Wydawca: WAB Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2012

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ulotna doskonałość - Gianrico Carofiglio

 

Mecenas Guido Guerrieri, samotnik, intelektualista i erudyta, a przede wszystkim specjalista od spraw karnych, otrzymuje kolejną delikatną sprawę do rozwiązania. Do jego kancelarii zgłaszają się zamożni państwo Ferraro. Pół roku wcześniej w niewyjaśnionych okolicznościach zaginęła ich córka, Manuela. Wszystkie tropy prowadzą donikąd, a jedynym ewentualnym podejrzanym jest jej były chłopak, który ma mocne alibi. Z braku poszlak policja umorzyła śledztwo.

Rodzice dziewczyny nie chcą jednak zrezygnować. Czy mecenas Guerrieri zdoła rozwikłać zagadkę i znaleźć odpowiedź na pytanie, co stało się z Manuelą? To było porwanie? Gwałt i morderstwo? A może ucieczka z domu?

Pełen ironii, melancholii i cierpkiego humoru kryminał, w którym miłośnik przystojnego mecenasa odnajdzie zarówno kryminalną intrygę, jak i życiowe rozważania głównego bohatera. Carofiglio stworzył kolejną wciągającą historię, w której niuanse włoskiego prawa przeplatają się z trzymającymi w napięciu zagadkami.

Z recenzji poprzednich książek:

Wydawać by się mogło, że kryminał tworzony przez byłego prokuratora, walczącego z mafią, gangami, handlarzami ludźmi, z założenia skazany jest na akcję szybką jak seria z karabinu maszynowego, pełną krwawych porachunków, szczęku broni i mocnego języka. W wypadku prokuratora Carofiglia to trop bardziej niż błędny. Seria o mecenasie Guerierim, która przyniosła mu pisarską sławę, a także liczne nagrody, to pastelowe opowieści, pełne erudycyjnych cytatów, wysmakowane i wycyzelowane.

Dariusz Materek, salonkulturalny.pl

Carofiglio, posługując się sztafażem powieści z dreszczykiem, tworzy właściwie prozę psychologiczną, opisując rozterki mężczyzny wchodzącego w strefę smugi cienia. Mężczyzny, który zdaje sobie sprawę, że mógł lepiej pokierować własnym życiem, ale jednocześnie nie umartwia się ponad miarę, przyjmując to, co przynosi mu los, z nieco melancholijną rezygnacją.

Robert Ostaszewski, „Polityka”

Gianrico Carofiglio – (ur. 1961) – włoski pisarz i prokurator. Występował jako oskarżyciel w procesach przeciwko mafii, przestępczości zorganizowanej i handlarzom ludźmi. Zaangażował się również w działalność antykorupcyjną.

Jako powieściopisarz odniósł wielki sukces dzięki serii kryminalnej z mecenasem Guerrierim, na którą składają się: Świadek mimo woli (2002, W.A.B. 2008), Z zamkniętymi oczami (2003, W.A.B. 2009), Ponad wszelką wątpliwość (2006, W.A.B. 2010) oraz bestsellerowa we Włoszech Ulotna doskonałość (2010, W.A.B. 2012). Opublikował także powieść Il passato è una terra straniera (2004) oraz powieść graficzną Cacciatori nelle tenebre (2007). Zdobył uznanie zarówno krytyki, jak i czytelników, o czym świadczą liczne nagrody i wysokie nakłady jego książek.

Prawa do cyklu o mecenasie Guerrierim zakupiły wydawnictwa z kilkunastu krajów, m.in. Hiszpanii, Francji, Holandii, Japonii, Brazylii i USA. Na podstawie powieści Carofiglia włoska telewizja nakręciła serial.

Opinie o ebooku Ulotna doskonałość - Gianrico Carofiglio

Fragment ebooka Ulotna doskonałość - Gianrico Carofiglio

GIAN­RI­CO

CA­RO­FI­GLIO

ULOT­NA DO­SKO­NA­ŁOŚĆ

prze­ło­ży­ła Jo­an­na Wa­cho­wiak-Fin­la­ison

Ty­tuł ory­gi­na­łu: Le per­fe­zio­ni pro­vvi­so­rie

Co­py­ri­ght © 2010 by Gian­ri­co Ca­ro­fi­glio

First Ita­lian edi­tion Sel­le­rio edi­to­re Pa­ler­mo

This edi­tion pu­bli­shed by ar­ran­ge­ment with Ro­sa­ria Car­pi­nel­li Con­su­len­ze Edi­to­ria­li Srl

Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Wy­daw­nic­two W.A.B., 2012

Co­py­ri­ght © for the Po­lish trans­la­tion by Wy­daw­nic­two W.A.B., 2012

Wy­da­nie I

War­sza­wa 2012

1

Wszyst­ko za­czę­ło się od nie­win­nej roz­mo­wy te­le­fo­nicz­nej z daw­nym przy­ja­cie­lem z uni­wer­sy­te­tu.

Sa­bi­no For­nel­li jest ad­wo­ka­tem spe­cja­li­zu­ją­cym się w pra­wie cy­wil­nym. Kie­dy któ­ryś z jego klien­tów ma pro­ble­my kar­ne, Sa­bi­no dzwo­ni do mnie, prze­ka­zu­je mi spra­wę i nie chce o ni­czym wię­cej sły­szeć. Jak wie­lu in­nych cy­wi­li­stów uwa­ża, że in­sty­tu­cje pra­wa kar­ne­go są nie­bez­piecz­ny­mi i po­dej­rza­ny­mi miej­sca­mi, i woli trzy­mać się od nich z da­le­ka.

Za­dzwo­nił do mnie pew­ne­go mar­co­we­go po­po­łu­dnia, kie­dy by­łem za­ję­ty spraw­dza­niem skar­gi ka­sa­cyj­nej, któ­rą mia­łem zło­żyć na­stęp­ne­go dnia. Nie sły­sze­li­śmy się od paru mie­się­cy.

– Gu­er­rie­ri, cześć, co u cie­bie sły­chać?

– Wszyst­ko w po­rząd­ku. A u cie­bie?

– Nic no­we­go. Mój syn po­je­chał na trzy mie­sią­ce do Sta­nów Zjed­no­czo­nych, na sty­pen­dium.

– Faj­nie. Świet­ny po­mysł, bę­dzie miał co wspo­mi­nać.

– Ja też będę miał co wspo­mi­nać. Od kie­dy wy­je­chał, moja żona do­pro­wa­dza mnie do sza­łu. Strasz­nie się o nie­go mar­twi.

Jesz­cze przez ja­kiś czas roz­ma­wia­li­śmy o wszyst­kim i o ni­czym, za­nim do­szli­śmy do sed­na spra­wy. Miał dwo­je klien­tów, któ­rzy chcie­li ze mną po­roz­ma­wiać w bar­dzo de­li­kat­nej i pil­nej spra­wie. Przy sło­wach „de­li­kat­nej i pil­nej” Sa­bi­no ści­szył głos, co wy­da­ło mi się tro­chę śmiesz­ne. Naj­bar­dziej po­waż­ną spra­wą, jaką do tej pory prze­ka­zał mi For­nel­li, był pe­wien dra­ma­tycz­ny przy­pa­dek, któ­ry do­ty­czył znie­wag, ob­ra­żeń cia­ła i na­ru­sze­nia miru do­mo­we­go.

Z uwa­gi na wcze­śniej­sze do­świad­cze­nia nie do koń­ca bra­łem na se­rio, kie­dy Sa­bi­no For­nel­li okre­ślał ja­kąś swo­ją spra­wę jako „de­li­kat­ną i pil­ną”.

– Ju­tro jadę do Rzy­mu i nie wiem, o któ­rej wró­cę. Po­ju­trze jest so­bo­ta, więc przy­ślij ich – rzu­ci­łem okiem na ka­len­darz – w po­nie­dzia­łek wie­czo­rem, po ósmej. O co w ogó­le cho­dzi?

Za­pa­dła krót­ka ci­sza.

– Może być po ósmej. Przyj­dę z nimi, ra­zem ci wy­tłu­ma­czy­my. Tak bę­dzie le­piej.

Te­raz to ja za­mil­kłem na chwi­lę. Nig­dy wcze­śniej For­nel­li nie to­wa­rzy­szył klien­tom, któ­rych kie­ro­wał do mo­jej kan­ce­la­rii. Chcia­łem za­py­tać, dla­cze­go tym ra­zem zmie­nił za­sa­dy i cze­mu nie może mi nic po­wie­dzieć przez te­le­fon, ale coś mnie po­wstrzy­ma­ło. Więc się zgo­dzi­łem, w po­rząd­ku, zo­ba­czy­my się u mnie, w po­nie­dzia­łek o ósmej trzy­dzie­ści, i skoń­czy­li­śmy roz­mo­wę.

Przez chwi­lę za­sta­na­wia­łem się, jaka to może być spra­wa. Ni­cze­go nie wy­my­śli­łem, więc w koń­cu wró­ci­łem do swo­jej ka­sa­cji.

2

Lu­bię ka­sa­cje. Sę­dzio­wie są pra­wie za­wsze przy­go­to­wa­ni, rzad­ko się zda­rza, żeby ktoś za­snął na roz­pra­wie, prze­wod­ni­czą­cy, poza drob­ny­mi wy­jąt­ka­mi, z re­gu­ły by­wa­ją dość uprzej­mi, na­wet kie­dy każą ci mó­wić krót­ko i nie tra­cić cza­su.

W od­róż­nie­niu od tego, co się dzie­je w są­dach kry­mi­nal­nych, a zwłasz­cza w są­dzie ape­la­cyj­nym, pod­czas ka­sa­cji ma się wra­że­nie, że świat jest upo­rząd­ko­wa­ny, a apa­rat spra­wie­dli­wo­ści sku­tecz­ny. To tyl­ko wra­że­nie, bo świat nie jest upo­rząd­ko­wa­ny, a apa­rat spra­wie­dli­wo­ści nie jest sku­tecz­ny. Ale to miłe wra­że­nie. Dla­te­go mam za­zwy­czaj do­bry hu­mor, kie­dy mu­szę się sta­wić na pro­ce­sie ka­sa­cyj­nym, na­wet je­śli ozna­cza to wcze­sną po­bud­kę.

Dzień był ład­ny, zim­ny i sło­necz­ny. Sa­mo­lot, na prze­kór ogól­nym prze­wi­dy­wa­niom, wy­le­ciał i do­le­ciał punk­tu­al­nie.

W tak­sów­ce mię­dzy lot­ni­skiem a są­dem przy­da­rzy­ło mi się coś wy­jąt­ko­we­go. Kie­dy tyl­ko sa­mo­chód ru­szył, za­uwa­ży­łem, że na przed­nim sie­dze­niu leży kil­ka­na­ście ksią­żek. Cie­ka­wość bie­rze nade mną górę za każ­dym ra­zem, kie­dy wi­dzę książ­ki u ko­goś w domu. A co do­pie­ro, kie­dy za­uwa­żam je w tak­sów­ce, nie­ko­niecz­nie ty­po­wym miej­scu, w któ­rym moż­na by je zna­leźć. Spoj­rza­łem na okład­ki. Było tam kil­ka ta­nich kry­mi­na­łów, ale tak­że Czer­wo­ne świa­tła Si­me­no­na, Pew­na pry­wat­na spra­wa Bep­pe Fe­no­glia i na­wet zbiór wier­szy Gar­cíi Lor­ki.

– Po co panu te wszyst­kie książ­ki?

– Czy­tam mię­dzy kur­sa­mi.

Ja­sne. Krót­ka od­po­wiedź na idio­tycz­ne py­ta­nie. Co się robi z książ­ka­mi? Czy­ta.

– Wie pan, za­py­ta­łem, bo nie­czę­sto mi się zda­rza zo­ba­czyć ich tyle w tak­sów­ce.

– To wca­le nie jest praw­da. Wie­lu mo­ich ko­le­gów lubi czy­tać.

Mó­wił nie­mal bez re­gio­nal­ne­go ak­cen­tu i zda­wa­ło się, że bar­dzo sta­ran­nie do­bie­ra sło­wa. Po­słu­gi­wał się nimi, jak­by były de­li­kat­ny­mi i odro­bi­nę nie­bez­piecz­ny­mi przed­mio­ta­mi. Ostry­mi jak brzy­twa.

– Z pew­no­ścią. Ale pan ma tu pra­wie całą bi­blio­te­kę.

– Lu­bię czy­tać kil­ka ksią­żek na­raz. Za­le­ży od na­stro­ju. Więc wożę ich ze sobą kil­ka, po­tem nie­któ­re koń­czę, ale za­po­mi­nam za­brać je z po­wro­tem do domu, i tak się tu­taj zbie­ra­ją.

– Ja też lu­bię mieć pod ręką kil­ka ksią­żek na­raz. Co pan te­raz czy­ta?

– Po­wieść Si­me­no­na. Po­do­ba mi się, bo ak­cja czę­ścio­wo to­czy się w sa­mo­cho­dzie, a ja je­stem głów­nie w sa­mo­cho­dzie. Wy­da­je mi się, że przez to le­piej ją ro­zu­miem. Poza tym wier­sze Gar­cíi Lor­ki. Lu­bię po­ezję, cho­ciaż wy­ma­ga wię­cej sku­pie­nia. A kie­dy je­stem zmę­czo­ny, czy­tam tam­te. – Wska­zał na je­den z po­pu­lar­nych kry­mi­na­łów. Nie wspo­mniał ani au­to­ra, ani ty­tu­łu, co wy­da­ło mi się słusz­ne. Mia­łem wra­że­nie, że w spo­so­bie, w ja­kim mó­wił o swo­ich lek­tu­rach i o ich nie­do­po­wie­dzia­nej hie­rar­chii, wy­czu­wal­na jest pew­na es­te­ty­ka, pre­cy­zyj­na, bez­względ­na i przej­rzy­sta. Spodo­ba­ło mi się to. Pró­bo­wa­łem zo­ba­czyć jego twarz, czę­ścio­wo prze­lot­nie z pro­fi­lu, czę­ścio­wo w od­bi­ciu w tyl­nym lu­ster­ku. Wy­glą­dał na trzy­dzie­ści pięć lat, był bla­dy i miał cień nie­śmia­ło­ści w oczach.

– Skąd u pana taka pa­sja?

– Nie uwie­rzy mi pan.

– Pro­szę spró­bo­wać.

– Za­nim skoń­czy­łem dwa­dzie­ścia osiem lat, nie trzy­ma­łem w ręku ani jed­nej książ­ki, z wy­jąt­kiem szkol­nych pod­ręcz­ni­ków. Ale mia­łem też wadę. Ją­ka­łem się. Bar­dzo. Coś ta­kie­go może czło­wie­ko­wi zruj­no­wać ży­cie, wie pan?

Ski­ną­łem gło­wą. Po­tem zda­łem so­bie spra­wę, że mnie nie wi­dzi.

– Tak, chy­ba mogę so­bie to wy­obra­zić. Ale pan mówi bar­dzo ład­nie – do­da­łem. Po­wie­dziaw­szy to, przy­po­mnia­łem so­bie jed­nak ostroż­ny, uważ­ny spo­sób, w jaki ob­cho­dził się ze sło­wa­mi.

– W pew­nym mo­men­cie mia­łem tego do­syć. Po­sze­dłem do lo­go­pe­dy i za­pi­sa­łem się na te­ra­pię ją­ka­nia. No i na tych za­ję­ciach ka­za­li nam czy­tać książ­ki, na głos.

– I tak to się za­czę­ło?

– Tak. Od­kry­łem książ­ki. Za­ję­cia się skoń­czy­ły, ale ja nie prze­sta­łem czy­tać. Mó­wią, że w ży­ciu nic się nie dzie­je przy­pad­kiem. Być może się ją­ka­łem, bo mia­łem od­kryć książ­ki. Nie wiem. Ale moje ży­cie kom­plet­nie się zmie­ni­ło. Nie pa­mię­tam na­wet, co wcze­śniej ro­bi­łem ca­ły­mi dnia­mi.

– Cie­ka­wa hi­sto­ria. Chciał­bym, żeby mnie się coś po­dob­ne­go przy­da­rzy­ło.

– To zna­czy? Nie lubi pan czy­tać?

– Nie, nie, lu­bię, i to bar­dzo. To chy­ba moje ulu­bio­ne za­ję­cie. Mia­łem na my­śli, że ma­rzy mi się cu­dow­na prze­mia­na, taka, jaka przy­da­rzy­ła się panu.

– Ach, ro­zu­miem – po­wie­dział. Po­tem sie­dzie­li­śmy w mil­cze­niu, pod­czas gdy sa­mo­chód mknął po wy­dzie­lo­nym pa­sie na via Ostien­se.

Do­je­cha­li­śmy do piaz­za Ca­vo­ur, nie na­po­ty­ka­jąc na ani je­den ko­rek. Mój za­przy­jaź­nio­ny tak­sów­karz czy­tel­nik za­trzy­mał się, wy­łą­czył sil­nik i od­wró­cił się do mnie. My­śla­łem, że usły­szę, ile je­stem mu wi­nien, i się­gną­łem po port­fel.

– Jest taki afo­ryzm Pau­la Va­léry’ego...

– Tak?

– Brzmi mniej wię­cej tak: aby sny sta­ły się rze­czy­wi­sto­ścią, trze­ba się obu­dzić.

Przez mo­ment pa­trzy­li­śmy na sie­bie. W oczach tak­sów­ka­rza było coś bar­dziej skom­pli­ko­wa­ne­go niż nie­śmia­łość. Jak­by oswo­je­nie ze stra­chem, spo­sób na opa­no­wa­nie go, zmie­sza­ne z wie­dzą, że był i za­wsze tam bę­dzie, przy­cza­jo­ny. W mo­ich oczach ma­lo­wa­ło się pew­nie zdzi­wie­nie. Za­sta­na­wia­łem się, czy kie­dy­kol­wiek prze­czy­ta­łem co­kol­wiek Va­léry’ego. Nie pa­mię­ta­łem.

– My­śla­łem o tym, co pan po­wie­dział wcze­śniej. O zmia­nie. Przy­szło mi do gło­wy, że ten cy­tat może pana za­in­spi­ro­wać. Nie wiem, czy inni też tak mają, ale ja lu­bię się dzie­lić tym, co prze­czy­ta­łem. Kie­dy po­wta­rzam ja­kieś zda­nie albo myśl czy wiersz, czu­ję się tro­chę, jak­bym był ich au­to­rem. Lu­bię to uczu­cie.

Ostat­nie sło­wa po­wie­dział nie­mal prze­pra­sza­ją­cym to­nem. Jak­by wła­śnie zdał so­bie spra­wę, że może się na­rzu­cać. Od­po­wie­dzia­łem mu szyb­ko:

– Dzię­ku­ję. Ja też za­wsze tak ro­bię. Ale nie po­tra­fi­łem nig­dy tego tak do­brze wy­tłu­ma­czyć.

Za­nim wy­sia­dłem, uści­sną­łem mu rękę na po­że­gna­nie. Od­cho­dząc do swo­ich za­jęć, po­my­śla­łem, że o wie­le bar­dziej wo­lał­bym tu zo­stać, roz­ma­wiać o książ­kach i o in­nych rze­czach.

Mia­łem pra­wie go­dzi­nę do roz­pra­wy. Zna­łem spra­wę i nie mu­sia­łem po­now­nie prze­glą­dać do­ku­men­tów, więc po­sta­no­wi­łem pójść na spa­cer. Prze­sze­dłem na dru­gą stro­nę Ty­bru przez Pon­te Ca­vo­ur. Woda mia­ła żół­to­zie­lo­ny ko­lor, jak rtęć po­bły­ski­wa­ła we­so­ło. Na uli­cach nie było zbyt wie­lu prze­chod­niów, dało się sły­szeć tyl­ko przy­tłu­mio­ne spo­ra­dycz­ne od­gło­sy sa­mo­cho­dów w tle. Mia­łem sil­ne i cu­dow­nie ir­ra­cjo­nal­ne wra­że­nie, że ta wspa­nia­ła ci­sza zo­sta­ła przy­go­to­wa­na spe­cjal­nie dla mnie. Ktoś po­wie­dział, że chwi­le szczę­ścia nas za­ska­ku­ją i że cza­sa­mi – czę­sto – na­wet ich nie za­uwa­ża­my. Do­pie­ro póź­niej od­kry­wa­my, że by­li­śmy szczę­śli­wi, co jest dość głu­pie. Kie­dy sze­dłem w kie­run­ku Ara Pa­cis, wró­ci­ło do mnie wspo­mnie­nie sprzed wie­lu lat.

Do ostat­nich eg­za­mi­nów przed obro­ną pra­cy ma­gi­ster­skiej przy­go­to­wy­wa­łem się z dwo­ma przy­ja­ciół­mi. Za­przy­jaź­ni­li­śmy się wła­śnie dla­te­go, że ra­zem się uczy­li­śmy, pi­sa­li­śmy ma­gi­ster­kę w tym sa­mym cza­sie i od­bie­ra­li­śmy dy­plo­my na tej sa­mej se­sji. Ta­kie rze­czy łą­czą lu­dzi, przy­najm­niej na ja­kiś czas. W rze­czy­wi­sto­ści bar­dzo się róż­ni­li­śmy i nie mie­li­śmy ze sobą zbyt wie­le wspól­ne­go. Za­czy­na­jąc od pla­nów na przy­szłość. W tym sen­sie, że oni mie­li pla­ny, a ja nie. Oni stu­dio­wa­li pra­wo, bo chcie­li zo­stać praw­ni­ka­mi, bez cie­nia wąt­pli­wo­ści, z peł­nym prze­ko­na­niem. Ja stu­dio­wa­łem pra­wo, bo nie wie­dzia­łem, co in­ne­go mógł­bym ro­bić.

Mia­łem mie­sza­ne uczu­cia co do tego ich prze­ko­na­nia. Z jed­nej stro­ny pa­trzy­łem na nich z góry. Wy­da­wa­ło mi się, że moi przy­ja­cie­le mie­li ogra­ni­czo­ne per­spek­ty­wy i ba­nal­ne ma­rze­nia. Z dru­giej stro­ny za­zdro­ści­łem im tych ja­snych pla­nów, tej pre­cy­zyj­nej wi­zji po­żą­da­nej przy­szło­ści. Było to coś, cze­go nie ro­zu­mia­łem do koń­ca, co mi umy­ka­ło, ale zda­wa­ło się do­da­wać im otu­chy. Sta­no­wi­ło an­ti­do­tum na przy­cza­jo­ny nie­po­kój, któ­ry to­wa­rzy­szył mo­jej nie­okre­ślo­nej wi­zji świa­ta.

Za­raz po skoń­cze­niu stu­diów, re­zy­gnu­jąc z wa­ka­cji, oni za­czę­li się za­wzię­cie uczyć do eg­za­mi­nów na apli­ka­cje. Ja za­czą­łem się za­wzię­cie obi­jać. Pra­co­wa­łem w kan­ce­la­rii cy­wil­nej, z ze­ro­wą ko­rzy­ścią dla mnie. Fan­ta­zjo­wa­łem o za­pi­sa­niu się na bli­żej nie­okre­ślo­ne za­ję­cia na za­gra­nicz­nych uni­wer­sy­te­tach. Roz­wa­ża­łem roz­po­czę­cie stu­diów na wy­dzia­le fi­lo­lo­gicz­nym. Chcia­łem po­świę­cić się pi­sa­niu po­wie­ści, któ­ra zmie­ni­ła­by ży­cie moje oraz jej licz­nych czy­tel­ni­ków i któ­rej, na szczę­ście, na­wet nie za­czą­łem. Krót­ko mó­wiąc, by­łem kon­kret­nym czło­wie­kiem o spre­cy­zo­wa­nych pla­nach.

Wła­śnie przez te spre­cy­zo­wa­ne pla­ny, kie­dy ogło­szo­no eg­za­min na apli­ka­cję, na­gle po­sta­no­wi­łem też zda­wać. Po­wie­dzia­łem o tym An­drei i Ser­gio­wi, wpra­wia­jąc ich w dziw­ne, lek­kie za­kło­po­ta­nie. Za­py­ta­li, co mia­łem na my­śli, bio­rąc pod uwa­gę to, że od chwi­li skoń­cze­nia stu­diów na­wet nie otwo­rzy­łem książ­ki, o czym oni do­sko­na­le wie­dzie­li. Od­po­wie­dzia­łem, że do eg­za­mi­nów pi­sem­nych zo­sta­ły mi jesz­cze trzy mie­sią­ce na na­ukę i że spró­bu­ję. Może ucząc się do tego eg­za­mi­nu, wy­my­ślę, co chcę zro­bić ze swo­im ży­ciem.

Na­praw­dę pró­bo­wa­łem się uczyć przez te kil­ka mie­się­cy, po ci­chu łu­dząc się na­dzie­ją na łut szczę­ścia, fart, ma­gicz­ny re­zul­tat. Ma­rze­nia obi­bo­ka.

Po­tem, pew­ne­go lu­to­we­go po­ran­ka, w po­ło­wie bez­myśl­nych lat osiem­dzie­sią­tych, An­drea Co­la­ian­ni, Ser­gio Ca­ro­fi­glio i Gu­ido Gu­er­rie­ri wy­ru­szy­li sta­rą alfą ro­meo ojca An­drei w po­dróż do Rzy­mu, na eg­za­min pi­sem­ny na apli­ka­cję.

Z tej po­dró­ży za­pa­mię­ta­łem tyl­ko kil­ka ob­ra­zów: sta­cje ben­zy­no­we, kawa, pa­pie­ros, siu­siu, pół go­dzi­ny sza­le­ją­cej ule­wy w sa­mym środ­ku Ape­nin, ale pa­mię­tam ogól­ne uczu­cie lek­ko­ści i bra­ku od­po­wie­dzial­no­ści. Uczy­łem się, tro­chę, ale nie an­ga­żo­wa­łem się ca­łym sobą w tę im­pre­zę, jak moi przy­ja­cie­le. Nie mia­łem nic do stra­ce­nia i gdy­by mi się nie uda­ło, co było bar­dzo praw­do­po­dob­ne, nikt nie mógł­by mi po­wie­dzieć, że po­nio­słem klę­skę.

– A ty po co tam je­dziesz, Gu­er­rie­ri? – An­drea w pew­nym mo­men­cie po­no­wił py­ta­nie, ści­sza­jąc mu­zy­kę. Słu­cha­li­śmy ka­se­ty, któ­rą na­gra­łem na po­dróż. Były na niej Have You Ever Seen the Rain, I Don’t Wan­na Talk Abo­ut It, Love Let­ters in the Sand, Like a Rol­ling Sto­ne, Time Pas­sa­ges. Wy­da­je mi się, że kie­dy An­drea za­da­wał mi to py­ta­nie, le­ciał Pia­no Man Bil­ly’ego Jo­ela.

– Nie wiem. Chcę zo­ba­czyć, spró­bo­wać, czy ja wiem. Na­wet gdy­by mi do­brze po­szło, ra­czej nie my­ślał­bym o pra­cy w są­dow­nic­twie jak o ja­kiejś mi­sji. Nie mam wa­szych am­bi­cji.

Ten tekst za­wsze de­ner­wo­wał An­dreę, dla­te­go wła­śnie, że tra­fiał w sed­no.

– Co za pier­do­ły wy­ga­du­jesz? Ja­kie am­bi­cje? Co ma z tym wspól­ne­go mi­sja? Chcę to ro­bić, po­cią­ga mnie ta pra­ca, my­ślę, że będę ją lu­bił. Bym ją lu­bił – na­tych­miast się po­pra­wił, żeby nie za­pe­szyć – i mógł­bym zro­bić coś uży­tecz­ne­go – po­wie­dział An­drea.

– Ja też. Wie­rzę w to, że świat, spo­łe­czeń­stwo moż­na zmie­nić, dzia­ła­jąc od­dol­nie. Wie­rzę w to, że je­że­li ktoś jest praw­ni­kiem, do­brym praw­ni­kiem, oczy­wi­ście, może zmie­nić świat. Oczy­ścić go z ko­rup­cji, prze­stęp­czo­ści, de­pra­wa­cji – do­dał Ser­gio.

Do­sko­na­le pa­mię­tam jego sło­wa i na ich wspo­mnie­nie ogar­nia­ją mnie mie­sza­ne uczu­cia, coś mię­dzy roz­rzew­nie­niem a za­kło­po­ta­niem tym, jak te na­iw­ne aspi­ra­cje zo­sta­ły póź­niej po­chło­nię­te przez mor­der­cze roz­pa­dli­ny ży­cia.

Chcia­łem coś od­po­wie­dzieć, ale po­tem nie­ja­sno po­my­śla­łem, że nie mia­łem pra­wa. W pe­wien spo­sób by­łem in­tru­zem w ich ma­rze­niach. Wzru­szy­łem więc ra­mio­na­mi i pod­krę­ci­łem dźwięk w ma­gne­to­fo­nie. Głos Bil­ly’ego Jo­ela wła­śnie ucichł i Cre­eden­ce Cle­ar­wa­ter Re­vi­val za­czy­na­li gi­ta­rą Have You Ever Seen the Rain. Na ze­wnątrz wła­śnie skoń­czy­ła się bu­rza.

Eg­za­min pi­sem­ny skła­dał się z trzech czę­ści: z pra­wa cy­wil­ne­go, kar­ne­go i ad­mi­ni­stra­cyj­ne­go, któ­rych ko­lej­ność za każ­dym ra­zem usta­la­no lo­so­wo.

Za­czę­li­śmy od pra­wa ad­mi­ni­stra­cyj­ne­go – te­ma­tu, o któ­rym kom­plet­nie nic nie wie­dzia­łem, więc po trzech go­dzi­nach się pod­da­łem, re­zy­gnu­jąc z mo­ich ukry­tych i głu­pich na­dziei. Prze­su­wa­ne drzwi pro­wa­dzą­ce do świa­ta do­ro­słych mia­ły jesz­cze po­zo­stać przede mną za­mknię­te, tkwi­łem za­tem w po­cze­kal­ni. Mia­łem w niej zo­stać przez ja­kiś czas.

Cza­sa­mi, w la­tach, któ­re póź­niej na­de­szły, za­sta­na­wia­łem się, jak po­to­czy­ło­by się moje ży­cie, gdy­by dzię­ki ja­kie­muś nie­spo­dzie­wa­ne­mu łu­to­wi szczę­ścia uda­ło mi się zdać ten eg­za­min.

Wy­je­chał­bym z Bari, zmie­nił­bym się i może nig­dy nie wró­cił. Tak jak to się sta­ło z An­dreą Co­la­ian­nim. Zdał i prze­pro­wa­dził się da­le­ko, żeby pra­co­wać jako pro­ku­ra­tor, ale mu­siał zre­wi­do­wać swo­je wy­obra­że­nie na te­mat tego, że rze­czy­wi­ście może zmie­nić świat sam, w po­je­dyn­kę.

Ser­gio Ca­ro­fi­glio nie zdał. Pra­gnął tego jesz­cze bar­dziej niż Co­la­ian­ni, je­śli to w ogó­le moż­li­we, ale nie prze­szedł przez eg­za­mi­ny pi­sem­ne. Spró­bo­wał jesz­cze raz i jesz­cze raz, aż wy­czer­pał trzy po­dej­ścia, do­pusz­czal­ne przez pra­wo. Nie by­li­śmy już w kon­tak­cie, kie­dy do­wie­dzia­łem się, że ob­lał eg­za­min po raz trze­ci i ostat­ni, ale wy­obra­zi­łem so­bie tra­gicz­ne po­czu­cie klę­ski, ja­kie mu­sia­ło być jego udzia­łem. Po­tem po­znał cór­kę biz­nes­me­na z oko­lic We­ne­cji, oże­nił się z nią i prze­pro­wa­dził gdzieś pod Ro­vi­gio, żeby pra­co­wać u te­ścia i uto­nąć we mgle wła­sne­go zgorzk­nie­nia i roz­wia­nych na­dziei. Ale może to tyl­ko ja so­bie tak my­ślę, a tym­cza­sem on jest za­do­wo­lo­ny i bo­ga­ty, a ob­la­nie tego eg­za­mi­nu było naj­lep­szą rze­czą, jaka mu się przy­da­rzy­ła.

Po wy­co­fa­niu się z eg­za­mi­nów zo­sta­łem w Rzy­mie. Po­kój w pen­sjo­na­cie był już i tak opła­co­ny na trzy dni, czy­li na cały czas ich trwa­nia. Kie­dy więc moi przy­ja­cie­le mie­rzy­li się z pra­wem kar­nym i cy­wil­nym, ja spę­dza­łem, nie­spo­dzie­wa­ne, naj­pięk­niej­sze rzym­skie wa­ka­cje w ży­ciu. Nie mia­łem nic do ro­bo­ty, więc cho­dzi­łem na dłu­gie spa­ce­ry, ku­po­wa­łem książ­ki za pół ceny, wy­le­gi­wa­łem się na ław­kach w Vil­la Bor­ghe­se, czy­ta­łem i pi­sa­łem. W efek­cie po­wsta­ło kil­ka okrop­nych wier­szy, któ­re na szczę­ście gdzieś za­gi­nę­ły. Na Scho­dach Hisz­pań­skich po­zna­łem dwie oty­łe Ame­ry­kan­ki. Po­szli­śmy ra­zem na piz­zę, ale od­rzu­ci­łem za­pro­sze­nie kon­ty­nu­owa­nia wie­czo­ru w ich miesz­ka­niu, po­nie­waż wy­da­wa­ło mi się, że spoj­rza­ły na sie­bie zna­czą­co, a bio­rąc pod uwa­gę fakt, że każ­da z nich mo­gła wa­żyć z osiem­dzie­siąt albo i dzie­więć­dzie­siąt kilo, uzna­łem, że są pew­ne gra­ni­ce za­ufa­nia.

Świat tęt­nił nie­skoń­czo­ny­mi moż­li­wo­ścia­mi w te cie­płe i nie­spo­dzia­ne lu­to­we wa­ka­cje w Rzy­mie, kie­dy ba­lan­so­wa­łem mię­dzy mło­do­ścią a do­ro­sło­ścią. To był krót­ki, pro­mien­ny i ulot­ny mo­ment w moim ży­ciu. Cie­szy­łem się każ­dą jego se­kun­dą. Tyl­ko to, co ulot­ne, jest do­sko­na­łe.

Te wspo­mnie­nia wró­ci­ły do mnie w trak­cie go­dzi­ny, któ­ra dzię­ki dziw­nej ma­gii wy­da­ła mi się tak samo za­wie­szo­na w cza­sie i ra­do­sna jak tam­te trzy dni przed dwu­dzie­stu laty. Mia­łem sza­lo­ne, eks­cy­tu­ją­ce wra­że­nie, że pły­ta wra­ca do po­cząt­ku i że wszyst­ko ma się dla mnie zno­wu za­cząć. Po­czu­łem, jak prze­cho­dzą mnie ciar­ki, wi­bra­cje. Było wspa­nia­le.

Po­tem za­uwa­ży­łem, że zro­bi­ła się dzie­sią­ta, prze­stra­szy­łem się, że je­stem spóź­nio­ny, i szyb­ko wró­ci­łem na piaz­za Ca­vo­ur.

3

Przed wej­ściem na salę roz­praw w są­dzie ka­sa­cyj­nym naj­pierw trze­ba przejść przez po­kój z to­ga­mi.

Togi trze­ba obo­wiąz­ko­wo za­kła­dać na każ­dej roz­pra­wie są­do­wej, ale z wy­jąt­kiem rzym­skich ad­wo­ka­tów pra­wie nikt nie przy­no­si wła­snej. Wy­po­ży­cza się je więc, jak­by to były ko­stiu­my te­atral­ne albo prze­bra­nia kar­na­wa­ło­we.

Przed po­ko­jem tog jak za­wsze sta­ła krót­ka ko­lej­ka. Ro­zej­rza­łem się w po­szu­ki­wa­niu ja­kiejś zna­jo­mej twa­rzy, ale ni­ko­go nie roz­po­zna­łem. Za to tuż przede mną stał fa­cet, któ­ry wy­glą­dał jak koń­co­wy re­zul­tat wie­lo­krot­nych, za­wzię­tych ko­pu­la­cji mię­dzy krew­ny­mi. Miał czar­ne, bar­dzo gę­ste brwi, wło­sy w nie­po­ko­ją­cym od­cie­niu blond z ru­dy­mi pa­sma­mi, wy­raź­ny pro­gna­tyzm i był ubra­ny w zie­lo­ną ma­ry­nar­kę o qu­asi-ty­rol­skim kro­ju. Wy­obra­zi­łem so­bie jego zdję­cie w ga­ze­cie pod na­głów­kiem „Ban­da pe­do­fil­ska roz­bi­ta” albo na pla­ka­cie wy­bor­czym w są­siedz­twie ja­kie­goś ra­si­stow­skie­go slo­ga­nu.

Wzią­łem wy­po­ży­czo­ną togę i po­wstrzy­ma­łem się od jej po­wą­cha­nia, co skoń­czy­ło­by się dla mnie uczu­ciem lek­kie­go obrzy­dze­nia przez cały po­ra­nek. Jak za­wsze przez chwi­lę za­sta­no­wi­łem się nad tym, ilu praw­ni­ków mia­ło ją na so­bie i ile ludz­kich hi­sto­rii prze­szło przez ich ręce. Po­tem, jak za­wsze, skar­ci­łem się za ba­nal­ność tej my­śli i po­sze­dłem do sali prze­słu­chań.

Mój pro­ces był jed­nym z pierw­szych i moja ko­lej na­de­szła pół go­dzi­ny po roz­po­czę­ciu po­sie­dze­nia.

Sę­dzia spra­woz­daw­ca stre­ścił hi­sto­rię spra­wy, przed­sta­wił po­wo­dy, dla któ­rych mój klient zo­stał ska­za­ny, oraz uza­sad­nie­nie mo­jej skar­gi.

Oskar­żo­ny był młod­szym sy­nem zna­ne­go biz­nes­me­na z Bari. W mo­men­cie aresz­to­wa­nia, czy­li oko­ło ośmiu lat wcze­śniej, miał dwa­dzie­ścia je­den lat i uczęsz­czał na wy­dział pra­wa, z bar­dzo mier­ny­mi wy­ni­ka­mi. Dużo le­piej wy­cho­dził mu han­del ko­ka­iną. Do­brze zna­no go w pew­nych krę­gach, któ­re cza­sa­mi chcia­ły albo po­trze­bo­wa­ły ko­ka­iny lub in­nych sub­stan­cji. W in­te­re­sach był do­kład­ny, punk­tu­al­ny i nie­za­wod­ny. Za­pew­niał do­sta­wę do domu, więc jego bo­ga­ci klien­ci nie mu­sie­li się zni­żać do cze­goś w tak złym gu­ście jak kon­tak­ty z ulicz­ny­mi di­le­ra­mi.

W pew­nym mo­men­cie, jako że wszy­scy go zna­li i wie­dzie­li, co robi, wpadł też w oko ka­ra­bi­nie­rom. Za­ło­ży­li mu pod­słuch na ko­mór­kę i śle­dzi­li przez kil­ka ty­go­dni, a po­tem, w od­po­wied­nim mo­men­cie, prze­szu­ka­li miesz­ka­nie i ga­raż. Zna­leź­li pra­wie pół ki­lo­gra­ma świet­nej we­ne­zu­el­skiej ko­ka­iny. Naj­pierw pró­bo­wał się bro­nić, twier­dząc, że ko­ka­ina nie na­le­ży do nie­go, że do ga­ra­żu mie­li do­stęp tak­że inni miesz­kań­cy i że mo­gła na­le­żeć do każ­de­go. Po­tem skon­fron­to­wa­no go z na­gra­nia­mi roz­mów te­le­fo­nicz­nych i wte­dy on, za radą swo­je­go ad­wo­ka­ta – moją – po­sta­no­wił sko­rzy­stać z pra­wa do od­mo­wy ze­znań. To ty­po­wy przy­pa­dek, kie­dy ja­kie­kol­wiek dal­sze wy­ja­śnie­nia mo­gły zo­stać uży­te prze­ciw­ko nie­mu.

Po kil­ku mie­sią­cach po­by­tu w wię­zie­niu przy­zna­no mu areszt do­mo­wy, a po oko­ło roku wy­pusz­czo­no go, na­kła­da­jąc do­zór po­li­cyj­ny. Pro­ces się opóź­niał, a li­nia obro­ny, po­mi­ja­jąc resz­tę pa­pla­ni­ny, opie­ra­ła się głów­nie na za­rzu­cie nie­do­pusz­czal­no­ści pod­słu­chu. Gdy­by za­rzut zo­stał uzna­ny, oskar­że­nie zna­la­zło­by się na dużo słab­szej po­zy­cji.

Pod­nio­słem kwe­stię nie­do­pusz­czal­no­ści pod­słu­chu przed są­dem. Od­rzu­ci­li za­rzut i ska­za­li mo­je­go klien­ta na dzie­sięć lat wię­zie­nia i nie­do­rzecz­nie wy­so­ką karę grzyw­ny. Pod­nio­słem kwe­stię nie­do­pusz­czal­no­ści pod­słu­chu przed są­dem od­wo­ław­czym. Ten też od­rzu­cił za­rzut, ale przy­najm­niej ob­ni­żył wy­rok.

Pod­nio­słem za­rzut nie­do­pusz­czal­no­ści pod­słu­chu przed są­dem ka­sa­cyj­nym i tego ran­ka po raz ostat­ni po­dej­mo­wa­łem pró­bę ura­to­wa­nia mo­je­go klien­ta – któ­ry w mię­dzy­cza­sie zna­lazł uczci­wą pra­cę, miał part­ner­kę i ma­łe­go syn­ka – przed dłu­gi­mi la­ta­mi wię­zie­nia, któ­re go cze­ka­ły, na­wet bio­rąc pod uwa­gę moż­li­we zła­go­dze­nie kary, zwol­nie­nia wa­run­ko­we i tym po­dob­ne. Na po­sie­dze­nie ka­sa­cyj­ne za­zwy­czaj nie wpusz­cza się pu­blicz­no­ści i na sa­lach roz­praw pa­nu­je pew­na abs­trak­cyj­na pod­nio­słość, a przede wszyst­kim po­ru­sza­ne są w nich wy­łącz­nie kwe­stie praw­ne. Bru­tal­na rze­czy­wi­stość fak­tów, roz­trzą­sa­na w pro­ce­sach kry­mi­nal­nych, po­zo­sta­je za drzwia­mi wy­ci­szo­nych sal są­dów wyż­szej in­stan­cji.

In­ny­mi sło­wy, po­win­ny tu pa­no­wać ide­al­ne wa­run­ki, żeby wy­rok i całą sy­tu­ację po­zba­wić ła­dun­ku emo­cjo­nal­ne­go, jaki to­wa­rzy­szy stan­dar­do­wym spra­wom kar­nym.

Tak nie jest z jed­ne­go pro­ste­go po­wo­du.

Kie­dy przy­cho­dzi czas na ka­sa­cję, zbli­ża się ko­niec pro­ce­su są­do­we­go. Jed­nym z moż­li­wych re­zul­ta­tów po­sie­dze­nia jest od­rzu­ce­nie skar­gi. A w ta­kim przy­pad­ku bar­dzo moż­li­we, że ko­lej­nym kro­kiem dla klien­ta sta­je się wię­zie­nie i od­by­cie kary.

Dla­te­go to, co dzie­je się na roz­pra­wie ka­sa­cyj­nej, jest mało abs­trak­cyj­ne. Wy­ra­fi­no­wa­nie sal roz­praw zmie­nia się w dra­ma­tycz­ną za­po­wiedź rze­czy, któ­re są mało wy­ra­fi­no­wa­ne, a czę­sto strasz­li­we.

Pro­ku­ra­tor ge­ne­ral­ny wniósł o od­rzu­ce­nie mo­jej skar­gi. Mó­wił krót­ko, ale naj­wy­raź­niej prze­stu­dio­wał akta, co nie za­wsze jest ta­kie oczy­wi­ste. Sku­tecz­nie pod­wa­żył za­sad­ność mo­ich ar­gu­men­tów i po­my­śla­łem, że gdy­bym był na miej­scu sę­dziów, dał­bym mu się prze­ko­nać i przy­znał ra­cję jemu, a nie ape­lu­ją­ce­mu.

Po­tem prze­wod­ni­czą­cy zwró­cił się do mnie.

– Me­ce­na­sie, ko­le­gium za­zna­jo­mi­ło się ze skar­gą oraz ak­ta­mi. Pań­ski punkt wi­dze­nia jest ja­sno wy­ło­żo­ny. W uza­sad­nie­niu pro­szę się ogra­ni­czyć do pod­sta­wo­wych aspek­tów lub kwe­stii, któ­re nie zo­sta­ły po­ru­szo­ne w skar­dze lub ak­tach.

Bar­dzo uprzej­mie i bar­dzo ja­sno. Po­spiesz się, z ła­ski swo­jej, i nie po­wta­rzaj tego, co już wie­my, a przede wszyst­kim nie mar­nuj na­sze­go cza­su.

– Dzię­ku­ję, pa­nie prze­wod­ni­czą­cy, po­sta­ram się nie prze­dłu­żać.

Moja mowa fak­tycz­nie była krót­ka. Przy­po­mnia­łem po­wo­dy, dla któ­rych – w moim mnie­ma­niu – pod­słu­chy po­win­ny zo­stać uzna­ne za nie­do­pusz­czal­ne, a wy­rok anu­lo­wa­ny, i skoń­czy­łem po nie­ca­łych pię­ciu mi­nu­tach. Prze­wod­ni­czą­cy po­dzię­ko­wał mi za do­trzy­ma­nie sło­wa i nie­prze­dłu­ża­nie, uprzej­mie mnie zwol­nił i wy­wo­łał na­stęp­ną spra­wę. Po­sta­no­wie­nie otrzy­mam po po­łu­dniu. W przy­pad­ku roz­praw ka­sa­cyj­nych pro­ce­du­ra jest na­stę­pu­ją­ca – naj­pierw są przed­sta­wia­ne wszyst­kie skar­gi, a do­pie­ro po­tem sę­dzio­wie uda­ją się na na­ra­dę. Wy­cho­dzą, cza­sa­mi póź­nym po­po­łu­dniem, i od­czy­tu­ją wszyst­kie po­sta­no­wie­nia, jed­no po dru­gim. Za­zwy­czaj przy pu­stej sali, bo nikt nie ma ocho­ty cze­kać ca­ły­mi go­dzi­na­mi na są­do­wych ko­ry­ta­rzach, wśród zło­wiesz­czych mar­mu­rów i przy od­gło­sie za­błą­ka­nych kro­ków. Ad­wo­ka­ci, zwłasz­cza przy­jeż­dża­ją­cy spo­za Rzy­mu, za­ła­twia­ją spra­wę in­a­czej. Trze­ba się zwró­cić do urzęd­ni­ka są­do­we­go z proś­bą o uzy­ska­nie in­for­ma­cji na te­mat spra­wy i dać mu zło­żo­ną kart­kę z nu­me­rem te­le­fo­nu ko­mór­ko­we­go oraz bank­no­tem o war­to­ści dwu­dzie­stu euro.

Po­tem wy­cho­dzi­my z bu­dyn­ku sądu i od tego mo­men­tu pod­ska­ku­je­my za każ­dym ra­zem, kie­dy dzwo­ni te­le­fon, cze­ka­jąc na głos urzęd­ni­ka, któ­ry biu­ro­kra­tycz­nym to­nem prze­ka­że nam re­zul­tat.

Te­le­fon za­dzwo­nił, kie­dy by­łem na lot­ni­sku, tuż przed wej­ściem na po­kład. Już chcia­łem go wy­łą­czyć.

– Me­ce­nas Gu­er­rie­ri?

– Tak, słu­cham?

– Wy­nik pań­skiej spra­wy. Sąd od­rzu­cił skar­gę i ob­cią­żył oskar­żo­ne­go kosz­ta­mi po­stę­po­wa­nia. Do wi­dze­nia.

„Do wi­dze­nia” od­po­wie­dzia­łem w pust­kę, bo mój roz­mów­ca roz­łą­czył się na­tych­miast i już dzwo­nił do ko­goś in­ne­go, żeby prze­ka­zać mu oso­bi­sty wy­rok za (nie­wiel­ką) opła­tą.

W sa­mo­lo­cie pró­bo­wa­łem czy­tać, ale nie zdo­ła­łem. My­śla­łem o tym, jak po­wiem mo­je­mu klien­to­wi, że za kil­ka dni pój­dzie do wię­zie­nia na dłu­gie lata. Ta per­spek­ty­wa na­pa­wa­ła mnie nie­przy­jem­nym smut­kiem po­łą­czo­nym z czymś w ro­dza­ju upo­ko­rze­nia.

Wiem, wiem. Był di­le­rem, prze­stęp­cą i gdy­by go nie przy­ła­pa­no, może nadal by han­dlo­wał nar­ko­ty­ka­mi i za­ra­biał w ten spo­sób. Ale w la­tach, któ­re upły­nę­ły mię­dzy aresz­to­wa­niem a roz­pra­wą ka­sa­cyj­ną, stał się kimś in­nym. Nie mo­głem prze­cier­pieć tego, że prze­szłość, w po­sta­ci su­che­go i nie­ubła­ga­ne­go wy­ro­ku ka­sa­cyj­ne­go, na­gle go do­pa­dła i wszyst­ko zruj­no­wa­ła.

Po tylu la­tach wy­da­ło mi się to po pro­stu okrut­ne. Tym bar­dziej bez­sen­sow­ne, że nikt nie po­no­sił za to winy.

Z tymi my­śla­mi za­pa­dłem w płyt­ki i nie­spo­koj­ny sen. Kie­dy otwo­rzy­łem oczy, świa­tła mia­sta były już bar­dzo bli­sko.

4

Po po­wro­cie do domu za­dzwo­ni­łem do klien­ta i pró­bo­wa­łem zi­gno­ro­wać gę­stą ci­szę, któ­ra za­pa­dła mię­dzy nami, kie­dy prze­ka­za­łem mu in­for­ma­cję. Sta­ra­łem się nie my­śleć o ży­ciu, któ­re w tej ci­szy roz­pa­da­ło się na ka­wał­ki, i kie­dy odło­ży­łem słu­chaw­kę, po­my­śla­łem, że je­stem za sta­ry do tej ro­bo­ty.

Po­tem pró­bo­wa­łem przy­go­to­wać ko­la­cję z tego, co zna­la­złem w lo­dów­ce, ale w koń­cu tyl­ko wy­pi­łem całą bu­tel­kę moc­ne­go czer­wo­ne­go pri­mi­ti­vo. Spa­łem krót­ko i nie­spo­koj­nie, a cały week­end był po­wol­ną, mę­czą­cą prze­pra­wą przez sza­rość. W so­bo­tę po­sze­dłem do kina, ale wy­bra­łem zły film, a po wyj­ściu cze­kał na mnie drob­ny nie­usta­ją­cy deszcz. Pa­da­ło przez całą nie­dzie­lę, któ­rą spę­dzi­łem w domu na czy­ta­niu, ale książ­ki też wy­bra­łem złe, i naj­lep­szą rze­czą w ca­łym dniu oka­za­ły się sta­re od­cin­ki Hap­py Days, któ­re le­cia­ły na ka­na­le sa­te­li­tar­nym.

Kie­dy wsta­łem w po­nie­dzia­łek rano, wyj­rza­łem za okno, zo­ba­czy­łem, że spo­za po­zo­sta­ło­ści chmur wy­zie­ra tro­chę słoń­ca, i by­łem szczę­śli­wy, że ten week­end już się skoń­czył.

Spę­dzi­łem cały dzień w są­dzie, mię­dzy bła­hy­mi roz­pra­wa­mi a wi­zy­ta­mi w urzę­dach są­do­wych.

Po po­łu­dniu po­sze­dłem do mo­jej kan­ce­la­rii. Mo­jej no­wej kan­ce­la­rii. Prze­pro­wa­dzi­łem się po­nad czte­ry mie­sią­ce temu, ale za każ­dym ra­zem, kie­dy pcha­łem cięż­kie drzwi pan­cer­ne, któ­re ar­chi­tekt uparł się za­in­sta­lo­wać, czu­łem się za­gu­bio­ny. I za każ­dym ra­zem za­da­wa­łem so­bie tę samą li­stę py­tań. Gdzie, u dia­ska, je­stem? A przede wszyst­kim – kto ka­zał mi się wy­pro­wa­dzić z mo­jej sta­rej, ma­łej i wy­god­nej kan­ce­la­rii i prze­nieść w to obce miej­sce, sztucz­nie pach­ną­ce pla­sti­kiem, drew­nem i skó­rą?

Tak na­praw­dę zna­la­zło­by się kil­ka świet­nych po­wo­dów tej prze­pro­wadz­ki. Przede wszyst­kim Ma­ria Te­re­sa w koń­cu skoń­czy­ła stu­dia praw­ni­cze i za­py­ta­ła, czy może zo­stać w kan­ce­la­rii, ale jako apli­kant­ka, nie se­kre­tar­ka. Więc mu­sia­łem zna­leźć ko­goś in­ne­go, kto za­jął­by się se­kre­ta­ria­tem. Za­trud­ni­łem sześć­dzie­się­cio­let­nie­go dżen­tel­me­na na­zwi­skiem Pa­squ­ale Ma­ci­na, któ­ry przez wie­le lat pra­co­wał dla mo­je­go star­sze­go ko­le­gi i zo­stał bez pra­cy, kie­dy tam­ten zmarł.

Mniej wię­cej w tym sa­mym cza­sie zna­jo­my pro­fe­sor uni­wer­sy­tec­ki po­pro­sił mnie, że­bym przy­jął do kan­ce­la­rii jego cór­kę, któ­ra chcia­ła zo­stać kar­nist­ką. Zda­ła już eg­za­mi­ny ad­wo­kac­kie, ale w kan­ce­la­rii ojca za­wsze się zaj­mo­wa­ła spra­wa­mi cy­wil­ny­mi i zda­ła so­bie spra­wę, że zu­peł­nie jej to nie od­po­wia­da.

Con­su­elo zo­sta­ła ad­op­to­wa­na. Po­cho­dzi z Peru. Ma ciem­ną cerę i okrą­głą twarz o po­licz­kach, przez któ­re na pierw­szy rzut oka wy­glą­da tro­chę śmiesz­nie, jak cho­mik. Ale cza­sa­mi, kie­dy na­po­ty­kasz jej wzrok, zda­jesz so­bie spra­wę z tego, że „śmiesz­nie” nie jest sło­wem naj­bar­dziej dla niej od­po­wied­nim. Czar­ne oczy Con­su­elo, kie­dy prze­sta­ją się uśmie­chać, mają bar­dzo pro­ste prze­sła­nie: wal­czę aż do śmier­ci.

Przy­ją­łem ją i w ten spo­sób, w cią­gu kil­ku mie­się­cy, licz­ba per­so­ne­lu w mo­jej dość ma­łej kan­ce­la­rii zwięk­szy­ła się z dwóch do czte­rech. Sy­tu­acja sta­ła się nie­zno­śna.

Mu­sia­łem po­szu­kać cze­goś no­we­go. Zna­la­złem lo­kal na sta­rym mie­ście, bar­dzo ład­ny, ale wy­ma­ga­ją­cy grun­tow­ne­go re­mon­tu. Do re­mon­tów mam po­dob­ny sto­su­nek jak do he­mo­ro­idów. Zna­la­złem ar­chi­tek­ta, któ­ry uwa­żał się za ar­ty­stę i nie ży­czył so­bie, żeby za­wra­ca­no mu gło­wę ta­ki­mi rze­cza­mi jak opi­nia klien­ta albo ba­nal­ny­mi kwe­stia­mi ceny ma­te­ria­łów czy me­bli oraz wy­so­ko­ści jego ho­no­ra­rium.

Ro­bo­ty za­koń­czy­ły się po trzech mie­sią­cach kosz­ma­ru. Po­wi­nie­nem być za­do­wo­lo­ny, ale nie mo­głem się przy­zwy­cza­ić do no­wej sy­tu­acji. Nie wi­dzia­łem sie­bie w roli wła­ści­cie­la ta­kie­go lo­ka­lu. Za­nim do­ro­bi­łem się no­wej kan­ce­la­rii, kie­dy wcho­dzi­łem do kan­ce­la­rii ta­kiej jak moja obec­na, my­śla­łem so­bie za­wsze, że wła­ści­ciel musi być dup­kiem. Te­raz tym dup­kiem zo­sta­łem ja i trud­no mi było do tej my­śli się przy­zwy­cza­ić.

Za­mkną­łem za sobą drzwi pan­cer­ne, przy­wi­ta­łem się z Pa­squ­alem, przy­wi­ta­łem się z Ma­rią Te­re­są, przy­wi­ta­łem się z Con­su­elo i ucie­kłem do mo­je­go ga­bi­ne­tu. Włą­czy­łem kom­pu­ter i nie­dłu­go po­tem na ekra­nie po­ja­wił się ka­len­darz z roz­kła­dem spo­tkań za­pla­no­wa­nych na to po­po­łu­dnie. Trzy. Pierw­sze z ar­chi­tek­tem miej­skim, któ­ry miał zwy­czaj do­ma­ga­nia się ko­rzy­ści ma­jąt­ko­wych w za­mian za nie­utrud­nia­nie spraw, któ­ry­mi się zaj­mo­wał. W ję­zy­ku praw­ni­czym na­zy­wa się to wy­mu­sze­niem ła­pów­ki i sta­no­wi dość po­waż­ne prze­stęp­stwo. Po­li­cja fi­nan­so­wa do­ko­na­ła prze­szu­ka­nia w jego biu­rze i te­raz ar­chi­tekt pa­ni­ko­wał, nie­zu­peł­nie bez­pod­staw­nie prze­ko­na­ny, że w każ­dej chwi­li mogą go za­mknąć. Dru­gie spo­tka­nie było z żoną jed­ne­go z mo­ich sta­łych klien­tów, za­wo­do­we­go wła­my­wa­cza, któ­re­go aresz­to­wa­no po raz ko­lej­ny. W koń­cu, tuż przed za­mknię­ciem, miał przyjść Sa­bi­no For­nel­li ze swo­imi klien­ta­mi w tej spra­wie, o któ­rej nie mógł mi nic po­wie­dzieć przez te­le­fon.

Przy­ją­łem ar­chi­tek­ta, a po­tem żonę zło­dzie­ja ra­zem z Con­su­elo. Kie­dy ją przed­sta­wiam, klien­ci za­wsze ro­bią nie­co za­sko­czo­ną minę.

– Pani Fa­via współ­pra­cu­je ze mną, wraz ze mną bada pań­ską spra­wę.

Współ­pra­cu­je?

To py­ta­nie, w mniej lub bar­dziej wi­docz­ny spo­sób, po­ja­wia się we wzro­ku klien­tów. Wte­dy pre­cy­zu­ję.

– Me­ce­nas Con­su­elo Fa­via pra­cu­je ze mną od kil­ku mie­się­cy. Wspól­nie zaj­mie­my się pań­ską spra­wą.

Za­sko­cze­nie jest ra­czej uza­sad­nio­ne i z re­gu­ły nie ma nic wspól­ne­go z ra­si­zmem. Po pro­stu nikt w Bari, a wła­ści­wie w ca­łych Wło­szech, nie spo­dzie­wa się jesz­cze, że ciem­no­skó­ra dziew­czy­na o an­dyj­skich ry­sach może być praw­ni­kiem.

Ar­chi­tekt miał ze­ga­rek, na któ­ry nig­dy nie mógł­by so­bie po­zwo­lić ze swo­jej pen­sji, był ubra­ny w gra­fi­to­wy gar­ni­tur i czar­ny pod­ko­szu­lek w sty­lu pod­sta­rza­łe­go play­boya i zna­lazł się na skra­ju za­ła­ma­nia ner­wo­we­go. Mó­wił, że nie zro­bił nic złe­go, że naj­wy­żej przy­jął ja­kieś na­piw­ki albo pre­zen­ty. Do­bro­wol­ne, spre­cy­zo­wał. Ale kto nie przyj­mu­je pre­zen­tów, do dia­ska? Mogą go za­aresz­to­wać? No chy­ba nie mogą go za­aresz­to­wać, praw­da?

Mu­szę po­wie­dzieć, że nie zno­szę ta­kich prze­stęp­ców jak ar­chi­tekt. Bro­nię ich, bo dzię­ki nim mam za co żyć, ale szcze­rze mó­wiąc, miał­bym ocho­tę wrzu­cić całą tę zgra­ję do nie­wy­god­nej celi, do któ­rej na­tych­miast bez­pow­rot­nie zgu­bił­bym klu­cze. Dla­te­go też da­łem mu się wy­ga­dać przez dwa­dzie­ścia mi­nut i stłu­mi­łem po­ku­sę pod­sy­ca­nia, za­miast ga­sze­nia, jego obaw. Oznaj­mi­łem, że aby wy­dać bar­dziej jed­no­znacz­ną opi­nię, mu­si­my zo­ba­czyć na­kaz prze­szu­ka­nia oraz od­no­śne pro­to­ko­ły za­ję­cia mie­nia i ewen­tu­al­nie za­skar­żyć je przed są­dem orze­ka­ją­cym karę po­zba­wie­nia wol­no­ści. Po­tem za­sta­no­wi­li­by­śmy się nad ce­lo­wo­ścią roz­mo­wy z pro­ku­ra­to­rem. Po­ra­dzi­łem mu, żeby uni­kał kom­pro­mi­tu­ją­cych roz­mów przez te­le­fon lub w miej­scach, w któ­rych po­li­cja fi­nan­so­wa prze­pro­wa­dzi­ła prze­szu­ka­nie albo w któ­rych mo­gła umie­ścić ja­kiś ro­dzaj pod­słu­chu. Con­su­elo na ko­niec uprze­dzi­ła go chłod­no, że za­dzwo­ni­my do nie­go za kil­ka dni, a tym­cza­sem może się udać do se­kre­ta­ria­tu w celu ure­gu­lo­wa­nia ra­chun­ku.

Uwiel­biam ją, kie­dy uwal­nia mnie od przy­krej ko­niecz­no­ści roz­ma­wia­nia z klien­ta­mi o pie­nią­dzach.

Żona wła­my­wa­cza, pani Car­lo­ne, była zde­cy­do­wa­nie mniej ner­wo­wa. Wi­zy­ta u ad­wo­ka­ta w związ­ku z mę­żow­ski­mi kło­po­ta­mi z pra­wem nie była dla niej no­wym do­świad­cze­niem, cho­ciaż tym ra­zem spra­wa wy­glą­da­ła na zde­cy­do­wa­nie po­waż­niej­szą niż za­zwy­czaj. Od­dział spe­cjal­ny po­li­cji prze­pro­wa­dził dłu­gie śledz­two w związ­ku z nie­po­ko­ją­cą se­rią kra­dzie­ży, za­ło­żył pod­słu­chy, śle­dził po­dej­rza­nych, ze­brał od­ci­ski pal­ców z ob­ra­bo­wa­nych miesz­kań i w koń­cu aresz­to­wał pana Car­lo­ne wraz z pię­cio­ma wspól­ni­ka­mi pod za­rzu­tem kra­dzie­ży zu­chwa­łej i człon­ko­stwa w związ­ku prze­stęp­czym. Akta pana Car­lo­ne w kar­to­te­ce kry­mi­nal­nej były wy­jąt­ko­wo ob­szer­ne (cho­ciaż sta­no­wi­ły dość mo­no­ton­ną lek­tu­rę, jako że przez całe swo­je ży­cie zaj­mo­wał się on tyl­ko i wy­łącz­nie kra­dzie­ża­mi), więc kie­dy jego mał­żon­ka za­py­ta­ła nas o je­dy­ną rzecz, któ­ra ją tak na­praw­dę in­te­re­so­wa­ła – czy­li kie­dy jej mąż wyj­dzie na wol­ność – od­po­wie­dzie­li­śmy, że na pew­no nie­pręd­ko. Na ra­zie za­skar­ży­my przed są­dem po­sta­no­wie­nie o tym­cza­so­wym aresz­to­wa­niu, uprze­dzi­łem pa­nią Car­lo­ne, ale le­piej nie ro­bić so­bie du­żych na­dziei, je­śli choć­by po­ło­wa z tego, co tra­fi­ło do po­sta­no­wie­nia, znaj­dzie swo­je uza­sad­nie­nie w ak­tach śledz­twa.

Po jej wyj­ściu po­pro­si­łem Con­su­elo, żeby prze­stu­dio­wa­ła do­ku­men­ty, któ­re przy­nie­śli nam ar­chi­tekt oraz żona wła­my­wa­cza, i przy­go­to­wa­ła pro­jek­ty dwóch od­wo­łań.

– Gu­ido, mogę coś po­wie­dzieć?

Con­su­elo w ten spo­sób roz­po­czy­na roz­mo­wę na te­mat, o któ­rym wie albo po­dej­rze­wa, że wzbu­dzi pew­ną po­le­mi­kę. Nie jest to proś­ba o przy­zwo­le­nie, ale ma­nie­ra, jej spo­sób na uprze­dze­nie mnie, że ma do po­wie­dze­nia coś nie­ko­niecz­nie mi­łe­go.

– Mo­żesz.

– Nie po­do­ba­ją mi się klien­ci tacy jak ten...

– Jak ten ar­chi­tekt. Wiem. Mnie też nie­szcze­gól­nie.

– Więc dla­cze­go przyj­mu­je­my ich spra­wy?

– Dla­te­go że spe­cja­li­zu­je­my się w pra­wie kar­nym. A ra­czej to ja spe­cja­li­zu­ję się w pra­wie kar­nym, ty mo­żesz zre­zy­gno­wać, za­nim na­wet zdą­żysz za­cząć, je­śli bę­dziesz so­bie za­da­wa­ła ta­kie py­ta­nia.

– Je­ste­śmy zo­bo­wią­za­ni do przyj­mo­wa­nia wszyst­kich klien­tów, któ­rzy do nas przy­cho­dzą?

– Nie, nie je­ste­śmy. Nie bro­ni­my pe­do­fi­lów, gwał­ci­cie­li i ma­fio­sów. Ale je­że­li wy­eli­mi­nu­je­my też tych paru po­rząd­nych urzęd­ni­ków pań­stwo­wych, któ­rzy przyj­mu­ją ko­per­ty albo szan­ta­żu­ją oby­wa­te­li, rów­nie do­brze mo­że­my się ogra­ni­czyć do od­wo­łań od man­da­tów za zła­ma­nie za­ka­zu par­ko­wa­nia.

Chcia­łem być odro­bi­nę sar­ka­stycz­ny, ale zda­łem so­bie spra­wę z nuty lek­kie­go roz­draż­nie­nia w moim gło­sie. By­łem zły, bo cho­ciaż się z nią zga­dza­łem, w na­szej roz­mo­wie mu­sia­łem od­gry­wać rolę, któ­ra mniej mi pa­so­wa­ła.

– W każ­dym ra­zie je­że­li nie chcesz tego zro­bić, czy­li przy­go­to­wać pro­jek­tu pi­sma w spra­wie tego pa­ja­ca z ro­lek­sem, to ja się tym zaj­mę.

Po­trzą­snę­ła gło­wą, wzię­ła pa­pie­ry i po­ka­za­ła mi ję­zyk. Za­nim zdą­ży­łem za­re­ago­wać, ob­ró­ci­ła się na pię­cie i wy­szła. Wzru­szy­ła mnie ta sce­na, w spo­sób nad­spo­dzie­wa­ny. Mia­łem po­czu­cie ro­dzin­nej po­ufa­ło­ści, do­mo­we­go cie­pła, za­do­wo­le­nia zmie­sza­ne­go z okru­cha­mi no­stal­gii. Lu­dzie, któ­rzy pra­co­wa­li ze mną w kan­ce­la­rii, byli na­miast­ką ro­dzi­ny, któ­rej nie mia­łem. Przez kil­ka se­kund ba­lan­so­wa­łem na gra­ni­cy łez, po­tem otar­łem oczy, cho­ciaż nie były na­wet wil­got­ne, i po­wie­dzia­łem so­bie, że mu­szę spró­bo­wać ra­mo­leć stop­nio­wo, a nie za pierw­szym po­dej­ściem. Na ra­zie po­wi­nie­nem tro­chę po­pra­co­wać.

O ósmej trzy­dzie­ści, kie­dy Ma­ria Te­re­sa, Pa­squ­ale i Con­su­elo już wy­cho­dzi­li, zja­wił się Sa­bi­no For­nel­li ze swo­imi klien­ta­mi i ich ta­jem­ni­czą spra­wą.

5

Klien­ta­mi For­nel­le­go byli męż­czy­zna i ko­bie­ta. Mąż i żona, kil­ka­na­ście lat star­si ode mnie, po­my­śla­łem, kie­dy ich zo­ba­czy­łem. Parę dni póź­niej z pro­to­ko­łów za­wie­ra­ją­cych ich dane do­wie­dzia­łem się, że prak­tycz­nie by­li­śmy ró­wie­śni­ka­mi.

Ude­rzył mnie wy­gląd męża. Miał pu­sty wzrok, zwie­szo­ne ra­mio­na, ubra­nia za duże na sie­bie. Kie­dy uści­sną­łem mu dłoń, mia­łem wra­że­nie, że trzy­mam w ręku ma­łe­go, nie­szczę­śli­we­go bez­krę­gow­ca.

Żona spra­wia­ła lep­sze wra­że­nie. Była ubra­na z pew­ną dozą ele­gan­cji, ale w jej oczach też tkwi­ło coś cho­re­go, echo ja­kiejś rany w ser­cu. Kie­dy we­szli do ga­bi­ne­tu, po­czu­łem po­wiew zim­ne­go i wil­got­ne­go wia­tru.

Przy­wi­ta­niu to­wa­rzy­szy­ło pew­ne skrę­po­wa­nie, któ­re nie znik­nę­ło do koń­ca spo­tka­nia.

– Pań­stwo Fer­ra­ro są mo­imi klien­ta­mi od wie­lu lat. To­ni­no, zna­czy An­to­nio – ski­nął gło­wą w kie­run­ku męża, jak­by się oba­wiał, że mogę po­my­śleć, że to żona ma na imię To­ni­no – po­sia­da kil­ka skle­pów z wy­po­sa­że­niem kuch­ni w Bari i oko­li­cach. Ro­sa­ria była na­uczy­ciel­ką wy­cho­wa­nia fi­zycz­ne­go, ale parę lat temu ode­szła ze szko­ły i te­raz pra­cu­je z mę­żem, po­ma­ga­jąc mu w ad­mi­ni­stra­cji. Mają dwój­kę dzie­ci.

Prze­rwał i za­milkł na chwi­lę. Spoj­rza­łem naj­pierw na nie­go, po­tem na An­to­nia zwa­ne­go To­ni­nem, a po­tem na Ro­sa­rię. Wró­ci­łem wzro­kiem do For­nel­le­go z py­ta­ją­cym uśmie­chem, któ­ry zmie­nił się na mo­jej twa­rzy w coś w ro­dza­ju gry­ma­su. Z uli­cy do­szedł nas ha­łas, jak­by od­głos ude­rza­nych blach, i po­my­śla­łem, że pew­nie stuk­nę­ły się dwa sa­mo­cho­dy. For­nel­li kon­ty­nu­ował.

– Cór­kę, star­szą, i szes­na­sto­let­nie­go syna. Ni­co­la cho­dzi do li­ceum. Cór­ka, Ma­nu­ela, ma dwa­dzie­ścia dwa lata i stu­diu­je w Rzy­mie, na uni­wer­sy­te­cie LU­ISS.

Prze­rwał, jak­by mu­siał wziąć głę­bo­ki od­dech albo ze­brać siły.

– Ma­nu­ela znik­nę­ła sześć mie­się­cy temu.

Nie wiem dla­cze­go na te sło­wa za­mkną­łem oczy, ale mu­sia­łem je za­raz otwo­rzyć, bo w ciem­no­ści pod po­wie­ka­mi zo­ba­czy­łem ośle­pia­ją­ce kule świa­tła.

– Znik­nę­ła? W ja­kim sen­sie?

Do­praw­dy in­te­li­gent­ne py­ta­nie, po­my­śla­łem se­kun­dę póź­niej. W ja­kim sen­sie znik­nę­ła? Na pew­no cho­dzi­ło im o to, że za­pa­dła się pod zie­mię pod­czas po­ka­zu ma­gii. Gu­er­rie­ri, ale ty dzi­siaj je­steś bły­sko­tli­wy.

Oj­ciec spoj­rzał na mnie z nie­okre­ślo­nym wy­ra­zem twa­rzy. Wy­glą­dał, jak­by chciał się ode­zwać, ale w koń­cu nie po­wie­dział ani sło­wa. Mia­łem wra­że­nie, że zwy­czaj­nie nie był w sta­nie. Kie­dy mu się przy­glą­da­łem, przy­szły mi do gło­wy sło­wa pio­sen­ki Fran­ce­sca De Gre­go­rie­go: Co­no­sce­te per caso una ra­gaz­za di Roma, la cui fac­cia ri­cor­da il crol­lo di una diga? Twarz pana Fer­ra­ry, sprze­daw­cy me­bli ku­chen­nych, przy­po­mi­na­ła wła­śnie gru­zo­wi­sko fa­lo­chro­nu.

Od­po­wie­dzia­ła żona.

– Ma­nu­ela znik­nę­ła we wrze­śniu. Po­je­cha­ła na week­end do zna­jo­mych, któ­rzy mają trul­li1 mię­dzy Ci­ster­ni­no a Ostu­ni. W nie­dzie­lę po po­łu­dniu ko­le­żan­ka pod­wio­zła ją na sta­cję ko­le­jo­wą w Ostu­ni. Od tego mo­men­tu wszel­ki ślad po niej za­gi­nął.

Przy­tak­ną­łem, nie wie­dząc, co po­wie­dzieć. Chcia­łem wy­ra­zić zro­zu­mie­nie, bli­skość, ale co moż­na po­wie­dzieć ro­dzi­com roz­pa­cza­ją­cym po za­gi­nię­ciu cór­ki? Ach, przy­kro mi, ale nie przej­muj­cie się, ta­kie rze­czy się zda­rza­ją. Zo­ba­czy­cie, nie­dłu­go się od­naj­dzie, ży­cie wró­ci do nor­my i to wszyst­ko bę­dzie się tyl­ko wy­da­wać złym snem.

Złym snem? Po­my­śla­łem, że je­że­li do­ro­sła oso­ba zni­ka na dłuż­szy czas – a sześć mie­się­cy to bar­dzo dłu­gi czas – to albo przy­da­rzy­ło się jej coś złe­go, albo po­sta­no­wi­ła ce­lo­wo znik­nąć. Oczy­wi­ście, ist­nie­je za­wsze moż­li­wość, że stra­ci­ła pa­mięć, że gdzieś się błą­ka i wcze­śniej czy póź­niej zo­sta­nie od­na­le­zio­na. Cza­sa­mi tak się zda­rza ze star­szy­mi oso­ba­mi. Ale Ma­nu­ela nie jest sta­rusz­ką. A tak w ogó­le, po co im ad­wo­kat? Cze­go mo­gli ode mnie chcieć? Dla­cze­go przy­szli do mnie? Za­sta­na­wia­łem się, kie­dy mogę za­dać te py­ta­nia, nie wy­cho­dząc na bez­dusz­ne­go.

– Oczy­wi­ście ko­le­żan­kę prze­słu­cha­ła po­li­cja albo ka­ra­bi­nie­rzy?

– Oczy­wi­ście. Śledz­two zo­sta­ło prze­pro­wa­dzo­ne przez ka­ra­bi­nie­rów. Mamy ko­pie wszyst­kich akt, po­tem przy­nio­sę ci je do kan­ce­la­rii – po­wie­dział For­nel­li.

Dla­cze­go miał­by mi je przy­no­sić? Krę­ci­łem się na krze­śle, jak za­wsze, kie­dy nie wiem, co się dzie­je, i czu­ję się nie­swo­jo.

– W każ­dym ra­zie po­wiem ci już te­raz w skró­cie. Ma­nu­ela nie mia­ła sa­mo­cho­du, po­je­cha­ła ze zna­jo­my­mi. Mu­sia­ła zja­wić się w domu w nie­dzie­lę po po­łu­dniu, ale nie zna­la­zła ni­ko­go, kto by ją za­brał do Bari, więc po­pro­si­ła o pod­wie­zie­nie na sta­cję w Ostu­ni, żeby wró­cić po­cią­giem.

– Czy na pew­no do nie­go wsia­dła?

– Wy­da­je się, że tak, cho­ciaż nie wie­my tego z pew­no­ścią. Na pew­no ku­pi­ła bi­let.

– Dla­cze­go mó­wisz, że na pew­no ku­pi­ła bi­let?

– Ka­ra­bi­nie­rzy prze­słu­cha­li ka­sje­ra. Po­ka­za­li mu zdję­cia i on pa­mię­tał Ma­nu­elę.

To dość nie­zwy­kłe, po­my­śla­łem. Ka­sje­rzy, tak jak przed­sta­wi­cie­le in­nych za­wo­dów, któ­rzy mają do czy­nie­nia z dużą licz­bą lu­dzi, pra­wie nie pa­trzą na swo­ich klien­tów. Prak­tycz­nie ich nie wi­dzą, a je­śli już, to za­raz za­po­mi­na­ją. To nor­mal­ne, prze­wi­ja­ją się przed nimi ty­sią­ce twa­rzy, nie mogą wszyst­kich za­pa­mię­tać, chy­ba że jest ja­kiś spe­cjal­ny po­wód. For­nel­li od­gadł moje my­śli i od­po­wie­dział na py­ta­nie, któ­re­go nie za­da­łem.

– Ma­nu­ela jest bar­dzo ład­ną dziew­czy­ną, my­ślę, że z tego po­wo­du ka­sjer zwró­cił na nią uwa­gę.

– I mó­wisz, że nie dało się usta­lić, czy wsia­dła do po­cią­gu?

– Nie moż­na tego stwier­dzić z pew­no­ścią. Ka­ra­bi­nie­rzy prze­słu­cha­li kon­tro­le­rów ze wszyst­kich po­po­łu­dnio­wych po­cią­gów. Tyl­ko jed­ne­mu wy­da­wa­ło się, że wi­dział dziew­czy­nę po­dob­ną do Ma­nu­eli, ale był dużo mniej pe­wien od ka­sje­ra. Po­wiedz­my, że moż­li­we, iż wsia­dła do po­cią­gu, po­tem zo­ba­czysz pro­to­ko­ły, ale nie mo­że­my być tego pew­ni.

– Kie­dy zda­li so­bie spra­wę z za­gi­nię­cia cór­ki?

– To­ni­no i Ro­sa­ria mają wil­lę w Ca­stel­la­ne­ta Ma­ri­na. Byli tam z Ni­co­lą. Ma­nu­ela po kil­ku dniach wy­je­cha­ła. Mó­wi­ła, że spę­dzi week­end w trul­lo zna­jo­mych. Za­dzwo­ni­ła stam­tąd, że wró­ci do Rzy­mu w nie­dzie­lę wie­czo­rem, po­cią­giem albo sa­mo­cho­dem, je­że­li ktoś ją pod­wie­zie. W na­stęp­nym ty­go­dniu mia­ła się po­ja­wić na uni­wer­sy­te­cie, chy­ba żeby spo­tkać się z któ­rymś z wy­kła­dow­ców albo za­ła­twić coś w dzie­ka­na­cie.

– Mia­ła się spo­tkać z pro­fe­so­rem – po­wie­dzia­ła mat­ka.

– O, wła­śnie. W każ­dym ra­zie zda­li so­bie spra­wę z za­gi­nię­cia w po­nie­dzia­łek. To­ni­no i Ro­sa­ria wró­ci­li do domu, do Bari, w nie­dzie­lę w nocy. Ma­nu­ela nie za­dzwo­ni­ła na­stęp­ne­go dnia rano, ale to było dość nor­mal­ne. Ro­sa­ria pró­bo­wa­ła się z nią skon­tak­to­wać po po­łu­dniu, ale nu­mer był nie­osią­gal­ny.

Mat­ka zno­wu się włą­czy­ła, pod­czas gdy oj­ciec sie­dział w mil­cze­niu.

– Pró­bo­wa­łam się do niej do­dzwo­nić ze dwa albo trzy razy, ale była poza za­się­giem. Po­tem wy­sła­łam jej wia­do­mość, żeby się do mnie ode­zwa­ła, ale tego nie zro­bi­ła. Wte­dy za­czę­łam się nie­po­ko­ić. Pró­bo­wa­łam całe po­po­łu­dnie, ale mia­ła wciąż wy­łą­czo­ną ko­mór­kę. W koń­cu za­dzwo­ni­łam do Ni­co­let­ty, jej współ­lo­ka­tor­ki w Rzy­mie. Po­wie­dzia­ła, że Ma­nu­ela nie wró­ci­ła do domu.

– A czy wy­glą­da na to, że za­trzy­ma­ła się po dro­dze w domu w Bari?