ULTRA. Dobiegniesz dalej niż myślisz - Violetta Domaradzka, Robert Zakrzewski - ebook
Opis

Kolejna propozycja Violetty Domaradzkiej i Roberta Zakrzewskiego – pary wegańskich ultramaratończyków, twórców Fundacji Run Vegan, organizatorów Biegu Wegańskiego i Gorce Ultra-Trail. Swoim doświadczeniem i poradami dzielą się również najbardziej znani polscy biegacze ultra, m.in. Patrycja Bereznowska, Dominika Stelmach, Ewa Majer, Bartosz Gorczyca, a także specjaliści z zakresu kardiologii, ortopedii i psychologii.
Książka jest podzielona na 12 rozdziałów – miesięcy, z których każdy opisuje odrębny aspekt przygotowań i praktyki biegowej. Jeśli fascynują Cię góry i bieganie, szukasz inspiracji i chcesz doskonalić swoje umiejętności, sięgnij po „ULTRA” – wyjątkową opowieść o świecie wymagających biegów długodystansowych.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 284

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Redakcja: Karolina Oponowicz

Korekta: Maria Paluch

Korekta literacka: Marta Kijańska-Bednarz

Projekt okładki i opracowanie graficzne: Maciej Trzebiecki

Zdjęcie na okładce: Sanjeri/E+/Getty images

Autorzy zdjęć (odwołania do numerów stron dotyczą wydania papierowego książki): Jacek Deneka s. 4-5, 6, 8-9, 11, 12, 14-15, 16, 17, 20, 23, 26-27, 29, 30-31, 32, 44-45, 48, 61, 62, 72, 80, 83, 84, 86-87, 90-91, 92, 97, 98-99, 101, 102, 104-105, 106, 108-109, 120-121, 124, 129, 132, 138-139, 160, 171, 181, 187, 190-191, 196-197, 198, 202, 204-205, 211 (dolne), 214, 218-219, 221, 230-231, 233, 237, 244-245, 247, 248, 250-251, 253, 254-255, 256, 260, 263, 264-265, 266-267, 268-269, 271, 274-275, 277, 280, 283, Agata Masiulaniec s. 37, 40-41, 42, Andrzej Szczot s. 270, Julita Chudko s. 64-65, 68, Karolina Krawczyk s. 24-25, 34-35, 38-39, Piotr Dymu s. 46-47, 54-55, 74-75, 94-95, 182-183, 243, Robert Zakrzewski s. 7, 58, 79, archiwum Kaji Romanowicz s. 176, archiwum Sylwii Lasok s. 50, archiwum Roberta Gajdy s. 136, archiwum Pawła Walaska s. 167, archiwum Marty Kijańskiej-Bednarz s. 238, Róża Ziemba s. 207, 211, RunFoto s. 178, Magda Bogdan s. 194, 217

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

www.wydawnictwoagora.pl

WYDAWNICTWO KSIĄŻKOWE:

Dyrektor wydawniczy: Małgorzata Skowrońska

Redaktor naczelny: Paweł Goźliński

Koordynacja projektu: Magdalena Kosińska

Copyright © by Violetta Domaradzka, Robert Zakrzewski 2018

Copyright © by Agora SA 2018

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2018

ISBN: 978-83-268-2187- (epub), 978-83-268-2188-2 (mobi)

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

WSTĘP

Drogi Czytelniku,

chcemy zabrać Cię w magiczny świat biegów ultra. Pokazać radość, zmęczenie, trudy treningów i satysfakcję z każdego kroku na trasie.

Biegi w terenie, inaczej trailowe, stają się z roku na rok coraz bardziej popularne. Nic w tym dziwnego – każdy, kto ich spróbował, wie, jak wielką sprawiają frajdę. Bieganie w otoczeniu przyrody – z szumem wiatru, śpiewem ptaków, a nawet wśród spadających kropel deszczu – to doskonała okazja do oderwania myśli od codziennych spraw. Gwarantuje piękne wspomnienia oraz olbrzymią porcję endorfin. Każdy biegacz, który spróbował już biegania poza miastem, z pewnością zachłysnął się przyjemnością z tego płynącą, a wszystkich tych, którzy jeszcze tego nie zrobili, zachęcamy do spróbowania. Nawet jeśli twoim celem jest start w biegu ulicznym, to bardzo ważnym elementem przygotowawczym powinno stać się bieganie w terenie.

Królewską odmianą biegów trailowych są biegi ultra. Zgodnie z encyklopedyczną definicją „ultra” [łac.] jest to pierwszy człon wyrazów złożonych i oznacza: ponad, poza (pewną granicę). W tym przypadku ponad maraton, biegi dłuższe od maratonu. Wśród biegaczy są różne opinie na temat tego, od jakiego dystansu zaczyna się ultra. Niektórzy twierdzą, że 50 kilometrów to jest absolutne minimum w tej kategorii, ale są też głosy mówiące o tym, że małe ultra to nie mniej niż 60-80 km, a takie prawdziwe ultra jest od 100 km.

Oczywiście, każdy może mieć własną interpretację, my będziemy się trzymać tej, że biegi ultra zaczynają się powyżej 42 km 195 m, czyli dystansu maratonu. W związku z tym bieg na dystansie 43 km jest już ultra – o takich biegach również będziemy opowiadać w tej książce. Są one doskonałe dla debiutantów w ultra, czyli dla biegaczy, którzy mają już za sobą biegi uliczne i zaczynają przygodę z bieganiem off-road. Jeśli chcą się rozpędzić w rozsądny sposób, ten dystans będzie dla nich w sam raz. Pozwoli poznać specyfikę biegania w terenie, zorientować się w kwestii wymaganego sprzętu, oswoić z bieganiem wielogodzinnym w różnych warunkach pogodowych, a przede wszystkim nauczyć się słuchać sygnałów własnego ciała. To ostatnie jest szczególnie ważne, ponieważ najczęściej biegi długodystansowe w terenie trwają dłużej niż takie same biegi w mieście, a na trasie jesteśmy zdani tylko na siebie. W przypadku kontuzji na pomoc czasami przyjdzie nam czekać godzinę albo i dłużej.

Najczęściej organizatorzy tak prowadzą trasę, aby była jak najciekawsza, co często oznacza, że jest trudna. Gwarantowane są piękne widoki, ale poprzedzone trudnymi podejściami. Potem mogą nastąpić karkołomne zbiegi, a czasem „niekończące się” połoniny z długim sznurem zawodników, co robi wrażenie szczególnie nocą, kiedy jedyne, co widać, to rozświetlony światłem czołówek wąż biegaczy. Jest to przeżycie, którego się nie zapomina.

Zapraszamy Cię do naszego świata. Pamiętaj, że każdy krok na trasie ma dawać Ci szczęście. Meta i upragniony medal stanowią tylko jego ostatni akcent, są symbolem i wspaniałą pamiątką. A zatem – dobrej zabawy!

PROLOG

Świtało. Po sześciu godzinach biegu, parnej nocy i niezliczonych podejściach skończyła mi się woda. Noc była upalna, a pojawiające się coraz odważniej słońce, zapowiadało gorący dzień. Skupiałem się na każdym kroku, tym bardziej że przede mną wyłoniło się właśnie kolejne wzniesienie. Przypomniałem sobie, że gdzieś na trasie miały być źródełka. O tak, to byłoby wybawienie. Kilka łyków zimnej wody i można biec do pierwszego, nadal oddalającego się jak fatamorgana, punktu żywieniowego.

Skręcając ze szlaku na ścieżkę, która pięła się pod górę, zobaczyłem dużą drewnianą altanę. „Źródła z wodą to nie łaska oznaczyć, ale wypoczynkowe wiaty budują” pomyślałem ze złością o organizatorach biegu, wspinając się krok za krokiem. Kiedy już znalazłem się na górze, usiadłem na kamieniu z nadzieją, że może usłyszę gdzieś w pobliżu szmer strumienia. Ale nic z tego. Niewielu było chętnych do udziału w tym biegu, więc od godziny nie widziałem żadnego zawodnika. Myśląc o tym, co powiem Mirkowi o tych „źródłach obok szlaku”, zobaczyłem, że ktoś przebiega. Paweł.

– Słabo wyglądasz – zaczął pocieszająco.

– Gorąco mi i nie mam już wody – odpowiedziałem bez zbędnych ceregieli.

– To dlaczego nie wziąłeś na dole? Przecież mijaliśmy źródło, nawet wielką wiatę postawili, żeby było wygodniej.

– Serio? Musiałem je przeoczyć! – jęknąłem.

Paweł dał mi część swojej wody i dalej pobiegliśmy razem. Czasami oczy są szeroko zamknięte.

„Skoro mamy już jechać tyle godzin w Bieszczady, a Mirek wymyślił bieg na dystansie 140 km, to chyba warto pobiec i jedno, i drugie?” – powiedziała Viola kilka miesięcy wcześniej, kiedy rozmawialiśmy o kolejnym Festiwalu Rzeźnickim. Już od dawna wiedzieliśmy, że wystartujemy ponownie w Bieszczadach. A ponieważ nasza zachłanność na bieganie nie słabnie, decyzja o podniesieniu poprzeczki zapadła bardzo szybko. Tym sposobem znaleźliśmy się w obliczu wyzwania, jak zdrowo i bezpiecznie dwa razy w ciągu pięciu dni wystartować na dystansie ultra. W planie było 100 i 80 km.

Perspektywa podziwiania dobrze nam znanych widoków z połonin i poczucia satysfakcji z pokonywania kolejnych kilometrów, okazały się wystarczającą motywacją. Dla regularnie startującego i trenującego biegacza takie wyzwanie jest w zasięgu możliwości – przy odrobinie szczęścia, braku kontuzji i przy dobrej energii, której nam nie brakowało. Dlatego udział w obydwu biegach wydał się doskonałym pomysłem. I tym sposobem kilka miesięcy później stanęliśmy w Cisnej, na starcie pierwszego z nich, czyli Biegu Rzeźnika Ultra.

Start zaplanowano na godzinę 22.00, przez co pierwszy odcinek mieliśmy biec nocą. Ponieważ tamtego roku panowały w Bieszczadach okropne upały, było to dobre rozwiązanie. Sam bieg z założenia był dość trudny, żeby nie powiedzieć – bardzo trudny. Do przebiegnięcia mieliśmy 140 km w limicie 24 godzin. Znając bieszczadzkie szlaki i ich poziom trudności, zdawaliśmy sobie sprawę, że czeka nas wyzwanie. Jak duże było to wyzwanie, okazało się dopiero na mecie, kiedy ze stawki 250 zawodników dystans 140 km ukończyło jedynie 17.

Planowaliśmy przebiegnięcie 100 km, tak aby kilka dni później móc pojawić się na starcie Biegu Rzeźnika w jego klasycznej wersji, w parach, na dystansie około 80 km.

Pierwszą trudnością pierwszego biegu, oczywiście poza opowieściami o grasujących blisko granicy niedźwiedziach, było to, że punkt żywieniowy znajdował się dopiero na 49. kilometrze. Oznaczało to, że całą noc mieliśmy być zdani tylko na siebie, z zapasami, które zmieszczą się w plecaku. Viola to typ biegaczki, która przez pierwszych kilka godzin w ogóle nie pije i nie szuka wody, więc specjalnie się tym faktem nie zmartwiła. Natomiast dla mnie było to pewne wyzwanie. Co prawda Mirek twierdził, że po drodze są takie miejsca, gdzie wystarczy odejść dziesięć metrów od szlaku, żeby łatwo znaleźć strumyk albo źródełko, ale szczerze mówiąc, nie za bardzo uśmiechała mi się wizja szukania nocą w górach ukrytego w lesie źródełka. Oczywiście, wizja biegu bez zapasu wody nie była najprzyjemniejszą perspektywą, ale ostatecznie, czego się nie robi dla przyjemności.

Chwilę po starcie pojawiły się pierwsze podejścia. Musiałem się skupiać na każdym kolejnym kroku, więc obawy o dotarcie od pierwszego punktu żywieniowego szybko wyparowały mi z głowy. Jedyne, co było pewne, to to, że właśnie zaczęła się nowa przygoda w naszym biegowym życiu.

W związku z tym że bieg zapowiadano jako trudny, szczególną uwagę zwrócił udział w nim kobiet. Na starcie, na trasie oraz na mecie, pojawiła się nawet ekipa telewizyjna zbierająca materiał do reportażu pod tytułem „Ultraski”. To właśnie z tego biegu i z wywiadu, jakiego udzieliła wtedy Viola, wzięła się często później powtarzana złota myśl – „100 km to idealny dystans dla kobiety”. Co Viola miała na myśli, może opowie Wam kiedyś sama. Natomiast wśród naszych rozmówców, to zdanie niezmiennie budzi uśmiech pomieszany ze zdziwieniem.

Sam bieg okazał się faktycznie bardzo trudny. Trasę poprowadzono szlakami nieznanymi z klasycznego Biegu Rzeźnika, a liczba podejść oraz zbiegów zdecydowanie przewyższała założenia z tego dobrze nam znanego dystansu. Natomiast Bieszczady nocą, wschód słońca na połoninach, przepiękne widoki następnego dnia, a także pot zalewający oczy, tylko zwiększyły naszą miłość do tych gór i do odkrywania świata w biegu. Ostatecznie, bieg na dystansie 100 km ukończyliśmy i w dobrych humorach czekaliśmy na kolejny start.

Tak, udział w pierwszym Rzeźniku Ultra to był doskonały pomysł. Szczególnie że przed nami wciąż jeszcze była perspektywa kolejnej biegowej przygody, która miała się rozpocząć już cztery dni później.

Największym magnesem przyciągającym ludzi do klasycznego Biegu Rzeźnika, jest wymóg biegania w parach. To on sprawia, że udział w tej imprezie znajduje się bardzo wysoko na liście marzeń osób biegających w górach. Zgodnie z zasadami, para zawodników od startu do mety nie powinna oddalić się od siebie na więcej niż 100 m. Ponieważ startowaliśmy w tym biegu już kilka razy, dobrze wiemy, że różnie z tym bywa. Krążący w środowisku żart, że para planująca wspólne życie, powinna pobiec razem Rzeźnika, nie jest pozbawiony sensu. Ponieważ nasze wspólne życie jest głównie biegowe, zaliczyliśmy ten bieg już kilka razy i wciąż mamy ochotę na kolejne.

Biegać można przez cały rok, niezależnie od pogody. Jest to prawda powszechnie znana i coraz częściej praktykowana. A skoro biegać można przez cały rok, to i biegać ultra można przez cały rok. I rzeczywiście. Nawet w Polsce, w której warunki klimatyczne tak bardzo różnią się w trakcie zmieniających się pór roku, w kalendarzach biegowych w każdym miesiącu mamy co najmniej kilka imprez rozgrywanych na dystansie ultra. I choć z jednej strony trudno sobie wyobrazić, żeby brać udział w biegach 150-kilometrowych lub dłuższych co miesiąc, to z takimi poniżej 100 km, przy dobrym wytrenowaniu, można próbować się zmierzyć raz na dwa miesiące lub może nawet raz w miesiącu. Warto jednak przy tym pamiętać, że start to nie to samo, co trening. I o ile treningowo można robić dość często długie, a nawet bardzo długie wybiegania, o tyle udział w zawodach i wysiłek towarzyszący startowi powinny być naprawdę dobrze przemyślane i rozplanowane w naszym prywatnym kalendarzu biegowym.

Definicję biegu ultra podaliśmy we wstępie. Teraz spróbujemy odpowiedzieć na pytanie, kiedy to bieganie ultra zaczęło się w Polsce.

Warto przypomnieć, że zanim pojawiły się biegi na długich dystansach, bardzo dobrze radziły sobie imprezy piesze na dystansach ok. 100 km. Najsłynniejszą z nich był chyba Harpagan, którego pierwsza edycja odbyła się w październiku 1989 roku. Imprezy te najczęściej miały formułę rajdu na orientację. Poza Harpaganem trzeba wymienić również: Próbę Mamuta, Maraton Pieszy wokół Wyspy Wolin, 100-krotkę, Zażynek, Maraton Pieszy w Puszczy Kampinoskiej (w latach 1974-2017 odbyły się już jego 44 edycje, a kilka lat temu pojawiła się również wersja dla biegaczy). Kilka z nich funkcjonuje do dziś. W 2003 roku, z ciekawych propozycji, pojawił się jeszcze Kierat w Beskidzie Wyspowym.

Pierwszym biegiem górskim ultra w naszym kraju była, utworzona w 1989 roku, podobnie jak Harpagan, i odbywająca się nieprzerwanie do dziś, Sudecka 100. Impreza – początkowo realizowana w formie rajdu turystycznego – szybko przekształciła się w bieg na 100-kilometrowej trasie prowadzącej w większości górskimi szlakami. W 2017 roku najdłuższą, 100-kilometrową trasę ukończyło około 200 biegaczy. (Dla mających ochotę na nieco mniejszy wysiłek, jest jeszcze trasa o długości 77 km).

Poza zupełnie historycznymi, przedwojennymi próbami organizacji biegów ultra, można powiedzieć, że „nowożytna” era biegów na dystansie dłuższym niż maraton jest wyznaczona przez wyżej wspomnianą Sudecką 100 i Bieg Rzeźnika w górach oraz Kaliską Setkę na ulicy.

Pierwsza zorganizowana impreza uliczna odbyła się w 1982 roku, pod nazwą Supermaraton Calisia. Od 1982 do 2001 roku odbyło się 20 edycji tego biegu. Po trzech latach przerwy bieg reaktywowano w 2005 roku, pod nazwą Supermaraton Kalisia, i od tamtej pory organizowany jest regularnie.

STO KILOMETRÓW? ALE W ILE DNI? Z NOCLEGAMI, TAK?

Bieg ultra łączą dwie cechy: dystans dłuższy niż długość maratonu i ciągłość wysiłku. Podczas biegu ultra nie ma noclegów, a przerwy robisz na własną odpowiedzialność – jeśli pozwala ci na to limit czasowy, może to być i godzinna drzemka. Ale generalnie biegniesz, aż dobiegniesz.

Ale jak to – bez przerwy? Nie można się zatrzymać?

Oczywiście, że można, a nawet trzeba. Na przykład na szczycie góry o piątej rano, gdy wstaje słońce, żeby zobaczyć w dole mgłę spowijającą senne wioski lub miasteczka. Można się też chwilę zdrzemnąć pod drzewem, na łące wśród kwiatów i bzyczenia owadów, albo na murku – jak to zrobiła Viola na Dolnośląskim Festiwalu Biegów Górskich. Podczas biegu sam regulujesz tempo i czas odpoczynku. Możesz też spać, tak jak podczas 170-kilometrowego UTMB (Ultra Trail Du Mont Blanc), byle byś się zmieścił w limicie czasowym. Jedni zwalniają, drudzy odpoczywają przez parę minut co godzinę, jeszcze inni biegną nieustająco, a potem robią godzinną przerwę.

Dla normalnego biegacza (czytaj: pasjonata amatora bez trenera i planu treningowego) bieg ultra powyżej 80 kilometrów to potężny wysiłek, który trwa, w zależności do formy, dystansu i przewyższeń, wiele, wiele godzin. Można, oczywiście, posiedzieć dłużej, odpocząć, czasem nawet się przespać, ale noclegów jako takich nie ma. Gdyby były, byłby to bieg etapowy, czyli całkiem inna dyscyplina sportu.

I cały czas się biegnie?

Cały czas biegnie tylko czołówka, najszybsi z najszybszych, choć i oni na kilka minut siadają w punktach, aby przyjąć picie, żele, jedzenie, przepakować się czy odbyć krótki masaż. Zależy oczywiście od rodzaju biegu, ale podczas górskich biegów ultra, rzadko jest tak, że cały dystans się biegnie. Nawet ci najlepsi z najlepszych, najszybsi z najszybszych, najbardziej strome wzniesienia podchodzą. Nie wszystko jest „biegalne” (runnable), jak mawia wybitny biegacz Gediminas Grinius. Choć większość podbiegów pokonuje biegiem – nawet te dla przeciętnego biegacza amatora karkołomne – są i takie miejsca, które musi przejść marszem.

Generalnie, podczas biegu ultra większość uczestników na zmianę idzie i biegnie, a potem znów idzie i znów biegnie, i znów idzie, i znów… i tak aż do mety.

A ile się biegnie takie 100 kilometrów?

Zgroza połączona z niedowierzaniem i podziwem w oczach rozmówcy zadającego to pytanie, powoduje, że zastanawiam się, na ile rzetelnie udzielić odpowiedzi. Biegnie się, aż… się dobiegnie. Wszystko zależy od wielu czynników. Najważniejsze zmienne, to poziom wytrenowania zawodnika i trudność techniczna trasy, w szczególności suma przewyższeń, znana oczywiście i podawana przez organizatorów dużo wcześniej.

Czynników wpływających na to, w jakim czasie pokona się trasę 100 km, jest znacznie więcej niż tylko suma przewyższeń i nasze wytrenowanie. Wystarczy wymienić warunki atmosferyczne czy sytuacje niewynikające wcale z poziomu wytrenowania, ale przydarzające się, jak upadki, kłopoty żołądkowe etc.

Odpowiadając na tyle, na ile jest to możliwe precyzyjnie, najlepsi pobiegną relatywnie prostą technicznie „setkę” w około dziewięć godzin. Ci z końca stawki „zamkną” tę samą trasę w około 18-20 godzin. Przy biegu o większym stopniu trudności technicznej, czasy się – rzecz jasna – wydłużą.

Historia „masowych” biegów ultra w górach w Polsce jest ściśle związana z Biegiem Rzeźnika. Ta kultowa już w tej chwili impreza powstała w wyniku zakładu o skrzynkę piwa. Powiedziano i napisano o niej już chyba wszystko. Skalę tego wydarzenia najłatwiej oddać poprzez analizę frekwencji. Pierwsza edycja odbyła się w 2004 roku. Jak można sobie wyobrazić, jeszcze niewiele osób w Polsce biegało wtedy ultra. Ten pierwszy „Rzeźnik”, od samego początku realizowany w formule biegu w parach, przyciągnął na start pięć zespołów, czyli dziesięć osób, które miały przebiec dystans około 78 km. Ukończyło go cztery i pół drużyny (z jednej drużyny dobiegł do mety tylko jeden zawodnik, drugi wycofał się z powodu kontuzji). Zwyciężyła drużyna OTK Rzeźnik I, czyli Jarosław Bieniecki i Adam Postek, z czasem 11:24 h. Dwadzieścia cztery minuty później, jako trzeci zespół, pojawił się na mecie założyciel imprezy Mirosław Bieniecki wraz z Arkiem Załęckim (OTK Rzeźnik II). Braci Bienieckich rozdzielił zespół Klubu Wysokogórskiego Warszawa, w składzie Jerzy Natkański i Piotr Morawski. Himalaiści dobiegli po 11 godzinach i 36 minutach. Pierwszą edycję ukończyli jeszcze Sławomir Żółkowski (niezrzeszony, czas 13:20 h) oraz Grzegorz Tarczyński i Jerzy Wyka (Maraton Pęgów, czas 13:30 h).

Rok później Bieg Rzeźnika ukończyło 35 osób, a reaktywowany właśnie Supermaraton Kalisia – 74 osoby, z czego 51 biegaczy dystans 100 km. W ramach tej drugiej imprezy odbyły się jeszcze biegi na dystansach 55, 70 i 85 km. Można by więc przypuszczać, że rozwój biegów ulicznych będzie dynamiczny również na dystansach ultra. A jednak nie do końca.

Pięć lat później na Bieg Rzeźnika zapisało się już 185 dwuosobowych zespołów, a na starcie pojawiły się 172 drużyny. W limicie wynoszącym 16 godzin, bieg ukończyło 113 zespołów, a czas zwycięskiego, w składzie Artur Kurek i Piotr Hercog, to 9 godzin i 14 minut. Jak widać, frekwencja rosła równolegle z poziomem sportowym. Tymczasem uliczny Ultramaraton Kalisia ukończyło „zaledwie” 116 zawodników.

W 2014 roku, dziesięć lat po pierwszej edycji, „Rzeźnik” był już imprezą masową i rozpoznawalną do tego stopnia, że stał się marzeniem i celem rzeszy biegaczy w całym kraju. Również autorów tej książki, dla których udział w nim miał być debiutem na tak długim dystansie i na dodatek w górach. Los co prawda sprawił inaczej, ale o tym później.

Dwudziestego czerwca 2014 roku, o godzinie trzeciej nad ranem, stanęliśmy na starcie wśród 550 zespołów. Ze względu na ogromne zainteresowanie biegiem, organizatorzy musieli wprowadzić limit uczestników. Pojawiły się również dodatkowe dystanse. W sumie Bieszczady przyciągnęły ponad 2 tysiące biegaczy. Nasz duet (mix) miał na celu udany start w parze, no i oczywiście ukończenie tej legendarnej, wcale niełatwej trasy. Na mecie znaleźliśmy się po 11 godzinach i 43 minutach, czyli w czasie podobnym do drużyn z pierwszej edycji. Co warto odnotować, była to edycja, w której padł absolutny rekord trasy, czyli wynik poniżej ośmiu godzin, a dokładnie 7 godzin i 54 minuty – w wykonaniu zespołu w składzie Kuba Wiśniewski i Przemysław Sobczyk.

Konkurencja w 2014 roku była bardzo mocna, drugi zespół zameldował się na mecie w czasie 8:07 h. A dokonali tego znany już wtedy Bartosz Gorczyca i Łukasz Szumiec. Dwadzieścia pięć minut później na metę wbiegła trzecia para: Krzysztof Dołęgowski i Kamil Leśniak. Pierwszą drużyną żeńską była Magdalena Ostrowska-Dołęgowska i Justyna Frączek. Dziewczyny uzyskały czas 10:10 h. Drugi żeński zespół na mecie pojawił się po 35 minutach, a były to Dorota Łaba i Julia Honkisz. Trzeci zespół, w składzie Agnieszka Tyszkiewicz i Małgorzata Czeczott, zameldował się z czasem 12:21 h.

Rekord ustanowiony na XI Biegu Rzeźnika pozostanie już najprawdopodobniej niepobity, w związku ze zmianą przebiegu trasy. Raczej nie wróci ona bowiem do poprzedniej wersji, która przebiegała przez część Bieszczadzkiego Parku Narodowego (Połoniny Wetlińską i Caryńską). Festiwal Biegu Rzeźnika – bo od kilku lat tak nazywa się impreza – rozwija się nadal, przyciągając co roku w Bieszczady kilka tysięcy amatorów tych pięknych i tajemniczych gór.

W sezonie 2018 naliczyliśmy w Polsce ponad 100 imprez z biegami na dystansach ultra. Średnio osiem co miesiąc. Jeśli przyjmiemy, że odbywają się w weekend, to mamy dwa biegi ultra tygodniowo. Oczywiście, to tylko teoria, ponieważ kumulacja następuje między kwietniem a październikiem. Zimą biegów jest znacznie mniej. Natomiast na pewno można wystartować gdzieś w każdym miesiącu. Rekordowy jest maj, z ponad 20 imprezami biegowymi, na których rozgrywane są 33 biegi na różnych dystansach. Wszystkie dłuższe niż 42 km.

Biorąc pod uwagę długość trasy, mamy w tym roku (2018) w kraju:

► ponad 35 biegów na dystansie 100 km i więcej

► ponad 50 biegów na dystansie od 43 do 99 km

► dziesięć biegów 12- lub 24-godzinnych

► dwa biegi etapowe

► kilka marszobiegów na orientację

Na potrzeby tego zestawienia przyjęliśmy, że jedna impreza to jeden bieg, a przecież jest blisko 30 imprez biegowych, podczas których rozgrywane są biegi na kilku różnych dystansach ultra. Nie ma więc wątpliwości, że wybór jest olbrzymi, a oferta stale się powiększa. Podobnie jak z roku na rok rośnie liczba biegaczy, z których coraz większa liczba planuje swój debiut w biegu poza miastem. I właśnie za sprawą tej grupy, spragnionej nowych wyzwań i nowych tras, pojawiają się na mapie nowe biegi ultra, i to niemal w każdym rejonie Polski. Jest to o tyle istotne, że dość długo ultra były ściśle powiązane z górami i właściwie tylko w takiej formule funkcjonowały. Pojawiały się oczywiście nieliczne wyjątki, jednak zdecydowana większość to starty w górach. Od dwóch lat nastąpił prawdziwy wysyp biegów zlokalizowanych w całym kraju, jak Polska długa i szeroka. Oto przykładowe biegi ultra odbywające się poza terenami górskimi:

► Trójmiejski Ultra Track, 65 km, Gdynia, IV edycja w 2018 roku

► Duch Pogórza 52/78 km, Dubiecko k. Przemyśla, I edycja 2018 roku

► Kierunek Ultra-Hańcza 60 km, Turtul k. Suwałk, I edycja w 2018 roku

► Warneland 100 km Olsztyn, I edycja w 2018 roku

► Ultra Sowa, 53 km, Bielawa, I edycja w 2018 roku

► Ultramaraton Nadbużański 50 km, Mielnik, I edycja w 2018 roku

► Ultra Roztocze 60/90/120 km Zwierzyniec, II edycja w 2018 roku

► Puszczygór 55 km Szczecin, II edycja w 2018 roku

► Ultra Przesilenie, 50 km, Dynów, II edycja w 2018 roku

► Ultramaraton Rykowisko 105/70 km, Gorzewo k. Gostynina, IV edycja w 2018 roku

Jak widać, większość z wyżej wymienionych, to nowe biegi będące odpowiedzią na zainteresowanie bieganiem ultra w terenie, nie zawsze jednak w górach. Dzięki nim zwiększa się dostępność tego typu imprez dla osób z różnych części kraju lub takich, które niekoniecznie kochają ostre zbiegi po stromych skałach i mozolne wspinanie. Szansa na ukończenie ultra poza terenem górskim (nie ukrywajmy – trudniejszym), rośnie. A satysfakcja z przebiegnięcia np. 60 km pozostaje nadal taka sama. Bardzo nas cieszy ten rozwój, szczególnie że w ten sposób promuje się bieganie poza miastem. Korzyści fizyczne i psychiczne z tego rodzaju biegania są nie do przecenienia.

Jak wygląda rynek biegów w Polsce?

Najstarszy maraton uliczny na świecie to Boston Maraton, który odbywa się od 1897 roku. Przy nim najstarszy polski maraton uliczny w Dębnie, organizowany od 1969 roku, to dopiero osesek. A i tak wyróżnia się zdecydowanie, bo musiała upłynąć aż dekada, aby pojawił się kolejny, czyli Maraton Pokoju, od 1992 roku pod nazwą Maraton Warszawski. Warto przy okazji wspomnieć, że najstarszy bieg maratoński w Europie odbywa się od 1924 roku w Koszycach na Słowacji.

W pierwszej edycji Maratonu Pokoju w 1979 roku wystartowało blisko 2 tys. uczestników (dokładnie 1861) i był to niemal największy bieg w Europie. Skalę widać dopiero wówczas, kiedy uświadomimy sobie, że jedynie 100 osób więcej w tym samym roku wzięło udział w biegu w Paryżu. Jak przebiegał rozwój biegów ulicznych w tych dwóch konkretnych lokalizacjach, pokazują następne dane: najliczniejsza edycja Maratonu Warszawskiego odbyła się w 2013 roku – liczyła 8673 uczestników, natomiast maraton w Paryżu od kilku już lat gromadzi na starcie blisko 50 tys. zawodników i jest jednym z najliczniejszych na świecie!

To oczywiście nie znaczy, że nie ma w Polsce biegaczy. Według różnych statystyk rynek biegów w naszym kraju liczy 4-5, do nawet 8 mln osób. Dwadzieścia dziewięć procent badanych deklaruje uprawianie biegania, z czego (jedynie) siedem procent startuje w imprezach masowych (raport Kantar TNS „Aktywność fizyczna Polaków” z 2017 roku, badani w wieku 15-69 lat).

Kondycja biegacza rośnie wraz z doświadczeniem i liczbą przebiegniętych kilometrów, a udział w zawodach jest doskonałym treningiem, gwarantując jednocześnie potężną dawkę endorfin, której – dla odmiany – nie odczujemy w aż takim stężeniu po żadnym, chociażby najlepszym, treningu. Udział w wydarzeniu z grupą ludzi tak samo zmotywowanych i zakręconych jak my, jest czymś, co stanowi o magii biegów. I dzieje się tak niezależnie od czasu odnotowanego na mecie czy zajętego miejsca. Po prostu ta energia, która pojawia się na starcie i towarzyszy nam przez całą trasę, zostaje w głowie na długo. I na tyle skutecznie, że szukamy kolejnej okazji do startu, i kolejnej, i kolejnej.

Początek roku obfituje we wszelkiego rodzaju postanowienia. Jeżeli ktoś chciałby zacząć w styczniu przygodę biegową z ultra, zapraszamy w Bieszczady. Fundacja Bieg Rzeźnika organizuje w Cisnej Zimowy Maraton Bieszczadzki. Pojawiliśmy się na nim w 2017 roku, w ramach treningu przed startem w Nowej Zelandii. Mieliśmy to szczęście, że przez cały weekend pogoda była wyśmienita. Mróz, słońce, wysokie ciśnienie, skrzący się, skrzypiący śnieg, bajka. Czego chcieć więcej.

Sam bieg należy do łatwych i przyjemnych. Co prawda w górach, co prawda zimą, jednak trasa jest doskonale przygotowana (czytaj: droga jest odśnieżona), świetnie oznakowana, łącznie z oznaczeniem co kilometr (czego nie doświadczymy w biegach letnich w tej samej lokalizacji; biegacze „rozpieszczani” aż tak są widać jedynie zimą), do tego liczne punkty żywieniowe (tylko niestety woda zamarzała w kubkach) z legendarnym jadłem i napojami w Karczmie Brzeziniak. To ostatnie jest dla wielu największą atrakcją tego biegu. Naturalnie, biegowo również można się tu wyżyć, jednak dla nas największa przyjemność płynęła z podziwiania zamarzniętych śnieżnobiałych gałęzi drzew na tle intensywnie błękitnego nieba. Słońce towarzyszyło nam przez cały dzień, co powodowało, że kilometry nie robiły wielkiego wrażenia, za to liczne zakręty i pojawiające się co chwilę nowe widoki już tak. Atmosfera była doskonała, a uśmiechy na twarzach mieli chyba wszyscy zawodnicy.

Zimowy strój biegacza

Chcąc startować w ultra, warto biegać cały rok, bez przerwy zimowej. Być może przerwa na odpoczynek zimowy dobrze służy bieszczadzkim niedźwiedziom, ale wrócić do formy po kilku miesiącach niebiegania, po mocno kalorycznych daniach i napojach rozgrzewających, jest niezwykle trudno. Dlatego szczerze polecamy utrzymać rytm i wychodzić z domu regularnie.

Największą obawą w bieganiu zimą, jest powszechny lęk przed zimnem. Oczywiście, bieganie zimą wymaga odpowiedniego ubrania i oczywiście, niezależnie od tego, jak wiele warstw na siebie założymy, zawsze po wyjściu z domu czuć chłód. Warto jednak pamiętać, że jak tylko zaczniemy choćby truchtać, temperatura naszego ciała dość szybko wzrośnie i już po kilku minutach będziemy odczuwać większy komfort. Bielizna termiczna, warstwa lub warstwy pośrednie oraz kurtka chroniąca od wiatru, to niezbędne rzeczy. Do tego oczywiście czapka i rękawiczki, ewentualnie chusta na szyję. Im kto jest większym zmarzluchem, tym wszystko powinno być grubsze.

Klasyczne ubieranie się na cebulkę ma tę zaletę, że po pierwsze chroni skuteczniej, a po drugie łatwo można regulować wrażenia termiczne poprzez zakładanie lub zdejmowanie którejś z warstw. I o ile trening trwający do dwóch godzin możemy potraktować dość bezkarnie, nawet kosztem chłodu czy szybszego powrotu do domu, o tyle do zawodów, nawet tych tzw. „krótkich” i przy doskonałej, choć zimowej pogodzie, należy podejść bardzo poważnie. Dodatkowa bluza, czekolada, folia NRC i drugie rękawiczki najwyżej po prostu „przebiegną się” w plecaku razem z nami, jednak w sytuacji kryzysowej mogą stać się ratunkiem. I wcale nie musi dojść do dramatycznych sytuacji – wystarczy chwilowa niedyspozycja, utrata energii, skręcenie kostki, o co zimą łatwo, i nagle tempo biegu spada lub wręcz zmuszeni jesteśmy się zatrzymać, a to powoduje natychmiastową utratę ciepła i wychłodzenie. Odczuwanie zimna jest jeszcze większe niż wcześniej, gdyż mamy spocone, rozgrzane ciało.

Podsumowując bieganie zimą – koniecznie tak, oby z głową i kompletem ciepłych ubrań.

SYLWETKA
Sylwia Młodecka

Rozmawiamy z Sylwią w czasie, kiedy właśnie zaczyna swoją samotną podróż Głównym Szlakiem Beskidzkim (GSB). GSB to najdłuższy szlak turystyczny w polskich górach. Liczy około 496 km, biegnie od Ustronia w Beskidzie Śląskim do Wołosatego w Bieszczadach (jest oznakowany kolorem czerwonym). A skoro najdłuższy, to przyciąga oczywiście biegaczy. W historii było już kilkanaście przypadków pokonania go biegiem, w parach lub indywidualnie. Od ubiegłego roku rekord trasy należy do Rafała Bielawy, któremu na przebiegnięcie blisko 500 km niełatwej przecież trasy wystarczyło 108 godzin i 55 minut, czyli niecałe 5 dni. (Ciekawostka: żeby zdobyć diamentową odznakę PTTK należy przebyć GSB maksymalnie w 21 dni, czyli robiąc ok. 22 km dziennie).

Sylwia jest pasjonatką biegania i wystarczy jej czysta radość z ruchu, z udziału w zawodach. Lubi biegać do tego stopnia, że potrafi przebiec 1000 km w ciągu miesiąca. Biega każdego dnia. Jej energia i uśmiech nie słabną od lat. Kocha góry i każdą wolną chwilę mogłaby tam spędzić, niezależnie od pory roku. Często startuje w zawodach zimą. Ukończyła Zimowy Maraton Bieszczadzki, dwa razy Zamieć oraz Zimowy Ultramaraton Karkonoski.

Jest doskonałym przykładem biegaczki, która udowadnia, że nie ma złej pogody ani nieodpowiedniej pory roku do biegania. A przy tym to stuprocentowa pasjonatka – biega tak, jak lubi, gdzie chce i kiedy chce. Nawet jeśli zaciska zęby, to i tak robi to z uśmiechem. Pracuje, prowadzi dom, pomaga dzieciom, a jednocześnie znajduje czas na swoją pasję. Oto, co mówi o sobie:

PYTANIA DO BIEGACZEK I BIEGACZY ULTRA
Imię i nazwisko:

Sylwia Młodecka.

Ile masz lat?

Czterdzieści cztery.

Czym się zajmujesz na co dzień?

Jestem wychowawcą w świetlicy i psychologiem.

Ile razy w tygodniu ćwiczysz/biegasz?

Najczęściej sześć-siedem, czyli niemal codziennie.

Od ilu lat biegasz?

Od dekady.

Od ilu lat startujesz na dystansach ultra?

Od czterech lat. Mój pierwszy start to Supermaraton Gór Stołowych (50 km), a następnie Bieg 7 Dolin (100 km). Jak to zwykle ja, od razu z grubej rury. Przeżycia miałam wtedy ekstatyczne i tak mi już zostało.

Twój największy sukces w biegach ultra?

Ukończony Bieg Ultra Granią Tatr w 2015 roku i Lavaredo Ultra Trail w 2017 roku.

Czy jest coś, co nazwiesz swoją porażką, ewentualnie rozczarowaniem?

Nie nazwałabym niczego porażką. Raczej lekcją. Kilka biegów biegłam pod limit (limit czasu określony na ukończenie biegu – przyp. red.) i to było trudne. Po prostu za mało wcześniej biegałam.

Co Ci daje bieganie ultra?

Bieganie ultra daje mi wielką frajdę, bo kocham przyrodę i góry. Można przebiec wiele kilometrów i chłonąć widoki. Wśród ultrasów są wspaniali ludzie, moi przyjaciele. No i mam ogromną satysfakcję, niesamowitego kopa energii. Ultra jest wspaniałe, choć trochę męczące. Tak sobie myślę, że chyba nie każdy może być ultrasem.

Dlaczego warto (czy warto) startować w biegach ultra?

Warto spróbować ultra. Chociażby dlatego, że daje to wiedzę o sobie, o swoich możliwościach i słabościach. Choć nie każdy chce to wiedzieć.

Ps. Sylwia właśnie przebyła cały GSB. Zajęło jej to 11 dni. Spełniła swoje kolejne marzenie.