Ulica milczenia. Tom 2 - Ann Cleeves - ebook
Opis

Słynna detektyw wobec zbrodni bez motywów i zmowy milczenia.

 

W małym nadmorskim miasteczku w Northumbrii inspektor Vera Stanhope prowadzi śledztwo w sprawie zabójstwa dwóch kobiet: eleganckiej starszej damy i prostytutki.

Co je łączyło? Wydaje się, że mieszkańcy spokojnej ulicy, przy której mieszkały zamordowane, znają odpowiedź – na to i na inne pytania, których jest coraz więcej. Pojawiają się kolejni świadkowie… i kolejni podejrzani, a Vera jest coraz bardziej przekonana, że wszyscy, których przesłuchuje, kłamią. Nie tylko zamordowane miały swoje tajemnice…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 198

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Redakcja stylistyczna

Anna Tłuchowska

Korekta

Magdalena Stachowicz

Rafał Gadomski

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcie na okładce

© ITV Studios/Helen Turton

Tytuł oryginału

Harbour Street

Copyright © 2012 by Ann Cleeves

All rights reserved.

For the Polish edition

Copyright © 2015 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-5495-1

Warszawa 2015. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-952 Warszawa, ul. Wiertnicza 63

tel. 620 40 13, 620 81 62

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja do wydania elektronicznego

1

Podczas wczesnej, porannej odprawy skoncentrowali się na George’u Enderbym.

– Dlaczego Enderby przyjeżdża na północ, żeby zatrzymać się przy Harbour Street, skoro nie pracuje? – Vera chodziła tam i z powrotem pod białą tablicą. Odkąd Holly wydobyła tę informację, Vera była zmartwiona. Nie widziała w Enderbym zabójcy, ale nie rozumiała, dlaczego kłamał. Rozejrzała się po sali. Większość członków zespołu miała zaczerwienione oczy, wyglądali marnie. Zero energii. Ściągnęła ich o wczesnej porze. – Co o nim wiemy? Holly?

– Nic – powiedziała Holly. Ona jedna była raźna i elegancka. – Brak informacji o naruszaniu prawa.

– Uchwyciły go kamery?

– Mamy nagranie, jak idzie Harbour Street w stronę Coble z jakimś facetem, w dniu, kiedy zginęła Margaret, ale to tylko widok od tyłu, z metra, więc nie jest to takie pewne.

Vera zastanawiała się, czy Holly się dzisiaj kładła, czy całą noc spędziła na komisariacie.

– Wiemy, gdzie teraz jest?

– Wczoraj zameldował się w pensjonacie przy Harbour Street. Wieczorem dzwoniłam, odebrała Chloe, córka Kate Dewar. Podobno zapytał, czy mógłby zostać jeszcze jedną dobę, więc nie wymeldowano go dzisiaj. Poprosiłam zespół nadzorujący okolicę, żeby uważali na jego samochód, na wypadek, gdyby zmienił zdanie.

Vera zastanowiła się nad tym.

– Dobrze. Ale dlaczego Enderby miałby się włóczyć po Mardle, gdyby był zabójcą? Dlaczego nie uciekł przy pierwszej nadarzającej się okazji?

Charlie podniósł rękę.

– Niektórzy zabójcy odwiedzają miejsce zbrodni. Podnieca ich przyglądanie się śledztwu.

Vera nawet była w stanie to sobie wyobrazić. Enderby ze swoimi szpiegowskimi historyjkami ogląda rozgrywające się przed jego oczami działania, sądząc, że może przechytrzyć policję. Podjęła decyzję.

– Dobra robota, Hol, kontynuuj. Jeśli są jakiekolwiek związki między Enderbym i Margaret albo Dee, chcemy o tym wiedzieć. Powiedział mi, że wspierał gotówką dobroczynne akcje Margaret. Czy pomagał bardziej bezpośrednio, czy kiedykolwiek był w Przystani albo spotykał się z Dee Robson? Sprawdźmy powiązania. Joe, jedziesz ze mną.

– Dokąd?

– Do Coble. Skoro Enderby szedł w tamtą stronę w dniu śmierci Margaret, to pewnie tam zajrzał. Pojedziemy i sprawdzimy.

Pub był zamknięty. Na chodniku leżały pety i nawet na zewnątrz, tam gdzie stali, czuć było kwaśnym piwem. W środku maleńka kobietka sprzątała odkurzaczem podłogę. Był jej wielkości. Vera załomotała w okno, ale kobieta usłyszała ją dopiero wtedy, kiedy wyłączyła maszynę. Pokręciła głową i pokazała na zegarek. Vera podniosła legitymację do brudnego okna i w końcu drzwi się otworzyły.

– Pani prowadzi ten lokal?

– Nie, jestem tylko sprzątaczką. – Była zdenerwowana. Vera podejrzewała, że dostawała gotówkę do ręki, a zasiłek brała i tak.

– A kto go prowadzi?

– Lawrence. Mieszka na górze, w mieszkaniu.

– To zawołaj go, kotku. Potem możesz dalej pracować.

– Otworzę drzwi, sami będziecie mogli tam pójść.

Była chuda i patykowata, jak dziesięcioletnia dziewczynka. Miała nikotynę na palcach i Vera domyśliła się, że rozpaczliwie chce się jej palić. Jak tylko się ich pozbędzie, wyjdzie na dwór i zapali na chodniku.

Poprowadziła ich przez salę barową do tylnego korytarza i wyjęła z kieszeni fartucha pęk kluczy. Verze skojarzyła się ze strażnikiem więziennym w porze zamykania cel.

Lawrence wstał z łóżka przed chwilą. Ubrany był w spodnie dresowe do joggingu i podkoszulek. Stopy miał bose. Vera zastukała do drzwi na szczycie wąskich schodów, Joe stał za nią. Właściciel prawdopodobnie spodziewał się sprzątaczki żądającej zapłaty albo nowego odkurzacza.

– Kim jesteście? – Ogromne chłopisko, ale przy tym łagodne. Vera klęłaby jak szewc, gdyby obcy pojawili się w jej domu o tak wczesnej porze. Odsunął się, żeby ich wpuścić. Pokój wychodził na Harbour Street i na port.

– Był pan w barze w ten wieczór, kiedy Margaret Krukowski zamordowano w metrze?

– Pracowałem od rana – powiedział właściciel – ale, kiedy się o tym dowiedzieliśmy, zastąpił mnie inny barman, a ja byłem tutaj, zrobiłem sobie krótką przerwę.

– Wcześnie zrobiło się spokojnie?

– Tak, mało kto został. Zapowiadano opady śniegu i wszyscy spieszyli się do domu. – Oparł się o parapet i odwrócił, żeby wyjrzeć na ulicę.

– Zapamiętał pan ludzi w barze?

– Jak mówiłem, tych, co byli wczesnym wieczorem. Później nie. Metro zostało zamknięte i ludzie nie mogli się dostać do miasta. Wszyscy zwalili się tutaj.

– George Enderby – powiedziała Vera. Nie zareagował od razu. – Jest jednym ze stałych gości w pensjonacie Kate Dewar.

Lawrence skinął głową, żeby pokazać, że wie o kim mówią.

– Tak – powiedział. – Był wtedy z kolegą. Starszym. Trochę zaniedbanym.

– Z Malcolmem Kerrem?

– Nie! – żachnął się Lawrence. – Kerr przyszedł później i miał nieźle w czubie. Tego drugiego nie znam.

– Czy Dee Robson też tu wtedy była? Wiemy, że tamtego popołudnia przychodziła do pubu. Poderwała faceta, niejakiego Jasona. Potem wróciła, trochę później. – Vera przypomniała sobie, że widziała kobietę wychodzącą z pubu. Chwiała się na obcasach, ścigały ją szyderstwa.

Lawrence myślał przez chwilę.

– Nie wydaje mi się, żeby była o tej samej porze, co ci mężczyźni. Siedzieli sami.

– O czym rozmawiali?

Lawrence pokręcił głową.

– Nie mam pojęcia! Grała muzyka, a oni siedzieli daleko w kącie. Kiedy podszedłem zabrać ich szklanki, przestali gadać.

– Ale rozpoznał pan chyba, w jakim byli nastroju – powiedziała Vera. – To podpowiada nam instynkt, prawda? Chwyta się atmosferę w pubie. Żeby uniknąć problemów.

Laurence cicho zachichotał.

– Nie byliby problemem. Dwóch starych ramoli siedzących nad piwem. Ale jeden był czymś wstrząśnięty. W pewnej chwili zaczął płakać.

– Który?

– Ten, o którego pytaliście. George Enderby.

Mózg Very wszedł na wysokie obroty. George nie mógł płakać po Margaret Krukowski. Wtedy jeszcze żyła, szła do kancelarii adwokackiej w Gosforth, żeby porozmawiać o swoim testamencie. Może rozmawiała z George’em i powiedziała mu, że jest umierająca, ale przecież w takim wypadku nie musiałby okłamywać policjantów. I nadal miałby czas, żeby pojechać samochodem do Gosforth, pójść za Margaret do metra i zabić ją. Potem mnóstwo czasu, żeby zabrać swój wóz, pojechać z powrotem na Harbour Street i pojawić się tuż przed przyjściem Very i Joego. Ale był przecież taki czarujący, taki pewny siebie, taki miły. Tak nie zachowuje się człowiek, który dopiero co popełnił morderstwo. Ani człowiek, który wcześniej siedział w pubie i płakał.

– Naprawdę pan nie wie, kim był ten drugi facet? – To Joe; niecierpliwił się, kiedy wyglądała przez okno zagubiona w myślach.

– Widywałem go na Harbour Street – powiedział Lawrence. – Wypływał z Malcolmem Kerrem na wyspę. Na jakieś badania.

„Mike Craggs, który też skłamał. Powiedział, że pojechał samochodem do domu w Tyne Valley zaraz po powrocie z Coquet Island”.

Vera uznała, że Enderby i Craggs byli głupcami. Nie widziała w nich zabójców, dlaczego więc nie powiedzieli prawdy? Chyba że to był jeden wielki spisek i wszyscy podejrzani do niego należeli. Uśmiechnęła się na tę myśl. Wróciła do Enderby’ego i jego szalonych fantazji.

– Dziękuję, bardzo nam pan pomógł.

Lawrence nie pytał o śledztwo. Spodobała się jej ta taktowność i brak ciekawości. Lepszy byłby z niego ksiądz niż z Petera Gruskina.

– Wyprowadzę was – powiedział i poczłapał przed nimi. Bose stopy były płaskie i wielkie jak niedźwiedzie łapy.

Na dole było cicho. Sprzątaczka przeniosła się do toalet. W saloniku wisiał obraz przedstawiający grubą starą kobietę. Pochylała się do przodu z łokciami na barze. Obraz nie był wybitnym dziełem sztuki, ale przekazywał wrażenie kogoś silnego i ekscentrycznego.

– Kto to jest? – Vera skinęła głową w stronę obrazu, kiedy przechodzili obok.

– Val Butt. – Lawrence uśmiechnął się. – Całe lata zarządzała tym pubem. Miała charakterek. Ostra damulka. Ludzie do tej pory opowiadają o niej historie.

Na ulicy poranek przechodził w południe. W smażalni były już kobiety, przygotowywały się do otwarcia w porze lunchu. Vera zadzwoniła do Holly.

– Powiedz, że znalazłaś jeszcze jakieś powiązanie między Margaret a Enderbym. – Popatrzyła w górę ulicy, jego samochód nadal tam stał. Dlaczego zatrzymał się na kolejne dwa dni, zamiast jak zwykle na jeden? Może jest jednym z tych upiorów, które podniecają się śledztwem w sprawie zabójstwa, jeżdżąc od miejsca zbrodni do miejsca zbrodni, jak groupies za gwiazdą rocka.

– Nic, co miałoby jakieś istotne znaczenie. Już wiemy, że kilka tygodni temu poszedł z nią na zimowy jarmark w Przystani. Podarował im kilka książek na sprzedaż i wystąpił jako święty Mikołaj. Według kierowniczki ośrodka wydał fortunę na bilety loteryjne, a kiedy wygrał, nagrodę odstawił na stragan.

– Zdobyłaś listę pensjonariuszek, które wtedy tam były?

– Oczywiście. – Holly nadal pyszniła się tym, że odkryła prawdę o Enderbym. – Ta sama paczka, która tam jest teraz, nie licząc kobiety przyjętej w krytycznej sytuacji. Bił ją mąż. Dostała nakaz sądowy i wróciła do domu rodzinnego. – Przerwała. – W tamto popołudnie była tam także Dee Robson. Margaret przyprowadziła ją na ucztę.

Vera przypomniała sobie słowa Jane Cameron. „Nie chodziło o ucztę. To była propozycja”.

– Szefowo? – Holly nadal była na linii, niecierpliwiła się.

– Sprawdź, czy uda ci się znaleźć profesora Craggsa – powiedziała Vera. – Z nim też musimy porozmawiać.

Wyłączyła telefon i ruszyła ulicą. Joe Ashworth dogonił ją. Szli teraz obok siebie.

– Chyba nie sądzisz, że Enderby i Craggs planowali morderstwo? – Pomyślał, że zwariowała.

– Okłamali mnie – powiedziała. – Obaj.

– Ludzie okłamują policję z rozmaitych powodów.

– A nie powinni. – Gwałtownie się zatrzymała, żeby złapać oddech. – Mnie nie wolno okłamywać.

2

Kate piła w kuchni kawę ze Stuartem, kiedy rozległo się stukanie do drzwi, tak głośne, że aż podskoczyła. Spędzili leniwy poranek. George Enderby przyszedł jak zwykle na śniadanie do jadalni, a potem zniknął. Dzieci wyszły. W domu było cicho i spokojnie; rzadko tak bywało. Pomyślała, że w przyszłości ich życie takie będzie, spokojne i proste. Wtedy rozległo się stukanie do drzwi. Stuart podniósł wzrok znad gazety trzymanej na kolanach i zmarszczył brwi.

– Mam pójść?

Ale widać było, że jest mu tutaj wygodnie, a w ostrym świetle kuchni wyglądał jakby starzej, więc Kate wstała i przechodząc obok niego pocałowała go w czoło. Na wargach poczuła, że skóra Stuarta jest bardzo sucha.

Zanim otworzyła drzwi, popatrzyła przez okno w holu i zobaczyła tęgą panią detektyw, a obok jej pomagiera.

– Wybacz, kotku, że ci przeszkadzam. Pozwolisz, że wejdziemy? – I już była w środku, a młody mężczyzna wszedł w ślad za nią. Kate zastanawiała się przez chwilę, jak musi się czuć, zawsze w cieniu tej grubej baby.

Vera stanęła w holu zacierając ręce z zimna, jakby na zewnątrz czekali godzinami, a nie zaledwie kilka minut.

– Ciekawe, czy moglibyśmy dostać śniadanie – powiedziała. – Oczywiście zapłacimy. Musimy. W dzisiejszych czasach darmowa smażenina może zostać opacznie zrozumiana. Przekupstwo i korupcja.

Błysnęła szerokim uśmiechem, aż Kate zaczęła się zastanawiać, czy to jedyny powód wizyty – czy zniszczyli jej doskonały poranek tylko po to, by usmażyła im jaja na bekonie? A może to jakiś dziwaczny dowcip? Przypomniała sobie przypływ adrenaliny, kiedy usłyszała bębnienie do drzwi, i poczuła złość. Co za bezczelna baba! Trudno uwierzyć, że to się dzieje naprawdę – dziwna kobieta nachodzi jej dom i żąda śniadania. Ale trudno też uwierzyć, że w miasteczku zabito dwie kobiety.

Vera nie przestawała mówić.

– Nie jesteś sama, prawda? Wydaje mi się, że nadal masz tu gości.

– Tylko George’a – powiedziała Kate. – George’a Enderby’ego.

– Ach, to chyba jego samochód widziałam na ulicy. Nie przeszkadzalibyśmy ci, gdybyśmy wiedzieli, że planujesz sobie wolny dzień. – Weszła głębiej do domu, rozglądając się. – Czy pan Enderby jest tu gdzieś? – Zadała pytanie zdawkowo, ale Kate domyśliła się, że to ważne.

– Wyszedł – odparła.

– O? – Nadal to udawanie, że nie chodzi o nic ważnego. – Ale jego samochód wciąż tam stoi.

– Pojechał metrem do miasta.

– Mówił, dokąd jedzie? – Vera miała oczy ostre jak szpileczki i już nie wspominała, że Kate ma jej zrobić śniadanie. To był chyba tylko pretekst, żeby wejść do środka.

– Do jakiejś biblioteki… Coś o spotkaniu, o wizycie w miejscu, gdzie książki są wysoko cenione, zanim wyjedzie jutro na południe. – George wspomniał o tym przy śniadaniu, ale Kate nie bardzo zwracała uwagę na jego słowa.

– Lit & Phil Library?

– Tak! – Kate pomyślała, że inspektor to jakaś wiedźma. Od razu zgadła. – Skąd wiedziałaś?

– Tam złażą się miłośnicy książek. – Vera znów błysnęła uśmiechem. – I samotni, i trochę szaleni. Muszę wiedzieć takie rzeczy. Sama do nich należę. – Kolejna przerwa. – Mogłabyś zaprowadzić Joego do pokoju Enderby’ego? Ja muszę wracać do pracy.

Kate zawahała się. Trudno jej było sprzeciwiać się grubej detektyw.

– Nie mogę tego zrobić. To naruszenie jego prywatności.

– Dom jest twój, kotku. Daj nam zgodę, a nie będziemy potrzebowali nakazu.

Stali przez chwilę, patrząc na siebie, w końcu Kate ustąpiła. Niczego nie była winna George’owi Enderby’emu, a jeśli był zamieszany w te morderstwa, to jej obowiązkiem jest pomóc policji. Zastanawiała się, jak podszedłby do tego Stuart. Na pewno też by się zgodził. Było w nim coś dziwnego, trochę niepokojącego.

Kate poszła do kuchni, żeby przynieść klucze, ale kiedy wróciła, Vera Stanhope zniknęła. Trudno sobie wyobrazić, że ta wielka kobieta porusza się tak szybko, tak lekko. Sierżant poszedł za Kate po schodach i czekał w milczeniu, kiedy otwierała drzwi. Myślała, że ją odeśle, ale skinął na nią głową, żeby weszła pierwsza. Może potrzebna mu była jako świadek. Kate jeszcze tu nie wchodziła posprzątać, ale pokój był czysty jak zawsze, kołdra zwinięta, łóżko się wietrzyło, kubek stał na tacy obok czajnika.

Torba podróżna George’a leżała otwarta w kącie na podłodze. Chyba tym razem niezbyt się śpieszył z rozpakowaniem, a to było dla niego niepodobne. Normalnie wieszał w szafie koszulę do pracy i marynarkę tuż po przyjeździe. „Kate, jeśli jest się handlowcem, liczy się pierwsze wrażenie”.

Obok torby stała walizka na kółkach, w której George trzymał egzemplarze książek. Sierżant położył ją płasko na ziemi i rozsunął zamek błyskawiczny. W środku Kate zobaczyła dżinsy, gruby sweter, wysokie buty i wodoodporną kurtkę.

– Ale gdzie są książki?

– Jakie książki? – Sierżant podniósł wzrok. Nadal klęczał na podłodze. Lekko zmarszczył brwi.

– W walizce wozi książki. Próbki do pokazywania księgarzom.

Detektyw nic nie powiedział. Zaczął otwierać szuflady, ale wszystkie ubrania George’a były w torbie podróżnej. Joe Ashworth opróżnił ją ostrożnie, odkładając każdą sztukę na łóżku, ale nie było tam niczego, co by go zainteresowało. Zajrzał do łazienki, potem zwrócił się do Kate.

– Bardzo nam pani pomogła. Dziękuję. – Po jego minie nie można było niczego poznać. Chciała zapytać, czy uważają George’a za mordercę.

– Mam dzieci – powiedziała. – Córkę. Czy będzie bezpiecznie, jeśli pan Enderby zostanie tutaj na noc? – Słyszała histerię we własnym głosie.

Joe tylko chwilę się wahał.

– Nie mamy dowodów przeciwko panu Enderby’emu. Uważamy, że może nam pomóc w śledztwie.

Nie znalazła w tym pocieszenia.

Na dole schodów detektyw wyciągnął rękę i znowu jej podziękował. Jakby był jednym z gości płacących za pobyt.

Stuart nadal siedział w kuchni. Usłyszał, jak Kate schodzi na dół i od razu włączył ekspres do kawy.

– Co się dzieje? – Nie patrzył na nią, zadając pytanie i nie wiedziała, czy naprawdę jest tego ciekaw.

– Policja. Chcieli zajrzeć do pokoju George’a.

– Wpuściłaś ich? – Teraz wreszcie się odwrócił, żeby na nią spojrzeć.

– Tak. – Zastanawiała się, czy postąpiła jak tchórz, nie sprzeciwiając się im. – Jeśli to pomoże złapać zabójcę… – Powiedziała to cichnącym głosem.

– Myślisz, że George może być mordercą? – Stuart czekał na jej odpowiedź, a ona zrozumiała, że to nie było czcze pytanie. Zobaczyła w nim nauczyciela. Takiego samego tonu użyłby, stojąc przed swoją klasą. „Uważacie, że naprawdę tak należy zagrać ten kawałek?” Był wyjątkowo poważny.

Ona też poważnie podeszła do tego pytania.

– Nie – powiedziała wreszcie, bo mimo swoich wcześniejszych złych przeczuć i wahania w głosie detektywa, nie widziała w spokojnym i łagodnym George’u Enderbym zbrodniarza. Widziała, jak otwierał okno, żeby wypuścić osę. – Dlaczego George miałby zabijać Margaret? I prawie nie znał Dee Robson. Chyba że próbowała go poderwać w Coble.

– Co chcesz przez to powiedzieć? – Stuart nachmurzył się.

– Dee zawsze próbowała podrywać mężczyzn w Coble. Miejscowi ją znali i śmiali się z niej. – Kate nie mogła się powstrzymać przed wstydliwym uśmieszkiem, kiedy pomyślała, jak zażenowany byłby George Enderby. Uprzejmy, skrępowany, ale też wystraszony.

– Dee Robson była prostytutką? – Kawa przestała kapać, nalał kubek dla Kate. Widziała, że jest zaszokowany. Nigdy nie myślała o nim jako o świętoszku.

– Właściwie tak. Tylko niezbyt dobrą. – Uśmiechnęła się nerwowo. – Amatorka, nie profesjonalistka. – Potem pomyślała, że ta próba żartu była w złym stylu. Kobietę dopiero co zamordowano. Zerknęła na Stuarta, ale jeśli nie aprobował jej bezceremonialności, nie pokazał tego po sobie. Wyglądał na zatopionego w myślach.

– Co zrobimy z resztą dnia? – Wyobraziła sobie spacer na wzgórza. Dzieci powiedziały, że nie będzie ich do wieczora, więc nie było niebezpieczeństwa, że znajdą się w domu same z George’em. Chcieli ze Stuartem przejść się po Wale Hadriana. Potem może lunch w pubie, prawdziwy ogień na kominku i rosół domowej roboty. Nagle rozpaczliwie zapragnęła wyrwać się z Mardle i Harbour Street.

– Przepraszam – powiedział. – Chyba będę jednak trochę zajęty. – Oczekiwała wyjaśnień, ale on był nadal zatopiony we własnych myślach. Niespodziewanie wstał, jakby pod wpływem impulsu, żeby od niej uciec. Przy schodach nagle się zatrzymał. – Mogę wpaść później?

– Oczywiście! – Teraz dotarło do niej, że to dziwne zachowanie da się logicznie wyjaśnić: jechał do miasta kupić jej prezent. To dlatego był taki tajemniczy. – Wiesz, że możesz tu przychodzić, kiedy zechcesz. – I odwróciła się, żeby go pocałować.

Kiedy została sama w wielkim domu, odniosła wrażenie, że sprawy wymykają się jej spod kontroli. Teraz żałowała, że w domu nie ma dzieci, że Ryan jeszcze nie wrócił z warsztatu szkutniczego Malcolma, a Chloe zniknęła w mieście z tajemniczym przyjacielem. Chciała, żeby wszyscy byli tutaj, żeby mogła mieć na nich oko. Tu byliby bezpieczni.

3

Joe przeszedł przez ulicę, tak żeby nie było go widać z piwnicy pensjonatu, i zastanawiał się, co robić dalej. Założył, że Vera pojechała do miasta w poszukiwaniu George’a Enderby’ego. Pewnie wzięła ze sobą Holly albo Charliego, świadków, którzy będą mogli potwierdzić, co się działo, gdyby sprawa trafiła przed sąd. Próbował do niej zadzwonić, ale natykał się na pocztę głosową. Stał niezdecydowany z telefonem w ręku, kiedy otworzyły się drzwi pensjonatu i pojawił się Stuart Booth. Zawahał się i obejrzał na dom. Joe spodziewał się, że za nim wyjdzie Kate Dewar, ale Booth zamknął za sobą drzwi i stał jeszcze przez chwilę. Też nie był zdecydowany. Stanowili swoje lustrzane odbicia po obu stronach ulicy. Booth podjął chyba decyzję i przebiegł przez jezdnię, do Joego stojącego przed kościołem.

– Chyba mógłbym z panem porozmawiać, panie sierżancie. Mam pewne informacje, które mogą się okazać ważne w sprawie zamordowania Margaret Krukowski.