Opis

Mroczna wersja "Pretty Woman". Przerażający thriller o miłosnej obsesji.

Nat, studentka nowojorskiej akademii sztuk pięknych, nie radzi sobie finansowo, a współlokatorki grożą jej eksmisją. Koleżanka ze studiów, która opływa w luksusy, podsuwa Nat pewien pomysł: znaleźć w internecie bogatego mężczyznę, który będzie płacił za jej towarzystwo, a nawet może zgodzi się na stałą, miesięczną pensję. Podobno wiele dziewczyn tak robi...

Gabe, przystojny adwokat, jest znacznie starszy od Nat. Wydaje się idealnym kandydatem. Mija miesiąc, romans kwitnie, świata poza sobą nie widzą. Nat jednak nie wie, że Gabe ma rodzinę i wcale nie zamierza rozwieść się z żoną.

Gdy mężczyzna w końcu zrywa z dziewczyną, ta wpada w obsesję: śledzi Gabe’a, nęka go SMS-ami, szantażuje zawiadomieniem żony, nawet zaprzyjaźnia się z jego córką. Gabe jest gotów na wszystko, by bronić swojego wygodnego, poukładanego życia. A czy Nat gotowa jest zabić?

Robyn Harding jest scenarzystką i pisarką, autorką między innymi międzynarodowego bestsellerów "Złe towarzystwo" oraz "Jej piękna twarz". Mieszka w Vancouver z mężem i dwojgiem dzieci.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 350

Popularność

lub

 

 

Tytuł oryginału

THE ARRANGEMENT

 

Copyright © 2019 by Robyn Harding

All rights reserved

 

Projekt okładki

S&S Art Dept.

 

Zdjęcia na okładce

© Henry Steadman/Arcangel Images

 

Redaktor prowadząca

Milena Rachid Chehab

 

Redakcja

Joanna Habiera

 

Korekta

Katarzyna Kusojć

Grażyna Nawrocka

 

ISBN 978-83-8169-959-4

 

Warszawa 2020

 

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

 

Dla Ethana

 

PROLOG

– Tatuś?

Nat ścisnęła słuchawkę w dłoni. Jej głos był cichy i drżący. Ostatni raz powiedziała do niego „tatuś”, kiedy była małą dziewczynką. A gdy skończyła szkołę średnią, przestała odzywać się w ogóle, bo wyjechała do Nowego Jorku, aby tam ułożyć sobie życie. To nie jej wina, że kontakt się urwał. Ojciec wyraźnie dał do zrozumienia, że nic go nie obchodzą żona i córka, która miała wtedy tylko dziesięć lat: wyprowadził się z domu, żeby zacząć wszystko od początku w Nevadzie, i odtąd ich kontakt ograniczał się do paru sporadycznych maili w roku. Co jakiś czas Andrew Murphy przysyłał swojej Natalie prezent na święta albo kartkę urodzinową z pięćdziesięciodolarowym banknotem w środku. Żyli w dwóch światach, rozdzieleni olbrzymią odległością oraz przepaścią emocjonalną – ale dziewczyna nie miała teraz nikogo innego, do kogo mogłaby się zwrócić.

– Natalie?

No, przynajmniej mnie poznał, pomyślała. Była jego jedynym dzieckiem. Jasne, czasu miał aż nadto, żeby założyć drugą rodzinę, ale nawet gdyby dorobił się potomstwa, to byłoby jeszcze małe, najwyżej takie, które przed chwilą zaczęło chodzić. Takie dzieci nie dzwonią do ojca z komisariatu całe zapłakane.

– Zaczekaj chwilę – poprosił.

Był w jakimś barze, knajpie albo może w kasynie. W tle rozbrzmiewały wesołe głosy, dźwięczały szklanki. Coś pikało, automat do gier? Mieszkał w Vegas już blisko dwanaście lat. Ciekawe, myślała Nat, jak często wspominał małą dziewczynkę, którą zostawił, której zafundował taki uraz, zranił głęboko i skazał na nieustanne rozpamiętywanie tamtej straty. Nie chciała pozwolić, aby to jedno wydarzenie zaważyło na całym jej życiu, ale każdy psycholog miałby z nią niezłą jazdę, zwłaszcza po tym, co stało się teraz. Specjalista od zdrowia psychicznego mógłby nawet doszukać się w tym winy jej ojca. Uznać go współodpowiedzialnym za zbrodnię, którą popełniła.

W słuchawce trzasnęły drzwi i wszystkie odgłosy ucichły jak nożem uciął. Jej ojciec zamknął się w łazience, jakimś schowku albo wytłumionym gabinecie. Słyszała już tylko głuche bicie własnego serca.

– Dawno się nie słyszeliśmy – zaczął. Niezręcznie to zabrzmiało, oficjalnie. – Co tam u ciebie?

– Mam kłopoty – wyznała prosto z mostu. To nie był czas na pogaduszki.

– Co się stało?

– Jestem na komisariacie w Chelsea. To w Nowym Jorku, taka dzielnica. A… Aresztowali mnie.

– Chryste, dzieciaku. Za co?

Otworzyła usta, ale nagle zabrakło jej słów. Przyznać mu się, co zrobiła? Jak? Byli sobie praktycznie obcy. A jednak… Potrzebowała jego pomocy, jego pieniędzy – o ile miał pieniądze. Bo mama z całą pewnością nie miała tyle, żeby jej pomóc w tej sytuacji. Jedyną szansą był on, dawno niewidziany ojciec. A nie mógł odmówić, bo ostatecznie w jakiś sposób był za to wszystko odpowiedzialny. Gdyby ją kochał, troszczył się o nią, trwał przy niej, inaczej pokierowałaby swoim życiem.

Mocno przycisnęła usta do słuchawki, zniżyła głos, chociaż w zatłoczonym pomieszczeniu panował harmider. Gdy wreszcie udało jej się coś wykrztusić, słowa zabrzmiały zaskakująco spokojnie. Wręcz beznamiętnie. Były kompletnie wyprane z emocji.

– Zabiłam człowieka – powiedziała.

 

Cztery miesiące wcześniej

1

Współlokatorki

Pierwszą rzeczą, która przebiła się do świadomości Nat, był podły smak w ustach, metal, popiół, chemia. Jezu, skrzywiła się kwaśno. Co ja wczoraj piłam? Tępe łupanie w skroniach wskazywało, że powinna raczej zapytać: ile, a odpowiedź brzmiałaby: za dużo. Sięgnęła po szklankę wody, stojącą na podłodze obok materaca. Letni płyn przyniósł ulgę wyschniętemu gardłu, ale gdy spłynął niżej, żołądek podjechał jej aż do przełyku. Opadła z powrotem na posłanie, czekając, aż mdłości ustąpią. Nie chciała rzygać do kosza na śmieci, bo i tak się z niego wylewało, a tym bardziej nie miała ochoty paradować na miękkich nogach do mikroskopijnej łazienki, która mogła być zajęta przez którąś z jej dwóch współlokatorek. W końcu żołądek powoli zaczął się uspokajać i wtedy dopiero zauważyła, że obok leży Miguel. Pochrapywał cichutko, rozwalony na wznak.

Cholera jasna.

Musiała się naprawdę ostro skuć, żeby zabrać go do siebie. Znowu. A tak się zarzekała: koniec randek z Miguelem. Nie dlatego, że jej się nie podobał – przeciwnie, był słodki i dowcipny, i seksowny też. Problem w tym, że pracowali razem, a on się trochę w niej bujał i w każdej chwili mógł całkiem się zabujać, co było niewskazane. Mieli dopiero po dwadzieścia jeden lat, dwójka studentów dorabiających sobie w knajpie. Związek z kumplem z pracy to zawsze skomplikowana sprawa, wcześniej czy później coś musi się spieprzyć. Nat miała już za sobą jedną relację z toksycznym, pokręconym facetem. Skończyło się katastrofą i teraz wolała unikać komplikacji.

Przez chwilę leżała nieruchomo, przyglądając się śpiącemu Miguelowi. W porównaniu z jego ciepłą brązową karnacją jej naga skóra była blada jak rybi brzuch. Wszystko przez celtyckie geny ze strony ojca, złą dietę i paskudną zimę. Jeśli odżywiała się zdrowo i miała kontakt ze słońcem, mogła pochwalić się brzoskwiniową cerą, pięknie kontrastującą z gęstymi ciemnymi włosami. A gdy cały dzień chodziła zakutana w zimowy płaszcz, w czapce i szaliku, jadła tylko chińskie zupki i mrożone pierogi, jej twarz przybierała odcień upiornej bladości, a włosy robiły się mysiobrązowe i leżały na głowie jak przyklejone. Potrzebne jej było słońce, cytrusy i proteiny, a padła ofiarą spisku Matki Natury i pustego konta.

Kolejnym doznaniem, jakie przekazały jej zmysły – po toksycznym smaku w ustach, łupaniu w głowie i młodym barmanie w łóżku – były hałasy dobiegające zza drzwi. Ktoś wściekle trzasnął drzwiczkami kuchennej szafki. Ktoś z impetem wrzucił do zlewu garnki. Jej współlokatorki były wkurzone i jak zwykle dawały o tym znać nie wprost, lecz za pomocą biernej agresji.

– Mam tego, kurwa, dość.

To powiedziała koścista, rudowłosa Mara. Mara studiowała ekonomię na Uniwersytecie Nowojorskim. Ekonomię czy nauki polityczne? W każdym razie coś nudnego, nużącego i dla intelektualistów – takie przynajmniej było zdanie Nat, która uczyła się w akademii sztuk pięknych. Mara była zasadnicza, impulsywna i miała klasyczne objawy nerwicy natręctw. Która normalna studentka ustawia puszki w szafce według daty ważności? Dwa razy w tygodniu szoruje lodówkę i zlew płynem dezynfekującym? Trzyma swoje przybory toaletowe w pokoju i zawsze po użyciu zabiera je z łazienki, bo przecież gdyby tam zostały, groziłoby im skażenie… No właśnie, czym? Pleśnią? Moczem? Kałem?

– Miałaś rację – burknęła druga z dziewczyn, Toni, na tyle głośno, że Nat słyszała każde słowo. – Po co nam było brać sobie na głowę artystkę?

Zabolało. Nat mieszkała w Bushwick, na Brooklynie, już od dwóch lat. Natrafiła na ogłoszenie o wolnym pokoju, a po wprowadzeniu się szybko znalazła wspólny język z Toni, która była zupełnie inna niż Mara, wesoła, trochę bałaganiara, po prostu normalna laska. Miała ciemną skórę, promienny uśmiech i bujne włosy zaplecione w warkoczyki. Nat od razu ją polubiła. Zdarzyło im się posiedzieć do późna nad butelką wina, odkryły też, że obie uwielbiają niecenzuralne reality show, a Mariah Carey jest dla nich boginią. Teraz już nie były tak blisko. Toni uczyła się w szkole pielęgniarskiej i była już na czwartym roku, co oznaczało wiele godzin nauki i praktyk. Najwidoczniej nie miała czasu na śmieciową telewizję. Poczucie humoru też utraciła.

Znów coś huknęło, zdaje się, że pusty słoik postawiony z rozmachem na blacie. Z kuchni doleciała kolejna seria przekleństw. Trzeba wstać, iść tam i przeprosić, jakoś je udobruchać, pomyślała Nat. Czynsz za klitkę w tym dawno nieremontowanym mieszkaniu mocno obciążał jej finanse, a odkąd zepsuła wolnowar Mary, była nieoficjalnie „na okresie próbnym”. Rzeczywiście, powinna wiedzieć, że do takiego garnka nie wkłada się mrożonej potrawki z wołowiny. Ceramiczne naczynie pękło, a ona znalazła pod drzwiami karteczkę:

Skoro nie umiesz szanować moich sprzętów i używać ich zgodnie z instrukcją, będę musiała zastanowić się nad zmianą współlokatorki.

Mara wynajmowała to mieszkanie, więc mogła wybierać, z kim zamieszka. A było jasne, że chce się pozbyć „artystki” z trzeciego pokoju, która ostro imprezuje i nie dba o porządek. Nat nie była pewna, co właściwie tym razem przeskrobała; mogła tylko mieć nadzieję, że nie dostanie za to drugiego ostrzeżenia. Jej pokój kosztował niewiele (powiedzmy), w Bushwick było (względnie) bezpiecznie i miała stąd stosunkowo niedaleko (czterdzieści dwie minuty metrem) na Manhattan, do swojej Akademii Sztuk Wizualnych. A to wszystko oznaczało, że trzeba wstać, iść do kuchni i podlizać się współlokatorkom.

Starając się nie myśleć o bólu głowy i mdłościach, Nat zwlekła się z materaca. Miguel nawet nie drgnął. Jak on w ogóle może spać przy takim hałasie, zdziwiła się przelotnie, sięgając po swój pożółkły, frotowy szlafrok wiszący na drzwiach do pokoju. Lekko zalatywał stęchlizną. Owijając się nim, zauważyła, że ma na sobie majtki. Może więc jednak nie było seksu? Wstrętne uczucie, nie pamiętać czegoś takiego. Wydarzenia zeszłego wieczoru zlewały się w jedną bezładną mieszaninę. Po zajęciach z ilustracji pojechała do Donnelly’s, gdzie była kelnerką. Kochanek za barem polał jej kilka szotów wódki, żeby dotrwała do końca zmiany. Po zamknięciu wypili butelkę wina plus kilka paralizatorów. A może Białych Rusków? Stanowczo muszę przyhamować z piciem, powiedziała sobie Nat.

Wtoczyła się do kuchni i ogarnęła wzrokiem bajzel będący przyczyną tej porannej chryi. W zlewie stało kilka brudnych garnków, a na stole otwarty słoik sosu pomidorowego w kałuży gęstej czerwonej cieczy. Wtedy ją olśniło: makaron. Przyszli z Miguelem do domu i byli głodni, więc ugotowała rigatoni z sosem marinara. Zjedli w kuchni przy maleńkim stoliku. Potem on zaczął ją pieścić i całować, a skończyło się w łóżku. Umycie naczyń nie obejmowało, jak widać, gry wstępnej.

– Przepraszam, dziewczyny – powiedziała Nat. – Już sprzątam.

Mara odwróciła się gwałtownie. W dłoni trzymała swój nieodłączny płyn dezynfekujący.

– Wczoraj trzeba było posprzątać – poinformowała ją.

– Wiem. Dałam ciała.

– Jak chce ci się jeść o czwartej rano, idź do nocnej knajpy – doradziła Toni, która nalewała sobie kawę z zaparzacza tłokowego. Nie zaszczyciła jej nawet spojrzeniem, a Nat przypomniała sobie, że Miguel coś takiego proponował, ale jej budżet nie przewidywał podobnych wydatków. Pieniądze na najbliższą ratę czesnego miała odliczone co do grosza i gdyby kupiła chociażby burgera, nie starczyłoby już na czynsz. Wiedziała, że Miguel postawiłby jej tę kolację, ale u niego z kasą też było raczej krucho. Aby uniknąć długów wdzięczności, postanowiła coś ugotować na miejscu. A skończyło się w łóżku.

– Nie podoba nam się, że sprowadzasz sobie na noc tych wszystkich chłopaków – oznajmiła Mara, atakując plamę sosu na blacie z taką furią, jakby to był wyciek toksycznych chemikaliów.

Nat oblała się rumieńcem, zawstydzona, ale też zirytowana. Co to znaczy: tych wszystkich chłopaków? Mogłaby policzyć na palcach jednej ręki, ilu facetów zaprosiła tutaj na noc. Nie była rozwiązła; miała po prostu dwadzieścia jeden lat. Jej współlokatorki też przecież nie były święte. Mara, nie dalej jak w zeszłym roku, miała romans z asystentem ze swojego wydziału, a Toni, w czasach, kiedy jeszcze zdarzało jej się napić wina, obejrzeć Kawalera do wzięcia, a czasem nawet roześmiać, kochała się – bardzo głośno – ze ślicznym chłopakiem z informatyki. Wyluzujcie trochę, pomyślała Nat. I same złapcie jakąś okazję.

Z trudem się opanowała.

– Nie ma ich wcale tak dużo – odparła.

– Naprawdę? – Toni uśmiechnęła się z wyższością. – I teraz też jesteś sama w pokoju?

– Tak – skłamała.

– Słyszałyśmy w nocy jego głos – wypaliła Mara.

– To nie to, co myślicie – odparowała Nat. – Kumpel z pracy odprowadził mnie do domu. Byliśmy głodni i zmęczeni, wiadomo, w piątek wieczorem w barze jest sajgon, więc zrobiłam ten makaron, a potem powiedziałam mu, że jak chce, to może u mnie przekimać.

Tak rzeczywiście mogło być. Ostatecznie rano miała na sobie majtki.

Jej współlokatorki wymieniły spojrzenia. Nie uwierzyły? A może uwierzyły i teraz było im głupio? Tak, właśnie tak. Wstyd im się zrobiło, że ją oskarżyły, nie wiedząc, co zaszło. Nat postanowiła je dobić.

– Ja tylko pomogłam koledze, a wy robicie ze mnie zdzirę.

– Sorry – bąknęła Toni, chowając nos w kubku z kawą.

Mara zawzięcie szorowała blat. Najprawdopodobniej układała w głowie kwieciste przeprosiny.

I wtedy do kuchni wmaszerował Miguel, zaspany, skacowany, przystojny. I goły jak go Pan Bóg stworzył.

– Wszystko w porządku? – zapytał, zasłaniając dłońmi krocze, z marnym skutkiem, trzeba dodać. – Usłyszałem jakieś walenie…

Nat obserwowała twarze swoich współlokatorek. Tym razem ich miny były jednoznaczne.

A więc miałyśmy rację. I wcale nam się to nie podoba.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

PEŁNY SPIS TREŚCI:

PROLOG

Cztery miesiące wcześniej

1. Współlokatorki

2. Dojazd

3. Penthouse

4. Drugie ostrzeżenie

5. Test

6. Towarzystwo

7. Profil

8. Dziewczyna z portalu

9. Koktajl

10. Dzień po

11. Nick

12. Przedstawienie

13. Telefon

14. Bistro

15. Noc u niego

16. Facebook

17. Emily

18. Umowa

19. Incydent

20. Były

21. Broadway

22. Honduras

23. Vermont

24. Ohio

25. Konfrontacja

26. Park Avenue

27. Ciało na sprzedaż

28. Agent nieruchomości

29. Mrzonki

30. Kawalerka

31. Autoagresja

32. Naszyjnik

33. Powód

34. The Met

35. Powrót

36. Zaproszenie

37. Spotkanie

38. T-shirt

39. Luxury Liner

40. Duża wódka z żurawiną

41. Ślad na prześcieradle

42. Zoo

43. The High Line

44. Smooth jazz

45. Zielone oczy

46. Krew

47. Stukanie do drzwi

48. Areszt

49. Zarzut

50. Wolność

51. Adwokaci

52. Odkrycie

53. Olśnienie

54. Powrót

55. Wyrok

56. Dar

57. Prawda

PODZIĘKOWANIA