Wydawca: WAB Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2015

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 60000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
14 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 655 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Umma - Alfred de Montesquiou

Jeden z najbardziej znanych francuskich współczesnych reporterów, uhonorowany francuskim odpowiednikiem Pulitzera, przedstawia swoją wizję Wschodu – złożoność świata uchwycona w reportażu Montesquiou to odpowiedź na szerzącą się w Europie islamofobię.

Umma to wspólne określenie wszystkich krajów należących do społeczności muzułmańskiej. Jednak w reportażu Montesquiou pojęcie to oznacza znacznie więcej. To nie tylko kolejne kraje, które odwiedził, lecz przede wszystkim szereg innych kultur, odrębnych miejsc i szczególnych narodów, które miał okazję spotkać w ciągu lat swoich podróży i pracy. Montesquiou pokazuje czytelnikowi piękny i skomplikowany świat, w którym obyczaje i tradycje dynamicznie przeplatają się z nowoczesnością.

Opinie o ebooku Umma - Alfred de Montesquiou

Fragment ebooka Umma - Alfred de Montesquiou

Alfred de Montesquiou

Umma

Reporter na Bliskim Wschodzie

Przełożył Jacek Giszczak

Tytuł oryginału: Oumma. Un grand reporter au Moyen-Orient

Copyright © Editions du Seuil, 2013

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXV

Copyright © for the Polish translation by Jacek Giszczak, MMXV

Wydanie I

Warszawa MMXV

Dla M.

Wprowadzenie

Umma, „wspólnota wiernych”. Jej granice zmieniały się w ciągu czternastu stuleci, od pierwszych podbojów islamu po dzisiejsze migracje. Tworzy ją 1,6 miliarda muzułmanów, czyli dwadzieścia trzy procent wszystkich ludzi na świecie. Można by ją zdefiniować jako sumę krajów, których ludność jest w większości muzułmańska, obejmuje zatem pół Afryki, niemal cały Bliski Wschód i znaczną część Azji, nie zapominając o Albanii. Na mapach zaznacza się ją kolorem zielonym, jako obszar obejmujący dwadzieścia dwa kraje Ligi Arabskiej. Ale Umma to coś więcej niż pojęcie geograficzne.

Pierwszym znaczeniem tego słowa jest „naród”, a rdzeń umm wyraźnie odsyła do „matki-ojczyzny”; inni przekładają je, używając ładnie brzmiącego określenia „wspólnota charyzmatyczna”. Bo chociaż opiera się ona na wspólnej wierze, odwołuje się jednak do czegoś bardziej subtelnego niż religia. Nie jest też równoznaczna z terminem „cywilizacja islamu” i nie da się jej porównać z pojęciem „Kościoła” w świecie katolickim (ponieważ nie ma w niej żadnego centralnego ośrodka władzy). Umma – poczucie przynależności oparte na języku Koranu, świadomość wspólnego przeznaczenia, solidarność – niesie ze sobą ideę, że muzułmanie czują się zjednoczeni ponad granicami, że tworzą pewną całość, coś w rodzaju niematerialnego kontynentu, na którym dialekty i polityczne reżimy wprawdzie się różnią, lecz jego mieszkańcy wiedzą, że coś ich łączy.

Specjaliści mogą uznać, że przyznaję owej Ummie zbyt wielkie znaczenie. Chociaż arabsko-muzułmańskie imperium tworzyło kiedyś spójną całość, od Andaluzji po Indie, jednak po upadku kalifatu Abbasydów w 1258 roku sytuacja się zmieniła. Język arabski jest wciąż nośnikiem ideologii: dobór słów nie jest w nim neutralny. Dla niektórych przywołanie pojęcia Ummy to potwierdzenie woli hegemonii sunnitów (którzy stanowią około osiemdziesięciu pięciu procent wyznawców islamu) i wydobycie na pierwszy plan koncepcji tauhidu, jedyności Boga, którą hołubi wielu radykałów. Niektórzy obawiają się, by Arabskie Wiosny nie doprowadziły do przerodzenia się panarabizmu w z gruntu reakcyjną ideę Ummy i jeszcze bardziej nie pogłębiły kryzysu tego pogrążonego w stagnacji regionu.

Przez dziesiątki lat zwolennicy ideologii Nasera i członkowie partii Al-Bas chcieli zastąpić Ummę ideą „braterskich krajów”. Ale określenie „naród arabski” przestało dzisiaj być tabu i obecne rewolucje zdają się dyskredytować reżimy, które szerzyły tę ideologię. Rzeczywistość należy do Al-Dżaziry i innych panarabskich stacji telewizyjnych, które kształtują opinię regionu i wzmacniają solidarność jego mieszkańców znacznie skuteczniej niż przebrzmiałe dyskursy.

Już od dwudziestu lat przemierzam terytorium Ummy. Najpierw jako turysta, potem stażysta, podróżnik, w końcu reporter. W 2005 roku po raz pierwszy pojechałem tam jako dziennikarz amerykańskiej agencji Associated Press, do Kairu, potem do Sudanu, Maroka, Algierii i Afganistanu. Pod koniec 2010 roku dołączyłem do ekipy tygodnika „Paris Match”, by pisać w swoim ojczystym języku. Reportaże bardzo szybko przekształciły się w długą relację z kolejnych rewolucyjnych Wiosen w całym świecie arabskim, przerywaną podróżami do Pakistanu i Iraku, a także po całej Francji i Europie, wyprawami do dżungli, a nawet na biegun północny. Ale bieżące wydarzenia sprawiają, że wciąż powracam do Ummy. Nawet teraz, kiedy już tam nie mieszkam, nie ma miesiąca, bym nie pojechał w te strony z dziennikarską misją.

W drodze często czytałem Ibn Battutę, porównując to, co opisał podczas swoich podróży, z tym, co sam miałem okazję oglądać. Ten Marco Polo świata arabskiego, duchowy ojciec wielkich reporterów krążących po Bliskim Wschodzie, pisał w XIV wieku (żył mniej więcej w latach 1304–1369). Wyruszył ze swojego rodzinnego Maroka, by odbyć hadżdż, czyli pielgrzymkę, i przemierzył Ummę od południowych krańców Rosji po Somalię, po czym udał się do indyjskiego imperium Mogołów, dotarł nawet poza granice świata muzułmańskiego, do Chin. W czasie dwudziestu lat przebył sto dwadzieścia jeden tysięcy kilometrów, po drodze się ożenił, został kadim, ambasadorem czy doradcą jakiegoś miejscowego sułtana. Jego opowieść zatytułowana Osobliwości miast i dziwy podróży mieści się w trzech tomach, z których każdy liczy tysiąc stron1. Próbowałem być trochę bardziej zwięzły.

Moje wybory są arbitralne: dlaczego wykraczam poza świat arabski, pisząc o Afganistanie i o Pakistanie? Dlaczego rozwodzę się nad Ummą, skoro słowem nie wspominam o Mekce i Damaszku? Jak mogłem pominąć milczeniem Indonezję, najbardziej liczebny muzułmański naród na świecie, a także Turcję, przez długie stulecia centrum muzułmańskiego imperium? Odpowiedź jest prosta: postanowiłem pisać jedynie o krajach, w których spędziłem wiele czasu, i o miejscach, w których powstały moje ważne reportaże. Ta opowieść śledzi zatem w ogólnych zarysach trasę Ibn Battuty, przemierzając Ummę z zachodu na wschód. Zatrzymuje się u wrót Orientu, gdzie kończy się terytorialna ciągłość dzisiejszych krajów muzułmańskich, to znaczy na granicy Pakistanu. Moja kronika nie jest kompletna, pozostawiam turystycznym przewodnikom i geopolitycznym rozprawom troskę o wyczerpanie tematu; każdy patrzy na rzeczywistość na swój sposób. Lecz wybór krajów, o których opowiadam, nie jest też przypadkowy: jeśli redaktorzy naczelni wysyłali mnie w te rejony, to dlatego, że dochodziło tam do wydarzeń wpływających na bieg Historii. Stopniowo starałem się uchwycić coś z istoty tych krajów, pokazać, jak suma lokalnych ambicji określa zbiorową tożsamość Ummy, tak solidarnej i spójnej, pomimo swojej różnorodności.

Mam nadzieję, że ta książka pozwoli ją lepiej zrozumieć. Francja ma bowiem wyjątkowo bogate relacje z kulturą obejmującą południowe wybrzeże Morza Śródziemnego. Poczynając od podpisania w 1535 roku tak zwanych Kapitulacji, układu pokojowego pomiędzy królem Franciszkiem I a Sulejmanem Wspaniałym, po rozległą kolekcję arabskich rękopisów, którą nabył kardynał Mazarin, od wydania w 1704 roku francuskiego przekładu Księgi tysiąca i jednej nocy po relacje z podróży pisarzy orientalistów XIX wieku, a później Louisa Massignona, Francuzi od dawna pełnią funkcję pośrednika między islamem a światem Zachodu. Te związki są tym bardziej istotne, że rany z czasów kolonizacji jeszcze się nie zabliźniły i do dziś wpływa to na sytuację muzułmańskiej mniejszości na terenie Francji. Według przeprowadzonych ostatnio badań poziom antymuzułmańskich nastrojów wzrósł w 2012 roku do trzydziestu ośmiu procent. Ani Francja, ani świat arabski nie mogą na tym zyskać.

Zwłaszcza że sytuacja się zmienia. Ucisk rodzi postawy infantylne i upokarza ludzi, rewolucja zaś sprawia, że „stają się dorośli”; wielokrotnie miałem okazję to obserwować. Zrzucając jarzmo tyranii, arabska Wiosna Ludów głęboko przeobraża region. Opowiedzieć o tej rewolucji, tyleż psychologicznej, co politycznej, i opisać narody, które jej dokonują, to jedno z najbardziej pasjonujących zadań, jakie mógłby sobie wymarzyć zawodowy dziennikarz.

Niektóre z wydarzeń opisanych w tej książce były również dla mnie wyjątkowo trudne. Zostałem ranny, straciłem wielu kolegów i przyjaciół, z których jeden był mi szczególnie bliski, przez kilka ostatnich lat widziałem tak wielu cierpiących i umierających ludzi, że nigdy nie sądziłem, bym mógł być świadkiem tylu tragedii w ciągu całego mojego życia. Lecz pośród tych wszystkich trudności istnieje coś takiego jak radość reportera. Być opłacanym za to, że się podróżuje i pisze: czego można chcieć więcej?

Pisząc tę opowieść, pragnąłem przekazać czytelnikowi smak i zapach, specyfikę, tchnienie tej przestrzeni, zamieszkanej przez ponad miliard dusz, tak jak ja miałem okazję je chłonąć. Chciałem, by ta książka, zbiór reportaży czy, jak kto woli, relacja z podróży, ukazała to, co jest solą zawodu dziennikarza: kulisy wydarzeń, przygodę, zabawne sytuacje, odkrywanie nowych horyzontów i – zwłaszcza – spotkania z ludźmi.

Przywilejem reportera jest bowiem to, że może udać się na miejsce, żeby zobaczyć wszystko i spotkać się z każdym. Czy byli to ludzie sławni, czy zupełnie nieznani, zbuntowani bohaterowie czy zwyczajni dranie, chciałem opowiedzieć o kilku z tych wyjątkowych osób, które nadały sens mojej podróży. Od Maroka do Pakistanu, od strefy działań wojennych po sceny żywiołowej radości na ulicach miałem okazję żyć i pracować w niemal całym arabsko-muzułmańskim świecie.

Umma znajduje się dziś na rozdrożu. Wiele powiedziano na temat głębokiej wewnętrznej sprzeczności między światem islamu i demokracją, o jego awersji do nowoczesności. Ja sam, jako korespondent wojenny, wielokrotnie opisywałem akty przemocy rozdzierające tę część świata: konflikty zbrojne, terroryzm, religijne zaślepienie, ludobójstwo, a nawet „szok cywilizacyjny”, z którego po roku 2000 chciano uczynić samosprawdzającą się przepowiednię. Lecz w tym czy innym miejscu, często trochę przez przypadek, dostrzegałem też zwiastuny innego arabsko-muzułmańskiego świata. Dziennikarz nie jest wyrocznią ani tym bardziej ekspertem i nie mogę, rzecz jasna, twierdzić, że przewidziałem dzisiejsze perturbacje. Często jednak obserwowałem, jak kiełkują zalążki tego, co miało się wkrótce zrodzić. Dziś jesteśmy u zarania nowej epoki. Epoki należącej do ludu, który w większości jest młody, a nawet bardzo młody, który pragnie otworzyć się na świat, na inne idee i ludzi, na sprawiedliwość, równość i – nade wszystko – wolność.

Poprzez spotkania z ludźmi i podróże książka ta opisuje więc świat ulegający gwałtownej przemianie. Nie próbuje niczego przepowiadać ani analizować, a tylko wskazać kilka wielkich nurtów, które na nowo wytyczają przyszłość arabsko-muzułmańskiego świata, pośrednio zaś także naszego.

Przed młodymi ludźmi z Ummy otwiera się wiele dróg. Nie tak łatwo wywróżyć z fusów, czy zwycięży kurs na demokrację, czy przeważy okrutna reakcja. Czy islam „poddanych” (mniej więcej to oznacza słowo „muzułmanin”) zdusi islam zwolenników obyczajowej liberalizacji? Czy islamizm rozpuści się w politycznym pluralizmie, czy też przeciwnie, wchłonie go, przejawiając cała swą potencjalną gwałtowność? Moja opowieść nie przynosi na to jednoznacznej odpowiedzi. Próbuje po prostu pokazać rozgorączkowaną i owładniętą nadzieją młodość, która prze do zmian: chciałem opisać lud, który po omacku szuka swojej nowej drogi, próbuje odkryć swe nowe przeznaczenie.

Jeżeli moja opowieść sprawi, że czytelnik poczuje przyjemność z obcowania z tymi młodymi ludźmi, którzy biorą we własne ręce swą przyszłość i czasami zmieniają bieg Historii, wówczas spełni swoje zadanie.

1Maroko

Na zewnątrz turyści. Potem rząd starych armat, których strzegą wartownicy królewskiej gwardii w galowych mundurach. Gdy przekroczymy tę linię, wchodzimy do innego świata. Trzeba okazać dokument, grzecznie poczekać na słońcu, podczas gdy strażnik przez wewnętrzną linię rozmawia ze swoim szefem, ten z kolejnym i tak dalej. Minuty się dłużą. Wiosenne słońce Atlantyku odbija się od białych murów pałacu królewskiego w Rabacie, migoce na ciemnozielonej emalii tłoczonych dachówek. Żołnierz wraca, by znów spytać mnie o nazwisko, uważnie przygląda się legitymacji prasowej, którą trzyma do góry nogami.

Jak dotąd nic szczególnego. Wtedy nadbiega ordynans w paradnym uniformie. Koniec przytroczonej do pasa szabli wlecze się po ziemi, lekko szurając, kiedy właściciel przyspiesza kroku.

– Witamy pana – oznajmia po francusku, stawiając akcent na pierwszą sylabę.

Potem skłania głowę, kładąc prawą dłoń na piersi i wskazując, że mam iść za nim do pałacu. Ale wartownik każe mi jeszcze przejść przez bramkę do wykrywania metali i położyć aparat fotograficzny na taśmie prześwietlacza.

– Przykro mi, takie są przepisy.

I tu kończy się normalność, wszelka trywialna ingerencja nowoczesności w niewzruszony protokół pałacu Jego Wysokości Muhammada VI, króla Maroka, zwanego Amir al-Muminin – Przywódcą Wiernych – władcy z dynastii Alawitów, potomka w linii prostej proroka Mahometa, poprzez jego córkę Fatimę.

Po przejściu przez pierwszą ogromną bramę – ejwan wsparty na rzymskich kolumnach – ordynans prowadzi mnie na rozległe patio z szemrzącą fontanną, otoczone rzędami mauretańskich arkad, na których widok designerzy z pism o stylowych wnętrzach i katalogów turystycznych oniemieliby z wrażenia. Nigdy nie było im dane postawić stopy w tym miejscu, w tym sanktuarium władzy: w machzanie, to znaczy pałacu, którego nazwą Marokańczycy posługują się także, by wyrazić niebiański majestat władzy w samym środku ich państwa. Gdy przechodzimy pod arkadami patia, strzelcy w galowych mundurach – błękitny turban, malinowy kaftan i biała peleryna – stają na baczność. Oficer nie zwraca na nich uwagi i w milczeniu przekazuje mnie dwóm służącym w galabijach z najlepszej haftowanej bawełny, na które narzucili obszerne kremowe peleryny. Stuka obcasami i odchodzi bez słowa.

Dwaj służący skłaniają się w milczeniu, tak iż czarne frędzle ich fezów kiwają się z przodu głowy. Jeden wskazuje mi wejście do pałacu. Zachowują się niemal bezszelestnie, słychać tylko cichutki chrzęst ich kanarkowożółtych babuszy. Pluszcze woda w fontannach, rozlega się ptasi szczebiot, a ludzie zdają się wstrzymywać oddech.

Przechodzimy przez następny dziedziniec, jeszcze piękniejszy od pierwszego. Rzędy arkad pokrytych koronkowym gipsowym ornamentem lub połyskującym w świetle tadelaktem. Biel ścian wydobywa tęczowe barwy ceramicznych mozaik, których wzory stają się coraz bardziej zawiłe, w miarę jak posuwamy się naprzód. Przed wejściem na każdy kolejny dziedziniec dołącza do nas dwóch służących, również ubranych na biało i tak samo milczących. Czterech, potem sześciu prowadzi mnie wzdłuż maszarabijji, misternie rzeźbionych drewnianych parawanów, ciągnących się do schodów. Na piętrze, na końcu długiego korytarza, na którym dywan skutecznie tłumi zarówno odgłosy moich kroków, jak i cichy skrzyp babuszy, przekazują mnie szambelanowi. Stary mężczyzna w końcu przerywa milczenie, by powitać mnie ściszonym głosem, skłaniając głowę owiniętą wielkim białym turbanem.

– As-salam alajkum, pokój z tobą.

Odwzajemniam ukłon, starając się powstrzymać od uśmiechu. Kusi mnie, by odpowiedzieć „Wa-alajkum as-salam, niech pokój będzie też z tobą”, by zabrzmiało to jak w parodii starego filmu osadzonego w orientalnej scenerii. Ale widząc jego minę pełną namaszczonej powagi, dochodzę do wniosku, że pewnie nie uzna tego za zabawne.

Dostojny szambelan wskazuje mi wielką skórzaną kanapę i znika. Wcześniej gestem dłoni nakazuje kolejnym służącym w szarawarach i niebieskich kamizelkach szamerowanych złotem, by przynieśli mi herbatę. Wracają niemal natychmiast, ze szklaneczką wrzącego płynu na srebrnej tacy. Czyżby stale trzymali metalowy imbryk na ogniu, gotowi obsłużyć przygodnego gościa? Lokaje pochylają się, podając mi herbatę, potem oddalają się tyłem. Stoją po obu stronach drzwi, nie patrząc w moją stronę, z oczyma utkwionymi w pustce. Zapada pełna uszanowania cisza. Jakby dywan, meble, służba i żyrandol mieli świadomość znaczenia tych miejsc, uczestniczyli w onieśmielającym splendorze machzanu. Znajdujemy się w przedpokoju najpotężniejszego człowieka w kraju, drugiego po królu.

Trudno dokładnie zdefiniować, jaką rolę odgrywa André Azoulay. Nie jest ministrem ani tym bardziej premierem, nie jest deputowanym ani nawet nie figuruje w żadnym oficjalnym rejestrze urzędników państwowych. Ale zalicza się do grona najbliższych doradców władcy. I wszyscy wiedzą, że spośród tej niewielkiej garstki członków Rady Królewskiej to on jest najchętniej słuchany i najbardziej wpływowy. Mój przyjaciel Hasan, który załatwił mi to spotkanie po długotrwałych zabiegach, protokolarnych listach i rozmowach telefonicznych, podczas których musiał używać konspiracyjnego szeptu, powiedział, że Azoulay od wielu lat uchodzi za najbardziej wpływowego człowieka w Maroku.

– Ministrowie odchodzą, Azoulay zostaje – stwierdził Hasan, wyraźnie zadowolony z tego sformułowania.

Razem czekaliśmy na to spotkanie, popijając perriera z cytryną na słonecznym tarasie kawiarni w centrum Rabatu, nieopodal królewskiego pałacu. Lokal znajduje się przy jednej z alei, które marszałek Lyautey i jego następcy wytyczyli w marokańskiej stolicy, tej perle stylu art déco, gdzie biel murów podkreśla lazur nieba – z wyjątkiem dni, gdy nadciąga ulewa, mocząc drzewka pomarańczowe o pniach bielonych wapnem, rzędami rosnące na chodnikach.

Hasan, który lubi opowiadać historie, trajkotać jak najęty, który wymawia przedniojęzykowe „r”, lecz posługuje się przy tym wyszukaną, literacką francuszczyzną, nie mógł się powstrzymać, by nie opowiedzieć mi czegoś o Azoulayu.

– Widzisz, drogi przyjacielu – opowieści Hasana zawsze zaczynają się w taki sposób – mówią, że Jego Wysokość Hasan Drugi, pokój jego duszy, leżąc na łożu śmierci, kazał synowi złożyć obietnicę, iż zachowa Azoulaya u swego boku. Powiedział: „Mój synu, rób, co ci się podoba, wprowadź reformy, jakie tylko zechcesz, by odcisnąć ślad swojego panowania. Ale jednego ci zakazuję na zawsze: nie wolno ci usunąć Azoulaya z Rady Królewskiej. Każdy król Maroka musi mieć przy sobie swojego Żyda. Azoulay był moim Żydem, musi być też twoim tak długo, jak długo Bóg zechce utrzymać go przy życiu. Gdy wszyscy będą wiedzieli, że masz go u swego boku, wszystkie problemy z krajami Zachodu uda się rozwiązać. Jeżeli dasz mu władzę, Marokańczycy będą żyli w przekonaniu, że ten kraj pozostaje ziemią różnorodności, tolerancji, inteligencji”.

W tym miejscu swojego monologu mój przyjaciel Hasan z zadowoleniem porusza wąsikiem. Bawi go snucie opowieści w taki sposób, jakby to była orientalna baśń, choć używa przy tym najbardziej wyszukanych i wykwintnych słów, jakie zna język francuski.

– Widzisz, drogi przyjacielu, sądzę, że ta historia jest absolutnie prawdziwa. Król Hasan Drugi niech spoczywa w pokoju, a Muhammad Szósty oby żył długo i szczęśliwie.

Hasan jest wprawdzie subtelnym intelektualistą oraz poliglotą, ale zarazem prawdziwym patriotą i monarchistą. W pierwszej chwili jego historia wywołuje mój uśmiech. W Europie, a w każdym razie we Francji, nikt nigdy nie wysuwałby na pierwszy plan żydowskiego pochodzenia danej osoby i nigdy, ale to nigdy nie mówiono by o człowieku sprawującym władzę, że ma u boku „swojego” Żyda, jak niegdyś miał swojego bankiera, swojego doradcę, swojego kardynała czy swoją szarą eminencję. Tyle że Maroko jest monarchią konstytucyjną, przy czym pierwszy człon owego określenia waży o wiele więcej niż drugi i często wyczuwa się w tym kraju aurę dawno minionych czasów. Hasan już mi to kiedyś wyjaśnił, tutaj obowiązują inne językowe tabu niż w Paryżu.

– Pamiętaj, że nigdy nie współpracowaliśmy z Hitlerem, podczas wojny chroniliśmy naszych Żydów, a nawet zdecydowanie odrzuciliśmy antysemickie rozporządzenia marszałka Pétaina, kiedy chciał rozciągnąć je na Maroko.

Powiedział najpierw: „antysemickie rozporządzenia Francuzów”, ale przez grzeczność zaraz się poprawił, by zrzucić odpowiedzialność wyłącznie na Pétaina.

Uprzejmie przytakuję. Historie Hasana mają swą dobrą stronę. Tak jak w przypowieściach Nowego Testamentu czy sufickich bajkach, kryje się w nich, często pod nieco staroświecką formą, dosyć subtelny i raczej wiarygodny przekaz. Słowem, są dość marokańskie.

Nadal rozmyślam nad historią opowiedzianą przez mojego przyjaciela, kiedy szambelan wraca do pokoju. Herbata wciąż jest gorąca, ledwie zdążyłem sparzyć sobie czubek języka. Szambelan prosi, bym poszedł za nim wąskim korytarzem, który prowadzi do kolejnego przedpokoju. Wielkie zdumienie. Styl mauretański zniknął, znowu znaleźliśmy się w czasach współczesnych. Oba skrzydła mahoniowych drzwi nagle się otwierają.

– Proszę wejść.

Szambelan usuwa się w cień, André Azoulay zamyka za mną drzwi.

Już nic nie wskazuje na to, że jesteśmy w „świecie Orientu”. Przypomina to raczej szykowny salon zamożnej paryskiej burżuazji. Czy też biuro bankiera, ale w starym stylu, z czasów gdy jeszcze troszczono się o to, by żyć wygodnie wśród ludzi z wyższych sfer. Są tam kanapy i fotele, niski stolik i gruby nowoczesny dywan, biurko w stylu Ludwika XV, liczne konsole, biblioteki wypełnione księgami oprawionymi w skórę, kilka obrazów i rycin. Być może tak wyglądało biuro André Azoulaya, gdy pracował jeszcze we Francji jako wiceprezes banku Paribas.

Celem naszego spotkania jest omówienie możliwości przedłożenia wiarygodnej prośby o przeprowadzenie wywiadu z królem. Wiadomo jednak, że Muhammad VI niespecjalnie lubi się wypowiadać i unika prasy, zwłaszcza od kiedy wprowadził reformy przyznające jej względną swobodę wypowiedzi.

André Azoulay ma zbyt wiele ważnych spraw na głowie, a jego garnitury szyte przy Savile Row są zbyt wytworne, by miał tracić czas na jałowe rozmowy. Nie owija w bawełnę i niezwłocznie wyjaśnia: król nie udzieli mi wywiadu.

– Z chęcią przekażę pańską prośbę, ale to wszystko, co mogę dla pana zrobić.

Poparł to zdanie szerokim gestem dłoni, wskazując ścianę za biurkiem, gdzie każdy gość może zobaczyć galerię dziesiątek fotografii w grubych posrebrzanych ramkach. Kilka zdjęć rodzinnych, z uroczystości ślubnych czy bar micwy. Lecz przede wszystkim są to zdjęcia André Azoulaya u boku króla. Z Hasanem II na jego polu golfowym, w aucie, na przyjęciach, w garniturowych spodniach o rozszerzanych nogawkach, jak w latach siedemdziesiątych. Na innych możemy zobaczyć go obok prezydentów, w gronie francuskich i amerykańskich oficjeli. Na kolejnym zdjęciu jest z jakimś młodym, korpulentnym i nieśmiałym człowiekiem, który zdaje się chować w opiekuńczym cieniu monarchy: to następca tronu. Najnowsze, wykonane po 1999 roku, ukazują Azoulaya z tym samym księciem, który tymczasem został Muhammadem VI, w swobodnych pozach, na wakacjach i nieformalnych spotkaniach. Przekaz jest jasny: jeśli ktoś w tym kraju ma posłuch u władcy (Marokańczycy mówią: „przebywa w aurze króla”), to jest to mój rozmówca. Profil rzymskiego patrycjusza, wysokie czoło, dumna postawa – od Azoulaya emanuje władza. Jeśli powiedział mi nie, to znaczy nie.

By zrekompensować mi odmowę, Azoulay proponuje coś, co jest jego zdaniem niemal równie wartościowe, jak wywiad z monarchą: list podpisany własnoręcznie przez króla. Nie jest to byle jaki list i to prawda, że w skali Maroka czy nawet świata arabskiego ma swoje znaczenie. Podaje mi wielki arkusz pergaminu, z wykaligrafowanym po arabsku tekstem i wystukanym na maszynie francuskim przekładem, opatrzony królewską pieczęcią i parafowany piórem.

Ten list odczyta publicznie sam minister do spraw wyznań.

Dotyczy Holokaustu i ma być oficjalnie ogłoszony w Paryżu podczas ceremonii zorganizowanej przez francuską Fundację Pamięci Zagłady (Fondation pour la mémoire de la Shoah).

Ludobójstwo podczas II wojny światowej jest „jednym z najtragiczniejszych rozdziałów współczesnej historii”, oświadcza Muhammad VI w swojej epistole, pamięć o Holokauście zaś „powinna zostać uznana za część wspólnego dziedzictwa ludzkości”.

W ustach przedstawiciela króla Maroka te zdania mają swą wagę. Oto po raz pierwszy głowa arabskiego państwa podkreśla znaczenie Szoah. Moment wypowiedzenia tych słów również nie jest obojętny. Jest wiosna 2009 roku i Marokańczycy zerwali właśnie stosunki dyplomatyczne z Iranem, który oskarżają o szyicką infiltrację ich kraju. Przed kilku tygodniami irański prezydent Mahmud Ahmadineżad powtórzył publicznie swoje diatryby, w których negował Holokaust. Dziś, jakby w odpowiedzi, król Maroka publicznie ogłasza swój „Projekt Aladyn”.

Bohater Księgi tysiąca i jednej nocy pocierał lampę oliwną, by uwolnić z niej dżina. Noszący jego imię projekt ma doprowadzić do większego zbliżenia między narodami. Jego cel: rozpowszechnić wiedzę o Holokauście w świecie arabsko-muzułmańskim, gdzie stosunek do judaizmu sprowadza się najczęściej do nienawiści do Izraela. Uczucie niechęci rzadko kiedy było tak silne jak w roku 2009, kilka miesięcy po zakończeniu operacji „Płynny Ołów”, podczas której armia izraelska zbombardowała Strefę Gazy, zabijając tysiąc trzysta osób. Wśród pomysłodawców „Projektu Aladyn” nikt nie jest tego świadom bardziej niż sam Azoulay.
– Ale dzięki swojej historii i kulturze to właśnie Maroko jest w stanie wydać zrównoważony osąd. Nie mieszamy judaizmu z tragedią na Bliskim Wschodzie – wyjaśnia mi osobisty doradca króla.

I oto padło słowo klucz: „kultura”. Tutaj wszystko obraca się wokół kultury. Może właśnie dlatego tak lubię Maroko i jego paradoksy. W kraju bez ropy naftowej, niemal pozbawionym przemysłu czy strategicznego znaczenia, inteligencja stała się jednym z podstawowych zasobów. Maroko, ziemia wymieszanych idei i ludów, uczyniło tę różnorodność jednym ze swoich głównych bogactw naturalnych. Otwartość na świat jest czymś w rodzaju narodowej tradycji, z czego wielu Marokańczyków czerpie dumę.

Ibn Battuta, prawdziwa gwiazda pośród piszących podróżników, który powędrował z Tangeru do Mekki, potem aż do Chin i Indii, by przywieźć z tej wyprawy wielkie księgi wspomnień, urodził się w Maroku na początku XIV wieku. W przeciwieństwie do Marco Polo, swojego włoskiego alter ego, po powrocie do kraju został obsypany zaszczytami przez władcę. Dziś lotnisko w Tangerze nosi jego imię.

Biografia Ibn Battuty dobrze oddaje istotę Maroka: zapuszcza się on głęboko w arabski świat, a potem wraca, by żyć spokojnie na jego obrzeżach.

Z Maroka, zachodniego skraju Ummy, widać gołym okiem europejskie wybrzeże Hiszpanii. Kraj zachodzącego słońca dla świata arabskiego (Al-maghrib al-Arabi), królestwo potomków Proroka, zna swoje miejsce na krańcach imperium. W tym sensie obecne rządy Muhammada VI są kontynuacją dzieła wielkich monarchów, którzy go poprzedzali. Ściśle powiązane z kręgiem arabskich monarchii, Maroko podtrzymuje także dialog z Zachodem. I, jak widzieliśmy, pod wpływem Azoulaya również ze światem żydowskim.

To prawda, że kultura marokańska jest wyjątkowo bogata, subtelna, różnorodna. Berberyjskie podłoże przepojone kulturą świata arabskiego, na co nakładają się wpływy czarnej Afryki (w XVI wieku Marokańczycy podbili królestwo Songhaju, które wcześniej objęło dominację nad imperium Mali), Portugalii i Hiszpanii, a później Francji w czasach protektoratu. Inny istotny element tej mieszanki, wyczuwalny wszędzie – od muzyki po kuchnię i architekturę – to komponent żydowski. Azoulay, ze swoim iberyjskim nazwiskiem, należy do potężnej wspólnoty sefardyjskiej, która u schyłku średniowiecza uciekła przed władzą katolickich królów Hiszpanii oraz Inkwizycją. Jego przodkowie dołączyli w Maroku do judaistycznych plemion berberyjskich albo żydowskich wspólnot, które żyły tu na długo przed erą chrześcijańską i muzułmańską. Do czasu utworzenia Izraela w 1948 roku Sefardyjczyków było trzysta tysięcy.

Dziś jest ich zaledwie trzy tysiące, lecz, jak wyjaśnia Azoulay, „wielu turystów, którzy odwiedzają Maroko, ma tutaj swoje korzenie”.

Dla tych, którzy nie przyjeżdżają wyłącznie z uwagi na plaże czy bazary w Marrakeszu, istnieje nawet muzeum historii judaizmu. Poszedłem go poszukać na schludnym przedmieściu Casablanki. Jest prawie niewidoczne pod kaskadami kwitnących jakarand i glicynii; dopiero gdy dostrzegłem kamery i pilnującego obiektów policjanta, w końcu znalazłem wejście. W środku trochę biżuterii, stare haftowane tkaniny i jeszcze starsze pergaminowe zwoje Tory. Eksponaty dają do myślenia, czasami wzruszają, ale prawdziwe znaczenie tego miejsca polega na czymś innym. Wyjaśnia mi to stary konserwator, Simon Levy, wierzący w siłę symboli.

– Fakt, że prowadzę jedyne tego rodzaju muzeum w całym świecie arabskim, jest bardzo znaczący – powtórzył mi z dumą pod koniec wizyty. – Nienawiść wcale nie jest konieczna, a rola takiego skromnego muzeum jak moje polega na przypominaniu o stuleciach naszej wspólnej historii i porozumienia.

Byłem jedynym turystą w ciągu całego dnia.

Safi, Maroko, 6 lipca 2008. Ortodoksyjny Żyd z Jerozolimy tańczy do sufickich rytmów orkiestry złożonej z muzyków z grupy etnicznej Gnawa podczas mieszanej, żydowsko-muzułmańskiej pielgrzymki do grobu rabina.

Jednaknie tylko przykurzone muzea ilustrują różnorodność Maroka i jego otwarcie na innych. Gdy się rozstawaliśmy, Levy poradził mi udać się na południe od Casablanki, do miasta na wybrzeżu, dość brzydkiego, mimo zabytkowej twierdzy: do Safi. Plaża nie jest tam zbyt ciekawa, a fabryka nawozów sztucznych szpeci krajobraz. Ale za fortecą znajduje się dziwny grobowiec, sanktuarium będące po części meczetem, po części synagogą. To mauzoleum rabina z XV wieku, Abrahama Ben Zmirra, który został tam pochowany wraz z sześcioma synami. Przekonanie o jego świętości jest do dziś tak głębokie, że Żydzi z całego świata pielgrzymują do tego grobu. Ów święty człowiek jest czczony również przez muzułmanów, pod imieniem Ibrahim (wielu Marokańczykom nadal bliskie są tradycje sufizmu i zwłaszcza na wsi ludzie oddają cześć „świętym”, choć spotyka się to z potępieniem ortodoksyjnych wyznawców islamu). Hilula dla jednych, musemdla innych, pielgrzymka trwa wiele dni.

Przy wejściu do budowli wita nas muzyka grana na bębenkach i tamburynach. Widziałem setki pielgrzymów, przybywających tu z całego Maroka, ale zwłaszcza z Francji, Stanów Zjednoczonych, Kanady i Izraela, by modlić się i śpiewać po hebrajsku czy w arabskim dialekcie. Wierni z obydwu religii bielą wapnem głazy rozsiane wokół świętego miejsca. Stare kobiety stawiają na nich świece, z których wosk ścieka na kamień i na drobne ofiary. Po zapadnięciu zmroku tworzy to tajemniczą aurę, dość podobną do tej otaczającej sekretne zakątki związane z kultem wudu w haitańskich wioskach. Ekumeniczne i zbiorowe uniesienie – ta scena zadziwia nawet dziennikarza, dla którego zderzenie kultur jest czymś tak naturalnym, że stanowi niemal część jego zawodu. Jest jak prztyczek w nos wymierzony tym wszystkim głębokim urazom podsycającym konflikty na Bliskim Wschodzie… Patrzyłem zdumiony, jak Nahman Bitton, chasyd z ortodoksyjnej dzielnicy Mea Szearim w Jerozolimie, zaczyna tańczyć jak szalony do muzułmańskich i sufickich rytmów orkiestry złożonej z muzyków z grupy etnicznej Gnawa. A w samej synagodze można było zobaczyć, jak wali (czyli zarządca regionu) modli się tuż obok wielkiego rabina Maroka o zdrowie dla Muhammada VI. Trudno o bardziej uderzający symbol kulturowej fuzji…

Ale w Maroku symbole są czasem ambiwalentne, a nawet paradoksalne. Kraj „przywódcy wiernych” jest bowiem także jednym z największych producentów wina w świecie muzułmańskim. Wino to alkohol, zakazany w świecie islamu. I nie jest to luźny zakaz, jak te, którymi posługują się zwolennicy zakrywania twarzy, tylko haram, restrykcja ścisła, wypowiedziana wprost w Koranie. Werset 90 sury 5 określa napoje alkoholowe jako „obrzydliwość wynikającą z dzieła szatana”2. A jednak to na płaskowyżach Atlasu Średniego, nieopodal świętego miasta Meknes, uprawia się jedne z najlepszych winnych szczepów na kontynencie afrykańskim.

Mój przyjaciel Hasan, który wydaje się znać wszystkich w tym kraju liczącym trzydzieści dwa miliony mieszkańców, umożliwił mi poznanie właściciela tych terytoriów. Brahim Zniber posiada licencję Coca-Coli na Maroko, wiele fabryk, tysiące hektarów ziem uprawnych, importuje też napoje alkoholowe. Jego grupa, której przychody wyniosły w tym roku dwieście milionów euro, zatrudnia sześć i pół tysiąca pracowników, niemal wyłącznie muzułmanów, jak on sam. A perłą w jego koronie jest wytwórnia win Les Celliers de Mekhnès, otoczona dwoma tysiącami hektarów pięknych winnic, z powstającym tam centrum enoterapii, ogromnymi piwnicami, w których leżakują beczki najlepszych gatunków wina importowanego z Francji. Słowem: jeden z największych producentów wina na świecie, człowiek, który sprzedał w tym roku dwadzieścia siedem milionów butelek (o wiele, wiele więcej niż jakikolwiek producent francuski), jest muzułmaninem. Jest też jednym z najbogatszych ludzi w kraju i, oczywiście, bliskim znajomym króla. Przyswoił sobie maksymę: „By żyć szczęśliwie, należy żyć w ukryciu”.

Jak niemal wszyscy obracający się w najwyższych sferach królestwa, wokół ośrodka tej mglistej mgławicy noszącej nazwę machzan, której pospólstwo przygląda się z dołu, Zniber woli nie spotykać się z dziennikarzami. To jego zastępca, dyrektor generalny, wyjaśnia mi, w jaki sposób marokański biznes winiarski utrzymuje równowagę między zakazem Koranu i długą tradycją znakomitych szczepów.

– Maroko jest krajem tolerancji – oznajmia Mehdi Bouchaara, wicedyrektor, który pokazuje mi rozlewnię, gdzie taśmowo napełnia się butelki. – Każdy ma prawo wybrać, czy pije, czy nie. Myślę, że zdecydowana większość naszych pracowników nigdy nawet nie tknęła wina – dodaje, podnosząc głos, by przekrzyczeć huk maszyn.

Głównym budynkiem posiadłości jest obszerny betonowy pawilon, który nazywają „katedrą”, wzniesiony przez kolonistów tuż przed uzyskaniem przez Maroko niepodległości w 1956 roku, gdy w kraju produkowano miliony litrów rocznie. Pozostały z tych czasów ogromne kadzie, każda z nich mieści parę tysięcy litrów, stoją rzędami na kilku piętrach budowli. Obok, w nowej fabryce, dziesiątki pracowników krzątają się wokół taśm z butelkami, które jednym strumieniem napełnia się po szyjkę, potem korkuje i nakleja etykietki. Stoimy przy taśmie montażowej, suną po niej butelki z czerwonym winem pośledniej jakości. Les Celliers de Meknès produkują dwanaście gatunków wina, ponad osiemdziesiąt procent z trzydziestu pięciu milionów butelek sprzedawanych rocznie w Maroku. A zważywszy na jakość magazynowanych win, wydaje się oczywiste, że z wyjątkiem nielicznych naprawdę zubożałych turystów te butelki i kanistry nabywają zwłaszcza miejscowi, a zatem muzułmanie.

– Chcę podkreślić, że nasza firma działa całkowicie legalnie – zaznacza Bouchaara, kiedy pytam go, jak godzą haramz sikaczem. – Sprzedajemy wino jedynie kupcom, którzy mają licencję, i restauracjom oraz hotelom obsługującym turystów.

Zapewne, ale nawet jeśli odliczyć turystów, ilość upłynnionego wina wskazuje, że przeciętny Marokańczyk wypija litr wina rocznie. Oczywiście to tylko statystyczna średnia, ale Bouchaara skwapliwie zmienia temat. Zwraca mi uwagę, że to państwo pozostaje największym właścicielem trzydziestu tysięcy hektarów marokańskich winnic. A jednak zaraz potem przyznaje, że główny enolog wytwórni Les Celliers de Meknès – muzułmanin – musiał studiować we Francji, ponieważ minister rolnictwa nie chciał finansować badań nad zakazanym przez religię produktem.

Zwracam uwagę na paradoks tej sytuacji. Ale gospodarz mi przerywa, nie lubi poruszać się po tym niepewnym gruncie.

– Jeśli państwo to robi, może pan być pewien, że nie jest to nielegalne.

Nakazy religii stoją w sprzeczności z tradycją kraju, bo marokańskie wino ma długą historię. Fenicjanie zaczęli zakładać winnice wokół swoich faktorii handlowych na atlantyckim wybrzeżu już ponad dwa i pół tysiąca lat temu. A we wspaniałym kompleksie rzymskich ruin Volubilis, nieopodal Meknesu, można zobaczyć w domach patrycjuszy mozaiki z postaciami Bachusa i faunów, upijających się doskonałym miejscowym winem.

W czasach cesarstwa marokańskie amfory w wielkich ilościach eksportowano do Rzymu. W okresie kolonizacji francuskiej tradycję kultywowano. Marokańskie wina są wyjątkowo dobre. Są przede wszystkim nasycone słońcem, a zatem alkoholem. W naturalny sposób mocniejsze i bogatsze w smaku od swoich francuskich odpowiedników, były nazywane „cudownym medykamentem”. W latach, gdy wino było dość nijakie z powodu mrozów albo braku słońca, niektórzy producenci wielkich marek z Bordeaux i Burgundii kupowali wino z Maroka całymi kadziami i po kryjomu mieszali z własnym. To dyskretne dolewanie „skutecznego lekarstwa” trwało do chwili, gdy dyrektywą Unii Europejskiej zakazano stosowania tego rodzaju mieszanek.

W reakcji na spadek eksportu król postanowił wówczas sprzedać niektóre państwowe winnice, by wesprzeć odradzającą się autentyczną lokalną produkcję. Ten sam król, którego policja przygląda się restauracjom, czy aby na pewno nie podaje się w nich alkoholu muzułmanom. Ponadto aż do 2010 roku przychody z produkcji rolnej nie były opodatkowane: Zniber i jemu podobni korzystali więc z ulgi, by w ciągu dwóch dziesięcioleci wznieść swoje imperia, dzięki wsparciu państwa. Les Celliers de Meknès stały się gigantem, który rywalizuje dziś z największymi wytwórniami z Australii, Chile i Kalifornii.

– Popyt stale rośnie, więc obsadzamy dodatkowe osiemset hektarów – podkreśla Jean-Pierre Dehut, dyrektor do spraw eksportu. – Chodzi zwłaszcza o to, by odpowiedzieć na zapotrzebowanie chińskiego rynku.

Ten były piwniczy z belgijskiej Walonii, z jasnym wąsikiem na rumianej twarzy, został zatrudniony przez Znibera, który powierzył mu rynek międzynarodowy. Bouchaara najwyraźniej nie chce już poruszać się ze mną po śliskim terenie winnego haram i woli przekazać gościa właśnie Dehutowi. Jean-Pierre bardzo lubi rozlewnię, jest dumny z „katedry”, ale wina, w których się specjalizuje, leżakują nieco dalej, po drugiej stronie krótko przystrzyżonych gazonów. Za kilkoma palmami i różanym klombem stoi przepiękna kolonialna willa, otoczona ogrodem w stylu francuskim, pośrodku niezmierzonego oceanu winnic. To Château Roslane, pałac, a także nazwa najlepszego wina Znibera. Milioner poszedł na całość, wystąpił do rządu o przyznanie mu apelacji. Pierwszym gatunkiem spełniającym kryteria AOC są wina zwane Les Côteaux de l’Atlas. Rzecz jasna, Château Roslane jest pierwszym wielkim tak sklasyfikowanym szczepem.

Pałac – wspaniale urządzony, z pięknymi tapiseriami i orientalnymi meblami – ma przyjąć klientów enoterapeutycznego spa, które firma zamierza wkrótce otworzyć. W ofercie będą odmładzające kąpiele w soku z winogron i nawilżające kremy na bazie pestek winogronowych. Ale Jean-Pierre woli udać się prosto do sklepionej piwnicy, „sanktuarium”, w którym grzecznie dojrzewa trzy tysiące baryłek ozdobionych znakiem winnicy. Rozproszone światło, harmonia linii, temperatury i wilgotności: jakbyśmy kontemplowali błogi luksus przechowalni win Château Margaux czy Lafite-Rothschild. Jean-Pierre wypowiada się zresztą w tej kwestii w sposób zdecydowany.

– Sądzę, że nasze wina są dziś porównywalne z najlepszymi gatunkami médoca – podkreśla, gdy wracamy do sali degustacyjnej na parterze.

Ustawia rząd butelek na długim dębowym stole o rzeźbionych nogach, a potem, usadowieni wygodnie w fotelach w stylu Henryka III, ze skórzanymi oparciami, spędzamy większą część popołudnia, weryfikując jego słowa. Im dłużej trwa degustacja, tym bardziej wiarygodne wydają się otaczające nas neogotyckie dekoracje. Nic dziwnego: w towarzystwie Jean-Pierre’a nie można pogardzić żadną próbką, wino jest zbyt dobre.

– Mam wielu przyjaciół, nawet Francuzów. Z początku odnosili się do naszych win sceptycznie, wręcz lekceważąco – opowiada Walończyk. – Ale po pewnym czasie zrobili to samo, co ty: skosztowali wina i byli zaskoczeni jego jakością.

Głęboka rubinowa szata, na ścianie kieliszka tworzą się łzy, smak pełny, przy drugim łyku podkreślony lekkim fiołkowym bukietem; faktycznie jest bardzo dobre. A Château Roslane nie jest już koronnym winem wytwórni. Gdy zimowe słońce czerwieni szczyty Atlasu za naszymi plecami, Jean-Pierre, lekko kiwając się na boki, postanawia pokazać mi swą nową tajną broń. Korek Perły Południa wystrzela jak z dobrego szampana, nawet jeśli nie wolno nazywać jej inaczej niż „winem szampańskim” czy „winem musującym”, by uniknąć nieuchronnego procesu. Najdziwniejsze, że Perła jest naprawdę wyśmienita. Sprzedaje się ją wyłącznie w Maroku, drożej niż francuskie szampany z dołu gamy (pomimo akcyzy na importowane wina). A Les Celliers de Meknès wyprzedały już wszystkie zapasy.

Jednak niektórym nie bardzo się to podoba. Wystarczy przemierzyć kilka kilometrów po sielskich drogach ciągnących się przez winnice i sady owocowe, by znaleźć się w Meknesie. To surowe miasto położone na wysokim płaskowyżu, ważny ośrodek marokańskiego islamu i historyczna stolica królestwa, jest także ostoją islamistów. Jako jedno z pierwszych dużych miast zagłosowało za PJD (Partią Sprawiedliwości i Rozwoju), gdy doszło do politycznej liberalizacji kraju. Abu Bakr Balkura, od 2003 roku mer miasta, jest więc ważną figurą w legalnej islamistycznej partii. W imieniu większości mieszkańców Meknesu próbował przeciwstawić się „Świętu Winorośli”, które chciał zorganizować Zniber i inni producenci.

– Doprawdy, ten festiwal to była zbędna prowokacja – wyjaśnia mi Balkura, gdy w końcu się z nim spotykam w jego okazałej willi na obrzeżach miasta. – Ale ponieważ tę fetę po cichu popierał machzan, nie mogłem nic zrobić.

Jednak machzan doszedł w końcu do wniosku, że Balkura trochę przesadza. Mer, wybrany demokratycznie przez pół miliona mieszkańców Meknesu, został jednym pociągnięciem pióra pozbawiony swej funkcji. Od tej pory wymiar sprawiedliwości nie przestaje zarzucać mu nepotyzmu i korupcji, czemu oskarżony zdecydowanie zaprzecza.

Meknes, Maroko, 9 marca 2009. Szarża berberyjskich jeźdźców podczas muzułmańskiego święta urodzin proroka Mahometa (Mawlid an-Nabi).

– To wszystko jest, rzecz jasna, od początku do końca zmyślone. Ale mój sprzeciw wobec festiwalu nie jest głównym powodem usunięcia mnie na boczny tor – oświadcza Balkura, gdy jego żona, z zasłoniętą twarzą, przynosi nam na tacy oranżadę. – Moim zdaniem władzom nie podobało się zwłaszcza to, że świeciliśmy przykładem jako miasto dobrze zarządzane przez radykalnych muzułmanów.

Balkura, wielki posiadacz ziemski zamieszany obecnie w politykę, dostosował prywatne interesy do swojej ideologii. Zapuścił krótką bródkę, którą troskliwie przycina, i wykarczował dwieście czterdzieści siedem hektarów swoich winorośli, gdy wstępował do PJD. Zarazem jako fundamentalista w wersji „soft”, tolerowany przez władze, opanował sztukę niuansu, która czyni Maroko krajem tak bardzo oryginalnym na tle całego świata arabskiego.

– Wie pan, jesteśmy tolerancyjni – mówi, odwożąc mnie do miasta samochodem z przyciemnionymi szybami. – Zgadzamy się, by ludzie pili wino, akceptujemy nawet homoseksualistów. Jest jedno ale: nie należy się z tym afiszować.

Być może jest to kolejny klucz do zrozumienia Maroka: światłocień. To, co możemy powiedzieć, i to, co pozostaje w ukryciu. To, co otwarcie głosimy, i to, o czym wszyscy wiedzą, lecz nikt o tym nie mówi.

Gra przemilczeń wymaga nieustannego balansowania, co pozwala narodowi marokańskiemu utrzymać się w równowadze pomimo wewnętrznych sprzeczności. To przeciąganie liny między miejską burżuazją zwróconą ku nowoczesności i głęboko religijnym ludem, którego połowa żyje jeszcze na wsi lub w slumsach, gdzie bezrobocie osiąga gigantyczne rozmiary, a analfabetyzm wynosi nawet czterdzieści procent. Dla tej milczącej większości jedynym źródłem wiedzy i autorytetem jest bardzo często lokalny imam. Głosowanie na fundamentalistów jest w takich społecznościach czymś niemal oczywistym: „Rzecz jasna, jesteśmy za islamem”. Mniejszość miejska reaguje na to, chroniąc się za bezpiecznym autorytetem machzanu. Mimo swoich demokratycznych aspiracji widzi w monarchii gwaranta swobód obywatelskich, zwłaszcza w obliczu wszechobecnej religii.

Jednak obydwa systemy spotykają się w końcu na szczycie. Amir al-Muminin króluje w hierarchii, zarówno pałacowej, jak i tej zasiadającej w Radzie Teologów Muzułmańskich. Dwie radykalnie przeciwstawne wizje jednego narodu zostają w końcu poddane arbitrażowi jednego człowieka. Otoczony garstką doradców, rozstrzyga jak absolutny monarcha, którym nigdy nie przestał być mimo kilku konstytucyjnych retuszy. Muhammad VI, Janus arabskiej polityki, panuje jako dwugłowy król, który musi się zmierzyć z ideami nie do pogodzenia.

Jeśli więc pominąć kwestię uległości i lojalności wobec władcy, istnieje kilka powodów, dla których zamożna marokańska inteligencja podkreśla sakralny wręcz wymiar monarchii.

Jednym z najbardziej uderzających przykładów tej cichej umowy między królem a grupą jego postępowych poddanych są festiwale. W Maroku aż się od nich roi. Sztuki teatralne, koncerty jazzowe, world music, muzyki pop, hip-hopu i tak dalej są tak liczne, że niemal przebijają festiwalową gorączkę Prowansji latem. Festiwale są finansowane bezpośrednio z kasy publicznej, ich sponsorami zaś są wielkie państwowe przedsiębiorstwa, których głównych akcjonariuszem jest niemal zawsze król. Proponowanie darmowej world culture marokańskiej młodzieży jest w istocie częścią strategii otwarcia. A jednak mimo „patronatu Jego Królewskiej Mości” (o czym wzmiankują programy) scena staje się co roku okazją do serii drobnych skandali. A to spódniczka Rihanny była trochę zbyt krótka, a to honoruje się takich piosenkarzy jak Elton John, którzy walczą o prawa dla homoseksualistów. Nie ma wiosny, by fundamentaliści nie protestowali przeciwko obrazie obyczajów.

Jeśli bowiem król posługuje się koncertami, by poszerzyć horyzont kulturalny kraju, dla fundamentalistów te wydarzenia są znakomitą okazją, by krytykować sposób funkcjonowania królestwa, subtelnie omijając zakaz podawania w wątpliwość królewskich decyzji. Uświadomiłem to sobie, gdy przeprowadzałem wywiad z jednym z przywódców PJD, wytrawnym adwokatem Mustafą Ramidem. Pojawienie się Eltona Johna na festiwalu Mawazine w Rabacie było dla niego szczytem zgorszenia, a zarazem polityczną pożywką.

– Ten piosenkarz nie tylko jest homoseksualistą, on walczy o prawa dla homoseksualistów – wyjaśnia mi Ramid i nie umiem odgadnąć, czy naprawdę się denerwuje, czy okazuje gniew niejako na pokaz. – Jesteśmy raczej otwartą partią polityczną – ciągnie. – Ale doprawdy, jak można promować homoseksualizm, który Koran stanowczo gani? To niedopuszczalne.

Lecz Ramid i jego akolici okażą się ostatecznie zbyt przezorni, by przekroczyć czerwoną linię. Tego roku nie będzie otwartych manifestacji przeciwko Eltonowi Johnowi. Powód jest prosty: jego koncert, odbywający się pod patronatem króla, ma w sobie coś z absolutnego tabu, do którego żaden zdrowy na umyśle Marokańczyk nie spróbuje się zbliżyć, jest bowiem emanacją „osoby samego króla”. Ten koncept, rozumiany na marokańską modłę, jest dosyć niejasny. Zawiera się w nim, rzecz jasna, życie prywatne władcy oraz jego rodziny, ale też jego pozycja finansowa, a nawet jego osobista rola w podejmowaniu politycznych decyzji. Toteż festiwal zorganizowany pod jego szacownym patronatem jest już w mniejszym czy większym stopniu włączony w sacrum monarchii. Manifestować przeciwko Eltonowi Johnowi znaczyłoby podważać osobistą decyzję „przywódcy wiernych”…

Kłopot z paradoksami polega na tym, że wytwarzają bardzo niestabilną sytuację, zwłaszcza gdy zaczynają funkcjonować w życiu codziennym. Niemal każdego tygodnia sprzeczne tendencje ciągną kraj w przeciwne strony. Jednego dnia jest to jakiś młodzieżowy ruch aktywistów, którzy organizują happening pod nazwą „piknik sandwicz” w samym środku ramadanu. Nie akceptują prawa narzucającego im religijny post. Ta garstka zwołana na Facebooku wywodzi się ze środowisk, którym władza sprzyja, organizując imprezy kulturalne. Lecz gdy urządzają piknik na peronie dworca, w samo południe, w imię liberalizmu, wszyscy zostają zatrzymani za obrazę religii i naruszenie dobrych obyczajów.

Kiedy indziej to minister do spraw rodziny Nuzha Sakalli, socjalistka i feministka, wzbudza powszechne oburzenie, oświadczając publicznie, że można by nieco ściszyć głośniki na minaretach, ponieważ emitowane pięć razy dziennie wezwania do modlitwy przeszkadzają turystom. Islamiści natychmiast domagają się jej dymisji za obrazę uczuć religijnych. Pomimo głośnych protestów zachowuje poparcie Pałacu i ministerialną tekę… Atmosfera konfliktu jest stale podgrzewana, a lista szykan zdaje się nie mieć końca.

Ale ten system ma swoje ograniczenia. Pod jaskrawym światłem Atlantyku, na północ od Rabatu, w przyległym mieście Sala, pęknięcia na fasadzie Maroka są wyraźnie widoczne. W Sala, mieście przemysłowym i szarym, znajduje się największy sąd kryminalny w kraju. Prawie nie ma tygodnia, by nie sądzono tam kogoś za terroryzm. Sprawy są czasem błahe lub mocno wątpliwe; akt oskarżenia rzadko opiera się na niezbitych dowodach, ponieważ wszystkie delikatne sprawy są opatrzone klauzulą tajności. Całe rodziny tłoczą się wówczas pod kolumnadą przed wejściem do budynku, domagając się uniewinnienia swoich bliskich. Niektórzy z nich są członkami zakazanego fundamentalistycznego ruchu Al-Adl wa-al-Ihsan (Sprawiedliwość i Dobroczynność), założonego przez szajcha Jasina. To jedyna marokańska partia, która nie uznaje króla za „przywódcę wiernych”. Ale czasami sądzi się tu członków groźnych terrorystycznych komórek, działających też na terenie Belgii, Francji czy Hiszpanii.

W roku 2009 za kratami przebywa ponad tysiąc podejrzanych. Prawdziwi terroryści mieszają się tam z przypadkowymi ofiarami policji, która dwoi się i troi, by za wszelką cenę uniemożliwić powtórkę zamachów z Casablanki w 2003 roku, w których zginęły czterdzieści trzy osoby, czy z Marrakeszu w 2011 roku, gdzie było siedemnaścioro zabitych. Wielu adwokatów i obrońców praw człowieka alarmuje, że osadzeni byli zmuszeni przyznać się do wyimaginowanych zbrodni, czasem w wyniku tortur. Często spędzają wiele lat w więzieniu, nim zacznie się ich proces, oparty nieraz jedynie na poszlakach. Z dala od pełnych turystów plaż i okazałych domostw międzynarodowej elity rozpościera się mroczna strona machzanu. Należy do niej wielkie więzienie w Al-Kunajtirze, o którym ludzie ośmielają się mówić tylko szeptem, odwracając się, żeby sprawdzić, czy nikt ich nie słucha.

Dotykałem granic systemu za każdym razem, gdy musiałem spotkać się z członkami Al-Adl wa-al-Ihsan, na przykład z córką założyciela partii, która była też jej rzecznikiem i żyła w głębokiej konspiracji. Nie do końca wyjęta spod prawa, niemogąca jednak pojawiać się publicznie, Nadja Jasin ukrywała się w okolicach Rabatu. Spotkanie z nią przypominało zabawę w podchody, trzeba było zmieniać samochód, spotykać się z pośrednikami, wyłączyć komórkę.

Musiałem przedsięwziąć te same środki ostrożności, by porozmawiać z Muhammadem Ibn Maudżanem, jednym z tych „ludzi cienia”, których machzan tak skrupulatnie ukrywa. Młody, dwudziestosiedmioletni człowiek opuścił właśnie więzienie w Guantanamo, kiedy spotkałem się z nim na jakimś parkingu w Casablance. Siedzieliśmy obok siebie na ławce, przeprowadzając potajemną rozmowę, która przypominała scenę z książki Johna le Carrègo, i opowiedział mi o swojej drodze przez mękę.

Ibn Maudżan znalazł się w Afganistanie trochę przypadkiem, jak twierdził. Jego siostra Radża poślubiła Saudyjczyka, co dość często się zdarza w biednych marokańskich rodzinach. Otoczenie Ibn Maudżana jest nieco podejrzane. Saudyjski szwagier Zuhajr Sabiti został później skazany za domniemany udział w zamachu na terenie Maroka, podobnie jak drugi szwagier, Sa’id Bu Dżadijja. Ale kilku członków służb informacyjnych, z którymi o tym mówiłem, potwierdza, że Ibn Maudżan był tylko nieśmiałym i trochę zagubionym nastolatkiem i że niechcący zaplątał się w sieci. Wielu obrońców praw człowieka widziało w nim jeden z najbardziej uderzających przykładów nadużyć, jakich dopuścili się Amerykanie, i wielu podejrzewa, że była to pomyłka sądowa, wynik prowadzonego latami nieuczciwego śledztwa.

W czerwcu 2001 roku Ibn Maudżan pojechał odwiedzić siostrę w Damaszku, gdzie wówczas mieszkała. Ponieważ tymczasem przeniosła się do Kandaharu, pojechał tam w ślad za nią. Kilka tygodni później doszło do zamachów 11 września, a potem amerykańskiej inwazji w Afganistanie. Ibn Maudżan wyjaśnia, że próbował wówczas opuścić ten kraj, prosząc o wizę w ambasadzie Pakistanu.

– Ale wszystkie konsulaty i ambasady były zamknięte, więc spróbowaliśmy pojechać autokarem, który przekraczał granicę.

Rodzina korzystała z różnych środków transportu. Ibn Maudżan twierdzi, że w jeden z nich trafił pocisk i jego siostra zginęła. Sam Muhammad zaś dotarł do Pakistanu, gdzie został aresztowany przez policję.

– Zatrzymywano wszystkich Arabów. Policjanci mówili, że jesteśmy terrorystami. Trzeba było przytakiwać, bo inaczej cię bili – kontynuuje opowieść młody człowiek o pociągłej, pobrużdżonej twarzy. – Potem sprzedawali cię za pokaźną premię, a Amerykanie brali wszystko jak leci.

Ibn Maudżan został schwytany pod koniec 2001 roku i przewieziony samolotem do bazy wojskowej w Bagram niedaleko Kabulu.

– Tam przestałem być istotą ludzką, stałem się „numerem sto czterdzieści dziewięć”. Amerykanie prawie co dzień nas bili, wieszali na belce za ramiona lub stopy – opowiada zgaszonym głosem.

Mówi powoli, z zamkniętymi oczami, jakby zbierał myśli czy walczył ze wspomnieniami, zbyt przykrymi, żeby do nich powracać.

– Któregoś dnia kazali nam nawet rozebrać się do naga, w chłodzie, żeby nam robić zdjęcia.

Potem bardzo choremu Marokańczykowi skrępowano ręce i nogi, zawiązano oczy, zatkano uszy i wsadzono go do samolotu, którym leciał, sam już nie wie ile godzin. Gdy w końcu dotarł na miejsce, kazano mu założyć pomarańczowy kombinezon. To go niemal uspokoiło.

– Ponieważ widziałem wiele hollywoodzkich filmów, rozpoznałem ten strój i pomyślałem, że jestem w Ameryce – wyjaśnia mieszanką arabskiego, francuskiego i angielskiego, którego podstaw nauczył się w więzieniu.

Choć sądził, że znalazł się w Stanach Zjednoczonych, w istocie dotarł do bazy morskiej w Guantanamo na Kubie. Ibn Maudżan jest pewien, że trafił tam przed 11 stycznia 2002 roku, co oznacza, że był jednym z pierwszych z siedmiuset osiemdziesięciu więźniów, którzy przebywali w tej bazie. Ma wówczas dwadzieścia jeden lat i przesłuchują go przynajmniej raz w tygodniu, a przez resztę czasu jest izolowany. Tak jak inni więźniowie, podejmie strajk głodowy, ale będzie karmiony siłą, dożylnie lub przez sondę nosową.

Przestudiowałem stenogramy przesłuchań z Guantanamo, które agencja Associated Press otrzymała po długim procesie o prawo dostępu do dokumentów administracyjnych wytoczonym Pentagonowi. Protokoły wykazują, że CIA podejrzewała Ibn Maudżana o to, że jest dżihadystą, który przeszedł szkolenie w obozie w Afganistanie, by walczyć w szeregach Al-Ka’idy. Więzień konsekwentnie, całymi latami, odrzucał te oskarżenia. Mówi, że był bity jak „worek kartofli”, faszerowany narkotykami, zmuszany do jedzenia wieprzowiny.

– Za każdym razem, kiedy ją jadłem, miałem halucynacje.

Ostatecznie w roku 2006, bez żadnych wyjaśnień, Amerykanie postanowili przewieźć go do Maroka. Był tak otumaniony, że nie zrobiło to na nim żadnego wrażenia.

– Miałem zdewastowany mózg, skradziono mi życie. Jestem kompletnie skołowany. Wprawdzie stoję jeszcze na nogach, ale czuję się jak żywy szkielet.

Po powrocie do rodzinnego kraju Ibn Maudżan został najpierw skazany na dziesięć lat więzienia za „działalność terrorystyczną”. Niektóre media bliskie kręgom władzy sugerowały nawet, że mógł być jednym z ochroniarzy Usamy Ibn Ladina. Rok później sąd apelacyjny całkowicie oczyścił go z zarzutów, nie wiadomo, jakie były powody tej decyzji (podobnie jak wcześniejszego wyroku skazującego). Jego adwokaci, w tym przedstawiciele angielskiej organizacji pozarządowej Reprieve, twierdzą, że jego akta są zupełnie puste. Początkowo proponowali byłemu więźniowi, by oskarżył Stany Zjednoczone o gwałcenie praw człowieka. Lecz młody człowiek wolał ostatecznie posłuchać rad marokańskiej policji. Zamiast skandalicznego procesu wybrał wolność i wydaje się teraz błąkać po życiu, tak jak tonie w zbyt obszernym ciemnozielonym T-shircie made in USA. Zmuszony do ukrywania się we własnym kraju dołączył do świata cieni, gromady pechowców i ludzi zmarginalizowanych, o których Maroko zdaje się nie wiedzieć, lecz których nieustannie obserwuje policja.

Maroko, monarchia konstytucyjna, w której dwie izby parlamentu mają niewiele do powiedzenia, w końcu poczuło powiew zmian, w lutym 2011 roku, gdy fale rewolucji rozlały się na zachodnie krańce Ummy. Król postanowił wówczas wprowadzić wielką reformę konstytucji, którą poparło referendum przypominające plebiscyt. Muhammad VI nie utracił zbyt wielu ze swoich prerogatyw, tyle tylko że od tej pory jest zobowiązany mianować na premiera przedstawiciela partii, która zwyciężyła w wyborach, podczas gdy dotychczas wskazywał, kogo chciał. Kolejne wybory do parlamentu wygrała PJD. W całym świecie arabskim jest to więc pierwsza partia islamistyczna, która doszła do władzy w demokratyczny sposób, bez użycia siły. Było to coś w rodzaju aksamitnej rewolucji, do jakiej dojdzie później w Tunezji, a następnie w Egipcie, lecz tam pośród łez i w sposób bardziej krwawy.

Dla wszystkich marokańskich liberałów sytuacja stała się nadzwyczaj delikatna. Albo będą podtrzymywali dziedziczną władzę króla, wspierali jego policję i niedomówienia, ciesząc się z ograniczonych swobód, albo zdecydują się poprzeć reformy i demokrację, przyczyniając się w ten sposób – niemal nieuchronnie – do poszerzenia władzy islamistów. Niewiele jest tak przyjaznych krajów jak Maroko, z jego bogatą kulturą i wszystkimi paradoksami. Ciekaw jestem jednak, jak długo jeszcze da się utrzymać ów stan równowagi.

2Algieria

– Err, err… rrr… tss tssss.

Ton głosu nie jest agresywny, jedynie natarczywy. Nie ma potrzeby besztać tragarzy, znają drogę i wiedzą, że warto iść naprzód.

– Dobrze je karmimy, mają więc mnóstwo energii – wyjaśnia Moh. – Ale nie dajemy im pić i zdychają z pragnienia.

Znów zakładam na uszy wielkie słuchawki walkmana i znów rozlega się ta litania: „err, err, arruah”, wio, naprzód, rusz się. Na taśmie można rozróżnić głosy dwóch czy trzech mężczyzn. Słuchawki czuć stajnią i końskim potem. Nic dziwnego: noszą je osły.

Granica między Marokiem i Algierią jest od dawna zamknięta i kontrabanda kwitnie. Ale że to nic przyjemnego dać się schwytać na gorącym uczynku przez algierskich celników, przemytnicy wykorzystują swoich najlepszych sprzymierzeńców: dziesiątki osłów, które przekraczają linię demarkacyjną bez poganiaczy, związane ze sobą. Po marokańskiej stronie przemytnicy odmierzają im po południu pokaźne miarki owsa. Zwierzęta są w dobrej formie i bardzo zadbane. Ale przeżuty obrok wywołuje pragnienie, a od lat przywykły do tego, że jedzą, ale nie zawsze mogą napić się wody. Dostaną pić dopiero po tamtej stronie, w Algierii. W porze, w której muezzini wzywają do modlitwy o zachodzie słońca, salat al-maghrib, dziesiątki, a nawet setki osłów przebierają nogami, przekraczając granicę. Wieczorny zaśpiew wywołuje u nich odruch Pawłowa: kiedy go słyszą, parskają zniecierpliwione, bo chcą jak najszybciej wrócić do zagrody i ugasić pragnienie.

W małej zapylonej wiosce Sidi Bu Dżinan jest znacznie więcej jucznych zwierząt niż ludzi.

– Większość wykorzystuje się do przemytu – przyznaje Moh.

W końcu zgodził się pokazać mi jeden z tych słynnych walkmanów, bym mógł posłuchać taśmy z głosami poganiaczy. W epoce iPhone’ów i iPodów przytwierdzone do kantara urządzenie wydaje się przestarzałe, a nawet trochę śmieszne. Za to wielkie słuchawki, w hip-hopowym stylu z lat osiemdziesiątych, triumfalnie powróciły i z powodzeniem mogłyby zdobić uszy londyńskiego czy nowojorskiego hipstera. W drodze z Maroka do Algierii walkmany nie są nawet potrzebne. Osłom chce się pić i wystarczy je ze sobą powiązać, żeby parły naprzód. Taśma magnetofonowa przydaje się raczej o świcie, gdy trzeba zmotywować zwierzęta, by wróciły do Maroka objuczone kanistrami z benzyną.

Przemyt jest bowiem dobrze zorganizowany. Żywica konopi wędruje z Maroka, największego na świecie producenta haszyszu, pomimo szczerych zapewnień rządu, że zniszczy setki hektarów upraw porastających zbocza masywu Rif. Algierczycy płacą w naturze: na stacjach w zachodniej części kraju napełniają kanistry bardzo tanią benzyną, by sprzedać ją dwa razy drożej w Maroku. Najlepiej zorganizowane gangi zaczęły też ogałacać z miedzi linie wysokiego napięcia i tory kolejowe. Przypuszczalnie wyląduje ona w jakimś kramie w Marrakeszu, gdzie rzemieślnik w babuszach użyje odwiecznej techniki uderzania młotkiem, by na oczach zachwyconych turystów uformować z niej tackę do kawy.

To intratny biznes. W osadach rozsianych wzdłuż granicy mało kto chce rozmawiać z gauri, cudzoziemcem. Moh – który zna prawie wszystkich w tych stronach – zgodził się ze mną spotkać w dyskretnej kawiarni w Maghnijji, dużym mieście w tej okolicy. Jest kuzynem jednego z moich dobrych przyjaciół z Algieru, a w Algierii lojalność wobec przyjaciół to rzecz święta. Słowo mojego przyjaciela otwiera sezam niczym zaklęcie Ali Baby, nawet jeżeli Moh woli nie podawać mi swojego prawdziwego nazwiska.

– Tutaj każdy nosi przydomek. W każdym razie ci, którzy parają się trabendo.

Ten termin, zapożyczony przypuszczalnie z pataouète, dawnego żargonu francuskich kolonistów, oznacza kontrabandę.

Moh ma kanciasty podbródek, dżinsową kurtkę mimo panującego skwaru i prawie blond czuprynę, toteż nietrudno zgadnąć, dlaczego przybrał taki pseudonim. Wyraźnie przypomina Mohanada, przystojnego młodziana i podrywacza łamiącego kobiece serca w tureckim reality show pod tytułem Nour, za którym przepadają Algierczycy, a zwłaszcza Algierki. Moh nosi zresztą fryzurę podkreślającą to podobieństwo. Od razu to spostrzegłem, bo i mnie wiele razy zatrzymywały na ulicy Algierki, którym przypominałem tureckiego aktora (kumple z Algieru twierdzą, że był to wyraźny sygnał i bardzo dobry znak).

Moh czuje się wyraźnie nieswojo w półmroku kawiarni, gdzie popijamy gazowaną hamudę. Żeby rozluźnić atmosferę, zagaduję go o fryzurę i jego przydomek. Wybucha śmiechem.

– No, to prawda, to naprawdę działa!

Stylowe dżinsy nie są jedyną oznaką zamożności młodego człowieka. Nie ma wprawdzie matury, ale dobrze mówi po francusku. Na prowincji nieczęsto się to zdarza. Jego rodzina może sobie pozwolić na antenę satelitarną i odbiera francuskie kanały telewizyjne.

– Nauczyłem się języka sam, oglądając M6 i program Loft Story – wyjaśnia z dumą. – Tak czy owak, tu nie ma nic do roboty, oprócz telewizji i chodzenia do meczetu. To zapadła dziura, nie ma tu żadnej pracy. Macache… znaczy nic – mówi gardłowym arabskim dialektem.

Jakby chcąc podkreślić swoje słowa, szybko zaciera ręce, potem unosi dłonie do góry, by pokazać, że są całkiem puste, i wykrzywia usta w grymasie: waalu.

Macache wyraża brak, natomiast waalu w algierskim dialekcie oznacza pustkę, w pewnym sensie nicość. Graniczny departament (czyli wilaja) w oczach młodego człowieka jest nie tylko pozbawiony wszelkiej aktywności czy widoków na przyszłość, to kwintesencja próżni, czarna dziura życia.

Zachód Algierii kojarzy się mieszkańcom tego państwa z krainą radości życia, ze słonecznymi plażami i bujnymi sadami na zboczach gór Tilimsan, gdzie znajdują się również wspaniałe winnice o tej samej nazwie. To ojczyzna muzyki raï i arabsko-andaluzyjskich rytmów. Hiszpańskie wpływy są zresztą silne w Oranie, gdzie aficionados do lat sześćdziesiątych kultywowali tradycję korridy na arenach Haï Mahieddine. Ale ta stolica kulturalna regionu dzisiaj podupadła, a prowincja tak naprawdę nigdy nie podniosła się po wojnie domowej między fundamentalistami i siłami rządowymi w latach dziewięćdziesiątych. Choć zamachy nadal się zdarzają, co prawda na mniejszą skalę, to jednak zapaść ekonomiczna regionu jest przede wszystkim skutkiem zamknięcia granicy z Marokiem. Najpierw w 1994 roku król Hasan II częściowo ją zablokował, narzucając Algierczykom wizy po tym, jak w Marrakeszu zabito kilku turystów. Poirytowany Algier postanowił w odwecie całkowicie zamknąć granicę lądową. Tak jest do dziś. Doprowadziło to do zduszenia wszelkiej aktywności w strefach przygranicznych na zachodzie kraju i przekształciło region w rodzaj ślepego zaułka. Niemal bez przemysłu, bez turystów, wilaja Tilimsan jest już tylko cieniem samej siebie. Im bardziej oddalamy się od Morza Śródziemnego, tym bardziej rzuca się w oczy bieda. W cieniu gór masywu Tarara, gdzie stepowa roślinność na pomarańczowym piasku świadczy już o bliskości wielkiej pustyni, rolnicze poletka są tak ogołocone, że trzeba przyjrzeć się im z bliska, by odróżnić je od ugorów.

Rodziny rozmaitych berberyjskich klanów z tego regionu nigdy naprawdę nie pogodziły się z linią wytyczoną arbitralnie przez Francję między jej protektoratem w Maroku i departamentami Algierii. Władze obydwu krajów także, toteż w 1963 roku stoczyły wojnę, by od nowa wyznaczyć linię granicy. Mimo podpisania traktatu pokojowego debata na ten temat nie została zamknięta. Na oficjalnych mapach ministerstw, zarówno po jednej, jak i po drugiej stronie, widzimy „szare strefy” czy też „strefy sporne” wielkości francuskich departamentów, o których zwrot upominają się oba kraje.

Na razie pozbawiona sensu kolonialna granica, która przetrwała do dziś, przynosi zyski okolicznym klanom. Ludzie stepów, często pochodzący z tej samej rodziny, mają różne paszporty. Każda osada ma własne potajemne ścieżki, które wiodą zakosami przez piaski i góry.

– Tylko trabendo, nie ma tu nic innego do roboty, jeżeli chcesz przeżyć – konkluduje Moh. – To tutaj jedyne zajęcie.

Owszem, są szczęściarze, którzy dzięki rodzinnym koneksjom trafiają do „klanu Zachodu”, jadą do stolicy, by dołączyć do świty człowieka z tych okolic, który osiągnął największy sukces – czyli do prezydenta Abd al-Aziza Butefliki. Urodzony w mieście Wadżda, które dziś znajduje się na terenie Maroka, tuż za żelazną kurtyną ustanowioną na skutek wrogości między dwoma krajami Maghrebu, Buteflika jest znany z tego, że ułatwił karierę wielu oficerom i ministrom pochodzącym jak on z zachodniej części kraju. Ale rodzina Moha, zbyt uboga i słabo wykształcona, w sumie zanadto berberyjska, należy do tej zdecydowanej większości mieszkańców regionu, którzy nigdy nie skorzystali z dobrodziejstw owej prezydentury ani nie potrafili się wznieść na wyższy szczebel drabiny społecznej.

Dlatego Moh już w młodych latach rozpoczął tradycyjną w tych stronach karierę: zajął się trabendo. Zaczynając na samym dole hierarchii przemytników, jako nastolatek był najpierw al-habaja, czyli oczami.

– We Francji określacie to terminem chouffeur. – Moh wyjaśnia mi, że dowiedział się tego, oglądając bardzo pouczający reportaż w TF1 na temat paryskich przedmieść. Mówi zresztą, że był przerażony tym, co zobaczył. – Trabendistes pożyczają ci telefon i kupują kartę SIM. A ty chouffes (patrzysz) na wszystko, co się rusza, i dostajesz pięćset dinarów dziennie, w weekendy nawet trochę więcej. Musisz ich uprzedzić o każdym, kto przechodzi.

Obserwowanie okolicy wokół Sidi Bu Dżinan nie jest szczególnie trudne. Dziurawa droga jest prawie pusta; z odległości wielu kilometrów widać sylwetki nielicznych samochodów, zniekształcone przez opar gorąca unoszący się nad wytartym asfaltem. W osadzie twarze są nieprzyjazne, dzieci nie zbliżają się do obcego. Wszystko tu jest wyschnięte, matowe, zapylone, jakby spowite oddechem pustyni. Ludzie są zamknięci w sobie i nieufni, jak czasem w górskich wioskach. Trzeba dodać, że zjawiłem się tu z „szarymi ludźmi”, to znaczy z ekipą celników w mundurach popielatej barwy. Kiedy zbliżaliśmy się do wioski, widziałem wielu wyrostków wyciągających komórki.

Ponieważ w Algierii wszyscy zawsze się boją, że są podsłuchiwani, posługują się ustalonym, łatwym do rozszyfrowania kodem. Moh wyjawił mi kilka takich przykładów. Gdy ktoś z jego klanu chce uprzedzić o pojawieniu się celników, mówi przez telefon: „Cześć, chciałem ci tylko powiedzieć, że przyjechał twój wujek Wali”. Dość przejrzysta aluzja, ponieważ imię Wali to to samo słowo, co wali, prefekt, a poprzez metonimię także inne lokalne władze. Gdy chodzi o żandarmów, aluzja jest bardziej cięta: jest to „wuj Umar”, co współbrzmi ze słowem himar, osioł. Funkcjonariusze nie dają się zwieść.

– Ale co niby mamy zrobić? Przecież nie aresztujemy za współudział każdego, kto ma na imię Wali, i wszystkich jego kuzynów! – wyjaśnia mi z rezygnacją w głosie komendant Larbi, kiedy zbliżamy się do wioski.

Oficer patrzy posępnym wzrokiem na nieustanne gonitwy rozbrykanych osłów na okolicznych polach. Kilka oślic z młodymi przechadza się swobodnie po głównej ulicy. Larbi wskazuje oślątko, którego wielkie czarne oczy patrzą wyjątkowo przebiegle.

– A może mamy zakazać fellachom posiadania osłów?

Mimo swoich ważnych funkcji komendant celników wygląda na poczciwego człowieka. Podejrzewam, że łatwo przymyka oczy na drobny przemyt wieśniaków. Patrząc, jak uśmiecha się na widok osła, utwierdziłem się w tym przekonaniu. Gdy oględnie go o to pytam, odpowiada nieokreślonym zamaszystym gestem, w którym zdają się mieścić spalone słońcem pola, nędzne rudery i schnące na wietrze znoszone ubrania, które wiszą na sznurku przywiązanym do wystających z dachu przerdzewiałych prętów.

Obóz w Al-Ujun, terytorium Sahary Zachodniej, 23 lutego 2009. Dziewczynka Sahrawi podczas uroczystości zorganizowanych przez Front Polisario. Ten separatystyczny ruch kontroluje pustynię na zbiegu granic Mauretanii, Maroka i Algierii.

– Ludzie są tutaj biedni, musimy pozwolić im żyć.

Sprawdza kątem oka, czy celnicy, którzy mu towarzyszą, go nie usłyszeli. Potem dodaje półgłosem:

– Są drobne kombinacje i przemyt na wielką skalę. Nas interesuje zwłaszcza to drugie.

Celnicy i żandarmi nie ograniczają się bowiem do konfiskowania karawan osłów objuczonych kontrabandą. Tego roku przechwycili ponad dziesięć ton haszyszu. Ale także kilka dużych renault oraz mercedesów z przerobionym bakiem, które służą fachowcom od przemytu benzyny (zwanym hallaba) do przewożenia setek litrów paliwa. Znajdują też broń, miny przeciwpiechotne, amunicję…

– Prawdziwym niebezpieczeństwem nie są dla nas wieśniacy. Koniec końców, wolimy zostawić ich w spokoju – szepcze Larbi. – Zależy nam tylko na tym, żeby nie przyłączali się do większych grup przemytników i do terrorystów.

Za przemytem haszyszu coraz częściej kryje się w istocie rzeczy przemyt ludzi i twardych narkotyków. Siatki przestępcze przewożą imigrantów z Afryki Subsaharyjskiej całymi ciężarówkami. Ci odpłacają się później za przerzut do Europy, przewożąc kokainę. Osły są zastępowane przez ludzkie „muły”: kolumbijskie kartele dysponują samolotami zdolnymi bez międzylądowania przemierzyć Atlantyk, od Wenezueli do Zatoki Gwinejskiej. Stąd część kokainy odpływa w kontenerach do portów w Rotterdamie czy Antwerpii, lecz coraz większe partie przewozi się drogą lądową, przez pustynię. Próbowałem pojechać tą trasą, przez ziemię niczyją Sahary Zachodniej, gdzie rebelianci z Frontu Polisario chcą ustanowić niepodległe państwo na terenach anektowanych wcześniej przez Maroko. Ale od Tifariti, ich mikroskopijnej kwatery, w którą uderza pustynny wiatr harmattan, aż po duże miasto i bazę wojskową Tinduf na terytorium Algierii, nikt nie chciał rozmawiać ze mną o przemycie.

– Tak naprawdę szlak prowadzi przez środkową Saharę i głównie Tuaregowie czerpią z tego zyski – przekonywał mnie Larbi.

W związku z tym dla komendanta celników i jego ludzi sytuacja znacznie się skomplikowała. Z jednej strony wypatrują dostaw marokańskiego haszyszu, z drugiej muszą też uniemożliwić przemyt kokainy przybywającej z Sahary. A tajne konszachty siatek przemytniczych z grupami islamistów sprawiły, że granica stała się niebezpieczna. Narkotyki zaczęły bowiem finansować terroryzm.