Wydawca: Wydawnictwo Czarne Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 242 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Umierający Europejczycy - Karl-Markus Gauß

Pasjonująca opowieść o nieznanych lub mało znanych europejskich mniejszościach kulturowych: o Aromunach, Arboreszach w Kalabrii, Niemcach koczewskich, sefardyjskich Żydach w Sarajewie, Łużyczanach. Pięć esejów poświęconych tym kulturowym mniejszościom odsłania przed nami nieznane zakamarki europejskiej mapy, a także trasy, jakimi przed wiekami przedstawiciele owych kultur, opuściwszy swoje ziemie rodzinne, wyruszyli w poszukiwaniu ratunku i ocalenia tysiące kilometrów dalej. Reporterska dociekliwość spotyka się w esejach Gaußa z literaturą najwyższej próby, znaną polskim czytelnikom już z książki „Psożercy ze Svini”.

Opinie o ebooku Umierający Europejczycy - Karl-Markus Gauß

Fragment ebooka Umierający Europejczycy - Karl-Markus Gauß

Karl-Markus Gauß

Umierający Europejczycy

Podróże do sefardyjskich Żydów z Sarajewa, Niemców z Gottschee, Arboreszów, Łużyczan i Aromunów

Ze zdjęciami Kurta Kaindla

Przełożyła Alicja Rosenau

Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Tytuł oryginału niemieckiego Die sterbenden Europäer. Unterwegs zu den Sepharden von Sarajevo, Gottscheer Deutschen, Arbëreshe, Sorben und Aromunen

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Fotografie na okładce i w środku tomu, zdjęcie Autora © by Kurt Kaindl

Copyright © by Paul Zsolnay Verlag, Wien 2002

Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Czarne, 2006

Copyright © for the Polish translation by Alicja Rosenau, 2006

Redakcja i korekta Filip Modrzejewski, Monika Sznajderman

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej Janusz Oleś / d2d.pl

ISBN 978-83-8049-200-4

OSTATNI SEFARDYJCZYCY Z SARAJEWA

1 Jakob Finci to niski, bystry, lekko sepleniący mężczyzna. Mówi płynnie po angielsku, poruszając jednocześnie ogromnym prawym uchem. Na obitej boazerią ścianie za fotelem, w którym siedzi dumnie wyprostowany, jak gdyby przyjmował jakąś paradę, wiszą oprawione w ramki jego zdjęcia z wielkimi tego świata: z papieżem Janem Pawłem II, obaj na wieczność pogrążeni w poufałej rozmowie; z małżeństwem Clintonów, których swobodnie trzyma pod ramię, a którzy z uśmiechem patrzą na miasto; oraz z sekretarzem generalnym ONZ Kofim Annanem, gdy obaj uśmiechają się smutno, świadomi bezcelowości wszelkich ziemskich dążeń. Od ponad godziny Finci cierpliwie odpowiada na każde moje pytanie, przytaczając zabawne anegdoty lub czyniąc zaskakujące porównania z wydarzeniami z odległej przeszłości. Wkrótce po tym, jak zaczęliśmy naszą rozmowę w gminie żydowskiej Sarajewa, zaczął komentować moje pytania, agood question, mówił z uznaniem, a czasami stopniował aprobatę do a very good question, co oznaczało, że odpowiedź będzie wymagała dłuższego wstępu.

A więc to jest człowiek, o którym tyle słyszałem i o którym każdego dnia podczas mojego pobytu w Sarajewie opowiadano mi coś innego! Najwyraźniej nie każdy odczuwał do niego sympatię, niektórym pewnie nie podobało się, że przewodniczący gminy żydowskiej, liczącej tylko kilkaset dusz, urzęduje jak prezydent, któremu mężowie stanu i przywódcy religijni muszą składać kurtuazyjne wizyty. I rzeczywiście, wszyscy, którzy w latach oblężenia lub po wojnie odwiedzali miasto, odwiedzali także Finciego w tej dużej, o wiele za dużej dla dzisiejszej małej gminy synagodze, której jedna strona wychodzi na wąską Miljackę, przecinającą szybkim nurtem miasto, a druga na wzgórza otaczające Sarajewo ze wszystkich stron. Gdyby generałowie musieli wymyślić miasto, w którym najlepiej można ćwiczyć okrążenie przy użyciu niewielkich sił, ich plan manewrów bez wątpienia przypominałby plan Sarajewa. W ostatnich latach wszyscy mężowie stanu przechodzili przez most na Miljacce, prowadzący z centrum starego miasta do małej dzielnicy, której najważniejszym miejscem jest synagoga z salą zebrań, kawiarnią i aulą konferencyjną, biurami i biblioteką. A Finci przyjmował ich, konferował z nimi i wielkiej polityce, która zwłaszcza dla Sarajewa miała katastrofalne skutki, przeciwstawiał małe porozumienia.

Przez długi czas Sarajewo było często opiewaną ojczyzną sefardyjczyków, Żydów, którzy w roku 1492 zostali wypędzeni z Hiszpanii przez pobożnego króla Ferdynanda i jego cnotliwą małżonkę Izabellę, rozpierzchli się po świecie i dość licznie osiedli na Bałkanach. Yerusalayim chico, Mała Jerozolima, tak przez stulecia nazywali swoje miasto żydowscy mieszkańcy, których przodkowie przybyli z Półwyspu Iberyjskiego do imperium osmańskiego, na drugą stronę Morza Śródziemnego, gdzie mądry sułtan Bajazyt II zagwarantował im swobodę religijną, bezpieczeństwo prawne i perspektywy gospodarcze i powitał wypędzonych zdaniem: „Czy można nazwać mądrym i roztropnym króla, który zubaża swój kraj, a moje imperium wzbogaca?”. Sefardyjczycy nie byli pierwszymi Żydami w państwie osmańskim, niemal wszędzie, gdzie się osiedlali, w Sarajewie i Travniku, w Stambule czy Izmirze, w Sofii czy Ruszczuku, napotykali zasiedziałe, żyjące tam od czasów starożytnych gminy Romaniotów. Lecz w ciągu kilku pokoleń tubylcy całkowicie asymilowali się z przybyszami, i dlatego kultura sefardyjska dominowała w życiu Żydów na Bałkanach, w Grecji i w Azji Mniejszej aż po XX wiek.

Opuszczając swą ojczyznę, wygnańcy mogli zabrać ze sobą tylko to, co sami zdołali unieść, ale o wiele cenniejszy niż wszelkie dobra ziemskie był język, który przywieźli z Hiszpanii i który wkrótce stał się lingua franca kupców handlujących na obszarze Śródziemnomorza; był to język, którym mówiono na całym Półwyspie Iberyjskim w najróżniejszych odmianach regionalnych, sprzed politycznej reformy, ustanawiającej jako język panujący dialekt kastylijski, który następnie stał się podstawą współczesnego hiszpańskiego. Język żydowsko­-hiszpański, w którym później w miastach portowych załatwiali swoje interesy kupcy marokańscy i greccy, egipscy i dalmatyńscy, ma wiele różnych nazw: najbardziej rozpowszechniona to ladino, obok niej istnieje także nazwa judeo­-español, a do dziś mówi się o nim romance i gudezmo. W każdym razie Żydzi na Bałkanach nie posługiwali się swym przywiezionym z Hiszpanii językiem jedynie w świątyniach czy w obrzędach religijnych, lecz także w życiu codziennym, na ulicy i bazarze. Dzisiaj dla poetów i językoznawców ladino jest „żywym muzeum języka hiszpańskiego”, którego odkrywanie może być niezwykłym doświadczeniem poetyckim. Kiedy w 1980 roku argentyński poeta Juan Gelman uciekał przed dyktaturą wojskową, znalazł schronienie nie tylko w Meksyku, lecz także w języku przodków, którzy niegdyś musieli ratować się ucieczką – w języku sefardyjskim, którego nauczył się na wygnaniu, by później pisać w nim wiersze.

Aż do XIX wieku Żydów z Bałkanów można było utożsamiać z kulturą sefardyjską. Dopiero w roku 1878, kiedy wojska austro­-węgierskie zaczęły okupację tureckiej prowincji Bośni i w miejsce dawnej, osmańskiej, wprowadziły własną administrację, do Sarajewa znowu przybyli Żydzi; lecz tym razem nie byli to bogobojni sefardyjczycy. Za austriacką armią ciągnęły tysiące urzędników wykształconych na uniwersytetach, a wśród nich Żydzi, którzy pochodzili ze środkowej Europy, zwani aszkenazyjczykami. I gdy austriaccy Żydzi w 1878 roku pojawili się w Sarajewie, sefardyjczycy przeżyli wielkie zaskoczenie, jak tłumaczył mi Jakob Finci w swoim biurze pełnym pamiątek i dokumentów na temat żydowskiej historii. Dziwili się, bo zobaczyli Żydów, którzy nie znali ladino, i zaczęli się zastanawiać, czy można w ogóle być Żydem, nie mówiąc w tym języku. W każdym razie początkowo sefardyjczycy nie byli zachwyceni pojawieniem się tak dużej liczby Żydów, z którymi nie można było się porozumieć, którzy nie znali ich starożytnych obrzędów. Wprawdzie sefardyjczycy od czterystu lat byli przyzwyczajeni do życia wśród muzułmanów i prawosławnych, lecz jako ludzie pobożni zawsze trwali przy zachowanych niemal bez zmian dawnych obyczajach. A przecież nowo przybyli byli zupełnie innymi ludźmi; spotykało się ich teraz w urzędach i na placach, i choć nazywali się Żydami, ich język, strój i sposób bycia wzbudzały ogromne wątpliwości: czy rzeczywiście normy i obyczaje traktują tak poważnie, jak na Żydów przystało.

2 Dawny cmentarz żydowski położony na stromym zboczu wzgórza między całkowicie zniszczonymi dzielnicami Kovačići i Grbavica był przykryty głębokim śniegiem. Ogromna żelazna brama z trudem dawała się otworzyć, tak mocno tkwiła w zamarzniętym śniegu, który miał koło metra grubości i teraz, w lutym, był twardy jak kamień. Od tygodni nikt tu nie wchodził. Lekko przysypane stare ślady jedynego odwiedzającego, który co krok zapadał się w śnieg, prowadziły od bramy do pobliskiego domu pogrzebowego, pokrytego dziurami od kul, z dachem zapadniętym tak, że ze środka można było zobaczyć niebo. W ciszy przedpołudnia białe nagrobki sterczały ze śniegu, jedne pochylone, jakby zastygły padając, drugie wyprostowane i gęsto stłoczone. To były groby aszkenazyjczyków, noszących nazwiska typowe w monarchii austro­-węgierskiej: Farkas, Brocziner, Prohaska lub dr Rothkopf; wielu zmarłych w Sarajewie na przełomie wieków urodziło się, co widać po inskrypcjach, gdzieś w wiosce na Morawach lub w węgierskim miasteczku. O wiele liczniejsze były groby sefardyjczyków, starsze z hebrajskimi inskrypcjami, pozostałe z wersami w ladino pisanymi alfabetem łacińskim, pod którymi spoczywały prochy rodzin Kampos, Montiljo, Tolentino, Brazil­-Levy czy Papo.

Kirkut ciągnie się jakieś trzysta, czterysta metrów ku szczytowi wzgórza Trebević; między nagrobkami stały drzewa, których gałęzie pod ciężarem śniegu opadały aż do ziemi. Droga pod górę była trudna, po stromych połaciach lodu, które nawet w odpowiednim obuwiu niełatwo było pokonać, zdarzały się miejsca, gdzie śnieg znienacka stawał się sypki, aż zapadaliśmy się po kolana. Ostrzegano nas. Cmentarz był przed wojną niemal całkowicie zapomniany, choć stok, na którym leży, widać z połowy miasta, ze wzgórz po drugiej stronie Miljacki, widać go też z niektórych domów na placu i wielu nad rzeką. Ale ludność Sarajewa tak bardzo zapomniała o starym cmentarzu żydowskim, że muzułmański poeta Abdullah Sidran przed wojną opisywał go jako symbol opuszczenia. W swym wierszu wspominał pokolenia zmarłych sefardyjczyków, po których już nie będzie następnych w Sarajewie:

Śpijcie, wy, którzy przebyliście także ostatnią drogę.

Śpijcie, czas przeminie.

Śpijcie, już nie będzie czasu.

Śpijcie, już niczego nie będzie,

Będzie tak, jak gdyby nigdy niczego nie było.

Śpijcie, niebo nie zna pamięci.

Cmentarz, który wszyscy, co o nim zapomnieli, codziennie mają przed oczami, został… odkryty podczas wojny i przez nią wykorzystany. Kto planuje szturm na miasto, uważnie mu się przygląda, szuka miejsc, skąd może prowadzić atak, zakątków, do których może się wycofać. Wojna o Sarajewo zaczęła się na cmentarzu żydowskim, którego przedtem prawie nikt nie zauważał ani nie odwiedzał. Kilkaset metrów poniżej kirkutu niepozorny most Vrbanja przecina Miljackę i łączy dzielnice Marjin Dvor na północy z Kovačići na południu. W dniu 5 kwietnia 1992 roku wielu mieszkańców Sarajewa wyszło na ulice, żeby demonstrować przeciw podziałowi miasta na strefy etniczne. To kłamstwo, że sarajewianie sami zniszczyli swoje miasto, że chcieli rozpadu na grupy etniczne i sami do niego doprowadzili. Całymi tysiącami tydzień po tygodniu szli na barykady, wzniesione przez armię jugosłowiańską, która już dawno przeistoczyła się w oddziały serbskie, barykady biegnące przez dzielnice od dawna zamieszkane przez ludność mieszaną. Serbowie, Chorwaci, Muzułmanie i Żydzi Sarajewa wytrwale protestowali przeciw takiemu podziałowi miasta i dopiero gdy zauważyli, jak bardzo w tej walce zostali opuszczeni i zdradzeni przez wszystkich, powoli zaczęli kapitulować; zwłaszcza młodzi mężczyźni ulegli naciskowi nacjonalizmu i wyruszyli z wielkich bloków, by dołączyć na wzgórzach do oblegających, by przyłączyć się do morderców i ostrzeliwać własne miasto.

Wojna zaczęła się 5 kwietnia 1992 roku, kiedy setki ludzi stanęły przed barykadami, którymi partia Radovana Karadzićia w ciągu jednej nocy odcięła dzielnicę Grbavica. Z pewnego domu w pobliżu cmentarza żydowskiego snajper strzelał do idących w pokojowym marszu, który właśnie przechodził przez most Vrbanja, i trafił studentkę medycyny Suadę Dilberović. To fatalny przypadek, że akurat ona stała się pierwszą śmiertelną ofiarą wojny o Sarajewo i z Sarajewem; choć wielu ludzi mówiło mi, że los nieprzypadkowo wyszukał sobie tę młodą kobietę.

Rodzina studentki medycyny przywędrowała tu bowiem z Dalmacji, ofiara pochodziła zatem z Chorwacji, ale nie była katoliczką, lecz muzułmanką, i wprawdzie była muzułmanką, ale nie taką, jakie chcieliby widzieć chrześcijańscy fundamentaliści, czyli bez zasłony lub choćby chusty na głowie, lecz piękną, jasnowłosą, świadomą własnej wartości kobietą, która chciała zostać lekarką, i tymi wszystkimi cechami uosabiała Sarajewo znienawidzone przez zwolenników etnicznych podziałów: była człowiekiem o niejasnej przynależności etnicznej, kobietą żyjącą po miejsku. I tak Suada Dilberović, która w niedzielę 5 kwietnia wykrwawiła się na moście Vrbanja, dzisiaj noszącym jej imię, stała się pierwszą ofiarą tej transmito­wanej przez wszystkie telewizje świata wojny.

Kto chce zniszczyć swoje miasto, potrzebuje wysuniętych pozycji, a cmentarz żydowski, odkryty ponownie na wojnie i z powodu wojny, był właśnie takim ­miejscem. Za prastarymi nagrobkami, będącymi także pomnikami tolerancji i ducha pokoju, gdyż przypominają o ludziach, których przodkowie przybyli z daleka, uciekając od zniewolenia na zachodzie, żeby tutaj, na wschodzie, żyć szczęśliwie i zgodnie z własnym sumieniem, za tymi prastarymi nagrobkami ustawiono działa i z położonej wysoko nad miastem górnej części cmentarza całymi miesiącami haubice ostrzeliwały Sarajewo w dole. Ostrzegano nas. Kiedy Serbowie po ponad trzech latach musieli opuścić cmentarz i sąsiadujące dzielnice Kovačići i Grbavica, wysadzali w powietrze domy ulica za ulicą, a cmentarz zaminowali metr po metrze. Norweska organizacja Peoples Aid potrzebowała pół roku, żeby za pomocą wykrywaczy oczyścić cały cmentarz z min przeciwpiechotnych, ale może z tych wielu tysięcy, które okupanci rozmieścili, opuszczając to miejsce, kilka jeszcze pozostało? Schodząc powoli w dół cmentarza, natknęliśmy się na piękny nagrobek, na którym pewna zmarła przed stu sześćdziesięciu laty matka, za życia nie znająca innej sprawiedliwości niż wybaczenie i innego prawa niż miłość, opłakiwana jest przez swe dzieci w ladino: ­Madre que non conoce otra justicia que el perdón ni mas ley que amor.

Opuszczając teren cmentarza, spojrzeliśmy na ogromną kupę gruzów, która była dzielnicą Kovačići. Stary zgarbiony mężczyzna z wysiłkiem szedł w górę stromej, nieodśnieżonej uliczki. Niósł kilka ciężkich toreb i gdy zrównał się z nami, zatrzymał się z uśmiechem i odezwał w łamanej francuszczyźnie, której zrozumienie dodatkowo utrudniało to, że miał w ustach tylko kilka pieńków zębów i jego mowa zlewała się w ciąg niewyraźnych sylab. Postaliśmy razem kilka minut, pytał o nasze plany i chciał wiedzieć, czy podoba nam się Sarajewo, potem znów ruszył w drogę, wychudzony starzec, który kilka razy powtórzył, że ma pięćdziesiąt dwa lata, cinquante­-deux, i zaczął wspinać się pod górę, mijając ruiny i idąc ku ruinom.

3 Kiedy po raz pierwszy wszedłem do ponurego, pełnego snujących się kłębów dymu holu siedziby gminy żydowskiej, na krzesłach ustawionych wzdłuż ścian siedziało około dziesięciu starców. Z dużego pomieszczenia drzwi prowadziły w lewo do czegoś w rodzaju kawiarni oraz biur gminy, w których rezydował Jakob Finci, a po prawej znajdowały się schody wiodące do sal na górze. Starcy siedzieli, pili mokkę z maleńkich filiżanek lub żółtawą, mętną wódkę z kieliszków, palili i milczeli. Nie zgromadzili się wokół stołu, lecz – jak to jest typowe w krajach południowych pod gołym niebem – ustawili krzesła wzdłuż ścian, a że wiele było pustych, rozproszyli się po całym pomieszczeniu. I siedzieli tam, większość w porozpinanych płaszczach i w kapeluszu lub czapce na głowie, jak gdyby tylko zajrzeli na chwilę i byli gotowi w każdej chwili znów wstać i odejść. Tak to wygląda zawsze, może nawet już od kilkuset lat, siedzą dalej, ale zawsze jakby w pogotowiu, jakby czekali na wezwanie; tak wygląda tragedia schyłku życia tych starców: w ­ostatnich latach większość ich przyjaciół i krewnych została wezwana, wstali, wyszli i wyemigrowali.

Obojętnie przyjęli moje wejście, każdy w ten sam sposób, krótkim spojrzeniem, może nie natarczywym, lecz uważnym. A ponieważ po kilku krokach zatrzymałem się bezradnie, w najdalszym kącie podniósł się z krzesła żylasty mężczyzna z gęstwiną siwych włosów, w jednej ręce trzymający zgaszonego papierosa bez filtra, w drugiej kieliszek wódki i zbliżył się do mnie z pytaniem, czy może mi pomóc. Przedstawiłem mu się, powiedziałem, że przyjechałem z Salzburga, bo od dłuższego czasu interesuję się sefardyjczykami, a on odpowiedział, prześmiewczo naśladując konstrukcję mojego zdania: And my name is Albahari, Icome from Sarajevo, and Iam also interested in Sephardim. Było to powiedziane z dobroduszną ironią, ale ja znalazłem w tym coś takiego, co natychmiast zmieniło ją w sympatię; nazwisko, jakim przedstawił się starzec, skojarzyło mi się z pisarzem z Belgradu, autorem prozy opublikowanej przed laty przez moje pismo. Poznałem go później jako człowieka pełnego cichego zwątpienia, gdy pewnego wieczoru opowiadał grupie austriackich słuchaczy o Jugosławii, która właśnie się rozpadła, oraz o belgradzkiej gminie żydowskiej, której przewodniczącym zgodził się zostać w akcie beznadziejnego poczucia obowiązku właśnie wtedy, kiedy tak wielu Żydów zaczęło opuszczać Serbię. Z pewną przesadą napomknąłem, że jestem zaprzyjaźniony z pisarzem o tym samym nazwisku, Davidem Albaharim, na co starzec upuścił papierosa, by mocno i długo ściskać moją rękę, wykrzykując: my nephew, my nephew David, i rozlewając z tej radości wódkę. Choć wtedy uznawał emigrację za ostateczną porażkę, David Albahari w końcu wyemigrował, i to na drugi koniec świata, przeniósł się do kanadyjskiego miasteczka uniwersyteckiego; mieszkał tam, jak opisywał w opowiadaniu Całodzienne opady śniegu, nie niepokojony europejskimi waśniami, w otoczeniu miłych studentów i kolegów, którzy chętnie tłumaczyli mu, co złego działo się w Bośni nad Morzem Czerwonym oraz dlaczego mieszkańcy Sarajewa tak bardzo pokłócili się o dostęp do wody.

Jego wuj, który właśnie stał naprzeciw mnie, Mosze Albahari, był emerytowanym pułkownikiem jugosłowiańskiego lotnictwa. Przez dwadzieścia pięć lat kształcił w armii pilotów do walki z wrogiem, który nigdy nie nadszedł, a kiedy jego piloci pewnego dnia jednak zostali wysłani na wojnę, nie była to wojna prowadzona przeciwko wrogowi, którego trzeba było wyprzeć za granice kraju, lecz przeciwko federacyjnym towarzyszom, którzy pokroili wspólne państwo wzdłuż dawnych granic wewnętrznych. Mosze Albahari był także konstruktorem, według jego planów zbudowano mały samolot, ważący zaledwie 280 kg, jednak do produkcji seryjnej nigdy nie doszło. W ogóle wszystko było na próżno, samolot, lotnictwo, szkolenia! Tak samo jak jego bratanek, również jego syn wyemigrował do Kanady, powiedział Mosze, i prawie wszyscy jego przyjaciele albo nie żyli, albo wyjechali. Pokazał na kółko starców, którzy akurat, jakby rozumiejąc, co o nich mówi, zaczęli kiwać głowami z przyjazną rezygnacją – dom starców, rozumie pan, nic innego, żydowska gmina Sarajewa jest dzisiaj niczym innym jak tylko domem starców. Wszyscy wyjechali, młodzi, którzy odważyli się zacząć gdzieś życie od nowa, którzy znaleźli schronienie w jakichś koledżach na amerykańskiej prowincji, starzy, którzy mieli krewnych w Izraelu. Ale on zostanie, on, Mosze Albahari, i wytrwa razem z tymi tutaj, którzy codziennie się tu spotykają, wspólnie palą, piją – i czekają.

Nie jestem Izraelitą, mówił Mosze, dlaczego miałbym jechać do Izraela? Nie jestem Amerykaninem, co mam robić w Ameryce? Kiedyś może chciałby tam pojechać, żeby się rozejrzeć, ale jechać do Ameryki po to, żeby umrzeć? Spośród tysiąca pięciuset Żydów, którzy mieszkali w Sarajewie jeszcze przed blokadą, ponad połowa wyemigrowała. Kiedy Sarajewo było przez trzy lata zamknięte, a ucieczka niemożliwa, walczące strony uzgodniły, że Żydom pozwolą wyjechać. W wielkim konwoju pod ochroną sił ONZ zostali wywiezieni z miasta, które już przestało być dla nich małą Jerozolimą. Przed pięciuset laty sefardyjczycy przybyli tu wygnani z Hiszpanii, teraz opuszczali swoje Sarajewo i swoją Bośnię. Ale to nie antysemityzm ich wyganiał, Mosze przywiązywał dużą wagę do tej sprawy. Poprzez papierosowy dym, który mój rozmówca rozganiał po sali, machając rękoma, co chwilę spoglądał na mnie przenikliwie: nie, w Jugosławii nie było antysemityzmu, i nawet na końcu, kiedy każdego można było poszczuć na każdego, Żydzi byli z tego wyłączeni. Może, powiedział Mosze, trzy największy grupy etniczne w Bośni nienawidziły się tak fanatycznie, że na nienawiść do Żydów nie starczyło im już czasu ani sił. Wszystkie nacje raczej z szacunkiem wypowiadały się o „naszych Żydach”, i dlatego chyba pozwoliły swoim Żydom opuścić miasto w samym środku wojny. Żydzi wyjechali, bo nie było sensu, żeby pozostawali tam, gdzie rządził nacjonalizm. Gdy Bośnia została zniszczona jako państwo wielu narodów, Żydzi, najmniejsza grupa narodowościowa, której los był uzależniony od pokojowego współżycia innych, nie mieli tu już żadnej przyszłości. Ale i Bośnia nie ma przyszłości bez Żydów, gdyż teraz wszyscy mówią tu w imieniu swoich grup etnicznych i o ich miejscu w kraju; jedynie Żydzi, gdy mówili o sobie i swojej wspólnocie, mówili jednocześnie o całej Bośni. Jeżeli nie ma Bośni, w której jest miejsce dla wszystkich bośniackich grup etnicznych, Żydzi nie mogą pozostać w Bośni – ale jeśli już nie ma Żydów w Bośni, w rzeczywistości nie ma już także tego kraju.

– Co jest w takim razie?

– Coś innego, co mnie nie interesuje. Jakieś państwo z jakąś tam flagą.

Jeszcze gdy Albahari mi to wszystko opowiadał, wiedziałem, że z pewnością muszę zapamiętać tego mężczyznę, przynajmniej z powodu jego szczególnego śmiechu. Każde zdanie kończył cichym chichotem, który był gorzki, lecz nie do końca, brzmiał, jakby Albahari po wszystkim, co mówił, swym krótkim śmiechem stawiał kropkę, a w sposobie, w jaki ją stawiał, nie było nic z użalania się, choć nieuchronność, którą jego śmiech podkreślał, była przejmująco smutna: moja żona nie żyje, mój syn wyemigrował, wszyscy moi przyjaciele wyjechali, pięćsetletnia historia Żydów w Sarajewie kończy się, a ten koniec, który jest końcem pewnej epoki historycznej, końcem tak wielu osobistych nadziei, tradycji, nadchodzi nieuchronnie, nie można go powstrzymać ani finansową pomocą z zagranicy, ani przez duchowe opamiętanie w samym Sarajewie.

– Nie jestem Izraelczykiem. Nie jestem Amerykaninem. Jugosławii już nie ma. (Śmiech). Bośnia istnieje tylko jako ułuda. (Śmiech). Jestem sefardyjskim Żydem, który nie zna hiszpańskiego. (Śmiech). I to ja miałbym wracać do Hiszpanii?

– Czy to byłoby w ogóle możliwe?

– Hiszpański król wydał edykt, przypuszczalnie miał wyrzuty sumienia z powodu swoich zwariowanych krewnych z dawnych czasów, że wszyscy bośniaccy sefardyjczycy, którzy chcą wrócić do Hiszpanii, dostaną zgodę na wjazd. Jeżeli zechcą zostać w Hiszpanii, niezwłocznie otrzymają obywatelstwo hiszpańskie, ale muszą zrzec się bośniackiego.

– Czy to źle?

– Wcale nie. Ale my, Żydzi, nauczyliśmy się zawsze patrzeć do przodu. Gdyby człowiek był zwierzęciem, które żyje w przeszłości, wtedy miałby oczy z tyłu głowy, żeby mógł patrzeć za siebie. (Śmiech). Ja nie patrzę do tyłu, zawsze przed siebie: And my history goes cemetary. (Śmiech).

4 Provare to wąska uliczka, która zaczyna się przy małym placyku, położonym dość wysoko nad cent­rum miasta, rzeką i bazarem, i łagodnym łukiem stromo wspina się do starej dzielnicy Bjelave. Tak jak połowa miasta, także i ta ulica była w mroźnym lutym nieprzejezdna dla samochodów, nie dlatego, że była oblodzona, ale ponieważ śniegu, który w milenijną zimę obficie padał, nie sprzątano nigdzie poza centrum; mieszkańcy także nie usuwali go z własnej inicjatywy. Poza dwoma wąskimi pasami wzdłuż jedno­- i dwupięt­rowych domów, po których piesi ostrożnie dreptali pod górę i na dół, ulica składała się teraz z twardego jak beton i wysokiego na około metr grzbietu, który ciągnął się od placyku aż po szczyt wzgórza, a powstał ze śniegu, który w ostatnich miesiącach osuwał się ze stromych dachów lub po prostu spadł z nieba. Dzieci i młodzi ludzie, kiedy chcieli się trochę zabawić na ulicy, idąc po tej ogromnej górze śniegu, przechodzili po dachach samochodów, pozostawionych przez właścicieli na początku zimy i zimujących pod zamarzniętymi zaspami. Kobiety z niemowlęcymi wózkami nie mogły prawie wcale poruszać się ulicą, starsi ludzie robili lepiej, nie opuszczając swojej dzielnicy, a liczne w Sarajewie osoby na wózkach inwalidzkich były tak czy inaczej od grudnia do marca unieruchomione w mieszkaniach lub uzależnione od pomocy swoich przyjaciół.

Fakt, że mieszkańcy Sarajewa wcale nie dbali o swoje miasto oraz tak utrudniali życie tych, którzy nie byli dostatecznie silni i sprawni, stanowił konsekwencję wojny i oblężenia, które zbrutalizowały życie codzienne, a także zachwiały wielkomiejską równowagą poprzez zniknięcie i nadejście wielkich grup ludności. Wielu urodzonych mieszczuchów opuściło swoje miasto, którego nazwa nie tylko w Bośni była używana jako synonim miasta w ogóle, i wyjechali do nowo utworzonego kraju o nazwie Republika Serbska lub gdzie indziej, gdzie zostali przyjęci jako uchodźcy lub gastarbeiterzy; ich miejsce zajmowali z kolei wypędzeni czy przymusowo przesiedleni ludzie ze wsi, którzy diametralnie zmieniali obraz miasta i charakter całych dzielnic. Metropolia miała nową populację i wiele rzeczy, które w dobrze zarządzanym mieście funkcjonują w sposób tak oczywisty, że nie zwraca się nawet na to uwagi, w Sarajewie już nie działało. Nawet w samym centrum miasta, gdzie stoją wysokie reprezentacyjne budowle i przy każdej pogodzie tysiące ludzi spaceruje do późnych godzin nocnych, nikt nie czuł się odpowiedzialny za to, co działo się wokół, co działo się z jego własnym miastem. Zeszłej zimy czworo mieszkańców zginęło pod bryłami lodu, które gdzieś na alei Tita czy innej ulicy zsunęły się z sześciopiętrowych lub wyższych domów, a tej zimy ciągle słyszeliśmy charakterystyczny syczący gwizd, po którym następowała eksplozja trzasku, kiedy bryła lodu rozbijała się na asfalcie tuż obok lub za plecami ludzi podążających w obojętnym pośpiechu ku swoim sprawom.

Mieszkaliśmy w domu na dole Provare, blisko małego meczetu, którego nikt nie odwiedzał i najwyraźniej nie mającego żadnych godzin otwarcia, choć w jego bramie, jako jedynej na całej ulicy, lód i śnieg były uprzątnięte. Meczet wyglądał na nieczynny, ale o wyznaczonych godzinach z jego głośników daleki muezin nawoływał wiernych do modlitwy. Minaret górował nad okolicą i był jak symbol islamu wzmocnionego przez wojnę, która z takim okrucieństwem uderzyła właśnie w Muzułmanów­; wzmocnionego, bo etnizacja polityki uczyniła Muzułmanami wielu, którzy wcześniej nie identyfikowali się ze wspólnotą religijną, a utożsamiali się jedynie z tradycją rodzinną, zawierającą pewne elementy religii muzułmańskiej.

Im wyżej wchodziłem uliczką Provare, tym domy stawały się biedniejsze, a na samym szczycie wzgórza przy pierwszej przecznicy, przy Selima Kurtočajskiego, znajdowała się podmiejska gospoda „Višnjik”. Poza nielicznymi gośćmi, którzy przyszli coś zjeść, także i tutaj mężczyźni nie siedzieli wokół stolików, lecz pod ścianami sali. Pili, nie zwracając uwagi na telewizor w kącie wysoko nad ich głowami i amerykański film z wyłączonym głosem, słuchali monotonnych dźwięków bośniackich pieśni ludowych, dochodzących bez przerwy z radia, i dyskutowali przez całą salę; rezolutna barmanka, jedyna kobieta w knajpie, sprawnie podawała im piwo i wódkę.

Sala gospody była brzydka i przytulna, na suficie świeciły neonowe rurki, przy barze i w oknach stały lampy z czerwonymi aksamitnymi abażurami, na każdej ścianie wisiał kalendarz z piersiastą blondynką, nieliczne stoliki były ozdobione flakonami ze sztucznego tworzywa i plastikowymi aniołami w kolorze kości słoniowej. Nagle zrobiło się gwarno, czterech lub pięciu mężczyzn zaczęło krzyczeć przez całą salę na siedzącego w bez­ruchu olbrzyma, który nie zwracał na nich uwagi i czekał, aż przestaną. Potem rzucił kilka ostrych słów i znów podniósł się krzyk, kilku mężczyzn nie wytrzymało na swoich miejscach, groźnie zbliżyli się do obojętnie pijącego piwo człowieka, pokrzykując, zaciskali dłonie w pięści i ­spoglądali po sobie w poszukiwaniu pomocy, bo olbrzym dalej jakby nie zwracał na nich uwagi.

Wreszcie jeden wyskoczył naprzód i tak mocno uderzył w stolik milczącego prowokatora, który umiał prowokować zarówno milczeniem, jak i słowem, że rozciął sobie rękę na popielniczce. I wtedy napięcie opadło, wszyscy nagle zaczęli się śmiać, kiwając głowami nad wybuchem tamtego, olbrzym wziął zranioną dłoń teraz znów spokojnego jak baranek mężczyzny w swoje ręce i obracał ją, oglądając skaleczenie, barmanka, co najmniej o dziesięć lat młodsza niż większość zebranych mężczyzn, zaczęła strofować swoich gości jak niewychowanych uczniaków, a w tej radości, która nagle wszystkich ogarnęła, kilku mężczyzn odwróciło się do nas, przez cały wieczór coraz głębiej chowających się w kąt. Kiedy po długim kluczeniu musiałem im wreszcie powiedzieć, po co przyjechałem do Sarajewa, gdy wspomniałem sefardyjczyków i gminę żydowską, mężczyźni nieoczekiwanie ucichli, nie mówili już jeden przez drugiego, ale po kolei każdy dorzucał do rozmowy coś, co mogło nas zainteresować lub pomóc w poszukiwaniach. Samo Bjelave, cała dzielnica, było przed około stu laty zamieszkane głównie przez Żydów, powiedział jeden, ale to już dawno się skończyło, drugi chciał nas koniecznie skontaktować ze swoim znajomym, którego akurat tu nie było, a który wiedział wszystko o historii miasta, na co trzeci machnął pogardliwie ręką, uznawszy to za wielką przesadę.

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

www.czarne.com.pl

Sekretariat: ul. Kołłątaja 14, III p. 38-300 Gorlice tel. +48 18 353 58 93, fax +48 18 352 04 75 e-mail: mateusz@czarne.com.pl,tomasz@czarne.com.pl,

dominik@czarne.com.pl,ewa@czarne.com.pl,

edyta@czarne.com.pl

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa e-mail: redakcja@czarne.com.pl

Sekretarz redakcji: malgorzata@czarne.com.pl

Dział promocji: ul. Marszałkowska 43/1, 00-648 Warszawa tel./fax +48 22 621 10 48 e-mail: agnieszka@czarne.com.pl, dorota@czarne.com.pl,

zofia@czarne.com.pl,marcjanna@czarne.com.pl

Dział marketingu: honorata@czarne.com.pl

Dział sprzedaży: piotr.baginski@czarne.com.pl,

agnieszka.wilczak@czarne.com.pl,urszula@czarne.com.pl

Audiobooki i e-booki: anna@czarne.com.pl

Skład: d2d.pl, ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033, Kraków tel. +48 12 432 08 52, e­-mail: info@d2d.pl

Wołowiec 2015

Wydanie II