Ulica Milczenia. Tom 1 - Ann Cleeves - ebook
Opis

Słynna detektyw wobec zbrodni bez motywów i zmowy milczenia

Detektyw Joe Ashworth i jego córka Jessie jadą do domu. Kiedy pociąg się zatrzymuje, Jessie widzi, że jedna kobieta nie wysiadła: Margaret Krukowski została śmiertelnie ugodzona nożem.
Nikt nie widział morderstwa. Jak to było możliwe w zatłoczonym metrze? I dlaczego ktoś chciałby skrzywdzić tę powściągliwą, elegancką damę?
Szukając tropu, inspektor Vera Stanhope jedzie na południe Northumbrii, gdzie mieszkała ofiara. I gdzie dzień później zostaje zamordowana
druga kobieta...
Odtwarzając ostatnie kroki Margaret, Vera zagłębia się w ukrytą przeszłość spokojnego, pozornie niewinnego miasteczka. Ślady skupiają się na jednej ulicy. Dlaczego jej mieszkańcy milczą?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 219

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Redakcja stylistyczna

Anna Tłuchowska

Korekta

Barbara Cywińska

Hanna Lachowska

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcie na okładce

© ITV Studios/Helen Turton

Tytuł oryginału

Harbour Street

Copyright © 2012 by Ann Cleeves

All rights reserved.

For the Polish edition

Copyright © 2015 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-5465-4

Warszawa 2015. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-952 Warszawa, ul. Wiertnicza 63

tel. 620 40 13, 620 81 62

www.wydawnictwoamber.pl

Konwersja do wydania elektronicznego

1

Joe przepychał się przez tłum. Tuż przed świętami wagony metra były pełne ludzi z reklamówkami wyładowanymi bezużytecznymi prezentami. Niemowlęta pozostawione same sobie wrzeszczały w drogich wózkach spacerowych. Ci, którzy wcześnie zaczęli pić, wysypali się z firmowych przyjęć i chwiejąc się, zjeżdżali po ruchomych schodach do pociągów. Młodzież używała takiego języka, że Joe wołał, żeby jego dzieci go nie słyszały. Ale dzisiaj nie miał wyjścia, musiał skorzystać z metra. Sal była nieugięta, potrzebny był jej samochód.

Wracał tylko z córką. Śpiewała w szkolnym chórze i miała występ w katedrze w Newcastle. Kolędy wykonano przy świetle świec, bo w kościele zrobiło się ciemno już o czwartej. Dzieci śpiewały tak pięknie, że Joe omal się nie rozpłakał. Jego szefowa Vera Stanhope zawsze mówiła, że jest romantycznym durniem. Potem wyszli w wieczorną godzinę szczytu, kiedy właśnie zaczął padać śnieg. Jessie nadal była podekscytowana. Prawidłowo zaśpiewała wszystkie nuty solówki i kierownik chóru pochwalił ją na koniec. Choć do Bożego Narodzenia zostało tylko dziesięć dni, Jessie była już za duża, żeby wierzyć w Świętego Mikołaja. Padał śnieg. Maleńkie płatki kręciły się w porywach wiatru jak miniaturowe tornada.

W metrze trzymał ją za rękę. Stali, bo wszystkie miejsca siedzące były zajęte. Przy drzwiach tkwiły dwie młode dziewczyny, niewiele starsze od Jessie, twarze miały pomarańczowe od makijażu, oczy czarne od ołówka i tuszu do rzęs. Przycisnęło się do nich dwóch chłopaków. Joe patrzył na to, co się tam dzieje. Obłapywanie i obmacywanie napełniały go wstrętem. Vera nazywała go świętoszkiem. Nie przeszkadzałaby mu taka czuła randka, ale w słowach, które chłopcy kierowali do dziewczyn, było coś antypatycznego. Wysadziłby ich za brak stylu, za drwiny. A dziewczyny zabrałby na komisariat. Niechby Vera oświeciła je, co to jest feminizm – prawo kobiet do szacunku. Uśmiechnął się na tę myśl. Popatrzył na tarcze na kurtkach dziewczyn. Jedna z prywatnych szkół w tym mieście. Razem z Sal zastanawiali się nad wysłaniem Jessie do prywatnej szkoły. Była bardzo bystra i żywili wobec niej wielkie nadzieje. Na pewno uniwersytet. Może któryś z tych najważniejszych. Teraz, obserwując mizdrzące się, bierne dziewczyny, nie był już tak pewien wartości tych ekskluzywnych szkół.

Pociąg wjechał na stację. W światłach na peronie Joe zobaczył, że wali coraz gęstszy śnieg, płatki są większe, osiadają na dachach szeregowych domów. Wsiadła kobieta w długim płaszczu i zajęła dopiero co zwolnione miejsce w tyle wagonu. Joe wypatrzył je dla Jessie i poczuł irracjonalną niechęć do tej kobiety. Miała srebrne włosy i dyskretny makijaż, dopasowany płaszcz sięgał prawie do ziemi. Mimo wieku – musiała mieć z siedemdziesiąt lat – była w niej jakaś elegancja. Pomyślał, że kobieta ma pieniądze, i zastanawiał się, dlaczego nie zamówiła taksówki, zamiast tłoczyć się w metrze z innymi. Na następnej stacji wsiadła grupa mężczyzn. Garnitury, krawaty, teczki. Głośna rozmowa o jakiejś konferencji na temat sprzedaży. Joe był w takim nastroju, że znienawidził ich za tupet. Za popisywanie się. Na każdej stacji przypływali i odpływali ludzie, ale on razem z Jessie wciśnięty teraz w kąt przy drzwiach widział tylko plecy grubasa ubranego w dres Newcastle United. Bez kurtki. Twardziel z przedmieścia.

Światła w wagonie zamrugały i przez chwilę panowała całkowita ciemność. Gdzieś krzyknęła cicho jakaś młoda kobieta. Światło zapaliło się i pociąg wjechał na stację. Partington, prawie koniec trasy. Śnieg na peronie był głęboki na parę centymetrów. Joe miał nadzieję, że Sal jest w domu, centralne działa, a herbata jest już prawie gotowa. Mówiła o choince. Wystarczyłoby w zupełności sztuczne drzewko – jego mama nigdy nie zawracała sobie głowy prawdziwym – ale Sal w Boże Narodzenie zachowywała się jak dziecko, aż się w niej gotowało. Wyobrażał sobie, jak wchodzi do domu i czuje świerk i zapachy dochodzące z kuchni. Dlaczego właściwie doszedł do wniosku, że to małżeństwo – ta rodzina – to będzie dla niego za mało?

Postanowił, że ze stacji Mardle pojadą do domu taksówką. Sal obiecała po nich przyjechać, ale nie chciał, żeby prowadziła wóz w taką pogodę. Taksówka do samego domu będzie kosztowała fortunę, ale i tak się opłaci. Drzwi do wagonu nadal były otwarte, pochwycił zerknięcia pasażerów siedzących po przeciwnej stronie. Zobaczył, że zimne powietrze nawiało śniegu, który przywarł do włosów Jessie. On sam ubrał się elegancko do kościoła, a jego córka nosiła tylko szkolny płaszczyk na mundurku. Objął ją ramieniem, żeby ją ogrzać. Zabrzęczał komunikator i odezwał się maszynista.

– Przepraszamy. Jest problem na linii. Nie ta odmiana śniegu. – Stłumiony śmiech pasażerów, za bardzo świąteczni i zbyt opici piwem, żeby ta przeszkoda mogła ich zdenerwować. – Tu się kończy trasa. Zaraz podjedzie autobus i można jechać dalej. Idźcie za moim kolegą do głównej drogi. – Dobroduszne jęknięcie. Z lekka zawiani pasażerowie wyszli, narzekając na zimno, ale chyba podobała im się ta odmiana. Wieczorem będzie o czym opowiadać w pubie. Ashworth mocno trzymał Jessie. Niech pierwsi wyjdą pijani i szurnięci. Wychodząc na peron, szukał w kieszeni komórki, żeby wezwać taksówkę. Byli tylko o przystanek od Mardle. Naprawdę, to nic takiego, pomyślał znowu, nie ma co wyciągać Sal z domu. Otulił Jessie swoim płaszczem i wyszukując numer, przycisnął ją mocno. Inni pasażerowie szli za pracownikiem metra w zielonej kurtce, byli coraz dalej, już ich nie było widać w śnieżycy.

Światła w pociągu nadal się paliły, ale słabły. Po maszyniście nie było śladu. Jessie szturchnęła Joego.

– Patrz. Ta pani się nie rusza.

– Nie przejmuj się. – Joe trzymał telefon przy uchu. Już słyszał dzwonek. – Pewnie śpi. Może za dużo wypiła do lunchu. – Potem zobaczył, że Jessie pokazuje starszą kobietę w długim płaszczu.

Już miał powiedzieć, że maszynista nie odjedzie, zanim nie sprawdzi, czy wszystkie wagony są puste, kiedy Jessie wymknęła mu się spod ramienia i wbiegła przez otwarte drzwi do wagonu. Łagodnie potrząsnęła ramię kobiety. Zawsze była uprzejmą dziewczyną i Joe był z niej dumny, ale czasem wołałby, żeby się nie wtrącała.

Firma taksówkarska odebrała telefon. Jednocześnie Jessie krzyknęła.

2

Na Harbour Street stał tylko jeden dom; inne budynki to zabudowania gospodarcze. Dom był wysoki i szary, prawie czarny od pyłu węglowego, który zabarwił również małą plażę po drugiej stronie portowego muru. Trzy kondygnacje, piwnica i poddasze. Imponujący. Nad drzwiami wyrzeźbiona była data: 1885. W oknie piwnicy paliło się światło, a w środku kobieta zdejmowała prześcieradła z suszarki zawieszonej nad piecem. Fachowo je składała, róg do rogu i rozciągała, potem kładła na stole. Wyżej paliło się w jeszcze jednym oknie, ale z chodnika nie było widać, kto jest w środku.

Obok domu było podwórze Malcolma Kerra oddzielone od ulicy zardzewiałym metalowym płotem, zwieńczonym bezlitosnymi szpikulcami. Bramę zamknięto na wielką kłódkę i łańcuch. Parę starych łodzi, fragmenty silników, dziwne baniaste kształty pokryte brezentem – wyglądało to na skład złomu. Malcolm prowadził wyprawy dla obserwatorów ptaków morskich na Coquet Island, a zimą, kiedy „Lucy-May” była rzadziej czarterowana, naprawiał łodzie sąsiadów. Śnieg złagodził kanciaste kontury na podwórku, zrobiły się tajemnicze i trudne do rozpoznania. W rogu stała szopa zbudowana z blachy falistej i drewna. Malcolm często pracował w niej całe noce, wypijał całe morze piwa, ale tego wieczoru było tam ciemno i cicho, a na śniegu nie widać było śladów butów.

Z podwórkiem sąsiadowała stacja pogotowia morskiego, w której stała szalupa ratunkowa, a przy niej, od strony morza, traktor z przyczepą do ściągania łodzi na wodę w razie alarmu albo ćwiczeń. Dalej znajdowała się smażalnia świeżo złowionych ryb: pełna życia, rozedrgana od dźwięków, od muzyki z telewizora na ścianie, śmiechu ludzi stojących w kolejce. W ciągu dnia smażalnia sprzedawała świeże ryby, głównie złowione na miejscu, detalicznie i hurtem, z długiego, niskiego budynku na tyłach. Wieczorem był to bar ze smażoną rybą i frytkami i restauracyjką obok. Za frytkownicą stały dwie kobiety ubrane na biało, zarumienione od żaru, mimo że śnieg wpadał przez otwarte drzwi. Kolejka ciągnęła się aż na ulicę. Sami miejscowi. Mardle nie było miejscowością turystyczną nawet latem. Poza smażalniami i otoczonym murem portem niczego tu nie było. Łodzie wyglądały jak niewyraźne cienie na wpół ukryte za niesionym wiatrem śniegiem.

Po drugiej stronie ulicy stał pub Coble. Tam, gdzie ludzie przechodzili między pubem a frytkarnią, śnieg był już ubity i twardy. Na zewnątrz pubu paru zatwardziałych palaczy opierało się o mur, szukając schronienia przed złą pogodą. Obok pubu stał niski, przysadzisty budynek kapitanatu portu. Za nim rozciągały się nieużytki, z których korzystano jako z parkingu, a dalej, naprzeciwko dużego domu mieszkalnego z jaskrawo oświetloną piwnicą, stał kościół św. Bartłomieja. Wiktoriański gotyk, wzniesiony dla marynarzy i górników, teraz regularnie bywała tu garstka starszych kobiet. Na końcu ulicy, jak latarnia morska albo kwadratowy rozjarzony księżyc, lśnił żółty sześcian z czarnym M oznaczającym stację metra. Koniec kolejki. Ludzie czekali na peronie, żeby dostać się do miasta na wieczorną piątkową imprezę, ale pociągi nie nadjeżdżały.

To była Harbour Street.

W wielkim domu Kate Dewar niosła pościel po schodach na górę, do suszarni. Krótko zatrzymywała się przy ponumerowanych drzwiach. Nie słuchała. Kate nigdy by nie podsłuchiwała swoich gości. Ale to był jej teren i lubiła wiedzieć, kto jest w domu. Było cicho. Pewnie śnieg spowodował problemy w podróży. Cieszyła się, że dzieci są już z nią, słyszała, jak wchodzą, i wyobrażała sobie, jak siedzą na kanapie w piwnicy i oglądają telewizję. Miała zasadę: najpierw odrobić pracę domową, a dopiero potem włączyć telewizor, ale zbliżał się koniec semestru i dzisiaj nie będzie się przy tym upierała.

Wchodząc po schodach, pomyślała, że słyszy, jak otwierają się drzwi frontowe, ale kiedy zatrzymała się, żeby posłuchać, nie usłyszała żadnego dźwięku, to pewnie wiatr grzechotał skrzynką pocztową. Zawsze potrafiła rozpoznać wiatr z północy, ze względu na charakterystyczne odgłosy. Suszarnia znajdowała się na półpiętrze pod strychem, między pokojem Margaret a półką, na której stawiała zapasowe saszetki z kawą i herbatą i puszkę z domowej roboty herbatnikami. Obok półki stała mała lodówka ze świeżym mlekiem w kartonie. Zestawy do parzenia kawy i herbaty były w każdym pokoju, ale chciała, żeby jej goście czuli się jak w domu. To te szczegóły sprawiały, że wracali. Z pewnością nie przyjeżdżali ze względu na lokalizację. Harbour Street nie miała wielu atrakcji. Przez łukowate okno, ponad podwórkiem Malcolma, ponad smażalnią, rozciągał się widok na morze. Nadal padał śnieg. Widziała, jak płatki śniegu kłębią się w trójkącie światła rzucanego przez latarnię uliczną. Na morzu boja błyskała czerwienią. Jej mąż pracował na platformie wiertniczej i nadal odczuwała mieszaninę winy i żalu, kiedy myślała o wielkiej przestrzeni za progiem.

Postała, chwilę słuchając muzyki rozbrzmiewającej jej w głowie. Przywołała ją do życia, zanuciła. Pieśń zimy, jasności, przestrzeni. Zimowej miłości. I znowu pomyślała o Stuarcie i nieoczekiwanym uczuciu, które dopadło ją w średnim wieku. Brakowało jej tchu, była zdumiona, świadoma, że w tej chwili poświęciła wszystko dla nowego mężczyzny. Był ważniejszy niż koszmary Ryana, niż jego nocne wyprawy po okolicy, jakby był dzikim zwierzęciem, które nie może zasnąć, niż jego wybuchy wściekłości. Ważniejszy niż wyniki egzaminów Chloe i jej przerażająca ambicja. Stuart, stary i żylasty, bardziej wspinacz niż muzyk, przywrócił jej życie.

Wracając do swojego mieszkania, przy drzwiach wejściowych wpadła na George’a Enderby’ego. Do jego wełnianego płaszcza przylgnęły płatki śniegu, a wielka, miła twarz uśmiechała się do niej z góry.

– Co o tym sądzisz, Kate? Śnieg w Boże Narodzenie. Dzieci będą zachwycone. – Mówił głębokim, dostojnym głosem południowca, który kojarzył się jej z politykiem albo aktorem.

Kate pomyślała, że to chyba jej dzieci się ucieszą i pewnie zechcą ulepić bałwana pod domem. George miał tak naiwne fantazje na temat doskonałości życia rodzinnego, że nie chciała wyprowadzać go z błędu.

– Tak – powiedziała.

George pracował jako przedstawiciel wydawcy i podróżował z wielką walizą na kółkach pełną książek. Często zostawiał egzemplarze dla jej dzieci. Chloe podobały się niektóre książki, te grube o innych światach, ale Ryan, chociaż udawał zainteresowanie, nie był zdeklarowanym czytelnikiem. Brał książki, żeby się przypodobać. Kate zawsze trochę się niepokoiła o Ryana. Nie sprawiał szczególnych problemów, ale mimo beztroskiego uśmiechu, według niej był nieszczęśliwy, a ona nie wiedziała, co powinna z tym zrobić. I te zdarzające się czasem wybuchy wściekłości, które przypominały jej Roba. Ale Harbour Street zabierała jej cały czas i wyciągała energię, a Stuart całkowicie opanował jej myśli. Już wiele lat temu Ryan przestał się do niej odzywać. Mówiła sobie, że chłopak jest młody, że dzieci są skomplikowane i nigdy nie zwierzają się rodzicom.

George miał żonę, ale dzieci nie mieli. Kiedyś jej to powiedział. Późnymi wieczorami mówił jej wiele rzeczy, kiedy popijał drinka przed snem w saloniku dla gości. Sączył whisky, a ona zerkała na zegarek i myślała o tym, kiedy wreszcie pójdzie spać. Prowadziła dom z pokojami gościnnymi właściwie sama. Była tylko Margaret do pomocy w kuchni, ale przez ostatnie parę dni nie było z niej wielkiego pożytku.

– Dobrze minął ci dzień, George?

Wiedziała, że prowadzi trudny interes. Z tego też się jej zwierzył. „Kate, nie wiedziałbym, co robić bez tej pracy. Żyję i oddycham książkami”. Wyczuwała, że nie musiał pracować, żeby mieć na życie. Miał tę wyluzowaną pewność siebie i beztroski stosunek do pieniędzy, które przychodzą z rodzinnym bogactwem. Sądziła, że nie znalazł szczęścia w małżeństwie, chociaż nawet gdy był bardzo pijany, nigdy źle nie mówił o żonie. „Moja Diana jest cudowną, wspaniałą kobietą”, zwykł mawiać.

Teraz wyplątywał się z płaszcza.

– Ten pokój co zwykle, Kate?

– Oczywiście. – George lubił duży pokój w tylnej części domu, z widokiem na morze i nie przeszkadzało mu, że był to najdroższy z pokoi. „Moi szefowie przyzwyczajeni są do cen londyńskich, Kate. Nigdy nie czepiają się moich wydatków”.

– Tym razem przyjechałem na parę dni. Potem znowu wybieram się na południe. Chyba, że śnieżyca będzie tak gęsta, jak zapowiadano. Wtedy możesz mieć niespodziewanego gościa na kolacji świątecznej. – Uśmiechnął się smutno, a ona pomyślała, że jest tym zachwycony. Rodzinny obiad na Boże Narodzenie, z nią i jej dziećmi siedzącymi wokół stołu w piwnicy, a on kroi indyka. Ale w tym roku będzie także Stuart. Nie wiedziała, co George o tym pomyśli. Potajemnie podejrzewała, że George Enderby chciałby ją widzieć pijaniusieńką.

– Zaniosę herbatę do saloniku. – To też należało do rytuału. Siadywał w saloniku z laptopem i książkami, popijał herbatę i jadł herbatniki Margaret. Potem, ponieważ nie serwowała wieczornych posiłków, wyjdzie na kolację – albo do smażalni, albo do Coble – i wróci po kilku piwach, żeby do północy siedzieć i pić whisky.

Kiedy weszła do piwnicy, zobaczyła, że dzieci oglądają telewizję. Pomyślała, że wcześniej oglądały coś innego i zmieniły kanał, kiedy usłyszały ją na schodach. Coś niestosownego. Była maniaczką kontroli i chciała wiedzieć, co oglądają. Czasem zastanawiała się, czy nie jest dla nich zbyt surowa. Może dlatego już nie chciały z nią rozmawiać. W końcu były prawie dorosłe. Widziała, jak zachowują się inne dzieci, co im uchodzi płazem. Ale pamiętała, jaka ona sama była za młodu: seks, narkotyki i scena muzyczna. Nie zdawała egzaminów końcowych, ale dla nich chciała czegoś lepszego.

Nadal nosiły mundurki szkolne i Kate chciała je wysłać, żeby się przebrały, ale się wstrzymała. Nie ma sensu zaczynać sprzeczki. „Zastanów się, kiedy warto walczyć” . Znalazła to w magazynie dla kobiet i pomyślała, że to ma sens.

– W porządku?

Odpowiedzią było stłumione chrząknięcie Chloe. Potem Ryan odwrócił się i uśmiechnął tak, jak robił to jego ojciec. Przeraziła się, bo to było tak, jakby zobaczyła ducha.

W kuchni Kate przygotowała tacę dla George’a: serwetka, liściasta herbata w imbryku, filiżanka i sitko. Mleko w dzbanuszku. Czasem Ryan wyśmiewał jej starania. „Mamo, to jest Mardle! Nie jesteś szefem w Ritzu”. Kate wiedziała, że drażni dzieci, usiłując utrzymać standardy – serwetki z tkaniny na stole, nawet kiedy jedli pizzę, upieranie się przy zachowaniu manier. Ale ona była pewna, że liczą się szczegóły i chciała przygotować je na przyszłość. Chciała dla nich czegoś więcej niż życie na zabitej deskami uliczce w zabitym deskami miasteczku. Dobrze wiedziała, jak z nią kiedyś było – jej ojciec był księgowym we własnej firmie, póki się nie rozpadła podczas recesji – i nadal dokuczało jej, że tutaj skończyła.

Salonik był pusty. George pewnie nadal siedział w swoim pokoju. Kate postawiła tacę, włączyła gazowy ogień i zaciągnęła zasłony. Śnieg za szybą zebrał się w małą zaspę.

Myślała, żeby wyjąć rondelek z lodówki na kolację, kiedy zadzwonił dzwonek u drzwi. Jeśli to kolejny gość uwięziony w mieście przez pogodę, może go umieścić w pokoju numer 6. Otworzyła drzwi.

Na zewnątrz stała ogromna kobieta. Ubrana była w bezkształtny skafander i tweedową spódnicę. Na nogach miała gumowce. Włosy i ciało pokryte miała śniegiem. Za nią stał jeszcze ktoś, ale zasłaniała go jej masa, więc nie można było dostrzec szczegółów.

Kobieta yeti, pomyślała Kate.

Kobieta się odezwała.

– Wpuść nas, kotku, dobrze? Strasznie tu zimno. Nazywam się Stanhope. Inspektor Vera Stanhope.

3

Telefon zadzwonił, kiedy Vera robiła zakupy. Poczuła radosną ulgę, słysząc komórkę brzęczącą w kieszeni. Rzadko wyjeżdżała do Newcastle, chyba że do pracy, a teraz był to koszmar. Zakupy świąteczne: hordy objuczonych ludzi z szaleństwem w oczach. Jak króliki, kiedy jej ojciec Hector szedł z lampą polować. Hector zmarł przed laty, a Vera nie miała rodziny, żeby coś dla niej kupić. W Boże Narodzenie szła do sąsiadów hippisów na kolację i wszyscy upijali się na sztywno, ale Jack i Joanna nie czekali na prezenty – nie licząc może flaszki przyzwoitej whisky – ona też nie.

Potem Holly, jedna z jej zespołu, wymyśliła ten plan. Tajny Święty Mikołaj: losy w kapeluszu i wyciągasz nazwisko osoby, która dostanie twój prezent. Vera miała nadzieję, że to będzie Charlie. Jemu też doskonale wystarczyłaby butelka whisky. Ale z kapelusza wyciągnęła Holly. Holly perfumowała się, nakładała makijaż i nosiła eleganckie ubrania nawet do pracy. Co miała dla niej wybrać? Teraz więc była tutaj, w domu towarowym Fenwick’s, spocona, bo ubrana nadal jak na dworze, otoczona eleganckimi, lśniącymi ludźmi. Tylko czekała, żeby stąd uciec, kiedy zadzwonił telefon. Telefonował Joe Ashworth. Gdyby był tutaj, ucałowałaby go.

– Co dla mnie masz, Joe? – zapytała melodyjnym głosem. Kosmetyczka w białym fartuchu gapiła się na nią, oklejając podkładem kobietę w średnim wieku, siedzącą na fotelu jak u dentysty.

– Morderstwo – powiedział Joe, a w niej aż serce skoczyło, zanim pojawiło się poczucie winy, bo wiedziała przecież, że ofiara jest czyimś krewnym i przyjacielem. Nie umierali dla jej rozrywki. – Cios nożem w metrze.

– Bójka wyrwała się spod kontroli? – To byłoby dziwne. Tego rodzaju rzeczy zdarzają się późnym wieczorem, nie wczesnym popołudniem.

– Nie. – Znała go tak dobrze, żeby wiedzieć, że sprawa nie będzie łatwa, i to też ją ucieszyło. Lubiła niewielkie komplikacje. Wyzwania. – To starsza pani. Byłem pierwszy na miejscu zabójstwa. Kryminalistycy są w drodze.

– Do Holly też zadzwoń. – Vera ostatnio bardzo uważała, żeby włączać Holly w sprawy, bo dziewczyna zrobiłaby awanturę na całą Anglię, gdyby doszła do wniosku, że się ją pomija. Zrobiła przerwę na oddech i już przepychała się przez tłum do wyjścia, szukała w kieszeni płaszcza kluczyków. – I wygrzeb Charliego z jego nory. Kto znalazł ciało?

– Jessie – odparł Ashworth. – Moja córka Jessie.

Dotarcie na stację metra w Partington zajęło Verze więcej czasu, niż się spodziewała. Parę centymetrów śniegu i świat zwariował. Samochód wpadł w poślizg w Benton i zablokował jedno pasmo ruchu. Jechała land roverem Hectora, który przeczył wszelkim przepisom policyjnym, taki był stary. Ale dzisiaj była z tego zadowolona. Stacja była zamknięta, otoczona taśmą policyjną i strzeżona przez dwóch inspektorów metra, delektujących się każdą minutą swojej chwili chwały. Daleko, na peronie, zobaczyła Joego Ashwortha. Jej sierżanta, zastępczego syna, jej faworyta. I jej sumienie. Śnieg padał wokół niego, a on stał tyłem do niej i rozmawiał przez komórkę. Ani śladu córki. Sal wyrwała ją pewnie siłą. Oboje chronili swoje dzieci. Vera pomyślała, że Jessie wolałaby pewnie zostać i zobaczyć, jak ojciec pracuje. Dziewczyna była żywa jak iskierka, a to napawało Verę nadzieją.

Włożyła kalosze, które trzymała w samochodzie. To wymagało wysiłku – nogi ledwie jej się zmieściły. Ale i tak straciła na wadze. Nowe buty, rok wcześniej w ogóle by w nie nie weszła. Peron był śliski, szła ostrożnie. Gdyby upadła, potrzeba byłoby dźwigu, żeby ją podnieść. W jasno oświetlonym przedziale pociągu zobaczyła postacie w bieli przy pracy. Miała nadzieję, że na czele zespołu kryminalistyków stoi Billy Wainwright. Ciała nie zobaczyła, nie wpuszczą jej do środka, póki nie skończą.

– Joe! – Odwrócił się i zaczął iść w jej stronę, skończył rozmowę telefoniczną i włożył ręce do kieszeni.

Gdy się zbliżył, Vera zobaczyła, że ma zmarszczone czoło. Miał pewnie inne plany na ten wieczór. Chciał go spędzić z Sal i dziećmi. Może pakowaliby prezenty, gdy dzieci będą już leżały w łóżku. Sal była bardzo zorganizowana, nie zostawiłaby świątecznych zakupów na ostatnią chwilę. Ale Vera wiedziała, że Joego nudziło perfekcyjne domowe życie, chociaż nigdy by się do tego nie przyznał, nawet wobec siebie. Możliwe, że to morderstwo dla niego też było kołem ratunkowym.

– Co dla mnie masz, Joe? – Przeszli pod dach hali dworcowej. Joe oparł się o jedną z maszyn z biletami. Padał tak gęsty śnieg, że pociąg widzieli przez ruchomą białą zasłonę. Nie jest źle, pomyślała Vera. Ludzie będą winić pogodę, a nie nas, za zmiany w rozkładzie jazdy metra.

Słuchała, jak opisywał drogę z miasta, zatłoczony pociąg, bezczelną młodzież i zalanych biznesmenów. Na tym etapie nie robiła notatek. Notatki nie pozwalały się jej skoncentrować. Musiała wyobrazić sobie wagon, posłuchać, o czym żartowano.

Słuchała, póki nie skończył mówić.

– A więc wszyscy w dobrych nastrojach? Nic, co mogłoby doprowadzić do świątecznego wybuchu wściekłości? Ofiara nie robiła uwag, że dzieci przeklinają albo kładą nogi na siedzeniach?

– Nie