Umysł zabójcy - Mike Omer - ebook + książka
BESTSELLER

Umysł zabójcy ebook

Mike Omer

4,5

33 osoby interesują się tą książką

Opis

Zoe Bentley, psycholog sądowy i konsultantka FBI uwielbia swój zawód i często pomaga w rozwiązywaniu zagadek kryminalnych. Seryjny morderca dusi ofiary, balsamuje je i układa w takich pozach, aby wyglądały na żywe. Zoe Bentley i agent specjalny Tatum Gray pomagają lokalnej policji schwytać go, zanim dojdzie do kolejnej zbrodni. Zoe to prawdziwy miejski drapieżnik, nastawiona na sukces i na nim skupiona. Tatum zaś ma za nic cele czy zasady. Wspólnie zanurzają się w świat fantazji seryjnego mordercy, aby powstrzymać zagrożenie.

Wstrząsający thriller psychologiczny, po którym nie zmrużysz oka. Ścigający zmieniają się w ściganych.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 423

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Tytuł oryginału A KILLER’S MIND

WydawcaUrszula Ruzik-Kulińska

Redaktor prowadzącyBeata Kołodziejska

RedakcjaJoanna Popiołek

KorektaEwa Grabowska Marzenna Kłos

Text copyright © 2018 by Michael Omer Copyright © for the Polish translation by Tomasz Wyżyński, 2019This edition is made possible under a license arrangement originating with Amazon Publishing,www.apub.com, in collaboration with Graal Sp. z o.o.

Wydawnictwo Świat Książki 02-103 Warszawa, ul. Hankiewicza 2

Warszawa 2020

Księgarnia internetowa: swiatksiazki.pl

Skład i łamanie Akces, Warszawa

Dystrybucja Dressler Dublin Sp. z o.o. 05-850 Ożarów Mazowiecki ul. Poznańska 91e-mail: [email protected] tel. + 48 22 733 50 31/32www.dressler.com.pl

ISBN 978-83-813-9555-7

Skład wersji elektronicznej [email protected]

Dla Liory, ponieważ rozumiała,

ROZDZIAŁ 1

Chicago, Illinois, niedziela 10 lipca 2016

Kiedy mężczyzna wlał płyny do pojemnika, by przygotować ich mieszaninę, pokój wypełnił się ostrym zapachem formaliny. Na początku nie znosił tej woni, ale później nauczył się ją cenić, bo wiedział, co symbolizuje – wieczność. Formalina zapobiega rozkładowi. „Dopóki śmierć nas nie rozłączy” to niezbyt ambitny plan. Prawdziwa miłość powinna przekraczać granicę śmierci.

Dodał więcej soli niż poprzednio w nadziei, że rezultat okaże się lepszy. Niezbędna jest delikatna równowaga składników; nauczył się tego na własnych błędach. Formalina obiecuje wieczność, a sól zwiększa elastyczność.

Elastyczność to podstawowa cecha udanego związku.

Za zamkniętymi drzwiami rozległy się hałasy. Seria nieregularnych pisków i zgrzytów połączonych z ciężkim stękaniem dziewczyny. Działało mu to na nerwy. Znowu próbuje się uwolnić. Wszystkie się szarpią, wszystkie usiłują uciec – na początku zawsze zachowują się tak samo. Ale to się zmieni, zadba o to. Skończą się nieustanne wygibasy, stłumione błagania, ochrypłe krzyki.

Będzie cicha i nieruchoma. I wtedy zostaną kochankami.

Jego uwagę rozproszył nagły łomot. Z irytacją odstawił roztwór soli i podszedł do zamkniętych drzwi. Przekręcił klucz i otworzył je. Do ciemnego pomieszczenia wpadła smuga światła.

Dziewczyna wiła się na podłodze. Przewróciła drewniane krzesło, które się złamało. Jakimś cudem zdołała oswobodzić nogi i pełzła na gołych plecach, próbując... Co właściwie chciała zrobić? Wyjść? Nie mogła wyjść. Poczuł się nieswojo, patrząc na jej wijące się nagie ciało. Wydawała przytłumione jęki i miała w sobie coś zwierzęcego. Trzeba z tym skończyć.

Wszedł, chwycił ją za ramię i postawił na nogi, nie zwracając uwagi na krzyki. Szarpała się i wyrywała.

– Przestań! – rzucił ostro.

Nie posłuchała. O mało jej nie uderzył, lecz zamiast tego zmusił się, by kilka razy głęboko odetchnąć. Rozluźnił zaciśniętą pięść. Siniaki nie bledną na zwłokach, a chciał, by ciało wyglądało nieskazitelnie.

Najchętniej odsunąłby to trochę w czasie. Z poprzednią dziewczyną zjadł tuż przed transformacją romantyczną kolację przy świecach. Było to miłe.

Ale niekonieczne.

Jeśli zostawi ją samą w pokoju, może się zranić, podrapać mlecznobiałą skórę; nie chciał, by to się stało.

Wepchnął ją do warsztatu i usiadł w fotelu. Wierzgnęła, uderzając go w goleń. Stopa była naga, kopnięcie niebolesne, ale poczuł irytację. Chwycił skalpel leżący na stole i przyłożył ostrze do lewej piersi dziewczyny.

– Jeśli nie przestaniesz się szarpać, obetnę ci sutek – powiedział chłodno.

Natychmiast zwiotczała, drżąc ze strachu. Jej uległość go podnieciła, nadeszła słodka chwila gry wstępnej i mocno zabiło mu serce. Zaczynał ją kochać.

Delikatnie wziął ze stołu przygotowaną wcześniej pętlę. Gładkość linki wydawała się przyjemna. Poprzednio użył zwykłego bawełnianego sznura i nie podobał mu się pozostawiony przez niego ślad. Ucisk uszkodził nieskazitelną skórę. Tym razem posłuży się uniwersalną plastikową linką, gładką i przyjemną w dotyku. Pomyślał, że dziewczynie też się to spodoba.

Włożył jej pętlę na szyję. Kiedy poczuła, że gładka linka się zaciska, znowu zaczęła się szarpać, ale było już za późno.

Pętla składała się z prostego ruchomego węzła z jednym drobnym udoskonaleniem. Umieścił w nim krótki metalowy pręt. Zacisnął pętlę na szyi – na tyle ciasno, by się nie ślizgała. Chciał pozostawić na skórze tylko jeden ślad. Później chwycił metalowy pręt i obrócił go zgodnie z kierunkiem ruchu wskazówek zegara. Jeden obrót, drugi, trzeci – pętla zaciskała się coraz mocniej wokół szyi. Dziewczyna szarpała się jeszcze rozpaczliwiej, kopnęła gwałtownie stół, z pewnością nabijając sobie siniaka. Ostatni obrót... wystarczy.

Poruszała się coraz słabiej. Zastanawiał się, jaki ślad pozostawi pętla. Z początku chciał, by nie było żadnego śladu. Jednak teraz uważał go za swój pierwszy podarunek, piękny naszyjnik symbolizujący łączący ich związek. Zwykli ludzie używają obrączki wkładanej na palec. Nic dziwnego, że tak często się rozwodzą.

Kiedy szarpanina ustała, drżał z podniecenia. Powinien zacząć nad nią pracować. Im szybciej wstrzyknie płyn balsamujący, tym będzie świeższa.

Jednak ogarnęło go pożądanie.

Postanowił najpierw trochę się zabawić.

ROZDZIAŁ 2

Dale City, Virginia, czwartek 14 lipca 2016

Zoe Bentley siedziała w mroku, krzyk uwiązł jej w gardle, ściskała palcami prześcieradło. Drżała lekko i mocno waliło jej serce. Z ulgą zdała sobie sprawę, że jest w swojej sypialni. Po prostu kolejny koszmar. Wiedziała, że jej się przyśni. Kiedy otrzymywała pocztą brązowe koperty, zawsze pojawiały się koszmary.

Nienawidziła się za to, że tak łatwo nią manipulować, że jest taka słaba.

Wzięła komórkę z nocnego stolika i sprawdziła godzinę. Oślepił ją jasny blask wyświetlacza, przed oczami zatańczyły kolorowe plamki. Dwadzieścia jeden po czwartej. Niech to diabli! Dostatecznie późno, żeby rozpocząć dzień; nie warto zmuszać się znowu do spania. Wypije dziś siedem filiżanek kawy. Zwykle potrzebowała pięciu.

Wstała i wyplątała się z koca. W nocy owinęła się nim kilka razy wokół talii. Zapaliła światło i zmrużyła oczy. Widziała przez okno budynek stojący naprzeciwko, w dalszym ciągu pogrążony w nocnym mroku. Wszystkie okna były ciemne. Obudziła się jako jedna z pierwszych na całej ulicy – niezbyt chwalebne osiągnięcie. Popatrzyła na skotłowaną pościel, ubrania leżące na podłodze, książki walające się na nocnym stoliku. Chaos w umyśle i w sypialni.

„Zoe, otwórz drzwi. Nie możesz tam siedzieć w nieskończoność, Zoe”. A później chichot, dźwięki wydawane przez mężczyznę pożeranego przez żądzę.

Zadrżała i potrząsnęła głową. Ma trzydzieści trzy lata, do licha! Nie jest już dzieckiem. Kiedy wreszcie uwolni się od wspomnień?

Prawdopodobnie nigdy. Przeszłość tkwi w człowieku bardzo głęboko. Doskonale o tym wiedziała. Wielu ludzi, którymi się zajmowała, zostało trwale zmienionych przez dawne wydarzenia, które na zawsze pozostawiły blizny w ich psychice.

Powlokła się do łazienki, zrzucając po drodze koszulę i bieliznę. Prysznic rozjaśnił jej w głowie, pomógł otrząsnąć się z resztek snu. Butelka po szamponie była pusta. Nalała do niej wody, by wypłukać resztki, ale bez efektu. Wczoraj zastosowała tę samą sztuczkę – a także trzy dni temu. Jeśli chce mieć szampon, musi go kupić. Stała przez chwilę pod strumieniami wody. Wyszła spod prysznica odświeżona i pomyślała: Dopisz szampon do listy zakupów. Dopisz szampon do listy zakupów. Przejrzała ubrania leżące na podłodze i nie znalazła niczego, co miałaby ochotę włożyć. Otworzyła szafę, wyjęła niebieską koszulę i czarne spodnie. Włożyła je. Dopisz szampon do listy zakupów. Niecierpliwie czesała kasztanowe włosy, aż rozplątała najbardziej skołtunione. Dopisz szampon do listy zakupów.

Poszła do kuchni i zapaliła światło. Natychmiast spojrzała na najważniejszy element wyposażenia: ekspres do kawy. Podeszła do niego i wzięła stojący obok słój mielonej kawy kolumbijskiej. Nigdy nie brakowało jej kawy, przynajmniej od niepowodzenia latem 2011 roku. Wkładała do maszyny dwa filtry, by kawa była mocniejsza. Rankiem potrzebowała potężnej dawki kofeiny, żeby zacząć normalnie funkcjonować. Wsypała do filtrów mnóstwo kawy, po czym dodała jeszcze trochę. Nalała wodę i włączyła ekspres, a następnie spoglądała na krople kapiące do dzbanka, ciesząc się ich widokiem.

Czekając na zaparzenie eliksiru życia, podeszła do listy zakupów na lodówce i popatrzyła na nią. Miała coś dopisać. W końcu nabazgrała „papier toaletowy”. Było to bezpieczne przypuszczenie: zawsze brakowało jej papieru toaletowego. Wróciła do ekspresu i nalała kawę do swojego ulubionego, choć wyszczerbionego kubka, nie zwracając uwagi na rząd nieużywanych kubków na półce. Nie korzystała z nich, bo były za małe, za duże, miały grube krawędzie albo niewygodne uchwyty. Wystawa nędznych kubków do kawy.

Wypiła łyk napoju, wdychając jego zapach. Stała obok ekspresu, popijając kawę i rozkoszując się energią wypełniającą jej ciało, aż opróżniła kubek.

Pierwszy. Zostało jeszcze sześć.

Na drewnianym kuchennym stole leżała brązowa koperta, z której wystawał kawałek szarej tkaniny. Rzuciła ją tu poprzedniego wieczoru, jakby chciała sobie udowodnić, że nic ją to nie obchodzi, że nie ma już żadnego znaczenia.

Teraz, w półmroku wczesnego ranka, wydawało jej się, że postąpiła głupio. Wzięła kopertę i poszła do swojego gabinetu, gdzie stało biurko. Zebrała się na odwagę i otworzyła najniższą szufladę, która prawie zawsze była zamknięta.

Leżał tam niewielki stos podobnych kopert. Położyła nową kopertę na wierzchu, docisnęła i zamknęła szufladę. Poczuła się lepiej. Wróciła do kuchni nieco lżejszym krokiem.

Kiedy koszmar przybladł, zdała sobie sprawę, że jest bardzo głodna. Oto jedna z korzyści wczesnego wstawania: miała mnóstwo czasu, by przygotować śniadanie. Wbiła dwa jajka na patelnię, podsmażyła, włożyła do tostera kromkę chleba. Uznała, że zasługuje również na porcję serka śmietankowego. Z uśmiechem delikatnie zsunęła jajka z patelni na talerz. Oba żółtka były całe. Punkt dla Zoe Bentley. Pocięła grzankę na trójkąty, po czym ostrożnie zanurzyła jeden z nich w żółtku i ugryzła.

Pycha. Jak zwykłe jajko może tak dobrze smakować? Do śniadania warto wypić trochę kawy. Nalała sobie następny kubek.

Drugi.

Znowu zerknęła na komórkę. Piąta trzydzieści. Ciągle zbyt wcześnie, by jechać do pracy. Jednak myśl o siedzeniu w cichym mieszkaniu, z kopertą leżącą w szufladzie, wydawała się nieprzyjemna.

„Jeśli będę musiał wyłamać drzwi, pożałujesz, Zoe”.

Do diabła z tym. Może się zająć papierkową robotą. Szefowa Mancuso będzie zadowolona.

Zeszła na parter i wsiadła do wiśniowego forda fiesty. Włączyła silnik i nastawiła album Red Taylor Swift, po czym szybko znalazła piosenkę All Too Well. Głos Taylor i dźwięki jej gitary wypełniły niewielkie wnętrze samochodu, kojąc rozdygotane nerwy Zoe. Zawsze mogła liczyć na Taylor, że poprawi jej humor.

Na ulicach Dale City panował niewielki ruch. Niebo było jeszcze ciemne, ale nieco jaśniejsza smuga zwiastowała nadchodzący brzask. Może powinna codziennie wstawać o czwartej rano? Miała cały świat dla siebie. Tylko ona i jakiś cholerny kierowca ciężarówki, który zajechał jej drogę i zmusił do zwolnienia. Piosenka Taylor zmieszała się z potokiem przekleństw, które wyrzuciła z siebie Zoe, wściekle trąbiąc. Ciężarówka przyśpieszyła.

Dotarła do autostrady I-95 i pojechała na południe, a Taylor zaczęła śpiewać 22. Zoe nacisnęła pedał gazu, delektując się prędkością. Zwiększyła głośność i śpiewała wraz z Taylor, kiwając głową w rytm wesołej muzyki. Życie jest mimo wszystko znośne. Zjechała na Fuller Road, gdzie stały tablice informujące, że to droga do Quantico.

Zostawiła samochód na prawie pustym parkingu, na którym stało tylko kilka wozów. Krótki spacer, okazanie legitymacji przy wejściu, przejście dwóch pięter i znalazła się w swoim gabinecie. Cisza panująca na całym piętrze wydawała się trochę niepokojąca. Sekcja Analiz Behawioralnych FBI nie była hałaśliwym miejscem nawet w środku dnia, ale Zoe zwykle słyszała agentów rozmawiających na korytarzu albo kroki kogoś śpiesznie mijającego jej drzwi. Dziś tylko cicho szumiała klimatyzacja. Usiadła przed komputerem, przygotowując się psychicznie do napisania tygodniowego raportu; wiedziała, że Mancuso zażąda go zaraz po przybyciu do biura. Zoe miała obowiązek składać co poniedziałek raport podsumowujący wyniki swojej pracy w poprzednim tygodniu. Zwykle dostarczała go w piątki, kiedy Mancuso groziła, że odeśle ją do Bostonu. Ale dziś będzie inaczej. Przede wszystkim odda raport w czwartek, zaledwie trzy dni po terminie, co uwolni ją od biurokratycznego koszmaru do następnego tygodnia. Uśmiechnęła się i zaczęła pisać.

Nagle obudził ją dzwonek telefonu stojącego na biurku. Popatrzyła w oszołomieniu na monitor, na którym zobaczyła tylko nagłówek: „Tygodniowy raport, 4–8 lipca 2016”, lecz ani słowa więcej. Musiała zasnąć, gdy zastanawiała się, od czego zacząć. W prawym dolnym rogu monitora widać było godzinę: 9:12. Chciała wcześnie zacząć pracę i nic z tego nie wyszło. Podniosła słuchawkę i pokręciła głową, usiłując zmniejszyć ból szyi.

– Sekcja Analiz Behawioralnych, mówi Bentley.

– Zoe – rozległ się głos Mancuso. – Dzień dobry. Mogłaby pani wpaść do mojego gabinetu? Chciałabym, żeby pani na coś zerknęła.

– Jasne. Już idę.

Biuro szefowej sekcji znajdowało się cztery drzwi dalej w tym samym korytarzu. Wisiała na nich mosiężna tabliczka z napisem: SZEF SEKCJI CHRISTINE MANCUSO. Zoe zapukała, a Mancuso natychmiast zaprosiła ją do środka.

Zoe zajęła miejsce w fotelu dla gości naprzeciwko biurka. Mancuso siedziała po przeciwnej stronie, bokiem do niej. Spoglądała w głębokim skupieniu na akwarium stojące przy tylnej ścianie gabinetu. Wyglądała imponująco, jej brunatna skóra była gładka i prawie nie zdradzała śladów wieku. W czarnych włosach związanych z tyłu gdzieniegdzie lśniły srebrzyste pasemka siwizny. Zoe patrzyła na profil szefowej i widziała pieprzyk koło jej ust.

Spojrzała na przedmiot fascynacji Mancuso. Wnętrze akwarium często się zmieniało zgodnie z kaprysami szefowej. W tej chwili wyglądało jak dżungla, unosiły się w nim kępy zielonych i turkusowych roślin. Pomiędzy nimi leniwie pływały żółte, pomarańczowe i fioletowe rybki.

– Źle się czują? – spytała.

– Belinda jest dziś przygnębiona – mruknęła Mancuso. – Myślę, że jest wytrącona z równowagi, bo Timothy pływa z Rebeccą i Jasmine.

– No cóż... może Timothy potrzebował odmiany – zasugerowała Zoe.

– Timothy to sukinsyn.

– Rozumiem... Eee... zdaje się, że chciała pani ze mną porozmawiać?

Mancuso przekręciła fotel i spojrzała na Zoe.

– Zna pani analityka Lionela Goodwina?

– Bez przerwy się skarży, że wszyscy podkradają mu jedzenie.

– Wszedł w skład grupy zajmującej się seryjnymi zabójstwami na autostradach.

Zoe przypomniała sobie po chwili, o co chodzi. W ciągu ostatnich dziesięciu lat przy autostradach międzystanowych znaleziono wiele porzuconych zwłok kobiet. Analitycy FBI ustalili, że morderstwa mają pewne wspólne cechy. Większość ofiar była prostytutkami albo narkomankami i podejrzewano przede wszystkim kierowców ciężarówek jeżdżących na dalekich trasach. W celu wytypowania podejrzanych FBI stworzyło specjalną grupę dochodzeniową zajmującą się seryjnymi zabójstwami na autostradach. Jej członkowie szukali podobnych przypadków w bazie ViCAP, prowadzonej przez FBI i zawierającej dane o przestępstwach z udziałem przemocy. Próbowali dopasować do nich trasy podejrzanych kierowców.

– Rozumiem – odparła Zoe i skinęła głową.

– Uważa, że znalazł trasę, i wytypował grupę możliwych podejrzanych.

– Wspaniale – odparła Zoe. – I chciałaby pani, żebym...

– Grupa liczy dwustu siedemnastu kierowców.

– Ach...

Mancuso otworzyła szufladę, wyjęła grubą teczkę i rzuciła na biurko.

– To podejrzani? – spytała Zoe.

– O nie – odparła Mancuso. – To tylko akta przestępstw z różnych komend policji. – Wyjęła dwie następne teczki i położyła na pierwszej. – Tu są podejrzani.

– Mam zawęzić ich krąg? – spytała Zoe.

– Tak, proszę. – Mancuso się uśmiechnęła. – Byłoby dobrze, gdyby do końca przyszłego tygodnia podała mi pani nazwiska dziesięciu prawdopodobnych sprawców.

Zoe skinęła głową, czując przypływ podniecenia. Było to pierwsze prawdziwe typowanie mordercy, jakie jej zlecono od rozpoczęcia pracy w Sekcji Analiz Behawioralnych. Zawężenie grupy podejrzanych z dwustu siedemnastu do dziesięciu trudno byłoby wykonać nawet w ciągu miesiąca. Czy potrafi to zrobić w tydzień?

Potrafi. Jest w tym świetna.

– Och, a tygodniowy raport... Już go pani przygotowała? – spytała Mancuso. Jej głos stwardniał. – Powinna go pani złożyć do...

– Jest prawie gotowy – odpowiedziała Zoe. – Muszę dodać tylko kilka ostatnich uwag.

– Proszę mi go przysłać przed lunchem.

Zoe skinęła głową i wstała. Wzięła trzy teczki i wyszła z gabinetu Mancuso. Idąc do siebie, otworzyła pierwszą z nich. Na początku znajdował się meldunek policyjny opisujący zwłoki dziewiętnastolatki znalezionej w rowie przy autostradzie I-70 w stanie Missouri. Była naga, posiniaczona, miała na szyi ślady ugryzień. Zoe próbowała przewrócić stronę, gdy nagle wpadła na jakiegoś mężczyznę. Miał głęboko osadzone, brązowe oczy, ukryte pod gęstymi, ciemnymi brwiami. Wyglądał jak zadowolony z siebie student college’u otrzymujący stypendium jako gracz w futbol. Dotknął dłonią brzucha i lekko się uśmiechnął. Zoe natychmiast poczuła irytację, jakby to on ponosił winę za kolizję.

– Przepraszam – powiedziała. Schyliła się po teczki, które upadły na podłogę.

– Ja się tym zajmę – odparł i przykucnął, by jej pomóc.

Chwyciła ostatnią teczkę, nim zdążył jej dotknąć.

– Już wszystko w porządku, dziękuję.

– Widzę – rzekł. Wstał i szeroko się uśmiechnął. – Chyba się jeszcze nie znamy. Nazywam się Tatum Gray.

– Okej – odpowiedziała Zoe, usiłując uporządkować teczki trzymane w rękach.

– Ma pani jakieś imię czy potrzebuję specjalnego certyfikatu bezpieczeństwa, żeby je poznać? – spytał Tatum.

– Nazywam się Zoe – przedstawiła się. – Zoe Bentley.

ROZDZIAŁ 3

Tatum przyjrzał się pobieżnie Zoe. Na początku zwrócił uwagę tylko na kanciasty nos. Zmarszczyła go z irytacją, kiedy spytał, jak się nazywa, a następnie uniosła głowę i spojrzała na niego, on zaś o mało nie cofnął się o krok. Miała jasnozielone, przenikliwe oczy. Wydawało się, że mogłaby zajrzeć mu do mózgu i czytać w myślach jak w książce. Nos i oczy przywodziły na myśl drapieżnego ptaka, ale nie pasowały do nich miłe, delikatne usta. Miała włosy sięgające ramion; kilka kosmyków opadło jej na twarz w następstwie kolizji. Potrząsnęła głową w niedbały sposób, który wydał mu się dość czarujący. Odrzuciła włosy z oczu i uśmiechnęła się.

– Cóż, miło mi było cię poznać, Tatum – powiedziała i odwróciła się, by odejść.

– Chwileczkę – rzekł. – Możesz mi powiedzieć, gdzie jest gabinet szefowej... – Szukał przez chwilę nazwiska w pamięci. – Mancuso?

Zerknęła wzdłuż korytarza.

– Trzecie drzwi w tym kierunku – powiedziała.

– Pracujesz w Sekcji Analiz Behawioralnych? – spytał.

– Jestem konsultantką – odrzekła i miał wrażenie, że w jej głosie zabrzmiała niepewność. Zmrużyła oczy, jakby spodziewała się szyderczej uwagi.

– Och, tak. – Przypomniał sobie, że ktoś mu o niej mówił. – Psycholożka z Bostonu.

– To ja – powiedziała. – A ty jesteś agentem z Los Angeles.

– Owszem – odparł ze zdziwieniem. – Słyszałaś o mnie?

– Wczoraj dostaliśmy mejl – powiedziała Zoe. – Prosimy powitać agenta Tatuma Graya przeniesionego z delegatury w Los Angeles. I tak dalej, i tak dalej.

– Ach, rozumiem – rzekł znowu Tatum i się uśmiechnął. Czuł się wyraźnie nieswojo w obecności tej kobiety. – No cóż... będziemy się często spotykać, Zoe.

Odeszła, niosąc teczki, które wydawały się ciężkie. Tatum przez chwilę spoglądał na nią jak zahipnotyzowany. Później zdał sobie sprawę, że stoi na środku korytarza i gapi się na tyłek idącej kobiety. Szybko się odwrócił, podszedł do drzwi gabinetu Mancuso i zapukał.

– Tak?

Otworzył drzwi. Christine Mancuso, nowa szefowa sekcji, siedziała za biurkiem na tle wielkiego akwarium znajdującego się na końcu gabinetu. Tatum zebrał trochę informacji o Mancuso. Odnosiła spore sukcesy w delegaturze w Bostonie. Kierowała specjalną grupą operacyjną zajmującą się głośnym porwaniem, a następnie otrzymała awans na szefową Sekcji Analiz Behawioralnych. Wzbudziło to duże niezadowolenie. Zastępca szefa wydziału chciał awansować któregoś z pracowników sekcji, lecz najwyraźniej narzucono mu Mancuso, która natychmiast zaczęła wprowadzać własne porządki. Co gorsza, zaangażowała cywilną konsultantkę.

– Szefowa Mancuso? – spytał. – Nazywam się Tatum Gray.

– Proszę wejść – powiedziała i wskazała fotel naprzeciwko biurka. Tatum zamknął drzwi i usiadł. Zauważył, że mimo woli wpatruje się w pieprzyk obok ust szefowej.

– A zatem... – zaczęła, otwierając teczkę leżącą na biurku. – Agent specjalny Gray z delegatury w Los Angeles.

– To ja – odparł z uśmiechem.

– Niedawno awansowany za udane rozpracowanie gangu pedofilów, które zajęło prawie rok. – Wymówiła słowo „udane” w taki sposób, że zabrzmiało prawie jak „nieudane”, co bardzo nie spodobało się Tatumowi.

– Po prostu wykonałem swoją robotę.

– Doprawdy? Pana szef widział to w nieco innym świetle. Jak rozumiem, Wydział Kontroli Wewnętrznej w dalszym ciągu rozważa wszczęcie dochodzenia... – Przewróciła stronę i udawała, że czyta, choć Tatum domyślał się, że dobrze zna treść dokumentów. Poczuł narastającą wściekłość.

Odłożyła teczkę.

– Grajmy w otwarte karty. Awansowano pana, bo sprawa stała się głośna.

– Na pewno zna pani takie sytuacje.

Stężała.

Dobra robota, Tatum. Nie minęło nawet pięć minut, a twoja nowa przełożona już cię nie znosi.

– Ale to w gruncie rzeczy żaden awans – ciągnęła Mancuso stalowym tonem. – Chcieli się po prostu pana pozbyć, upchnąć w miejscu, gdzie nie może pan wyrządzić większych szkód. Za biurkiem w Sekcji Analiz Behawioralnych, by zajął się pan oglądaniem fotografii miejsc przestępstw.

Tatum milczał. Powiedziano mu to nieoficjalnie, kiedy otrzymał tak zwany awans.

– Przydzielono pana do mojej sekcji, bo jestem nową szefową – ciągnęła. – Sprawianie mi kłopotów to dobra zabawa.

Wzruszył ramionami. Nie interesował się polityką kierownictwa FBI i zupełnie go nie obchodziło, jaka jest pozycja Mancuso w hierarchii biura.

– Nie zamierzam pozwolić panu siedzieć za biurkiem i oglądać fotografii miejsc przestępstw – ciągnęła Mancuso. – Byłaby to strata czasu.

Tatum milczał, nie wiedząc, do czego zmierza przełożona.

Mancuso przesunęła w jego stronę inną teczkę. Pochylił się, wziął ją do ręki i otworzył. Na wierzchu znajdowała się fotografia dziewczyny stojącej na drewnianym mostku nad strumieniem i spoglądającej na wodę. Jej oczy miały pusty wyraz, a skóra była dziwnie blada.

– To Monique Silva, prostytutka z Chicago – powiedziała Mancuso. – Przed tygodniem znaleziono ją martwą w dzielnicy Humboldt Park. Jak pan widzi, upozowano ją tak, jakby patrzyła w wodę.

– Martwą? – Tatum zmarszczył brwi i spojrzał na zdjęcie. Dziewczyna wyglądała zupełnie normalnie. – Jak...

– Została zabalsamowana – przerwała Mancuso. – Lekarz sądowy uważa, że zamordowano ją pięć do siedmiu dni wcześniej. Jej alfons twierdzi, że zaginęła dwa tygodnie temu. To druga zabalsamowana ofiara. Obie dziewczyny pozostawiono upozowane w miejscach publicznych, więc sprawa stała się głośna. Wszyscy żądają, by policja z Chicago natychmiast schwytała mordercę. Znaleźli się pod taką presją, że poprosili nas o pomoc.

– Co na to delegatura FBI w Chicago?

– Ma w tej chwili mnóstwo roboty. Wkrótce planujemy aresztowanie wielu członków gangu Królów Latynosów.

Tatum skinął głową. Królowie Latynosów byli ogromnym gangiem ulicznym działającym w całych Stanach. Ich szefowie rezydowali w Chicago.

– Delegatura w Chicago jest zainteresowana udzieleniem pomocy w sprawie tego zabójcy, jednak zdecydowano, że lepiej użyć ich środków gdzie indziej.

Dekoder biurokratycznej nowomowy działający w głowie Tatuma rozszyfrował to zdanie następująco: „Ktoś na górze zdecydował, że nie powinni się do tego wtrącać, a chłopcy dostali szału”.

Westchnął i popatrzył na Mancuso.

– Czego pani ode mnie oczekuje?

– Chcę, żeby pan tam jutro pojechał. Niech pan porozmawia z szefem policyjnej grupy dochodzeniowej, dokona oceny przebiegu śledztwa i złoży mi meldunek. Potem zdecydujemy, co robić.

– Mam również złożyć meldunek delegaturze w Chicago czy...

– Najlepiej będzie, jeśli zostawi pan to mnie.

– W porządku – odparł Tatum. Nie miał ochoty mieszać się do polityki i wolał, żeby zrobił to ktoś lepiej zorientowany. Przydział oznaczał spędzenie weekendu w Chicago; nie miał nic przeciwko temu. Nigdy wcześniej nie był w Chicago.

– Agencie Gray, współpracuje pan z policją jako konsultant. Nie chcę słyszeć, że przejął pan śledztwo albo zachowywał się w sposób, jakby pan nim kierował. Bardzo się staramy zdobyć zaufanie policji, by w przyszłości prosiła nas o pomoc w podobnych sprawach, rozumie pan?

Tatum skinął głową.

– Rozumiem.

– Coś jeszcze?

– Nie – odpowiedział i wstał. – Ładne rybki.

– Tak. Chce pan jedną?

Tatum popatrzył ze zdziwieniem na Mancuso.

– Chce mi pani podarować rybkę?

– Jedna nie robi mi różnicy, mogę ją panu dać do nowego mieszkania – odpowiedziała, spoglądając na akwarium. – Ale ostrzegam, ten samiec to sukinsyn.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Podziękowania

Ta powieść, podobnie jak moje pozostałe książki, nie powstałaby bez wsparcia mojej żony Liory. Kiedy przerywam rozmowę na temat edukacji naszych dzieci i pytam, czy jej zdaniem zabalsamowane zwłoki mogą być odpowiednio elastyczne, by je upozować, nie krzywi się ani nie szuka dobrego adwokata specjalizującego się w rozwodach. Zamiast tego rozpoczynamy burzę mózgów. Tworzymy razem lepsze powieści. Później wracamy do rozmowy o edukacji dzieci. Fabuła niniejszej książki powstała w czasie wakacji i spędziliśmy dużą ich część, dyskutując o seryjnych zabójcach.

Bezcenne uwagi Christine Mancuso sprawiły, że powieść stała się bardziej wyrazista i zajmująca. Powtarza mi ona, że powinienem pozwalać czytelnikom przeżywać wydarzenia oczami bohaterów, i zawsze wskazuje fragmenty, gdzie poniosłem fiasko. Kiedyś nauczę się tej sztuki.

Elayne Morgan zmagała się z redakcją pierwszej wersji maszynopisu, pełnej niezliczonych błędów językowych i dziur w fabule. Zwyciężyła.

Dziękuję Jessice Tribble za to, że dała książce szansę, i za jej fantastyczne uwagi redakcyjne. Wcześniej okres młodości Zoe był opisany chaotycznie. W dalszym ciągu panuje w nim bałagan, lecz tym razem zamierzony, a nie przypadkowy.

Bryon Quertermous, redaktor merytoryczny, znacznie ulepszył tekst, wskazując słabe miejsca fabuły i poprawiając je piórem redaktora. Zakończenie książki było smutną poczwarką, nim Bryon się nim zajął; kiedy skończył, zmieniło się w krwawego, brutalnego motyla.

Stephanie Chou otrzymała ostateczną wersję i dowiodła, że słowo „ostateczna” jest względne; jej bystre oko redaktorki wyłapało liczne błędy i niekonsekwencje.

Dziękuję Sarah Hershman, mojej agentce, która wierzyła w książkę, promowała ją i dała jej wspaniałą szansę.

Dziękuję Richardowi Stockfordowi, emerytowanemu szefowi policji w Bangor, odpowiadającemu na wszystkie moje pytania z anielską cierpliwością i starannością.

Robert K. Ressler napisał książkę Walcząc z potworami (Whoever Fights Monsters), wspomnianą w powieści. Dostarczyła mi ona najwięcej informacji spośród wszystkich źródeł wykorzystywanych do zbierania materiałów.

Dziękuję pisarzom skupionym wokół Author’s Corner, którzy towarzyszyli mi na każdym etapie pracy, udzielali niezliczonych bardzo potrzebnych rad, dodawali otuchy i pomagali, gdy bardzo ich potrzebowałem.

Dziękuję rodzicom za bezcenne rady i nieustanne wsparcie.