Wydawca: Akurat Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 403 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Umwelt - Przemysław Żarski

Policja znajduje w parku ciało młodej nauczycielki. Jedynym śladem, jaki zabójca pozostawia na miejscu zbrodni, jest motyl, wciśnięty do kieszeni płaszcza ofiary. Sprawą z ramienia policji zajmuje się doświadczony śledczy, Adam Berger. To mężczyzna po przejściach, indywidualista z intrygującą i bolesną przeszłością. Przed dwoma laty stracił żonę, prowadząc samochód po kilku lampkach wina.

Wkrótce miastem wstrząsają kolejne zabójstwa, które odciskają zaskakująco silne piętno na życiu młodego lekarza Tomasza Witkowskiego. Ingerują w jego uporządkowany świat i sprawiają, że obsesyjnie zaczyna dążyć do poznania prawdy. Stopniowo zaczyna nabierać coraz silniejszych podejrzeń, że rozwiązania zagadki musi szukać nie tylko w świecie rzeczywistym, ale i tym, który wypełnia jego sny. Problem w tym, jak te dwa światy odróżnić…

Ofiar z pozoru nic nie łączy, sprawca nie popełnia błędów, a kolejne trofea znalezione przy ciałach tylko mnożą wątpliwości. Czas ucieka. Kto pierwszy zdoła dotrzeć do prawdy?

Opinie o ebooku Umwelt - Przemysław Żarski

Fragment ebooka Umwelt - Przemysław Żarski

Projekt okładki: Mariusz Banachowicz

Redakcja: Irma Iwaszko

Redakcja techniczna: Karolina Bendykowska

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Katarzyna Szajowska, Elżbieta Steglińska

Zdjęcia wykorzystane na okładce:

© Ysbrand Cosijn/Shutterstock

© for the tekst by Przemysław Żarski

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2018

Ta książka jest fikcją literacką. Żadna z postaci występujących w powieści nie jest ani w całości, ani częściowo wzorowana na osobach, które sprawują lub sprawowały funkcje lub zajmują albo zajmowały stanowiska opisane w książce.

Wszelkie podobieństwo do realnych osób i zdarzeń jest niezamierzone i całkowicie przypadkowe.

ISBN 978-83-287-0814-3

Wydawnictwo Akurat

Wydanie I

Warszawa 2018

FRAGMENT

Moim dziewczynom, za wyrozumiałość

Schizofrenia – zaburzenie psychiczne zaliczane do grupy psychoz, czyli stanów charakteryzujących się zmienionym chorobowo, nieadekwatnym postrzeganiem, przeżywaniem, odbiorem i oceną rzeczywistości. Osoby będące w stanie psychozy mają poważnie upośledzoną umiejętność krytycznej, realistycznej oceny własnej osoby, otoczenia i relacji z innymi, a nawet mogą nie być do niej zdolni…

Definicja – wikipedia.org

Pogrążony w mroku park potrafi obudzić w człowieku pierwotne instynkty. Uruchamia popędy skrywane głęboko w podświadomości. Nieuchwytne. Uśpione. Takie jak strach oplatający niczym lepka, pajęcza sieć i popychający wprost w ramiona obłędu. Jak intuicja, wewnętrzny imperatyw, który jest w stanie wyciągnąć człowieka z opresji nawet wówczas, gdy nie do końca uświadamia sobie jej obecność. I wreszcie agresja. Najgorszy z demonów wyściełających dno ludzkiej duszy.

Rozdział 1

Mrok rozwinął nad parkiem czarną płachtę. Wyciągał macki przed siebie i kreślił granicę, zza której dało się dostrzec ledwie czubek buta. Światła latarń podrzucały w górę obłoki mgły, żonglując nimi z biegłością cyrkowego kuglarza.

Nie mogła złapać oddechu. Ból głowy wdzierał się falami w głąb ciała, powodując ucisk w mięśniach, o których istnieniu dotąd nie miała pojęcia. Jakby wykręcili jej głowę i w wolne miejsce wstawili maszynę do prażenia kukurydzy.

Była zmęczona. Spojrzała w niebo. Chmury zalegały nisko nad głową, w powietrzu unosił się zapach mokrej trawy zmieszany z wonią zbutwiałego drewna.

Krople deszczu ginęły w koronach drzew, gałęzie uginały się pod naporem wiatru, zawodząc przy tym żałośnie, jakby coś zżerało je od środka.

Dochodziła północ.

Nagle krótki dźwięk rozdarł ciszę na strzępy. Odwróciła się, ale w pobliżu nie zobaczyła nikogo. To nie mogło być złudzenie… Nie, przecież się nie przesłyszała!

Czuła chłód schodzący w dół kręgosłupa, jakby ktoś wrzucił jej za kołnierz garść pokruszonego lodu. Niemal fizyczny ból. Serce waliło jej mocno, tłukło się o przystawioną do piersi dłoń.

Deszcz przybierał na sile. Rozlewał się nad wierzchołkami drzew i wyginał je w ukłonie. Wiatr zdusił kolejny dźwięk, tym razem bliższy i wyraźniejszy.

Zatrzymała się na mostku nad Czarną Przemszą, uniosła torebkę, a stłumione światło przebiło się przez skórzaną powłokę.

Komórka! Dlaczego jest taką idiotką?

Wyjęła telefon. Jedna wiadomość. Serią kliknięć przeszła do skrzynki odbiorczej. Ani słowa… Pusta.

Sprawdziła numer w książce adresowej i w spisie połączeń. Nieznany.

I co z tego, jestem przewrażliwiona – przekonywała samą siebie. Nikomu oprócz znajomych nie podawała numeru telefonu.

Zresztą kto mógł wydzwaniać do niej w środku nocy? On? To absurd, ktoś się pomylił… Nieumyślnie przestawił cyfry i tyle.

Wczytała wiadomość i edytowała numer nadawcy. Wpatrywała się tępo w wyświetlacz i wahała się: oddzwonić czy nie?

Wreszcie nacisnęła klawisz i przystawiła aparat do ucha.

Do jasnej cholery, niech ktoś wreszcie odbierze! Odbierz!

Nic. Przerwała połączenie. Nie wiedziała, co teraz robić. Spróbować znowu?

Przyspieszyła, idąc z telefonem doklejonym do skroni. Numer był zajęty.

Nie zatrzymuj się!

Wiatr ucichł, ale drobinki piasku w bliznach spękanych chodników jęczały pod jego naporem. Nikt nie remontował dziurawych parkowych alejek od lat. Zostaw to, za chwilę będziesz w domu– uspokajała się.

Strach wyostrzył zmysły niczym przewiązana wokół oczu chusta.

Miała wrażenie, że odgłosy z tyłu nasilają się, a ruchome widma podkradają bliżej. Osaczały ją. Słyszała kroki i szelest uginającej się pod ich ciężarem ściółki. Ktoś za nią biegł?

To nie dzieje się naprawdę! Uspokój się!

Chłonęła strach wszystkimi porami w skórze, modliła się, żeby to był sen, upiorny sen…

Wreszcie tłusta plama cienia przysłoniła odbitą w kałuży replikę księżyca.

To nic nie znaczy. To wytwór mojej wyobraźni – wmawiała sobie.

Biegła na oślep, aż potknęła się o ukruszony fragment chodnika. Starała się utrzymać równowagę, wykręciła stopę, jednak siła rozpędu, jak sprawny zapaśnik, ściągnęła ją do parteru. Zawyła z bólu.

– Czy ktoś tu jest? – spróbowała wrzasnąć.

Z jej ust wydobył się tylko cichy szept.

Nic. Żadnej reakcji.

Przełknęła ślinę, czuła w gardle żrącą substancję. Nikt nie odpowiadał. Rozejrzała się, masując potłuczone kolano. Materiał spodni przykleił się do rany i chłonął krew niczym wacik wciśnięty za dziąsło w trakcie borowania.

Przysięgłaby, że słyszy bicie rozrastającego się w piersiach serca. Zwykle w parku Sieleckim w Sosnowcu przewijało się wielu ludzi, lecz teraz pogoda przepłoszyła wszystkich. Wiedziała, że nie może zostać tu dłużej. Musi się stąd wydostać!

Obolałe nogi zachowywały się jak wbite w ziemię pale tworzące szkielet wznoszonej konstrukcji.

Nie zatrzymuj się! Nie teraz…

Odwróciła się i zobaczyła go. Nieruchomy posąg, niemy upiór z sennych koszmarów.

…gdy świat urwał się niczym pęknięta klisza, a palce mężczyzny zacisnęły się wokół jej gardła, utrudniając złapanie oddechu.

Ostatkiem sił wcisnęła kciuki pomiędzy palce napastnika. Opuszki ślizgały się, a uścisk stawał się coraz mocniejszy, układając się w obręcz z drutu kolczastego.

Nie zdołała wydusić z siebie słowa.

W końcu jakby ktoś wyrwał wtyczkę i odłączył ją od zasilania. Na twarzy kobiety rozlał się grymas bólu.

Poczuła mokry oddech na karku, smród taniej nikotyny. Nie przypuszczała, że śmierć może być równie banalna.

Zaczęła się krztusić własną śliną.

Muszę być silna, muszę to przetrwać! To nie potrwa długo.

Rozdział 2

Przesuwała się wolno, niezgrabnie, opierając całym ciężarem na barkach napastnika. W pewnej chwili prawa stopa osunęła się, a nogi ugięły się w kolanach i zatańczyły w stojącej brei. Poślizgnęła się, jednak nie straciła równowagi.

Przeciwnie. Zyskała przewagę.

Odrzuciła głowę do tyłu, usiłując trafić w szczękę stojącego za nią mężczyzny. Uderzenie okazało się za słabe, zbyt płytkie, aby zrobić mu krzywdę. Włosy ledwie musnęły mu skroń. Drugi cios był równie czytelny.

I co teraz? Błagam cię, Boże, nie pozwól mi tu umrzeć! – dopominała się w myślach, okładając pięściami przestrzeń dookoła.

Zewsząd docierały sprzeczne komunikaty.

Uspokój się i zacznij wreszcie myśleć, do cholery!

Rozluźniła mięśnie i pozwoliła im odpocząć. Wciągała i wypuszczała powietrze, filtrując je przez zapchane nozdrza.Straciła mnóstwo sił.

W oddali zaczął ujadać pies. Zawarczał złowrogo, szczekał i szurał łapami po mokrym żwirze. Potem umilkł. I zaszczekał raz jeszcze. Walec bezsilności przetoczył się po ciele kobiety.

Wypatrywała zwierzęcia, jednak rozpłynęło się w ciemności; jak upiorny trębacz dało sygnał do odwrotu i zapadło się pod ziemię. Tchórz! Nie mogła już zwlekać.

Wbiła paznokcie w ręce oprawcy. Nawet nie drgnął. Usłyszała chrzęst zaciskających się wokół szyi kości. Zakrztusiła się.

Wiedziała, że zaczyna słabnąć i osuwa się na ziemię. Opadała i podnosiła się na zmianę, deszcz ciskał w nią jak w tarczę, przeszywając ciało bólem.

Nagle uchwyt rozluźnił się i wylądowała na kocu z trawy. Ogarnął ją dziwny spokój, oddech się wyrównał.

Co się ze mną dzieje?

Ocknęła się, choć w głębi duszy pragnęła zasnąć i nigdy się nie obudzić.

Gdzieś w oddali znów ujadał pies…

Wsparła się na łokciu i przeniosła ciężar ciała na drugą stronę. Głowa nabrzmiała jej niczym ząb, pod którym gromadzi się ropa. Chciała wstać, pobiec w stronę skarpy oddzielającej park od najbliższego osiedla, lecz stopy rozjeżdżały się na grząskim gruncie. Ciało stawiało opór i rozpadało się na mnóstwo bezużytecznych kawałków.

Posuwała się na czworakach i dusiła resztkami stęchłego powietrza. Wymacała kawałek korzenia, zacisnęła wokół niego palce i spróbowała się podciągnąć. Za plecami rozległy się kroki i chrzęst gniecionego szkła.

To sen, a ty zaraz się obudzisz… Obudź się, wstań, na litość boską!

Brodziła w błocie. Kątem oka widziała zbliżającego się człowieka, znalazł się tuż za nią. Serce podeszło jej do gardła i trzasnęło jak targane wiatrem okno.

Dźwięki, które wyrywały się jej z piersi, topniały w strugach deszczu.

Mocne uderzenie w brzuch powaliło ją na ziemię.

Złapał ją za włosy. Jęk bólu zgasł pod rękawiczką. Skuliła się i spróbowała uczepić się kępek trawy, by przesunąć ciężar ciała do przodu. Śliski grunt umknął jej spod palców.

To ostatnia szansa, musisz się postarać… – dopingowała się w myślach.

Wykonała serię anemicznych ciosów. Żaden nie dotarł do celu. Szarpała się, wierzgała nogami. Uchwyt wokół szyi zelżał, odczołgała się kawałek, ale mocne uderzenie w żebra znowu sprowadziło ją na ziemię.

– Proszę, nie rób mi krzywdy! – Skręcała się z bólu.

Zmieszane z resztkami makijażu łzy zalały jej twarz. Prostowała i zaciskała palce, chcąc przywrócić krążenie w obumarłych dłoniach. Nic z tego. Pragnęła tylko umrzeć z godnością.

Kątem oka widziała ostrze, które pląsało po jej skórze.

– Zostaw mnie w spokoju! – wycedziła przez łzy.

Przełożył nóż do drugiej ręki i złapał ją za pasek płaszcza, uniósł i rzucił o drzewo z taką furią, że twarz kobiety zalała się krwią, a ciało osunęło się na trawnik.

Przykucnął i przejrzał się w jej źrenicach.

Wyłowił z krwi pasemka włosów i szybkim cięciem poderżnął jej gardło.

Dławiła się stygnącą krwią, z ręką w rozlanej kałuży purpury. Życie nie przemknęło jej przed oczami, choć pewien wycinek przeszłości nie pozwalał o sobie zapomnieć. Majaczące obrazy wytarły się, jakby ktoś bawił się gałką do regulowania ostrości. Wreszcie zniknęły na zawsze, oddech ustał, a świat strzelił niczym napompowana torba.

Zostało tylko jego spojrzenie…

Podniósł się, strzepnął z ubrania resztki trawy i grudki zbrylonego błota. Wytarł nóż o trawę, owinął go w chustkę i schował do kieszeni.

Wyjął foliowy woreczek i umieścił go w kieszeni płaszcza kobiety.

Po wszystkim rozpłynął się we mgle.

Rozdział 3

Łóżko zadrżało. Podniósł się i usiadł na brzegu materaca. Nie wiedział, co o tym wszystkim myśleć. Oddech na zmianę przyspieszał i gasł, urywał się jak naciągnięta do granic wytrzymałości struna. Mimo to nie czuł strachu ani zdenerwowania. Przeciwnie, ogarnęło go dziwne pobudzenie.

Przecież to tylko sen…

Stanął w oknie i schował twarz w dłoniach. Skanował przez palce zalegającą w sypialni ciemność. Zaczynał dochodzić do siebie.

Budzik na szafce mrugał zalotnie w jego stronę.

Trzecia trzydzieści cztery, a może czwarta trzydzieści trzy? Bez różnicy.

– Wszystko w porządku, kochanie? – usłyszał kobiecy głos, a za chwilę poczuł wędrującą wzdłuż pleców dłoń i dreszcz podniecenia, który z sobą niosła. Tęsknił za jej dotykiem.

– Tak, myślę, że tak… – odparł, modulując głos, żeby ukryć zaniepokojenie.

Spojrzał na nią, chcąc się upewnić, czy naprawdę jest obok.

Popatrzył w górę. Czarny orszak burzowych chmur sunął po niebie jak niekończący się kondukt czyśćcowych dusz. Czuł się obco w tym domu. W tej skórze.

– Śpij, naprawdę nic się nie stało – dodał po chwili, gapiąc się tępo przed siebie. – Nie ma powodów do niepokoju. To tylko zły sen.

Sam chciał uwierzyć w to, co usiłował jej wmówić. Obrazy, które przeskakiwały mu przed oczami, były rozmazane i nie wiedział, czy to, o czym śnił, już się zdarzyło, czy wręcz przeciwnie – miało się dopiero wydarzyć.

To niemożliwe… Wyobraźnia potrafi płatać koszmarne figle.

Odwrócił się, oparł plecami o ścianę i osunął w dół, przeczesując włosy na karku. Robił tak za każdym razem, kiedy walczył ze zdenerwowaniem.

Rozejrzał się. Ściany łuszczyły się płatami farby. Mógłby przysiąc, że pod łóżkiem przebiegł szczur, a swąd, który unosił się pod sufitem, zatykał nozdrza skorupą pyłu. Zmrużył oczy. Musiał przegnać te wizje.

Nie zauważył, gdy znalazła się obok. Jej nocna koszula ślizgała mu się po torsie, a usta przeskakiwały po skórze ramion. Z każdym muśnięciem warg schodziła niżej, pozwalając mu zapomnieć o dręczących go koszmarach.

Zamknął oczy i poddał się tej terapii.

– Wracaj do łóżka…

– Tak, już za chwilę, kochanie.

Kiedy skończyła, podniósł się i odwrócił w stronę okna.

Włochata ćma uderzała o ścianę słoika z taką pasją, jakby chciała ją przegryźć, zostawiając po sobie kurz z pokiereszowanych skrzydeł. Wędrował palcem po szkle, śledził każdy jej ruch. Wreszcie odkleiła się i opadła na dno, a on opuścił roletę i wrócił do łóżka.

Wreszcie poczuł ulgę…

* * *

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji

Wydawnictwo Akurat

imprint MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: info@muza.com.pl

Dział zamówień: +4822 6286360

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF s.c., Bydgoszcz