Ulotne - Joanna Olczak - ebook

Ulotne ebook

Joanna Olczak

4,0

Opis

Ulotne”. Sam tytuł mówi już wiele o tych opowiadaniach. Ulotna jest przeszłość, wyobrażenia o ludziach  i sobie samym. Ulotne są myśli o tym, jak było i jak być mogło. Meandry pamięci i domysłów, wyobraźni i marzeń. To właśnie jest materia  z jakiej składają się te opowieści, wysnute z prostych obrazów i bolesnych wspomnień, proponujące pewne wizje, ale dalekie od łatwych rozwiązań. Wciągają i zatrzymują na dłużej; na pewno nie ulecą łatwo z umysłu czytelnika.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 202

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,0 (1 ocena)
0
1
0
0
0

Popularność




Redakcja
Ewa Klimek
Korekta
Anna Witkowska
Projekt okładki i skład
Włodzimierz Chołostiakow
Druk i oprawa
Print Group Szczecin
Copyright © by Joanna Olczak 2021
Copyright © for this edition by Wydawnictwo Seqoja, 2021
ISBN 978-83-958610-4-8
wydawnictwo SEQOJA
Żołnierska 11 B/20, 10-558 Olsztyn
tel. 534 834 852
www.seqojawydawnictwo.pl
Olsztyn 2021
wydanie I

SUKIENKA W BIAŁE GROCHY

Inni przodkowie

mogli być przecież moimi,

a już z innego gniazda

wyfrunęłabym

Wisława Szymborska

Najważniejsze są stopy, żeby było ciepło. I słodki smak na języku. Jak jest ciepło w stopy, to ciepło rozlewa się, pełznie po łydce, do kolana i dalej w górę, do brzucha. I słodkie. Też się rozlewa, robi się miękko, dobrze. Świeci słońce. Czy teraz jest lato? Lato jest wtedy, kiedy jest ciepło i słodko… Czy coś takiego… Muszę się ubrać. Gdzie jest moja sukienka? Przecież nie mogę tak pójść. Kto mnie ubrał w te szmaty? Mama? Mamooo!

Była taka malutka. Pomarszczona jak suszona śliweczka. Pojedyncze pasma siwych włosów opadały jej na ramiona, wiły się bezładnie jak młode węże.

— Chcę sukienkę — powiedziała.

— Słucham?

— Sukienkę!

— Jaką znowu sukienkę?

— Tę czerwoną, w białe grochy.

Nie wiedziałam, co powiedzieć. Nie było żadnej czerwonej sukienki w grochy. Tylko szpitalna koszula nocna, która wyglądała jak stara mapa. Plamy w różnych kolorach, te od cukierków czekoladowych i te od zupy pomidorowej, i te od herbaty, układały się w nowe kontynenty. Tworzyły mapę nieznanego świata.

— Chcę sukienkę. Tę w grochy. — Popatrzyła na mnie hardo. — Co tak stoisz? Chcę założyć sukienkę. Nie słyszysz?

— Jest zima. Za zimno, żeby chodzić w sukience.

Poczułam znajome napięcie. Cały wysiłek włożyłam w to, żeby ton mojego głosu był łagodny i miękki. Jej oczy były zimne. Nie ustępowała.

— Kłamiesz. Kłamczucha.

Głos babci stawał się coraz bardziej napastliwy. Milczałam.

Przez okno widać było, że śnieg pada coraz intensywniej. Na parapecie białe płatki utworzyły już sporą puchatą poduszkę. Poczułam, że jestem zamknięta w szpitalnej sali jak w pułapce.

— Przynieś zaraz.

Co miałam powiedzieć?

— Teraz. Teraz.

Patrzyłam na nią.

— Babciu… Proszę…

— Wszystko powiem mamie. — Nagle jej głos stał się płaczliwy jak u dziecka. — Powiem, że jesteś dla mnie niedobra — chlipnęła cicho. — Powiem, że nie chcesz przynieść mi mojej sukienki.

Mała dziewczynka w niej zacisnęła usta. Podbródek lekko drżał.

— Babciu…

— Kłamiesz. Kłamiesz. Głupia!

Teraz znowu była naprawdę wściekła. Oczy jej płonęły. Niespodziewanie odwróciła się w stronę okna. Zastygła. Patrzyłam na jej drobne plecy. Przypomniało mi się, jak pierwszy raz uciekła. Była noc. Obudził mnie hałas. Dopiero gdy już przestała z nami mieszkać, zorientowałam się, jak bardzo czujny stał się mój sen. Nie sen nawet. Stan, w którym jakaś część mojego mózgu pozostawała zawsze bezsenna, zawsze czujna jak indiański wojownik w lesie.

Ten pierwszy raz… To było w nocy. Najpierw jakiś dźwięk. Obudziłam się. Wstałam. Kiedy wyszłam na korytarz, poczułam na bosych stopach podmuch chłodnego powietrza. Okno w jej pokoju było otwarte. Do parapetu przystawiła sobie krzesło. Na szczęście mieszkaliśmy na parterze. Obudziłam męża i wyszliśmy jej szukać. Nie trwało to długo. Kucała za kontenerem na śmieci. Głowę przykryła starą gazetą, jakby chcąc się lepiej ukryć. Mój mąż podszedł do niej powoli, ostrożnie, jak do dzikiego zwierzęcia, którego nie chce się spłoszyć. Zerwała się, podbiegła do najbliższej ściany i zawołała: „Zaklepuję! Raz, dwa, trzy! Szukasz ty!”. I roześmiała się, szczęśliwa.

Drugi raz uciekła w ciągu dnia. Robiłam obiad i nic nie usłyszałam. Indiański wojownik odsypiał noc. Przyprowadziła ją sąsiadka, niewiele młodsza od niej. Patrzyła na mnie z wyrzutem. Babcia na głowie miała czapeczkę mojej pięcioletniej córki, na bosych nogach kalosze.

Trzeciego razu już nie pamiętam. Kolejne ucieczki zlały mi się w jedną. Szczegóły się wymieszały. Latem uciekała w starym kożuchu dziadka? Czy to wtedy motorniczy zadzwonił na policję, widząc, że starsza pani jeździ już trzecią rundkę, od krańcówki do krańcówki? A może to było zimą? Wtedy, kiedy do walizki zapakowała zabawki Lenki i stare gazety? Mimo że indiański wojownik w mojej głowie czuwał i prawie wcale już nie sypiał, nie był w stanie jej upilnować. Stawała się coraz sprytniejsza, szybsza, zwinniejsza, jakby każda kolejna ucieczka była jedynie przygotowaniem, treningiem przed następną, bardziej skuteczną, perfekcyjną. Ostateczną. Trening czyni mistrza, więc wskakiwała na parapet jak młoda dziewczyna, otwierała bezszelestnie drzwi, bezdźwięcznie przekręcała klamkę okna, niewinnym tonem oznajmiała, że idzie do toalety. Wojownik był bezradny. Coraz częściej nie patrzył mi w oczy. W domu babcia cały czas była niespokojna. Nie mogła usiedzieć w jednym miejscu, nawet przed telewizorem. Nerwowo przebierała palcami.

Witki muszą być lekko wilgotne, ale nie za bardzo. Trzeba uzyskać elastyczność, mówił. A potem otaczał moje dłonie swoimi twardymi palcami. Najpierw witki składa się na krzyż, potem… Pachniał brzydko, potem, twardością, bardzo ładnie. Czułam bicie jego serca. Splot wychodził krzywo.

— Sprzedałaś mój koszyk?

— Słucham?

— Oddaj mi pieniądze za mój koszyk.

— Babciu, chodź, pójdziemy się położyć.

— Zostaw mnie. Muszę wracać — powtarzała ciągle.

— Dokąd?

— Do domu. Do domu. Mam pieniądze. Zapłacę ci.

— Nie trzeba. Jesteśmy w domu, babciu.

— Nie. Nie. — Rozglądała się, jakby znalazła się nagle w obcym miejscu.

— Tu jest twój pokój. Twoje łóżko. Twój ulubiony sweter, poznajesz?

— Nie. Nie. — Kręciła głową. — Muszę do domu. Obiecałam tacie, że dokończę dzisiaj.

— Co dokończysz?

— Koszyk.

— Babciu, proszę. Zrobię ci herbatę, z cytryną i miodem. Taką, jaką lubisz.

— Nie, nie, bardzo pani jest uprzejma, ale nie… Nie… Nie mam czasu. Muszę już iść. Muszę iść. Tata na mnie czeka. Bardzo pani uprzejma. Dziękuję. Dziękuję.

Ta obsesja powtarzania wszystkiego po dwa razy doprowadzała mnie do szału. Nie, nie. Dziękuję, dziękuję. Bardzo pani uprzejma, bardzo pani uprzejma. Jakby potrzebowała dwóch bliźniaczych słów albo zdań, żeby utrzymać równowagę, tak jak potrzebuje się do tego dwóch nóg.

— Masz już moją sukienkę?

Ostry ton przywrócił mnie do rzeczywistości. Nagle odwróciła się i spojrzała mi prosto w oczy, jednym z tych spojrzeń, które przewiercają nas na wylot i przybijają szpikulcem do przeciwległej ściany. Nie dawała za wygraną. Zawsze taka była, nawet kiedy była jeszcze sobą.

— Co? Nie umiesz mówić? Zapomniałaś?

— Przyniosę. — Poddałam się. — Zaraz przyniosę.

Ale to jej nie uspokoiło. Ciągle była wkurzona. Bardzo. Przebierała palcami po kołdrze, jej palce poruszały się sprawnie i szybko.

— To co tak stoisz? Dlaczego nie idziesz?

— Idę.

— Ruszaj się. Szybciej. Hans na mnie czeka.

— Kto? Jaki Hans? — Traciłam grunt pod nogami.

— To nie twoja sprawa.

— Babciu… Proszę! — Głęboki wdech. Wydech. Wdech. Wydech.

— Komm! Komm! Schnell! Schnell!

Miałam dość. Czułam, że jeszcze chwila, a pęknę jak dojrzały owoc i wyleje się ze mnie lepki sok, maź, której nie będzie można zmyć. Musiałam wyjść. Schnell! Schnell! Przyzwyczailiśmy się już do niemieckich słów. Pielęgniarki też.

Paląc papierosa na korytarzu, nie mogłam przestać myśleć o tej sukience. Nigdy o nic się tak nie upominała, nie z takim uporem. Co to za sukienka? Musiała być dla niej szczególnie ważna. Czerwona sukienka? W białe grochy? Pewnie taka staroświecka, lekko rozkloszowana, może z białym kołnierzykiem? I nagle przypomniałam sobie jedno ze starych zdjęć, które kiedyś, ścieląc łóżko babci, znalazłam pod poduszką. Mała dziewczynka stoi w sadzie, wśród karłowatych drzew. Ma na sobie sukienkę. Szarą, bo na starych zdjęciach wszystko jest szare. Kontrast białego z czarnym zatarł się z czasem, więc może grochy wypłowiały i spadły z fałd sukienki jak jesienne liście z drzew.

Dziewczynka ma staranie uczesane włosy, w mały koczek wpięta jest nieproporcjonalnie wielka kokarda. Dookoła niej sześciu starszych chłopców. Wszyscy są rozbrykani. Nie zazdroszczę fotografowi, który ustawiał ich do zdjęcia. Jeden z chłopaków robi coś za plecami dziewczynki. Dziewczynka odwraca się. Wtedy zniecierpliwiony fotograf nacisnął migawkę. Może miał już dość ustawiania i strofowania niesfornej gromadki. Może w kolejce czekali inni, tak samo ubrani w niedzielnie wyprasowane i wykrochmalone ubrania, uczesani na brylantynę, w wyglancowanych butach. Dziewczynka uchwycona jest w półobrocie. Śmieje się. Wygląda na szczęśliwą. Królewna wśród sześciu królewiczów. Królewicze wydają się czuć bardzo dobrze w jej towarzystwie. Są beztroscy, gotowi do żartów, pełni pomysłów.

Ci radośni chłopcy to bracia babci. Sześciu młodych byczków. Wszyscy zaginęli na wojnie. Po żadnym nie został nawet ślad. Czy walczyli w polskiej, czy w niemieckiej armii? Czy zginęli za polską czy za niemiecką ojczyznę? Babcia nigdy o tym nie mówiła. Jej wspomnienia o braciach ograniczały się do czasu ich wspólnego dzieciństwa. Potem jakby zgasło światło. Ciemność. Drzwi zostały zamknięte. Nie wiadomo nawet gdzie są pochowani. Nie wiadomo gdzie zapalić za nich świeczki.

W ogóle nie wiedziałam zbyt wiele. Schmiedel to z pewnością nie jest żadne arystokratyczne nazwisko. Raczej jak Kowalski w Polsce czy Smith na Wyspach. Tylko tyle, że Familie Schmiedel przyjechała do Polski na początku XX wieku. Skąd? Nie mam pojęcia. Skoro zdecydowali się na taki krok, to pewnie z jakiejś niemieckiej pipidówki, skądś, gdzie się nie przelewało. Rodzice i sześciu małych synów. Łódź musiała być dla nich tętniącą życiem metropolią. Przemysł włókienniczy kwitł w najlepsze. Niemiecka ludność stanowiła mniej więcej jedną trzecią mieszkańców miasta. Wiele fabryk i zakładów przemysłowych znajdowało się w niemieckich rękach. Niemiecki był słyszany na ulicy na równi z polskim. Niemcy mieli swoje kościoły, swój cmentarz, swoje sklepy, restauracje.

Herr Schmiedel nie był przedsiębiorcą, nie miał kapitału do zainwestowania. Było jednak coś, w czym osiągnął mistrzostwo. Wyplatane przez niego koszyki były prawdziwymi dziełami sztuki. Prawdopodobnie rodzina nie miała dość pieniędzy na osiedlenie się w samej Łodzi. Wiadomo, w mieście życie jest droższe, wymagania wyższe. Zamieszkali w małym miasteczku w pobliżu. Tyle wiem. Mała Rosamunde urodziła się już w Polsce. Nie wiadomo dokładnie, w którym roku. Na każdym dokumencie widnieje inna data. Tysiąc dziewięćset siódmy? Czternasty? Osiemnasty? Skąd taki bałagan w niemieckich archiwach? Rodzinna legenda mówi (babcia milczy), że zamieniono jej datę urodzenia z datą urodzenia starszego brata, żeby okazał się za młody na werbunek do armii w czasie I wojny.

Niestety przeprowadzka do ziemi obiecanej, zamiast przynieść rodzinie Schmiedelów dobrobyt i spokojne życie, stała się pasmem nieszczęść. Najpierw kilka lat po urodzeniu Rosamunde zmarła Frau Schmiedel. Osierociła siedmioro dzieci. Czasy były ciężkie. Chłopcy byli już dostatecznie duzi, żeby pomagać ojcu, ale dziewczynka? Rosamunde, Rose, Röschen, Róża, Różyczka. Zawsze taka drobna, krucha, słabowita. Pewnie oczko w głowie mamusi. Mała księżniczka. Co było robić? Może ojciec nie miał sił, żeby zajmować się córeczką. Może ziemia obiecana nie okazała się rajem. Może sąsiedzi krzywo patrzyli na dziewczynkę, która bez celu kręciła się wokół domu, niestarannie uczesana, w brudnych kołnierzykach.

Ze strzępków informacji i wspomnień taty wynika, że ojciec oddał babcię na wychowanie do zamożniejszej niemieckiej rodziny. Sama nigdy o tym nie mówiła. Czy czuła się tam dobrze? Czy znalazła tam swoje miejsce? Czy była paczką, którą przekłada się z kąta w kąt? Przecież czasy były coraz cięższe. Nad Europą piętrzyły się ciemne chmury. Niemożliwe, żeby „polscy” Niemcy nie czuli tego w kościach. Obca dziewczyna musiała być piątym kołem u wozu, a na to było w tamtych czasach tylko jedno lekarstwo. Małżeństwo! Miłość? Kto by wtedy myślał o takich bzdurach. Potrzebny był Polak. Od zaraz. Tak w tej historii znalazł się dziadek Zdzisiek. Tylko po to, żeby szybko zniknąć.

Był chudy, żylasty. Brzydki. Pachniał inaczej niż tata, ostro, obco, ten zapach kłuł mnie w nos. Przynosił kwiaty. Bzy, peonie, róże i takie małe białe, kręciło mi się od tego w głowie. A potem tańczyliśmy, Boże, jak myśmy tańczyli… Trzymał mnie tak pewnie, ręce miał silne, szorstkie. Ojej, nie tak mocno… Puść, puść mnie. Jak ja się teraz pokażę w tej rozdartej sukience. Pierścionek mocno błyszczał. Jego oczy też. Myślałam, że to brylant, ale Żyd w lombardzie powiedział, że to szkiełko. Jak to możliwe. To niemożliwe. Taki piękny, a szkiełko. Nie chcę… Zostaw… Ostry zapach wchodzi mi do nosa, do ust… Jest wszędzie… Zostaw mnie. Zostaw…

Na widok nadchodzącej szybkim krokiem pielęgniarki szybko, ostatni raz, się zaciągnęłam i zgasiłam papierosa.

— Płacze. Nie możemy jej uspokoić. Może pani spróbuje.

Wydali mnie za mąż tak, jak się sprzedaje się jałówkę do sąsiedniego gospodarstwa. „Gdyby nie kasa, nigdy bym się z tobą nie ożenił, Niemro jedna!”, krzyczał. Nie tak głośno, mein Gott, bo sąsiedzi usłyszą. Nie tak głośno… „Niech wiedzą, że ja Szwabów, kurwa, nie cierpię”. Cicho, cichutko… Na paluszkach. Żeby się chłopcy nie pobudzili.

Guten Abend, gute Nacht,mit Rosen bedacht,mit Näglein besteckt,schlupf unter die Deck’:Morgen früh, wenn Gott will,wirst du wieder geweckt.

A potem już tylko chrapanie… Mein Gott, danke. Jak się cieszyłam, gdy weszli nasi. Tacy ładni chłopcy i wszyscy mówili po niemiecku. Wreszcie czułam się jak w domu. Chciałam krzyczeć: „Zabierzcie mnie ze sobą, kochani moi, piękni chłopcy, chcę do domu”. Boże, jaka ja byłam szczęśliwa. „Ty Niemro, gdzie ty byłaś!? Nic nie rozumiesz?! Ty szwabskie nasienie! Wstyd mi za ciebie!”. A potem już nie wiem, ciemność. I płacz chłopców. Mamusiu… Mamusiu…

Kiedy weszłam do sali, kwiliła zwinięta w mały kłębuszek pod kołdrą. Dotknęłam delikatnie jej twarzy, żeby zetrzeć łzy, wtedy złapała moją rękę. Trzymała mocno.

— Mamusiu… Przytul mnie. Przytul… Mocno…

Położyłam się koło niej. Objęłam ją i przytuliłam się do jej drobnych pleców. Oddychała bardzo powoli, prawie niewyczuwalnie. Zamknęłam oczy. Poczułam nagle wielki spokój. Mój oddech wyrównał się z jej oddechem. Duży oddech i mały oddech. Jak matka i dziecko. Tylko kto był matką, a kto dzieckiem? Wszystko stawało się miękkie. I dalekie. Poczułam jeszcze tylko, jak ktoś przykrywa nas drapiącym kocem. Przebudziło mnie dopiero szarpnięcie za ramię.

— Musi pani już iść. Będziemy miały nieprzyjemności, jeśli doktor panią zobaczy.

— Tak, tak — odpowiedziałam podwójnie, na modłę babci, usiłując szybko zebrać myśli. Gdzie, co, jak, kto? Przez ułamek sekundy mój umysł dryfował w nicości bez czasu i kierunku. Przestraszyłam się, rozejrzałam w popłochu. Poczułam, że muszę się czegoś uchwycić. Czegokolwiek. Choćby czegoś małego, czegoś, co jest najbliżej, co pomoże wyciągnąć mnie z tej lodowatej wody, która mnie wciągała. Cokolwiek. Jest! Może być! Poręcz łóżka. Realna, znajoma. Złapałam się jej i wstałam szybko. Wróciłam. Przez głowę przeleciała mi myśl owinięta w kołderkę lęku: jak to jest kiedy się nie wraca, kiedy szuka się wyjścia i nie można go znaleźć, jak w męczącym śnie? Pomyślałam o babci. O tym, że coraz częściej nie udaje jej się uchwycić niczego stałego, żeby wystawić głowę nad powierzchnię.

Jechałam do domu przez ciemne miasto. Stare kamienice pamiętały tamte czasy. Wojsko wjeżdżające do Łodzi. Niemieckie. Potem radzieckie. Budynki rozsypywały się jak wspomnienia w głowie babci. Powoli, ale nieodwracalnie.

Piotr nie spał. Czekał na mnie w kuchni. Jakiś czas temu wyrzuciliśmy z niej stare meble, graty, jak mówiłam. Teraz kuchnia jest nowoczesna, szafki lśnią jak w katalogu Ikei, otwierają się automatycznie, kiedy tylko lekko naciśnie się drzwiczki. Stary kredens menele z podwórka zabrali za butelkę wódki. Babcia płakała. Ja byłam wkurzona. Piotr montował nowe szafki.

— Brzydkie. — Gniewna pauza. — Brzydkie — skwitowała w końcu i zamknęła się w swoim pokoju.

Nie wychodziła do wieczora. Ja się też zawzięłam i nawet do niej nie zapukałam. W końcu się zaniepokoiliśmy. Minęło już parę godzin. Z pokoju babci nie dochodziły żadne odgłosy. Nie odpowiadała na pukanie. W końcu wzięłam głęboki oddech i weszłam. Babcia siedziała przy stole. Przed nią w równych kupkach poukładane były zdjęcia. Posegregowane według tylko jej znanego kodu, jak brudne pranie.

— Nie jesteś głodna?

Spojrzała na mnie nieobecnym wzrokiem.

— Głodna? Co ty opowiadasz?! Przecież dopiero co wróciłam z cukierni.

— Z cukierni?

— Jadłam bezę. Od Gronowskiej. Nie znajdziesz lepszych. To przez ten środek… Taki miękki, słodki, zawsze przykleja się do języka. — Zachichotała. — Jakby się jadło słodką chmurkę. Jak w niebie. Musisz spróbować.

Przysunęłam sobie krzesło i usiadłam obok niej. Spojrzałam na wyblakłe zdjęcie, które trzymała w dłoniach. Wyjęłam je ostrożnie, żeby się lepiej przyjrzeć. Młodziutka babcia w kostiumie kąpielowym siedzi w zalotnej pozie na plaży. Uśmiecha się do obiektywu. W oddali widać drewniane molo. Może to Sopot?

— Byłaś nad morzem? Kiedy?

— Nie pamiętasz?.Letztes Jahr hat mich die Familie Hermann dorthin gebracht. Było takie słońce, że cały czas chodziłam z parasolką. Opalenizna jest prostacka. — Popatrzyła na mnie i pogłaskała mnie po policzku. — Pamiętaj, nigdy się nie opalaj. Tylko chłopki są opalone.

— A bezy? Co z bezami?

— Jakimi bezami? — Spojrzała na mnie z czułością, dotknęła dłonią mojego policzka. — Wszystko ci się miesza, mój głuptasku.

Piotr poszedł się położyć, a ja weszłam do pokoju babci. Bez jej drobnego oddechu wydawał się taki cichy, smutny i opuszczony. Wyjęłam z szafy zakurzone pudło. Spłowiałe zdjęcia wysypały się na dywan. Mała Rosamunde w ogrodzie wśród sterty wiklinowych koszyków różnej wielkości. Mężczyzna siedzi na niskim stołeczku, plecie koszyk, w kąciku ust żarzy się końcówka papierosa. Ojciec? Dziadek? Na odwrocie nie ma żadnej daty. Młoda Róża (już nie Rosamunde) z niemowlakiem na kolanach, dziecko ma na głowie czepek z dziwaczną falbanką. Nastolatka w sukience zapiętej pod samą szyję, wymuszony uśmiech. Chudy mężczyzna w garniturze i kapeluszu idzie ulicą. I moje ulubione. Mały chłopczyk, może sześciolatek, stoi w alejce parkowej. Ma na sobie krótkie spodenki na szelkach, w jednej ręce trzyma dyszel miniaturowego wozu drabiniastego, na którym siedzi pluszowy miś. To mój tata. Mruży oczy, bo fotograf poszedł na łatwiznę i ustawił go pod słońce, które teraz świeci chłopczykowi prosto w oczy.

Na innym zdjęciu już dwóch chłopców, mniejszy i większy. Babcia ubrana elegancko, uchwycona przed kościołem w niedzielę albo jakieś święto kościelne. Perły na szyi, ufryzowane włosy. Bo babcia miała piękne włosy. Kiedy byłam mała, pozwalała mi je czesać i zakręcać długie pasma na taką śmieszną lokówkę, którą rozgrzewało się w prawdziwym ogniu. Pozwalała mi jeść jajecznicę prosto z patelni i nigdy nie brakowało u niej kompotu z gruszek. Gruszki z tego kompotu były zawsze twarde, prawie chrupiące. Nigdy później już takich nie jadłam. Zwykle są rozgotowane i mdłe, a tamte były sprężyste, ich słodki piasek zgrzytał w zębach. Nigdy się nie zastanawiałam nad nieobecnością dziadka. Babcia była zawsze pojedyncza. Dziadek zginął w kampanii wrześniowej. Był bohaterem z fotografii, która gdzieś się zapodziała.

Popatrzyłam bezradnie na rozsypane zdjęcia. Odnalezienie zdjęcia z sukienką w białe grochy wydało mi się nagle zadaniem ponad siły. Oparłam głowę o szafę. Życie babci rozsypane na podłodze. Fragmenty, które nie składają się w żadną całość. Bo kto miałby je poskładać, skoro pamięć babci jest dziurawa i porwana jak jej stara sukienka ślubna? A może zresztą kolejność i logika nie są najważniejsze. A jeśli one nie, to co? Pojedyncze chwile? Przedmioty? Detale? Zachód słońca nad morzem? Pierwszy pocałunek w półmroku korytarza? Smak lemoniady w upalne przedpołudnie? Czerwona sukienka w białe grochy? Muszę koniecznie odnaleźć tę fotografię.

Zaczęłam znowu grzebać w zdjęciach. Większość nic mi nie mówiła. Obce twarze. Nagle jedno przykuło moją uwagę. Zrobione było chyba na ławeczce przed domem babci, poznałam po tym krzywym drzewie. Obok babci siedzi mężczyzna, zadbany, w marynarce. Nie dziadek. Odwróciłam zdjęcie, szukając wskazówek. Jest. „Tadek, maj ’53”. Tadek? Czy nie tak miał na imię jeden z braci babci? Przysunęłam zdjęcie bliżej twarzy, żeby lepiej przyjrzeć się postaciom na fotce. Te same oczy, wykrój ust. Czyżby to był brat Tadek? Skąd się wziął w Łodzi w tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym trzecim roku, skoro zaginął, jak twierdziła zawsze babcia, podczas wojny? W tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym trzecim od końca wojny minęło już osiem lat, a Tadek wygląda na zdjęciu na żywego, a nawet więcej, wygląda całkiem zdrowo i elegancko w tej dobrze skrojonej marynarce. Uśmiecha się, ale babcia ma minę niezbyt zadowoloną. Znam ten jej półuśmiech. Nigdy nie wróżył nic dobrego.

Chyba musiało być już ciepło, bo Tadek ma poluzowany krawat, ostatni guzik białej koszuli odpięty. Znów przeniosłam wzrok na babcię. Co tu jest grane? Dlaczego uśmierciła braci na wojnie, podczas gdy w latach pięćdziesiątych przynajmniej jeden z nich żył i miał się, jak widać, całkiem dobrze? Cholera, czyżby babcia była mistrzynią zamiatania spraw pod dywan? Jakby tworzyła w swoich wspomnieniach inną, lepszą wersję swojego życia. Mąż bohater, obrońca Ojczyzny przez duże O, bracia polegli na polu chwały.

Czyżby jej prawdziwe życie wydawało się jej nie dość dobre? Jeśli tak to, do cholery, czemu go nie poprawiła, kiedy był na to czas? Ale to nie działa, nie da się tak po prostu wyrzucić na śmietnik prawdziwej wersji swojego życia i zastąpić jej zmyślonymi bajeczkami. Bajeczkami? Kurcze, przecież to nie bajki, tylko zwykłe kłamstwa. Poczułam złość. Przecież jej historia jest też moją historią. Przecież jej życie jest cząstką mojego życia. Nie życzę sobie, żeby je zakłamywała. Łapy precz!

W złości zebrałam bezładnie zdjęcia i wrzuciłam je z powrotem do pudła. Jedno sfrunęło i wślizgnęło się pod łóżko. Sięgając po nie, zobaczyłam biały kartonik. To była pocztówka. Na odwrocie jakieś miasto, palmy, słońce. Adres babci. I tylko dwa zdania: „Liebe Röschen. Alles ist fertig. Wart auf mich mit dem Sonntagmittagessen. Liebe Grüße. Tadek”. Nic z tego nie rozumiałam. Wtedy wszedł Piotr i kazał mi się położyć do łóżka. Byłam mu wdzięczna za nieznoszący sprzeciwu ton.

***

— Noc minęła spokojnie. Spała jak zabita.

— Zabita?

— Eee… Przepraszam. No… Jak dziecko.

No więc babcia spała jak zabite dziecko. A teraz jak dziecko, ale przywrócone do życia, zajadała na śniadanie jogurt truskawkowy.

— Cześć, babciu. Dobrze spałaś?

Podniosła na mnie wzrok.

— Masz cukierki? — zapytała ściszonym, konspiracyjnym głosem.

— No pewnie. — Uśmiechnęłam się.

Nachyliła się w moją stronę. Znowu konspira.

— Zostaw tam gdzie zwykle. — Pokiwała głową. — Gdzie zwykle. Wiesz? Żeby mama nie widziała.

Rozczuliła mnie. Ciągle umiała mnie zaskoczyć. Uśmiechnęłam się do niej. A właściwie do siebie. Ja też byłam sprytna. Miałam plan.

— Tadek dzisiaj przyjdzie.

— Co?

— Tadek przyjeżdża.

— Nie znam żadnego Tadka. — Ups! Jogurt ląduje na podłodze. Znowu znany półobrót w stronę okna. Usta zasznurowane. Podniosłam kubeczek z podłogi.

— Dobrze wiesz.

Zero reakcji. Czyżbym strzelała ślepakami? Głowa i plecy nieruchome. Ale ton stanowczy. Nieprzejednany.

— Nie będę z nim rozmawiać.

— Ale on specjalnie przyjeżdża do ciebie… Żeby porozmawiać.

— Powiedz mu… Powiedz mu… — Babcia odwraca głowę, broda jej drży. Nie wiem, czy jest wzruszona, czy wkurzona.

— Co mam mu powiedzieć?

Pauza. Długa jak w teatrze. Powietrze gęstnieje.

— Ich kenne Sie nicht. Wer sind Sie?

— Czego się boisz? Zrobił ci coś?

— Ich verstehe nicht. Ich kann nicht sehr gut Polnisch verstehen. Sie sollen Deutsch sprechen.

Kurczę. Znowu mnie przechytrzyła. Który to raz z kolei? Patrzę w jej oczy i zastanawiam się, czy to celowa strategia, czy jej umysł wykręca piruet. Czy błądzi teraz w swoim zwykłym labiryncie, gdzie lewo i prawo, teraz i kiedyś, tu i tam mieszają się, nieustannie zmieniając kierunki i zwroty. Czy ona coś ukrywa przede mną? Czy przed sobą?

— Lass mich in Ruhe.

Nie cierpiałam niemieckiego. Kojarzył mi się z tymi okropnymi wojennymi filmami, do oglądania których zmuszali nas w szkole. Raus! Raus! Hände hoch! Hände hoch! Nie musiałam jednak znać niemieckiego, żeby zrozumieć, że to oznacza ostateczne zamknięcie rozmowy. Koniec. Babcia opadła z powrotem na poduszki. Zamknęła oczy.

Jej twarz wydawała się rozluźniona, pogodna. Palce znowu wykonywały swój taniec.

Czego ci wszyscy ludzie ode mnie chcą? Kim jest ta kobieta, która tu ciągle przesiaduje? Zagaduje. Męczy. To może zła kobieta jest. Może ukraść co chce. Tyle pytań. Po co to? Tylko w głowie się od tego miesza. Kiedy mówi jakieś imię, gdzieś daleko pojawia się zarys twarzy, tembr głosu, ale wszystko jest takie nieuchwytne. Jakby we mgle. Nie wiem, nie wiem… Taka jestem zmęczona. Czuję się, jakbym nie mogła dosięgnąć stopami dna. Ale tak, tak, z zamkniętymi oczami jest lepiej. Ciepło w nogi, to dobrze. Zaraz mama zawoła na śniadanie. Jak co rano. Będą na pewno naleśniki z konfiturą. Pani Zimmerman robi taką wspaniałą konfiturę z takich… no… z tych czerwonych owoców, małych, okrągłych jak szklane kulki Tadka. Potem założę swoją nową sukienkę. Czerwoną w białe grochy. Czeka w szafie, wyprasowana, pachnąca nowością. Dobra, cierpliwa sukienka. Czekała na swój wielki dzień, czekała, żeby puste rękawy wypełniły się moimi rękami, wpierw prawą, potem lewą, żeby mogła wyjść wreszcie z szafy, zobaczyć słońce. Byłam grzeczna, ani razu jej nie dotknęłam. Ale kiedy mama wychodzi na targ, przychodzę tu, otwieram szafę i patrzę na nią. Grochy są okrągłe jak małe piłeczki, którymi bawi się czasem Heinrich. To najpiękniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek widziałam. Jaka kiedykolwiek istniała na świecie. Jak jakiś cud w kościele. Poczekam. Rosamunde poczeka. Rosamunde umie czekać. Rosamunde jest bardzo cierpliwa. Czeka tyle lat, całe życie, żeby wszystko zaczęło się od nowa. Żeby mama nie umarła. Żeby Zdzisiek wziął sobie jakąś inną. Żeby zawsze było tak wesoło… jak kiedyś… zanim zaczęło się życie. Myśli płyną coraz wolniej. Nie dają się nawet domyśleć do końca. Wszystko jest takie ciężkie… ciemne… Zapadam się. Rosamunde… Rosa… Kto to jest?

— Babciu, babciu!!!

Koniec. Ktoś mnie wyciąga z dna rzeki. Biorę haust powietrza jak niemowlak wyciągnięty z brzucha matki. Nie chcę wracać. Boli.

— Czego mnie szarpiesz, głupia!

— O Boże, babciu. Tak się przestraszyłam.

— Warum? Was ist los?

— Dobrze się czujesz? Zawołać pielęgniarkę?

— Geh weg!

— Może ci poczytam, chcesz?

— Nein. Ich will nicht. Geh! Raus! Raus!

— Co?

— Ich brauche nichts. Ich will nach Hause gehen.

— Nach Hause? Tu jest teraz twój dom.

Babcia zamilkła. Rozejrzała się dookoła. Na jej twarzy pojawiło się nagłe zdziwienie, jakby po raz pierwszy zobaczyła ten pokój, łóżko, swoje dłonie. Przyglądała się każdemu elementowi bardzo uważnie. Przeraziło mnie to. Spojrzała na mnie zdziwiona.

— Tu? Ale gdzie? — Była zupełnie bezradna.

— A wiesz, kim ja jestem?

Cisza. Tylko to zdezorientowane spojrzenie.

— Poznajesz mnie?

Cisza. Panika. Nie wiem, co robić. Trzeba może coś nacisnąć, przekręcić, przestawić. Jak wrócić do dawnego trybu? Cholera, zacięło się na amen.

— Babciu, babciu…

Nie wytrzymałam. Napięcie było tak duże, że po prostu się rozpłakałam. Babcia popatrzyła na mnie. Nic się nie przekręciło. Położyła mi lekką dłoń na głowie.

— Niech pani nie płacze. Jakoś się stąd wydostaniemy. Mój brat nam pomoże.

W mojej głowie zapala się lampka.

— Tadek? — zapytałam szybko, chcąc uchwycić może jedyną okazję, żeby się czegoś dowiedzieć.

Babcia położyła palec na ustach.

— Ciii, nikt nie może wiedzieć. Tadek nas zabierze za granicę. On nam pomoże, ale nie można nikomu mówić. Złapaliby go. Rozumiesz, dziecko?

— Nie.

— To dobrze, bardzo dobrze. Lepiej nie wiedzieć, czasem lepiej nie wiedzieć. — Rozejrzała się nagle, jakby w obawie przed jakimś niebezpieczeństwem.

— Ale skąd on przyjedzie? Kiedy?

— Z Ameryki, tej daleko.

— On tam mieszka? W Ameryce?

— Lepiej nie wiedzieć. Wtedy będzie dobrze.

— I dokąd nas zabierze?

— Daleko. Bardzo daleko.

— Do Ameryki?

— Masz moją sukienkę? Muszę się ubrać.

— Babciu…

— Przynieś mi ubranie. Musimy się śpieszyć. Żeby nie było za późno.

— Za późno? Na co?

— Ale ty mnie męczysz, głupia. Przynieś sukienkę. Bo cię nie zabiorę.

I przykryła się, naciągając kołdrę na głowę. Nic już nie powiedziała. Do wieczora. Nie mogłam się doczekać, kiedy wrócę do domu. Czuwałam przy niej, ale w myślach przeczesywałam jej pokój w poszukiwaniu kryjówek. Nie było szuflady, zakamarka, kąta, szpary, gdzie bym nie zajrzała. Trudność była tym większa, że nie wiedziałam, czego szukam. I po co.

***

Koperta była wciśnięta pod stare ręczniki, których dawno już nie używała. Pożółkła. Bez adresu. W niej trzy bilety lotnicze. Miejsce docelowe: Berlin Zachodni. Data: trzynasty marca tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego piątego. A więc Tadek naprawdę chciał ją zabrać. Ją i dzieci. A jednak nie pojechała. Dlaczego? Gdyby wyjechała z dwoma synami, prawdopodobnie mnie by w ogóle nie było. Tata ożeniłby się z jakąś Amerykanką, nie poznałby mamy i nigdy by nie powstała ta kombinacja genów, jaką jestem.

Sięgnęłam machinalnie za stertę jej starych swetrów, których nie pozwalała mi wyrzucić, bez nadziei, że coś tam jeszcze może być. Niespodzianka! Natrafiłam na płaskie tekturowe pudełko oplecione gumką recepturką. Otworzyłam. Oczywiście żadnych klejnotów rodzinnych, brylantów, złotych monet. Plik pożółkłych listów, a pod nimi zdjęcie. Młody mężczyzna wyprostowany jak struna, przystojny, z czapką trzymaną na zgiętym ramieniu. Oficerki tak wyglancowane, że odbija się w nich lampa błyskowa. Twarz znajoma. Mundur SS. A więc to tak. Brat Tadek. Nazista z dystynkcjami.

Zdjęcie rozjeżdża mi się w dłoniach. Do zdjęcia przyklejone jest inne. Drugie zdjęcie wydaje się kopią pierwszego. Ta sama postawa. Mundur. Tylko twarz jest inna. Odwracam. „Für meine kleine Schwester, Heinrich”. Heinrich? Kolejny z braci. Coś tu się nie zgadza. Do cholery, wszystko się tu nie zgadza. Heinrich — rozumiem, ale jak faszysta mógł mieć na imię Tadek? Odwracam pierwsze zdjęcie. „Für Rose, T. 1941”. Czyli chociaż jedno się zgadza, pierwsza litera imienia. To trochę mało. Jeden szczegół na całą resztę nieprawdy. Tylko z tym zostanę? Z wykaligrafowanym staroświecko i starannie „T”?

Dzwonek telefonu był tak niespodziewany w tej nocnej ciszy i samym środku moich myśli, że w pierwszej chwili wydał mi się nierealny. Jednak telefon dzwonił i dzwonił. Do pokoju wszedł Piotr. Spojrzałam na niego i już wiedziałam.

— Dzwonili z hospicjum.

Teraz? Dlaczego właśnie teraz? Jak mogła mnie zostawić z tymi wszystkimi pytaniami?

— Kochanie… — Piotr przykucnął przy mnie. — Babcia… Tak mi przykro.

Bez słowa podałam mu dwa zdjęcia. Kątem oka zauważyłam, że spod szafy wystaje coś białego. Nie byłam pewna, czy mam teraz siłę na nowe odkrycia. Ale może to tylko skrawek starej gazety. Zwykły śmieć. I tak trzeba będzie teraz to wszystko posprzątać. Schyliłam się, żeby go wyciągnąć. Kiedy go odwróciłam, zobaczyłam małą Różę w szarej sukience. Ten sam półobrót. Te same uśmiechnięte twarze, rozbrykane postacie. Nic się nie zmieniło od czasu, kiedy ostatni raz widziałam to zdjęcie. Nikt nie dorósł. Nikt nie pozował jeszcze do zdjęcia w mundurze SS. Na czerwonym tle białe grochy odbijały się od siebie jak piłeczki. Nikt nie miał jeszcze pojęcia o tych wszystkich strasznych rzeczach, jakie przyjdzie mu robić. Skupiłam się na sukience. Trzeba było naprawdę wytężyć wzrok, żeby zobaczyć zatarte kontury wzoru. Dopasowana góra, biały okrągły kołnierzyk. Rozkloszowany dół zakończony jasną falbanką, chyba białą. Fałdy sukienki układały się symetrycznie, niemal perfekcyjnie.

Gapiłam się na zdjęcie, jakby mnie zahipnotyzowało. Myśli przelatywały mi przez głowę jak komety, w tę i w tamtą stronę, obijały się o wnętrze czaszki jak grochy z sukienki babci. Poczułam lekki zawrót głowy, musiałam oprzeć się o Piotra. Rzeczy straciły kontury, a zdarzenia wątki. Żegnaj, indiański wojowniku! Piotr objął mnie i mocno przytulił.

Trzy miesiące po pogrzebie babci na adres jej dawnego mieszkania przyszedł urzędowy list. „Zmarły Zdzisław Kowalewski… znaleziony na ulicy… przyczyna zgonu: niewydolność wielonarządowa spowodowana zaawansowaną chorobą alkoholową. Ciało do odbioru w kostnicy…”. W przypadku dziadka Zdziśka kampania wrześniowa mocno się przeciągnęła.

BUKIECIK KONWALII

Nie chcę patrzeć, zamykam oczy. Rozlega się głuchy odgłos. Jeden, drugi, trzeci, każdy kolejny jest coraz słabszy, aż zlewają się w jeden monotonny szum. Chciałbym, żeby to był szum morza. Albo wiatru w lesie. Wytężam wyobraźnię. Może to łopot żagla, jak wtedy, gdy burza złapała nas z tatą na łódce na środku Wigier. Może uderzenia kropli deszczu o płótno namiotu rozbitego w lesie. Niestety, nic z tego. Nie da się oszukać umysłu. To są uderzenia ziemi o wieko trumny. Bezlitośnie sprowadzają mnie na ziemię. Nie mam wyjścia, otwieram oczy. Widzę podłużny kopczyk, który zamienia się szybko w kopiec kwiatów. Róże, kalie, goździki przygniatają się wzajemnie, a szarfy i wstążki z napisami plączą tak skutecznie, że nie można odszyfrować, która wiązanka jest od kogo. „Kochanemu dziadkowi” łączy się z „chylimy głowę”, „Szanownemu koledze” z „kochamy Cię”, „Nigdy nie zapomnę” z „koledzy z dawnego zakładu pracy”. Jakiś niewidzialny żartowniś tworzy kolaże pozbawione sensu, wdzięku i poczucia humoru.

Pod tym wszystkim leży mój ojciec. Martwy.

Czuję, że drobna ręka mamy trzyma mnie lekko za ramię. Drży delikatnie. Jej twarz jest blada, lekko szara. I wciąż przyciska do nosa bukiecik konwalii.

Nitki przeplatają się, biała, czarna, biała, czarna — i tak bez końca. Materiał ma szorstką fakturę, lekko drapie. Mimo to tak bardzo chciałem przytulić do niego policzek. Kołnierz lekko uniesiony. Mama ma krótkie włosy, dolna powieka podkreślona czarną kreską, patrzy tym swoim spojrzeniem grzecznej dziewczynki, która ma wielką ochotę coś spsocić. Jest taka młoda.

— Zabiorę ich dzisiaj do wesołego miasteczka. Przyjechało wczoraj. Widziałem, jak montują w parku karuzelę —mówi tata do mamy przy śniadaniu.

— Nie lubię karuzeli — próbuję cicho oponować.

— A ja lubię! Uwielbiam! Kiedy idziemy? — Moja siostra chce zawsze tego, co tata proponuje. Lizus!

— Karuzela jest głupia. Kręci mi się od niej w głowie. — Mój głos ledwo unosi się znad talerza.

— Maminsynek!

Teraz to już przesadziła. Nie mogę nic powiedzieć, bo czuję, jak łzy podchodzą mi do gardła. Płacz zawsze zaczyna się u mnie w gardle. Nie wiem dlaczego.

— Madziu, nie wolno tak mówić do brata. To nieładnie.

— Ale to prawda. On się boi karuzeli. Boidudek! Boikaruzelek!

— A ty się zgadzasz, żeby się podlizać tacie.

— Nieprawda!

— A gdyby ci powiedział, żebyś zjadła zupę z dżdżownicy?

— Ble!

— Albo kotlet z psiej kupy!

— Basta! Przestańcie!

— Albo kredkę świecową! Tę sraczkowatą!

— Cisza, bo nigdzie nie pójdziemy!

— Widzisz! Wszystko przez ciebie! — syczy siostra przez przerwę po lewej jedynce.

— Seplenisz! — Wreszcie mam punkt przewagi.

— Jesteś głupi!

— Spokój! — Tata zaczyna mediować. — Filipku, a co ty byś chciał robić w wesołym miasteczku?

— Nic.

— Nie przychodzi ci do głowy ani jedna fajna rzecz?

— OK. Strzelnica. — Przed moimi oczami szybko staje szereg kwiatów z płatkami z kolorowych piórek. — Zastrzelę kwiatek dla mamy!

— Ja ciebie zastrzelę. — Siostra celuje do mnie ze skórki od chleba. — Pif-paf! Nie żyjesz!

— Magda! — Na upomnienie ojca siostra milknie i zaczyna ciamkać swój pistolet. — W takim razie zrobimy tak, Madzia będzie jeździć na karuzeli, a Filip będzie strzelał na strzelnicy. Zgoda?

— Ale karuzela najpierw!

— Nie, strzelanie najpierw!

— Hej, hej, hej! Spokój! Poczekajcie. — Tata zastanawia się, ale tylko chwilkę. — Zrobimy losowanie. — Szybko wyciąga dwie zapałki z pudełka, odłamuje jednej główkę, chowa ręce pod blat stołu, po sekundzie wyjmuje je, trzyma zapałki w palcach tak, że nie widać, która jest krótsza. — Kto losuje?

— Mama!

Ale miejsce mamy jest już puste. Serwetka leży złożona na talerzyku. Skończyła jeść, kiedy byliśmy zajęci kłótnią. Ciekawe, jakiego koloru kwiatek by wolała. Muszę sam zgadnąć. Znowu. Nie mogę opanować westchnienia, ale nauczyłem się robić to cichutko, tak żeby nikt nie usłyszał. To będzie niespodzianka. Niebieski jest bardzo ładny, chociaż to nie kolor konwalii.

Mama zawsze ładnie pachniała. Kiedy przychodziła, żeby pocałować mnie na dobranoc. Kiedy w nocy ubierała choinkę, którą cieszyliśmy się rano. Kiedy przechodziła przez pokój. Najczęściej to właśnie zapach zdradzał jej obecność. Poruszała się tak cicho, że czasem można się było przestraszyć.

— Kłamiesz! Jej nie ma! — Krzyczała siostra i wyrywała się ojcu, który chciał ją uspokoić. — Nie istnieje!

— Jest. Jest.

— Gdzie jest?

— Tutaj. Zawsze z nami.

— To niech tu przyjdzie! Teraz! Już!

— Teraz nie może.

— Jeśli mnie kocha, niech przyjdzie!

— Nie może teraz, mówię ci.

— Dlaczego nie może?

— Jest zajęta.

— Zawsze jest zajęta.

— Cicho... ci... kochanie... Uspokój się!

— Ja chcę do mamy! — Skandowała, krztusząc się łzami. — Chcę do mamy!

Potem tata leżał z nią i przytulał mocno, tak długo, aż przestawała krzyczeć i kopać. Następnego ranka, kiedy jak zawsze usiedliśmy w kuchni przy stole z czterema nakryciami, milczała. Jej twarz była napuchnięta jak balon. Nic nie mówiła. Wszyscy milczeliśmy, nie patrząc na siebie. Panowało tak wielkie napięcie, że aż zachciało mi się siusiu. Czekałem, aż mama wejdzie do kuchni, usiądzie z nami do stołu, uśmiechnie się, życząc nam miłego dnia w szkole. Czekałem, aż przyjdzie, żeby pokazać tej głupiej smarkuli raz na zawsze. Żeby jej udowodnić, że niczego nie rozumie. Ale nie przyszła. Magda nie jadła, a przecież zwykle nie mogła oprzeć się chrupiącym bułeczkom z nutellą. Siedziała ze wzrokiem wbitym w obrus, a potem bez słowa wstała, podniosła ze stołu talerz mamy i roztrzaskała go w zlewie. Potem wyszła do szkoły. Sama. Pierwszy raz. Tata nawet nie drgnął. Zostaliśmy przy stole we dwójkę. I nagle poczułem ten zapach. Zapach mojej mamy. I zobaczyłem, jak wchodzi do kuchni, w czarno-białym płaszczyku, przyciskając do nosa bukiecik konwalii. Ojciec i ja z satysfakcją popatrzyliśmy na siebie. Moja siostra naprawdę niczego nie rozumie. Głupia smarkula.