Wydawca: Filia Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2016

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 325 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Unieważnienie - Emma Chase

Waszyngtoński obrońca Stanton Shaw jest dumny, ambitny, zadaje błyskotliwe pytania i zasypuje wszystkich niepodważalnymi argumentami. Nieprzypadkowo nazywany jest Uwodzicielem Przysięgłych – ma południowy akcent, rozbrajający uśmiech i zniewalające zielone oczy – ciężko mu się oprzeć. Mężczyźni chcą być tacy jak on, kobiety pragną być przez niego szczegółowo przesłuchane.

Stanton ma plan na życie. Przez jakiś czas wszystko przebiega według ustalonego scenariusza. Jednak pewnego dnia mężczyzna dostaje zaproszenie na ślub swojej licealnej miłości i jednocześnie matki jego ukochanej dziesięcioletniej córeczki. Jenny wychodzi za mąż – za kogoś innego. Tego definitywnie nie było w planie.

Wychowana w mieście Sofia Santos jest nieugiętą prawniczką, planującą karierę najbardziej cenionego obrońcy w sprawach karnych w kraju. Nie ma czasu na związki czy inne tego typu rozpraszające rzeczy. Jednak gdy Stanton, jej niesamowity „przyjaciel do łóżka” błaga o pomoc, kobieta zostaje wytrącona z równowagi, zepchnięta z obranej ścieżki, a jej świat wywrócony do góry nogami. Sofia zgadza się pojechać do zabitej dechami mieściny w stanie Missisipi, by pomóc Stantonowi odzyskać ukochaną. Umysł podpowiada jej, że zwariowała… serce twierdzi jednak coś zupełnie innego.

Co się stanie, gdy doprowadzimy do spotkania mieszkańców niewielkiej mieściny, dwóch profesjonalistów wyćwiczonych w sporach, lokalną miss, czterech wielkich braci, Parówkę oraz Bunię z dubeltówką? Poleje się burbon, wybuchnie namiętność, a pragnienia serca sprawią, że nawet najmisterniej ułożone plany zostaną unieważnione.

Opinie o ebooku Unieważnienie - Emma Chase

Fragment ebooka Unieważnienie - Emma Chase

Mamie i tacie,

za pokazanie, jak powinno wyglądać rodzicielstwo.

1

Ostatni rok szkoły średniej, październik,

miasteczko Sunshine, stan Missisipi

Większość historii zaczyna się od początku. Lecz nie ta. Ta zaczyna się od końca. A przynajmniej od tego, co wydaje się końcem – mojego życia, marzeń, przyszłości. Zaledwie dwa słowa sprawiają, iż mam wrażenie, że wszystko skończone.

– Wynik pozytywny.

Dwa wyrazy. Dwie czerwone kreski.

Kurczy mi się żołądek, kolana miękną do konsystencji waty. Zielona koszulka z logo szkoły średniej miasteczka Sunshine lepi się do mojego ciała, pod pachami wykwitają wielkie plamy potu – i nie ma to nic wspólnego z upałem panującym w Missisipi. Wyjmuję test z rąk Jenny i potrząsam nim, mając nadzieję, że jedna z kresek zniknie.

Nie znika.

– Co za bydlę.

Jak na siedemnastolatka jestem dość bystry. Mam argument – wyjaśnienie. Uzasadnione wątpliwości.

– Może źle go zrobiłaś? A może jest zepsuty? Powinniśmy zdobyć drugi.

Jenny pociąga nosem, łzy zbierają się w jej błękitnych oczach.

– Stanton, od tygodnia każdego ranka mam mdłości. Od dwóch miesięcy nie mam okresu. Wynik testu jest pozytywny. – Ociera policzki i unosi głowę. – Nie ukradnę kolejnego testu ze sklepu pana Hawkina, by potwierdzić to, co już wiemy.

Mieszkając w tak małej mieścinie – a szczególnie w małej mieścinie na południu – macie świadomość, że wszyscy wszystko wiedzą. Znają waszego dziadka, waszą mamę, waszego szalonego starszego brata i słodką, młodszą siostrzyczkę. Wiedzą, że waszego wujka zamknięto w federalnym zakładzie karnym i że kuzyn nigdy nie wydobrzał po niefortunnym wypadku z udziałem ciągnika. W małym miasteczku zbyt kłopotliwe jest kupienie prezerwatyw, ciężko zdobyć tabletki antykoncepcyjne, a nabycie testu ciążowego jest wręcz niemożliwe.

No chyba że chcecie, by wasi rodzice dowiedzieli się o tym, nim dziewczyna nasika na tester.

Jenny, drżąc, obejmuje się ramionami. Choć jestem cholernie przerażony, wiem, że to nic w porównaniu z tym, co czuje ona. I to moja sprawka. Ja to zrobiłem – moja żądza, moje napalenie. Pieprzona głupota.

Ludzie mogą mówić, co chcą o feminizmie i równouprawnieniu, co jest w porządku, ja jednak zostałem wychowany w przekonaniu, że mężczyzna jest obrońcą. Jest odpowiedzialny. Idzie na dno razem z okrętem. Zatem fakt, że moja dziewczyna „ma kłopoty”, spoczywa na moich barkach.

– Hej, chodź do mnie. – Przyciągam jej drobne ciało do piersi i mocno tulę. – Będzie dobrze. Wszystko będzie dobrze.

Trzęsie się i płacze:

– Przepraszam, Stanton.

Poznałem Jenny Monroe w pierwszej klasie podstawówki. Włożyłem jej do plecaka ropuchę, ponieważ brat stwierdził, że tego nie zrobię. W odwecie przez dwa miesiące pluła papierowymi kulkami w tył mojej głowy. W trzeciej klasie myślałem, że się w niej zakochałem – w szóstej byłem tego pewien. Była piękna, zabawna i rzucała piłką futbolową lepiej niż jakakolwiek inna dziewczyna – i połowa chłopaków – których znałem. Zerwaliśmy ze sobą w ósmej klasie, kiedy Tara-Mae zaproponowała, żebym dotknął jej cycków.

Co zrobiłem.

Następnego lata wróciliśmy do siebie, kiedy podbiłem jej serce, wygrywając pluszowego miśka na wiejskim festynie.

Jest kimś więcej niż dziewczyną, z którą pierwszy raz się całowałem – zaliczyłem z nią każdy ze swoich pierwszych razów. I jest moją najlepszą przyjaciółką, tak jak ja jestem jej przyjacielem.

Odsuwam się, by spojrzeć jej w oczy. Dotykam jej twarzy i odgarniam miękkie, jasne włosy.

– Nie masz za co przepraszać. Nie zrobiłaś tego sama. – Figlarnie poruszam brwiami i się uśmiecham. – Też tam byłem, pamiętasz?

To wywołuje jej śmiech. Ociera oczy.

– Tak, to był dobry wieczór.

Kładę rękę na jej policzku.

– Pewnie, że był.

To nie był nasz pierwszy raz – czy nawet dziesiąty – ale był jednym z najlepszych. Noc, której się nie zapomina – księżyc w pełni i flanelowy koc. Stało się to zaledwie kilka metrów od miejsca, w którym teraz stoimy – obok rzeki, z sześciopakiem piwa i muzyką płynącą przez otwarte okno mojego pickupa. Były lekkie pocałunki, żarliwe szepty, spocone ciała i badające dłonie. Byliśmy złączeni tak głęboko, że nie wiedziałem, gdzie kończę się ja, a zaczyna ona. Przyjemność była tak intensywna, że chciałem, by trwała przez wieki – modliłem się głośno, by tak właśnie było.

Wspominalibyśmy to – próbowali odtworzyć – za wiele lat, nawet jeśli nie mielibyśmy dziecka, aby upamiętnić tamtą noc.

Dziecko.

Kurwa. Zaczynam rozumieć powagę sytuacji, żołądek niemal przywiera mi do kręgosłupa.

Jakby czytając w moich myślach, Jenny pyta:

– Co zrobimy?

Ojciec zawsze mi powtarzał, że nie ma co się wstydzić strachu. Liczy się jedynie to, jak reagujemy na ten strach. Tchórze uciekają. Mężczyźni stają do walki.

Nie jestem tchórzem.

Przełykam z trudem ślinę, kiedy wszystkie moje aspiracje, nadzieje i plany na opuszczenie tej mieściny biorą w łeb. Patrzę na rzekę, obserwując, jak promienie słońca odbijają się na powierzchni wody, i podejmuję jedyną słuszną decyzję.

– Pobierzemy się. Na początku możemy mieszkać z moimi rodzicami. Będę pracował na farmie i chodził do szkoły wieczorowej. Będziemy oszczędzać. Będziesz musiała na jakiś czas odłożyć szkołę pielęgniarską. W końcu wyprowadzimy się na własne śmieci. Zadbam o ciebie. – Kładę dłoń na jej nadal płaskim brzuchu. – O was.

Jej reakcja jest inna niż ta, której się spodziewałem.

Jenny odsuwa się ode mnie, patrzy wytrzeszczonymi oczami i kręci głową.

– Co? Nie! Po skończeniu szkoły miałeś jechać na studia do Nowego Jorku.

– No tak.

– Porzuciłeś stypendium futbolowe na uczelni w Missisipi, by iść na Uniwersytet Columbia. To Liga Bluszczowa.

Kręcę głową. I kłamię:

– Jenn, nic z tego nie ma teraz znaczenia.

Nie ma w naszym mieście chłopaka, który nie oddałby oka czy zębów, by grać w drużynie uczelni Missisipi… jednak nie ja. Ja zawsze chciałem czegoś innego – większego, jaśniejszego, bogatszego.

Klapki Jenny zapadają się w piasek, gdy chodzi brzegiem rzeki. Wiatr rozwiewa jej białą, letnią sukienkę, kiedy w końcu się do mnie odwraca i wskazuje na mnie palcem.

– Pójdziesz na te studia i koniec tematu. Tak jak planowaliśmy. Nic się nie zmienia.

Mój głos ocieka oburzeniem, na które ona nie zasługuje:

– O czym ty mówisz? Wszystko się zmienia! Nie możesz odwiedzać mnie raz w miesiącu z dzieckiem na ręku! Nie możemy go zabierać do pokoju w akademiku.

Zrezygnowana, szepcze:

– No wiem.

Odsuwam się o krok.

– Oczekujesz, że cię tutaj zostawię? Byłoby mi wystarczająco ciężko to zrobić przed tym, a teraz…? Nie pojadę w pieprzony świat, kiedy jesteś w ciąży. Za jakiego typa mnie masz?

Chwyta mnie za ręce i wygłasza mowę, która śmiało mogłaby rywalizować z przemówieniem trenera przed arcyważnym meczem.

– Za typa, który pójdzie na studia na Uniwersytet Columbia i skończy je z wyróżnieniem. Człowieka, który będzie godnie zarabiał, kiedy pójdzie do pracy. Nie zostawiasz nas, tylko robisz to, co dla nas najlepsze. Dla naszej rodziny, naszego przyszłego bytu.

– Nigdzie się nie wybieram.

– Wybierasz się.

– A co z twoją przyszłością?

– Zostanę z rodzicami, pomogą mi z dzieckiem. I tak praktycznie wychowują bliźniaki.

Starsza siostra Jenny, Ruby, jest dumną matką bliźniaków, a dziecko numer trzy jest w drodze. Ta kobieta przyciąga frajerów jak krowi placek muchy. Bezrobotnych, alkoholików, leniuchów – nie ma ich dosyć.

– Z ich pomocą i twoich rodziców będę mogła uczęszczać do szkoły pielęgniarskiej. – Obejmuje mnie szczupłymi ramionami za szyję.

Boże, jaka ona ładna.

– Nie chcę cię zostawiać – mruczę.

Jednak moja dziewczyna już postanowiła.

– Pojedziesz i będziesz wracał, kiedy tylko będziesz mógł. A kiedy przyjedziesz, będzie musiało nam to wystarczyć aż do twojego następnego powrotu.

Całuję ją w usta – pełne, miękkie, smakujące czereśniami.

– Kocham cię. Nigdy nikogo nie pokocham tak jak ciebie.

Uśmiecha się.

– I ja cię kocham, Stantonie Shaw, zawsze będziesz liczył się tylko ty.

Młodzieńcza miłość jest silna. Pierwsza miłość jest potężna. Jednak kiedy jesteście młodzi, nie wiecie, bo wiedzieć nie możecie, jak długie naprawdę jest życie. A jedyną pewną w nim rzeczą, prócz śmierci i podatków, są zmiany.

Jenny i mnie czekało wiele zmian.

Bierze mnie za rękę i prowadzi do furgonetki. Otwieram przed nią drzwi, gdy pyta:

– Którym najpierw powiemy? Twoim czy moim?

Wypuszczam powietrze z płuc.

– Twoim. Wolę najpierw uporać się z szaleństwem.

Nie jest obrażona.

– Miejmy nadzieję, że Bunia nigdy nie znajdzie naboi do dubeltówki.

Siedem miesięcy później

– Aaaaaaaaa!

To nie może być normalne. Doktor Higgens powtarza, że jest, ale nie mogę w to uwierzyć.

– Gaaaaaaaa!

Wychowywałem się na farmie. Widziałem narodziny każdego zwierzęcia – krowy, konia, owcy. Żadna samica nie wydawała takich dźwięków.

– Ooooooooo!

To? To jak horror w telewizji. Jak Piła… Dosłownie masakra.

– Rrrrrrrrrrrrr!

Jeśli kobiety przechodzą coś takiego, rodząc dziecko, po co w ogóle ryzykują i uprawiają seks?

– Auaaaaaaaa!

Nie jestem pewien, czy ja chcę ponownie zaryzykować. Marszczenie freda wydaje się dziś sto razy lepsze, niż było wczoraj.

Jenny krzyczy tak głośno, że dzwoni mi w uszach. Jęczę, kiedy ściska moją i tak już ściśniętą dłoń. Powietrze ciężkie jest od potu – i paniki. Jednak doktor Higgens siedzi na stołku i poprawia okulary. Opiera dłonie na swoich udach i patrzy między rozszerzone, ustawione na strzemionach nogi Jenny – w sposób, w który mama zagląda do piekarnika w Święto Dziękczynienia, zastanawiając się, czy indyk już się upiekł.

Dysząc, Jenny opada na poduszki i jęczy:

– Umieram, Stanton! Obiecaj, że zajmiesz się dzieckiem, kiedy mnie już nie będzie. Nie pozwól, by wyrosło na idiotę jak twój brat ani na zdzirę jak moja siostra.

Jej jasna grzywka jest mokra od potu. Odsuwam jej włosy z czoła.

– No nie wiem. Idioci są zabawni, a zdziry też mają zalety.

– Nie wydurniaj się, do diabła! Ja tu umieram!

Strach i wyczerpanie sprawiają, że jestem zgryźliwy.

– Słuchaj, nie ma pieprzonej mowy, byś mnie z tym zostawiła. Nie umierasz. – Zwracam się do doktora Higgensa: – Może pan coś zrobić? Podać jej jakieś proszki?

I mnie również?

Zazwyczaj nie lubię się odurzać, jednak w tej chwili sprzedałbym duszę za trochę trawy.

Higgens kręci głową.

– Nic by to nie dało. Skurcze są zbyt częste, macie niecierpliwe dziecko.

Częste? Częste?! Trwają już pięć godzin. Naprawdę nie chcę wiedzieć, ile trwają rzadkie.

Co my, u licha, wyprawiamy?

Nie tak powinno wyglądać nasze życie. Jestem rozgrywającym na boisku. Jestem bystry – mam wygłaszać pieprzoną mowę na uroczystości zakończenia szkoły średniej. Jenny jest królową piękności oraz wiodącą cheerleaderką.

A przynajmniej była – dopóki jej brzuch nie stał się zbyt duży w stosunku do stroju.

Za miesiąc mieliśmy iść na bal. Powinniśmy myśleć o imprezach związanych z końcem szkoły, pieprzyć się na tylnej kanapie mojej furgonetki i spędzać jak najwięcej czasu z kumplami przed pójściem na studia. Jednak mamy dziecko.

Człowieka – zamiast ugotowanego na twardo jajka, które przez tydzień nosi się w szkole w ramach zajęć przystosowania do życia w rodzinie. A tak przy okazji, swoje stłukłem.

– Zaraz się porzygam.

– Nie! – krzyczy Jenny niczym szalona krowa. – Nie wolno ci rzygać, kiedy ja jestem rozrywana na pół! Przełknij to! A jeśli przeżyję, a ty ponownie mnie dotkniesz, odetnę ci fiuta i wrzucę do rozdrabniarki do drewna. Słyszysz?

Taki tekst zazwyczaj facetowi wystarcza.

– Dobra.

Kilka godzin temu nauczyłem się, że lepiej jest przytakiwać wszystkiemu, co mówi. Dobra, dobra, dobra.

Lynn, żwawa położna, ociera czoło Jenny.

– Nie, nie, nie. Nie będzie żadnego obcinania. Zapomnisz o bólu, kiedy zobaczysz dzieciątko. Wszyscy kochają dzieciaczki. Są błogosławieństwem od Boga.

Lynn jest zbyt radosna, by była prawdziwa. Założę się, że sama wzięła wszystkie proszki i dla nas nic już nie zostało.

Przychodzi kolejny skurcz. Jenny zaciska zęby, jęcząc w trakcie parcia.

– Idzie – ogłasza Higgens. Klepie ją po kolanie. – Jeszcze jedno mocne parcie powinno załatwić sprawę.

Wstaję, patrzę ponad nogą Jenny i w moim ulubionym miejscu dostrzegam czubek głowy. To dziwaczne i ohydne, jednak… jednak również niezwykłe.

Jenny opada na poduszki, blada i wyczerpana. Jej płacz sprawia, że czuję ucisk w gardle.

– Nie mogę. Myślałam, że to zrobię, ale nie mogę. Proszę, już nie mogę. Jestem taka zmęczona.

Mama Jenny chciała być obecna przy narodzinach – pokłóciły się o to. Jenny powiedziała, że chce, żebyśmy byli tylko my. Ona i ja – razem.

Ostrożnie podnoszę Jenny i wślizguję się na łóżko, siadając za nią okrakiem. Kładę ręce na jej brzuchu, piersią podpierając plecy, a jej głowa spoczywa na moim obojczyku. Całuję ją lekko w skroń, policzek, mrucząc jednocześnie słowa pocieszenia, w ten sam sposób, w jaki mówi się do płochliwego konia.

– Ciii, nie płacz, kochanie. Dobrze ci idzie. Już prawie skończyliśmy. Jeszcze tylko jedno parcie. Wiem, że jesteś zmęczona, i przykro mi, że to boli. Jeszcze raz i będziesz mogła odpocząć. Jestem przy tobie. Zrobimy to razem.

Znużona, obraca ku mnie głowę.

– Jeszcze tylko jedno?

Uśmiecham się do niej.

– Jesteś najtwardszą dziewczyną, jaką znam. Zawsze byłaś. – Mrugam do niej jednym okiem. – Dasz radę.

Bierze kilka głębszych wdechów i się unosi.

– Dobra. – Bierze kolejny. – Dobra. – Siada prosto i pochyla się w stronę ugiętych kolan. Zaciska palce na moich rękach, gdy przychodzi kolejny skurcz. Przez kilka sekund w pomieszczeniu rozlega się jej jęk, po czym… słyszymy ostry krzyk. Płacz dziecka.

Naszego dziecka.

Jenny wzdycha z ulgą. Doktor Higgens unosi nasze ruszające się, pomarszczone dziecko i ogłasza:

– Dziewczynka.

Łzy kłują mnie w oczy, a Jenny się śmieje. Zapłakana obraca się do mnie.

– Mamy córeczkę, Stanton.

– Jasna cholera.

Jednocześnie śmiejemy się, płaczemy i tulimy nawzajem. Kilka minut później wesoła położna Lynn przynosi różowe zawiniątko i umieszcza w ramionach Jenny.

– O rany, jest idealna. – Wzdycha Jenny. Mój nieśmiały uśmiech musi ją martwić, bo pyta: – Nie jesteś rozczarowany, że to nie chłopiec, co?

– Nie… Chłopcy to zło… Same kłopoty. Ona jest… jest wszystkim, czego chciałem.

Nie byłem przygotowany. Nie wiedziałem, że będę się tak czuł. Maleńki nosek, idealne usteczka, długie rzęsy, kosmyk jasnych włosów i rączki, które są miniaturową wersją moich. W tym momencie cały mój świat się zmienia i jestem na jej łasce. Od tej chwili nie ma nic, czego bym nie zrobił dla tej pięknej, małej istotki.

Dotykam lekko jej miękkiego policzka i nawet jeśli faceci nie powinni gruchać, właśnie to robię:

– Hej, córeńko.

– Wybraliście już dla niej imię? – pyta siostra Lynn.

Jenny patrzy mi radośnie w oczy, po czym zwraca się do położnej:

– Presley. Presley Evelynn Shaw.

Evelynn po babci Jenny. Pomyśleliśmy, by utrudnić jej zadanie, jeśli kiedykolwiek znajdzie naboje do dubeltówki. Ostro nas potraktowała, kiedy ogłosiliśmy, że się nie pobieramy – jeszcze.

Siostra Lynn po krótkim czasie zabiera dziecko, by mogło zostać oznaczone opaską. Schodzę z łóżka, a doktor Higgens nurkuje między nogi Jenny. Natychmiast sugeruje:

– Może wyszedłbyś na korytarz przekazać rodzinie dobre wieści? Całą noc tam czekają.

Patrzę na Jenny, która kiwa głową. Biorę ją za rękę i całuję wierzch jej dłoni.

– Kocham cię.

Uśmiecha się zmęczona, ale zadowolona.

– Ja też cię kocham.

Wychodzę na korytarz i wchodzę do poczekalni. Znajduję w niej kilkanaście najbliższych nam osób, na twarzach których maluje się zniecierpliwienie i zdenerwowanie.

Nim mam szansę cokolwiek powiedzieć, mój młodszy brat, Marshall – ten, który nie jest idiotą – mówi:

– I co? Co masz?

Kucam, by być na jego poziomie, i z uśmiechem ogłaszam:

– Córkę.

Dwa dni później przypinam pasami fotelik w furgonetce, sprawdzam czterokrotnie, chcąc mieć pewność, że wszystko jest w porządku, i jadę po Jenny i Presley, by przywieźć je do domu.

Do domu jej rodziców.

Dwa miesiące później je zostawiam. Przemierzam dwa tysiące kilometrów, by rozpocząć studia na Uniwersytecie Columbia w Nowym Jorku.

2

Rok później

– To było kapitalne, Stanton. – Śmieje się Jenny. – W ogóle nie chciała dotykać polewy, bo nie podobały jej się zlepione paluszki, więc od razu włożyła całą buzię w tort! I była zła, gdy go zabrałam, żeby pokroić. Szkoda, że tego nie widziałeś. To dziecko potrafi zawstydzić nawet Bunię! – Prycha i chichocze.

Nie widziałem.

Czuję wyrzuty sumienia. Powinienem był widzieć, jak Presley rozwala swój pierwszy urodzinowy tort. Jak piszczy nad kokardkami i bardziej cieszy ją rozrywanie ozdobnego papieru niż sam prezent. Powinienem tam być, by zapalić świeczkę, by robić zdjęcia. By być na tych zdjęciach.

Jednak nie byłem. Nie mogłem, ponieważ trwa tydzień egzaminów i mogę być tylko tutaj – w Nowym Jorku. Zmuszam się do uśmiechu – starając się tchnąć w głos nieco entuzjazmu:

– Świetnie, Jenn. Brzmi, jakby to była cudowna imprezka. Cieszę się, że małej się podobało.

Moje wysiłki spełzają na niczym.

– Kochanie, przestań się zadręczać. Prześlę ci zdjęcia i filmiki. Będziesz się czuł, jakbyś tam z nami był.

– Jasne. Oprócz tego, że mnie nie było.

Jenny wzdycha.

– Chcesz jej powiedzieć dobranoc? Zaśpiewać jej?

W krótkim czasie, który spędziłem z córką, tuż po jej narodzinach i kiedy przyjechałem do domu na ferie świąteczne, odkryliśmy, że Presley uwielbia mój głos. Nawet przez telefon koił ją podczas ząbkowania, usypiał, kiedy marudziła. Stało się to naszym wieczornym rytuałem.

– Tiatia!

Zadziwiające, jaką moc mają te krótkie sylaby. Rozgrzewają moją pierś i sprawiają, że po raz pierwszy dzisiejszego dnia szczerze się uśmiecham.

– Wszystkiego najlepszego, córeńko.

– Tiatia!

Śmieję się.

– Tata tęskni za tobą, Presley. Chcesz posłuchać pioseneczki? – Zaczynam cicho śpiewać: – „Jesteś moim słoneczkiem, moim jedynym słoneczkiem. Jesteś mym szczęściem na szarym niebie…”.

Presley słodkim, uroczo piskliwym głosikiem stara się śpiewać wraz ze mną. Po dwóch wersach oczy zachodzą mi mgłą i głos mi się łamie. Tak bardzo za nią tęsknię.

Za nimi.

Odchrząkuję.

– Czas spać. Słodziutkich snów.

W słuchawce znów słyszę Jenny:

– Powodzenia jutro na egzaminie.

– Dzięki.

– Dobranoc, Stanton.

– Branoc, Jenn.

Rzucam telefon w nogi łóżka i gapię się w sufit. Gdzieś z niższego piętra dochodzi ochrypły śmiech i nakaz rzucania – zapewne odgłosy maratonu beer-ponga, który rozpoczął się dwa dni temu. Już w pierwszym tygodniu na Uniwersytecie Columbia dowiedziałem się, że studencka kariera nie polega tylko na tym, jakie wiadomości ma się w głowie. Polega również na tym, kogo się zna.

Zadeklarowałem więc chęć przystąpienia do bractwa – by zbudować długotrwałe kontakty. Psi Kappa Epsilon. To dobre bractwo, należą do niego inteligenci w białych kołnierzykach – biznesmeni, ekonomiści, prawnicy. Większość pochodzi z bogatych rodzin, lecz są to dobrzy ludzie, chłopcy, którzy ciężko pracują, dużo się uczą, a także ostro imprezują.

W ubiegłym semestrze jeden z jego członków ukończył wcześniej studia i został wysłany na zagraniczny staż. Mój starszy brat w tym stowarzyszeniu usilnie nalegał, bym zdobył pokój w domu bractwa. Jest facetem, który daje kandydatom najcięższy wycisk. Są jego zdzirami – jego niewolnikami.

Jednak kiedy chłopak wchodzi do bractwa, ten człowiek staje się jego przyjacielem. Mentorem.

Właśnie sobie wykrakałem, bo otwierają się drzwi i do pokoju zagląda mój starszy brat. Kątem oka widzę, że jego czarna czupryna pojawia się w szczelinie, znika, po czym ponownie wraca.

Drew Evans wchodzi do mojego pokoju.

Drew jest niezwykły. Jakby nieustannie skierowany był na niego niegasnący reflektor – przyciąga uwagę. Skupia na sobie spojrzenia. Zachowuje się, jakby był panem świata, a kiedy z nim jesteście, czujecie się, jakbyście i wy nim władali.

Intensywnie niebieskie oczy, od których głupieją dziewczyny, patrzą na mnie z dezaprobatą.

– Co się z tobą dzieje?

Ocieram nos.

– Nic.

Drew unosi brwi.

– Nie tak to wygląda. Na litość boską, beczysz w poduszkę? Wstyd mi za ciebie.

Drew jest nieugięty. Bez względu na to, czy chce dorwać panienkę czy dostać odpowiedź, nie odpuszcza, póki nie jest po jego myśli. Podziwiam go za to.

Mój telefon informuje o nadejściu e-maila zawierającego zdjęcia, które obiecała mi Jenny. Z westchnieniem rezygnacji siadam i przerzucam fotki.

– Wiesz, że mam córkę Presley?

Przytakuje.

– Pewnie. Uroczy dzieciak, seksowna mamuśka, niefortunne imię.

– Dzisiaj są jej urodziny. – Pokazuję mu zdjęcie mojego aniołka całego umazanego tortem. – Jej pierwsze urodziny.

Uśmiecha się.

– Wygląda na zadowoloną.

Nie odwzajemniam uśmiechu.

– Tak, ale nie było mnie tam. – Trę oczy. – Co ja tu, do cholery, robię, stary? Jest mi ciężko… Ciężej, niż przypuszczałem.

Jestem dobry we wszystkim, co robię – zawsze tak było. Futbol, nauka, cudowny chłopak – w liceum wszystkie laski zazdrościły Jenny. Każda dziewczyna chciała mnie przelecieć, a każdy chłopak chciał być na moim miejscu. Wszystko przychodziło mi z łatwością.

– Czuję się… Czuję, jakbym wszystko… psuł – wyznaję. – Może powinienem się poddać i przepisać na jakąś gównianą miejscową uczelnię. Przynajmniej widywałbym je częściej niż trzy razy do roku. – Z gniewem dodaję: – Co za ojciec nie jedzie na pieprzone pierwsze urodziny swojego dziecka?

Nie wszyscy mężczyźni czują podobnie. Znam takich, którzy machnęli lasce dzieciaka i odeszli całkowicie zadowoleni, nie oglądając się za siebie. Po rozprawie sądowej są zobowiązani wysyłać kasę, chociaż czasem i wtedy tego nie robią. Do diabła, żaden z ojców dzieci Ruby nawet raz ich nie odwiedził.

Ja nigdy nie potrafiłbym się tak zachować.

– Jezu, ale się rozkleiłeś! – wykrzykuje z przerażoną miną Drew. – Chyba nie zamierzasz śpiewać piosenek Johna Denvera, co?

Milczę.

Wzdycha. Przysuwa się do mojego łóżka.

– Chcesz znać prawdę, Shaw?

Evans jest zwolennikiem nie owijania w bawełnę – twardej, trudnej, niezręcznej prawdy. To kolejna jego cecha, którą u niego szanuję, choć nie jest tak fajnie, jeśli jego krytyczny wzrok wymierzony jest prosto w ciebie.

– Chyba tak – odpowiadam ostrożnie.

– Mój staruszek jest najlepszym ojcem na świecie, to nie podlega dyskusji. Ale nie pamiętam, czy był na moich pierwszych urodzinach czy nawet drugich… Nawet mnie to nie obchodzi. Dał mi cudowny dach nad głową, jest dumny, kiedy na to zasługuję, i potrafi skopać mi tyłek, kiedy mi się należy. Zabierał nas na fantastyczne rodzinne wakacje i płaci za moją naukę tutaj, generalnie ustawił mnie w życiu. Chcę ci tylko powiedzieć, że każdy palant potrafi pokroić torcik. Jesteś tutaj, pracujesz weekendami, uczysz się na pełnych obrotach, wylewasz siódme poty, aby pewnego dnia twój dzieciak nie musiał tego robić. To właśnie rola dobrego ojca.

Zastanawiam się nad jego słowami.

– Tak, tak, chyba masz rację.

– Oczywiście, że mam rację. Otrzyj oczka, weź tabletkę na menopauzę i przestań się nad sobą użalać jak baba przed okresem.

Pokazuję mu środkowy palec.

Drew ruchem głowy wskazuje stosik notatek ze statystyki, z których przygotowuję się na jutrzejszy, końcowy egzamin.

– Jesteś gotowy na zdawanie u Windsora?

– Chyba tak.

Kręci głową.

– Musisz być pewien. Profesor Windsor to kutas. Snob. Z przyjemnością uleje takiego wieśniaka jak ty.

Przerzucam kartki.

– Przejrzę je jeszcze raz, ale już to umiem.

– Świetnie. – Szturcha mnie w nogę. – Przygotuj się więc, za godzinę wychodzimy.

Rzucam okiem na zegarek: jest dwudziesta druga.

– Dokąd?

Evans wstaje.

– Jeśli mam cię czegoś nauczyć, nim skończę tę szkołę, to zapamiętaj: przed każdym ważnym egzaminem musisz iść się napić, wyskoczyć na jednego drinka i sobie pobzykać. Kursy przygotowujące na studia powinny mieć to wpisane w program szkolenia. Niewątpliwie.

Pocieram kark.

– No nie wiem…

Pytająco unosi ręce.

– Z czym masz problem? Razem z matką twojego dzieciaka zdecydowaliście się na otwarty związek, tak?

– Tak, ale…

– A przy okazji, to było świetne posunięcie z twojej strony. Nigdy nie potrafiłem zrozumieć, dlaczego mężczyzna decyduje się związać z jedną kobietą, jeśli jest tak wiele innych, w których może przebierać.

Nie wyjaśniam mu, że to nie był mój pomysł. To Jenny nalegała na to w trakcie naszej rozmowy – kłótni – kiedy przyjechałem do domu na ferie świąteczne. Nie mówię mu, że zgodziłem się tylko dlatego, iż napalone bydlaki z mojego miasta i tak wiedzą, że Jenny jest moją dziewczyną, matką mojej córki. Może i będę wracał do domu jedynie dwa czy trzy razy do roku, ale jeśli już się tam znajdę, z przyjemnością obiję mordę każdemu, kto się do niej zbliży.

Nie mówię mu też, że przez pięć długich miesięcy nie miałem odwagi skorzystać z nowo otwartej furtki.

Ani razu.

Zamiast tego wyjaśniam:

– Nigdy wcześniej nie próbowałem poderwać dziewczyny w barze. Nie wiedziałbym, co powiedzieć.

Drew się śmieje.

– Poprzytakujesz trochę, a ja zajmę się resztą. – Wskazuje na mnie. – Masz godzinę. Przygotuj się. – Po tych słowach wychodzi z mojego pokoju.

Dziewięćdziesiąt minut później zmierzamy do Central Bar – ulubionego miejsca spotkań studentów. Serwują tam dobre jedzenie. Jest też miejsce do tańca z DJ-em na piętrze i nie pobierają opłat za wstęp. Chociaż jest czas egzaminów, lokal pęka w szwach.

– Co pijesz? – pyta Evans, kiedy przeciskamy się do baru.

– Czystego Jim Beama. – Jeśli ma to być tylko jeden drink, niech będzie mocny.

Zerkam na swoje odbicie w lustrze za barem. Nijaka, niebieska koszulka, zarost na twarzy, bo nie kłopotałem się goleniem, i czupryna blond włosów, które wymagają podcięcia. Są praktycznie odporne na żel, więc całą noc będę je odsuwał z czoła.

Drew podaje mi szklankę i upija łyk ze swojej – wygląda jak whiskey z wodą. Przez kilka minut w milczeniu obserwujemy pomieszczenie. Chwilę później starszy brat szturcha mnie łokciem i ruchem głowy wskazuje dwie dziewczyny stojące w rogu, przy szafie grającej. Wyglądają, jakby były naturalnie piękne, choć zapewne potrzebowały dwóch godzin, by to osiągnąć. Jedna jest wysoka, ma długie, jasne włosy i jeszcze dłuższe nogi, odziane w znoszone jeansy. Ma na sobie wycięty top, który ujawnia czarny, koronkowy biustonosz oraz połyskujący w pępku kolczyk. Jej towarzyszka jest niższa, ma czarne, kręcone włosy, różową koszulkę i ciemne jeansy, ściśle opinające nogi.

Drew podchodzi do nich niespiesznie, więc idę za nim.

– Podoba mi się twoja koszulka – rzuca do blondynki, wskazując napis na materiale mówiący: KOBIETY Z BERNARD ROBIĄ TO DOBRZE.

Dziewczyna mierzy go wzrokiem z góry na dół, po czym powoli na jej twarzy pojawia się zalotny uśmiech.

– Dzięki.

– Mam podobną w domu – wyznaje Drew. – Z tym, że moja mówi: CHŁOPAKI Z COLUMBII ROBIĄ TO CAŁĄ NOC.

Laski chichoczą. Przełykam łyk burbona, podczas gdy brunetka mierzy mnie wzrokiem i najwyraźniej podoba jej się to, co widzi.

– Jesteście z Columbii? – pyta.

Drew przytakuje.

– Tak. Kibicujemy Lwom.

Nawet jeśli nie mam pojęcia, co u licha robię, próbuję postępować zgodnie z instrukcjami Drew i postanawiam zadać najbardziej banalne pytanie na świecie:

– Na jakim kierunku żeście są?

Czarna znów się śmieje.

– „Żeście są”? Nie brzmisz, jakbyś był stąd.

– Jestem z Missisipi.

Zerka z uznaniem na mój biceps.

– Jak ci się żyje w Nowym Jorku?

Zastanawiam się przez sekundę… i już wiem. Z krzywym uśmieszkiem odpowiadam:

– Teraz dużo lepiej.

Drew niemal niezauważalnie kiwa głową z aprobatą.

– Studiujemy sztukę – odpowiada blondynka.

– Poważnie? Sztukę? – drwi Drew. – Najwyraźniej nie chcecie mieć prawdziwego wkładu w społeczeństwo. – Unosi szklankę. – Za ukończenie zupełnie nieprzydatnych studiów.

Wiem, że brzmi jak megadupek, ale zaufajcie mi, to działa.

– O mój Boże!

– Palant! – Dziewczyny się śmieją, jak zawsze zresztą, jedząc mu prosto z zarozumiałej i sarkastycznej ręki.

Biorę kolejny łyk burbona.

– A konkretnie jaką sztuką się zajmujecie?

– Ja maluję – odpowiada blondyna. – Szczególnie uwielbiam body painting. – Wodzi palcami po klacie Drew. – Byłoby z ciebie niesamowite płótno.

– Ja rzeźbię – mówi jej koleżanka. – Rękami potrafię zrobić wszystko.

Kończy trzymanego w ręku różowego drinka. Choć nie ma jeszcze dwudziestu jeden lat i dokumentu tożsamości, wskazuję na bar.

– Chcesz coś do picia?

Nim dziewczyna ma szansę odpowiedzieć, wcina się Drew:

– A może wyjdziemy stąd? Poszlibyśmy do was? – Patrzy blondynie w oczy. – Mogłabyś mi pokazać swoje… dzieła. Założę się, że jesteś niezwykle utalentowana.

Dziewczyny przystają na propozycję, więc kończę burbona i cała nasza czwórka kieruje się do drzwi.

Okazuje się, że dziewczyny są współlokatorkami. Nie odzywam się, gdy przemierzamy trzy przecznice do ich mieszkania – pochłonięty dziwnie złym przeczuciem. To mieszanina nerwów i poczucia winy. Wyobrażam sobie uśmiechniętą i słodką twarz Jenny. Oczyma wyobraźni widzę, jak trzyma naszą córeczkę, siedząc w bujanym fotelu, który dostaliśmy od ciotki Sylvii, gdy urodziła się Presley. Zastanawiam się, czy to, co robię – co zamierzam zrobić – jest w porządku.

Mijamy portiera, po czym wchodzimy na drugie piętro, a następnie do przestronnego salonu z beżowymi kanapami i lśniącą drewnianą podłogą wyłożoną orientalnym dywanem. Jest tu też duża kuchnia z dębowymi szafkami i granitowymi blatami, od salonu oddziela ją wyspa, przy której stoją trzy wysokie stołki. Ich mieszkanie jest o wiele ładniejsze, niż się spodziewałem po dwóch studentkach.

– Rozgośćcie się – mówi z uśmiechem brunetka. – Odświeżymy się nieco.

Kiedy znikają w korytarzu, Drew syczy do mnie:

– Wyglądasz jak dziewica na studniówce. Co się dzieje?

Ocieram spocone dłonie o spodnie.

– Nie wiem, czy to dobry pomysł.

– Nie widziałeś cycków tej brunetki? Przyjrzyj się uważniej, a przekonasz się, że te śliczności nigdy nie mogłyby być złym pomysłem.

Zaciskam usta, wahając się, po czym wyrzucam z siebie:

– Chodzi o to… że nigdy nie uprawiałem seksu z kimś innym niż Jenny.

Drew pociera czoło.

– O Jezu. – Wzdycha, opuszcza rękę i pyta: – Ale ona nie ma nic przeciwko temu, byś umawiał się z innymi? To znaczy, zgodziła się na to?

Unoszę ręce i wyjaśniam:

– No tak, ona to zasugerowała.

Evans przytakuje.

– Wydaje się być fajną dziewczyną. O co ci chodzi?

Pocieram kark, starając się rozładować zgromadzone tam napięcie.

– Chociaż o tym rozmawialiśmy… nie jestem pewien… nie wydaje mi się… Chcę być wobec niej w porządku.

W głosie Drew słychać irytację.

– Podziwiam to, Shaw. Jesteś szczerym facetem. Lojalnym. Podoba mi się to. – Wskazuje na mnie. – Właśnie dlatego myślę, że jesteś winien sobie i swojej Jenny godziny sprośnego, mokrego seksu z tą laską.

Nie po raz pierwszy zastanawiam się, czy Drew Evans jest diabłem – lub jego bliskim krewnym. Potrafię sobie wyobrazić, jak ofiarowuje Jezusowi bochen chleba podczas ścisłego postu, twierdząc przy tym, że spory kęs byłby całkowicie w porządku.

– Naprawdę wierzysz w to krowie łajno wychodzące z twoich ust?

Drew zbywa mnie machnięciem dłoni.

– Posłuchaj, a może się czegoś nauczysz. Jakie są twoje ulubione lody?

– Co to, do cholery, ma wspólnego…

– Odpowiedz na moje pieprzone pytanie. Jakie są twoje ulubione lody?

– O smaku masła orzechowego. – Wzdycham.

Unosi z ironią brwi.

– O smaku masła orzechowego? Nie sądziłem, że lubi je ktoś przed siedemdziesiątką. – Kręci głową. – Ale do rzeczy, skąd wiesz, że akurat te najbardziej lubisz?

– Bo lubię.

– Ale skąd to wiesz? – naciska.

– Ponieważ smakują mi bardziej niż… – urywam w pół zdania. Już rozumiem.

– Bardziej niż inne, których próbowałeś? – Kończy za mnie Drew. – Są lepsze niż waniliowe, truskawkowe lub czekoladowe?

– Tak – przyznaję cicho.

– A skąd byś wiedział, że smak masła orzechowego jest twoim ulubionym, nie zdając się oczywiście na przypadek, jeśli kiedykolwiek bałbyś się spróbować jakichś innych?

– Nie wiedziałbym.

Macha ręką niczym magik.

– Właśnie.

Widzicie o czym mówię? Diabeł.

Chociaż… to tak podobne do tego, co mówiła Jenny, do pytań, które zadała. „Czy naprawdę wiemy, co mówimy, wyznając sobie miłość, kiedy znamy tylko siebie? Czy jesteśmy na tyle silni, by zdać tego rodzaju test? A jeśli nie, to jaka przyszłość nas razem czeka?”.

Uderzenie w ramię wyrywa mnie z zamyślenia.

– Słuchaj, Shaw, to ma być dobra zabawa. Jeśli nie bawisz się dobrze, jeśli chcesz odpuścić, nie będę miał ci tego za złe.

Prycham.

– Jasne, że będziesz.

Drgają mu kąciki ust.

– Masz rację, będę miał, ale… nie powiem chłopakom, że wymiękłeś. Zostanie to między nami.

Nie mam możliwości odpowiedzieć, ponieważ do pokoju wracają dziewczyny. Przebrały się w luźniejsze, satynowe, nocne koszulki. Czuję miętowy zapach świeżo umytych zębów, kiedy blondynka pochyla się i szepcze do Drew:

– Chodź. Chcę ci coś pokazać.

Drew wstaje.

– Zatem chcę to zobaczyć. – Zanim stawia krok w kierunku korytarza, patrzy na mnie. – W porządku, stary?

W porządku?

Laska z czarnymi, kręconymi włosami przygląda mi się wyczekująco – licząc na jakikolwiek ruch z mojej strony. W końcu zaczynam rozumieć… Nie ma żadnego powodu, bym odmówił.

– Tak, tak, w porządku.

Drew bierze blondynkę za rękę i prowadzi do pokoju na końcu korytarza.

Pozostawiony sam na sam z czarnowłosą towarzyszką, niespiesznie się jej przyglądam – naprawdę na nią patrzę. Jej piersi są większe niż te, do których przywykłem, ma wąską talię i krągłą pupcię, która wszystko ładnie równoważy. Tyłeczek, którego można się trzymać, ugniatać go palcami, kierować w przód i w tył, w górę i w dół. Jej nogi są gładkie i opalone, a cała skóra bez skazy.

Po raz pierwszy dzisiejszego wieczoru odczuwam podniecenie, które porusza moim fiutem, wyrywając go z pięciomiesięcznej hibernacji.

Nie pytam o jej imię, ona nie pyta o moje. W anonimowości jest wolność i pewien dreszczyk. Nigdy więcej nie zobaczę tej dziewczyny – to, co zrobimy i powiemy, nie wyjdzie poza ściany tego mieszkania, nie wróci, by mnie dręczyć, nie dotrze do wścibskich uszu mieszkańców małej mieściny znajdującej się bardzo daleko stąd. Tysiące fantazji, każda ostrzejsza niż poprzednia, pojawiają się w moim umyśle niczym dym wydostający się z ogniska. Rzeczy, o które nigdy nie prosiłbym Jenny – zapewne dostałbym w pysk za samą sugestię.

Ale piękna, bezimienna nieznajoma… dlaczego nie?

– Chcesz zobaczyć mój pokój? – pyta.

Mój głos jest głęboki i sprośny, podobnie jak moje myśli:

– Tak.

W jej sypialni przeważają odcienie ciemnej czerwieni, brązu i zgaszonego pomarańczu, nie są zbyt kobiece. Siadam na skraju łóżka, ze stopami ułożonymi na podłodze i szeroko rozstawionymi kolanami.

Opuściły mnie wszelkie oznaki niezdecydowania.

Kiedy dziewczyna zamyka drzwi, pyta:

– Co studiujesz? Już wcześniej miałam zapytać.

– Prawo.

Staje przede mną na wyciągnięcie ręki, patrzy na mnie z lekko przekrzywioną głową i przymkniętymi powiekami.

– Dlaczego chcesz być prawnikiem?

Uśmiecham się.

– Lubię się spierać. Lubię… udowadniać ludziom, że się mylą.

Podchodzi bliżej i bierze mnie za rękę, po czym obraca moją dłoń i wodzi po niej palcami. To łaskocze, a jednocześnie sprawia, że przyspiesza mi puls.

– Masz silne ręce.

Na farmie nie można mieć miękkich dłoni. Narzędzia, liny, płoty, siodła, dźwiganie i kopanie w ziemi sprawiają, że skóra jest szorstka, a mięśnie twarde.

– Wiesz, co najbardziej lubię w rzeźbiarstwie? – pyta z westchnieniem.

– Co?