Ulubieńcy - Sarah Flint - ebook
Opis

On obserwuje i czeka… Na następną matkę i dziecko…
Ona musi go powstrzymać…
Matka i syn. Pogrzebani w grobie w głębi lasu. Jedno z nich wciąż żyje…
Charlotte „Charlie” Stafford, młoda, ambitna detektyw londyńskiej policji, dostaje sprawę tajemniczego zaginięcia matki i dziecka.  Wkrótce znika następna para. A potem kolejna...
Co łączy ofiary?
Czy to działanie szaleńca, czy starannie zaplanowane okrutne zbrodnie sadystycznego mordercy?
Czas ucieka. Presja rośne. Policja zatrzymuje kolejnych podejrzanych, ale czy wśród nich jest zabójca?
Wszystkie tropy prowadzą donikąd. Poza jednym, który wskazuje, że morderca może być bardzo blisko Charlie…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 393

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Redaktor serii

Małgorzata Cebo-Foniok

Redakcja stylistyczna

Anna Tłuchowska

Korekta

Barbara Granops

Halina Lisińska

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcie na okładce

© tugolukof/Fotolia

Tytuł oryginału

Mummy’s Favourite

Copyright © Sarah Flint (née Sarah Fox), 2016

All rights reserved.

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana

ani przekazywana w jakiejkolwiek formie zapisu

bez zgody właściciela praw autorskich.

For the Polish edition

Copyright © 2017 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-6294-9

Warszawa 2017. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-954 Warszawa, ul. Królowej Marysieńki 58

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja do wydania elektronicznego

Prolog

Było zimno pod deskami. Zimno, lepko i mokro. I bardzo ciemno. Ciemność czarna jak smoła. Tylko maleńka szpara. Za mała, żeby mogła się zorientować, gdzie jest. Julie Hubbard próbowała się odezwać, ale gruba szmata zawiązana na ustach nie pozwalała jej poruszyć suchymi, spękanymi wargami. W ciemności rozległ się tylko cichy jęk i zaraz zamarł w ciasnej dziurze, gdzie leżała. Znów poruszyła językiem i poczuła, że jej usta wypełnia zimna ciecz. Woda. Chłodna, gasząca pragnienie, taka, która przedłuża życie. Przełknęła i znów napotkała językiem wetkniętą przez szmatę rurkę. Instynkt podpowiadał jej, że to jedyna nadzieja na przeżycie. Nie odważyła się pić wody zbyt szybko. Musi ją racjonować, gospodarować oszczędnie. Nie wiedziała, jak długo jeszcze tu będzie. Właściwie nie wiedziała nic.

Spróbowała przesunąć się ostrożnie. Bolał ją każdy mięsień. Rozścielony pod nią strzęp posłania chronił trochę przed zimnem i łagodził niewygodę, ale cała była zesztywniała i obolała od leżenia w tej samej pozycji. W głowie łomotało z każdym oddechem, skronie pulsowały w tym samym rytmie. Ręce i nogi miała związane sznurem, owiniętym parę razy wokół nadgarstków i kostek. Mogła tylko poruszać palcami u rąk i nóg, żeby zupełnie nie zdrętwiały, ale to wszystko. Paznokcie dłoni drapały ziemię z desek nad nią, ale było za mało miejsca, żeby się przesunąć, a już na pewno nie dało się załomotać w drewno. Nie miała pojęcia, gdzie jest, ale wiedziała, że na jakimś odludziu, daleko od cywilizacji, z dala od ratunku. Sama. Czy na pewno?

Teraz, gdy zamroczenie minęło, wyostrzyły się wszystkie zmysły. Powietrze wokół niej było stęchłe, o słodkawym zapachu. Ziemiste, zastałe, ale z powiewami chłodniejszych, świeższych woni, które od czasu do czasu prześlizgiwały się przez szpary. Ciemność w szczelinach też była nieco mniej czarna i nie taka gęsta. Julie naparła na deski ciałem, ale nie ustąpiły, ubranie zatkało szpary i ogarnęła ją panika, że straci nawet te maleńkie symbole ucieczki.

Spróbowała się przesunąć, ale ruch zatrzymała twarda, zbita ziemia. Z drugiej strony natknęła się na coś miękiego. Wyginając się, zdołała się nieco przekręcić, aż dotknęła palcami tej miękkości. Wyczuła ubranie, sprzączkę paska, ciało. Podciągnęła się jeszcze bliżej, tak że leżała teraz na wpół zwrócona w stronę tego kogoś. Włosy ześliznęły się jej po twarzy, zanurzyły w czymś mokrym, co wyczuła wcześniej. Było lepkie i dziwnie słodko pachniało. Chciała to polizać, ale się nie odważyła. Poczuła znajomy zapach. Zapach, który pamiętała z domu, zapach dorastających dzieci, zapach młodzieńczego płynu po goleniu.

Łomot w skroniach narastał. Wytężyła wzrok, żeby coś zobaczyć w gęstej jak smoła ciemności, ale nie dostrzegła nic. Skądś z daleka usłyszała odgłos kroków na leśnym poszyciu. Stawał się coraz głośniejszy, łącząc się z dudnieniem w jej głowie: łomot, tupanie, łomot. Próbowała krzyczeć, ale z jej ust nie wydobył się głos, tylko bulgot wody, która spłynęła przez rurkę. Przełknęła ją hałaśliwie i zakaszlała. Nagle do łomotu dołączyła jasność, zalała ją od góry i otoczyła, gdy deski usunięto. Zacisnęła powieki, a światło latarki skąpało ją w zimnym, lepkim pocie. Strach – lodowato zimny i odbierający siły – pozbawił ją oddechu, kiedy usiłowała zrozumieć, co się dzieje. Nic nie widziała, jasne światło przepalało jej siatkówkę. Wszystko poza snopem światła tonęło w mroku. Wygięła szyję w stronę leżącej obok osoby, chciała się dowiedzieć, kto to jest, lecz bała się odpowiedzi. Już wiedziała. Wyczuła jego zapach. Przypomniała sobie. Gdy otworzyła oczy, usłyszała głos. Był melodyjny, pobrzmiewały w nim uśmiech, melancholia, zadowolenie z tego, co zobaczyła. Ten ktoś śmiał się z tego, na co patrzyła.

A kiedy rozpoznała rysy przystojnej, martwej twarzy swojego młodszego syna, Richarda, zobaczyła też jaskrawą czerwień rozcięcia ziejącego w miękkiej skórze jego szyi i niezastygłą krew na swoich włosach i ramionach. Głos zabrzmiał teraz głośniej, szyderczo:

– Ulubieniec mamusi, ulubieniec mamusi.

Rozdział 1

Nie trzeba było dużo czasu, żeby pozbyć się jej z domu. Każde zdjęcie, każde ubranie, każda rzecz, która by mu przypominała, jak wygląda, jak brzmi jej głos, jak pachnie.

Uklęknął i spryskał środkiem dezynfekującym jej ulubione miejsca: stolik nocny, na którym kładła telefon, stawiała szklankę z wodą i odkładała książkę – bo czytała po nocach, gdy on próbował spać. Miała to gdzieś, że mu przeszkadza.

Szarpnął pościel i poczuł powiew jej taniego dezodorantu. Nienawidził tego zapachu, Impulse, a ona używała go codziennie, wolała ten marny sprej od drogich perfum, które dał jej na gwiazdkę. Jego prezent stał zlekceważony na toaletce i pokrywał się kurzem, jak wszystko w ich związku. Ściągnął pościel z łóżka, zwinął ją w kłąb i wyrzucił za drzwi. Na materacu zostały ślady jej zapachu. Spryskał go odświeżaczem do tkanin. Nienawidził jej zapachu.

Ubrania i buty zajęły więcej miejsca, niż by pomyślał – worek za workiem, wszystkie pełne wyrzuconych rupieci. Ustawiał je jeden obok drugiego, rząd za rzędem, aż nazbierała się góra jej fanaberii i za wszystkie to on płacił z własnej kieszeni. Traktowała go jak frajera, miał tylko płacić rachunki i sprzątać jej gówno. Teraz gdzieś przepadła, a on cieszył się, że jej nie ma. Cieszył się, że zniknęła z jego życia, że już więcej nie będzie musiał wysłuchiwać jej marudzenia i sarkastycznych uwag.

Zbiegł na dół, włożył pościel do pralki i nastawił program z najwyższą temperaturą. Jeśli materiał na tym ucierpi – trudno. Po prostu kupi nowy komplet. Nie miałby nic przeciwko temu, żeby wszystko, co z nią związane, uległo zniszczeniu. Chciał po prostu oczyścić dom z najmniejszej cząsteczki tej jędzy. Znów napełnił miskę wrzącą wodą i wybielaczem, złapał mopa i zaczął szorować drewnianą podłogę, żeby usunąć, wywabić jej plugawy brud. Nie szkodzi, że minęła już północ. Jeśli będzie trzeba, poświęci na to całą noc. I następny dzień. A jeżeli postanowiła zabrać z sobą swojego ukochanego chłoptasia, niech jej będzie. Zebrała, co posiała, i teraz musi sobie z tym radzić.

Zajrzał do pokoju, w którym spał drugi syn, nieświadomy całej sytuacji. Chłopak oddychał równomiernie, zsunięta kołdra pozwalała ramionom i barkom poruszać się swobodnie, nie krępując go ani nie tłamsząc. Spod kołdry wystawała noga. Promień księżyca lśnił na twarzy chłopca, nadając mu w ciemności niemal anielski wygląd. Wzrok ojca powędrował ku szafce nocnej i stojącemu na niej zdjęciu. Znów ona – nie mógł znieść, że i na tej fotografii drwi z niego.

Przekradł się na palcach przez pokój i podniósł zdjęcie, obracając je do księżycowego światła, żeby się przyjrzeć jej rysom. Jak on jej nienawidzi.

Syn poruszył się we śnie, wciągnął nogę pod kołdrę i obrócił się na bok, tyłem do niego. Ojciec po raz ostatni przypatrzył się fotografii, po czym wetknął ją stanowczo pod pachę.

– Ta suka już nigdy nie wróci – szepnął do syna. – Mam nadzieję, że gnije w piekle.

Rozdział 2

Charlie Stafford była spóźniona. Ciągle się spóźniała. Właściwie zawsze coś jej wypadało po drodze. Dziś pomogła kontrolerowi biletów złapać młodego narwańca, który przeskoczył przez bramki, żeby nie płacić za przejazd. W zeszłą środę trafił się potrącony rowerzysta, a w czwartek – starsza pani rozpaczająca, bo zgubiła portmonetkę. Jutro będzie coś innego. Choćby nie wiadomo jak starała się być na czas, zawsze coś musiało się zdarzyć!

Zaczęło się 6 lipca 2007 roku, gdy w wieku dwudziestu lat spóźniła się na paradę wieńczącą ukończenie szkoły policyjnej. Natknęła się na dwóch rekrutów wyrównujących porachunki w jednym z domów. Była to ostatnia ceremonia, jaką urządzono w szkole policyjnej w Hendon przed pomnikiem sir Roberta Peela, założyciela policji metropolitalnej. Potem szkoła zamknęła drzwi dla nowych studentów. A Charlie nie poprawiła się od tamtego czasu.

Minęło dziewięć lat i wciąż się spóźniała. Nic się nie zmieniło!

Co leniwsi koledzy mawiali, że „przyciąga gówno jak magnes”, a sumienni funkcjonariusze nazywali ją „zbieraczką złodziei”, zazdroszcząc niesamowitej łatwości, z jaką napotykała przestępstwa i przestępców. Co do jednego wszyscy byli zgodni – jeśli się pracowało z Charlie, nie miało się ani dnia spokoju.

Przeszła teraz do nieśpiesznego biegu, ulubione adidasy skrzypiały lekko pod dodatkowym naciskiem. Był poniedziałek, a ona nie cierpiała poniedziałków. Poniedziałków i śród, jednak dziś wyczuwało się jakąś różnicę. Pod koniec zeszłego tygodnia była na szkoleniu. Może to z powodu dodatkowego dnia wolnego odczuwała dziwną niecierpliwość, a może dlatego, że łącznie z weekendem zbyt długo była poza pracą? Nie wiedziała, o co chodzi, lecz czuła, że coś wisi w powietrzu: nowe wyzwanie, może nowa sprawa do rozgryzienia.

W polu widzenia pojawił się komisariat w Lambeth. Charlie zerknęła ku okazałej przeszklonej elewacji, mrużąc lekko oczy, jako że wczesne poranne słońce odbijało się od stojących naprzeciwko budynków. Komisariat zawsze wyglądał imponująco o poranku, usytuowany kilkaset metrów od brzegu Tamizy, w południowej części Londynu. Z górnych pięter było widać Parlament i Big Bena. Budynek był siedzibą różnych oddziałów i wydziałów służących gminie Lambeth z jej dwudziestoma siedmioma kilometrami kwadratowymi policyjnych wyzwań, od widokowego koła London Eye i rejonu South Bank, na północy, przez kluby i jadłodajnie w dzielnicach Vauxhall i Clapham, po dzielnice mieszkaniowe i handlowe w Brixton i Streatham, na południu.

Charlie uniosła wzrok, próbując na przeszklonej fasadzie znaleźć okno swojego gabinetu na czwartym piętrze, po czym zerknęła na zegarek. Jej zespół już pewnie się zebrał.

Przeskoczyła przez okrągłą barierkę przed komisariatem, zagapiła się na swoje odbicie w szkle obrotowych drzwi i znów uświadomiła sobie, że zapomniała przygładzić niesforny kosmyk włosów, który sterczał jak róg nosorożca nad czołem. Nawet krótko obciętym włosom udawało się pokonać ją rano. Przyjrzała się sobie krytycznie. Przeciętna, ale z potencjałem, przynajmniej tak twierdziła jej matka. Średniego wzrostu i wysportowana, z małą nadwagą do zrzucenia. Skóra: czysta, ale trochę ciastowata, czas wybrać się gdzieś za miasto, żeby poćwiczyć i nabrać adrenaliny. Co do ubrania – zgniecione, brudne na kolanach i łokciach po przepychance z gapowiczem. W sumie musiała przyznać, że wygląda dzisiaj niechlujnie, nawet jak na swoje wymagania.

Straciła humor. Do diabła, zanosi się na kolejny ochrzan od szefa, Huntera. Przesunęła dłońmi po głowie w bezskutecznej próbie uładzenia upartego kosmyka, wątpiąc, żeby przełożony – gdyby nawet była komendantem w Lambeth – przymknął oko na jej dzisiejszy wygląd.

– A, posterunkowa Stafford, jak zwykle spóźniona i rozczochrana. Świetnie, że udało ci się do nas dotrzeć, świeżo z kursu Superrozpoznawania. Gdzie się podziewałaś? Wszyscy na ciebie czekamy. Może nie udało ci się rozpoznać, że jest ósma trzydzieści, a nie ósma? – Inspektor Geoffrey Hunter nie czekał na odpowiedź. – Więc, skoro wreszcie jesteśmy w komplecie, będę kontynuować.

Sarkastycznie zaakcentował wybrane słowa i Charlie poczuła, że się czerwieni. Reprymenda otrzymana w poniedziałkowy poranek nie była najlepszym początkiem tygodnia.

– Przepraszam, szefie – bąknęła.

Zignorował to.

– Dostaliśmy kilka nowych raportów z weekendu, do których muszę was przydzielić. Jeden z nich ma potencjał.

Charlie nastawiła uszu. W jej wydziale rzadko zdarzały się sprawy z potencjałem, o ile Hunter nie miał na myśli potencjalnych kłopotów. Pracowała w Jednostce Wspierania Społeczności (JWS), podlegającej wydziałowi kryminalnemu. Do tego, że chciałaby prowadzić śledztwa w sprawach większych przestępstw, przyznała się przed sobą dopiero w zeszłym roku.

Wcześniej nie ciągnęło jej do pracy detektywa, wolała przemierzać ulice i mieć do czynienia z wykroczeniami dokonującymi się na gorąco, a ponieważ często zdarzały się na jej oczach, naprawdę wyspecjalizowała się w tej pracy.

Jej pierwszym poważniejszym zatrzymanym, odkąd skończyła szkołę Hendon i podjęła pracę na posterunku Charing Cross, był gwałciciel, którego rozpoznała z portretu pamięciowego. Opierała się tylko na przeczuciu i podobieństwie podejrzanego do portretu, ale znalazła przy nim taśmę izolacyjną, nóż i kluczyki do vauxhalla. Po przeszukaniu kilku ulic namierzyła jego samochód i odkryła w nim zdjęcia i dane kobiety z sąsiedztwa. Pobiegła prosto pod znaleziony adres, wyważyła drzwi kopniakiem i zastała kobietę zakneblowaną, przymocowaną taśmą do łóżka – ostatnią z ofiar przerażających napaści dokonanych przez tego samego podejrzanego. Udręka ofiary tego przestępstwa mocno ją dotknęła. Dla Charlie ta sprawa stała się osobista. Zadała sobie wiele trudu, żeby na każdym etapie śledztwa być przy tej kobiecie, zdecydowana wywalczyć dla niej sprawiedliwość. Wiedziała, jak to jest, gdy człowieka spotka krzywda. Właśnie dlatego wstąpiła do policji.

Początkowo, pracując na Charing Cross, uwielbiała podniecenie związane z patrolowaniem ulic. Potem przeniosła się do gminy Lambeth i wciąż wyróżniała się w tej pracy. W nagrodę zapisano ją na kurs prowadzenia pościgów samochodowych dla zaawansowanych i świeżo opracowany kurs Superrozpoznawania. Chciały ją u siebie zatrudnić wyspecjalizowane oddziały Wydziału Kryminalnego policji metropolitalnej, prowadzące dochodzenia w poważnych sprawach kryminalnych.

Kiedy została postrzelona w jakimś zaułku w Brixton, uznała jednak, że wydział kryminalny to coś właśnie dla niej, toteż wróciła do szkoły policyjnej w Hendon, choć szkoła ta była zaledwie cieniem swej dawnej postaci – liczne wysokościowce i inne budynki stały bezużyteczne i opuszczone.

Ukończyła szkolenie jako posterunkowa o specjalizacji śledczej i od razu została wysłana do JWS, pierwszego przystanku dla wszystkich początkujących funkcjonariuszy WK. Niecałe sześć miesięcy później wciąż tkwiła w tym samym miejscu.

Jednostka miała w swoich kompetencjach doniesienia o przemocy domowej, o przestępstwach na tle rasowym, wyznaniowym, orientacji seksualnej czy niepełnosprawności, ale – co Charlie właśnie sobie uświadomiła – był to najbardziej obarczony ryzykiem i politycznie wybuchowy oddział WK. Jeśli tu powinęła ci się noga, twoja kariera kończyła się, zanim zdołała się zacząć.

– Coś interesującego? – zagadnęła.

Miała nadzieję, że dostanie okazję, żeby wyjść i pokręcić się po okolicy, a jeśli wyjdzie, Hunter pójdzie z nią. Wprawdzie jest jej szefem, ale też lubi przemierzać ulice i, jak wszystkim wiadomo, przyciąga akcję.

– Jak powiedziałem… – Wyglądało na to, że Huner celowo unika kontaktu wzrokowego z Charlie. Wyraźnie zależało mu na tym, żeby się spociła. – Sprawa ma potencjał. Kobieta i jej syn zniknęli w piątek, mąż zgłosił zaginięcie dzisiaj. W tej chwili to nic groźnego, ale ten mąż wygląda na paskudnego łajdaka. Zajmuje się tym jednostka do spraw osób zaginionych, ale poprosili nas, żebyśmy przyjrzeli się sprawie, ponieważ w historii tej pary jest przemoc domowa. Możliwe, że żona po prostu opamiętała się i wyniosła, rzecz jednak zasługuje na uwagę, ponieważ drugi syn został w domu.

Przerwał i tym razem popatrzył wprost na nią.

– Charlie, chcę, żebyś się przyjrzała temu, co o nich wiemy. Ile było do tej pory raportów o przemocy w tej rodzinie. Kiedy spłynął pierwszy, a kiedy ostatni i czy którykolwiek zawiera opis czynnej napaści lub groźby napaści. Jeżeli tak, sprawdź, czy te ataki się nasilały. To dziwne, że matka zabrała jednego syna, a zostawiła drugiego, zwłaszcza jeżeli w rodzinie była przemoc.

Zmierzył ją krytycznie wzrokiem z góry na dół, a jego mina wyrażała przy tym niezadowolenie.

– Kiedy już zbierzesz informacje, doprowadź się do porządku i złożymy mężowi wizytę.

Skinęła głową, twarz jej płonęła czerwienią.

– W moim gabinecie jest żelazko. Dopiero wtedy, gdy uznam, że wyglądasz wystarczająco porządnie, pojedziemy i porozmawiamy z tym człowiekiem osobiście. Bardzo się cieszę, że odetchniemy świeżym powietrzem i zobaczymy, co facet ma do powiedzenia, ale zrobimy to tylko pod warunkiem, że będziesz wyglądać jak funkcjonariuszka policji, a nie jak coś wywleczonego z rynsztoka.

Zgromił ją wzrokiem, jakby była nieposłuszną nastolatką, ale jej uwagi nie umknął błysk humoru w oczach i leciutkie potrząśnięcie głową, gdy szef odwracał się od niej.

Gdy tylko drzwi się za nim zamknęły i przypuszczalnie kiedy był jeszcze w zasięgu głosu, Paul głośno parsknął śmiechem.

– Charlotte Stafford. Jak ty wyglądasz?

– Ej, nie mów na mnie Charlotte, na to pozwalam tylko swojej matce. I to wyłącznie wtedy, kiedy się ze mną kłóci.

– W takim razie założę się, że zawsze mówi na ciebie Charlotte.

Żart na sekundę pozbawił ją rezonu. Przypomniała sobie moment, gdy po raz pierwszy nazwano ją Charlie, wiele lat temu, na piaszczystej plaży w West Wittering. Zdrobniała forma imienia od tamtej pory przylgnęła do niej. Z trudem przełknęła ślinę i z powrotem przywołała na usta uśmiech.

– Może – odpowiedziała, a jej koledzy wybuchnęli śmiechem.

Oprócz niej było ich w zespole pięcioro: Bet, Paul, Colin, Sabira i Naz, z tym że dwie ostatnie pracowały dzisiaj na drugiej zmianie.

Paul opiekuńczo otoczył ją ramieniem.

– No, no, wszyscy cię kochamy – przerwał i ścisnął ją za ramię – cokolwiek mówi ten potwór.

Charlie roześmiała się. Paul żartował, ale nie lubiła, gdy ktoś mówił w ten sposób o Hunterze. Nikogo w życiu nie szanowała bardziej niż tego „potwora”. Nie znała swojego prawdziwego ojca, a ojczym z pewnością nie zasługiwał na szacunek. Oprócz kolegów, z którymi teraz pracowała, niewielu mężczyzn kiedykolwiek darzyła szacunkiem. Spośród swoich dotychczasowych szefów zdecydowanie najbardziej podziwiała Huntera. Był łowcą z nazwiska[1] i zapewne z natury, chociaż wyglądał bardziej na zwierzynę łowną niż na drapieżnika. Już w wieku trzydziestu lat przypominał faceta w średnim wieku – niski, pulchny, łysy i rumiany. Teraz, jako pięćdziesięciosześcioletni detektyw inspektor Hunter miał wreszcie ciało odpowiednie do wieku.

Charlie po prostu go kochała, ale nie w romantycznym sensie – miał tyle lat, że mógłby być jej ojcem. Był jednak wszystkim, do czego aspirowała sama: nieustraszonym przywódcą, ciężko pracującym funkcjonariuszem z zasadami i niezrównanym łowcą przestępców, w dodatku świetnie zorganizowanym i zawsze punktualnym. Wiedziała, że pod surową maską on też na swój sposób ją kocha, choć za nic w świecie by się do tego nie przyznał i traktował ją jak niesforną uczennicę.

Sądząc jednak po jego dzisiejszej reakcji, miała szczęście, że szef wciąż zleca jej dochodzenia.

Tak czy inaczej, Paul tylko się droczył. Czasami potrafił być irytujący, a ona wiedziała, że od dawna rozpracował jej słabość do Huntera. Wystarczyło, że wspomniał nazwisko szefa, a oblewała się rumieńcem.

Objęła Paula w pasie i odwzajemniła uścisk. Instynktownie rozpoznawała przyjaciela, wroga czy osobę o neutralnym nastawieniu, niemal w kilka minut podczas pierwszego spotkania, a Paul był zdecydowanie przyjacielem. On też miał swój dar – poprzez zewnętrzny pozór radosnej, pewnej siebie, ciężko pracującej dziewczyny widział kryjącą się w środku niepewną, łatwo dającą się zranić duszę. Niewielu zdołało ją przejrzeć, umiała dobrze udawać.

Dziś rano Paul miał zaczerwienione oczy. Zauważyła to, gdy sączył ostrożnie czarną kawę z parującego kubka. Specjalizował się w dochodzeniach związanych z orientacją seksualną i transgenderyzmem. Zwykle wyglądał nienagannie. Jasne, lekko przerzedzające się, starannie ułożone włosy i porządnie przystrzyżona broda. W obu uszach błyszczały duże diamentowe kolczyki, a wbity w język złoty ćwiek postukiwał o zęby, gdy jego właściciel się zamyślił. Eleganckiego wizerunku miejskiego bywalca dopełniały dżinsy, stylowe buty i schludnie wyprasowana koszula, zapięta pod samą szyję. Dziś jednak sprawiał wrażenie kogoś rozmemłanego niż wytwornego.

Chcąc zmienić temat i odwrócić rozmowę od swojej osoby, Charlie poklepała kolegę po plecach.

– Ciężkawy weekend, co, Paul?

Otarł czoło, przybierając minę udawanego oburzenia.

– Nie wyobrażasz sobie, co mi się przydarzyło w sobotni wieczór, Charlie. Poznałem mężczyznę moich marzeń, w dodatku z niesamowitymi kolczykami w sutkach. Ogarnij się, a ja, że tak powiem, zdam ci pełną relację.

Charlie kiwnęła głową. Zdjęła marynarkę, bezskutecznie spróbowała wygładzić zagniecenia na koszuli i spodniach i po raz trzeci przeczesała sobie palcami włosy.

– Dobra, już się ogarnęłam.

Bet zerknęła na nią sponad komputera i potrząsnęła głową.

– Co z tobą, Charlie? Idź do toalety i popraw sobie włosy na mokro, a potem wskocz w mój płaszcz i daj mi swoje rzeczy. Przelecę je żelazkiem. Nie każ szefowi oglądać cię znowu w tym stanie, bo następnym razem naprawdę wpadnie w szał. Albo cię uziemi, co gorsza.

Charlie posłuchała od razu. Za nic nie chciałaby, żeby zostawiono ją w biurze, skoro była szansa na wydostanie się i pracę w terenie, nie zamierzała też sprzeczać się z Bet.

Bet, podobnie jak Paul, zaliczała się do przyjaciół. Niemal dwa razy starsza od Charlie bardziej przypominała zastępczą matkę niż koleżankę. Była najstarszym członkiem zespołu, po pięćdziesiątce, miała sylwetkę w kształcie jabłka, gęste, siwiejące włosy, paliła jak smok i zaliczyła w życiu cztery małżeństwa. Nie było niczego, czego nie wiedziałaby o przemocy domowej, zarówno od strony zawodowej, jak i z osobistego doświadczenia. Gliniarze potrafią być tak samo rozchwiani emocjonalnie jak inni ludzie, a jej zdarzyło się kilka razy w życiu trafić na zgniłka.

Bet krzątała się przy jej rzeczach, a Charlie zalogowała się do komputera.

Przez kilka minut dzieliła uwagę między opowieść o podboju Paula a łatwe mejlowe zapytania, w końcu, osłonięta monitorem komputerowym i płaszczem Bet, włożyła na siebie wyprasowane ubrania.

Poranne poniedziałkowe rewelacje powoli przygasały. Wstukała nazwisko, które Hunter zostawił jej na biurku, i patrzyła, jak ekran zaczyna się wypełniać, nagle desperacko skupiona na przydzielonym zadaniu. Jeżeli Hunter widzi tu potencjał, potencjał musi w tym być. I to ona udowodni, że szef ma rację.

Rozdział 3

Julie Hubbard, czterdziestodwulatka, zamężna tylko raz z Keithem, zaginęła wraz z ich czternastoletnim synem, Richardem. Drugi syn, piętnastoletni Ryan, nadal jest z Keithem. Zarówno Julie, jak i Richard byli w dobrym zdrowiu i formie, żadne z nich dotąd nigdy nie zaginęło, nie odnotowano, żeby któreś z nich mogło być niestabilne umysłowo, mieć tendencje do samobójstwa czy samookaleczeń.

Charlie przejrzała uważnie raport o zaginięciu. Istotnie, była jakaś historia z przemocą domową, zaraz ją sprawdzi. Julie nie była notowana, Keith Hubbard miał jednak na koncie napaść, posiadanie broni, burdy i zakłócanie porządku publicznego. Z całą pewnością był wybuchowym, gwałtownym człowiekiem. Julie mogła go po prostu zostawić. Gdy się czytało raport, samo się narzucało, że to sytuacja w rodzinie mogła być powodem zniknięcia matki i syna.

Brano też pod rozwagę inne teorie. Może Julie zabrała Richarda wcześniej ze szkoły, żeby urządzić wspólny wyjazd „matka z synem”. Bądź co bądź, do ferii wielkanocnych brakowało tylko dwóch dni. Wysłano zapytanie do szkoły Richarda, żeby ustalić, czy Julie usprawiedliwiła jego nieobecność.

Charlie wróciła nagle myślami do własnego dzieciństwa. Jej matka, Meg, przywiązywała wagę do urządzania takich „specjalnych dni”, od tamtej pamiętnej środy wiele lat temu, kiedy skończył się miły spokój w ich rodzinie. Podobnie swoje dni z matką miały obie jej przyrodnie siostry, Lucy i Beth. Charlie uwielbiała tamte chwile, które matka rezerwowała tylko dla niej, pozwalając jej wybierać, co będą robiły. W jakiś sposób dni spędzane sam na sam z Meg oddalały od niej samotność, chociaż nie udało im się sprawić, żeby przestała nienawidzić śród.

Im dłużej jednak Charlie myślała o wspólnym wyjeździe matki z synem, tym bardziej wydawał jej się nieprawdopodobny. Było dla niej nie do wyobrażenia, żeby Keith, a zwłaszcza Ryan, nie wiedzieli o takim wypadzie. Pamiętała, jak Meg dokładała starań, żeby ona, Lucy i Beth zawsze wiedziały o każdym specjalnym dniu. Jej mama skrupulatnie dbała o to, by być sprawiedliwą. Żadnej z córek nie faworyzowała. Obaj mężowie ją zawiedli, ale swoje trzy córki kochała jednakowo, bez względu na wady ich ojców. Nie, absolutnie matka nie zabrałaby którejkolwiek z nich na weekend albo nawet na jeden dzień, nie mówiąc o tym pozostałym dzieciom. To nie do pomyślenia.

I nagle poczuła niewiarygodny smutek. Nadal regularnie widywała się z matką i siostrami, ale ostatnio zniknęła ta bliskość między nimi. Lucy i Beth, córki Meg z drugiego małżeństwa, były jeszcze nastolatkami i mieszkały w domu rodzinnym w Surrey, pasjonując się tą samą muzyką, modą i chłopakami. Charlie wyprowadziła się do wynajętego mieszkania w Clapham, bliżej pracy, i żyła sama. Tęskniła za siostrami i matką. Choć dzieliło ją od nich niecałe czterdzieści pięć minut jazdy, czasami odnosiła wrażenie, jakby były oddalone o miliony kilometrów. Zwłaszcza mama. Szkoda, że nie mogły już rozmawiać tak jak kiedyś, ale od wypadku brata stało się to po prostu zbyt trudne.

Zabrzmiał sygnał dźwiękowy i Charlie pośpiesznie skupiła się na monitorze, przewijając dokumenty w dół do zgłoszenia Keitha. Początkowo myślał, że żona wyjechała z synem na weekend, nie mówiąc mu o tym, nie fatygował się więc ze zgłoszeniem o zaginięciu. Ale nie wróciła ani nie skontaktowała się z nim, uznał więc, że go rzuciła i zabrała syna. Ostatnio nie układało im się dobrze. Charlie stwierdziła, że wciskał im kit. Gdyby wyjechali bez powiadomienia, powinien zgłosić zaginięcie w piątek wieczorem, najpóźniej w sobotę rano, kiedy się nie pojawili. Żadna matka nie zabiera jednego dziecka, zostawiając drugie, chyba że coś jest między nimi nie tak. Albo Keith im o czymś nie mówi. Raport pozostawiał pytania bez odpowiedzi. Nic nie pasowało. Coś było nie w porządku i to począwszy od Keitha Hubbarda.

Raporty o przemocy w rodzinie były w sumie trzy. Mniej niż w innych przypadkach, z którymi miała do czynienia do tej pory, ale do ilu incydentów doszło, zanim w końcu ktoś wezwał policję?

Fakty składały się na przerażającą lekturę. Bet wręczyła jej statystyki, kiedy Charlie dołączyła do zespołu, a potem przechowywała te dane w pamięci, żeby je powoli przetrawić. Statystycznie przemoc domowa dotykała co czwartej kobiety i co szóstego mężczyzny i prowadziła do tego, że ofiarami morderstwa padały dwie kobiety na tydzień i trzydziestu mężczyzn rocznie. Doniesienia o przemocy domowej stanowiły szesnaście procent wszystkich notowanych aktów przemocy, ale zdarzały się również przestępstwa najprawdopodobniej nigdy nie zgłoszone i najpospolitsze zbrodnie prowadzące do samobójstwa.

Informacje te pozostawały właściwie bezużyteczne, ale najbardziej wstrząsające ze wszystkiego było coś, o czym Charlie nie umiała zapomnieć: zanim ofiara powiadamia policję, dochodzi prawdopodobnie do przeciętnie trzydziestu pięciu ataków. Trzydziestu pięciu! Kiedy po raz pierwszy dostała te dane, nie mogła w nie uwierzyć. Sprawiły one, że jej praca w tej właśnie jednostce nabrała znaczenia. Naprawdę mogła coś zrobić dla dziesiątek kobiet i mężczyzn dzień po dniu żyjących w strachu przed czyjąś agresją. Gdyby jej tylko pozwolili. Zastanawiała się, ile napaści zniosła Julie, zanim po raz pierwszy sięgnęła po telefon.

Według policyjnych raportów, rodzina mieszka w spokojnej dzielnicy, przy ulicy, na której nikt by się nie domyślił, co się dzieje za zasłoniętymi oknami i nawet nie przyszłoby mu do głowy pytać.

Przeczytała pierwszy raport. Wezwano policję do kłótni między Julie i Keithem. Awantura nasiliła się do tego stopnia, że Julie została popchnięta, przyciśnięta do ściany, a następnie siłą zawleczona na łóżko. Nie doszło do niczego seksualnego, ale Richard i Ryan byli świadkami przepychanki. Co więcej, to Richard zadzwonił na policję i zeznał, co widział. Wątpliwe, żeby Julie sama doniosła o incydencie, gdyby nie zrobił tego syn. Charlie szybko sprawdziła dalszy ciąg sprawy. Nie uczyniono wówczas nic szczególnego. Nie było obrażeń, obydwoje zaprzeczyli zresztą, jakoby doszło do czegoś więcej niż słowna utarczka. Zachowywali się spokojnie i obiecali, że nic się nie stanie. Ani jedno, ani drugie nie chciało, by podejmowano dalsze działania, ale incydent został odnotowany, a fakt, że chłopcy byli jego świadkami, przyciągnął uwagę opieki społecznej.

O drugim incydencie doniósł również Richard. Szczegóły były podobne, ale tym razem poziom przemocy wzrósł. Znowu nie doszło do hospitalizacji, ale kilka sporych siniaków na policzku i ramieniu Julie wskazywało na miejsca, gdzie przypuszczalnie chwycono ją i popchnięto na ścianę sypialni. Liczne drobne przedmioty z komody zleciały na podłogę, nieład potęgowały rozmazane na dywanie kremy do twarzy i wdeptane w to, rozrzucone potpourri. Keith wylądował w ciasnej, śmierdzącej suce policyjnej, ale pół dnia spędzone w celi nie ostudziło jego zapału do używania siły i choć jego strachliwa żona odmówiła wniesienia oskarżenia, absolutnie nie widział, że Julie żyje teraz w ciągłym strachu.

Najgorsze miało dopiero nadejść. Za trzecim i ostatnim razem Julie trafiła na szpitalną izbę przyjęć, gdzie włożono jej rękę w gips. Na skutek wykręcenia do tyłu miała złamaną kość w nadgarstku. Twierdziła, że się przewróciła i odmówiła złożenia zeznania, niewątpliwie bojąc się kary, jaką zapewne chętnie wymierzyłby jej mąż. Richard jednak opowiedział policji, co widział, i tym razem pobyt Keitha na komisariacie przedłużył się o wycieczkę do sądu rejonowego, przed którym stanął pod zarzutem spowodowania ciężkiego uszkodzenia ciała. Tak jak poprzednio, Julie odmówiła złożenia zeznań, a decyzją prokuratury ich niepełnoletniego syna nie wezwano na świadka, żeby zeznawał przeciwko ojcu. Sprawę umorzono i Keith pozostał na wolności. Uczęszczał na kurs radzenia sobie z gniewem, a podczas kontroli przysięgał podobno przed funkcjonariuszem JWS, że w rodzinie wszystko już dobrze się układa.

Może jednak nie układało się aż tak dobrze, jak twierdził.

Charlie sprawdziła, kto z ich zespołu zajmował się tą rodziną. To Colin. Jego biurko stało po drugiej stronie sali. Wstała, żeby z nim porozmawiać. Colin był białym heteroseksualnym mężczyzną w średnim wieku, mógł mieć tyle lat co Bet, ale pod każdym możliwym względem był jej przeciwieństwem. Rozwodnik, żyjący obecnie samotnie, z ograniczonym dostępem do swoich dzieci, które mściwa eksżona lata temu wywiozła do Irlandii. Szczupły, o cienkich wargach i smutnej twarzy, miał cierpkie poczucie humoru, a w pracy postawił sobie za cel obronę praw wszystkich ojców i ich dzieci. Pracował niestrudzenie w opiece społecznej, wychodząc daleko poza normalne obowiązki, chcąc dopilnować, żeby każde dziecko znało oboje swoich rodziców. Charlie miała wrażenie, że pewnego dnia zobaczy go w telewizji ubranego jak Superman i kołyszącego się na wieży Big Bena. Jeśli w prawie rodzinnym było coś, o czym nie wiedział, to znaczyło, że nie warto zawracać sobie tym głowy.

W tej chwili z poważną miną ślęczał nad swoim komputerem.

– Colin, masz minutkę?

Podniósł wzrok i skinął głową.

– Pamiętasz, jak zajmowałeś się rodziną o nazwisku Hubbard? Całkiem niedawno?

Odchylił się do tyłu, marszcząc brwi, a potem potarł brodę dłonią.

– Tak, przypominam sobie. To było kilka miesięcy temu. – Znów się podrapał po podbródku. – O ile dobrze pamiętam, mąż złamał nadgarstek żonie, Julie Hubbard. Mówiła, że się potknęła i upadła i odmówiła dalszej współpracy. Jeden z ich synów, Richard, powiedział, że to zrobił ojciec.

– Myślę, że wiem, komu bym uwierzyła.

Wzruszył ramionami.

– Wszyscy myśleliśmy tak samo, ale co można było zrobić? Za każdym razem to Richard dzwonił na policję. Chciał złożyć zeznanie, ale Julie mu nie pozwoliła, a robił wszystko, o co go poprosiła. Jako jedynego możliwego świadka mieliśmy niepełnoletniego syna, więc raczej nie dałoby się niczego udowodnić. Czemu pytasz?

Charlie zastanowiła się nad tym, co powiedział Colin. Jak na młodego chłopaka, Richard musiał być dzielny, skoro wystąpił przeciw własnemu ojcu. Dzieciak ochraniał matkę, jak umiał. Być może Keith też zaczął go tyranizować. Mógł mieć pretensje o to, że syn broni mamy. Może to dlatego Julie odeszła i wzięła z sobą tylko jego. Ryan zapewne nie był taki śmiały. Może starszy syn był bezpieczny, a jej nie starczyło czasu i środków, żeby zabrać obu? Za dużo było tych „może”.

– Ponieważ Julie i Richard Hubbard to właśnie ta matka i syn, którzy zaginęli razem.

Colin zmarszczył brwi i potrząsnął głową.

– Naprawdę? W takim razie muszę powiedzieć, że nie jestem zaskoczony. Zawsze myślałem, że tam się dzieje coś dziwnego. Chłopak prosił mamę, żeby porzuciła ojca, a ona tego nie robiła, tak jakby miała w tym ukryty cel. Ostatnim razem, kiedy ich widziałem, Richard dosłownie ją błagał, żeby odeszła od Keitha, ale szepnęła mu coś, czego nie dosłyszałem, a on natychmiast umilkł i jakby się nawet ucieszył. W ogóle bym się nie zdziwił, gdyby czekała na właściwy moment.

– Ale dlaczego nie zabrała i drugiego syna, Ryana?

– Trzymał się od tego z daleka, naprawdę. Nie chciał się mieszać. Myślę, że stał raczej po stronie ojca.

– Czyli miał dobre stosunki z Keithem?

– Przypuszczalnie tak. Nie był tak blisko z matką jak Richard.

– A co ci podpowiada przeczucie? Sądzisz, że Keith Hubbard może być odpowiedzialny za zniknięcie Julie i Richarda?

Colin zacisnął wargi.

– Tego bym nie powiedział. To paskudny drań i łatwo mogło go ponieść, ale wiesz, jakie są niektóre kobiety. Nie zaskoczyłoby mnie, gdyby Julie Hubbard od dawna to planowała.

Rozdział 4

Mózg Charlie pracował na zwiększonych obrotach, kiedy pędziła po Albert Embankment w stronę Vauxhall Bridge. Hunter siedział obok niej i tarł oczy. Zawsze to robił, kiedy wytaczali się z mrocznego podziemnego parkingu, jakby światło sprawiało mu ból. Naprawdę potrzebował okularów, ale nie chciał przyznać, że się starzeje, i uparcie odmawiał noszenia szkieł.

– W porządku, szefie?

– Tak, dzięki. Cieszę się, że zadbałaś o swój wygląd. – Wyjął z kieszeni dużą białą chusteczkę i osuszał nią oczy.

Charlie spoglądała na niego zaintrygowana. Był jedyną znaną jej osobą, która używała chusteczki z materiału, jeśli nie liczyć jej dziadka. Miał nawet wyhaftowane w rogu inicjały „GH”, jakby na wypadek gdyby musiał ją odróżnić od setek nieistniejących identycznych chusteczek, na które mógłby się natknąć. Wcisnął chusteczkę z powrotem do kieszeni i założył ręce na piersi.

– A więc przeczytałaś raporty. Co ci podpowiada przeczucie?

Tak też zawsze robił, jakby chciał sprawdzić, czy naprawdę nadają na tych samych falach.

– Coś tu jest nie tak. Wiem, że były doniesienia o przemocy w rodzinie, a Julie miała wszelkie powody, żeby odejść. I wiem, że Richard jest jej bliższy, Ryan za to dobrze dogaduje się z ojcem. Rozumiem więc, dlaczego mogła zabrać jednego syna, a drugiego nie. Ale to wszystko nie trzyma się kupy.

Kiedy wypowiadała głośno swoje myśli, wychodziły jakoś bardziej pokręcone, niż te, które miała w głowie.

– Rozmawiałam z Colinem, który zajmował się tą rodziną. Powiedział, że nie byłby zaskoczony, gdyby Julie z własnej woli zostawiła Keitha i zabrała Richarda. Poza tym Keith składał sprzeczne wyjaśnienia. Najpierw twierdził, że pomyślał, że gdzieś sobie pojechali, a potem, że go opuściła. Cokolwiek czuje do Julie, nie rozumiem, dlaczego od razu nie zgłosił zaginięcia syna. Chyba że coś ukrywa?

Urwała, gdy mijali bladozielony budynek MI5, wznoszący się na brzegu Tamizy, i sunęli pięciopasmową jezdną okalającą jednokierunkowy system dzielnicy Vauxhall. Kiedy wjeżdżali pod łuk wiaduktu kolejowego, rozległ się przeciągły, głośny klakson ciężarówki i Charlie aż podskoczyła. Przez chwilę zastanawiała się, czy to nie na nią trąbią, ale zaraz uświadomiła sobie, że i tak jej to nie obchodzi. Jej umysł skupiał się na ostatnim pytaniu, myślami była gdzie indziej, ale dostrzegła, że Hunter chwycił się siedzenia. Wyskoczyli spod wiaduktu na South Lambeth Road i dwupasmówka skurczyła się do pojedynczej jezdni. Ruch zwolnił do rozsądnego tempa. Hunter puścił siedzenie i z powrotem założył sobie ręce na piersi.

– Przepraszam, to jak okrążenie na Brands Hatch[2].

Poprawiła wsteczne lusterko i zobaczyła w nim biało-czerwoną yamahę R1, która właśnie przymierzała się do wyprzedzania. Maszyna przemknęła obok nich z rykiem, motocyklista przygazował zniecierpliwiony ślimaczym ruchem na drodze. Charlie patrzyła za nim z zazdrością.

Hunter zerknął na nią.

– Nawet o tym nie myśl. Zabiłabyś się w ciągu miesiąca.

– Miło wiedzieć, że ci na mnie zależy, szefie.

– Nigdy tego nie powiedziałem, nie? Tak czy siak, na czym to my… Myślisz, że Keith Hubbard coś ukrywa?

– Moim zdaniem coś tu zdecydowanie nie gra. Przede wszystkim Julie najwyraźniej nic nie powiedziała Ryanowi. Nie zostawiła mu nawet listu ani nie zrobiła nic, żeby dać mu znać, że wróci, że go kocha. Żadna matka by tak nie postąpiła, prawda? Choćby nie wiedzieć jak bardzo chciała uciec od Keitha, znalazłaby przecież jakiś sposób, żeby powiadomić syna.

– A jeśli była zobowiązana do zachowania tajemnicy?

– Albo za bardzo bała się Keitha? Więc… myślę, że musiało się wydarzyć coś, co nie pozwoliło jej porozmawiać z Ryanem. A skoro Keith tak zwlekał z powiadomieniem policji i złożył dwa sprzeczne oświadczenia, powiedziałabym, że mógł mieć z tym coś wspólnego. Nie mogę się doczekać spotkania z nim.

Kątem oka zerknęła na Huntera. Na jego ustach igrał cień uśmiechu.

– Ja też nie mogę się doczekać tego spotkania.

W tym momencie wiedziała, że zdała sprawdzian.

Kiedy Charlie i Hunter dojechali na miejsce, Keith Hubbard był w garażu swojego domu. Jako budowlaniec pracujący na własny rachunek najwyraźniej nieźle sobie radził. Dom przycupnął na zboczu niewielkiego wzgórza, które ciągnęło się od centrum Brixton w stronę rezydencji wokół Dulwich, gdzie kiedyś mieszkała Margaret Thatcher. Charlie patrzyła, jak Keith podnosi głowę znad stołu warsztatowego w garażu i gapi się na ich wóz. Od razu rozpoznał gliniarzy i nie był zbyt skory do rozmowy z nimi. Wysiadła z samochodu i ruszyła w górę podjazdu. Hunter podreptał za nią, sapiąc lekko z powodu wzniesienia.

Wzdłuż podjazdu kwitły wczesnowiosenne żonkile i tulipany, starannie zaaranżowane w czerwone i żółte kępki, odcinające się jaskrawo na tle zieleni i brązów roślin okrywowych. Wszelkie wolne miejsca wypełniał pas wysokich, liściastych lewkonii, a trawa, chociaż trochę wybujała i nierówna po zimowych deszczach, miała zdrowy, ciemnozielony odcień. Pod każdym względem wyglądało to na typowe podmiejskie domostwo ludzi z klasy średniej.

Keith nie podniósł znów głowy, gdy Charlie podeszła do garażu. Zirytowało ją to. Widział, jak się zatrzymywali i wysiadali, czemu więc ich teraz ignoruje?

Wyjęła legitymację policyjną i pokazała mu ją zdecydowanym ruchem.

– Panie Hubbard, chcielibyśmy zamienić z panem kilka słów na temat zaginięcia pańskiej żony i syna.

Przyglądała mu się uważnie, gdy się prostował z pochylonej pozycji, w której pracował. Wyprostowany miał ze sto dziewięćdziesiąt centymetrów wzrostu, krzepkie, masywne ciało niewątpliwie zawdzięczał temu, że całymi dniami taszczył ciężkie narzędzia i sprzęt. Ciemne, szorstkie włosy miały na końcówkach białe plamki, co sprawiało wrażenie, jakby jego głowę spryskano błyszczącą farbą. Miał brodę, która ciągnęła się od podbródka przez szyję, do zarostu na klatce piersiowej, a do tego wąsy – ani nieprzystrzyżone, ani niekrzaczaste. Nos był zniekształcony i przestawiony, najprawdopodobniej w wyniku starcia podczas gry w rugby, a lewe ucho przygniecione i pokryte szramami, zapewne pamiątkami z tego samego sportu. Mężczyzna wyglądał jak skrzyżowanie hippisa w średnim wieku i zbira.

– Powiedziałem już tamtym glinom wszystko, co wiem.

Zabrzmiało to opryskliwie, z nutą arogancji, i sprawiło, że Charlie natychmiast się najeżyła. Zniechęcił ją, gdy tylko otworzył usta, a być może nawet zanim cokolwiek powiedział.

– Cóż, chcielibyśmy, żeby omówił pan to jeszcze raz, z nami. Bądź co bądź to chyba jednak ważniejsze niż te robótki, prawda?

Starała się mówić silnym, opanowanym głosem, choć dalekie to było od jej stanu ducha. Jego zachowanie rozstrajało ją, jej szósty zmysł płatał figle rozsądkowi. Miała złe przeczucia co do tej wizyty. Cieszyła się, że ma za sobą Huntera.

– Wejdźmy do środka i porozmawiajmy – polecił szef, nie zostawiając miejsca na dalsze spory.

Keith westchnął głośno i z przesadnym wysiłkiem odłożył narzędzia. Wolno przeszedł przed nimi, wspiął się po kilku stopniach między otoczoną murkiem rabatką a frontowymi drzwiami i wpuścił ich do domu.

– Załatwmy to więc szybko. Nie bawię się w „robótki”. To moja praca. Dzisiaj pracuję w domu i mam sporo do zrobienia.

Charlie i Hunter weszli za nim do holu. W domu czuć było środkami czystości i kawą, jakby właściciel spodziewał się agenta nieruchomości. Podłoga była wyłożona grubym, nakrapianym dębowym laminatem, droższym niż normalny, na kremowych ścianach wisiały czarno-białe zdjęcia Keitha i młodego chłopca. Puste prostokąty odbarwionej farby znaczyły miejsca po usuniętych fotografiach. Minęli salon po lewej i Charlie przelotnie dostrzegła chłopca, którego przed chwilą widziała na zdjęciach. Grał w grę na telewizorze. Rzucił na nich okiem, ale szybko wrócił do swojej bitwy.

– Czy to Ryan? – spytała, nagle uświadamiając sobie, że Keith patrzy na nią ze źle skrywaną złością.

– Aha, Ryan. Przynajmniej mi go nie zabrała! Miło z jej strony, nie? Zostawiła mi przynajmniej jednego dzieciaka. Bardzo sprawiedliwie. Tak czy siak, nie wydaje mi się, żeby go zbytnio lubiła. – Roześmiał się zjadliwie.

– Dlaczego pan tak mówi?