Ulica marzycieli - Robert McLiam Wilson - ebook

10 osób właśnie czyta

Opis

Jake jest dobiegającym trzydziestki marzycielem, który utknął w ciele komornika.

Misiek to bezrobotny geniusz. Pragnie dziewczyny, która sprawi,

że życie będzie palić go pod sercem jak zbyt pikantny posiłek.

Belfast w latach 90. jest zniszczonym przez bomby polem bitwy, na którym

spór toczą dwa wrogie plemiona. W czasach bezsensownej wojny domowej

dwójka nietypowych przyjaciół podąża przez życie w poszukiwaniu

realizacji najbardziej ludzkiej z potrzeb: miłości.

Chociaż… jedną namiętną nocą też nie pogardzą.

Pełna niezwykle trafnych spostrzeżeń, uszczypliwie zabawna kultowa powieść

z Irlandii.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 551

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Zapraszamy na www.publicat.pl
Tytuł oryginałuEureka Street
Logo seriiWALDEMAR KORALEWSKI
Projekt okładkiMICHAŁ LOBA
Koordynacja projektuNATALIA STECKA
KorektaIWONA HUCHLA, MAGDALENA SZAJUK
SkładLOREM IPSUM – RADOSŁAW FIEDOSICHIN
Copyright: © Robert McLiam Wilson, 1996 Polish edition © Publicat S.A. MMXIX (wydanie elektroniczne)
Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.
All rights reserved
ISBN 978-83-245-8388-1
Konwersja: eLitera s.c.
jest znakiem towarowym Publicat S.A.
PUBLICAT S.A.
61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24 tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00 e-mail: [email protected]at.pl, www.publicat.pl
Oddział we Wrocławiu 50-010 Wrocław, ul. Podwale 62 tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66 e-mail: [email protected]

ROZDZIAŁ 1

Wszystkie opowiadania traktują w gruncie rzeczy o miłości.

Był dość późny piątkowy wieczór sześć miesięcy temu (a zarazem sześć miesięcy od odejścia Sary). Siedziałem w barze, podrywając kelnerkę o imieniu Mary. Miała krótkie włosy, okrąglutki tyłeczek i wielkie oczy smutnego dziecka. Znałem ją od trzech godzin i już zaczynałem się w niej podkochiwać.

Misiek Lurgan wytoczył się z baru godzinę wcześniej, pozbywszy się beztrosko resztek gotówki. Docinałem mu bezlitośnie przez całe dwadzieścia minut, żeby się go nareszcie pozbyć.

W barze było wiele kelnerek, ale Mary od razu rzuciła mi się w oczy. Ja z kolei na samym początku jej podpadłem. Być może dla innych mężczyzn damska wrogość jest objawem kokieterii – co do mnie, łatwo uwierzyłem, że Mary mnie nie cierpi, i nie zadałem sobie trudu, by dociekać przyczyn. Była ostra. Pieniła się i zadzierała nosa. Na pewno wiedziała, że dzięki temu zakocham się w niej po uszy. Musiała o tym wiedzieć.

Po jakimś czasie przestała mnie tępić; przerzuciła się na rutynowe przyjazne zaczepki przy roznoszeniu piwa. I w końcu, znalazłszy wolną chwilę, przysiadła naprzeciw mnie na zwolnionym przez Miśka krześle. Nasza znajomość nabrała raptem charakteru. Mary spojrzała na mnie dziwnie – przeciągle, badawczo, chłodno. Bardzo specyficznie pochyliła głowę, kiedy poczęstowałem ją papierosem. Odmówiła i zapaliła własnego. Chyba w tej właśnie chwili pomyślałem, że jednak mnie lubi. I uznałem, że powinienem odprowadzić ją do domu.

Zresztą ten szczególny sposób, w jaki na mnie patrzyła, był niczym w porównaniu z moją miną, gdy patrzyłem na nią. Czułem, że mam wszystko wypisane na twarzy.

To właśnie cały ja. Wyższa szkoła uwodzenia przy topornym barze w zapyziałym pubie. Co nie znaczy bynajmniej, że jestem mocny w gębie. Zdarza mi się rumienić, a nawet jąkać. I za cholerę nie potrafię przejść do sedna sprawy. Tak więc kiedy stękając, plotłem różne bzdury, Mary spytała wprost, czy zaproszę ją do siebie.

Tkwiąc w barze aż do zamknięcia, denerwowałem się o wiele bardziej, niż bylibyście skłonni podejrzewać. Ze wzrokiem wbitym w butelkę starałem się ignorować chichoty koleżanek Mary. Potężny wykidajło zdjął marynarkę, podwinął rękawy, ukazując ultraprotestanckie tatuaże, i zabrał się do ścierania podłogi. Mamrotał coś zaczepnie pod moim adresem, ale bałem się, że każdą ewentualną odpowiedź uzna za nazbyt katolicką, więc w miarę swoich sił zignorowałem i jego. Usiłowałem myśleć o Sarze. Bezskutecznie.

Zdaje się, że była właśnie pierwsza wiosenna pełnia. Ciepły, beztroski wiatr poprawił mi humor, kiedy wyszliśmy z baru. Udałem, że nie widzę swego samochodu, i zaproponowałem Mary spacer.

W eleganckiej sukience i cieniutkich pończochach Mary wyglądała niczym kobieta wamp z powieści kryminalnej. Nie jestem przyzwyczajony do tego typu dziewcząt. Naturalnie czułem się przy niej jak wieśniak, ale kiedy się do mnie uśmiechnęła, musiałem w duchu przyznać, że jest naprawdę śliczna. Z zapałem mówiła o swojej pracy. Całym sercem starałem się słuchać, lecz myślami dryfowałem gdzieś w dal wraz z wiatrem, który burzył mi włosy. Paplanina Mary sprawiała mi przyjemność; jej głos był miły dla ucha.

– A ty czym się zajmujesz? – spytała, gdy mijaliśmy Hope Street.

– Mnóstwem rzeczy. – Uśmiechnąłem się. – W tej chwili pracuję jako konsultant do spraw zadłużenia.

Oczywiście skłamałem. No, może niezupełnie.

– To fajnie – powiedziała.

Z kłamstwem jest tak: jeśli ktoś ci nie uwierzy, gardzisz sobą; jeśli ci uwierzy, gardzisz nim.

U wylotu Lisburn Road stała policyjna blokada. Gliniarze kontrolowali przejeżdżające samochody. Jeden z nich pozdrowił Mary po imieniu. To mi się nie spodobało. Wciąż jest we mnie dostatecznie dużo biednego irlandzkiego katolika, abym przeszedł nad tym do porządku dziennego.

– Ten chłopak wpada czasem do baru – bąknęła Mary.

Przepraszający ton jej głosu oznaczał, że odgadła moje myśli. To również mi się nie spodobało.

Moja spokojna, wysadzana drzewami ulica zaimponowała Mary. Oczarowała ją nawet nazwa. (Mieszkam na Poetry Street. W duchu nazywam ją ulicą Poetów. Kiedy ludziom podoba się nazwa mojej ulicy, to nie zawsze jest dobry znak). Mieszkanie wprawiło ją w zachwyt. (Moje mieszkanie stwarza wrażenie, że mam mnóstwo forsy). Mary patrzyła na gustowne meble Sary, na obrazy dobrane przez Sarę z bezbłędnym wyczuciem, i miała na mnie coraz większą ochotę. Powiodła palcem wzdłuż półek z książkami i uśmiechnęła się do mnie, jak gdybym urósł w jej oczach.

Własnoręcznie zaparzyłem kawę. To także ją ujęło.

– Ładnie tu – powiedziała.

Nie potrafiłbym orzec, czy ją lubię, czy tylko mi się podoba, ale pragnąłem jej. Tego wieczoru czułem się samotny bez kobiety. Nie chodziło nawet o seks. Łaknąłem czyjejś ręki na mym biodrze w ciemności, czyichś włosów na poduszce, drugiego talerza na stole po śniadaniu – drobnych znamion czyjejś obecności. Łaknąłem namiastki Sary.

– To twoje własne mieszkanie czy je wynajmujesz? – spytała Mary.

Nie wiem, co w tym momencie stało się z moją twarzą, ale na jej widok Mary zbladła. Wielkie oczy rozszerzyły się jeszcze bardziej, wargi zadrżały. Nie znoszę, kiedy ludzie robią mi coś takiego – najpierw plotą bzdury, a kiedy się skrzywię, mają miny wystraszonych sześciolatków.

– Przepraszam – bąknęła. – Gadam głupstwa.

Nie zaprzeczyłem. I w tej samej chwili zdałem sobie sprawę, że nie będę mógł iść z nią do łóżka. Nie mam wielkiego doświadczenia z kobietami, aczkolwiek czasem jest mi trudno którąś po prostu przelecieć. Zwłaszcza jeśli odnoszę wrażenie, że reprezentuje sobą coś więcej niż tylko chętne ciało. Chędożenie panienek to wspaniała rozrywka, chędożenie ludzi jest już ociupinę bardziej skomplikowane. Może to złe, może to oznaka, że jestem niedojrzały, lecz wkładam w seks również pewną dozę czułości.

Wstałem, starając się, by wyszło to taktownie. Mary także wstała. Nie pozostało mi już nic do powiedzenia i niewiele do zrobienia. Zastanawiałem się, jak jej oznajmić, że popełniłem błąd. Zrobiłem krok w jej kierunku, a ona opuściła ręce i niepewnie uniosła ku mnie twarz. Wyglądała, jakby czekała na pocałunek. Chciałem ją pocałować. Naprawdę bardzo chciałem.

– Muszę już iść – powiedziała nieoczekiwanie.

Dwadzieścia minut czekaliśmy na taksówkę, gawędząc o tym i owym. Czułem się dziwacznie połechtany, że Mary, która na początku mnie nie lubiła, zmieniła jednak zdanie. Opowiedziałem jej o Sarze, a ona opowiedziała mi o swoim chłopaku, który pracuje w policji. Po powrocie do domu miała zamiar do niego zadzwonić. Myślałem, że mówi o gliniarzu, którego minęliśmy na ulicy po wyjściu z baru, ale to był tylko jego kolega. Mary obawiała się, iż doniesie jej chłopcu, że widział ją z facetem; chciała go uprzedzić.

– Przepraszam – szepnęła. – To był zły pomysł.

– No... – wymamrotałem.

– Nigdy tego nie robię.

– Ja też nie.

– To pierwsza wiosenna pełnia – uśmiechnęła się.

– To prawda...

Potem zostawiła mnie z resztką kawy i z samym sobą. Dokładnie tak jak Sara.

Są takie noce, kiedy człowiek dobiega trzydziestki, a życie zdaje się kończyć. Masz wrażenie, że już nigdy go sobie nie ułożysz, że już nikt nigdy cię nie pocałuje.

Błąkałem się po pustym mieszkaniu. Lubię je, choć czasem, kiedy jestem w nim sam, czuję się jak ostatni żywy człowiek na Ziemi. Dwie sypialnie spoglądały na mnie szyderczo. Odkąd Sara wyjechała, nie wiodło mi się najlepiej. Minione pół roku było długie, szare i do dupy. Sara nie chciała dłużej mieszkać w Belfaście. W owym czasie codziennie ktoś ginął i uznała, że ma tego dość. Nie musiała tu tkwić, była Angielką. Wolała wrócić do kraju, gdzie polityka to debaty o budżecie, ochronie zdrowia i finansach gminnych, a nie bomby, rany, zabójstwa i strach.

Pojechała więc do Londynu (Misiek pocieszał mnie, że Angielki są nic niewarte). Nie pisała. Nie dzwoniła. Nie wysłała nawet faksu. Chyba słusznie zrobiła, odchodząc, ale ja wciąż miałem nadzieję, że wróci. Czekałem na odmianę w swoim życiu. Czekanie nie było dla mnie niczym nowym, nigdy jednak aż tak mi nie dopiekło. Wyglądało na to, że tym razem będę musiał czekać dłużej niż kiedykolwiek dotąd. Wskazówka stopera gnała jak szalona, a ja nie zdążyłem jeszcze wyjść z bloków startowych. Ludzie mylą się co do czasu. Czas to nie pieniądz. Czas to wyścig.

Tej nocy leżałem w łóżku przy otwartym oknie. Śmigłowce terkotały do snu katolikom z zachodniego Belfastu. Sara nie znosiła tego dźwięku. Ja zawsze go lubiłem, w dzieciństwie pomagał mi usnąć. Miałem nadzieję, że tym razem smętne myśli nie dadzą mi zmrużyć oka. Była czwarta rano, a o szóstej trzydzieści zaczynałem pracę. Zapadłem w lekką drzemkę, niejasno żałując, że ani Mary, ani Sara nie zechciały dzielić ze mną poduszki.

Następnego dnia rano pojechaliśmy do Rathcoole, protestanckiej dzielnicy domków jednorodzinnych na północnym obrzeżu miasta, betonowej i zimnej. Jeszcze przed ósmą zdążyliśmy oblecieć trzy miejsca. (Znów tyrałem w sobotę!)

Zaczęliśmy o wpół do siódmej kompletem wypoczynkowym u rozespanego, wystraszonego młodego małżeństwa. Kobieta rozpłakała się, mężczyzna nerwowo przełykał ślinę i pocieszał żonę, patrząc, jak trzech byczków panoszy mu się po domu. Potem zabraliśmy lodówkę, kuchenkę mikrofalową, elektryczną gitarę i rower górski rodzinie mieszkającej na skraju osiedla. Ich dom wyglądał jak zrobiony z kartonu; byli już przyzwyczajeni do podobnych wizyt. Zawitaliśmy tam, gdy wszyscy prócz siedmioletniego brzdąca leżeli jeszcze w łóżkach. Ojciec rodziny trochę pyskował, ale mało kto czuje się na siłach toczyć boje w piżamie. Nie mieliśmy z nimi kłopotów.

Podjechaliśmy pod trzeci dom z listy, żeby skasować telewizor u jakichś emerytów. Kwasior został w wozie, a Hally i ja przeszliśmy wąskim chodnikiem do drzwi i załomotaliśmy w nie – głośno, stanowczo, tak jak to potrafimy. Kiedy staruszek otworzył, z zagraconej sieni bez słowa ruszyliśmy wprost do saloniku.

Zasłony były zaciągnięte i w pokoju panował posępny szary półmrok. Telewizor paplał nosowo, ignorując nasze wtargnięcie niczym komik dziarsko uchylający się przed gradem pomidorów. Na sofie, oświetlona niebieskawym blaskiem sączącym się z odbiornika, siedziała stara kobieta. Ta nie dała się tak łatwo zastraszyć. Z groźną miną obróciła się do mnie. Dziadek wszedł za nami, klnąc pod nosem. Jego pomarszczona twarz była bez wyrazu, jakby nasza wizyta wcale go nie zaskoczyła. Starucha, stękając, usiłowała dźwignąć z sofy opasłe brzuszysko. W telewizji przyszła pora na reklamy i kiedy wreszcie zwlekła się na nogi, oblewało ją ciepłe słońce Karaibów. Zaczęła krzyczeć:

– Wynoście się stąd, śmieciarze! Za kogo się uważacie! Mój wnuk jest w UDA[1]! On i jego ludzie zrobią z wami porządek!

Bla, bla, bla... Zawsze to samo.

W milczeniu wyłączyłem telewizor z sieci i podniosłem go. Tym razem na mnie wypadła kolej dźwigać, a na Hally’ego – grać twardziela. Napiął mięśnie; w tej ciasnej mrocznej norze wyglądał na olbrzyma. Ruszyłem do drzwi. Dziadek wymamrotał jakiś desperacki epitet, babcia zamierzyła się na mnie pięścią.

Hally stanął tuż przed nią i bardzo powoli się pochylił, jakby miał zamiar ją pocałować.

– Odpieprz się, zarazo – rzekł uprzejmie.

Wsadziłem grata do ciężarówki i pojechaliśmy dalej. Kwasior wlókł się na drugim biegu przez zapyziałe uliczki. Hally gderał, purpurowy z niewyładowanej agresji. Wyglądało na to, że nikt mu dziś nie podskoczy, a nawet on wzdragałby się bić jakąś zmurszałą babinę. Spojrzałem na niego i westchnąłem. Nie cierpię tej roboty.

Telewizor kosztował w detalu dwieście czterdzieści pięć funtów. Do spłaty zostało im sto trzydzieści pięć. Na licytacji rupieć pójdzie za sto, może sto dwadzieścia funtów. Firma chce odzyskać stówę. Zostaje dwadzieścia do podziału na trzech. Kokosy, że ho, ho! Nie znoszę tej roboty.

Kwasior i Hally warczeli na siebie, a ja patrzyłem przez okno na rzędy ceglanych ścian. Dzień wcześniej odbieraliśmy magnetowid i wieżę stereo w Ballybean. Hally prowadził wóz. Po drodze opowiadał biednemu Kwasiorowi cuda o babce, którą jechaliśmy skasować: że to samotna matka przed trzydziestką, blondynka z wielkim biustem – doszczętnie spłukana. Miała rzekomo iść na daleko idące ustępstwa, byle tylko ocalić resztkę dobytku. Wiadomo, co się nam, chłopom, marzy. Kwasior omal nie oszalał z dzikiej żądzy. Podejrzewamy z Hallym, że ten biedny głąb jest jeszcze prawiczkiem. Nie muszę chyba dodawać, że cała historia była wyssana z palca, o czym Kwasior przekonał się na własne oczy, kiedy drzwi otworzyło mu wstrętne tłuste babsko, które dowiedziawszy się o zakusach na jej mienie, energicznie zmieszało go z błotem. Wciąż miał o to żal. Skądinąd o czymże innym Kwasior mógłby w ogóle myśleć?

Czułem gorycz. Nic dziwnego – pracuję w tak zwanej windykacji. Ta robota ma jedną zasadniczą cechę: zatruwa człowiekowi ranki. Dla nas bowiem praca zaczyna się o świcie. Wtedy zbieramy największe żniwo. Ludzie są zdezorientowani, ulegli, na wpół odziani i zwykle nie rwą się do bitki. Jak się zdaje, spodnie są nieodzownym składnikiem poczucia godności osobistej. Nie jeździliśmy po zmroku. Nigdy nie wiadomo, czy gość nie okaże się sporo od nas większy ani ile już zdążył wypić. Wieczorem kobiety rzadko bywały same, a ludzie ciągle mylili nas z IRA.

Ludzie wiecznie, psiakrew, biorą nas za chłopców z IRA. Przypuszczam, że łatwo jest pomylić jedną bandę umięśnionych twardzieli z inną. Moi koledzy to dość prymitywne okazy rodzaju ludzkiego. Kwasior jest wielki, gruby i ohydny. Hally jest wielki, gruby, ohydny i złośliwy. Staram się nie nienawidzić ludzi. Nienawiść do ludzi jest potwornie męcząca. Tylko że czasami – tylko czasami – niezbyt mi się to udaje.

Opracowałem własną teorię, która wyjaśnia, dlaczego rankiem dłużnicy nie stawiają oporu. Myślę, że ubóstwo najdotkliwsze jest właśnie rano. Wieczorem łatwiej jest się oszukiwać, podreperować ego odrobiną marzeń lub alkoholu, ale w bladym świetle poranka nędza i wstyd muszą się wydawać bardzo realne, bardzo trwałe.

Najbardziej przygnębiające jest to, że większość tych ludzi nawet nie żywi do nas szczególnych pretensji. Tak jakby oczekiwali naszego najścia. Jakby czuli, że mamy do tego prawo, podczas gdy oni pozbawieni są wszelkich praw. Kiedy samotna matka, która zalega z ostatnią dwudziestofuntową ratą za lodówkę wartą trzysta funtów, bez słowa pozwala ci ją wynieść, jest to co najmniej dziwne.

Kwasior podniecał się następnym punktem z listy: solarium. Zakładał, że solarium automatycznie gwarantuje jakąś architektonicznie rozwiniętą dupcię – czyli to, co tygrysy lubią najbardziej. Skręciliśmy w zaułek i zatrzymaliśmy się pod wskazanym numerem. Dom wyglądał zamożniej od sąsiednich budynków, miał ozdobne drzwi i rzeźbiony ganek. Komuś powodziło się na tyle dobrze, że zainwestował w chałupę i kupił solarium. Pewnie stracił pracę i teraz musi je oddać.

Zostałem w wozie, bo Kwasior desperacko pragnął obejrzeć kobietę, której obraz stworzył w wyobraźni. Podeszli z Hallym do drzwi. Zapaliłem papierosa i usiadłem wygodniej. Czułem się podle. Ktoś mógłby powiedzieć, że zachcianki klasy robotniczej zawsze tak się kończą – pewnego dnia pojawia się trzech bezczelnych drani i wynoszą z domu wszystkie błyszczące zabawki. Mimo to czułem się jak przestępca.

Wciąż myślałem o Mary. Konsultant do spraw zadłużenia, śmiechu warte! Jakoś nie mogłem przywyknąć do tego, że jestem nikim, a na myśl o tym, jak nisko upadłem od wyjazdu Sary, robiło mi się słabo. Goryl do wynajęcia, który bajeruje poderwane kelnerki. Wyższe sfery, nie ma co!

Hally monotonnie pukał do drzwi, a rozczarowany Kwasior po kolei zaglądał do środka przez wszystkie okna. Nikogo nie było w domu. W chwili gdy zaczynałem już mieć nadzieję, że się do tego nie posuną, Hally wyjął z kieszeni dłuto i wyłamał zamek. Szlag mnie trafiał, kiedy to robili. I tak już niejeden raz czepiała się nas policja. Nie miałem ochoty na kolejną aferę. Pomimo to patrzyłem tylko w milczeniu, jak tamci dwaj znikają w środku.

Oparłem głowę o zagłówek fotela i zamknąłem oczy. Było mi wstyd z powodu ubiegłej nocy. Ciekawe, czy byłoby mi jeszcze bardziej wstyd, gdybym się z nią przespał. Ta dziewczyna w pewien sposób dowiodła mi, że nie dorastam jej do pięt. Proponując, abym zaprosił ją do siebie, wykazała się niezależnością i klasą. Może zawsze tak jest, gdy inicjatywa wychodzi od dziewczyny? Ale ja oczywiście wszystko schrzaniłem, sprawiłem, że stało się niesmaczne. Szkoda, że w ogóle z nią zaczynałem.

Czyjaś ręka stuknęła mnie w ramię. Poderwałem się gwałtownie. Przy otwartym oknie ciężarówki stał mężczyzna. Był nieogolony i szary na twarzy.

– To mój dom – powiedział. – O co chodzi?

Ton pytania był pojednawczy, bez śladu agresji, ja jednak postanowiłem wysiąść z kabiny na wypadek, gdyby facet chciał się stawiać.

– Rekwizycja niespłaconych towarów – odparłem bardziej nonszalancko, niż się czułem.

– Co zabieracie? – zaciekawił się.

– Solarium.

– A, racja – mruknął bez większego zainteresowania, po czym zerknął na mojego papierosa.

Podsunąłem mu paczkę.

– Dzięki, stary – mruknął.

Kwasior i Hally nadal byli w środku. Mężczyzna najwyraźniej nie zamierzał tam wchodzić.

– Minie tydzień, zanim rozbiorą to cholerstwo – prychnął posępnie.

Kiwnąłem głową, oblekając twarz w coś na kształt uśmiechu.

– Cieszę się, że to zniknie z domu – ciągnął mężczyzna tonem leniwego zwierzenia. – Dziwka dała nogę, nie mam chęci patrzeć na jej graty.

Nie potrafię rozmawiać z nieszczęśliwymi ludźmi. W takiej sytuacji trudno cokolwiek dodać – albo cokolwiek ująć.

– Stracił pan pracę? – zagadnąłem niezręcznie.

– Tak, niech to wszyscy diabli. – Mężczyzna ożywił się na chwilę. – Przez bite dziesięć lat tyrałem u Shorta. Zwolnili mnie cztery miesiące temu. Teraz zatrudniają pieprzonych papistów.

No tak, pomyślałem. Nowa rządowa komisja dba o to, żeby północnoirlandzcy katolicy mieli sprawiedliwy dostęp do miejsc pracy. Niezależni komentatorzy – tacy jak mój rozmówca – obarczają komisję winą za całe ekonomiczne, społeczne i moralne zło panoszące się na planecie Ziemia. Tęsknią za dawnymi czasami, kiedy szczytem marzeń przeciętnego katolika była łazienka pod dachem i parę postnych kartofli. I czegóż się spodziewali? Że taki stan rzeczy będzie trwał wiecznie? Musiały zajść pewne zmiany – nie dlatego że poprzedni system był zły, skądże znowu, lecz dlatego że był żenujący. Ciekawe, zastanawiałem się, czy speszyłby się, wiedząc, że ja także jestem pieprzonym papistą? Wątpię.

– Kiedy odeszła? – spytałem, chcąc zmienić temat.

Jego antykatolicki uśmiech stwardniał w antyfeministyczny grymas, o wiele bardziej nieprzyjemny.

– Miesiąc temu, tuż przed świętami. Na odchodnym powiedziała, że od dawna się pieprzy ze swoim kuzynem. Wolna droga. Ależ się wtedy upiłem! Przez bite trzy dni nie trzeźwiałem ze szczęścia. Bynajmniej za nią nie tęsknię. I nie mam zamiaru tęsknić. – Szturchnął mnie w łokieć. – Nareszcie mogę rwać te wszystkie młode dzierlatki z sąsiedztwa. Żyć nie umierać, chłopie!

Po jego zmiętej, pobrużdżonej twarzy stoczyła się łza. Otóż to, pomyślałem. Ale facet dalej mówił różne harde męskie bzdury, jak gdyby nie orientował się, że z daleka widać, jaki jest smutny, mały i żałosny. Starałem się puszczać jego słowa mimo uszu.

Kwasior i Hally w końcu wytaszczyli z domu obie części solarium. Paka była otwarta, załadowali je więc bez mojej pomocy. Właściciel domu udał, że ich nie widzi, i nadal zgrywał się na cynicznego światowca. Kwasior usiadł za kierownicą, psiocząc, że nie obejrzał panienki od solarium. Mężczyzna nawet się nie skrzywił. Hally odsunął go bezceremonialnie i wdrapał się do kabiny.

Kiedy Kwasior odpalił silnik i wóz wolno ruszył, stało się coś, co przepełniło czarę goryczy. Obejrzałem się, mężczyzna pomachał do mnie. Znużony, przyjazny, wyświechtany gest. To bez sensu. Zabierałem już rzeczy staruszkom, kobietom, nawet dzieciom. Niby łatwiej budzą litość, a jednak nigdy nikogo nie było mi tak bardzo żal jak tego szarego, zmęczonego gościa, w milczeniu roniącego łzy i machającego mi na pożegnanie, gdy uwoziłem w dal ostatnie pamiątki po kobiecie, która nim wzgardziła.

Miałem tego powyżej uszu. Nędzna ulica, odrapane domy, blade i obwisłe niebo, płaczący mężczyzna z podniesioną ręką... Wszystko to wyglądało dokładnie tak, jak się czułem. Postanowiłem wziąć wolne na resztę dnia i iść do domu. Poranna porcja windykacji jest w stanie każdego doprowadzić do rozpaczy.

Ciężarówka była prawie pełna, więc i tak musieliśmy wrócić do bazy, żeby ją rozładować. Po drodze Kwasior i Hally dalej się kłócili, ale chyba wyczuli, w jakim jestem nastroju, bo nie próbowali mnie wciągnąć do dyskusji. Nie mogłem wyrzucić z myśli mężczyzny, który stracił kobietę i solarium. W ustach czułem gorycz wstydu.

Kiedy wjechaliśmy na podwórze, zostawiłem kolegów i udałem się do pakamery Allena. Załatwiał właśnie przez telefon jakiś zyskowny interes. Kiwnął, żebym zaczekał, co też uczyniłem, starając się zachować cierpliwość.

– Czego? – burknął, odłożywszy słuchawkę. Allen był eksalkoholikiem i rekinem finansjery na lokalną skalę: posiadał warsztat samochodowy, autokomis, lombard i oczywiście firmę windykacyjną, w której pracowałem. Był jedynym znanym mi łysym jak kolano sześćdziesięciolatkiem, który nosił obcisłe skórzane spodnie. Co nie znaczy, że ładnie w nich wyglądał.

– Idę do domu – oznajmiłem. – Źle się czuję.

– Akurat! – prychnął.

– Spróbuj mnie powstrzymać.

Zmarszczył brwi i przestał udawać twardziela. Nie najlepiej mu to wychodzi, dlatego zresztą zatrudnił Kwasiora, Hally’ego i mnie.

– Co się z tobą dzieje? – spytał.

– Źle się czuję.

Wyjrzał przez małe okienko na podwórze, gdzie Kwasior i Hally rozładowywali ciężarówkę.

– Nie podoba ci się ta robota, Jackson?

– Przeciwnie, jest niezmiernie satysfakcjonująca. Czyżby pan w to wątpił? Codziennie rano dziękuję Bogu, że mogę się spełnić i dowartościować w wymarzonym zawodzie.

Nie uśmiechnął się. Nic dziwnego: nie zrozumiał tych wszystkich wielozgłoskowych słów.

– Zostań, psiakrew, chirurgiem od mózgu – warknął.

– Właśnie o tym myślę.

– Mam cię po dziurki w nosie, wiesz? – Przypomniawszy sobie o wzmiankowanym organie, zaczął w nim z upodobaniem dłubać. – Kwasior i Hally nigdy nie robią problemów. Fakt, to tępe ryje, ale nie robią problemów, bo wiedzą, że jeśli chcesz coś mieć, musisz za to zapłacić. – Zabieramy towar łachmytom, którzy powinni się byli dwa razy zastanowić, zanim wzięli go na raty. Nie kupuje się rzeczy, na które cię nie stać. – Wykopał z nosa wielką kozę i zadumał się na chwilę. – Jeśli ci się to nie podoba, znajdź sobie inną pracę. Nie umrę z żalu, że cię więcej nie zobaczę. Kogo to, kurwa, obchodzi, czy jesteśmy mili. Jesteśmy niezbędni, i to jest istotne. – Uśmiechnął się i pstryknął kozą w kąt pomieszczenia. Na wypadek gdybym pomyślał, że się usprawiedliwia, dodał jeszcze: – Zresztą leję na to ciepłym moczem.

– Mogę już iść do domu?

– Tak, spieprzaj. – Machnął ręką. – I nie rób tego więcej.

Kiedy byłem już w drzwiach, zawołał mnie. Obróciłem się niechętnie i spojrzałem na niego bez większego zainteresowania.

– Wiesz, Jackson, cholerny z ciebie skurwysyn.

– Wiem – odparłem. – Już mi to mówiono.

Wróciwszy do domu, wypiłem duszkiem wielki kubek kawy. Lubię kawę – czarną jak beczkowy guinness i mocną jak farba do grzejników. Jedynie taką można ją pić. Kosztuje mnie trójkę za pół kilo, ale człowiek w końcu musi mieć dobrą kawę. Odkąd pod wpływem Sary gust mi się wyrafinował, kawa zajęła pierwsze miejsce w hierarchii. Mieszkam w wytwornej dzielnicy, toteż mielę kawę tuż przed parzeniem i piję ją z drogich staroświeckich garnuszków. Tu jest ulica Poetów – solidny burżujski Belfast, bardziej zielony i zamożny, niż skłonni bylibyście przypuszczać. To Sara znalazła ten dom; wprowadziliśmy się tutaj, by wieść kwitnące życie w kwitnącej dzielnicy. Kiedy odwiedzali nas jej rodzice albo znajomi z Anglii, byli rozczarowani, nie znajdując wypalonych wraków i wojskowych patroli na naszej szerokiej wysadzanej drzewami alei. Oglądany z moich parterowych okien Belfast wygląda podobnie jak Oksford lub Cheltenham. Domy, ulice i ludzie syci nadmiarem dochodów.

Z okien na górze widać jednak zachód miasta – słynny ujarzmiony siłą Belfast Zachodni, butny, realny i krańcowo niebezpieczny. Tam się urodziłem. Tam posyłałem gości Sary. W zachodnich dzielnicach niepodzielnie panował ów lokalny koloryt, którego tak łaknęli.

W sąsiednim mieszkaniu cicho odezwało się radio. Zajmowali je studenci; była ledwie dziesiąta i smarkacze pewnie dopiero wstali. Rozsunąłem firanki. Sobotnie słońce rozlało się po pokoju jak warstwa lakieru. Mrużąc oczy, patrzyłem na chmary miejskich ptaków na miejskim niebie. Po drugiej stronie Lisburn Road drobniutka sprzątaczka z indyjskiej smażalni kurcząt wyrzuciła na ulicę jakieś miękkie odpadki. Jak na skinienie czarodziejskiej różdżki natychmiast pojawiła się grupka kotów i rozpoczęła wyżerkę. Rozpoznałem wśród nich swojego. Wyróżnia się: to ten gruby bez jaj. Miałem nawet zamiar zawołać go na śniadanie, ale po namyśle olałem drania. Nie przepadam za moim kotem. Straszny z niego nudziarz.

Zakrzątnąłem się wokół własnego posiłku. Składał się z kawy, suchej grzanki i papierosa. Zjadłem w dobrym nastroju, będącym złudnym i nietrwałym efektem dwóch godzin snu i kiełkującego dopiero kaca. Podszedłem do drzwi i ponownie sprawdziłem, czy nie ma do mnie listu. Skrzynka jak zwykle była pusta, sięgnąłem więc po gazetę. Kolejny taksówkarz został zastrzelony wczoraj w nocy. Zabijanie taksówkarzy było ostatnio w modzie. Wszystko przez ten gniew, przez tę nienawiść. U dołu pierwszej strony widniało zaproszenie na świąteczną pantomimę: Królewna Śnieżka i siedmiu krasnoludków Z PRAWDZIWYMI KARZEŁKAMI!!!

Jakież to prowincjonalne.

Zważywszy na okoliczności, Belfast jest bardzo sławnym miastem. Kiedy weźmie się pod uwagę, że to tylko niezbyt ludna stolica niezbyt wielkiej prowincji, świat poznał ją wyjątkowo dobrze. Nikomu nie trzeba tłumaczyć przyczyn tego wstydliwego rozgłosu. Ja sam niewiele wiedziałem o Bejrucie, zanim do akcji nie wkroczyła artyleria. Kto przed wojną wietnamską słyszał o Sajgonie? Czy Anzio to miasto, wieś czy tylko kawałek plaży? Gdzie dokładnie leży Agincourt?

Belfast także ma status pola bitwy. Nazwy miejsc w tym mieście i w całym Ulsterze dźwięczą surowym pięknem wszystkich historycznych rzeźni. Bogside, Crossmaglen, Falls, Shankill i Andersonstown. W umysłach ludzi, którzy nigdy nie byli w Irlandii, nazwy te znaczą maleńkie skrzyżowane miecze. Ludzie uważają je za cmentarzyska – odległe, znane tylko z telewizji pola śmierci. Belfast stał się wielki wyłącznie dlatego, że dzieje się tu źle.

Jeszcze przed trzydziestu laty nikt by się tego nie spodziewał. Mały Belfast mógł być takim pięknym miastem – rozpłaszczony nad mglistą zatoką, otulony górami i delikatnie poszturchiwany przez morskie fale. Kiedy patrzysz w którąkolwiek ulicę, przeważnie z jej końca zerka na ciebie góra lub przynajmniej pagórek.

Belfast chyba już niczym nie zdoła mnie zaskoczyć. Parę dni temu podłożono bombę pod posterunek policji mieszczący się po drugiej stronie skrzyżowania. Przyglądałem się z okna ewakuacji Lisburn Road. Opróżniono kwiaciarnię, kiosk z gazetami, zakład fryzjerski. Po zamknięciu ulicy saperzy przeprowadzili kontrolowaną eksplozję. Jezu! Wywaliło mi dwa okna i omal nie zrobiłem w gacie ze strachu. Ciekaw jestem, w jakim stopniu kontrolują te rzekomo „kontrolowane” eksplozje? Rozpieprzyło pół ulicy (druga połowa już przedstawiała obraz nędzy i rozpaczy). A może słowo „kontrola” nagle zmieniło znaczenie?

Oczywiście nie było to nic poważnego. Bomba wybuchła, jak większość bomb w tym mieście, i tyle. Nie ma o czym mówić. Nikt nie zginął, nikt nie został nawet draśnięty. Nie było sprawy. Nikt się nie przejął – i to właśnie nadaje się do prasy. Co się z nami stało? Odkąd to detonacja bomby w najbliższym sąsiedztwie powoduje co najwyżej wzruszenie ramion?

Już dawno nie słyszałem eksplozji z tak bliska. Ostatecznie mieszkam teraz w „lepszej” dzielnicy. Dziwne. Człowiek prędko zapomina, jak to jest. Kiedy grzmotnęło, natychmiast wszystko sobie przypomniałem – dokładniej, niż miałbym ochotę.

Jakie są bomby? No cóż... naturalnie, wybuchowe. I głośne. I przerażające. Głośne i przerażające aż do szpiku kości – jak wtedy, gdy w dzieciństwie uderzyłeś się w głowę i nie mogłeś zrozumieć, dlaczego strasznie boli cię brzuch. Oprócz tego bomby są nieodwracalne, podobnie jak upuszczone talerze, kopnięte koty czy nazbyt pochopne słowa. Bomba to błąd. To zamieszanie i bałagan. I również – co bardzo istotne – wiedza. Kiedy słyszysz to suche tąpnięcie, ten zwierzęcy pomruk, z daleka czy z bliska, już wiesz. Wiesz, że ktoś gdzieś miał cholernego pecha.

Zresztą to nie bomby tchną największą grozą, tylko ich ofiary. Publiczna śmierć jakby w dwójnasób obnaża naszą śmiertelność. Bomby masakrują i gwałcą swoich zmarłych. Wybuch ściąga ludziom buty jak życzliwy krewny, lubieżnie rozpina koszule mężczyzn, kobietom brutalnie zadziera spódnice na zakrwawionych udach. Zwłoki walają się po ulicy niczym przecenione owoce. A co więcej – i tego, cholera, nie da się już przeskoczyć – są martwe. Zupełnie i nieodwołalnie martwe.

Tak przy okazji: ową kontrolowaną eksplozję przeprowadzono w kuble na śmieci pełnym resztek z Kentucky Fried Chicken. Całą okolicę zasłały strzępki białego mięsa. Mój kot nie posiadał się ze szczęścia.

Była sobota. W sobotę nie mogłem szukać innej pracy, miałem więc przed sobą cały pozbawiony celu dzień. Pomyślałem o swoich starych, wyświechtanych przyjaciołach. Na dziś będą w sam raz. Dziś są trzydzieste urodziny Miśka. Urządzimy wielki ochlaj i nawet nie trzeba pakować prezentu. Wystarczy zdecydować, w którym barze spijemy Miśka na umór.

Wyszedłszy na ulicę, stwierdziłem, iż Gruchot nadal stoi pod domem. Wątpliwe, by ktokolwiek zechciał go ukraść. To jedyna rzecz, jaka mi się w nim podoba. Nazwałem go Gruchotem z oczywistych przyczyn. Jest to nędzny, potwornie zapuszczony wrak, tylko okna zawsze ma nieskazitelnie czyste. Trzyletni brud szczelnie pokrywa przerdzewiałą karoserię, ale szyby lśnią. Przecieram je codziennie, żebym mógł przez nie oglądać swoje miasto.

Wsiadłem i ruszyłem w stronę domu Miśka.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

PRZYPISY

[1] Ulster Defence Association – Stowarzyszenie Obrony Ulsteru, protestancka organizacja paramilitarna (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki).