Wydawca: Spółdzielnia Wydawnicza Czytelnik Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 175

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Ulica Ciemnych Sklepików - Patrick Modiano

W 1981 roku w „Czytelniku” ukazała się powieść Patricka Modiano Ulica Ciemnych Sklepików, zdobywczyni Nagrody Goncourtów z 1978 roku. Obecnie, kiedy jej autor został uhonorowany Literacką Nagrodą Nobla, przypominamy tę jedną z najlepszych pozycji w jego dorobku.
 

Urodzony w 1945 roku autor inspirował się doświadczeniami ojca, włoskiego Żyda, dla którego lata spędzone podczas II wojny światowej we Francji były trudnym okresem ukrywania się, mistyfikacji, a także ciemnych interesów. Ulica Ciemnych Sklepików, podobnie jak inne powieści Patricka Modiano, krąży wokół problemów zagubionej tożsamości. Bohater, dotknięty amnezją prywatny detektyw, prowadzi śledztwo w sprawie swojej przeszłości. Stopniowo niezrozumiałe epizody zaczynają wiązać się w większe całości, ale do pełnego wyjaśnienia wszystkich wątków ciągle daleko. Powstaje migotliwy obraz międzywojennego i okupowanego Paryża, na którego tle toczy się historia miłości, przyjaźni i zdrady.


Lektura Ulicy Ciemnych Sklepików to najlepszy sposób na wejście w świat Patricka Modiano.

Opinie o ebooku Ulica Ciemnych Sklepików - Patrick Modiano

Cytaty z ebooka Ulica Ciemnych Sklepików - Patrick Modiano

aperitif. Obok oszklonych drzwi wejściowych bilard elektryczny, przy którym stał człowiek w granatowym ubraniu i krawacie, co wyróżniało go spośród innych, którzy mieli na sobie wiatrówki, skórzane kurtki albo bluzy robocze. Grał spokojnie, ospale pociągając za uchwyt. Dym z papierosów i fajek szczypał

Fragment ebooka Ulica Ciemnych Sklepików - Patrick Modiano

Patrick Modiano

Ulica Ciemnych Sklepików

Przekład Eligia Bąkowska

Czytelnik

Warszawa 2014

Rudy’emu

Mojemu Ojcu

I

Jestem nikim. Tego wieczora na tarasie kawiarni jestem tylko niewyraźną sylwetką. Czekam, aby ustał ulewny deszcz, który zaczął padać w chwili, gdy odszedł Hutte.

Przed paru godzinami spotkaliśmy się po raz ostatni w lokalu Agencji. Hutte jak zwykle usadowił się za masywnym biurkiem, ale nie zdjął płaszcza, co przypominało, że naprawdę wyjeżdża. Usiadłem naprzeciwko, w skórzanym fotelu przeznaczonym dla klientów. Lampa z opalizującego szkła rzucała ostre światło, które mnie oślepiało.

— No i tak, Guy… Skończone… — z westchnieniem powiedział Hutte.

Plik akt leżał porzucony na stole. Może dotyczyły sprawy tego ciemnowłosego człowieczka o wystraszonym spojrzeniu i nalanej twarzy, który zlecił nam śledzenie swojej żony. Popołudniami spotykała się w pokojach umeblowanych przy ulicy Vital, w pobliżu avenue Paul-Doumer, z innym ciemnowłosym człowieczkiem o nalanej twarzy.

Hutte w zamyśleniu gładził szpakowatą brodę, krótką, ale zarastającą mu policzki. Jego duże, jasne oczy błądziły w przestrzeni. Na lewo od biurka stało wyplatane krzesło, na którym siadywałem w godzinach pracy. Za plecami Huttego połowę ściany zajmowały półki z ciemnego drewna: ustawione tam były tomy Bottinów i wszelkiego rodzaju roczniki z ostatnich lat pięćdziesięciu. Hutte często mi powtarzał, że są to niezastąpione narzędzia pracy, z którymi nigdy by się nie rozstał. I że te księgi adresowe i roczniki stanowią najcenniejszą i najbardziej przejmującą bibliotekę, jaką człowiek może zgromadzić, bo na ich kartach zarejestrowano mnóstwo osób, rzeczy, zaginionych światów, którym już tylko te księgi dają świadectwo.

— Co pan zrobi z tymi wszystkimi Bottinami? — spytałem, wskazując szerokim gestem rzędy półek.

— Zostawiam je tutaj, Guy. Zatrzymuję lokal.

Rzucił szybkie spojrzenie dokoła. Przez otwarte na oścież drzwi do przyległego małego pokoju widać było wytartą pluszową kanapę, kominek i lustro, w którym odbijały się szeregi roczników i Bottinów i twarz Huttego. W tym pokoju często czekali nasi klienci. Perski dywan chronił parkietową posadzkę. Na ścianie koło okna wisiała ikona.

— O czym pan myśli, Guy?

— O niczym. Więc zatrzymuje pan lokal?

— Tak. Od czasu do czasu będę przyjeżdżał do Paryża i Agencja będzie mi służyć za pied-à-terre.

Podsunął mi papierośnicę.

— Wydaje mi się, że będzie mniej smutno, jeśli Agencja zostanie tak, jak jest.

Przeszło osiem lat pracowaliśmy razem. Założył to prywatne biuro wywiadowcze w roku 1947 i przede mną zatrudniał w nim wiele innych osób. Naszym zadaniem było dostarczanie klientom tego, co Hutte nazywał „informacjami towarzyskimi”. Wszystko odbywało się, jak lubił powtarzać, wśród „ludzi z towarzystwa”.

— Sądzi pan, że w Nicei będzie panu dobrze?

— Ależ tak.

— Nie będzie się pan nudził?

Wypuścił kłąb dymu z papierosa.

— Kiedyś trzeba wreszcie pójść na emeryturę, Guy.

Podniósł się ciężko. Ważył chyba ponad sto kilogramów i miał z metr dziewięćdziesiąt pięć wzrostu.

— Mój pociąg odchodzi o dwudziestej pięćdziesiąt pięć. Jeszcze zdążymy się czegoś napić.

Poszedł pierwszy korytarzem prowadzącym do przedpokoju, który ma niezwykły, owalny kształt, a ściany wypłowiałej piaskowej barwy. Czarna teczka, tak wypchana, że nie można jej było dopiąć, leżała na ziemi. Hutte wziął ją i niósł, podtrzymując drugą ręką.

— Nie ma pan bagażu?

— Wszystko wysłałem wcześniej.

Hutte otworzył drzwi wejściowe, a ja zgasiłem światło w przedpokoju. W klatce schodowej chwilę się zawahał, nim zamknął drzwi, i na ten metaliczny odgłos serce mi się ścisnęło. Oznajmiał on finał długiego okresu w moim życiu.

— Daje to człowiekowi w kość, prawda, Guy? — powiedział Hutte i wyjął z kieszeni płaszcza chustkę, aby wytrzeć czoło.

Na drzwiach wisiała jeszcze prostokątna tabliczka z czarnego marmuru, a na niej napis złoconymi błyszczącymi literami:

C.M. Hutte

Prywatna Agencja Wywiadowcza

— Zostawiam i ją — rzekł Hutte, po czym przekręcił klucz w zamku.

Poszliśmy przez avenue Niel do placu Pereire. Ściemniało się i chociaż zbliżała się zima, powietrze było łagodne. Na placu Pereire usiedliśmy na tarasie kawiarni „Hortensias”. Hutte lubił tę kawiarnię, bo krzesła były tam żłobkowane, „jak dawniej”.

— A pan, Guy? Co będzie z panem? — zapytał, łyknąwszy wódki z wodą.

— Ja? Trafiłem już na ślad.

— Na ślad?

— Tak. Ślad mojej przeszłości…

Powiedziałem to pompatycznie, co wywołało jego uśmiech.

— Zawsze wierzyłem, że kiedyś odnajdzie pan swoją przeszłość.

Tym razem był poważny i to mnie wzruszyło.

— Ale widzi pan, Guy, zastanawiam się, czy to naprawdę warto…

Zamilkł. Co miał na myśli? Własną przeszłość?

— Daję panu jeden z kluczy do Agencji. Będzie pan mógł tam zajść od czasu do czasu. Sprawiłoby mi to przyjemność.

Podał mi klucz, który wsunąłem do kieszeni w spodniach.

— I niech pan telefonuje do mnie do Nicei. Niech mnie pan informuje… w sprawie swojej przeszłości…

Wstał i uścisnął mi rękę.

— Chce pan, żebym pana odprowadził na dworzec?

— O nie… nie… To takie smutne…

Wyszedł z kawiarni zamaszyście, nie odwracając się, a ja uczułem w sobie pustkę. Ten człowiek wiele dla mnie znaczył. Zastanawiam się, co bez niego, bez jego pomocy stałoby się ze mną wtedy, przed dziesięciu laty, kiedy nagle utraciłem pamięć i po omacku błądziłem we mgle. Przejął się moim losem i nawet postarał się przez swoje rozległe stosunki, abym uzyskał urzędową tożsamość.

— Proszę — powiedział wtedy, podając mi dużą kopertę z dowodem osobistym i paszportem. — Nazywa się pan teraz Guy Roland.

I ten detektyw, do którego udałem się, aby swoich talentów użył do wyszukania świadków albo śladów mojej przeszłości, dodał:

— Drogi panie „Guy Roland”, od dziś proszę nie patrzeć w przeszłość, lecz myśleć o teraźniejszości i przyszłości. Proponuję panu współpracę…

Poczuł do mnie sympatię, bo i sam — jak dowiedziałem się później — zagubił swoje ślady i cały kawał jego życia w jednej chwili poszedł na dno, tak że nie zachowała się chociażby najcieńsza nić przewodnia, najsłabsza więź, która łączyłaby go jeszcze z przeszłością. Cóż bowiem było wspólnego między tym starym zmęczonym człowiekiem w wytartym płaszczu, z wielką czarną teczką, który odchodził w noc, a znanym niegdyś tenisistą, pięknym, jasnowłosym bałtyckim baronem Konstantym von Hutte?

II

— Halo? Czy pan Paul Sonaszydze?

— Tak, słucham.

— Tu Guy Roland… Wie pan, ja…

— Ależ owszem, wiem! Czy moglibyśmy się zobaczyć?

— Kiedy pan sobie życzy…

— Na przykład… dziś wieczorem około dziewiątej… ulica Anatole-de-la-Forge. Czy to panu odpowiada?

— Oczywiście.

— Oczekuję pana. Do zobaczenia wkrótce.

Gwałtownie odłożył słuchawkę, a mnie pot spływał ze skroni. Wypiłem przedtem dla kurażu kieliszek koniaku. Dlaczego czynność tak błaha, jak wykręcenie paru cyfr na tarczy telefonu, budzi we mnie tyle oporu i lęku?

W barze przy ulicy Anatole-de-la-Forge nie było klientów, a on, w zwykłym ubraniu, siedział za kontuarem.

— Dobrze pan trafił — rzekł. — Jestem wolny w każdą środę wieczorem.

Podszedł do mnie i wziął mnie pod ramię.

— Dużo o panu myślałem.

— Dziękuję.

— Wie pan, bardzo się tą sprawą przejąłem…

Chciałem zauważyć, że chyba nie zadał sobie dla mnie zbyt wiele trudu, ale nie znajdowałem odpowiednich słów.

— Doszedłem w końcu do wniosku, że musiał się pan obracać w kręgu znajomych człowieka, którego w jakimś okresie często widywałem… Ale kto to był?

Pokiwał głową.

— Nie mógłby pan naprowadzić mnie na trop?

— Nie.

— Dlaczego?

— Bo nic nie pamiętam, proszę pana.

Wydało mu się, że żartuję, więc, jak gdyby chodziło o zabawę albo zagadkę, powiedział:

— No dobrze. Sam sobie z tym poradzę. Daje mi pan wolną rękę?

— Jeżeli tylko pan chce…

— A więc zabieram pana na kolację do mego przyjaciela.

Przed wyjściem szybkim ruchem wyłączył licznik elektryczny i zamknął masywne drewniane drzwi, obracając wielokrotnie klucz w zamku.

Jego wóz stał na przeciwległym chodniku. Był czarny, nowy. Uprzejmie otworzył drzwiczki.

— Ten mój przyjaciel prowadzi bardzo miłą restaurację pomiędzy Ville-d’Avray a Saint-Cloud.

— I jedziemy aż tam?

— Tak.

Z ulicy Anatole-de-la-Forge wjechaliśmy na avenue de la Grande-Armée, a mnie ogarnęła nagła pokusa, żeby wysiąść z samochodu. Jechać aż do Ville-d’Avray wydawało mi się czymś ponad siły. Ale musiałem zdobyć się na odwagę.

Do chwili gdy znaleźliśmy się przy Porte Saint-Cloud, walczyłem z panicznym strachem, który ściskał mnie za gardło. Prawie nie znałem tego Sonaszydze. Może wciąga mnie w pułapkę? Ale pomału, słuchając go, uspokajałem się. Opowiadał o różnych etapach swojego życia zawodowego. Najpierw pracował w nocnych lokalach rosyjskich, następnie u Langera, w ogródkowej restauracji na Polach Elizejskich, potem w hotelu „Castille” przy ulicy Cambon i w paru jeszcze innych zakładach, aż objął ten bar przy ulicy Anatole-de-la-Forge. W każdym z tych miejsc spotykał Jeana Heurteur, przyjaciela, do którego właśnie mnie wiózł, tak że przez około dwudziestu lat tworzyli nierozłączną parę. Heurteur także niejedno pamiętał. We dwójkę na pewno rozwiążą zadaną przeze mnie „zagadkę”.

Sonaszydze prowadził wóz bardzo ostrożnie, toteż dopiero w trzy kwadranse przybyliśmy na miejsce.

Rodzaj bungalowu, którego lewą stronę osłaniała wierzba płacząca. Po prawej dojrzałem kępę krzewów. Sala restauracyjna była obszerna. Z jasno oświetlonej głębi szedł ku nam jakiś człowiek. Wyciągnął do mnie rękę.

— Bardzo mi przyjemnie. Jean Heurteur.

Po czym, zwracając się do Sonaszydzego:

— Witaj, Paul.

Zabrał nas w głąb sali. Stolik był nakryty na trzy osoby. Pośrodku stał bukiet kwiatów.

Wskazał jedno z sięgających do podłogi okien.

— Mam klientów w drugim bungalowie. Uczta weselna.

— Pan nigdy tutaj nie był? — spytał mnie Sonaszydze.

— Nigdy.

— Jean, pokaż panu, jaki stąd widok.

Heurteur, idąc przodem, zaprowadził mnie na werandę, która górowała nad stawem. Z lewej strony przez wypukły mostek w chińskim stylu można było dostać się do bungalowu na drugim brzegu stawu. Za oszklonymi drzwiami w jaskrawym świetle zobaczyłem przesuwające się pary. Tańczono. Dochodziły stamtąd strzępy muzyki.

— Nie ma ich dużo — powiedział — i wydaje mi się, że to wesele skończy się orgią.

Wzruszył ramionami.

— Powinien pan przyjechać tutaj w lecie. Kolacje jada się na werandzie. Jest bardzo przyjemnie.

Wróciliśmy do sali restauracyjnej i Heurteur zamknął oszklone drzwi.

— Przygotowałem dla panów skromną kolację.

Gestem zaprosił, abyśmy zajęli miejsca. Siedzieli przy sobie, naprzeciw mnie.

— Jakie wino pan lubi? — zwrócił się do mnie Heurteur.

— Wedle pańskiego uznania.

— Château-petrus?

— Jean, to świetna myśl! — zawołał Sonaszydze.

Usługiwał nam młody człowiek w białej kurtce. Światło kinkietu padało prosto na mnie i oślepiało. Tamci byli w cieniu i zapewne posadzili mnie tak, ażeby lepiej mi się przyjrzeć.

— No i co, Jean?

Heurteur napoczął już swoją galantynę i od czasu do czasu rzucał na mnie przenikliwe spojrzenie. Był brunetem jak Sonaszydze i jak on farbował sobie włosy. Chropowata skóra, obwisłe policzki, wąskie wargi smakosza.

— Tak, tak… — zamruczał.

Mrużyłem oczy, bo raziło mnie światło. Nalał nam wina.

— Tak… tak… Zdaje mi się, że już pana widziałem.

— To prawdziwa łamigłówka — powiedział Sonaszydze. — A pan nie chce nas naprowadzić na ślad.

Nagle przyszła mu nowa myśl do głowy:

— Ale może wolałby pan już o tym nie mówić? Zachować incognito?

— Wcale nie — odpowiedziałem z uśmiechem.

Młody kelner podał nam nerkówkę cielęcą.

— Jaki jest pański zawód? — zwrócił się do mnie Heurteur.

— Przez osiem lat pracowałem jako prywatny detektyw w Agencji C.M. Huttego.

Popatrzyli na mnie ze zdumieniem.

— Ale nie ma to żadnego związku z moją przeszłością. Więc proszę tego nie brać pod uwagę.

— Rzecz szczególna — odezwał się Heurteur, bacznie mierząc mnie wzrokiem — ale trudno by mi określić, w jakim pan jest wieku.

— Zapewne z powodu moich wąsów.

— Gdyby nie wąsy — rzekł Sonaszydze — może rozpoznalibyśmy pana od razu.

Wyciągnął rękę, kładąc mi płasko dłoń tuż poniżej nosa, aby zakryć wąsy, i zmrużył oczy jak portrecista przyglądający się modelowi.

— Im dłużej się panu przypatruję, tym bardziej nabieram przekonania, że należał pan do jakiejś grupy nocnych bywalców… — powiedział Heurteur.

— Ale kiedy to było? — spytał Sonaszydze.

— Och… dawno temu… Od wieków nie pracujemy już w nocnych lokalach, Paul…

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Strona redakcyjna

TYTUŁ ORYGINAŁU: Rue des Boutiques Obscures

Copyright © Editions Gallimard, 1978

PROJEKT GRAFICZNY OKŁADKI: Zuzanna Lipińska

REDAKCJA: Monika Ziółek

Wydanie I elektroniczne

Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer

Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela jest zabronione.

Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik” ul. Wiejska 12a, 00-490 Warszawawww.czytelnik.pl

© Copyright for the Polish translation by Ewa Westwalewicz-Mogilska, Warszawa 2014

© Copyright for Polish edition by Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik”, Warszawa 1981, 2014

ISBN 978-83-07-03353-2