Umarł mi. Notatnik żałoby - Inga Iwasiów - ebook
Opis

"Napisałam tę książkę w ciągu paru miesięcy po śmieci ojca. Ma rytm braku i rozpaczy. Nie pisałam autoterapeutycznie, ale tym bardziej nie po to, by przerobić doświadczenie w literaturę. Pisałam, bo nie mogłam robić nic innego. Oczywiście, wykonywałam codzienne czynności i ich niezbędność stała się jednym ze składników narracji: dorośli rozpaczają po wykonaniu obowiązków. Pocieszałam się obrazem taty, który zatelefonowałby do mnie zaraz po lekturze. To straszne pocieszenie, ponieważ miałby pochwalić mnie za opis swojej własnej śmierci". Inga Iwasiów

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 132

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Inga Iwa­siów

Umarł mi. No­tat­nik ża­ło­by

Wszel­kie po­wie­la­nie lub wy­ko­rzy­sta­nie ni­niej­sze­go pli­ku elek­tro­nicz­ne­go inne niż jed­no­ra­zo­we po­bra­nie w za­kre­sie wła­sne­go użyt­ku sta­no­wi na­ru­sze­nie praw au­tor­skich i pod­le­ga od­po­wie­dzial­no­ści cy­wil­nej oraz kar­nej.

Pro­jekt okład­ki AGNIESZ­KA PA­SIER­SKA / PRA­COW­NIA PA­PIE­RÓW­KAFo­to­gra­fia na okład­ce © by SE­RE­NA TRE­RE / FLICKR / GET­TY IMA­GES / FPMPro­jekt ty­po­gra­ficz­ny RO­BERT OLEŚ / D2D.PL

Co­py­ri­ght © by INGA IWA­SIÓW, 2013

Re­dak­cja MAG­DA­LE­NA BU­DZIŃ­SKAKo­rek­ty AGA­TA CZER­WIŃ­SKA / D2D.PL, KA­MI­LA ZIM­NIC­KA / D2D.PLRe­dak­cja tech­nicz­na i skład RO­BERT OLEŚ / D2D.PL

ISBN 978-83-7536-674-7

Skład wer­sji elek­tro­nicz­nej: MI­CHAŁ LA­TU­SEK / VIR­TU­ALO SP. Z O.O.

Gala

Ten te­le­fon ode­bra­łam w po­ko­ju ho­te­lo­wym. Było go­rą­co, za­po­wia­da­no bu­rzę, któ­ra nie­dłu­go po­tem na chwi­lę spa­ra­li­żo­wa­ła mia­sto. Eks­tre­mal­na tem­pe­ra­tu­ra cza­sem koń­czy się czymś nie­ocze­ki­wa­nym, ana­li­zo­wa­nym wszech­stron­nie przez ca­ło­do­bo­we sta­cje te­le­wi­zyj­ne, kie­dy in­dziej prze­cho­dzi w sta­ny umiar­ko­wa­ne. Zdą­ży­łam przed desz­czem pójść na dwo­rzec, po dro­dze za­re­je­stro­wa­łam ką­tem oka bu­dy­nek Pol­skich Li­nii Oce­anicz­nych, w któ­rym kie­dyś by­łam. Owszem, li­cze­nie wspo­mnień w dzie­siąt­kach lat upra­wiam przy­najm­niej od lat dzie­się­ciu, jed­nak cie­nie czar­nych dziur tam, gdzie znaj­do­wać po­win­nam kon­kret­ne ob­ra­zy, ob­ser­wu­ję od nie­daw­na. Ku­po­wa­łam w Or­bi­sie bi­le­ty ko­le­jo­we? Re­zer­wo­wa­łam miej­sce na pro­mie do Szwe­cji? Od­wie­dza­łam ko­goś w głów­nym biu­rze i tyl­ko po dro­dze rzu­ci­łam okiem na ko­lej­kę przed kon­tu­arem, cie­sząc się, że ni­cze­go stam­tąd nie po­trze­bu­ję?

Dwo­rzec do­pie­ro co od­da­ny do użyt­ku po re­no­wa­cji, w ostat­niej chwi­li przed Euro 2012; bu­dy­nek PLO cały za­nu­rzo­ny w mi­nio­nym, po­sza­rza­łym prze­py­chu. Coś gdzieś kie­dyś było. Kie­dy in­dziej za­chwy­ca­ła­bym się i sta­ran­no­ścią prze­bu­do­wy, i śla­da­mi cza­su. Tym ra­zem, tam­te­go dnia, ku­pi­łam bi­let do tych, któ­rzy tym­cza­sem tkwi­li w pa­ra­li­żu po so­bot­nich go­dzi­nach mię­dzy dzie­wią­tą a je­de­na­stą, peł­nych nie­do­wie­rza­nia, gro­zy, dzia­ła­nia, te­le­fo­nów, in­for­mo­wa­nia po­zo­sta­łych, or­ga­ni­zo­wa­nia wy­stę­pu temu, któ­ry już nic nie zro­bi, ale nie jest obo­jęt­ne, jak wy­pad­nie. Na szczę­ście mie­li do pod­ję­cia de­cy­zje: kogo za­wia­do­mić, co za­mó­wić, w któ­rym po­ko­ju usiąść. Z całą resz­tą ja­koś chcąc nie chcąc, cze­ka­li na mnie. Przede wszyst­kim z ra­por­tem z ostat­nich chwil i z roz­pa­czą. Ra­port i roz­pacz będą przez ko­lej­ne mie­sią­ce wcho­dzić w ko­lej­ne fazy, ale ja po­zo­sta­nę naj­lep­szą słu­chacz­ką. Go­dzę się z tym, bio­rę rolę. Je­stem je­dy­nacz­ką, komu więc mat­ka mia­ła­by opo­wia­dać o na­szej stra­cie? Kto miał­by cier­pieć z po­wo­du nie­moż­no­ści jej prze­bo­le­nia – z nią, nad nią, rów­no­le­gle, za sie­bie? Przede wszyst­kim zaś – za nie­go, bo sko­ro umarł, mu­szę jesz­cze bar­dziej mieć go w so­bie. Na ra­zie trud­no prze­glą­dać ro­dzin­ne fo­to­gra­fie, utrwa­lo­ne na nich ży­cie boli, choć gdy za­my­ka się mi­gaw­ka, nie po­zu­je­my do tra­ge­dii, ra­czej do ła­god­nych sen­ty­men­tów, prze­chwa­łek, śmie­chu, żar­tu, świę­ta i co­dzien­no­ści.

Sto­ję na jed­nej no­dze w je­zio­rze, ude­ko­ro­wa­na wień­cem z li­lii wod­nych. Uśmie­cham się do taty. Przy­tu­lam mi­sia na Kru­pów­kach. Uśmie­cham się do taty. Po­pra­wiam ko­la­nów­ki na tle Wa­łów Chro­bre­go. Uśmie­cham się do taty. Przy­mie­rzam strój Chin­ki na przed­szkol­ny bal. Uśmie­cham się do taty. Pod­pi­su­ję akt ślu­bu. Uśmie­cham się do taty. Wy­cho­dzę ze szpi­ta­la z dziec­kiem na ręku. Uśmie­cham się do taty. Le­czę kaca w Wi­gi­lię. Uśmie­cham się do taty. Poza tym wie­le trud­nych do od­gad­nię­cia póz i sy­tu­acji. Bę­dzie jesz­cze o fo­to­gra­fiach, je­śli damy radę wziąć je do ręki, my wszy­scy za­an­ga­żo­wa­ni w tę hi­sto­rię.

Nie wiem, czy do­brze ro­bię. Nie lu­bię au­to­te­ma­tycz­nych wsta­wek, mam wra­że­nie, że za­stę­pu­ją opo­wieść, gdy przy­cho­dzi im­pas, za­ga­du­ją, za­pi­su­ją pust­kę. Były obo­wiąz­ko­we w cza­sach mo­ich stu­diów po­lo­ni­stycz­nych, ich obec­ność świad­czy­ła o wy­so­kim po­zio­mie tek­stu. Au­to­te­ma­tycz­ne au­to­ma­tycz­nie zna­czy­ło li­te­rac­kie. Same hi­sto­rie ce­ni­li­śmy mniej od ich szwów zo­sta­wio­nych na wierz­chu. Spe­cy­ficz­na moda: ko­żu­chy, swe­try i pro­za z zo­sta­wio­ną na wierz­chu fa­stry­gą, ze ście­giem na okręt­kę. Na au­to­bio­gra­fię nie je­stem go­to­wa, ale tym ra­zem nie mogę uda­wać, że pro­ces pi­sa­nia jest ode­rwa­ny ode mnie. Nie wiem, czy do­brze ro­bię, po­nie­waż nie wie­rzę w te­ra­pie, w żad­ne te­ra­pie poza ta­blet­ka­mi i sa­mo­kon­tro­lą, więc nie mogę tego pi­sa­nia uznać za le­kar­stwo.

W czerw­co­wy, go­rą­cy, ja­sny so­bot­ni po­ra­nek pi­sa­łam tekst o chi­cho­cie. Był pra­wie go­to­wy, to zna­czy kie­dy in­dziej uzna­ła­bym go za pra­wie go­to­wy, na­stęp­ne­go dnia wie­czo­rem po­pra­wi­ła­bym jesz­cze parę aka­pi­tów i wsta­wi­ła prze­cin­ki. Te­raz od razu wy­sła­łam go do re­dak­cji, w sta­nie su­ro­wym, upra­wia­jąc krzą­ta­ni­nę w szo­ku. Za­nim do­trze – wy­czy­ścić pole. Wy­słać, po­wie­dzieć or­ga­ni­za­to­rom fe­sti­wa­lu, że wy­jeż­dżam, spa­ko­wać wa­liz­kę. Oso­ba do­tknię­ta w ten spo­sób po­win­na po­zo­stać w miej­scu, krzy­czeć, za­sty­gnąć w bez­ru­chu, od­mó­wić przyj­mo­wa­nia po­kar­mów. Ktoś po­wi­nien po nią przyjść, za­jąć się ma­ila­mi, po­wia­do­mie­nia­mi i wa­liz­ką. Sa­mo­dziel­ność, sa­mo­wy­star­czal­ność. Ko­niecz­no­ści. Tak mi sie­bie żal, kie­dy my­ślę o tym. O wy­sy­ła­niu tek­stu, po­wia­da­mia­niu or­ga­ni­za­to­rów, pa­ko­wa­niu wa­liz­ki, ku­po­wa­niu bi­le­tu, od­da­wa­niu klu­cza, za­ma­wia­niu tak­sów­ki. Ja na fo­to­gra­fii nad wa­liz­ką. Uśmie­cham się w pu­sty ekran swo­je­go iPho­ne’a. Dla­cze­go nig­dy nie po­zwa­lam za­wa­lić się świa­tu?

Było par­no, wi­dok z dzie­wią­te­go pię­tra ho­te­lu Gdy­nia, naj­lep­szy ma­ry­ni­stycz­ny wi­dok w Pol­sce. Za go­dzi­nę mia­ła się za­cząć pró­ba gali Na­gro­dy Li­te­rac­kiej Gdy­nia. Mia­łam na niej wy­stą­pić w imie­niu nie­obec­nych au­to­ra i wy­daw­cy. Od rana ża­ło­wa­łam na­rzu­co­nej wy­mo­ga­mi trans­mi­sji prze­rwy w pięk­nym dniu, okre­śle­nie „pró­ba gali” skła­nia­ło do drwin, chcia­łam skoń­czyć pi­sa­nie tek­stu o chi­cho­cie i pójść na pla­żę. Wło­żyć na galę fi­ku­śną bluz­kę i nowe buty. De­ner­wo­wa­ła mnie nie­ocze­ki­wa­na pró­ba wie­czo­ru, wy­rwa w pięk­nym dniu. Pró­ba wej­ścia na an­te­nę nie­zno­szą­cą cha­osu. Usta­wia­nie spon­ta­nicz­nych prze­żyć, kie­dy wo­la­ło­by się le­żeć na pia­sku, stać przed lu­strem, sma­ko­wać po­wie­trze, wcho­dzić do knaj­pek na kawę, ob­ser­wo­wać uczniów pi­ją­cych wino po ode­bra­niu świa­dectw. W fil­mach ka­ta­stro­ficz­nych pierw­sze dwa­dzie­ścia mi­nut skła­da się z ta­kich szcze­gó­łów. Ktoś idzie do fry­zje­ra, ktoś przy­pa­la ja­jecz­ni­cę, ktoś wy­pro­wa­dza psa, ktoś się zło­ści z po­wo­du dro­bia­zgu. Oczy­wi­ście ktoś inny ma tym­cza­sem wiel­ki kon­flikt z kimś in­nym, roz­wią­zy­wa­ny w ostat­nich dwu­dzie­stu mi­nu­tach fil­mu.

Za­wsze tak jest: praw­dzi­wą wy­rwę robi nie­ocze­ki­wa­na wia­do­mość, zwy­kle te­le­fo­nicz­na. Zda­rze­nia mogą mieć róż­ne se­kwen­cje. Bo­ha­ter do­wia­du­je się o wy­pad­ku, o we­zwa­nym po­go­to­wiu, o dia­gno­zie. Ja od­bie­ram te­le­fon uf­nie, spo­dzie­wa­jąc się cze­goś ba­nal­ne­go. Na przy­kład po­twier­dze­nia go­dzi­ny po­wro­tu, py­ta­nia: „Co ro­bisz?”, „Ład­na po­go­da?”. Po ostrze­gaw­czym: „Je­steś w ho­te­lu? Sie­dzisz?”, my­ślę, boję się w nie­wła­ści­wą stro­nę. Wte­dy pada to zda­nie: „Oj­ciec nie żyje”.

Cze­piam się tego zda­nia, jak­by mia­ło pod­tekst, było pró­bą ge­ne­ral­ną, jak­by do­po­wie­dze­nie mo­gło je unie­waż­nić, cof­nąć, zmięk­czyć. Moje: „Jak to?”, „Nie­moż­li­we”, „Nie, nie”, „Jak mógł umrzeć?”, są za­ga­dy­wa­niem, proś­bą o uła­ska­wie­nie. Nie chcę tej wy­rwy w pięk­nym dniu i mam obo­wiąz­ki. Od razu my­ślę o tym, jak uda­ne były czte­ry mi­nio­ne doby. Do­war­to­ścio­wu­ję każ­dą mi­nu­tę, na któ­rą in­a­czej nie zwró­ci­ła­bym uwa­gi. Pro­me­na­da, słoń­ce, przy­pad­ko­we spo­tka­nia z in­ny­mi uczest­ni­ka­mi fe­sti­wa­lu, dłu­gie śnia­da­nia. Sa­mot­ność i by­cie z ludź­mi daw­ko­wa­ne w od­po­wied­nich pro­por­cjach. Pa­no­wa­nie nad rze­czy­wi­sto­ścią. Gład­kość świa­ta, otu­la­ją­ce­go mnie czymś mięk­kim, kar­mią­ce­go ja­kimś gi­gan­tycz­nym ti­ra­mi­su, szczo­dre­go. Wy­jąt­ko­wo do­bre dni, jesz­cze nie urlop, lecz śro­dek ka­ni­ku­ły. Na­resz­cie. Mam coś z ży­cia na­resz­cie.

Nie chcę tej wy­rwy. Boję się prze­rwać roz­mo­wę. Póki trwa, może coś się zmie­ni, od­sta­nie. Wiem, że po roz­łą­cze­niu zo­ba­czę lap­to­pa z nie­do­koń­czo­nym ar­ty­ku­łem, nie­ład obok wa­liz­ki, po­czu­ję od­le­głość sze­ściu go­dzin jaz­dy po­cią­giem, od­dzie­le­nie od nich tam, za­sty­głych w pu­stym na­gle miesz­ka­niu, w chwi­lę po tym gdy cia­ło ojca obcy lu­dzie wy­nio­są do win­dy.

Bo mój oj­ciec wła­śnie stał się cia­łem. Do wy­nie­sie­nia.

W pierw­szej chwi­li po­my­śla­łam, że coś złe­go sta­ło się mo­jej sy­no­wej. Po­przed­niej nocy za­te­le­fo­no­wał do mnie syn. W dro­dze ze szpi­ta­la, sprzed szpi­ta­la. Py­tał mnie o noc­ne au­to­bu­sy w War­sza­wie. Wie­dział, że nie mogę wie­dzieć. Nie znam roz­kła­dów jaz­dy w żad­nym mie­ście, tym bar­dziej w sto­li­cy. Pre­tek­sty mają za­sła­niać cel i po­wód ta­kich roz­mów. Cho­dzi w nich o opar­cie się na kimś. Jego żona mia­ła atak wy­rost­ka ro­bacz­ko­we­go. Od­wiózł ją na chi­rur­gię. Wy­szedł w noc, sie­dze­nie na szpi­tal­nym ko­ry­ta­rzu nie mia­ło sen­su. Po­sta­no­wił wró­cić rano z po­trzeb­ny­mi rze­cza­mi. Na­gle był na uli­cy tego mia­sta, któ­re wy­brał, ale któ­re ma dla nie­go za­gad­ko­we prze­bie­gi, choć­by li­nii au­to­bu­so­wych; stał przed szpi­ta­lem zu­peł­nie sam, zmie­rzał do miesz­ka­nia, któ­re od po­cząt­ku było jej i jego. Mu­siał się wy­stra­szyć, cho­ciaż nie jest stra­chli­wy.

Nie lu­bię ga­da­nia o od­ci­na­niu pę­po­wi­ny. Chcę, żeby w ta­kich chwi­lach moi sy­no­wie mo­gli dzwo­nić do mnie, żeby dzwo­ni­li. No, nie tak. Nie chcę dla nich ta­kich chwil, chęt­nie bym im wy­sła­ła ży­cie pu­chem. Jed­nak niech dzwo­nią.

Py­ta­nie „Je­steś w ho­te­lu?” za­brzmia­ło dal­szym cią­giem tej nocy. Nie zdą­ży­łam sfor­mu­ło­wać w my­ślach sen­sow­nej od­po­wie­dzi, obi­łam się o prze­ra­że­nie i ra­dość, bo mo­gło być tak, że coś źle albo że bar­dzo do­brze. Mu­siał być zwią­zek mię­dzy noc­nym i po­łu­dnio­wym te­le­fo­nem, w jed­nej do­bie nie miesz­czą się dwa wy­da­rze­nia za­krzy­wia­ją­ce cza­so­prze­strzeń. Nie zdą­ży­łam po­my­śleć w inną stro­nę, za­cząć prze­glą­dać in­nych moż­li­wo­ści. W ogó­le nie zdą­ży­łam w tej mgła­wi­cy prze­czuć za­pro­wa­dzić ja­kie­go­kol­wiek po­rząd­ku, kie­dy pa­dło zda­nie: „Oj­ciec nie żyje”. Pró­bo­wa­łam wo­bec tego przy­trzy­mać to zda­nie w po­wie­trzu, ści­ślej mó­wiąc – na łą­czu. Bez krop­ki, bez pu­en­ty, bez nie­odwo­łal­no­ści. Oczy­wi­ście nada­rem­nie, bo trze­ba było dać im tam, na miej­scu, spo­kój. Nie mie­li cza­su na uświa­da­mia­nie mi nie­wi­docz­ne­go z od­le­gło­ści sta­nu rze­czy. Wy­stra­szy­łam się tego, co bę­dzie, kie­dy od­zy­skam czu­cie, więc za­czę­łam pi­sać ma­ile, wy­sy­łać SMS-y, te­le­fo­no­wać. Po­tem wy­szłam na go­rą­cą uli­cę, w ośle­pia­ją­ce słoń­ce, po­szłam w stro­nę dwor­ca, żeby ku­pić bi­let z po­wro­tem, a wła­ści­wie do miej­sca, któ­re­go jesz­cze nie zna­łam, cho­ciaż pół­to­ra roku wcze­śniej umar­ła mi bab­cia. A dzie­sięć lat wcze­śniej ciot­ka, a pa­rę­na­ście lat temu dziad­ko­wie od stro­ny mat­ki. Po dro­dze kil­ko­ro przy­ja­ciół, zna­jo­mi, są­sie­dzi. Ktoś, kto mnie do­ty­kał, komu wy­da­wa­ło się, że mnie ko­cha. Na­wet nie umiem po­li­czyć kto kie­dy.

Moja mama mówi, że ta­kie śmier­ci bar­dziej nas do­ty­ka­ją, gdy je­ste­śmy star­sze, bo mia­ły­śmy wię­cej cza­su na przy­zwy­cza­je­nie się do ży­cia z bli­ski­mi. Ta myśl do­ty­czy śmier­ci ro­dzi­ców, dziad­ków i ko­chan­ków. Nie wiem, czy jest praw­dzi­wa. W przy­pad­ku śmier­ci dzie­ci spra­wa jest nie­oczy­wi­sta. Dzie­ci w wie­ku dzie­cię­cym i dzie­ci do­ro­słe. Prze­żyć wła­sne dziec­ko, tak się mówi, za­wie­sza­jąc głos, krę­cąc gło­wą, wstrzy­mu­jąc od­dech. Im młod­sze, tym dłu­żej bę­dzie trwa­ło owo „prze­żyć”, ale im star­sze, tym wię­cej ra­nią­cych wspo­mnień. Im młod­sze, tym wię­cej mamy sił na wy­rzu­ca­nie lo­so­wi nie­spra­wie­dli­wo­ści. Im star­sze, tym ła­twiej by­ło­by nam, star­szym, od­dać za nie wła­sne, ste­ra­ne ży­cie. Szko­da, że nie ma z kim do­bi­jać ta­kie­go tar­gu.

Wie­le za­le­ży od mi­ło­ści. Moim zda­niem wszyst­ko za­le­ży od mi­ło­ści.

W dro­dze po­wrot­nej z dwor­ca… do­kąd wra­ca­łam? Nie było po­wro­tu. Po­kój ho­te­lo­wy trwał w przed­cza­sie, w nie­win­nej epo­ce sprzed trzech go­dzin, wy­peł­nio­nej gład­ką przy­jem­no­ścią miejsc do wy­na­ję­cia, roz­mów o li­te­ra­tu­rze, niech­by naj­bar­dziej dra­ma­tycz­nej i au­to­bio­gra­ficz­nie wia­ry­god­nej, nie­chby po­st­trau­ma­tycz­nej, za­wsze jed­nak, tak czy owak, pa­pie­ro­wej, za­wsze pi­sa­nej ex post. W tym po­ko­ju przez lata mu­sia­ły się dziać róż­ne rze­czy, ucie­ka­no do nie­go z do­mów z be­to­nu, żeby upra­wiać wol­ną mi­łość, je­śli ko­goś było stać na taką eks­tra­wa­gan­cję. Poza tym przyj­mo­wał nud­nych go­ści w nud­nych de­le­ga­cjach. Ilu ode­bra­ło w nim wia­do­mo­ści o śmier­ci? Może ktoś za ścia­ną, obok, może ktoś na tym sa­mym pię­trze? Kto z go­ści od­szedł, mó­wiąc eu­fe­mi­stycz­nie? Bo po­tocz­nie: każ­dy. Po nocy, dwóch za­bie­ra­my swo­je wa­liz­ki.

No więc w dro­dze do ho­te­lu, do dusz­ne­go po­ko­ju, w któ­rym mu­sia­łam prze­cze­kać ko­lej­ne dwie go­dzi­ny, spo­tka­łam M. T. Szła w moim kie­run­ku uśmiech­nię­ta. Po­wie­dzia­łam jej, izo­lu­jąc się w ten spo­sób od uli­cy, od dnia, od tych czte­rech po­przed­nich dni i od wie­czo­ru, któ­ry ją cze­kał, któ­ry cze­kał na wszyst­kich in­nych, „Mój oj­ciec umarł”. Umia­ła za­mie­nić uśmiech w po­wa­gę, nie wy­glą­da­ła na ko­goś, kto wy­słu­chu­je nie­chcia­nych in­tym­no­ści. Przy­tu­li­ła mnie moc­no i za­py­ta­ła, czy chcę po­mo­cy. Nie pa­mię­tam sfor­mu­ło­wa­nia: czy mi trze­ba, czy po­trze­bu­ję, czy od­pro­wa­dzić mnie do­kądś? Zro­zu­mia­łam „czy chcę”. Ja­sne, że chcę. Każ­dy by chciał. Nie wia­do­mo, nie­ste­ty, jak po­móc, co moż­na by zro­bić. Wy­obra­zi­łam so­bie przez chwi­lę, że ona lub ktoś inny od­pro­wa­dza mnie na dwo­rzec, po­ma­ga nieść wa­liz­kę, ku­pu­je mi wodę. Przy­tu­la raz jesz­cze. Od­wo­łu­je swój udział w gali. Od­wo­łu­ją galę. Koń­czą przed cza­sem Euro. Nie mu­szę iść, nig­dy, do­ni­kąd, wszyst­ko ule­ga za­mro­że­niu. Uli­ca, za­to­ka, las, tory ko­le­jo­we. Upał prze­cho­dzi w mróz. Ona za­ga­du­je moją bez­rad­ność, prze­ko­nu­je, że dam radę. Do­ja­dę na miej­sce, włą­czę się w prze­mia­nę mo­je­go ojca w cia­ło ojca, pój­dę za trum­ną, a wresz­cie prze­sta­nie bo­leć, za­po­mnę, trze­ba żyć da­lej. Sil­na po­ku­sa. Nie chcę, nie chcia­łam po­mo­cy.

To przy­tu­le­nie na środ­ku Świę­to­jań­skiej ja­kieś pół go­dzi­ny przed ka­ta­stro­fal­ną bu­rzą, już po pró­bie gali, moc­ne, przy­trzy­ma­ne, za­pa­mię­tam na za­wsze. Wie­le osób zło­ży­ło mi wy­ra­zy współ­czu­cia, ści­ska­ło ręce, bra­ło mnie w ra­mio­na, pła­ka­ło ze mną. Były ne­kro­lo­gi, kwia­ty, obec­ność. Na po­grzeb przy­szło mnó­stwo lu­dzi. Asy­sto­wa­li mo­jej stra­cie, cho­ciaż cał­kiem wie­lu nig­dy nie wi­dzia­ło mo­je­go ojca. Tam też, na Cmen­ta­rzu Cen­tral­nym, nie mo­gli go zo­ba­czyć. Prze­pra­szam, mo­gli, na fo­to­gra­fii opar­tej o urnę. Bar­dzo uda­nej, choć tro­chę nie­ostrej. Gest z gdyń­skiej uli­cy za­pa­mię­tam nie dla­te­go, że był pierw­szy, lecz że, po­wie­dzia­ła­bym, po­wo­łał mnie do ży­cia w roli pół­sie­ro­ty. Był spon­ta­nicz­ny, sil­ny, wy­ko­na­ny na­tych­miast, gdy skoń­czy­łam wy­po­wia­dać zda­nie. Sztyw­ne cia­ło zwiot­cza­ło na mo­ment. Po­tem szłam, chwie­jąc się lek­ko, wi­dząc jesz­cze, że M. T. opo­wia­da po an­giel­sku swo­im ko­le­żan­kom o po­wo­dach na­szej pan­to­mi­my. Tłu­ma­czy z ge­stów na an­giel­ski. Wy­ja­śnia, jaki dra­mat prze­ciął im dro­gę pod­czas prze­chadz­ki. Sta­ły przez chwi­lę po­waż­ne, sama bym le­piej nie przy­sta­nę­ła przy czy­jejś śmier­ci i nie umia­ła­bym, na pew­no nie umia­ła­bym le­piej oka­zać współ­czu­cia. M. T. i dwie cu­dzo­ziem­ki pierw­sze zo­ba­czy­ły mnie osie­ro­co­ną.

W pierw­szych dniach, ty­go­dniach, na­wet po trzech mie­sią­cach, je­śli ko­goś spo­ty­ka­my rzad­ko, lu­dzie czu­ją się zo­bo­wią­za­ni za­py­tać o ża­ło­bę. I jak się trzy­ma­my. Nie wszy­scy. Nie­któ­rzy uwa­ża­ją, że nie wy­pa­da. Poza tym do­ro­śli mają obo­wią­zek upo­rać się ze smut­kiem, nie leźć in­nym w oczy z tym ka­ta­stro­ficz­nym, de­pre­syj­nym na­stro­jem. Ten obo­wią­zek bez­względ­nie do­ty­czy osób uwa­ża­nych za sil­ne. Od­no­szą­cych suk­ce­sy. Nor­mal­nych. Nie­bio­rą­cych zwol­nień z każ­dej oka­zji. Wy­ra­bia­ją­cych się. Zwol­nio­ne są z nie­go oso­by w per­ma­nent­nym, wi­docz­nym kry­zy­sie. Bu­dzą­ce li­tość. Roz­chwia­ne emo­cjo­nal­nie. Na roz­cią­gli­wej gra­ni­cy. Ta­kim oso­bom wol­no prze­cho­dzić za­ła­ma­nie ner­wo­we, więc na­wet pół roku, rok po stra­cie są cier­pli­wie py­ta­ne o uczu­cia. Trud­no, ta­kie już są, więc war­to im po­móc, żeby z ko­lei nie mu­sieć czy­tać ich ne­kro­lo­gu. Nie każ­de­mu przy­słu­gu­je rów­na por­cja spo­łecz­nej ża­ło­by. Trze­ba uznać ten fakt za na­tu­ral­ny. Gdy­by po­zwo­lić so­bie i in­nym na płacz, cią­gle sie­dzie­li­by­śmy za­la­ni łza­mi przy trum­nach, bo za­wsze ko­muś obok ktoś. Pas­ca­low­ska de­wo­cja, w wie­ku doj­rza­łym nie wol­no jej ujaw­niać. Po­dob­no i tak ży­je­my na men­tal­nych cmen­ta­rzach, mamy nie­do­bo­ry ra­do­ści, nie umie­my się śmiać, je­ste­śmy mar­ty­ro­lo­gicz­ni, de­fe­ty­stycz­ni i zbyt se­rio. Tak więc le­piej trzy­mać do­tknię­tych ża­ło­bą na dy­stans, ro­biąc ustęp­stwa w przy­pad­kach skraj­nych, gro­żą­cych ko­lej­ną śmier­cią, czy­li wte­dy, gdy ktoś na na­szych oczach to­nie, wpa­da w głę­bo­ki prze­rę­bel. Po­zo­sta­li, sor­ry, wi­dać oca­le­li, w koń­cu wszy­scy je­ste­śmy śmier­tel­ni, więc nie bę­dzie­my w kół­ko ga­dać o tej wsty­dli­wej przy­pa­dło­ści, jaką jest ostat­ni od­dech, stę­że­nie po­śmiert­ne, roz­pad, a zwłasz­cza roz­kład. Nie bę­dzie­my się wlec na cmen­ta­rze, roz­włó­czyć szcząt­ków po ka­wiar­niach, bez koń­ca wspo­mi­nać w miesz­ka­niach. Kie­dyś było wię­cej sfer, te­raz jest tyl­ko pry­wat­na i pu­blicz­na, sama o tym dużo na­pi­sa­łam. No więc sko­ro tak, prze­strze­gaj­my za­sad bez­pie­czeń­stwa emo­cjo­nal­ne­go poza do­mem. Płacz w domu, nie na­rzu­caj się ni­ko­mu. Krót­ko mó­wiąc: wciąż chęt­nie da­ła­bym się tak przy­tu­lać każ­de­mu spo­tka­ne­mu przy­ja­zne­mu czło­wie­ko­wi, bo nadal je­stem po­ra­żo­na ude­rze­niem śmier­ci, ale okres ochron­ny się skoń­czył i ża­den NFZ nie po­twier­dzi mo­je­go L4.

Tra­dy­cja no­sze­nia ża­ło­by mia­ła ten po­zy­tyw­ny efekt, że wy­wo­ły­wa­ła sza­cu­nek, wy­róż­nia­ła z tłu­mu. Oso­bie w ża­ło­bie nie ro­bi­my świństw, przy­najm­niej teo­re­tycz­nie, czar­ny strój, kre­pa, wstąż­ka mają od­po­wied­nik we fra­zie „po­grą­żo­na w ża­ło­bie”. Sko­ro po­grą­żo­na, trud­no spo­dzie­wać się po niej prze­cha­dzek po po­wierzch­ni i uczest­nic­twa w po­wsze­dnich utarcz­kach. Pi­szę o ża­łob­nych szat­kach w cza­sie prze­szłym jako o mar­twej tra­dy­cji, cho­ciaż wie­le osób ją kul­ty­wu­je. Nie wy­obra­żam so­bie tego w swo­im przy­pad­ku. Na po­grzeb ku­pi­łam czar­ną su­kien­kę, no­si­łam ją przez całe wa­ka­cje, ale nie róż­ni­ła się od ubrań, któ­re lu­bię. Praw­dę mó­wiąc, ku­pi­łam też czar­ny biu­sto­nosz, czar­ne majt­ki, czar­ne raj­sto­py. Zdą­ży­ły się już sprać od 5 lip­ca. Ob­ku­pi­łam się. Przez całe wa­ka­cje co rano pa­trzy­łam na sie­bie w lu­strze, my­śląc i o tym, że tata nie za­po­mniał­by tej su­kien­ki po­chwa­lić, zmar­twio­ny wpraw­dzie tro­chę jej ko­lo­rem. Ła­two dał­by się prze­ko­nać, że taka moda, że ma­te­riał wpa­da w sza­ry, nie­cięż­ka czerń, let­nia ciem­no­sza­rość.

Poza tym grze­szy­łam prze­ciw ża­ło­bie. Po śmier­ci bab­ci pro­wa­dzi­łam ze­bra­nie In­sty­tu­tu i po­je­cha­łam na kon­fe­ren­cję ze stu­den­ta­mi. Po śmier­ci taty nie za­po­mnia­łam o pod­pi­sa­niu do­ku­men­tów, po­szłam od­dać głos w prze­wo­dzie dok­tor­skim, żeby było kwo­rum. Oglą­da­łam ko­me­die. Czy­ta­łam li­te­ra­tu­rę ero­tycz­ną. By­łam też na wa­ka­cjach, na Wy­spach Ka­na­ryj­skich i w Gre­cji. Boże, by­łam też służ­bo­wo w Gre­ifswal­dzie i w Rzy­mie, zwie­dza­łam kra­je bał­tyc­kie. W cią­gu ostat­nich dwóch lat jeź­dzi­łam dużo, a w cią­gu ostat­nich czte­rech mie­się­cy je­stem w per­ma­nent­nej po­dró­ży. Po­dzi­wiam wi­do­ki, bro­dzę w cie­płej wo­dzie, we­ry­fi­ku­ję uwa­gi po­czy­nio­ne przez re­por­te­rów na te­mat oby­cza­jów mo­to­ry­za­cyj­nych lu­dów Eu­ro­py, przyj­mu­ję wy­myśl­ne po­kar­my, ob­ma­wiam bliź­nich, wy­gła­szam sar­ka­stycz­ne uwa­gi pod ad­re­sem po­li­ty­ków, cy­kam zdję­cia nad fi­li­żan­ka­mi kawy. Prze­pro­si­ła­bym za to, gdy­bym wie­dzia­ła kogo. My­ślę, że po­win­nam prze­pro­sić sie­bie, zli­to­wać się nad sobą. Nie mam już ani bab­ci, ani ojca. Za­so­by do­bro­ci, po któ­re mo­gła­bym się­gać, ule­gły uszczu­ple­niu. Kto wie, może są na wy­czer­pa­niu. Może nie ma z cze­go czer­pać, a ja na­iw­nie wma­wiam so­bie, że ja­kaś por­cja cze­ka w za­mra­żar­ce?

Tak, przy­ja­ciół­ka za­py­ta­ła, czy przy­je­chać. Mó­wi­ła do mnie po­wo­li, de­li­kat­nie do­bie­ra­jąc sło­wa. Wy­obra­zi­łam so­bie ten przy­jazd i za­raz zre­zy­gno­wa­łam z po­ku­sy. Mu­sia­łam wy­ru­szyć sama. Gdzie bym ją po­ło­ży­ła spać i kto by jej przed­sta­wiał wszyst­kich krew­nych? Poza tym: jak bym dała radę się trzy­mać, gdy­by była w po­bli­żu?

Agniesz­ka G. na­pi­sa­ła do mnie „moja bied­na!”. Nie do­czy­ta­łam tego ma­ila, bo nie mo­głam nad sobą pła­kać. Po­przed­nie­go dnia cho­dzi­łam z nią i jej mę­żem po La­sach Oliw­skich. Je­den z bar­dziej bez­tro­skich, pięk­nych dni roku. Ich suka bie­gła przo­dem, nie tra­cąc nas z oczu. Po po­łu­dniu by­li­śmy na wer­ni­sa­żu. Ar­tyst­ka opo­wia­da­ła o cier­pie­niu. Cho­dzi­ło o pro­fa­na­cję uczuć i jej skut­ki. Ktoś z wi­dow­ni do­ma­gał się upo­rczy­wie szcze­gó­ło­we­go od­two­rze­nia prze­bie­gu zda­rzeń. Nie znał tej ogól­no­pol­skiej afe­ry, le­żą­ca w cen­trum sali wy­sta­wien­ni­czej ko­ro­na bursz­ty­no­wo-cier­nio­wa ze­szła na dru­gi plan. 29 czerw­ca. W dro­dze do Oli­wy by­łam zde­ner­wo­wa­na, bo nie ska­so­wa­łam bi­le­tu. Nie lu­bię nie­spo­dzia­nek, kon­tro­la bi­le­tów by­ła­by czymś ta­kim. Nie wie­dzia­łam, że ka­sow­ni­ki znaj­du­ją się przy wej­ściu na pe­ron, my­śla­łam, że są w po­cią­gu. Cała moja za­po­bie­gli­wość, cała aku­rat­ność po­szły na mar­ne. Trzy­dzie­ści mi­nut nie­po­ko­ju. W dro­dze po­wrot­nej mia­łam waż­ny bi­let. Spraw­dza­łam co chwi­lę, czy leży spo­koj­nie w kie­sze­ni, w koń­cu wło­ży­łam do kie­sze­ni rękę i trzy­ma­łam go, spraw­dza­jąc z ko­lei na­zwy sta­cji na pla­nie. Nie mia­łam in­nych zmar­twień poza le­gal­no­ścią swo­je­go prze­jaz­du.

Bu­rza spa­ra­li­żo­wa­ła Gdy­nię, przez uli­ce pły­nął po­tok. Sta­łam przed ho­te­lem, wy­pa­tru­jąc tak­sów­ki. Gdy­by nie przy­je­cha­ła, spóź­ni­ła­bym się na je­dy­ny po­ciąg. Jak znios­ła­bym tę noc i jak po­ra­dzi­li­by so­bie tam, na miej­scu, w miesz­ka­niu ro­dzi­ców, za­afe­ro­wa­ni ko­niecz­no­ścią ode­bra­nia mnie z dwor­ca? Za­czę­li­by beze mnie?

Był 30 czerw­ca 2012 roku, wrę­czo­no na­gro­dy li­te­rac­kie, na ob­sza­rze Pol­ski spa­dło do dwu­stu mi­li­me­trów desz­czu, nikt nie za­uwa­żył ni­cze­go wy­jąt­ko­we­go.

Doświadczenie

Pierw­szą śmier­cią obok mnie była śmierć bra­to­wej bab­ci. Umar­ła na raka żo­łąd­ka, kie­dy mia­łam sie­dem lat. Zo­sta­wi­ła dwo­je dzie­ci, star­szą ode mnie o dwa lata cór­kę i star­sze­go od sio­stry o dwa lata syna. Związ­ki ro­dzin­ne były ści­słe, dzie­ci mo­je­go ojca i jego wuj­ka oraz ciot­ki, czy­li ja i tro­je ku­zy­no­stwa (tak na­zy­wa­li­śmy to po­kre­wień­stwo), spo­ty­ka­ły się nie tyl­ko z oka­zji świąt czy hucz­nie ob­cho­dzo­nych imie­nin. Ba­wi­li­śmy się, ra­zem wy­jeż­dża­li­śmy na wa­ka­cje, je­dli­śmy pro­szo­ne obia­dy. Pil­no­wa­ły nas i za­bie­ra­ły na dzie­cię­ce roz­ryw­ki na­sze mat­ki, na zmia­nę – ta, któ­ra aku­rat była wol­na; mat­ki pra­cu­ją­ce za­wo­do­wo, ro­bią­ce „wiel­kie pra­nia” i prze­two­ry na zimę, a mimo to ma­ją­ce czas na te wszyst­kie wy­pa­dy, kin­der­ba­le i przy­ję­cia. W tam­tych cza­sach, od po­ło­wy lat sześć­dzie­sią­tych do po­cząt­ku sie­dem­dzie­sią­tych, gry i za­ba­wy ro­dzin­ne były bar­dzo waż­ne, poza tym na ich in­ten­syw­ność wpły­wa­ły na pew­no roz­ma­ite prze­szcze­py do­ko­ny­wa­ne na tkan­ce spo­łecz­nej: moja bab­cia i jej dwo­je ro­dzeń­stwa prze­nie­śli się po woj­nie do Szcze­ci­na spod Po­zna­nia, byli od­cię­ci od resz­ty, po­trze­bo­wa­li kon­tak­tów, sztu­ko­wa­li to, co im ode­rwa­no, od­ra­sta­li w no­wym miej­scu.

No więc to była pierw­sza śmierć za mo­jej świa­do­mo­ści: 20 kwiet­nia 1969 roku. Po­go­dy nie pa­mię­tam. Za świa­do­mo­ści (ogra­ni­czo­nej), bo gdy­by chcieć od­twa­rzać kro­ni­kę zmar­łych ści­ślej, naj­pierw stra­ci­łam wuj­ka, naj­młod­sze­go bra­ta mamy, Ka­zia, star­sze­go ode mnie o nie­speł­na rok, chy­ba o sie­dem mie­się­cy. Moja mama i bab­cia, jej mama, zdą­ży­ły być w tym sa­mym cza­sie w cią­ży, to zna­czy pod ko­niec cią­ży bab­ci z naj­młod­szym dziec­kiem jej naj­star­sza, miej­ska cór­ka mo­gła po­wie­dzieć: „Mamo, będę mieć dziec­ko”. Jak jej to po­wie­dzia­ła? Nie przez te­le­fon, bo czy na wsi był te­le­fon? Je­den, u soł­ty­sa. Oso­bi­ście? Moż­li­we, wieś dziad­ków (do­ce­lo­we miej­sce prze­sie­dle­nia, prze­cież nie ro­dzin­na) leży osiem­dzie­siąt ki­lo­me­trów od Szcze­ci­na. Mo­gła na­pi­sać list. Nie wy­sła­ła te­le­gra­mu, dziec­ko nie jest po­wo­dem do się­ga­nia po nad­zwy­czaj­ne środ­ki. Do ro­dze­nia i przy­byt­ku w ro­dzi­nie była przy­zwy­cza­jo­na.

Ka­ziu w po­ło­wie lat sześć­dzie­sią­tych wpadł pod mo­tor prze­jeż­dża­ją­cy przez wieś. Ile mo­to­rów prze­jeż­dża­ło tam wte­dy na dzień? Był trze­cim, a może czwar­tym dziec­kiem, któ­re utra­ci­ła bab­cia. Z sied­mior­ga lub ośmior­ga (nie wiem do­kład­nie, je­stem kiep­ską bio­graf­ką ro­dzi­ny) zo­sta­ła ciot­ka, moja mama i jej dwóch młod­szych bra­ci. Bab­cia po­cho­wa­ła dwo­je lub tro­je dzie­ci jesz­cze w Sam­bo­rze, a po­tem Ka­zia. Nie­dłu­go po bab­ci, któ­ra umar­ła na raka po sześć­dzie­siąt­ce, tra­gicz­nie zmarł naj­młod­szy z jej ży­ją­cych sy­nów i, znów rak, śred­nia cór­ka. Wszy­scy byli dość mło­dzi. A naj­młod­szy Ka­ziu. Wie­lo­krot­nie sły­sza­łam: „Nie mo­żesz go pa­mię­tać, pa­mię­tasz?”. Znam opo­wieść o swo­ich za­ba­wach z nim gdzieś w środ­ku nie naj­le­piej pro­wa­dzo­ne­go go­spo­dar­stwa dziad­ków, prze­flan­co­wa­nych z pod­miej­skie­go domu na Ukra­inie na po­nie­miec­ką wieś. Jest jed­na fo­to­gra­fia, może dwie. Wy­bla­kłe, nie­wy­raź­ne. Bio­rąc je do ręki, krew­ni ma­wia­li, że by­łam po­dob­na do swo­je­go ró­wie­śni­ka wuj­ka. Trud­no zgad­nąć, pa­trząc na małe zdję­cie zro­bio­ne na po­dwór­ku, może zresz­tą wca­le nie je­stem na nim ja, może na­wet nie Ka­ziu, z cza­sem bab­cia mo­gła za­po­mnieć, któ­re zdję­cie kogo przed­sta­wia, a mnie w dzie­ciń­stwie ubie­ra­no w chło­pię­ce ciusz­ki. Nie ze wzglę­du na ja­kieś nie­zre­ali­zo­wa­ne pra­gnie­nia ro­dzi­ców, ale z po­wo­du pa­czek. Ży­dzi miesz­ka­ją­cy na pierw­szym pię­trze na­szej ka­mie­ni­cy han­dlo­wa­li to­wa­rem z pa­czek. Nie wiem, czy ro­dzi­na ży­czy­ła im syna, czy są­dzi­ła, że ła­twiej sprze­dać ubran­ka chło­pię­ce, fak­tem jest, że mia­łam taką wy­praw­kę.

Wi­dy­wa­łam jesz­cze, owszem, zdję­cie Ka­zia w trum­nie, ale tu już trud­no do­szu­ki­wać się po­do­bień­stwa. Leży ubra­ny jak do­ro­sły, w ty­po­wej po­zy­cji po­chów­ko­wej, a twarz na fo­to­gra­fii za­tar­ła się od bra­nia w dło­nie. Nie je­stem do nie­go po­dob­na.

WY­DAW­NIC­TWO CZAR­NE SP. Z O.O.

www.czar­ne.com.pl

Se­kre­ta­riat: ul. Koł­łą­ta­ja 14, III p., 38-300 Gor­li­ce

tel. +48 18 353 58 93, fax +48 18 352 04 75

e-mail: ma­te­usz@czar­ne.com.pl,

to­masz@czar­ne.com.pl, do­mi­nik@czar­ne.com.pl,

ho­no­ra­ta@czar­ne.com.pl, ewa@czar­ne.com.pl

Re­dak­cja: Wo­ło­wiec 11, 38-307 Sę­ko­wa

tel. +48 18 351 00 70

e-mail: re­dak­cja@czar­ne.com.pl

Se­kre­tarz re­dak­cji: mal­go­rza­ta@czar­ne.com.pl

Dział pro­mo­cji: ul. An­der­sa 21/56, 00-159 War­sza­wa

tel./fax +48 22 621 10 48

e-mail: agniesz­ka@czar­ne.com.pl, anna@czar­ne.com.pl,

do­ro­ta@czar­ne.com.pl, zo­fia@czar­ne.com.pl

Dział mar­ke­tin­gu: ka­ta­rzy­na@czar­ne.com.pl

Dział sprze­da­ży: irek.grad­kow­ski@czar­ne.com.pl

tel. 504 564 092, 605 955 550

agniesz­ka.wil­czak@czar­ne.com.pl

Au­dio­bo­oki i ebo­oki: Iza­be­la Re­gól­ska, iza@czar­ne.com.pl

Wo­ło­wiec 2013

Wy­da­nie I