"Umierać też trzeba umieć ..." - Mietek Pachter, Prof. Barbara Engelking - ebook
lub
Opis

Wspomnienia Mietka Pachtera to niecodzienny dokument. Autor urodził się w Warszawie w 1923 r., w kochającej się żydowskiej rodzinie. W getcie pracował przy rozbiórce domów i jednocześnie zajmował się szmuglem, by wyżywić najbliższych. Po wywiezieniu młodszego brata i rodziców do Treblinki w styczniu 1943 r. przeżył ze starszym bratem Wilkiem powstanie w getcie, następnie zaś wywózkę do Treblinki i Majdanka, skąd przeniesiono ich do obozu HASAG w Skarżysku, a potem w Częstochowie, gdzie doczekali wyzwolenia. Bracia Pachterowie nie zostali w Polsce, wprawdzie na krótko osiedli na Dolnym Śląsku, ale wkrótce wyjechali do Niemiec, do obozu DP. Stamtąd Wilek udał się do Palestyny, a Mietek – chory na gruźlicę – do szwajcarskiego sanatorium. Tam, osamotniony i chory, spisał swoje wspomnienia.

Jego fenomenalna pamięć, niezwykła osobowość i dar opowieści dały w efekcie niepospolitą książkę, bezcenny opis życia i umierania w czasie Zagłady. Wspomnienia Mietka to opowieść o miłości – tej do rodziców, która pomogła mu przeżyć getto, oraz tej do brata Wilka, która pomogła mu przeżyć obozy.

„Bierzemy, powiedzmy, narzędzia stolarskie od pierwszego lepszego fachowca i idziemy na wachę. Dochodzimy do niemca i mówimy, że zostaliśmy przysłani z gminy żydowskiej i mamy mu zrobić szafę lub coś innego w budzie – czy by nie chciał być tak łaskawy i wejść z nami do budki, pokazać nam, co mamy zrobić i w jakim stylu itp. Gdy dodaliśmy jeszcze kilka pochlebnych słów dla niego, zachęcając go tym, ten bez namysłu wchodził do budki. Ja z Wilkiem wchodzimy też, ja trzymam narzędzia i staję przy okienku, by mnie widział, a nie okno, a Wilek pokazuje mu odpowiednie ściany i określamy w fantazji szafę i [co] tam jeszcze dusza zapragnęła. Ja, stojąc przy okienku, słyszę, ile wozów przeszło, tu panuje współpraca. Gdy się bierze na «ścianę» niemca, to mają przejechać wszystkie wozy, wszystko jedno czyje. Wiedząc, że robota nasza skończona, dajemy mu kartkę do podpisania z obstalunkami – pisaną po żydowsku – ten podpisuje i my mamy pójść do gminy po zatwierdzenie […]”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 1376

Podobne


Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Copyright ‌© for this edition ‌by Stowarzyszenie ‌Centrum ‌Badań nad Zagładą ‌Żydów

Wydanie ‌pierwsze

Redakcja ‌merytoryczna i opracowanie ‌przypisów:

Barbara Engelking

Redaktor ‌prowadzący:

Jakub ‌Petelewicz

Praca ‌naukowa finansowana ‌w ‌ramach ‌programu Ministra Nauki ‌i ‌Szkolnictwa

Wyższego pod nazwą „Narodowy ‌Program Rozwoju Humanistyki” ‌w latach 2014–2017

Stowarzyszenie ‌Centrum Badań ‌nad Zagładą ‌Żydów

ul. Nowy Świat ‌72

00-330 Warszawa

ISBN: 978-83-63444-40-2

Wbrew oczekiwaniom, ‌wbrew ‌potocznym ‌wyobrażeniom, ‌wbrew regułom prawdopodobieństwa pisanych ‌świadectw z czasów Zagłady ‌ocalało dużo. Ci, ‌którzy ‌nadludzkim wysiłkiem podejmowali próbę ‌pisania o ‌katastrofie podczas ‌trwania katastrofy, najczęściej adresowali ‌swoje zapiski „do przyszłego ‌czytelnika". ‌Chcieli, aby świat ich ‌usłyszał. ‌Nie ‌możemy pozwolić, aby ich ‌świadectwa pozostały nieme — ‌przysypane kurzem archiwów.

BIBLIOTEKA ŚWIADECTW ‌ZAGŁADY zrodziła ‌się z przeświadczenia, ‌iż pomimo różnych ‌inicjatyw ‌edytorskich wciąż ‌zbyt mało tekstów, w ‌stosunku do istniejących zasobów ‌archiwalnych, zostało opublikowanych ‌i udostępnionych ‌czytelnikom. Zbyt mało wobec ‌potrzeb badawczych i ‌czytelniczych zainteresowań, a ‌także ‌wobec obecnych ‌niemal ‌w ‌każdym ocalałym zapisie ‌apeli, nakładających na nas ‌wszystkich ‌moralną powinność lektury.

BIBLIOTEKA ŚWIADECTW ‌ZAGŁADY skupia się ‌na prezentacji dzienników, ‌zapisów ‌pamiętnikarskich, relacji pozostających ‌w kręgu form ‌autobiograficznych i ‌spisywanych hic et nunc,tzn. ‌w gettach bądź w ‌ukryciu poza murami, ‌ale jeszcze w ‌czasie ‌trwania wojny i okupacji. ‌Teksty ‌są publikowane ‌w ich kształcie ‌integralnym, według jednolitych zasad edycji krytycznej. Korzystamy przede wszystkim z zasobów Archiwum Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie oraz Archiwum Instytutu Yad Vashem w Jerozolimie.

Wprowadzenie (Barbara Engelking)

WPROWADZENIE

Mietek Pachter zaczął spisywać swoje wspomnienia w 1946 r. w Davos, dokąd został wysłany z obozu DP w Niemczech, by leczyć się z gruźlicy. Jak pisze we wstępie do francuskiego wydania swojej książki, „angielska dziennikarka i psycholog dała nam serię wykładów i dobrych rad”. Mietek opowiedział jej o dręczących go nocnych koszmarach, a ona poradziła, by spisał swoją historię i w ten sposób uwolnił się od przeszłości. Miał pisać jak najbardziej szczegółowo i nie przerywając pracy, koncentrując się na przeżyciach i poświęcając temu zadaniu wszystkie swoje myśli. Mietek posłuchał tej rady, zaczął spisywać wspomnienia, a jego przyjaciel M. Urbach, który znał zarówno język polski, jak i pismo stenograficzne, przepisywał je na maszynie. Najprawdopodobniej Mietek częściowo dyktował swoje wspomnienia, a Urbach je bezpośrednio notował. Wskazuje na to dynamika pewnych partii opowieści, a także sposób zapisu — niezwykle długie zdania bez znaków przestankowych, tworzące całe akapity.

Nie wiadomo, co stało się z oryginalnym rękopisem (lub częściowym rękopisem). Gdy odwiedziłam pana Pachtera w grudniu 2012 r. w jego domu w Villemoble pod Paryżem, powiedział, że rękopis wyrzucił. Zachowała się wersja maszynopisowa (bez polskich czcionek). Autor nie pamiętał także losów maszynopisu po 1947 r., kiedy zakończył nad nim pracę. Tekst odnalazł w 2012 r. syn jego brata Wilka Shabi Pachter, gdy porządkował rzeczy po zmarłych rodzicach. Jak i kiedy wspomnienia Mietka znalazły się u Wilka — nie wiadomo. Bracia spotykali się regularnie, Mietek często przyjeżdżał do Izraela, prawdopodobnie któregoś razu przywiózł Wilkowi tekst.

W 2012 r. maszynopis wspomnień został przekazany do United States Holocaust Memorial Museum, a ja dostałam go od Teresy Pollin, jednej z odpowiedzialnych w muzeum waszyngtońskim za spuścizny i dary. Od razu było dla mnie jasne, że dostałam skarb, który trzeba opublikować i udostępnić czytelnikom. Jestem ogromnie wdzięczna United States Holocaust Memorial Museum za umożliwienie nam publikacji tych niezwykłych wspomnień.

W 2013 r. wydawnictwo Le Manuscrit wraz z Fondation pour la Mémoire de la Shoah opublikowało francuską wersję wspomnień Mietka, zatytułowaną Varsovie, Treblinka, Majdanek, Skarżysko, Częstochowa. Niestety, jest to zbeletryzowana forma jego pamiętnika, pozbawiona większości zalet oryginału. Francuskie wydanie zawiera w zasadzie napisane na nowo — współcześnie — przeżycia Mietka. We wstępie zaznaczono, że tekst został opracowany i przepisany za zgodą autora przez Jacqueline Berkowicz i Henriette Magyar-Dassas. Wydanie polskie jest więc pierwszą kompletną edycją wspomnień napisanych w latach 1946-1947 w języku oryginału.

Wspomnienia Mietka Pachtera są pod wieloma względami zupełnie wyjątkowe. Pisane po wojnie, mają jednak bardziej charakter dziennika niż pamiętnika, autor nie pisze ich bowiem z perspektywy tego, który przeżył. Przedstawia bieg wydarzeń chronologicznie, tak jakby nie wiedział, co będzie dalej, zanurza się całkowicie w każdej opisywanej sytuacji. Odtwarza nie tylko wydarzenia i fakty, osoby i nazwiska, lecz także treść rozmów, a przede wszystkim własne myśli i uczucia, które mu towarzyszyły w latach okupacji. Różnorodność przeżyć, ich intensywność, zmienność, szczegółowe opisy reakcji na kapryśne koleje losu, bogactwo psychologiczne stanowią o nieprzeciętności tej książki. Dlatego zdecydowaliśmy się opublikować tę pozycję w serii „Biblioteka Świadectw Zagłady”, choć jest ona zasadniczo zastrzeżona dla rzeczy pisanych „tam i wtedy”. Jak wiadomo, od każdej reguły są wyjątki, a wspomnienia Mietka Pachtera zasługują na wyjątkowe potraktowanie, tak jak one same są wyjątkowe.

Wiele ich fragmentów zasługuje na szczególną uwagę ze względu na swą niepowtarzalność. Czytając je, uświadomiłam sobie, że oprócz głównego nurtu historii getta — którą w jakiś sposób miałam skonstruowaną we własnej wyobraźni na podstawie setek dotychczasowych lektur — istniały jeszcze inne nurty, mniej opisane i nieznane. O wielu z nich nie dowiemy się już nigdy, ale opowieść Mietka odsłoniła przed nami niektóre, jak choćby funkcjonowanie placówki Truppenwirtschaftslager (TWL) der Waffen SS Baustelle, rozbierającej w getcie uszkodzone budynki, by odzyskać cegły. Dzięki tym wspomnieniom poznałam także oryginalne metody szmuglu do getta — oparte na odwadze, wręcz brawurze, a także na inteligencji i poczuciu humoru.

Niezrównany jest niespotykanie obszerny opis życia ludności cywilnej w okresie powstania w getcie warszawskim — równie szczegółowego sprawozdania z tamtych tygodni nie ma w żadnym ze znanych mi źródeł. W większości z nich czas ukrywania się w bunkrach zlewa się w jedno koszmarne przeżycie, w którym dominuje paraliżujący strach, stłoczenie wielu ludzi w ciasnym pomieszczeniu, odwrócenie dnia z nocą i ciągłe nasłuchiwanie, czy bunkier nie zostanie lada chwila odkryty przez Niemców. Relacja Mietka przynosi bogatszy, pełen detali obraz codzienności cywilów podczas powstania. Każdy dzień i każda noc między 19 kwietnia a 9 maja (kiedy ich bunkier został odkryty, a jego mieszkańców Niemcy zaprowadzili na Umschlagplatz) ma swój wyrazisty kształt i ciężar doświadczeń. Z fenomenalną przenikliwością i niezwykle szczegółowo autor opisuje życie w bunkrach — prawdziwe jest zarówno ogromne pragnienie zemsty, jak i potrzeba bliskości fizycznej z drugim człowiekiem, redukującej strach.

O wyjątkowości wspomnień Mietka Pachtera stanowi także ich język. Autor opowiada swoją historię z bezwzględną szczerością, bez zahamowań czy autocenzury. Język adekwatnie oddaje jego doświadczenia — jest pełen emocji, momentami ukazuje bezradność, czasem autor wpada w sentymentalizm czy patos. Dla mnie najcenniejsza jest chyba ta widoczna tu i ówdzie nieporadność językowa, gdyż odzwierciedla przeżycia, których nie sposób wyrazić. W doświadczeniu autora jest bowiem wiele sytuacji, które całkowicie przekraczają ludzką wyobraźnię, oraz stanów emocjonalnych tak radykalnie nowych, że nie istnieje język zdolny je opisać. Jak wielu innych, Mietek uważa, że nikt, kto nie przeżył Zagłady, nie będzie w stanie jej zrozumieć. „Któż zrozumie nasz ból i nienawiść do tego na wskroś przegnitego świata. To może zrozumieć ten, który to przeżył. Jeśli kto chciałby opisać to w ten sposób, żeby ktoś czytając to, wgłębił się w uczucia ludzkie i nasz stan duszy, gdyby opisał to w sposób taki, że czytelnik by mógł się wczuć, byłby fenomenem. Ja nawet przeciętnym człowiekiem nie jestem, przez co nie można dużo wymagać ode mnie”. A jednak Mietek jest fenomenem, bo autentyzm, prostolinijność i naturalność jego języka pozwalają czytelnikowi wczuwać się w stan duszy autora.

Unikatowa we wspomnieniach Mietka jest także jego wrażliwość na duchowy wymiar doświadczenia Zagłady. Pośród opisywanych przeżyć psychicznych i ogromu doznawanych emocji autor kilkakrotnie odwołuje się także do dewastacji duchowości człowieka, dokonywanej przez Niemców. Nieczęsto w dziennikach czy relacjach (może z wyjątkiem osób bardzo religijnych) można przeczytać o doświadczeniach nie tylko psychicznych, lecz także duchowych. Kilkakrotnie Mietek zderza się ze złem absolutnym, takim, które dosłownie zapiera dech w piersiach i wprawia w osłupienie. To poczucie oniemienia udziela się także czytelnikowi.

W 1939 r. Mietek był 16-letnim chłopakiem, warszawskim Żydem ze średniozamożnej rodziny. Jego rodzice, pochodzący z Zamościa (matka) i Chełma Lubelskiego (ojciec), handlowali w Warszawie nabiałem (mieli hurtownię jaj) sprowadzanym z ich rodzinnych stron. Interes prosperował dość dobrze, o czym może świadczyć chociażby spora ilość zapasów, które Pachterowie przewozili ze sobą, przeprowadzając się do getta.

Najważniejszym zasobem tej rodziny nie były jednak pieniądze, lecz łącząca jej członków ogromna miłość i wzajemne przywiązanie. Troska o bezpieczeństwo rodziców, gotowość do poświęceń i ryzyka dla rodziny oraz poczucie odpowiedzialności są motorem wielu działań Mietka i jego brata Wilka. Chęć oszczędzenia rodzicom kłopotów i współodpowiedzialność — także za młodszego brata Sewka — popycha ich od początku okupacji do rozmaitych ryzykownych przedsięwzięć. Zaczynają od nielegalnej sprzedaży zapasu papierosów, a w końcu prowadzą zorganizowany szmugiel żywności do getta. Przedsiębiorczość, pomysłowość, spryt pozwalają im wynajdować coraz to nowe sposoby zdobywania żywności dla rodziny, a przytomność umysłu i odwaga niejednokrotnie ratują ich w niebezpiecznych sytuacjach.

Mietek jest tak zajęty troszczeniem się o rodziców i braci, że nie ma czasu wejść w rolę ofiary i litować się nad sobą. Życie w getcie, zagłada, powstanie, a potem obozy nie zmieniają — jak w wypadku wielu innych — jego osobowości, nie przeobrażają jego natury. Mietek nie poddaje się ciśnieniu okoliczności. I nie wynika to z głębokiej refleksyjności czy świadomej decyzji — jest raczej spontaniczną reakcją zdrowego, mocnego ego, świadectwem umiejętności stawiania czoła przeciwnościom losu, czyli tego, co obecnie niezbyt zgrabnie (po polsku) nazywa się „rezyliencją” (resillience) czy lepiej „sprężystością psychiczną”.

Sprężystość psychiczna to umiejętność adaptacji do niekorzystnych warunków i radzenia sobie w sytuacjach zagrożenia czy w obliczu traumatycznych wydarzeń. Psychologowie, badający to zjawisko od lat siedemdziesiątych XX w., określają je jako pewien sposób reagowania na szok, uraz, głęboki stres lub traumę. Jedną z możliwych reakcji na tego rodzaju doświadczenia (inne to np. załamanie, poddanie się, depresja) jest właśnie rezyliencja. Taka „sprężysta” odpowiedź na traumatyczną sytuację wynika z potencjału jednostki, który powstaje dzięki wielu czynnikom. Kluczowe wśród nich są ciepłe emocjonalnie, bliskie więzi między dzieckiem a rodzicami i innymi osobami znaczącymi oraz obecność godnych zaufania przyjaciół w grupie rówieśniczej, a także udział w życiu większej grupy, np. społeczności lokalnej. Te między innymi czynniki pomagają rozwijać umiejętności radzenia sobie, rozwiązywania problemów i tworzenia strategii adaptacyjnych, zwiększających refleksyjność, niezależność, ciekawość świata, aktywność, chęć pomagania innym, a w efekcie — odporność na stres i gotowość stawienia czoła zagrożeniu. Jednym słowem, zasoby psychospołeczne powstałe w kochającej rodzinie i dobrym środowisku stanowią rezerwy, z których można czerpać w warunkach traumy. Mietek i Wilek w takiej sytuacji wykazują się niezwykłą psychiczną sprężystością oraz odpornością, umiejętnością niepoddawania się, gotowością podnoszenia się po kolejnych porażkach. Myślę, że to właśnie rodzina oraz więź między braćmi dały im podstawowy zasób psychiczny, który umożliwił im przeżycie Zagłady.

Wspomnienia Mietka są właściwie opowieścią o miłości — do rodziców, która pomogła mu przeżyć getto, oraz do brata, która pomogła mu przeżyć obozy. Rozstanie z ukochanym bratem ze względu na konieczność leczenia w Szwajcarii z pewnością było jednym z elementów depresji Mietka Pachtera. Gdyby był zdrowy, pojechałby prosto z obozu DP z Wilkiem do Palestyny, a my nigdy nie poznalibyśmy jego niezwykłych wspomnień.

W 1944 r. Mietek był już dorosłym mężczyzną, ukształtowanym w dużym stopniu przez przeżycia wojenne. Bracia Pachterowie po uwolnieniu z HASAG-u w Częstochowie mieszkali najpierw w Łodzi, a następnie przenieśli się na Dolny Śląsk. Opisując powojenny chaos we wszystkich dziedzinach życia, Mietek potwierdza nie tylko swoją niebywałą przenikliwość i umiejętność dostrzegania szczegółów, wrażliwość emocjonalną, lecz także wyjątkowy dar opowiadania oraz świetne pióro. Życie na Dolnym Śląsku, opisywane w konwencji przygodowej, pełne jest fascynujących obserwacji, jak choćby na temat rywalizacji między Milicją Obywatelską a bezpieką czy realiów powojennej biedy i stosunku do lokalnych Niemców.

Jednym z gorących pragnień autora, które wyrosło z okresu okupacji, było marzenie o zemście. Pragnienie zemsty wielokrotnie powraca we wspomnieniach. Opisując okres powstania, Mietek notuje: „Czyż wolno mi pomyśleć chociaż nad tym, jakim szczęśliwym bym był, gdybym dożył chwili, gdy ręka sprawiedliwości uniesie się nad tymi zbrodniarzami? Boże, gdybyś mi pozwolił doczekać tej chwili trumfu, który uspokoi krew przelaną przez tych zbirów, gdybym mógł wtedy być wykonawcą, właściwie małym pionkiem w wykonywaniu sądu nad tymi fanatycznymi zbrodniarzami! To jest zbyt śmiała fantazja, nie wolno mi o tym nawet marzyć”.

Życie spełniło marzenie Mietka — obaj bracia Pachterowie zajęli się po wojnie wymierzaniem sprawiedliwości Niemcom. Mietek zatrudnił się w Urzędzie Bezpieczeństwa i wyłapywał ukrywających się Niemców, przede wszystkim SS-manów. Nienawidził ich, znęcał się nad nimi, bił i poniżał, podobnie jak sam był wcześniej bity i poniżany. Nie przyniosło mu to jednak satysfakcji. Tak to zwykle bywa: spełnienie pragnień nie przynosi ukojenia, a jedynie rozczarowanie i rozgoryczenie.

Nota edytorska

NOTA EDYTORSKA

Przy redagowaniu maszynopisu wspomnień przestrzegaliśmy zasad obowiązujących przy wydawaniu źródeł, maksymalnie ograniczając zakres ingerencji edytorskich. Uwspółcześniliśmy interpunkcję i poprawiliśmy oczywiste błędy, w tym zapis rzeczowników pospolitych wielkimi literami.

Przestarzałe formy gramatyczne i ortograficzne pozostawiliśmy bez zmian, oddają one bowiem klimat epoki i charakter ówczesnej polszczyzny. Poprawiliśmy błędnie stosowane nazwy geograficzne, podając ich oryginalny zapis w przypisie (np. Skarżysko Kamienne, Majdanki), wyjątek uczyniliśmy dla zapisu „Treblinki”, gdyż taka wersja pojawia się powszechnie w źródłach z lat okupacji i tużpowojennych. Ujednoliciliśmy zapis nazwisk pojawiających się w tekście, w przypisach podając wersje wariantowe (np. Kępiński — Kempiński). W nawiasach kwadratowych wstawiono opuszczone omyłkowo wyrazy, które udało się odgadnąć, i wszelkie uwagi redaktorskie. Szczególnie długie zdania zostały podzielone na krótsze, dla ułatwienia lektury wydzielono też dodatkowe akapity.

W przypisach umieściliśmy wyjaśnienia historyczne oraz informacje o osobach pojawiających się w tekście — tych, które udało się zidentyfikować. Zdania wtrącone po niemiecku lub w jidysz zostały poprawione, a ich tłumaczenie umieszczono w przypisie.

Dwa fragmenty tekstu zostały przeniesione do aneksów na końcu książki. Pierwszy to tekst genewskiej deklaracji praw dziecka, a drugi — końcowe refleksje autora stanowiące komentarze do spraw poruszanych w prasie w 1947 r. — dziś już często niejasne.

UMIERAĆ TEŻ TRZEBA UMIEĆ...

I.Wybuch wojny

I

WYBUCH WOJNY

Sierpień jest ku końcowi, dnie lecą szybko, jakaś niewidzialna tragedja zawisła nad światem, wszędzie widać ludzi, którzy z zapałem rozprawiają o polityce. Sklepy spożywcze stają się głównym obiektem ludzi, którzy pod wpływem paniki kupują to, co [można] dostać, tworzy się od razu sytuacja tak naciągnięta, że Warszawa, która zawsze miała żywności na długie okresy, staje się pusta, rzadko ktoś może już dostać coś do kupienia. Widać, jak ludzie noszą paczki żywnościowe, a ci, co nie mogą tego zdobyć, patrzą z zazdrością w oczach. Nigdzie nie słychać już rozmów o muzyce lub o książkach itp., to przestało istnieć, jest obecnie ważny problem, żywność... W naszym mieszkaniu znajdowało się już tyle żywności, że można już było urządzić formalny hurtowy interes... Każdy zabezpieczał się, jak mógł, gdy jacyś znajomi spotykali się gdzieś, pierwsze pytanie brzmiało: „Gdzie można dostać żywność? Czy już macie zapas?”. Tak, ten okres śmiało [można] nazwać „zapasowym okresem”. Ja jako mały chłopiec dziwiłem się temu. Jak to, czyż może kiedyś zabraknąć żywności na świecie? Przecież to zupełnie niemożliwe, ale jednak jeśli starsi ludzie tak czynią, to chyba i rację mają.

1 wrzesień. Ten dzień mi nigdy nie zatrze się w pamięci, na przedmieściach Warszawy zostały ustawione duże działa, a w ogrodach były ustawione działa przeciwlotnicze i dalekonośne. W ogóle nabierało to coś w rodzaju atmosfery wojennej. Ludzie jednak upierali się w swoich domysłach, że Niemcy się nie odważą rzucić na Polskę, bo od razu będą mieli do czynienia z Anglią i Francją, a ich się przecież boją.

Tak, ludzie nie wiedzieli, że odwieczny wróg świata znowu ruszył na podbój tegoż, a jego zbrodnicze zamiary przekraczają wszelkie fantazje i domysły, wróg ludzkości ruszy, aby zniszczyć świat, pogrążyć go [w] największej tragedii, jakiej jeszcze historia świata nie zanotowała. Bestja ta stanęła na tylnych łapach. Pierwszą ofiarą miała być Polska.

Był pogodny dzień, piątek, o godz. 6-tej rano pierwsze samoloty ukazały się nad nami, ludzie krzyczeli z radością: „Nasi, nasi”... Ale jakie ich rozczarowanie było, gdy „nasi” zrzucili pierwsze „jajeczka”, które wybuchały na przedmieściach Warszawy, wtedy dopiero ludzie zrozumieli, że to nie nasi... Oddano kilka strzałów do tych samolotów, zupełnie bezskutecznych, wyglądało to na dziecinną zabawkę, bo żołnierze nawet nie wiedzieli, czy to są „nasze”, czy szwabskie...

W tym samym dniu zbombardowali jeszcze lotnisko na Okęciu. Ktoś niepowołany wypuścił paniczną plotkę, że niemcy puścili gaz, był to taki straszny rezultat, że ludzie szaleli, każdy chodził w maskach lub w tamponach, starali się dostać na najwyższe piętro. Ja z moim młodszym braciszkiem Sewkiem1 byliśmy na lotnisku Mokotowskim, a widząc, że wszyscy uciekają, lecimy do domu jednym tchem. Na ulicach ludzie, podobnie do borsuków, lecą we wszystkie strony. Nareszcie docieramy do domu, rodzice2, przerażeni naszą nieobecnością, czekali w naprężeniu na nasz powrót. Gdy się zjawiliśmy, od razu nam dali tampony, soda z wodą była zrobiona za szybko, więc z nadmiernej ilości sody mieliśmy całe gęby spalone. Podczas gdy jeszcze biegłem z bratem w największym pośpiechu, spytałem się brata, czy czuje zapach gazu, odpowiedział, że tak; oto co znaczy sugestja.

Właściwie była to robota desantów niemieckich. W dwa dni później niemcy (będę pisał niemcy małą literą, bo i tego nie są warci) byli już w głębi kraju, zbliżali się z szaloną szybkością ku Warszawie. Myśmy mieszkali przy ulicy Kopińskiej, niedaleko „Państwowego Monopolu Tytoniowego”3. W pobliżu były obiekty wojskowe, z tego powodu załadowaliśmy wszystkie możliwe ruchomości i przeprowadziliśmy się do centrum miasta, na Zamenhofa 16. Tu wynajęliśmy pokój u znajomych i tak postanowiliśmy przetrwać ten ciężki okres. Przez radjo podano, by wszyscy ludzie, którzy mogli opuścić Warszawę i mają zamiar to uczynić, mogą teraz przez Pragę opuścić Warszawę4. Zaczęła się paniczna ucieczka, żaden pojazd nie mógł się przedostać przez most łączący Warszawę z Pragą, niemcy o wszystkim wiedzieli i kosili po tych ludziach.

My postanowiliśmy zostać, chociaż ostrzegali, że Warszawa będzie oblężona i będzie się broniła do ostateczności. Tak też uczyniliśmy i pozostaliśmy. Zaczęły się formalne dania w postaci „jajeczek” tak samo z dział dalekonośnych, jak też z samolotów — sypali tego jak z rękawa. Jakże były bolesne te ponure dnie i noce, ludzie musieli przebywać stale w schronach. Z sąsiedniego schronu wydobywały się krzyki rozpaczy, 12 ludzi zostało zasypanych. Jeszcze podczas nalotu rzuciliśmy się na ratunek. Była to ciężka sprawa, bo nalot wzmagał się, pocisk, który wpadł do sąsiedniego podwórka, stworzył taką explozję, że odłamki cegieł padły do naszego podwórka. Mój ojciec dalej pracował nad uratowaniem tych ludzi i dostał odłamkiem cegły w oko, tak że mu sczerniało, lecz nie ustał w pracy. Po kilku godzinach ludzie ci wyszli cali i zdrowi, ale strasznie zasmoleni, nigdy nie zapomnę tych oczu. Nabożni ludzie za każdym świstem pocisku krzyczeli: „Szma Izrael”5, niektórzy mówili Psalmy i modlili się głośno. Jednak mieliśmy szczęście, bo nie mieliśmy zaszczytu zapoznania się z pociskami.

Zapanował wielki głód, ludzie stawali w ogonku całą noc, by nazajutrz około południa dostać bochenek chleba; ale jakże tragiczne miny odmalowały się na obliczach tych ludzi, którzy musieli odejść bez niczego. W naszym podwórzu była piekarnia Goldmasza i ci, co mieszkali w tym podwórzu, byli naprawdę szczęśliwcami. Myśmy brali po dziesięć bochenków dziennie, by pomóc komuś z rodziny lub znajomym. Chleb był raczej podoby do gliny, ale straszny głód stworzył go smacznym. Charakterystyczne jest to, że ludzie w ogonkach z początku uciekali przy każdym nalocie, lecz potem oswoili się z tym tak dalece, że nikt się nie ruszał z miejsca, nawet gdy pocisk padł gdzieś w pobliżu. Z początku byli tzw. cwaniacy, którzy w ogóle nie stawali w ogonku, lecz czekali na nalot, i w chwili gdy inni uciekali, oni stawali pierwsi.

Gazety były rozłapywane przez spragnionych jakiejś dobrej nowiny, ale poza sukcesami na frontach nic nie było, pisywali niestworzone historie. Była to propaganda, by ludzie nie padali na duchu. Prezydent miasta Starzyński6 krzyczał, by ludzie cykorji nie mieli, by każdy trzymał ład w swej okolicy, a zmobilizowana milicja obywatelska starała się czynić wszystko w tym kierunku, ale to było mało skuteczne.

Na pięknych ulicach Warszawy wyrosły barykady, ludzie własne meble zrzucali, by pomagać w obronie swego miasta, był to bardzo ponury widok. Kilka razy niemcy wdarli się w przedmieścia miasta, zostali wypchnięci heroiczną obroną żołnierzy, tych mistrzów bagnetu...Ja z moim starszym bratem Wilkiem7 byliśmy w OPL (Obywatelska Obrona Przeciwlotnicza8) — mieliśmy często nocną wartę. Zadaniem naszym było, by w razie ujrzenia płonącej świecy bomby zasypać ją piaskiem; mieliśmy kilka razy tę przyjemność. Z początku jeszcze radjo podawało, że „zarządzam alarm lotniczy na miasto Warszawę. ludzie, wyprzęgnąć konia do bram.”, ale gdy to stało się chlebem powszednim, już nawet nie czynili tego, bo cóż — przecież niemcy czynili to z lotnisk warszawskich.

Ciągle były inne pogłoski, że już Anglicy są w Gdańsku i że za dwa dni będą w Warszawie. Że Westerplatte broni się bohatersko i byśmy wzięli przykład z tego. Ludzie oswoili się już z radością, iż Anglia i Francja przystąpili do wojny9, bo nie widziano żadnego gestu pomocy. Głód był straszny, ten wróg ludzkości szalał, ale to było mało, więc też nie byłoby to kompletne, niemcy zbombardowali filtry i uszkodzili główne baseny. Teraz zaczął się nowy etap — brak wody, ubikacje były nieczynne, nawet wody do picia nie było, elektrownie nie pracowały, stan był nie do zniesienia. Szkopi rozpoczęli bez wytchnienia bombardować, nie było chwili bez świstu motoru lub bomb. Jakże znienawidzonym był ten przenikliwy świst, wdzierał się do wszystkich zakamarków, ogarniał trwogą ludzkie serca — ludzie, zrezygnowani do najwyższego stopnia, mówili, że niech już będzie, co chce, niech nawet niemiec wejdzie, już dłużej wytrzymać nie można było. Ludzie mówili, że Rosjanie są na Pradze, że dziś, jutro będą i u nas, ale to były tylko wymysły. Ludzie, nękani cierpieniami i wierzący we wszystko, co jest dobre dla nich, szli więc naiwnie w kierunku Pragi, aby przysłać Rosjanów. Przeżyli oni jeszcze jedno rozczarowanie.

Zawieszenie broni. Pierwszy odruch człowieka był niewątpliwie radosny, ale opamiętali się szybko, ale czy było inne wyjście? Nie, trudno, jakoś już będzie... Wiedzieliśmy, że gorącej przyjaźni nie możemy oczekiwać od niemców, bo słyszeliśmy doskonale o pogromach w [19]38 roku w niemczech10, po historii Grinszpana11. Wiedzieliśmy, że wypędzili Żydów do Zbąszynia, wtedy został też wygnany nasz Wujek wraz z całą rodziną z Essen, opowiadali nam różne rzeczy niezbyt pocieszające.

Spodziewaliśmy się najgorszego, ale żaden szaleniec nie przypuszczałby, że może się stać coś takiego. Gdy tylko ustał grad bomb i pocisków, ludzie rzucili się szybko masami do Wisły po wodę, bo już kilka dni wody nie było. Inni przytomni ludzie, którzy wiedzieli, że [majątek] zdobyć można tylko w czasie wojny, nosili, rabowali, gromadzili, co było pod ręką, [co] się dało. Moją i brata funkcją było przynoszenie wody z Wisły, trzeba było nosić więcej jak dwa kilometry, ale za pieniądze nie można było dostać nawet wody... Dlaczego ludzie mieli handlować wodą, podczas gdy mogli szabrować tysiące z obcego mienia.

W dzień po zawieszeniu broni przeprowadziliśmy się z powrotem do naszego mieszkania12, rodzice pojechali z platformą bielizny i pościeli, ja jechałem z platformą żywności, jeszcze tyle nam pozostało. Gdy przyjechaliśmy na miejsce, zeszłem z wozu, by się przywitać z kolegami. Człowiek, który nam przewoził żywność, był naszym zaufanym przed wojną — ojciec powierzał mu towar na tysiące. Dziś, ogarnięty gorączką „szaberku”, ulotnił się z całą naszą żywnością — tragiczne. Gdy się spostrzegliśmy, było już po wszystkim, nic nam nie zostało, nawet na pierwszy posiłek. Rodzice mi nie robili wyrzutów, wiedzieli bowiem, że to była rzecz nieprzewidziana, i nikt by się nie spodziewał, że człowiek, który wczoraj jeszcze zaufany, dziś ulegnie strasznej demoralizacji wojny. Stało się więc, chociaż nie było wtedy człowieka, który by potrafił kupić za pieniądze choć trochę żywności. Tak więc wtedy po raz pierwszy zajrzał nam głód w oczy, nikt o tem nie wiedział, bo co nam pomoże? Pościliśmy cały dzień. Gdy mamusia udała się nazajutrz do naszych klijentów, ci tak serdecznie lubili mamusię, że nawet całowali się przy przywitaniu, dali jej żywności, ile tylko chciała, tak więc minął od razu nasz głód.

Przed wybuchem wojny mieliśmy hurtownię jaj, a przed samym wybuchem zostało nam dużo forsy, której nie zdążyliśmy ulokować, więc teraz po zawieszeniu broni ojciec przez znajomego zakupił z monopolu tytoniowego cały transport papierosów, które przywieźliśmy do naszego mieszkania przy różnych kombinacjach. Niespostrzeżeni przez nikogo weszliśmy na strych, tam zrobiliśmy skrytkę (pod całą podłogą), którą od sufitu do podłogi mogła dzielić przestrzeń 25 cm. Zrobiliśmy z jednej strony sztuczne klapy i tam wsunęliśmy paczki po 5 tys. papierosów, które były zaopatrzone w linki. Paczka więc spoczywała na drugim końcu — z tego brzegu leżały linki, na których były uwiązane kartki z wyszczególnionym materiałem. Pracowaliśmy około 48 godzin nad tym dziełem; na końcu zamaskowaliśmy podłogę w ten sposób, że ktoś niewtajemniczony by nigdy tego nie wykrył.

W tym okresie panował wielki głód, ludzie pozbawieni żywności chodzili na pola, gdzie zbierali plon tych, którzy to zasiali w pocie czoła. Rabowali wszystko, co się dało. Przedsiębiorczy ludzie wozami wywozili, i dopiero po tych to szabrach zaczął się handel, tak więc można było otrzymać za forsę żywność. Wolno ukazywały się na rynku coraz inne artykuły. Rozwijał się handel, życie zaczęło płynąć na wpół normalnie. Co wieczór zbierali się ludzie, którzy szeroko omawiali zagadnienia polityczne. Mój ojciec był tym najwięcej pochłonięty, zbierało się wieczorami całe towarzystwo sąsiadów i znajomych u nas w salonie, gdzie szeroko omawiali nowości z gazet lub też radjowe wiadomości.

Gdy tylko wojna wybuchła, ojciec ukrył kilkadziesiąt skrzynek jaj i w chwili gdy niemcy mieli wkroczyć (bo trzy dni było zupełnie spokojnie, tzn. że prawie nie było ich widać, gdyż obejmowali wszystkie rządowe obiekty i urzędy, tak że byli zajęci sobą), ojciec mój w tym właśnie czasie wywoził na dwóch platformach towar i oddał go jednemu kupcowi, aby ten sprzedał go w dzielnicy żydowskiej. Ten sprzedał to szybko i bardzo drogo, ale w dniu, gdy ojciec miał udać się do niego po forsę, okazało się, że ten już jest w drodze do Rosji. Chociaż strata była duża, jednak szybko ojciec się pogodził z losem, pieniądze są okrągłe.

Miasto zostało tymczasem opanowane przez niemców. Ci zbrodniarze chodzili od razu szukać Żydów bogatych lub też brodatych, na których urządzali potworne orgje. Gdy tylko ukazali się na naszej ulicy, od razu zostaliśmy zaszczyceni ich wizytą, to mali chłopcy [polscy] byli ich przewodnikami. Oni [byli] upojeni miłością i sympatią dla nas, Żydów. Jeszcze jako dziecko, które ledwie wymawiało „tata, mama”, już drugim słowem było mu wpojone przez rodziców „Żyd”. Nauka nie idzie w las, ledwie chodziło na nogach, a już krzyczało: „Zidzie palszywy”. Zjawili się szkopi w otoczeniu świty szczeniaków z całej ulicy. Mój ojciec zdołał w ostatniej chwili ulotnić się niespostrzeżony. I od tej chwili zaczęły się łapanki, niemcy już znali adresy Żydów i przychodzili, kiedykolwiek zachciało im się, by brać na roboty lub też na orgje. Ani chwili nie żyliśmy pewni, szczególnie [że] dzielnica była aryjska i Żyd był bardzo poszukiwany. Kilkakrotnie został ojciec zabrany na roboty, gdzie w pocie czoła pracował kilkanaście godzin. Ja z[e] starszym bratem też zostaliśmy sprowadzani do pracy, ale my już sobie radę dawaliśmy, prawie nigdy nie pracowaliśmy do końca, zawsze udało nam się uciec. Żołdactwo to, rozwydrzone wszelkimi prawami, chodzili przez ulice, szukając ofiar, w tej dziedzinie byli bardzo pomysłowi. Np. chodzili po dwóch w odległości kilkunastu metrów i pierwsi bili tych, którzy zdejmowali czapki, mówiąc: „Bist du mein Kamerad?”13. Gdy człowiek, przestraszony, już nie zdejmował czapki przy następnych, wtedy ci dawali znowu „wciry” (bicie), dlatego że nie zdejmuje przed nimi czapki. Chodzili z dużymi nagajami i bili, kogo tylko spotkali. O wiele większe orgje urządzali z Żydami, którzy nosili brody, tych brali, podpalając im brody, często wyrywali, jakiś wielki sadyzm malował się im na twarzach.

Polacy śmieli się i klaskali w dłonie, byli zadowoleni, część wyglądała przez okna, ciesząc się naszym nieszczęściem. Przyznam, że i między nimi były wyjątki, ale tych była taka niewielka ilość, że nie mogę nazwać to dobrą całością, bo i między nimi było dużo, którzy w głębi duszy cieszyli się bardzo z tych orgii, ale nie wykazywali tego. Dusza ludzka jest niezbadana, w każdej takiej duszy znajduje się duża ilość sadyzmu, nie każdy człowiek z tego czerpie, ale w narodzie polskim dużo ludzi korzysta z tego. Nie będę się rozwodził ani też sądził ich, ale mam wielki żal do tych ludzi, między którymi zostałem wychowany i stale się obracałem w ich towarzystwie. Jednak wojna przedstawiła mi ich w strasznym obliczu, odkryła coś bardzo zwierzęcego, dlatego też żal mój jest wielki. Jeszcze przytoczę różne przykłady ich niedelikatności i zwierzęcości. Na razie przejdę do tematu.

Jak grom z jasnego nieba spadła wiadomość, że mamy nosić opaski „Schandeband”14. Pierwsze kilka dni ja w ogóle nie nosiłem opaski, nie mogłem znieść wzroku mych dawnych kolegów lub znajomych, którzy, czułem, że serca ich śpiewały hymn triumfalny na widok opasek. Nigdy nie zapomnę tych ironicznych uśmieszków. Zaczęły się unosić plotki, że w okolicach Warszawy budują baraki dla nas, Żydów. Udałem się specjalnie do pracy na jeden dzień, by się przekonać, czy to prawda. Tak, było to faktycznie prawdą, że budują, ale jak się później okazało, były to baraki dla żołnierzy. Na razie my mieliśmy dużo zmartwień z tego powodu, jak też wielką ilość nieprzespanych nocy.

Ten, jak również inne powody spowodowały, że postanowiliśmy sprzedać zakupione papierosy. Czyniliśmy to różnymi sposobami. Trzeba było być bardzo ostrożnym, gdyż niemcy byli wszędzie, a mieli już całe oddziały pachołków, donosicieli, ci wszyscy z najniższych sfer, ludzie bez sumienia, bez ambicji, sprzedane dusze. Mieliśmy więc między innymi sposobami, np. wynoszenie rano w walizce, papierosy, które zawoziliśmy do żydowskiej dzielnicy, gdzie sprzedawaliśmy je hurtownikowi. Przez pewien czas wszystko szło gładko bez poważnych wydarzeń, ale pewnego dnia, gdy ja z bratem opuściliśmy nasz dom wraz z towarem, bez opasek (było to jeszcze bardzo wcześnie — grudzień [19]19 roku) — aż zatrzymała nas patrolka, która nas się pyta: „Jude”15? a my odpowiadamy na „warjata”: „Co, proszę? Dowód?”. Rozmowa przeciągnęła się kilka minut. Nareszcie zdecydowali się wyjaśnić tą sprawę i zaprowadzili nas do „Domu Akademickiego”16, gdzie mieli główną siedzibę w tej okolicy.

Gdy zaprowadzono nas na wachę, tu widzieliśmy, że nic nas nie uchroni przed niczym, więc też przyznaliśmy się, ale dopiero gdy tłumacz spytał nas po polsku. Udawaliśmy ze zdziwieniem, że zapomnieliśmy opaski, ale dla nich było to obojętne. Zaczęło się śledztwo: skąd mamy te kilka tysięcy papierosów. Jak umówieni, kłamaliśmy jak najęci, że jeden nam to sprzedał w bramie tego domu — wymyślony — a spotkaliśmy go na ulicy i nic więcej nie wiemy. Bo cóż? Czy mieliśmy wydać własnych rodziców? Przecież to nonsens, byliśmy przygotowani na wszystko. Postawili nas w pozycji półprzysiad na palcach i ręce naprzód wyciągnięte. Prowadzili to śledztwo około dwóch godzin, a my staliśmy przez cały czas w ten sposób. Boże, jakie to jest straszne, nie było członka, który by wtedy nie był nadwyrężony, ja zemdlałem dwa razy. Budzono mnie w bardzo egzotyczny sposób w postaci uderzenia bagnetem w głowę: bolesne, ale bardzo skuteczne, bo to lepiej cuciło niż najzimniejsza woda. Był to pierwszy nadludzki wysiłek, ale przymuszony.

Po śledztwie trzeba było udać się do kancelarii, ale nie chodzić, tylko skakać w przysiadzie, było to ponad ludzkie siły. Na odległości 10 m upadłem cztery razy, wstałem natychmiast po uderzeniu bagnetem w głowę, ale cóż człowiek nie potrafi znieść, stal tego nie wytrzyma, człowiek wytrzyma wszystko. Po śledztwie powiedzieli nam, że mają nas zastrzelić, już byliśmy tacy zrezygnowani, że nawet nas to nie przestraszyło. Repetowali karabiny na naszych oczach, pokazywali nam, które naboje będą dla nas itd. Zaprowadzili nas do więzienia, popychając kolbami, byliśmy już znieczuleni, już nas nic nie obchodziło. Duża izba, gdzie dawniej mieszkał dozorca, dziś wybudowali [tam] cały szereg cel, i ja z bratem zostaliśmy umieszczeni do jednej z cel. Zaproponował brat (Wilek), by jednego wypuścił, a [może] przynieść forsę, ten zaczął bić niemiłosiernie brata. Ja, stojąc z tyłu, chciałem się już rzucić na niego, bo mi już było wszystko jedno, widziałem, że zabije brata. Ale do izby wkroczyło kilku oprawców i mówią, byśmy im dali koncert, bo przecież jesteśmy trupa cyrkowa.

Czy zdołam opisać to, co oni z nami zrobili, nie, [do] tego nie jestem zdolny. Sadyzm, który widziałem w ich oczach, nigdy mi z pamięci nie zaginie... Mordowali i znęcali się nad nami do tego stopnia, że prosiliśmy, by nas zastrzelili, ale ci mordercy nie czynią nigdy tego, gdy ofiara ich jest zrezygnowana. Zastrzelić wtedy lubią, gdy ofiara ich boi się śmierci! Nareszcie zostawili nas w spokoju, ale już nie mieliśmy sił dostać się do celi, z trudem to uczyniliśmy. Pierwszy raz w mym życiu spocząłem na pryczy więziennej, nie zamieniliśmy między sobą ani słowa, wystarczyło tylko, gdy spojrzałem na brata, a on na mnie. Od razu zasnęliśmy snem kamiennym. Sen mieliśmy okropny, ale nie trwało to długo — po pół godziny znowu przyszli inni sadyści, by się nacieszyć trochę znęcaniem nad nami.

Łącznie musztrowali się nad nami w ciągu ośmiu godzin. Sześć godzin po tym wszystkim mieliśmy nie dostawać nic do jedzenia w ciągu 24-ech godzin. O godzinie 10-tej wpuszczono 5-ciu więźniów, oni byli już starymi i mogli nie siedzieć w celi, tylko obracać się w izbie. Od razu daliśmy im znać, że my tu siedzimy, podali nam chleb ze swej racji. Około obiadu wszedł żandarm, a gdy oni go poprosili, by nas też wypuścił, on, nie wiedząc, że mamy jeszcze siedzieć, wypuścił nas. Było to dla nas dużo, bo przynajmniej mieliśmy do kogo słowo przemówić i wyprostować zbolałe członki, bo w celi było to zupełnie niemożliwe. Nasi towarzysze niedoli, jeden aryjczyk siedzący za kradzież i 4 Żydów, dwóch za opaski, jeden inżynier, który przywłaszczył brylanty i złoto swoje, nie oddając tego tym mordercom szkopom. Czwarty był chłopak, który uciekł z prac i złapali go.

Zaczęło się życie kolektywne i opowiadania o sobie, mróz był straszny, a gdyśmy przyłapali jednego szkopa, który się nie bardzo orientował w tej dziedzinie, obrobiliśmy go, że pozwolił nam w swojej obecności nanieść dużo węgla. Ja udałem się po węgiel z jednym chłopcem. Wiedziałem, że tam pracuje chłopak z naszej okolicy, który może obracać się po terenie. Ujrzałem go też i prosiłem, by zawiadomił mych rodziców, że tu się znajdujemy i żeby się nie martwili, bo nic nam nie brakuje... Rzeczywiście nic nam nie brakowało. Gdy rodzice dowiedzieli się, gdzie jesteśmy, zaczęli działać, różni macherzy obracali się przy tym podobnymi sprawami. Nareszcie po czterech dniach udało [im] się załatwić za dużo pieniędzy, by nas wypuścili.

Wyszliśmy na wolność, nie mogliśmy chodzić prawie na nogach i ledwie dostaliśmy się do przystani dorożek i pojechaliśmy do domu. Tu od razu legliśmy w łóżku, nie mając sił wstać. Gdybyśmy byli jeszcze tydzień, dwa tygodnie lub więcej i dostali jeszcze kilka razy tego bicia i musztr, na pewno byśmy to wytrzymali, ale na samą myśl o tym, że jesteśmy wolni i niebezpieczeństwo minęło, jesteśmy pod opieką rodziców, wtedy dopiero się załamaliśmy, siły nas opuściły. Przez dwa tygodnie leżeliśmy, nie wstając.

Zaczęły się coraz większe ograniczenia dla Żydów, zabronione było chodzić na wyznaczonych ulicach i z tą myślą się pogodziliśmy, byle nie gorzej, jakoś sobie damy już radę. Żydom nie wolno było jechać pociągiem, i z tym damy sobie radę, jechali ci więc, co mieli aryjski wygląd, lub też przepustkę można było nabyć za forsę. Każdy Żyd od lat 18-tu miał oddać dwa dni w tygodniu pracą dla niemców, z tego więc powodu zostały wydane „nakazy pracy”17, karty, na których się stemplowało każdy dzień pracy. Ludzie będący bez zajęcia chodzili dla siebie i dla obcych, kto tylko zapłacił 5 zł za dzień pracy. Ci byli najczęściej bardzo pokręceni, przez co było bardzo dużo wypadków, że gdy po pracy rozdawano „nakazy”, ten zapomniał, jak się nazywa. Niemiec, który zawsze asystował przy rozdawaniu „nakazów” przez grupowego, zabierał ten nakaz i starał się bliżej zaznajomić z tym, który może płacić i wynajmować sobie zastępcę. Urządzali różne hece na ten temat.

Z naszego mieszkania miało dwóch pójść do pracy, ojciec i Wilek (starszy brat), ja i młodszy braciszek Sewek jeszcze nie podlegaliśmy temu. Z początku ojciec jeszcze wynajmował zastępców, ale gdy się dowiedziałem, że może mieć z tego powodu dużo nieprzyjemności, poprosiłem więc, żeby mi pozwalał chodzić za niego do pracy, ja brałem to jako jedną z rozrywek. Zbiorowe punkty były na Twardej 6 i na Opaczewskiej. Pierwszym razem dostałem się na lotnisko Okęcie, tu szły długie kolumny, około 2-3 tys. ludzi szło codziennie do pracy. Na miejscu ustawiliśmy się i rozdzielano do prac. Ja byłem w extragrupie młodocianych i mieliśmy dostać jakąś lżejszą pracę, którą jednak nie dostaliśmy. Największych wybrali do rwania traw i zbierania papierków, a nas dali do noszenia kamieni, po dwie osoby przy jednej tradze. Mój wspólnik powiedział mi, bym wziął łopatę i szedł z nim. Poszliśmy z łopatami na ramieniu. Po drodze łapie nas lotnik i pyta się, dokąd idziemy. Staramy się jeden przez drugiego objaśnić mu po żydowsku, jak i po polsku, byle nie po niemiecku, ten zrezygnowany każe nam iść. Kręcimy się z łopatami do obiadu, podczas obiadu jesteśmy już na posterunku, zjadamy obiad i czekamy, aż się rozpocznie praca. Wtedy dopiero idziemy do naszej dalszej wędrówki, która trwała do fajrantu. Tak minął mój pierwszy dzień pracy. Praca ta mi tak zaimponowała, że prosiłem ojca, by mi pozwolił wszystkie Jego dnie pracy wypełnić, co mi nareszcie pozwolił.

Druga moja eskapada była [na] samo lotnisko. Mieliśmy zbierać skoszone siano. Była to dobra robota, bo pracowaliśmy na „zeks”18. Niemiec, który nas pilnował, był z jakiejś wsi, i namówiliśmy go, aby zagrał z nami w salonowca. Otóż jeden usiadł i trzymał za głowę drugiego, ktoś go uderzył w tylną część ciała — w siedzenie. Gdy niemiec uderzył, to jego sąsiad od razu okiem wskazywał na niego, tak więc, gdy on się położył, to marne były jego widoki. Dostał on tyle, że nie mógł chodzić, ledwie szedł, i to z rozkraczonymi nogami. To jeszcze bardziej mi dodało chęci do chodzenia w miejsce ojca. Jestem znowu na Okęciu, odwalamy węgiel, stoimy i robimy łopatami, nic nie czyniąc. Z okolicznych okien obserwują nas lornetkami, po obiedzie przyszło kilku i zawołali jednego chłopca, uprowadzając go gdzieś, przy fajrancie nie było go już. Po drodze powrotnej chłopcy z innych kolumn opowiadali, że pobili go do nieprzytomności i następnie żywcem zakopali w ziemi, straszna rzecz. Wstrząsnęło [to] mną i jeszcze więcej byłem zdecydowany do pracy za ojca, bo nie chciałem dopuścić, by ojciec miał chodzić do pracy lub też wpaść przez „zastępcę”. Nie powiedziałem tego w domu, nie chciałem ich zmartwić z tego powodu, ale z początku sądziłem, że tylko SS i SD są mordercami, ale rychło się przekonałem, że mordercami są wszyscy bez wyjątku, tu przecież czynili to lotnicy.

Innym razem wpadłem na Paluchy19, tu trzeba było nosić wiadra z kałem — odpadkami ludzkimi, niczego sobie praca. Gorzej było tym, którzy musieli pracować w głębi kanału. Oni wybierali to wiadrami, a myśmy podlewali to pod kapustę. Chłopcy pracujący przy basenie mieli okropną pracę. Szczególnie jeden, który był na dole, ten stał tam na desce, w ręku trzymał długą tykę, którą wpychał wiadra wpuszczone na łańcuchu. Gdy wiadro takie, napełnione po brzegi, jechało do góry, wtedy zlewało się na głowę nieszczęśliwcowi. Całą godzinę ten się mył i po drodze tak cuchło, że wszyscy uciekali od niego.

Kiedyś miałem zaszczyt dostać się do fabryki samolotów „Skoda”. Tu mieliśmy nosić ciężkie odłamy żelaza, pod gradem batów spadających na plecy. Byli to cywilni niemcy. Otóż i oni dokazali swoje zbrodnicze instynkta. Ja jednak w domu nic nie opowiadałem, bo bałem się, że ojciec, posyłając kogoś innego, może wpaść.

Kiedyś znowu byłem na Królewskiej, tu widziałem scenę, jak znęcali się nad jednym nabożnym Żydem schwytanym na ulicy. Kazali mu schylić się i ustawili mu skrzynkę wapna na plecach, którą by ledwie cztery osoby mogły unieść. Następnie ścinali mu brodę ku uciesze całego zgromadzenia. Nie było jednego, który by przynajmniej się nie śmiał, wszyscy byli zadowoleni, że gnębią bezbronnego. Nie będę się rozwodził nad tymi drobnymi faktami, bo niestety będzie ich dużo i o wiele tragiczniejszych.

Życie szło dalej swoim torem, chociaż bardzo wyboistym, ale jednak szło. Otrzymaliśmy dostawę masła do fabryki czekoladowej „Fuchsa”20. Dostarczaliśmy około 150 kg dziennie, można było jeszcze inne interesa robić, ale atmosfera stawała się z każdym dniem więcej ciężka i wiedzieliśmy, że coś się unosi w powietrzu, że coś dla nas szykują. Ale cóż, przecież faktu nie da się zmienić.

Z początku ludzie masami jechali do Rosji, a wkrótce nadeszły takie straszne wiadomości, że to odstraszyło dużo ludzi. Rodzice byli niezdecydowani, jechać czy też nie. Jeśli jechać, to co się zrobi z gratami, przyjedziemy tam i Bóg wie, w jakich warunkach będziemy tam mieli żyć. Takie myśli trzymały nas w niezdecydowaniu. Gdy okropne wiadomości o strasznych warunkach życiowych i higienicznych dotarły do nas, na nieszczęście to zaważyło na naszej decyzji. Spodziewaliśmy się najgorsze, ale to, co się rzeczywiście stało, tego nikt nie mógł przewidzieć.

1 Sewek — Szaja, Ischaja Pachter, młodszy brat autora (ur. 1928), zginął w styczniu 1943 r. w Treblince.

2 Rodzice autora to Rywka Pachter z d. Zymerman (ur. 1898, nazwisko pojawia się w różnych dokumentach także jako Zimerman lub Cymerman) oraz Pinchas Pachter (ur. 1896). Obydwoje zginęli w styczniu 1943 r. w Treblince.

3 Właśc. Tytoniowy Monopol Polski; siedziba dyrekcji znajdowała się przy ul. Nowy Świat 4, a biura przy ul. Kaliskiej 1 (archiwum, dział produkcji, Wytwórnia nr 2), Dzielnej 62 (Wytwórnia nr 1), Czerniakowskiej 117 (Zakład Sprzedaży nr 1) oraz Nowogrodzkiej 47 (Zakład Sprzedaży nr 2). Pachterowie mieszkali przy ul. Kopińskiej 8, tuż przy Kaliskiej.

4 W nocy z 6 na 7 września 1939 r. płk Roman Umiastowski — szef propagandy Naczelnego Dowództwa Wojska Polskiego — wygłosił w radiu przemówienie, w którym wzywał mężczyzn zdolnych do walki do opuszczenia Warszawy w celu utworzenia nowej linii obrony na wschód od Wisły. Ochotnicy mieli zostać uzbrojeni i wcieleni do armii. Jego słowa spowodowały masowy exodus ludności Warszawy.

5 „Szma (Szema) Israel, Adonai Elohejnu, Adonai Echad” (hebr.) — „Słuchaj Izraelu, Wiekuisty Bóg, nasz Pan, Bóg Jedyny”. Są to początkowe słowa najważniejszej w judaizmie modlitwy — wyznania wiary w jedynego Boga. Jest ona częścią modlitw porannych i wieczornych, odmawia się ją w momencie śmierci. Nabierała specjalnego znaczenia w okresach prześladowań, stając się wyznaniem wiary żydowskich męczenników.

6 Stefan Starzyński (1893-1943) — prezydent Warszawy (1934-1939). We wrześniu 1939 r. jako komisarz cywilny przy Dowództwie Obrony Warszawy zasłynął przemówieniami radiowymi podnoszącymi na duchu mieszkańców stolicy. Jego ostatnie wystąpienie radiowe (23 września) zaczynało się od słów: „Chciałem, by Warszawa była wielka. Ja i moi współpracownicy kreśliliśmy plany wielkiej Warszawy przyszłości. I Warszawa jest wielka. Prędzej to nastąpiło, niż przypuszczaliśmy. I choć tam, gdzie miały być parki, dziś są barykady, choć płoną nasze biblioteki, choć palą się szpitale, Warszawa broniąca honoru Polski jest dziś u szczytu swej wielkości i sławy!”.

7 Wilek — Wolf Pachter, starszy brat Mietka (ur. 16 lutego 1922 r.).

8 OPL — Obrona Przeciwlotnicza. W jej ramach działały ośrodki Obrony Przeciwlotniczej — jednostki wojskowe, których pododdziały broniły Warszawy przed nalotami Niemców (czynna OPL), natomiast mieszkańcy miasta byli zorganizowani w ramach biernej OPL, mającej za zadanie gasić wybuchające pożary, udzielać w miarę możliwości pierwszej pomocy rannym etc.

9 3 września Anglia i Francja wypowiedziały wojnę Trzeciej Rzeszy, co wzbudziło w Warszawie entuzjazm. Za tym gestem nie poszły jednak żadne działania militarne, co wywołało z kolei ogromne rozczarowanie.

10 Chodzi o pogrom Żydów w hitlerowskich Niemczech, dokonany w nocy z 9 na 10 listopada 1938 r. Ulice niemieckich miast zostały zasypane odłamkami szkła i kryształów ze zniszczonych żydowskich mieszkań i sklepów, stąd nazwa pogromu — „noc kryształowa”

11 Pretekstem do pogromu „nocy kryształowej” stało się zamordowanie w Paryżu sekretarza ambasady niemieckiej Ernsta vom Ratha przez Herszela Grynszpana. Rodzina Grynszpana została deportowana z Trzeciej Rzeszy pod koniec października 1938 r. wraz z 17 tys. Żydów mających polskie paszporty. Większość z nich znalazła się w obozie przejściowym w Zbąszyniu. Mieszkający od 1936 r. w Paryżu Herszel Grynszpan na wieść o losach rodziny w akcie odwetu 7 listopada 1938 r. zastrzelił vom Ratha.

12 Na ul. Kopińską 8.

13Bist du mein Kamerad? (niem.) — Czy jesteś moim kolegą?

14Schandeband (niem.) — opaska hańby. 30 listopada 1939 r. ogłoszono w Warszawie zarządzenie szefa dystryktu warszawskiego Ludwiga Fischera o obowiązku noszenia od 1 grudnia białych opasek z niebieską gwiazdą Dawida przez wszystkich Żydów powyżej 12. roku życia.

15Jude (niem.) — Żyd.

16 „Dom Akademicki”, właśc. Dom Studencki Politechniki Warszawskiej „Akademik”, wybudowany w latach dwudziestych XX w. przy ul. Akademickiej 5, w południowej pierzei pl. Narutowicza. W czasie okupacji znajdowała się tam siedziba niemieckiej Policji Porządkowej (Ordnungspolizei, Orpo), konnej Schutzpolitzei oraz żandarmerii.

17 Obowiązek pracy dla Żydów w wieku od 14 (później od 12) do 60 lat Niemcy wprowadzili już w październiku 1939 r. Początkowo chaotyczne łapanki do prac porządkowych na terenie miasta zostały uregulowane, gdy Judenrat utworzył Batalion Pracy. Każdy podlegający obowiązkowi pracy przymusowej Żyd musiał wówczas dwa razy w tygodniu stawiać się do wyznaczonych zadań, co odnotowywano w jego „książeczce pracy”. Taki system umożliwiał wynajmowanie płatnych zastępców.

18 Autor tłumaczy dalej (s. 225), że „zeks” to hasło, którym ostrzegano się wzajemnie o zbliżającym się niebezpieczeństwie. W Słowniku języka polskiego Witolda Doroszewskiego jako frazeologizm z języka złodziejskiego stać na zeksie — „stać na czatach”.

19 Właśc. Paluch, obecnie osiedle w dzielnicy Włochy w Warszawie. Od 1935 r. była to część lotniska na Okęciu, znajdowała się tam m.in. wytwórnia płatowców i samolotów oraz osiedle dla pracowników PZL Okęcie. W czasie okupacji na Paluchu stacjonowali niemieccy lotnicy oraz Wehrmacht.

20 Franciszek Fuchs był założycielem (w 1829 r.) pierwszej warszawskiej fabryki cukrów i czekolady, pod nazwą „Dom Handlowo-Przemysłowy Franciszek Fuchs i S-ka”, która istniała do 1947 r. i została upaństwowiona jako Zakłady Syrena. Budynki fabryki na Powiślu (wybudowane w 1912 r.) przy ul. Topiel 11/Drewnianej 12 rozebrano w 2006 r.

II. Ghetto

II

GHETTO

Piszę to obecnie w 6 lat po utworzeniu tego nieszczęścia ludzkiego, jednak dreszcze mnie przechodzą na to samo wspomnienie. Na widok tych 6-ciu liter któż potrafi opisać, ile rozpaczy, tragedii, nieszczęść i kataklizmu to słowo zawiera, ile ofiar pochłonęło? Nie! Nikt tego nie zdoła opisać, żaden pisarz tego nie podoła, jeśli nawet to przeżył. Wyobrazić sobie zamieszkaną klatkę, do której wpuścili, właściwie wpakowali tyle ludzi, że ledwie można było się poruszyć. Żywności dali celowo tyle, by było jak najwięcej ofiar. I temu nie można znaleźć przykładu, bo nie ma podobnej do tego rzeczy, która by mogła służyć jako wzór. Chociaż można pomyśleć, że KZ1 był coś gorszego, tak, może poniekąd tak, ale do ghetta sprowadzono przecież ludzi od razu z normalnych warunków. Zresztą nie będę starał się porównywać, bo tego nie podołam. Zostawię więc to i pójdę do dalszego opisu.

Było to podczas świąt Jom Kipur2, pierwszy raz w życiu pościłem cały dzień. Wieczorem po całym dniu modlitwy idziemy na posiłek, gdy ktoś przynosi nam gazetę, w której niewinnie piszą, że stwarzają dzielnicę Żydów. Tak więc nieszczęścia już się rozpoczynają, trudno, już teraz powrotu nie ma, trzeba poddać się losowi. Zaczynamy studiować plan „dzielnicy”, termin jest kilkutygodniowy3. Zaczyna się uganianie za mieszkaniem do zamiany, gdyż można było zamieniać dowolnie mieszkania z Polakami zamieszkałymi w obrębie ghetta. Lecz liczba Polaków zamieszkujących w obrębie ghetta była znikoma, natomiast ilość Żydów zamieszkujących poza granicami ghetta była kilkakrotnie większa4. Tak więc nad Warszawą zawisł wielki harpun tragedii i zniszczenia. Tą przewagę strategiczną Polacy wykorzystywali w pełnym słowa znaczeniu. Za piękne mieszkanie kilkupokojowe można było osiągnąć skromne mieszkanko w postaci jednego pokoiku, gdyż były to najbrudniejsze okolice Warszawy.

Myśmy zamienili nasze mieszkanie na jeden skromny pokoik, dopłacając 2 tys. złotych. Pokój mieścił się na ul. Prostej 34. Wąska, brudna ulica, gdzie brud i smród panował bezkonkurencyjnie. Przeprowadzka pochłonęła znaczną sumę pieniędzy, gdyż z powodu tak dużej ilości przeprowadzek platformy były strasznie drogie. Ci też wiedzieli, że mają świetną okazję. Myśmy musieli wynająć cztery platformy do przewózki gratów i węgla. Gdy się na miejscu wyładowało meble, przez nieostrożność zostało zbite duże lustro z naszej szafy. Jak wiadomo, oznacza to nieszczęście. Mamusia była zrozpaczona, od razu powiedziała, że będziemy mieli jakieś nieszczęście. Nieszczęście to nie dało na siebie długo czekać, gdy tylko urządziliśmy się, tzn. że lwia część mebli spoczęła w piwnicy, nadszedł nowy plan ghetta, który nas wykluczał5.

Ileż nas kosztowało, nim nakłoniliśmy ich do ponownego zamienienia mieszkania, gdyż to mieszkanie to by w ogóle nie można było zamienić. Zapłaciliśmy za ich i naszą przeprowadzkę, a dopłata w postaci 2 tys. w nagrodę, i tak powróciliśmy na stare śmiecie. Zaczęły się ponownie poszukiwania, które trwały od świtu do nocy, po wielu trudach nareszcie znowu zdobyliśmy pokoik na Nowolipkach 103, i tak po raz trzeci trzeba było znowu ładować na wozy i przewozić. I tu po kilku dniach urządziliśmy się nareszcie w jednym pokoiku, który miał służyć za jadalnię, sypialnię i kuchnię — salonu już nie liczę. Chociaż meble spoczywały w komórce, jednak byliśmy prawie zadowoleni, byleby nareszcie już mieć spokój z przeprowadzkami.

Niestety, pech chciał, że i tym razem już dwa dni przed zamknięciem ghetta ponownie wyłączali ostatnie trzy domy na tym końcu ulicy i pech chciał, że nasz dom też należał do tego. Można sobie wyobrazić naszą rozpacz z tego powodu. Rodzice byli kompletnie zrezygnowani z tego powodu, bo cóż teraz poczniemy w ciągu dwóch dni, to mieszkanie było niemożliwe zamienić. Mamusia w ciągu ostatnich dwóch tygodni osiwiała. Jej dawniej czarne krucze włosy zostały obecnie zbielone. Gdy przypominam sobie, co rodzice się nacierpieli z tego powodu, oto mamy jeszcze jeden dzień, jutro zamykają ghetto, cóż poczniemy? Dokąd się udać? I ten dzień mija, ghetto jest zamknięte, my z dobytkiem jesteśmy poza granicami. Jednak los się zmiłował nad nami, bo w tym właśnie dniu udało się znaleźć Polaka, który jeszcze mieszkał w ghecie, jemu się nie spieszyło, gdyż Polakom jeszcze wolno było mieszkać w ghecie tak długo, aż będą mieli mieszkania. Ale cóż pieniądze nie uczynią. Oto i tym razem kupiliśmy mieszkanie i trzeba było dużo trików, by to wszystko przeprowadzić. Wszystko przeszło szczęśliwie bez żadnych komplikacji i mieszkamy nareszcie na Chłodnej 436.

Część rzeczy z mebli zostawiliśmy na Nowolipkach, już mieliśmy po uszy te graty, widzieliśmy przecież, że nie brakowało dużo, abyśmy niczego nie mieli. Jednak już tak się baliśmy, że coś może się znowu przekręcić i będziemy mieli jeszcze do czynienia z wozami i mieszkaniami. Nasz dom był ostatni przy wasze, ghetto jest zamknięte. Polakom wolno wchodzić do ghetta, Żydom nie wolno wyjść.

Zaczęliśmy więc aklimatyzować się w tym mieszkaniu. W piwnicy mieliśmy trzy tony węgla i duży zapas żywności, tak więc żyliśmy z dnia na dzień, nie martwiąc się o jutro, czekając tylko, by wojna jakoś się skończyła. Ale Niemcy postanowili zagęścić jeszcze ghetto, i z wszystkich miasteczek w promieniu około 50-ciu km wszyscy musieli się wyprowadzić do ghetta. Mijały dnie, tygodnie, miesiące, a niekończące się nigdy karawany ludzi jadących na wozach stale przybywały do ghetta7.

Ludzie ci, siedząc na miejscu, mieli wszystko, gdy tylko wypędzili ich z tego miejsca, byli zrujnowani. Ludzie ci byli godni pożałowania. Przy wjeździe do ghetta rewidowali ich wozy lub też kazali, by wóz został poza ghettem, a rzeczy mieli przenieść przez wachę. W takim wypadku niemcy mieli lekką przeprawę z rewidowaniem i konfiskatą. Ludzie ci, którzy kto mógł sobie pozwolić, przywozili całe worki żywności, a niemcy najczęściej zabierali im te, tym samym zabierali im możność do życia, ale niemcy mieli przecież wytyczony cel, w którym byli nieubłagani.

Administracja w ghecie była w opłakanym stanie. Wydział mieszkaniowy, mający i tak mało mieszkań do wydzielania, był jeszcze w gorszym stanie, urzędnicy rozmawiali tylko z tymi, co smarowali, ci jeszcze mieli nadzieję uzyskania dachu nad głową. Tak więc biedota rosła, ludzie nie mający ani rodziny, ani też pieniędzy popadali w biedotę skrajną od pierwszego dnia pobytu w ghecie. Któż im mógł pomóc, ludzie przerażeni tymi strasznymi nieszczęściami, które spadły na nich, stali się tak egoistycznymi, że brak słów do określenia tego. Ale nie można było przecież ludzi zostawić na ulicy, zrobiono więc punkty8, tzn. że kina i wszelkie inne wolne lokale zamieniono na schroniska dla tych bezdomnych ludzi. Ludzie ci formalnie umierali z głodu, organizmy ich, nie mające minimalnej ilości pożywienia, nie były odporne na żadne choroby, przez co z brudu, który panował tam, wybuchły choroby skórne, a po pewnym czasie też tyfus. Ten dziesiątkował ludzi, zaczęły się masowe zamykania ulic lub bloków, biorąc ludzi na kwarantannę. Nad wejściem do ghetta były wywieszone tabliczki z napisami, że teren jest zarażony typhusem. Któż tym mordercom udowodni, że gdyby nie ghetto i te fatalne warunki, na pewno by nie było tych chorób. Jednak stało się, ich postanowienie o zniszczeniu nas było już dawno postanowione, myśmy tylko łudzili się...

Zostały zorganizowane komitety w każdym bloku, które miały w zakresie swej działalności [nieść] pomoc biednym i utrzymywać poziom kulturalny, jak również czystość w domu9. Pomoc biednym z punktów polegała na tym, że dwa razy tygodniowo miano z każdego mieszkania podać garnek zupy, która miała być ugotowana według wskazówek komitetu, a następnie zlewano do wspólnego kotła10. Kilka razy i ja byłem między tymi, którzy nosili kotły do punktów, nasz blok nosił do punktu mieszczącego się na Grzybowskiej — [w] dawniejszej szkole. Nigdy nie zapomnę tego uczucia, gdy weszliśmy z kotłem. Łóżek nie było, na ziemi leżały sienniki, każdy człowiek miał tylko taką przestrzeń, ile potrzebował, by uleżeć na jednym boku. Ci nieszczęśnicy na widok nas rzucili się w ogonku, dzieci stały z garnkami i czekały na trochę zupy. Spytałem się małej dziewczynki, czy bardzo głodna jest — tak — odpowiedziała ze smutkiem w oczach — jeszcze dziś niczego nie jedliśmy. Była 7-ma wieczór, ludzie ci mieli zaspokoić tą zupą głód całego dnia. Byłem tak wstrząśnięty tym, że wyszedłem złamany zupełnie. Cóż można było więcej uczynić dla nich? Właściwie można było dużo uczynić, ale tylko przy wspólnej dobrej woli, przy wysiłku maksymalnym wszystkich bez wyjątku. Ale jednostki mało mogli uczynić i ci, czyniąc nawet ponad maksimum, też nie mogli zamienić tą straszną nędzę tą znikomą siłą.

Dobre chęci ginęły w morzu nieszczęść nieopisanych. Moi rodzice zapraszali całą rodzinę, którzy przed wojną spływali w zbytku, dziś nie mieli najmniejszych możności do życia. Był aplikantem, cóż mógł robić? Nie przyszło tak łatwo codziennie zapraszać na obiady i kolacje tych ludzi. Trzeba było codziennie szukać innej kombinacji, by się nie czuli urażeni naszymi zaprosinami, gdyż ludzie ci woleli umierać cicho, byleby nikt nie wiedział. Czyniliśmy ponad maksimum.

Komitet urządzał kilka razy w tygodniu zebrania młodzieży, by utrzymać ich niwo kulturalne, często nawet jakieś przyjęcia za opłatą, która następnie szła na cel pomocy biednym.

W ghecie były zorganizowane placówki pracy, ludzie ci, nie chcąc umierać najstraszniejszą śmiercią głodową, szli pracować dla niemców i każdy sobie jakoś radził, każdy szukał sobie jakiegoś sposobu i możności bytu. Nagle zaczęły się łapanki do obozów11, z początku brali tylko tych, co gmina wyznaczyła, tzn. wysyłając im karty stawienia się, następnie dopiero gdy okazało się, że ludzie ci nie stawiają się, urządzano łapanki w nocy. Czyniła to policja żydowska sama lub też do spółki z niemcami.

Zaznaczyłem już, że dom nasz był ostatni w ghecie, w podwórzu był płot dzielący nasze podwórze od podwórza z aryjskiej strony. My mieszkaliśmy na półpiętrze i z naszego okna można było b[ardzo] lekko dostać się na drugie podwórze, czyli aryjskie. Tą strategię używaliśmy do ucieczki przed łapankami, bo ostatnio już nie szukano specjalnie tych, którzy nie stawili się, lecz kogo złapali nie mającego zaświadczenia, że pracuje u niemców, tego brali. W tym celu była zorganizowana nocna warta, która miała zrobić alarm w podwórzu w razie dobijania się do bramy. My wszyscy, którzy mogliśmy podlegać temu, spaliśmy w ubraniach i przy pierwszym alarmie od razu każdy krył się, gdzie tylko mógł. My przeskakiwaliśmy na aryjską stronę (a gdyby tam nas złapano, to byśmy wpadli z deszczu pod rynnę). Po alarmie wracaliśmy znowu na dalszy ciąg spania, bo często przychodzili po raz drugi lub też trzeci. Zabawa też nie należała do przyjemności, to mogę ze spokojnym sumieniem zatwierdzić, ale też ulec było za duże ryzyko. Jakie było wyjście? Chodzić gdzieś do pracy dla niemców, ale panika utworzyła zaraz koniunkturę dla „blokowych grupowych” — przedstawicieli kolumn pracy, wyprowadzających ludzi do pracy. Jednak gdy jest potrzeba, to nie można się liczyć z niczym.

Udaliśmy się więc na poszukiwanie pracy. Zbiorowy punkt był na placu — nazwy zapomniałem12 — tu słyszymy, że potrzebni są ludzie, bo chcą powiększyć placówkę. Jest to okazja niebywała, a nawet za forsę, też trzeba było wiedzieć gdzie i co, a tych wiadomości myśmy nie mieli, trzeba więc szukać, tak też czyniliśmy. Mając taką okazję, byliśmy radzi, zgłosiliśmy się z zamiarem stwierdzenia, czy to nie będzie zbyt ciężka praca. Tak więc puściliśmy się — ja z Wilkiem (starszym bratem). Młodszy Sewek jeszcze nie podlegał temu, a ojciec krył się jako prezes komitetu13. Dostaliśmy się więc na Langiewicza, na Pradze, gdzie była wielka bocznica niemiecka, tu były największe magazyny prasowanego siana i słomy dla wojska. W tym dniu nadeszło 36 wagonów, które trzeba było wyładować i układać w 3 olbrzymie piramidy. Do obiadu praca szła dość ciężko, ale jeszcze do wytrzymania. Ręce nasze, nieprzyzwyczajone do pracy, były pokrwawione, ale czekały nas lepsze niespodzianki. O godz. 14-tej lokomotywa wtoczyła jeszcze 36 wagonów. Przychodzi olbrzymi szkop i mówi, żebyśmy się pospieszyli, bo tak nie wrócimy szybciej, nim będzie wszystko wyładowane i ułożone. Bele słomy i siana trzeba było nosić może 400 m i następnie podać je dwóm chłopcom, którzy z kolei podawali je innym stojącym wyżej itd., aż belka została umieszczona najwyżej. Ogarnęło nami rozgoryczenie: głodni, zmęczenie zbijało nas z nóg, szliśmy jak pijani. Belki te ważyły 40-60 kg, zdawały się teraz dziesięciokrotnie cięższe. Do pracy zabraliśmy — ja z bratem — tyle, ile w domu w ciągu dwóch dni byśmy zjeść nie mogli, ale nie liczyliśmy, że apetyty nasze tak się spotęgują i że będziemy pracowali tak długo. Zaczęliśmy się buntować, nikt już nie pracował, gdyż pracę mieliśmy skończyć o godz. 16-tej, a była już 20-ta, ale niemcy nie przejęli się tym, [z]jawiło się około setki z nagajami, które zaczęły się sypać na nasze plecy. Z początku zaczęliśmy pod wpływem tego „kefiru” pracować z energią, ale nie trwało to długo.

Znowu nasze siły były wyczerpane, już teraz nie baliśmy się bicia. Ja z bratem umówiłem się, by jeden drugiego schował pod jakimiś balami, i w pół godziny zmieniliśmy się. Tak też czyniliśmy, gdy ja odpoczęłem, to mój brat udawał się na miejsce skrytki i ja objąłem pieczę, by w razie niebezpieczeństwa miałem dać umówiony znak, a w razie „fajrantu” również dać znać. Do godz. i-ej w nocy chodziliśmy jak upiory i ciągnęliśmy te nieszczęsne bele. Nareszcie skończyła się ta nadludzka męczarnia, kazali się nam ustawić i na prośby nasze podali nam auta, które miały nas odwieźć na wyznaczone punkta. Ja z bratem wysiedliśmy przy Chłodnej na Żelaznej, czyli nie mieliśmy daleko chodzić, jednak trzeba było dużo wysiłku, by nie wpaść w ręce policji14, która robiła blokady w całym ghecie, jeszcze jedno wielkie niebezpieczeństwo trzeba było minąć.

Otóż nasz dom był końcowym na tej ulicy, a niemiec stał tuż za naszym domem i wiedzieliśmy, że może nas uratować tylko „trik”. Otóż decyzja zapadła, postanowiliśmy śmiało przejść ten odcinek i jak najgłośniej stukać „kopytami”, tak też uczyniliśmy, co nam się zresztą nadzwyczajnie udało, gdyż niemcy to naiwny naród i bardzo lekko uda się ich wykiwać. Gdy tylko stanęliśmy przy bramie, od razu się automatycznie otworzyła, gdyż ojciec, sądząc, że nam się coś złego przytrafiło, stanął w bramie i czekał, by w części chociaż uspokoić swoje nerwy, mamusia zaś siedziała w mieszkaniu i płakała, tak samo młodszy braciszek siedział, ubolewając nad naszym nieszczęściem. Łatwo sobie wyobrazić ich radość, gdy o godz. drugiej w nocy wkroczyliśmy do mieszkania. Byliśmy więc znowu szczęśliwi w naszym drogim kółku rodzinnym. Umyliśmy się z wszystkich naszych grzechów i położyliśmy się spać. Sen mieliśmy kamienny.

Rano zrobiliśmy naradę wojenną, cóż dalej uczynić? Decyzja zapadła, [by] udać się do niejakiego Krzewina15 i zapłacić mu, ile tylko będzie chciał, byle nas przyjął do pracy, bo nie możemy żyć dłużej w tej okropnej niepewności. Rzecz niby to prosta, ale sporo przeszkód było do zwalczenia, nareszcie udało się nam dostać do tej pracy, ale trzeba było jeszcze dwa dobre tygodnie dobrze się pilnować, gdyż tyle trwało, nim się dostało potrzebny świstek. Okres ten przeszedł bez poważniejszych przygód.

Jesteśmy na placówce TWL — „Towarzystwo Wykończenia Ludzi”16. Praca była zależna od sezonu i dnia, była to największa bocznica, w której były wszelkie zapasy żywnościowe dla wojska. Nawet gdy wypadało ciężko pracować, też byliśmy prawie zadowoleni, bo przecież po pracy idziemy do domu i mamy czystą pościel, a najważniejsze, że jesteśmy razem z rodzicami, to dużo znaczyło. Już wtedy wiedzieliśmy, co to znaczy, i umieliśmy dokładnie ocenić to.

Pewnego dnia z naszej kolumny zostało wybranych 10 osób, ja między nimi, dokąd, nie wiedzieliśmy. Jednak jak jesteśmy wybrani, to trzeba iść. Wsiadamy do dużego auta i jedziemy. Podróż ta była dla mnie atrakcją, bo siedząc tak długo w tym okropnym ghecie, byłem szczęśliwy, że mogę jeszcze ujrzeć pola, lasy, jeziora, w ogóle cuda natury. Byłem szczęśliwy, zdawało mi się, że jestem z dala od cierpień ludzkich, że już w ogóle nie zobaczę tych znienawidzonych oprawców naszych, nie starałem się nawet pomyśleć, dokąd jedziemy. Tak, odpowiedzieli mi, powiedział im Krzewin, że jedziemy do Białobrzegów, by przywieźć materiał budowlany z tartaku. Jestem znów spokojny, przyglądam się wszystkiemu, co mijamy w drodze. Widzę dużo ludzi z ghetta idących z zasłoniętymi twarzami, ludzie ci, widząc, że w ghecie i tak długo nie pociągną, puścili się w drogę, nie ryzykowali niczym, bo cóż może być gorszego od śmierci głodowej. Nie, [nic] gorszego nie można znaleźć, więc ludzie ci, puszczając się w drogę, mieli tylko wygrane, nawet w wypadku jeśli złapią ich i zamordują w najgorszy sposób. Szli więc bez celu i prosząc, gdzie można było, o kawałek chleba. Ludzie ci nigdy nie sądzili, że będą jeszcze wyciągali rękę po kawałek chleba. Gorzej było z innymi, którzy tego nie potrafili, ci umierali cicho, solidaryzując się do ostatniej chwili ze swoim sumieniem. Nie znaczy to, że ci, co zdobyli się na wyciągnięcie ręki, nie mieli sumienia, lecz że głód przewalczył w nich ambicję, a trzeba wiedzieć, że głód łamie żelazo nawet.