęcia stanowiska szefa Departamentu Policji Los Angeles stracił szansę w wyniku politycznej zawieruchy. Kilka la później – z pomocą Boscha – doprowadzono do jego odejścia z policji. Wzgardzony, wystartował w wyborach do rady miasta, wygrał i postawił sobie za zadanie wymierzyć karę instytucji, w której harował przez tyle lat. Posunął się do tego, że głosował przeciwko każdej proponowanej podwyżce uposażeń funkcjonariuszy i planom powiększenia policji Los Angeles. Zawsze pierwszy wzywał do niezależnej analizy lub śledztwa w sprawie wszelkich dostrzeżonych nieprawidłowości lub rzekomych wykroczeń popełnionych przez policjantów. Jednak najdotkliwszy cios zadał przed rokiem, gdy w ramach kampanii redukcji kosztów gorąco poparł obcięcie stu milionów przeznaczonych w budżecie policji na zapłatę za nadgodziny. Dotknęło to funkcjonariuszy na wszystkich szczeblach policyjnej hierarchii.

Bosch nie miał wątpliwości, że obecny szef zawarł z Irvingiem jakiś układ. Coś za coś. Dostarczy Boscha, by ten przejął dochodzenie, w zamian za jakąś przysługę. Chociaż Harry nigdy nie uważał się za wnikliwego znawcę polityki, był przekonany, że niebawem zorientuje się w sytuacji.

4

Chateau Marmont, usytuowany naprzeciw Hollywood Hills budynek ikona, który od dziesięcioleci nęcił gwiazdy filmowe, pisarzy, rockandrollowców oraz osoby z ich otoczenia, stał na wschodnim krańcu Sunset Strip. Podczas swojej kariery zawodowej Bosch był kilka razy w tym hotelu, prowadząc sprawy i szukając świadków oraz podejrzanych. Znał jego hol z belkowanym stropem, okolony żywopłotem dziedziniec i rozkład obszernych apartamentów. Inne hotele oferowały wygodę i osobistą obsługę na niesamowitym poziomie. Chateau Marmont oferował europejski czar i brak zainteresowania twoimi osobistymi sprawami. W większości hoteli były kamery monitorujące, ukryte lub nie, we wszystkich ogólnodostępnych miejscach. W Chateau było ich niewiele. Tym, co zapewniał Chateau Marmont, a w czym nie mógł mu dorównać żaden inny hotel przy Sunset Strip, była prywatność. Za jego murami i wysokim żywopłotem znajdował się świat bez niepożądanych gości, gdzie ci, którzy nie chcieli być obserwowani, obserwowani nie byli. To znaczy dopóki wszystko układało się należycie, a prywatne życie nie stawało się publiczne.

Tuż za Laurel Canyon Boulevard zza mnóstwa billboardów, które stały wzdłuż Sunset Strip, wyłaniał się hotel. Wieczorem odznaczał się prostym neonowym szyldem, skromnym jak na okoliczne standardy, a jeszcze skromniejszym za dnia, gdy światło gaszono. Hotel formalnie znajdował się przy Marmont Lane, która odchodziła od Sunset Boulevard i wiła się wokół budynku i dalej ku wzgórzom. Podjeżdżając, Bosch spostrzegł, że Marmont Lane odgrodzono tymczasową barykadą. Wzdłuż żywopłotu przed hotelem parkowały dwa radiowozy i dwa wozy transmisyjne. Wywnioskował z tego, że miejsce zdarzenia znajduje się po zachodniej stronie budynku lub na tyłach hotelu. Zatrzymał samochód za jednym z radiowozów.

– Sępy już są – rzekł Chu, wskazując ruchem głowy na wozy transmisyjne.

Zachowanie czegoś w tajemnicy, zwłaszcza czegoś takiego, było w tym mieście niemożliwe. Pewnie zadzwonił sąsiad, gość hotelowy lub policjant patrolujący ulice, może ktoś z biura koronera, próbujący zrobić wrażenie na jasnowłosej reporterce telewizyjnej. Wieści szybko się niosły.

Wysiedli z auta i podeszli do zapór. Bosch ruchem ręki kazał jednemu z mundurowych odsunąć się od dwóch ekip reporterskich, żeby mogli porozmawiać na osobności.

– Gdzie to jest? – zapytał.

Mężczyzna wyglądał na policjanta z co najmniej dziesięcioletnim stażem. Na bluzie jego munduru widniało nazwisko RAMPONE.

– Są dwa miejsca – odparł. – Mokra plama z boku budynku oraz pokój, z którego korzystał. Na ostatnim piętrze, numer siedemdziesiąt dziewięć.

Policjanci rutynowo odczłowieczali okropności, z którymi mieli codziennie do czynienia. Samobójców, którzy odbierali sobie życie, skacząc z okien, nazywano mokrymi plamami.

Bosch zostawił swój radiotelefon w samochodzie. Ruchem głowy wskazał na mikrofon na ramieniu Rampone’a.

– Dowiedz się, gdzie są Glanville i Solomon.

Rampone przekrzywił głowę i nacisnął guzik nadajnika. Szybko zlokalizował zespół dochodzeniowy w pokoju numer siedemdziesiąt dziewięć.

– Dobra, każ im tam zostać. Sprawdzimy miejsce upadku, a potem pojedziemy na górę.

Bosch wrócił do samochodu, żeby wyjąć radiotelefon z gniazda ładowarki, po czym obaj z Chu obeszli zapory i ruszyli chodnikiem.

– Chcesz, żebym pojechał na górę i pogadał z tymi gośćmi? – zapytał Chu.

– Nie, zawsze zaczyna się od ciała i idzie dalej. Zawsze.

Chu przywykł do prowadzenia niewyjaśnionych spraw, tak zwanych enek, w których nigdy nie badało się miejsca zbrodni, a jedynie raporty. Miał również problemy z oglądaniem zwłok. Z tego właśnie powodu wybrał tę jednostkę. Żadnych nowych zabójstw, miejsc zbrodni, sekcji zwłok. Tym razem wszystko miało wyglądać inaczej.

Marmont Lane była stroma i wąska. Dotarli na miejsce zdarzenia przy północno-zachodnim narożniku budynku. Zespół techników z Wydziału Kryminalistyki rozstawił namiot, aby zasłonić je przed wzrokiem reporterów w telewizyjnych śmigłowcach i mieszkańców domów położonych na zboczach wzgórz za hotelem.

Przed wejściem do namiotu Bosch spojrzał na ścianę hotelu. Zobaczył mężczyznę w garniturze wychylającego się przez balustradę balkonu na ostatnim piętrze i spoglądającego. Domyślił się, że to Glanville lub Solomon.

W namiocie zastał krzątających się techników, śledczych z biura koronera i policyjnych fotografów. W centrum tej krzątaniny był Gabriel Van Atta, którego Bosch znał od lat. Van Atta spędził ćwierć wieku, pracując dla Departamentu Policji Los Angeles jako technik i kierownik Wydziału Kryminalistyki, po czym odszedł na emeryturę i przyjął pracę u koronera. Teraz miał pensję i emeryturę i nadal badał miejsca popełnienia przestępstw. Bosch upatrywał w tym swoją szansę. Wiedział, że Van Atta nie będzie niczego ukrywał. Powie mu, co dokładnie myśli.

Bosch i Chu stanęli w namiocie, ale trzymali się z boku. W tym momencie miejsce zdarzenia należało do techników. Bosch zorientował się, że ciało zostało odwrócone i że badania zbliżają się do końca. Niebawem zwłoki zostaną przetransportowane do biura patomorfologa. Nie było mu to na rękę, ale taki był koszt późnego włączenia się do sprawy.

Rozmiar makabrycznych obrażeń, stanowiących wynik upadku z szóstego piętra, rzucał się w oczy. Bosch czuł niemalże obrzydzenie partnera na ich widok. Postanowił ulitować się nad nim.

– Wiesz co? Ja się tym zajmę. Spotkamy się na górze.

– Naprawdę?

– Naprawdę. Ale od sekcji zwłok się nie wymigasz.

– Umowa stoi.

Ich rozmowa przykuła uwagę Van Atty.

– Harry B. – rzekł. – Myślałem, że nadal pracujesz nad niewyjaśnionymi sprawami.

– Ta jest szczególna. Mogę wejść głębiej?

Van Atta zaprosił go ruchem ręki. Gdy Chu wymykał się z namiotu, Bosch wyjął z automatu papierowe ochraniacze i nałożył je na obuwie. Następnie naciągnął gumowe rękawiczki i starając się nie nadepnąć na ślady zakrzepłej krwi na chodniku, przykucnął obok tego, co zostało z George’a Thomasa Irvinga.

Śmierć zabiera wszystko, z ludzką godnością włącznie. Nagie i poturbowane ciało George’a otaczali ze wszystkich stron technicy, dla których było ono przedmiotem pracy. Jego doczesna powłoka stała się rozdartym workiem zmiażdżonych kości, organów i naczyń krwionośnych. Ciało wykrwawiło się przez wszystkie naturalne otwory i wiele nowych, powstałych w wyniku zderzenia z chodnikiem. Czaszka była roztrzaskana, przez co głowa i twarz zostały groteskowo zniekształcone niczym obraz w krzywym zwierciadle. Lewe oko wypadło z oczodołu i zwisało luźno na policzku. Klatka piersiowa uległa zmiażdżeniu i kilka odłamków żeber i obojczyka sterczało spod skóry.

Bosch uważnie oglądał zwłoki, szukając rzeczy nietypowych dla tego rodzaju śmierci. Szukał na rękach śladów igieł, a pod paznokciami obcych tkanek.

– Dotarłem tu późno – rzekł. – Powinienem o czymś wiedzieć?

– Myślę, że ten gość uderzył o ziemię najpierw twarzą, co zdarza się bardzo rzadko nawet w przypadku samobójstwa – odparł Van Atta. – Chcę, byś zwrócił uwagę na to. – Wskazał najpierw na prawą, a potem na lewą rękę ofiary, które leżały rozpostarte w kałuży krwi.

– Wszystkie kości w obu rękach są połamane. A właściwie pogruchotane. Nie stwierdziliśmy jednak urazów spowodowanych przez osoby trzecie, uszkodzeń skóry.

– O czym to świadczy?

– O jednej z dwóch skrajnych możliwości. Pierwsza, że chciał upaść na głowę i nawet nie wyciągnął rąk, żeby zamortyzować upadek. Gdyby je wyciągnął, mielibyśmy otwarte i bardziej skomplikowane złamania. Tak nie jest.

– A druga możliwość?

– Że nie wyciągnął rąk dlatego, że uderzając w ziemię, był nieprzytomny.

– Co znaczy, że został wyrzucony.

– Taak, najprawdopodobniej spuszczony. Będziemy musieli zrobić rekonstrukcję zdarzenia, ale wygląda na to, że spadł prosto w dół. Gdyby został wypchnięty lub wyrzucony, jak twierdzisz, prawdopodobnie leżałby metr dalej od muru.

– Rozumiem. A czas zgonu?

– Zmierzyliśmy temperaturę wątroby i wykonaliśmy obliczenia. Jak wiesz, to nieoficjalne dane, ale sądzimy, że między czwartą a piątą.

– A więc leżał na chodniku przez ponad godzinę, zanim ktoś go zobaczył.

– Możliwe. Postaramy się uściślić godzinę śmierci podczas sekcji zwłok. Możemy go już zabrać?

– Jeżeli to wszystko, co masz mi dziś do przekazania, to tak, nie widzę przeszkód.

Kilka minut później Bosch szedł podjazdem do hotelowego garażu. Na bruku stał czarny lincoln town car z numerami ratusza; silnik pracował na jałowym biegu. Samochód radnego Irvinga. Mijając go, dostrzegł za kierownicą młodego mężczyznę, a na fotelu obok – starszego człowieka w garniturze. Wydawało się, że tylna kanapa jest pusta, ale trudno było to stwierdzić przez przyciemnione szyby.

Wszedł po schodach na wyższy poziom, gdzie mieścił się hol i recepcja.

Goście Chateau na ogół prowadzili nocny tryb życia. W opustoszałym holu znajdował się jedynie Irvin Irving, który siedział na kanapie z telefonem komórkowym przy uchu. Gdy zobaczył wchodzącego Boscha, szybko zakończył rozmowę i wskazał kanapę na wprost siebie. Harry miał wcześniej nadzieję, że Irving nie zatrzyma go długo i będzie mógł rozmawiać na stojąco, ale to była jedna z tych sytuacji, w których musiał ustąpić. Siadając, wyjął z tylnej kieszeni notes.

– Detektywie Bosch – powiedział Irving. – Dziękuję, że pan przyjechał.

– Nie miałem wyboru, panie radny.

– Chyba nie.

– Po pierwsze, chciałbym wyrazić współczucie z powodu śmierci syna, a po drugie, dowiedzieć się, czemu zażyczył pan sobie mojej obecności tutaj.

Irving skinął głową i spojrzał w jedno z wysokich okien holu. Na zewnątrz pod palmami, parasolami i małymi nagrzewnicami znajdowała się restauracja. Także była pusta, jeśli nie liczyć obsługi.

– Przypuszczam, że tutaj nikt nie wstaje przed południem.

Bosch nie odzywał się. Czekał na odpowiedź na swoje pytanie. Charakterystyczną cechą Irvinga zawsze była gładko wygolona i błyszcząca czaszka. Wyglądał tak na długo przedtem, zanim stało się to modne. W policji nazywano go Czyściochem, ponieważ takie sprawiał wrażenie i był człowiekiem angażowanym do sprzątania politycznego i towarzyskiego bałaganu, który stale powstawał w uzbrojonej po zęby i upolitycznionej biurokracji.

Teraz jednak Irving przedstawiał sobą marny widok. Miał szarą, obwisłą skórę i wyglądał staro.

– Zawsze słyszałem, że strata dziecka boli najbardziej – powiedział. – Teraz wiem, że to prawda. Nieważne, w jakim wieku i okolicznościach… to po prostu nie powinno się wydarzyć. To niezgodne z naturalnym porządkiem rzeczy.

Bosch nie mógł nic na to powiedzieć. Miał do czynienia z dostatecznie wieloma rodzicami martwych dzieci, by wiedzieć, że stwierdzenie radnego jest bezdyskusyjne. Irving siedział ze spuszczoną głową, wpatrzony w bogato zdobiony dywan.

– Od ponad pięćdziesięciu lat pracuję dla tego miasta na różnych stanowiskach – ciągnął. – I oto teraz nie mogę nikomu zaufać. Zwracam się więc do człowieka, którego w przeszłości próbowałem zniszczyć. Dlaczego? Sam nie jestem pewien. Przypuszczalnie dlatego, że nasze potyczki cechowała pewna prawość. Pana też. Nie lubiłem pana i nie podobały mi się pańskie metody, ale darzyłem pana szacunkiem.

Spojrzał na Harry’ego.

– Chcę, by mi pan powiedział, detektywie Bosch, co się stało mojemu synowi. Chcę prawdy i myślę, że w tym względzie mogę panu zaufać.

– Bez względu na to, jak bardzo zaboli.

– Bez względu na to, jak bardzo zaboli.

Bosch skinął głową.

– Zgoda.

Chciał wstać, ale znieruchomiał, gdy Irving dodał:

– Powiedział pan kiedyś, że liczą się wszyscy albo nikt. Zapamiętałem to. Ta sprawa będzie testem. Czy syn pańskiego wroga się liczy? Czy dołoży pan wszelkich starań? Czy będzie pan nieugięty?

Bosch tylko spojrzał na Irvinga. Liczą się wszyscy albo nikt. Tą zasadą kierował się jako człowiek. Nigdy nie wypowiedział tych słów. Jedynie stosował się do nich. Był pewien, że Irving nigdy nie usłyszał ich z jego ust.

– Kiedy?

– Słucham?

– Kiedy to powiedziałem?

Zdając sobie sprawę, że mógł coś przekręcić, Irving wzruszył ramionami i przyjął pozę skonfundowanego staruszka, choć jego wzrok był ostry jak sztylet.

– Właściwie to nie pamiętam. Po prostu wiem.

Bosch wstał.

– Dowiem się, co się stało. Czy domyśla się pan może, co syn tutaj robił?

– Nie.

– Jak się pan dowiedział o jego śmierci?

– Zadzwonił do mnie szef policji. Osobiście. Przyjechałem natychmiast, ale nie pozwolili mi go zobaczyć.

– I słusznie. Miał rodzinę? To znaczy oprócz pana.

– Żonę i syna… chłopak dopiero co wyjechał na studia. Właśnie rozmawiałem przez telefon z Deborah. Powiedziałem jej o tym.

– Jeżeli będzie pan do niej jeszcze dzwonił, proszę powiedzieć, że ją odwiedzę.

– Oczywiście.

– Czym zajmował się pański syn?

– Był prawnikiem. Specjalizował się w kontaktach korporacyjnych.

Bosch czekał na dalsze wyjaśnienia, ale nic więcej nie usłyszał.

– „Kontaktach korporacyjnych”? Co to znaczy?

– To znaczy, że załatwiał sprawy. Ludzie zwracali się do niego, gdy chcieli coś w tym mieście załatwić. Kiedyś pracował dla miasta. Najpierw jako policjant, a potem dla prokuratury.

– I miał biuro?

– Mały lokal w śródmieściu, ale głównie to miał telefon komórkowy. Tak właśnie pracował.

– Jak nazwał swoją firmę?

– To była kancelaria prawna. Irving i wspólnicy… tyle że nie było żadnych wspólników. Jednoosobowa instytucja.

Bosch zdawał sobie sprawę, że będzie musiał do tego wrócić. Jednak boksowanie się z Irvingiem, w sytuacji gdy wiedział tak niewiele o sprawie, nie miało sensu. Zaczeka, aż dowie się więcej.

– Będę w kontakcie – powiedział.

Irving uniósł dłoń, między dwoma palcami trzymał wizytówkę.

– To jest numer mojej prywatnej komórki. Liczę na to, że do końca dnia czegoś się od pana dowiem.

Bo inaczej obetniesz kolejne dziesięć milionów z budżetu na nadgodziny? Harry’emu nie spodobało się to, ale wziął wizytówkę i ruszył w stronę wind.

W drodze na szóste piętro myślał o drętwej rozmowie z Irvingiem. Najbardziej martwiło go to, że radny znał jego życiową zasadę. Domyślał się, jak dotarł do tej informacji. Będzie musiał się tym później zająć.