Wydawca: Albatros Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 485 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ułaskawienie - John Grisham

Ustępujący ze stanowiska prezydent USA ulega naciskom dyrektora CIA i w ostatnich godzinach urzędowania ułaskawia Joela Backmana, waszyngtońskiego prawnika po pięćdziesiątce, skazanego na dwadzieścia lat więzienia za rzekomą zdradę stanu. Backman był wcześniej wszechpotężnym lobbystą, załatwiającym sprawy dla obcych rządów, ogromnych korporacji, bogatych firm. Stracił wszystko i trafił za kratki, bo podjął się pośrednictwa w sprzedaży oprogramowania, dającego kontrolę nad supertajnym i niespotykanie zaawansowanym technologicznie szpiegowskim systemem satelitarnym. Twórcami tego oprogramowania byli trzej pakistańscy informatycy, którzy przypadkiem odkryli istnienie systemu satelitów i włamali się do niego. Nawet Pentagon nie miał pojęcia, do kogo ten system należy. FBI uniemożliwiło tę transakcję, zastawiając pułapkę na Backmana. Osamotniony, pod presją szantażu ze strony FBI, Backman nie wyjawił jednak najważniejszego: gdzie są ukryte dyski z hakerskim oprogramowaniem, kontrolującym satelity.

Opinie o ebooku Ułaskawienie - John Grisham

Fragment ebooka Ułaskawienie - John Grisham

Wydanie elektroniczne

Tytuł ory­gi­nału:

THE BRO­KER

Co­py­ri­ght © Bel­fry Hol­dings, Inc. 2005

All ri­ghts re­se­rved

Po­lish edi­tion co­py­ri­ght © Wy­daw­nic­two Al­ba­tros An­drzej Kuryłowicz s.c. 2014

Po­lish trans­la­tion co­py­ri­ght © Krzysz­tof Obłucki 2014

Re­dak­cja: Be­ata Kacz­mar­czyk

Zdjęcie na okładce: Fo­oT­Too/Shut­ter­stock

Pro­jekt gra­ficz­ny okładki: An­drzej Kuryłowicz

ISBN 978-83-7985-028-0

WYDAWCA

Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c.

Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawa

www.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

O książce

W ostat­nich go­dzi­nach urzędo­wa­nia w Ga­bi­ne­cie Owal­nym pre­zy­dent ułaska­wia szarą emi­nencję Wa­szyng­to­nu, Jo­ela Back­ma­na – nie­gdyś wszech­potężnego lob­bystę, ne­go­cjującego mi­liar­do­we umo­wy z kor­po­ra­cja­mi, pośred­niczącego w za­wie­ra­niu między­na­ro­do­wych umów – ska­za­ne­go na 20 lat za rze­komą zdradę sta­nu. Tyl­ko nie­licz­ni wiedzą, że na de­cyzję ustępującego pre­zy­denta wpłynęły sil­ne na­ci­ski ze stro­ny CIA, która twier­dzi, że Back­man po­siadł ta­jem­ni­ce mogące na­ra­zić na szwank ul­tra­no­wo­cze­sny sys­tem sa­te­litów szpie­gow­skich. Jego wie­dza jest równo­znacz­na z wy­ro­kiem śmier­ci, dla­te­go też agen­ci po ci­chu wywożą go z kra­ju. Back­man, pod fałszy­wym na­zwi­skiem, osia­da we Włoszech, naj­pierw w Tre­vi­so, po­tem w Bo­lo­nii. Uczy się włoskie­go, po­zna­je miej­sco­we oby­cza­je i taj­ni­ki kuch­ni, za­czy­na się spo­ty­kać z piękną Włoszką. I właśnie wte­dy, kie­dy za­czy­na się oswa­jać z no­wym życiem i czuć bez­piecz­nie, CIA pod­syła in­for­mację o jego miej­scu po­by­tu Izra­elo­wi, Ro­sja­nom, Chińczy­kom i Saudyjczy­kom, po czym robi to, w czym jest nie­dości­gnio­na – cze­ka. Nie na to, czy Back­man przeżyje – ta­kiej możliwości ra­czej Agen­cja nie bie­rze pod uwagę – lecz na to, kto go za­bi­je.

JOHN GRI­SHAM

Współcze­sny pi­sarz ame­ry­kański, au­tor 30 po­wieści, w tym czte­rech dla młodzieży, fa­bu­la­ry­zo­wa­ne­go re­por­tażu oraz zbio­ru opo­wia­dań. Jego książki uka­zują się w 40 języ­kach, a ich łączny nakład osiągnął 275 mi­lionów eg­zem­pla­rzy. Dzie­więć z nich zo­stało ze­kra­ni­zo­wa­nych. W 2011 pi­sarz otrzy­mał pre­stiżową na­grodę li­te­racką Har­per Lee.

www.jgri­sham.com

Tego au­to­ra w Wy­daw­nic­twie Al­ba­tros

FIR­MA

KAN­CE­LA­RIA

ZA­KLI­NACZ DESZ­CZU

KRÓL OD­SZKO­DO­WAŃ

WIĘZIEN­NY PRAW­NIK

OSTAT­NI SPRA­WIE­DLI­WY

CA­LI­CO JOE

KO­MO­RA

DA­RUJ­MY SO­BIE TE ŚWIĘTA

UŁASKA­WIE­NIE

RA­PORT PE­LI­KA­NA

NIE­WIN­NY CZŁOWIEK

TRE­NER APE­LA­CJA

BRAC­TWO TE­STA­MENT

Jake Bri­gan­ce

CZAS ZA­BI­JA­NIA

CZAS ZAPŁATY

The­odo­re Bo­one

OSKARŻONY

AK­TY­WI­STA

Roz­dział 1

W do­bie­gającym końca okre­sie pre­zy­den­tu­ry, ska­za­nej na mniej­sze za­in­te­re­so­wa­nie ze stro­ny hi­sto­ryków niż ja­ka­kol­wiek inna od czasów Wil­lia­ma Hen­ry’ego Har­ri­so­na (trzy­dzieści je­den dni od za­przy­siężenia do śmier­ci), Ar­thur Mor­gan spo­tkał się w Ga­bi­ne­cie Owal­nym z je­dy­nym przy­ja­cie­lem, jaki mu zo­stał, i za­sta­na­wiał się nad ostat­ni­mi po­su­nięcia­mi. Czuł w tam­tym mo­men­cie, że de­cy­zje podjęte w mi­nio­nych czte­rech la­tach były chy­bio­ne, bra­ko­wało mu też nie­za­chwia­ne­go prze­ko­na­nia, że mógłby w jakiś sposób, tak późno w tej grze, wszyst­ko na­pra­wić. Jego przy­ja­ciel po­dzie­lał te od­czu­cia, choć jak za­wsze pra­wie w ogóle się nie od­zy­wał, a jeśli już coś po­wie­dział, były to wyłącznie słowa, które pre­zy­dent chciał usłyszeć.

Ich uwagę zaj­mo­wały ułaska­wie­nia – roz­pacz­li­we błaga­nia złodziei, mal­wer­santów i łga­rzy. Niektórzy wciąż prze­by­wa­li w więzie­niach, inni nig­dy nie byli za­mknięci, nie­mniej każdy z nich ma­rzył o od­zy­ska­niu do­bre­go imie­nia i upra­gnio­nych praw oby­wa­tel­skich. Utrzy­my­wa­li, że są przy­ja­ciółmi albo przy­ja­ciółmi przy­ja­ciół, albo za­go­rzałymi zwo­len­ni­ka­mi pre­zy­den­ta, choć bar­dzo nie­wie­lu miało spo­sob­ność oka­zać to po­par­cie przed upływem ka­den­cji. Ja­kie to smut­ne, że po czte­rech burz­li­wych la­tach prze­wo­dze­nia wol­ne­mu świa­tu wszyst­ko, co zo­stało, to żałosna ster­ta żądań od ban­dy łaj­daków. Któremu złodzie­jo­wi po­zwo­lić, żeby zno­wu kradł? Tak brzmiało do­niosłe py­ta­nie, na które mu­siał so­bie od­po­wie­dzieć pre­zy­dent, a go­dzi­ny mijały.

Tym ostat­nim przy­ja­cie­lem był Critz, kum­pel jesz­cze z brac­twa, z czasów, gdy stu­dio­wa­li na Uni­wer­sy­te­cie Cor­nel­la, kie­dy Mor­gan prze­wod­ni­czył sa­morządowi stu­denc­kie­mu, a Critz pil­no­wał, żeby w urnach nie bra­ko­wało głosów. Przez ostat­nie czte­ry lata Critz pełnił funk­cje rzecz­ni­ka pra­so­we­go, sze­fa per­so­ne­lu Białego Domu, do­rad­cy do spraw bez­pie­czeństwa na­ro­do­we­go, a na­wet se­kre­ta­rza sta­nu, choć to ostat­nie sta­no­wi­sko pia­sto­wał je­dy­nie przez trzy mie­siące i zo­stał po­spiesz­nie odwołany, gdy jego nie­sza­blo­no­wy sposób upra­wia­nia dy­plo­ma­cji do­pro­wa­dził bez mała do wy­bu­chu trze­ciej woj­ny świa­to­wej. Ostat­nia no­mi­na­cja Crit­za nastąpiła w paździer­ni­ku, w gorączko­wych ty­go­dniach wal­ki o re­elekcję. Kie­dy wy­ni­ki ba­da­nia opi­nii pu­blicz­nej wska­zy­wały, że kam­pa­nia wy­bor­cza pre­zy­den­ta po­no­si fia­sko w co naj­mniej czter­dzie­stu sta­nach, Critz przejął nad nią kon­trolę i udało mu się zra­zić do Mor­gana resztę kra­ju poza, nie wie­dzieć cze­mu, Alaską.

To były hi­sto­rycz­ne wy­bo­ry. Nig­dy wcześniej urzędujący pre­zy­dent nie do­stał tak mało głosów. Mówiąc dokład­nie, trzy głosy elek­tor­skie, wszyst­kie z Ala­ski, je­dy­ne­go sta­nu, którego Mor­gan zgod­nie z radą Crit­za nie od­wie­dził. Pięćset trzy­dzieści pięć głosów na jego prze­ciw­ni­ka i trzy na pre­zy­denta Mor­gana. Wyrażenie „do­tkli­wa porażka po­li­tycz­na” na­wet w mi­ni­mal­nym stop­niu nie od­da­wało ogro­mu klęski, jaką poniósł.

Kie­dy głosy zo­stały po­li­czo­ne, kontr­kan­dy­dat, posłuszny złym do­rad­com, po­sta­no­wił za­kwe­stio­no­wać wy­ni­ki z Ala­ski. „Dla­cze­go nie ze­brać wszyst­kich pięciu­set trzy­dzie­stu ośmiu głosów?” – ar­gu­men­to­wał. Już nig­dy żaden kan­dy­dat na pre­zy­den­ta nie będzie miał oka­zji po­ko­nać prze­ciw­ni­ka do zera, od­nieść tak miażdżącego zwy­cięstwa. Przez sześć ty­go­dni urzędujący pre­zy­dent cier­piał jesz­cze bar­dziej, gdy tym­cza­sem na Ala­sce trwało piekło pro­cesów. Kie­dy Sąd Naj­wyższy przy­znał mu w końcu te trzy głosy, wypił z Crit­zem po­ta­jem­nie bu­telkę szam­pa­na.

Pre­zy­dent Mor­gan za­ko­chał się w Ala­sce, choć po­twier­dzo­ny wy­nik wy­borów przy­zna­wał mu zwy­cięstwo za­le­d­wie sie­dem­na­sto­ma głosa­mi.

Nie po­wi­nien był jeździć po kra­ju.

Prze­grał na­wet w De­la­wa­re, ro­dzin­nym sta­nie, w którym światły nie­gdyś elek­to­rat za­pew­nił mu osiem szczęśli­wych lat na urzędzie gu­ber­na­to­ra. Mor­gan nig­dy nie zna­lazł cza­su, żeby od­wie­dzić Alaskę, jego prze­ciw­nik zaś kom­plet­nie zi­gno­ro­wał De­la­wa­re – obyło się bez im­prez war­tych wspo­mnie­nia, spotów w te­le­wi­zji, bez choćby jed­ne­go przy­stan­ku na tra­sie wy­bor­czej. Mimo to zgarnął tam pięćdzie­siąt dwa pro­cent głosów!

Critz sie­dział w głębo­kim skórza­nym fo­te­lu i trzy­mał w ręce no­tes z listą se­tek spraw do na­tych­mia­sto­we­go załatwie­nia. Pa­trzył, jak pre­zy­dent cho­dzi po­wo­li od jed­ne­go okna do dru­gie­go, wpa­tru­je się w ciem­ność i ma­rzy o tym, co mogłoby być. Z pew­nością czuł się zdołowa­ny i upo­ko­rzo­ny. W wie­ku pięćdzie­sięciu ośmiu lat jego życie się skończyło, ka­rie­ra legła w gru­zach, małżeństwo się roz­pa­dało. Pani Mor­gan zdążyła już wrócić do Wil­ming­ton i otwar­cie naśmie­wała się z po­mysłu za­miesz­ka­nia w drew­nia­nej cha­cie na Ala­sce. W głębi ser­ca Critz nie wie­rzył, że przy­ja­ciel po­tra­fiłby spędzić resztę życia, po­lując i łowiąc ryby, choć per­spek­ty­wa za­miesz­ka­nia w od­ległości po­nad trzech tysięcy ki­lo­metrów od pani Mor­gan moc­no prze­ma­wiała do wy­obraźni. Mo­gli­by wy­grać w Ne­bra­sce, gdy­by nie za­dzie­rająca nosa pierw­sza dama, która mówiąc o tam­tej­szej drużynie fut­bo­lo­wej, użyła na­zwy So­oner­si, a ci, jak wia­do­mo wszyst­kim in­nym, re­pre­zen­tują Okla­homę.

So­oner­si z Ne­bra­ski!

Z dnia na dzień Mor­gan stra­cił tyle w son­dażach w Ne­bra­sce i Okla­ho­mie, że nig­dy nie udało mu się tego od­ro­bić.

W Tek­sa­sie pierw­sza dama spróbowała słyn­ne­go chi­li con car­ne i zaczęła wy­mio­to­wać. Kie­dy za­bie­ra­no ją do szpi­ta­la, je­den z mi­kro­fonów prze­chwy­cił po­wta­rza­ne przez nią słowa: „Jak wy, ciem­nia­cy, możecie jeść taką obrzy­dliwą breję?”.

Ne­bra­ska dys­po­no­wała pięcio­ma głosa­mi elek­tor­ski­mi. Tek­sas miał ich trzy­dzieści czte­ry. Gafę związaną z drużyną fut­bo­lową jakoś by odkręcili. Ale żaden kan­dy­dat nie miał szans na od­zy­ska­nie głosów po tak po­gar­dli­wym opi­sie tek­sańskie­go chi­li.

Co za kam­pa­nia! Critz miał ochotę na­pi­sać o niej książkę. Ktoś prze­cież mu­siał uwiecz­nić tę ka­ta­strofę.

Ich pra­wie czter­dzie­sto­let­nia przy­jaźń do­bie­gała końca. Critz usta­wił się już w ko­lej­ce po pracę u do­staw­cy sprzętu woj­sko­we­go dla ar­mii, u którego spo­dzie­wał się za­ra­biać dwieście tysięcy do­larów rocz­nie, miał też za­miar objeżdżać kraj z od­czy­ta­mi, po pięćdzie­siąt tysięcy za każdy, jeśli zna­lazłby się ktoś wy­star­czająco zde­spe­ro­wa­ny, żeby tyle zapłacić. Po la­tach spędzo­nych w służbie państwu nie miał cen­ta przy du­szy, błyska­wicz­nie się sta­rzał i chciał jak naj­szyb­ciej za­ro­bić ja­kieś pie­niądze.

Pre­zy­dent sprze­dał z ogrom­nym zy­skiem swój piękny dom w Geo­r­ge­town. Kupił nie­wiel­kie ran­czo na Ala­sce, gdzie lu­dzie naj­wy­raźniej go po­dzi­wia­li. Pla­no­wał, że spędzi tam resztę życia, będzie po­lo­wał, łowił ryby, może na­pi­sze wspo­mnie­nia. Czym­kol­wiek miał się zaj­mo­wać na Ala­sce, nie mogło się to wiązać w żaden sposób z po­li­tyką i Wa­szyng­to­nem. Nie prze­wi­dy­wał dla sie­bie roli eme­ry­to­wa­ne­go męża sta­nu, czci­god­ne­go star­ca uświet­niającego cu­dze przyjęcia, mędrca dzielącego się doświad­cze­nia­mi. Żad­nych pożegnal­nych ob­jazdów, przemówień na kon­gre­sach par­tyj­nych, fun­do­wa­nia ka­tedr nauk po­li­tycz­nych na uni­wer­sy­te­tach. Nie życzył so­bie na­wet bi­blio­te­ki pre­zy­denc­kiej. Naród wy­po­wie­dział się ja­sno i do­bit­nie. Sko­ro wy­bor­cy go nie chcie­li, Mor­gan odpłaci im tą samą mo­netą.

– Mu­si­my podjąć de­cyzję w spra­wie Cuc­ci­nel­la – ode­zwał się Critz.

Pre­zy­dent nadal stał przy oknie, wpa­try­wał się w pustkę ciem­ności i był myślami przy De­la­wa­re.

– Kogo?

– Fig­gy’ego Cuc­ci­nel­la, reżyse­ra fil­mo­we­go, ska­za­ne­go za upra­wia­nie sek­su z młodą gwiazdką.

– Jak młodą?

– Piętna­sto­let­nią, jak mi się wy­da­je.

– Rze­czy­wiście młoda.

– Tak, to praw­da. Uciekł do Ar­gen­ty­ny, gdzie ukry­wa się od dzie­sięciu lat. Zatęsknił te­raz za oj­czyzną, chce wrócić i zno­wu kręcić okrop­ne fil­my. Pi­sze, że sztu­ka wzy­wa go do domu.

– Może to młode dziewczęta wzy­wają go do domu.

– To też.

– Sie­dem­na­sto­latką bym się nie przejął. Piętna­sto­lat­ka wy­da­je mi się jed­nak za młoda.

– Jest gotów dać pięć mi­lionów do­larów.

Pre­zy­dent odwrócił się i spoj­rzał na Crit­za.

– Ofe­ru­je pięć mi­lionów za ułaska­wie­nie?

– Załatwi to od ręki. Pie­niądze będą prze­la­ne ze Szwaj­ca­rii. Te­raz jest tam trze­cia nad ra­nem.

– Gdzie miałyby wpłynąć?

– Mamy kon­ta za gra­nicą. To pro­ste.

– Jak za­re­ago­wałaby pra­sa?

– Nie prze­bie­rałaby w słowach.

– Nig­dy nie prze­bie­ra w słowach.

– Tym ra­zem byłaby wyjątko­wo nie­przy­jem­na.

– Tak na­prawdę pra­sa gu­zik mnie ob­cho­dzi – oświad­czył Mor­gan.

To po co pytałeś? – miał ochotę po­wie­dzieć Critz.

– Czy te pie­niądze można na­mie­rzyć? – za­py­tał pre­zy­dent i po­now­nie odwrócił się do okna.

– Nie.

Pre­zy­dent zaczął się dra­pać prawą ręką po kar­ku, co robił za­wsze, gdy zma­gał się z podjęciem ja­kiejś de­cy­zji. Na dzie­sięć mi­nut przed nie­mal pew­nym zrzu­ce­niem atomówki na Koreę Północną dra­pał się tak moc­no, że po­ja­wiła się krew, która po­bru­dziła mu biały kołnie­rzyk ko­szu­li.

– Od­po­wiedź jest od­mow­na – burknął w końcu. – Piętna­sto­lat­ka jest sta­now­czo za młoda.

Drzwi otwo­rzyły się bez pu­ka­nia i do środ­ka wlazł bez­ce­re­mo­nial­nie Ar­tie Mor­gan, syn pre­zy­den­ta, trzy­mający w jed­nej ręce he­ine­ke­na, w dru­giej ja­kieś pa­pie­ry.

– Roz­ma­wiałem właśnie z CIA – oznaj­mił non­sza­lanc­ko. Miał na so­bie spra­ne dżinsy, nie nosił skar­pe­tek. – May­nard już tu je­dzie. – Rzu­cił pa­pie­ry na biur­ko i wy­szedł z po­ko­ju, za­trza­skując za sobą drzwi.

Ar­tie wziąłby te pięć mi­lionów bez wa­ha­nia, pomyślał Critz. Nie­za­leżnie od wie­ku dziew­czy­ny. Piętna­sto­lat­ka na pew­no nie oka­załaby się za młoda dla Ar­tiego. Wy­gra­li­by w Kan­sas, gdy­by Ar­tie nie zo­stał przyłapa­ny w mo­te­lu w To­pe­ce z trze­ma che­er­le­ader­ka­mi, z których naj­star­sza miała sie­dem­naście lat. Grający pod pu­bliczkę pro­ku­ra­tor wy­co­fał w końcu oskarżenia – dwa dni po wy­bo­rach – kie­dy dziew­czy­ny pod­pi­sały ze­zna­nia, że nie upra­wiały sek­su z Ar­tiem. Nie­mniej miały taki za­miar i w rze­czy­wi­stości od igra­szek dzie­liły je se­kun­dy, tyle że mat­ka jed­nej z nich za­pu­kała wte­dy do mo­te­lo­we­go po­ko­ju i za­po­biegła or­gii.

Pre­zy­dent usiadł na bu­ja­nym fo­te­lu, obi­tym skórą, i uda­wał, że przegląda ja­kieś bez­war­tościo­we do­ku­men­ty.

– Ja­kie są najświeższe wia­do­mości o Back­ma­nie? – za­py­tał.

* * *

W trak­cie osiem­na­stu lat pra­cy na sta­no­wi­sku dy­rek­to­ra CIA Ted­dy May­nard od­wie­dził Biały Dom mniej niż dzie­sięć razy. Nig­dy nie był tam na obie­dzie (za­wsze wy­ma­wiał się względami zdro­wot­ny­mi) i nig­dy – żeby po­wi­tać ja­kie­goś za­gra­nicz­ne­go ważnia­ka (coś ta­kie­go w ogóle go nie ob­cho­dziło). Jesz­cze kie­dy mógł cho­dzić, zja­wiał się oka­zjo­nal­nie, żeby omówić z ak­tu­al­nie urzędującym pre­zy­den­tem to, co aku­rat się działo, lub spo­tkać się z jed­nym czy dwo­ma fa­ce­ta­mi mającymi wpływ na po­li­tykę państwa. Odkąd był przy­ku­ty do wózka in­wa­lidz­kie­go, z Białym Do­mem roz­ma­wiał wyłącznie przez te­le­fon. Dwu­krot­nie zda­rzyło się na­wet, że wi­ce­pre­zy­dent przy­je­chał do May­narda do Lan­gley.

Wózek in­wa­lidz­ki stał się ide­alną wymówką, by gdzieś się po­ja­wić albo zo­stać w domu, albo robić to, na co May­nard miał ochotę – to była je­dy­na ko­rzyść z tego sta­nu rze­czy. Ni­ko­mu nie uśmie­chało się pcha­nie wózka sta­re­go ka­le­ki.

Przez pięćdzie­siąt lat był szpie­giem, ale do­pie­ro te­raz stać go było na luk­sus pa­trze­nia bez­pośred­nio za sie­bie. Podróżował w nie­ozna­ko­wa­nej białej fur­go­net­ce – z ku­lo­od­por­ny­mi szy­ba­mi, ołowia­nym opan­ce­rze­niem, dwo­ma uzbro­jo­ny­mi po zęby chłopa­ka­mi siedzącymi za równie so­lid­nie uzbro­jo­nym kie­rowcą – na wózku za­mo­co­wa­nym do podłogi sa­mo­cho­du, zwrócony tyłem do kie­run­ku jaz­dy, żeby sam nie­wi­dzia­ny, mógł przyglądać się ru­cho­wi na uli­cy. W pew­nej od­ległości je­chały za nim dwie inne fur­go­net­ki i ja­ka­kol­wiek nie­prze­myślana próba zbliżenia się do po­jaz­du dy­rek­to­ra byłaby na­tych­miast uda­rem­nio­na. Nie spo­dzie­wa­no się co praw­da cze­goś ta­kie­go. Większość świa­ta uważała, że Ted­dy May­nard albo już umarł, albo do­ga­sa w ja­kimś taj­nym domu opie­ki, gdzie posyła się sta­rych szpiegów, żeby spo­koj­nie dożyli swo­ich dni.

Ted­dy chciał, żeby lu­dzie tak myśleli.

Sie­dział opa­tu­lo­ny gru­bym sza­rym ko­cem. Opie­ko­wał się nim Hoby, lo­jal­ny asy­stent. Pod­czas gdy fur­go­net­ka mknęła ob­wod­nicą ze stałą szyb­kością stu ki­lo­metrów na go­dzinę, Ted­dy sączył zie­loną her­batę, którą Hoby nalał mu z ter­mo­su, i przyglądał się jadącym za nimi sa­mo­cho­dom. Hoby sie­dział obok wózka in­wa­lidz­kie­go na skórza­nym stołku, za­mon­to­wa­nym spe­cjal­nie dla nie­go.

Ted­dy upił łyk her­ba­ty i za­py­tał:

– Gdzie w tej chwi­li jest Back­man?

– W swo­jej celi – od­po­wie­dział Hoby.

– Nasi lu­dzie są u na­czel­ni­ka więzie­nia?

– Siedzą w jego ga­bi­ne­cie i cze­kają.

Ko­lej­ny łyk z pa­pie­ro­we­go kub­ka trzy­ma­ne­go ostrożnie w obu rękach. Te dłonie były wy­mi­ze­ro­wa­ne, żyla­ste, miały ko­lor odtłuszczo­ne­go mle­ka, jak­by już ob­umarły i cier­pli­wie cze­kały na śmierć resz­ty ciała.

– Ile cza­su zaj­mie wy­wie­zie­nie go z kra­ju?

– Około czte­rech go­dzin.

– Zgod­nie z pla­nem?

– Wszyst­ko jest przy­go­to­wa­ne. Cze­ka­my na zie­lo­ne światło.

– Mam na­dzieję, że ten matoł myśli tak samo jak ja.

* * *

Critz i wspo­mnia­ny matoł wpa­try­wa­li się w ścia­ny Ga­bi­ne­tu Owal­ne­go. Ciążące im mil­cze­nie prze­ry­wa­li od cza­su do cza­su uwa­ga­mi o Jo­elu Back­ma­nie. Mu­sie­li o czymś roz­ma­wiać, ale żaden z nich nie miał za­mia­ru po­wie­dzieć na głos tego, co rze­czy­wiście zaprzątało mu myśli.

Czy to na­prawdę się działo?

Czy to wresz­cie ko­niec?

Czter­dzieści lat. Od Uni­wer­sy­te­tu Cor­nel­la do Ga­bi­ne­tu Owal­ne­go. Ko­niec był tak nagły, że nie mie­li cza­su przy­go­to­wać się od­po­wied­nio na tę chwilę. Li­czy­li na następne czte­ry lata. Czte­ry lata w bla­sku chwały, pod­czas których za­pew­ni­li­by so­bie od­po­wied­nią schedę, by po­tem od­je­chać śmiało w stronę za­chodzącego słońca.

Choć była późna noc, mie­li wrażenie, że ciem­ność na zewnątrz jesz­cze się pogłębiła. Okna wy­chodzące na ogród różany stały się czar­ne. Ze­gar na ko­min­ku od­li­czał nie­ubłaga­nym ty­ka­niem czas, jaki im po­zo­stał.

– Jak za­re­agu­je pra­sa, jeśli ułaska­wię Back­ma­na? – za­py­tał pre­zy­dent, nie po raz pierw­szy zresztą.

– Wpad­nie w szał.

– To może być za­baw­ne.

– Ty będziesz już da­le­ko.

– Tak, będę da­le­ko.

Po prze­ka­za­niu władzy na­za­jutrz w południe jego uciecz­ka z Wa­szyng­to­nu za­cznie się od lotu pry­wat­nym od­rzu­tow­cem (należącym do jed­ne­go z kon­cernów naf­to­wych) do wil­li sta­re­go przy­ja­cie­la na Bar­ba­do­sie. Na po­le­ce­nie Mor­ga­na usu­nięto stamtąd te­le­wi­zo­ry, za­ka­za­no do­star­cza­nia dzien­ników i ma­ga­zynów, odłączo­no wszyst­kie te­le­fo­ny. Nie chciał mieć kon­tak­tu z ni­kim, na­wet Crit­zem, a zwłasz­cza z panią Mor­gan, przez co naj­mniej czte­ry mie­siące. Nie za­mie­rzał się ni­czym przej­mo­wać, na­wet gdy­by Wa­szyng­ton stanął w ogniu. Prawdę mówiąc, w głębi du­szy li­czył, że tak właśnie będzie.

Pla­no­wał, że z Bar­ba­do­su do­trze nie­zau­ważony do cha­ty na Ala­sce i tam nadal będzie igno­ro­wał świat. Za okna­mi z wol­na mijałaby zima, a on cze­kałby na wiosnę.

– Po­win­niśmy go ułaska­wić? – za­py­tał.

– Praw­do­po­dob­nie – od­po­wie­dział Critz.

Pre­zy­dent zaczął używać licz­by mno­giej, co robił nie­odmien­nie, gdy trze­ba było podjąć trudną i przy­pusz­czal­nie nie­po­pu­larną de­cyzję. Przy łatwych trzy­mał się licz­by po­je­dyn­czej. Kie­dy po­trze­bo­wał pod­po­ry, a zwłasz­cza gdy czuł, że do­brze byłoby mieć kogoś, na kogo da się zrzu­cić winę, wsz­czy­nał pro­ces de­cy­zyj­ny i włączał w to Crit­za.

Critz brał winę na sie­bie od czter­dzie­stu lat i choć z całą pew­nością przy­zwy­czaił się do tego, po­wo­li za­czy­nał być zmęczo­ny.

– Można z dużym praw­do­po­do­bieństwem po­wie­dzieć, że gdy­by nie Joel Back­man, nie byłoby nas tu­taj – ode­zwał się.

– Pew­nie masz rację – przy­taknął pre­zy­dent.

Mor­gan za­wsze wcześniej utrzy­my­wał, że zo­stał wy­bra­ny dzięki świet­nej kam­pa­nii wy­bor­czej, własnej cha­ry­zma­tycz­nej oso­bo­wości, nie­sa­mo­wi­tej orien­ta­cji w spra­wach państwo­wych i ja­snej wi­zji przyszłości Ame­ry­ki. Ko­niecz­ność przy­zna­nia na ko­niec, że za­wdzięczał co­kol­wiek Jo­elo­wi Back­ma­no­wi, nie­mal go za­szo­ko­wała.

Critz zaś był zbyt bez­dusz­ny i zbyt zmęczo­ny, żeby coś mogło go za­szo­ko­wać.

Sześć lat wcześniej skan­dal związany z Back­ma­nem ogarnął nie­mal cały Wa­szyng­ton i osta­tecz­nie położył się cie­niem na działaniach ad­mi­ni­stra­cji. Nad po­pu­lar­nym pre­zy­den­tem zgro­ma­dziły się chmu­ry, to­rując drogę Ar­thu­ro­wi Mor­ga­no­wi, który na nie­pew­nych no­gach wszedł do Białego Domu.

Te­raz, kie­dy wy­cho­dził stąd na równie nie­pew­nych no­gach, cie­szył się na samą myśl, że gdy­by tyl­ko ze­chciał, mógłby wy­mie­rzyć ostat­ni po­li­czek wa­szyng­tońskie­mu es­ta­bli­sh­men­to­wi, który przez czte­ry lata go igno­ro­wał. Ułaska­wie­nie Jo­ela Back­ma­na zatrzęsłoby ścia­na­mi wszyst­kich urzędów w sto­li­cy i wywołało bełko­tliwą wrzawę w me­diach. Ten po­mysł po­do­bał się Mor­ga­no­wi. Gdy on będzie się opa­lał na Bar­ba­do­sie, mia­sto ogar­nie pa­ra­liż, bo kon­gres­ma­ni po­now­nie zażądają przesłuchań, pro­ku­ra­to­rzy za­czną się kry­go­wać przed ka­me­ra­mi, a nie­znośne ga­dające głowy zawładną wia­do­mościa­mi sie­ci ka­blo­wych.

Pre­zy­dent uśmiechnął się do ciem­ności.

* * *

Na moście Ar­ling­ton Me­mo­rial nad Po­to­ma­kiem Hoby po­now­nie napełnił pa­pie­ro­wy ku­bek dy­rek­to­ra zie­loną her­batą.

– Dziękuję – po­wie­dział Ted­dy ci­cho. – Co nasz chłopiec za­mie­rza, kie­dy opuści urząd? – za­py­tał.

– Uciek­nie z kra­ju.

– Po­wi­nien był zniknąć dużo wcześniej.

– Chce spędzić mie­siąc na Ka­ra­ibach, lizać rany, igno­ro­wać świat, dąsać się i cze­kać, aż ktoś okaże mu cień za­in­te­re­so­wa­nia.

– A pani Mor­gan?

– Już wróciła do De­la­wa­re i gra w brydża.

– Roz­chodzą się?

– Jeśli będzie miał dość ro­zu­mu. Kto wie?

Ted­dy ostrożnie napił się her­ba­ty.

– Ja­kie mamy pole ma­new­ru, jeśli Mor­gan sta­nie oko­niem?

– Bar­dzo wątpię, żeby sta­wał oko­niem. Wstępne roz­mo­wy poszły bar­dzo do­brze. Critz jest naj­wy­raźniej po na­szej stro­nie. W tej chwi­li znacz­nie le­piej od Mor­ga­na orien­tu­je się w sy­tu­acji. Wie do­sko­na­le, że nig­dy nie zo­ba­czy­li­by na­wet Ga­bi­ne­tu Owal­ne­go, gdy­by nie skan­dal z Back­ma­nem.

– Pytałem cię, ja­kie mamy pole ma­new­ru, jeśli sta­nie oko­niem.

– Tak na­prawdę to żadne. Jest idiotą, ale czy­stym jak łza.

Skręcili z Con­sti­tu­tion Ave­nue w Osiem­nastą Ulicę i wkrótce zna­leźli się przy wschod­niej bra­mie Białego Domu. W ciem­ności zma­te­ria­li­zo­wa­li się mężczyźni uzbro­je­ni w ka­ra­bi­ny ma­szy­no­we, a po­tem agen­ci Se­cret Se­rvi­ce w czar­nych tren­czach, którzy za­trzy­ma­li fur­go­netkę. Wy­mie­nio­no hasła, za­trzesz­czały ra­dio­te­le­fo­ny i po kil­ku mi­nu­tach Ted­dy zo­stał wy­nie­sio­ny z opan­ce­rzo­ne­go sa­mo­cho­du. Już w środ­ku obo­wiązko­wa kon­tro­la wózka nie wy­ka­zała ni­cze­go poza obec­nością ka­le­kie­go, opa­tu­lo­ne­go ko­cem star­ca.

* * *

Ar­tie, tym ra­zem bez he­ine­ke­na, lecz tak samo bez pu­ka­nia, wsa­dził głowę przez uchy­lo­ne drzwi i oznaj­mił:

– May­nard już jest.

– A za­tem żyje – po­wie­dział pre­zy­dent.

– Le­d­wie.

– No to wtocz­cie go.

Hoby i Prid­dy, zastępca May­nar­da, we­szli za wózkiem do Ga­bi­ne­tu Owal­ne­go. Pre­zy­dent i Critz przy­wi­ta­li gości, wska­za­li im miej­sca na­prze­ciw­ko ko­min­ka. Cho­ciaż May­nard uni­kał Białego Domu, Prid­dy prak­tycz­nie tam miesz­kał, bo co­dzien­nie re­la­cjo­no­wał pre­zy­den­to­wi spra­wy do­tyczące wy­wia­du.

Kie­dy się roz­gasz­cza­li, Ted­dy omiótł pokój spoj­rze­niem, jak­by szu­kał plu­skiew i in­nych urządzeń podsłucho­wych. Był nie­mal pew­ny, że ni­cze­go tu nie ma, bo ta­kie prak­ty­ki skończyły się po afe­rze Wa­ter­ga­te. Ni­xon na­fa­sze­ro­wał Biały Dom taką ilością ka­bli, że star­czyłoby ich dla nie­wiel­kie­go mia­sta, ale dro­go za to zapłacił. Nie­mniej Ted­dy miał przy so­bie od­po­wied­nie urządze­nie. Nad ośką wózka, kil­ka cen­ty­metrów pod sie­dzi­skiem, sta­ran­nie ukry­to ma­gne­to­fon z bar­dzo czułym mi­kro­fo­nem, który za­re­je­stru­je każdy dźwięk, jaki roz­le­gnie się w cza­sie następnych trzy­dzie­stu mi­nut.

May­nard próbował uśmiechnąć się do pre­zy­den­ta, choć tak na­prawdę miał ochotę po­wie­dzieć coś w ro­dza­ju: Nie mam naj­mniej­szych wątpli­wości, że je­steś naj­bar­dziej ogra­ni­czo­nym po­li­ty­kiem, z ja­kim się ze­tknąłem. Tyl­ko w Ame­ry­ce taki matoł jak ty może zajść tak wy­so­ko.

Pre­zy­dent Mor­gan uśmiechnął się do Ted­dy’ego May­nar­da, choć tak na­prawdę miał ochotę po­wie­dzieć coś w ro­dza­ju: Po­wi­nie­nem cię wy­rzu­cić czte­ry lata temu. Two­ja agen­cja bez prze­rwy przy­no­si wstyd na­sze­mu kra­jo­wi.

Ted­dy: Przeżyłem szok, gdy oka­zało się, że zdołałeś wy­grać cho­ciaż w jed­nym sta­nie.

Mor­gan: Nie zna­lazłbyś ter­ro­ry­sty, na­wet gdy­by ogłaszał się na bil­l­bo­ar­dach.

Ted­dy: Po­wo­dze­nia w wędko­wa­niu. Pew­nie nie złowisz na­wet tylu pstrągów, ile miałeś głosów elek­tor­skich.

Mor­gan: Dla­cze­go po pro­stu nie zdech­niesz? Prze­cież wszy­scy mnie za­pew­nia­li, że długo nie pociągniesz.

Ted­dy: Pre­zy­den­ci przy­chodzą i od­chodzą, a ja nie odejdę nig­dy.

Mor­gan: To Critz na­le­gał, żeby cię za­trzy­mać. To jemu po­dziękuj za tę po­sadę. Ja chciałem cię wy­wa­lić już w dwa ty­go­dnie po moim za­przy­siężeniu.

– Czy ktoś ma ochotę na kawę? – za­py­tał głośno Critz.

– Nie – od­parł Ted­dy.

Kie­dy to zo­stało usta­lo­ne, Hoby i Prid­dy po­dob­nie odmówili. Po­nie­waż lu­dzie z CIA nie chcie­li kawy, pre­zy­dent po­wie­dział:

– Tak, po­proszę, z dwie­ma kost­ka­mi cu­kru.

Critz skinął głową do se­kre­tar­ki cze­kającej w na pół otwar­tych drzwiach, po czym odwrócił się do obec­nych i oświad­czył:

– Nie mamy dużo cza­su.

– Przy­je­chałem, żeby po­roz­ma­wiać o Jo­elu Back­ma­nie – za­gaił Ted­dy.

– Tak, dla­te­go tu je­steś – mruknął pre­zy­dent.

– Jak wiesz – mówił da­lej dy­rek­tor CIA, bez mała igno­rując pre­zy­den­ta – pan Back­man po­szedł do więzie­nia, ale nie puścił pary z ust. Nadal jest w po­sia­da­niu kil­ku ta­jem­nic, które mówiąc szcze­rze, mogłyby za­grażać bez­pie­czeństwu na­ro­do­we­mu.

– Nie możesz go zabić – wszedł mu w słowo Critz.

– Owszem, nie możemy brać na muszkę ame­ry­kańskich oby­wa­te­li, Critz. To nie­zgod­ne z pra­wem. Wo­li­my, żeby robił to ktoś inny.

– Nie bar­dzo ro­zu­miem – po­wie­dział pre­zy­dent.

– Oto plan. Jeśli ułaska­wisz Back­ma­na, a on to za­ak­cep­tu­je, wy­wie­zie­my go z kra­ju w ciągu kil­ku go­dzin. Musi przy­stać na to, że resztę życia spędzi w ukry­ciu. To nie po­win­no być pro­ble­mem, bo całkiem spo­ro osób chciałoby zo­ba­czyć go w trum­nie, o czym do­brze wie. Prze­wie­zie­my go za gra­nicę, praw­do­po­dob­nie do Eu­ro­py, gdzie łatwiej będzie nam pro­wa­dzić ob­ser­wację. Do­sta­nie nową tożsamość. Sta­nie się wol­nym człowie­kiem i z cza­sem lu­dzie za­pomną o Jo­elu Back­ma­nie.

– Ta hi­sto­ria na tym się nie skończy – włączył się po­now­nie Critz.

– Nie. Od­cze­ka­my, po­wiedz­my, rok, a po­tem w od­po­wied­nich miej­scach do­wiedzą się tego i owe­go. Znajdą pana Back­ma­na, za­biją go, a kie­dy to zro­bią, wie­le na­szych pro­blemów zo­sta­nie roz­wiąza­nych.

Nastąpiło długie mil­cze­nie, gdy Ted­dy wpa­try­wał się w Crit­za, a po­tem w pre­zy­den­ta. Kie­dy upew­nił się, że wy­star­czająco zbił ich z tro­pu, mówił da­lej:

– To bar­dzo pro­sty plan, pa­no­wie. Po­zo­sta­je kwe­stia tego, kto go za­bi­je.

– A ty będziesz to ob­ser­wo­wał? – za­py­tał Critz.

– Bar­dzo uważnie.

– Kto chce mu się do­brać do skóry? – spy­tał pre­zy­dent.

Ted­dy rozłożył lek­ko żyla­ste dłonie, a po­tem spoj­rzał na nich ni­czym na­uczy­ciel zwra­cający się do ma­luchów z trze­ciej kla­sy.

– Ro­sja­nie, może Chińczy­cy, może Izraelczy­cy. Mogą być też inni.

Oczy­wiście, że byli inni, nikt jed­nak nie spo­dzie­wał się po Ted­dym, że po­wie wszyst­ko, co wie. Nig­dy tego nie robił i nie za­mie­rzał robić, bez względu na to, kto był ak­tu­al­nie głową państwa i jak dużo cza­su zo­stało obec­ne­mu pre­zy­den­to­wi do opusz­cze­nia Ga­bi­ne­tu Owal­ne­go. Pre­zy­den­ci po­ja­wia­li się i zni­ka­li, niektórzy urzędo­wa­li czte­ry lata, inni osiem. Jed­ni uwiel­bia­li szpie­gow­ski fach, in­nych ob­cho­dziły je­dy­nie ostat­nie wy­ni­ki son­daży po­pu­lar­ności. Mor­gan oka­zał się wyjątko­wo nie­kom­pe­tent­ny w po­li­ty­ce za­gra­nicz­nej, a po­nie­waż jego rządy kończyły się za kil­ka go­dzin, Ted­dy na pew­no nie zdra­dziłby mu więcej, niż było to ko­niecz­ne, by pod­pi­sał ułaska­wie­nie.

– Dla­cze­go Back­man miałby iść na taki układ? – za­py­tał Critz.

– To nie jest przesądzo­ne – od­po­wie­dział Ted­dy. – Nie za­po­mi­naj­my jed­nak, że sie­dzi w izo­lat­ce od sześciu lat. To dwa­dzieścia trzy go­dzi­ny dzien­nie w cia­snej celi. Tyl­ko go­dzi­na na świeżym po­wie­trzu. Trzy prysz­ni­ce ty­go­dnio­wo. Kiep­skie żar­cie. Mówią, że stra­cił po­nad dwa­dzieścia pięć ki­lo­gramów. Słyszałem, że nie za do­brze to zno­si.

Dwa mie­siące wcześniej, po porażce wy­bor­czej, kie­dy Ted­dy May­nard obmyślił plan z ułaska­wie­niem, pociągnął za kil­ka z wie­lu sznurków, na sku­tek cze­go wa­run­ki od­by­wa­nia kary przez Back­ma­na zde­cy­do­wa­nie się po­gor­szyły. Tem­pe­ra­tu­ra w jego celi spadła o po­nad dzie­sięć stop­ni i od mie­siąca więzień cier­piał z po­wo­du okrop­ne­go kasz­lu. Jego je­dze­nie, w naj­lep­szym ra­zie po­zba­wio­ne sma­ku, pod­da­wa­no po­now­nej obróbce i ser­wo­wa­no mu zim­ne. Spłuczka klo­ze­to­wa nie działała przez połowę cza­su. Strażnicy bu­dzi­li go w nocy po kil­ka razy. Zmniej­szo­no liczbę przysługujących mu rozmów te­le­fo­nicz­nych. Bi­blio­te­ka praw­ni­cza, z której ko­rzy­stał dwa razy w ty­go­dniu, na­gle dra­stycz­nie ogra­ni­czyła dostęp do księgo­zbiorów. Back­man, praw­nik, znał swo­je pra­wa, zaczął gro­zić, że po­zwie ad­mi­ni­strację więzie­nia i władze państwo­we, lecz jak do tej pory tego nie zro­bił. Jed­nak roz­poczęta wal­ka dro­go go kosz­to­wała. Pro­sił już o prosz­ki na­sen­ne i pro­zac.

– Chcesz, żebym ułaska­wił Jo­ela Back­ma­na, a po­tem każesz go za­mor­do­wać? – za­py­tał pre­zy­dent.

– Tak – od­po­wie­dział Ted­dy otwar­cie. – Ale nie my wy­da­my ta­kie po­le­ce­nie.

– Nie­mniej zo­sta­nie za­mor­do­wa­ny.

– Tak.

– I jego śmierć jest w in­te­re­sie na­sze­go bez­pie­czeństwa na­ro­do­we­go?

– Święcie w to wierzę.

Roz­dział 2

W skrzy­dle z izo­lat­ka­mi więzie­nia fe­de­ral­ne­go w Ru­dley znaj­do­wało się czter­dzieści iden­tycz­nych cel, każda o po­wierzch­ni nie­całych czte­rech metrów kwa­dra­to­wych, bez okien i krat, z po­ma­lo­wa­ny­mi na zie­lo­no be­to­no­wy­mi podłoga­mi i ścia­na­mi z pu­staków, z so­lid­ny­mi sta­lo­wy­mi drzwia­mi z wąską szparą na dole na tace z je­dze­niem i nie­wiel­kim wi­zje­rem dla strażników, którzy zaglądali do nich spo­ra­dycz­nie. Prze­trzy­my­wa­no tam po­li­cyj­nych in­for­ma­torów, do­no­si­cie­li na han­dla­rzy nar­ko­tyków, ma­fij­nych za­przańców, kil­ku szpiegów – lu­dzi, którzy mu­sie­li być trzy­ma­ni w od­osob­nie­niu, bo bar­dzo wie­le osób miało ochotę po­derżnąć im gardła. Większość z czter­dziestki ska­za­nych zna­lazła się w tym skrzy­dle na własne życze­nie.

Joel Back­man usiłował zasnąć, gdy dwóch strażników otwo­rzyło ze szczękiem sta­lo­we drzwi i za­pa­liło światło.

– Na­czel­nik chce cię wie­dzieć – po­wie­dział je­den z nich, nie wpro­wa­dzając go w szczegóły.

Je­cha­li więzienną fur­go­netką przez skutą lo­dem pre­rię Okla­ho­my, minęli inne bu­dyn­ki ze ska­za­ny­mi, którzy nie po­trze­bo­wa­li szczególnej ochro­ny pod­czas od­by­wa­nia kary, aż do­tar­li do sie­dzi­by ad­mi­ni­stra­cji. Back­man, sku­ty kaj­dan­ka­mi bez żad­ne­go wyraźnego po­wo­du, zo­stał po­spiesz­nie wpro­wa­dzo­ny do środ­ka, po­tem po scho­dach na pierw­sze piętro i da­lej, długim ko­ry­ta­rzem do wiel­kie­go po­ko­ju, gdzie paliły się wszyst­kie światła i działo się coś ważnego. Ze­gar na ścia­nie po­ka­zy­wał dwu­dziestą trze­cią.

Nig­dy wcześniej nie spo­tkał się z na­czel­ni­kiem, co nie było czymś nad­zwy­czaj­nym. Z wie­lu uza­sad­nio­nych po­wodów na­czel­nik nie szwen­dał się po więzie­niu. Nie star­to­wał w wy­bo­rach na to sta­no­wi­sko ani też nie zależało mu na mo­ty­wo­wa­niu per­so­ne­lu. W po­ko­ju sie­działo już trzech mężczyzn w gar­ni­tu­rach, wyglądających na poważnych lu­dzi, którzy naj­wy­raźniej roz­ma­wia­li z na­czel­ni­kiem od ja­kie­goś cza­su. Cho­ciaż w biu­rach pod­le­gających ad­mi­ni­stra­cji rządo­wej obo­wiązywał za­kaz pa­le­nia ty­to­niu, po­piel­nicz­ka była prze­pełnio­na pe­ta­mi, a bli­sko su­fi­tu uno­siła się gęsta chmu­ra dymu.

Nie przed­sta­wiając mu ni­ko­go, na­czel­nik po­wie­dział:

– Proszę tam usiąść, pa­nie Back­man.

– Miło pana po­znać – od­po­wie­dział Joel, patrząc na po­zo­stałych mężczyzn znaj­dujących się w po­ko­ju. – Z ja­kie­go właści­wie po­wo­du zna­lazłem się tu­taj?

– Za­raz o tym po­roz­ma­wia­my.

– Czy mogę pro­sić o zdjęcie kaj­da­nek? Obie­cuję, że ni­ko­go nie za­biję.

Na­czel­nik pstryknął pal­ca­mi na stojącego naj­bliżej strażnika, który szyb­ko wyjął klu­czyk i roz­kuł więźnia. Strażnik wy­szedł za­raz po­tem z po­ko­ju, za­trza­skując za sobą drzwi, ku nie­za­do­wo­le­niu na­czel­ni­ka, z na­tu­ry bar­dzo ner­wo­we­go człowie­ka.

Na­czel­nik, wska­zując ręką, po­in­for­mo­wał:

– To agent spe­cjal­ny Ada­ir z FBI. A to pan Kna­be z De­par­ta­men­tu Spra­wie­dli­wości. To pan Si­ze­mo­re, również z Wa­szyng­to­nu.

Żaden z trzech mężczyzn nie zro­bił kro­ku w stronę Back­ma­na, który nadal stał i wyglądał na zupełnie zbi­te­go z tro­pu. Skinął im głową w nie­prze­ko­nującej próbie oka­za­nia uprzej­mości. Nikt nie za­re­ago­wał na jego wysiłki.

– Proszę usiąść – powtórzył na­czel­nik, a Joel zajął w końcu krzesło. – Dziękuję. Jak pan wie, Back­man, ju­tro będzie za­przy­siężony nowy pre­zy­dent. Pre­zy­dent Mor­gan opusz­cza fo­tel w Białym Domu, ale w tej chwi­li jest jesz­cze w Ga­bi­ne­cie Owal­nym i waha się, czy pod­pi­sać pańskie pełne ułaska­wie­nie.

Joel do­stał na­gle ata­ku gwałtow­ne­go kasz­lu, ja­kie­go na­ba­wił się przez nie­mal ark­tyczną tem­pe­ra­turę w celi, a te­raz spotęgo­wa­ne­go szo­kiem wywołanym słowem „ułaska­wie­nie”.

Pan Kna­be z De­par­ta­men­tu Spra­wie­dli­wości podał mu bu­telkę wody, którą Joel zaczął łap­czy­wie pić, za­le­wając so­bie brodę, w końcu jed­nak udało mu się stłumić ka­szel.

– Ułaska­wie­nie? – wy­du­kał.

– Pełne ułaska­wie­nie z kil­ko­ma za­strzeżenia­mi.

– Ale dla­cze­go?

– Nie wiem dla­cze­go, pa­nie Back­man. Ro­zu­mie­nie tego, co się tu dzie­je, to nie moja spra­wa. Ja tyl­ko prze­ka­zuję in­for­ma­cje.

Pan Si­ze­mo­re przed­sta­wio­ny po pro­stu jako „człowiek z Wa­szyng­to­nu”, bez żad­ne­go tytułu lub powiąza­nia z jakąkol­wiek in­sty­tucją, do­rzu­cił:

– To układ, pa­nie Back­man. W za­mian za pełne ułaska­wie­nie musi się pan zgo­dzić na opusz­cze­nie kra­ju bez pra­wa po­wro­tu i życie z nową tożsamością w miej­scu, gdzie nikt pana nie znaj­dzie.

Z tym nie będzie żad­nych pro­blemów z mo­jej stro­ny, pomyślał Joel. Nie chciał być od­szu­ka­ny.

– Ale dla­cze­go? – wy­mam­ro­tał po­now­nie. Bu­tel­ka z wodą w jego le­wej ręce wyraźnie drżała.

Pan Si­ze­mo­re z Wa­szyng­to­nu od razu za­uważył trzęsącą się dłoń. Przyglądał się bacz­nie Jo­elo­wi Back­ma­no­wi, po­czy­nając od krótko ostrzyżonych szpa­ko­wa­tych włosów po znisz­czo­ne ta­nie te­nisówki i czar­ne więzien­ne skar­pet­ki, i nie po­tra­fił się oprzeć chęci przy­wołania ob­ra­zu tego człowie­ka z życia, ja­kie wiódł, za­nim po­zba­wio­no go wol­ności. W myślach na­tych­miast po­ja­wiła mu się okładka ja­kiegoś ko­lo­ro­we­go cza­so­pi­sma. Wy­sma­ko­wa­ne zdjęcie Jo­ela Back­ma­na w szy­tym na miarę czar­nym włoskim gar­ni­tu­rze, nie­ska­zi­tel­ne­go w każdym szczególe i bar­dzo za­dba­ne­go, patrzącego w obiek­tyw z sa­mo­za­do­wo­le­niem, na ja­kie stać bar­dzo nie­wie­lu. Włosy miał dłuższe i ciem­niej­sze, przy­stoj­na twarz była pełniej­sza i po­zba­wio­na zmarsz­czek, a so­lid­ny obwód w pa­sie świad­czył o wie­lu lun­chach i wie­lo­go­dzin­nych obia­dach. Ko­chał wino i ko­bie­ty, i spor­to­we wozy. Miał od­rzu­to­wiec, jacht, dom w Vail i chętnie się nimi chwa­lił. Wyraźny na­pis nad jego głową oznaj­miał: Back­man – człowiek, którego władza w Wa­szyng­to­nie dorównu­je pre­zy­denc­kiej.

Eg­zem­plarz tego ma­ga­zy­nu Si­ze­mo­re miał w tecz­ce ra­zem z gru­by­mi ak­ta­mi Jo­ela Back­ma­na. Prze­wer­to­wał je w cza­sie lotu z Wa­szyng­to­nu do Tul­sy.

Zgod­nie z tym, co na­pi­sa­no w ar­ty­ku­le, do­cho­dy Back­ma­na w tam­tym cza­sie sza­co­wa­no na po­nad dzie­sięć mi­lionów do­larów rocz­nie, choć sam za­in­te­re­so­wa­ny nie­zbyt chętnie roz­ma­wiał o tym z dzien­ni­ka­rzem. Kan­ce­la­ria praw­ni­cza, którą założył, za­trud­niała dwu­stu ad­wo­katów – mała jak na stan­dar­dy wa­szyng­tońskie, lecz naj­bar­dziej wpływo­wa w kręgach po­li­tycz­nych. Była ma­szyną do lob­bin­gu, a nie praw­dziwą kan­ce­la­rią, gdzie prak­ty­ko­wa­no by pra­wo. Przy­po­mi­nała bur­del dla bo­ga­tych firm i za­gra­nicz­nych rządów.

Och, i wiel­kim zda­rza się upaść, pomyślał Si­ze­mo­re, wciąż przyglądając się drżącej bu­tel­ce.

– Nie ro­zu­miem – zdołał wy­szep­tać Back­man.

– A my nie mamy cza­su na wyjaśnie­nia – po­wie­dział Si­ze­mo­re. – To układ do za­war­cia na szyb­ko, pa­nie Back­man. Nie­ste­ty, nie ma pan cza­su na za­sta­na­wia­nie się. Wy­ma­ga­na jest na­tych­mia­sto­wa de­cy­zja. Chce pan zo­stać tu­taj czy wolałby pan żyć pod in­nym na­zwi­skiem na dru­gim końcu świa­ta?

– Gdzie?

– Nie wie­my gdzie, ale się dowie­my.

– Będę tam bez­piecz­ny?

– Tyl­ko pan po­tra­fi od­po­wie­dzieć na to py­ta­nie.

W miarę jak Back­man szu­kał od­po­wie­dzi na własne py­ta­nie, trząsł się co­raz bar­dziej.

– Kie­dy wy­jadę? – za­py­tał po­wo­li. Jego głos od­zy­skał siłę, lecz w każdej chwi­li gro­ził mu ko­lej­ny atak gwałtow­ne­go kasz­lu.

– Na­tych­miast – od­parł Si­ze­mo­re, który przejął kon­trolę nad tym spo­tka­niem i spro­wa­dził na­czel­ni­ka oraz przed­sta­wi­cie­li FBI i De­par­ta­men­tu Spra­wie­dli­wości do roli ob­ser­wa­torów.

– To zna­czy choćby w tej chwi­li?

– Nie wróci pan już do celi.

– O cho­le­ra – po­wie­dział Back­man, a po­zo­sta­li nie umie­li stłumić uśmiechów.

– Przy pańskiej celi cze­ka strażnik – włączył się na­czel­nik. – Przy­nie­sie wszyst­ko, co będzie panu po­trzeb­ne.

– Strażnik za­wsze wy­sta­je przy mo­jej celi – od­pa­lił Back­man na­czel­ni­ko­wi. – Jeśli to ten sa­dy­stycz­ny by­dlak Slo­an, niech mu pan każe, żeby wziął moją brzytwę i pod­ciął so­bie żyły na rękach.

Wszy­scy przełknęli głośno ślinę i cze­ka­li, aż jego słowa ulecą szy­bem wen­ty­la­cyj­nym. Jed­nak tłukły się echem po po­ko­ju jesz­cze przez dłuższą chwilę.

Si­ze­mo­re odchrząknął, założył nogę na nogę i po­wie­dział:

– Pew­ni dżen­tel­me­ni cze­kają w Ga­bi­ne­cie Owal­nym, pa­nie Back­man. Pójdzie pan na ten układ?

– Pre­zy­dent cze­ka na mnie?

– Można tak to ująć.

– Jest mi coś wi­nien. To ja go tam ulo­ko­wałem.

– To na­prawdę nie pora, żeby roztrząsać ta­kie spra­wy, pa­nie Back­man – po­wie­dział chłodno Si­ze­mo­re.

– Chce spłacić wo­bec mnie dług wdzięczności?

– Nie znam myśli pre­zy­den­ta.

– Zakłada pan za­tem, że pre­zy­dent jest zdol­ny do myśle­nia.

– W ta­kim ra­zie za­dzwo­nię do nich i po­wiem, że od­po­wiedź brzmi: nie.

– Proszę za­cze­kać.

Back­man wypił do końca wodę z bu­tel­ki i po­pro­sił o następną. Wy­tarł usta ręka­wem.

– Czy to przy­po­mi­na pro­gram ochro­ny świadków lub coś w tym ro­dza­ju?

– To nie jest ofi­cjal­nie ist­niejący pro­gram, Back­man. Nie­mniej od cza­su do cza­su uzna­je­my za ko­niecz­ne ukry­wa­nie określo­nych lu­dzi.

– Jak często ich tra­ci­cie?

– Nie­zbyt często.

– Nie­zbyt często? Więc nie mam gwa­ran­cji bez­pie­czeństwa.

– Nie ma pan żad­nych gwa­ran­cji. Ale ma pan duże szan­se.

Back­man spoj­rzał na na­czel­ni­ka i za­py­tał:

– Ile lat zo­stało mi do od­siad­ki, Le­ster?

Le­ster zo­stał po­now­nie wciągnięty do roz­mo­wy. Nikt nie na­zy­wał go Le­sterem, bo nie­na­wi­dził tego imie­nia i uni­kał jak ognia. Na ta­blicz­ce z na­zwi­skiem stojącej na biur­ku miał wy­gra­we­ro­wa­ne: „L. Ho­ward Cass”.

– Czter­naście, i wolałbym, żeby zwra­cał się pan do mnie per na­czel­ni­ku Cass.

– Cass sras. Naj­pew­niej za trzy lata będę tu mar­twy. Kom­bi­na­cja nie­dożywie­nia, wyziębie­nia i nie­dostatecznej opie­ki me­dycz­nej po­win­ny mi to załatwić. Le­ster na­prawdę utrzy­mu­je tu spar­tańskie wa­run­ki, chłopa­ki.

– Możemy wrócić do rze­czy? – za­py­tał Si­ze­mo­re.

– Oczy­wiście, że idę na ten układ – po­wie­dział Back­man. – Każdy głupi by na to po­szedł.

Kna­be z De­par­ta­men­tu Spra­wie­dli­wości w końcu się ożywił.

– Mamy tu trochę pa­pier­ko­wej ro­bo­ty – rzu­cił, otwie­rając teczkę.

– Dla kogo pan pra­cu­je? – za­py­tał Back­man Si­ze­mo­re’a.

– Dla pre­zy­den­ta Stanów Zjed­no­czo­nych.

– W ta­kim ra­zie niech mu pan po­wie, że nie głoso­wałem na nie­go, bo sie­działem w więzie­niu. Ale na pew­no bym głoso­wał, gdy­bym miał szansę. I niech mu pan ode mnie po­dziękuje, do­brze?

– Ja­sne.

* * *

Hoby nalał ko­lej­ny ku­bek zie­lo­nej her­ba­ty, tym ra­zem bez­ko­fe­ino­wej, bo do­cho­dziła północ, i podał go Ted­dy’emu, który sie­dział owi­nięty ko­cem i pa­trzył na ruch ulicz­ny. Znaj­do­wa­li się na Con­sti­tu­tion Ave­nue, wyjeżdżali ze śródmieścia i zbliżali się do mo­stu Ro­ose­vel­ta. Sta­rzec upił łyk i po­wie­dział:

– Mor­gan jest za głupi, żeby sprze­da­wać ułaska­wie­nia. Nie­mniej Critz mnie nie­po­koi.

– Po­wstało nowe kon­to na wy­spie Ne­vis – od­parł Hoby. – Wy­sko­czyło jak dia­beł z pudełka dwa ty­go­dnie temu, założone dla ja­kiejś po­dej­rza­nej fir­my należącej do Floy­da Dun­la­pa.

– A kto to jest?

– Je­den z po­ma­gierów Mor­ga­na przy zbie­ra­niu fun­du­szy na kam­pa­nię wy­borczą.

– Dla­cze­go Ne­vis?

– To te­raz cen­trum za­gra­nicz­nych ope­ra­cji fi­nan­so­wych.

– Mo­ni­to­ru­je­my je?

– I to bar­dzo dokład­nie. W cza­sie naj­bliższych czter­dzie­stu ośmiu go­dzin po­win­ny nastąpić ja­kieś prze­le­wy.

Ted­dy skinął lek­ko głową i zerknął w lewo, żeby zo­ba­czyć frag­ment Cen­trum Ken­ne­dy’ego.

– Gdzie jest Back­man?

– Opusz­cza więzie­nie.

Ted­dy uśmiechnął się i pił po­wo­li her­batę. Prze­je­cha­li przez most w mil­cze­niu, a kie­dy zo­sta­wi­li Po­to­mac za sobą, w końcu za­py­tał:

– Kto go załatwi?

– Czy to ma ja­kieś zna­cze­nie?

– Nie, żad­ne­go. Ale przy­pa­try­wa­nie się ry­wa­li­za­cji będzie sporą roz­rywką.

* * *

Ubra­ny w zno­szo­ny, lecz czy­sty i wy­pra­so­wa­ny mun­dur kha­ki po­zba­wio­ny na­szy­wek i ba­re­tek, w wy­glan­so­wa­nych czar­nych woj­sko­wych ka­ma­szach i gru­bej par­ce ma­ry­nar­ki wo­jen­nej, z kap­tu­rem na­su­niętym ni­sko na czoło, Joel Back­man opusz­czał dum­nym kro­kiem więzie­nie fe­de­ral­ne w Ru­dley pięć mi­nut po północy, czter­naście lat przed upływem wy­ro­ku. Prze­by­wał tam w izo­lat­ce sześć lat, a wy­chodząc, niósł ze sobą nie­wielką płócienną torbę z kil­ko­ma książkami i pa­ro­ma zdjęcia­mi. Nie obej­rzał się za sie­bie.

Miał pięćdzie­siąt dwa lata, był roz­wie­dzio­ny, bez cen­ta przy du­szy, zra­ził do sie­bie dwo­je z trójki po­sia­da­nych dzie­ci, a wszy­scy przy­ja­cie­le zupełnie o nim za­po­mnie­li. Ani je­den z nich nie zadał so­bie tru­du utrzy­my­wa­nia kon­tak­tu li­sto­we­go dłużej niż rok, od chwi­li gdy Back­man tra­fił do więzie­nia. Daw­na dziew­czy­na, jed­na z nie­zli­czo­nych se­kre­ta­rek, za którymi uga­niał się w tłustych la­tach, pisała do nie­go przez dzie­sięć mie­sięcy, dopóki w „Wa­shint­gon Post” nie na­pi­sa­no, że FBI uznało za nie­praw­do­po­dob­ne, by Joel Back­man okradł własną firmę i klientów na mi­lio­ny do­larów, o co wcześniej go po­dej­rze­wa­no. Kto chciałby przy­jaźnić się ko­re­spon­den­cyj­nie ze spłuka­nym praw­ni­kiem siedzącym za krat­ka­mi? Z bo­ga­tym, być może, to inna spra­wa.

Mat­ka pisała do nie­go spo­ra­dycz­nie, ale miała dzie­więćdzie­siąt je­den lat i miesz­kała w ta­nim domu opie­ki społecz­nej w po­bliżu Oakland. Przy każdym liście od niej miał wrażenie, że to już ostat­ni. Pisał do niej raz w ty­go­dniu, choć wątpił, czy była w sta­nie co­kol­wiek prze­czy­tać, i miał nie­mal pew­ność, że per­so­ne­lo­wi bra­ko­wało cza­su albo chęci, by jej czy­tać na głos. Za­wsze po­wta­rzała: „Dziękuję za list”, lecz nig­dy nie wspo­mniała o tym, co na­pi­sał. Na spe­cjal­ne oka­zje wysyłał jej kar­ty pocz­to­we. W jed­nym z listów wy­znała mu, że nikt inny nie pamięta już o jej uro­dzi­nach.

Buty oka­zały się bar­dzo ciężkie. Gdy szedł chod­ni­kiem, uświa­do­mił so­bie, że pra­wie całe mi­nio­ne sześć lat spędził w skar­pet­kach, bez butów. Człowiek nie­spo­dzie­wa­nie wy­pusz­czo­ny z ki­cia myśli o śmiesz­nych rze­czach. Kie­dy ostat­ni raz miał na so­bie ka­ma­sze? I jak szyb­ko będzie mógł zrzu­cić z nóg te przeklęte bu­cio­ry?

Przy­stanął na se­kundę, by spoj­rzeć w nie­bo. Przez go­dzinę dzien­nie wol­no mu było krążyć po nie­wiel­kim płachet­ku traw­ni­ka przed skrzydłem więzie­nia. Za­wsze w po­je­dynkę, za­wsze w to­wa­rzy­stwie strażnika, jak­by on, Joel Back­man, były praw­nik, który nig­dy nie użył bro­ni, mógł na­gle stać się nie­bez­piecz­nym człowie­kiem i kogoś oka­le­czyć. Spa­cer­niak był ogro­dzo­ny siatką – wy­soką na trzy me­try, zwieńczoną dru­tem kol­cza­stym. Za nią znaj­do­wał się pu­sty kanał me­lio­ra­cyj­ny, a jesz­cze da­lej nie­kończąca się, bez­drzew­na pre­ria, która ciągnęła się, jak przy­pusz­czał, aż do Tek­sa­su.

Eskor­to­wa­li go Si­ze­mo­re i agent Ada­ir. Po­de­szli do ciem­no­zie­lo­nej fur­go­net­ki, która mimo bra­ku ozna­ko­wa­nia każdemu na­tych­miast i jed­no­znacz­nie sko­ja­rzyłaby się z „rządo­wym wo­zem”. Joel zajął miej­sce z tyłu, sam, i zaczął się mo­dlić. Moc­no za­cisnął po­wie­ki, za­gryzł war­gi i pro­sił Boga, by sil­nik za­sko­czył, koła zaczęły się ob­ra­cać, bra­ma się otwo­rzyła, a pod­pi­sa­ne pa­pie­ry oka­zały się wy­star­czające. Proszę, Boże, bez okrut­nych żartów. Żeby to nie był sen, proszę, Boże!

Dwa­dzieścia mi­nut później Si­ze­mo­re ode­zwał się jako pierw­szy:

– Jest pan głodny, pa­nie Back­man?

Back­man prze­stał się mo­dlić i zaczął płakać. Sa­mochód je­chał ze stałą prędkością, ale on nadal miał za­mknięte oczy. Leżał na tyl­nym fo­te­lu, wal­czył z własny­mi emo­cja­mi i sro­mot­nie prze­gry­wał.

– No pew­nie – udało mu się wy­du­kać. Usiadł i spoj­rzał na zewnątrz. Znaj­do­wa­li się na au­to­stra­dzie między­sta­no­wej, minęli zie­lo­ny dro­go­wskaz – zjazd do Per­ry. Za­trzy­ma­li się na par­kin­gu przy naleśni­kar­ni, nie­całe pół ki­lo­me­tra od au­to­stra­dy. W od­da­li widać było wiel­kie ciężarówki, ich die­slo­we sil­ni­ki war­czały mia­ro­wo. Joel przyglądał się im przez se­kundę i nasłuchi­wał. Po­now­nie spoj­rzał do góry i zo­ba­czył półksiężyc.

– Spie­szy­my się? – za­py­tał Si­ze­mo­re’a, kie­dy we­szli do re­stau­ra­cji.

– Wszyst­ko idzie zgod­nie z pla­nem – usłyszał w od­po­wie­dzi.

Usie­dli przy sto­li­ku bli­sko fron­to­we­go okna. Joel za­pa­trzył się w nie. Zamówił fran­cu­skie grzan­ki i owo­ce, nic ciężko­straw­ne­go, bo bał się, że jego przewód po­kar­mo­wy na­zbyt przy­wykł do więzien­nej brei, jaką go kar­mio­no. Roz­mo­wa się nie kleiła. Za­pew­ne obaj rządowi chłopta­sie mie­li przy­ka­za­ne, by za dużo nie mówić, a to­wa­rzy­skie po­ga­dusz­ki o ni­czym były im zupełnie obce. Nie żeby Jo­ela spe­cjal­nie ob­cho­dziło, co mie­liby do po­wie­dze­nia.

Sta­rał się nie uśmie­chać. Si­ze­mo­re na­pi­sał po­tem w ra­por­cie, że Back­man zer­kał cza­sa­mi na drzwi i bacz­nie ob­ser­wo­wał in­nych gości w lo­ka­lu. Nie robił wrażenia prze­stra­szo­ne­go – wręcz prze­ciw­nie. W miarę jak mijały mi­nu­ty, a szok prze­cho­dził, błyska­wicz­nie do­sto­so­wy­wał się do no­wej sy­tu­acji i stał się na­wet jak­by bar­dziej ożywio­ny. Pochłonął dwie por­cje grza­nek i wypił czte­ry kub­ki czar­nej kawy.

* * *

Kil­ka mi­nut po czwar­tej nad ra­nem prze­kro­czy­li bramę For­tu Sum­mit w oko­li­cach Brin­kley w Tek­sa­sie. Back­ma­na za­bra­no do szpi­ta­la w ba­zie, gdzie zba­dało go dwóch le­ka­rzy. Po­mi­jając ka­tar, ka­szel i ogólne wy­chu­dze­nie, nie był w złym sta­nie. Za­pro­wa­dzo­no go po­tem do han­ga­ru, gdzie cze­kał już pułkow­nik Gant­ner, który w jed­nej chwi­li stał się jego naj­lep­szym przy­ja­cie­lem. Zgod­nie ze wskazówka­mi Gant­nera i pod jego czuj­nym okiem Joel prze­brał się w zie­lo­ny kom­bi­ne­zon spa­do­chro­niar­ski z na­zwi­skiem „He­rzog” na­pi­sa­nym nad prawą kie­sze­nią.

– To ja? – za­py­tał, patrząc na to na­zwi­sko.

– Tak, przez następne czter­dzieści osiem go­dzin – od­po­wie­dział Gant­ner.

– Jaki mam sto­pień?

– Ma­jo­ra.

– Nieźle.

W którymś mo­men­cie tej krótkiej od­pra­wy Si­ze­mo­re z Wa­szyng­to­nu i agent Ada­ir zniknęli i Back­man nig­dy więcej ich nie zo­ba­czył. O brza­sku wszedł przez tylną rampę do sa­mo­lo­tu trans­por­to­we­go C-130 i ru­szył za Gant­ne­rem na wyższy pokład, do nie­wiel­kiej ka­bi­ny z ko­ja­mi, gdzie sześciu in­nych żołnie­rzy przy­go­to­wy­wało się do długie­go lotu.

– Niech pan zaj­mie tę koję – po­wie­dział Gant­ner, wska­zując na pryczę bliższą podłogi.

– Mogę spy­tać, dokąd le­ci­my? – wy­szep­tał Joel.

– Pytać pan może, ale ja nie mogę od­po­wie­dzieć.

– Je­stem po pro­stu cie­ka­wy.

– Wszyst­ko panu po­wiem przed lądo­wa­niem.

– A kie­dy to może nastąpić?

– Za mniej więcej czter­naście go­dzin.

Po­nie­waż nie było tam żad­nych okien, nic nie roz­pra­szało uwa­gi Jo­ela, który położył się na koi, na­krył ko­cem i za­chra­pał jesz­cze przed star­tem.

Roz­dział 3

Critz prze­spał się kil­ka go­dzin, a po­tem wy­szedł z domu, na długo przed­tem, za­nim zaczęło się za­mie­sza­nie związane z za­przy­siężeniem no­we­go pre­zy­den­ta. Tuż po wscho­dzie słońca po­le­ciał do Lon­dy­nu ra­zem z żoną jed­nym z wie­lu pry­wat­nych od­rzu­towców należących do jego no­we­go pra­co­daw­cy. Miał tam spędzić dwa ty­go­dnie, a po­tem wrócić do kie­ra­tu w sto­li­cy jako nowy lob­by­sta upra­wiający grę starą jak świat. Nie­na­wi­dził tej per­spek­ty­wy. Przez lata oglądał nie­udacz­ników zmie­niających skórę i za­czy­nających nową ka­rierę, próbujących wy­wie­rać na­ci­ski na daw­nych ko­legów, za­prze­dających duszę każdemu, kto miał dość pie­niędzy, by kupić wpływy, ja­ki­mi han­dlo­wa­li. To był wred­ny fach. Critz rzy­gał już po­li­tyką, lecz nie­ste­ty, na ni­czym in­nym się nie znał.

Wygłosi kil­ka przemówień, może na­pi­sze książkę, jakoś będzie la­wi­ro­wał przez kil­ka lat w na­dziei, że ktoś go jesz­cze pamięta. Ale Critz wie­dział, jak szyb­ko w Wa­szyng­to­nie idą w za­po­mnie­nie kie­dyś bar­dzo wpływo­wi lu­dzie.

Mor­gan i May­nard zgo­dzi­li się, żeby przez dwa­dzieścia czte­ry go­dzi­ny trzy­mać sprawę Back­ma­na w ta­jem­ni­cy i ujaw­nić ją do­pie­ro po za­przy­siężeniu no­we­go pre­zy­den­ta. Mor­ganowi było wszyst­ko jed­no, do tego cza­su miał być już na Bar­ba­do­sie. Nie­mniej Critz nie czuł się związany jakąkol­wiek umową z żad­nym z nich, zwłasz­cza z kimś ta­kim jak Ted­dy May­nard. Po długiej ko­la­cji z mnóstwem wina, około dru­giej nad ra­nem w Lon­dy­nie, za­dzwo­nił do ko­re­spon­den­ta CBS przy Białym Domu i prze­ka­zał mu kil­ka pod­sta­wo­wych in­for­ma­cji o ułaska­wie­niu Back­ma­na. Zgod­nie z jego prze­wi­dy­wa­nia­mi CBS ujaw­niło je we wcze­sno­po­ran­nym, naj­bar­dziej roz­plot­ko­wa­nym pro­gra­mie i przed ósmą wia­do­mość o tym obiegła Wa­szyng­ton.

Joel Back­man zo­stał w pełni ułaska­wio­ny w ostat­nich go­dzi­nach urzędo­wa­nia od­chodzącego pre­zy­den­ta!

Nie zna­no szczegółów. Kie­dy ostat­ni raz o nim wspo­mi­na­no, prze­by­wał w zakładzie kar­nym o mak­sy­mal­nym po­zio­mie za­bez­pie­czeń w Okla­ho­mie.

W mieście, gdzie ner­wo­wa at­mos­fe­ra pa­no­wała prak­tycz­nie bez prze­rwy, wieść o tym ułaska­wie­niu wy­buchła jak bom­ba i sku­tecz­nie ry­wa­li­zo­wała z do­nie­sie­nia­mi o pierw­szym dniu urzędo­wa­nia no­we­go pre­zy­den­ta.

* * *

Zban­kru­to­wa­na kan­ce­la­ria praw­ni­cza Pratt & Bol­ling zna­lazła nową sie­dzibę przy Mas­sa­chu­setts Ave­nue, czte­ry prze­czni­ce od Du­pont Circ­le, pod całkiem niezłym ad­re­sem, choć po­zba­wio­nym tej kla­sy co New York Ave­nue. Kil­ka lat wcześniej rządzący firmą Joel Back­man – kan­ce­la­ria na­zy­wała się wte­dy Back­man, Pratt & Bol­ling – upie­rał się przy płace­niu naj­wyższe­go czyn­szu w mieście, żeby mógł sta­wać przy ogrom­nych oknach prze­stron­ne­go ga­bi­ne­tu na siódmym piętrze i pa­trzeć w dół na Biały Dom.

Te­raz nie mie­li wi­do­ku na Biały Dom ani wspa­niałych ga­bi­netów z wiel­ki­mi okna­mi, sam zaś bu­dy­nek wzno­sił się za­le­d­wie na dwa piętra, a nie na sie­dem. Licz­ba pra­cow­ników kan­ce­la­rii zma­lała z dwu­stu hoj­nie opłaca­nych ad­wo­katów do około trzy­dzie­stu le­d­wie wiążących ko­niec z końcem. Pierw­sze ban­kruc­two – po­wszech­nie na­zy­wa­ne w fir­mie Back­ma­nem I – zdzie­siątko­wało kan­ce­la­rię, choć ja­kimś cu­dem nie do­pro­wa­dziło jej właści­cie­li na salę sądową. Back­man II był skut­kiem trzech lat zażar­tych walk i pro­cesów między tymi, którzy oca­le­li. W kon­ku­ren­cyj­nych fir­mach po­wta­rza­no z lubością, że u Prat­ta & Bol­lin­ga więcej cza­su spędzają na po­zy­wa­niu się na­wza­jem niż na pro­cesach pro­wa­dzo­nych dla klientów z zewnątrz.

Nie­mniej wcze­snym ran­kiem tego dnia kon­ku­ren­cja mil­czała. Joel Back­man od­zy­skał wol­ność. Słynny lob­by­sta zo­stał uwol­nio­ny. Czy od­ro­dzi się jak fe­niks z po­piołów? Czy wróci do Wa­szyng­to­nu? Czy to wszyst­ko praw­da? Na pew­no nie.

Kim Bol­ling był obec­nie za­mknięty w ośrod­ku od­wy­ko­wym dla al­ko­ho­lików, a za­raz po­tem miał na wie­le lat zo­stać pa­cjen­tem pry­wat­ne­go szpi­ta­la psy­chia­trycz­ne­go. Nie­wy­obrażalny stres, w ja­kim żył przez ostat­nie sześć lat, do­pro­wa­dził go do obłędu, do punk­tu, skąd nie było po­wro­tu. Za­da­nie zaj­mo­wa­nia się naj­now­szym kosz­ma­rem za­fun­do­wa­nym fir­mie przez Jo­ela Back­ma­na spadło na ra­czej sze­ro­kie bar­ki Car­la Prat­ta.

To właśnie Pratt wystękał przed dwu­dzie­stu dwu laty brze­mien­ne w skut­ki słowa „zga­dzam się”, gdy Back­man za­pro­po­no­wał mu połącze­nie ich dwóch małych kan­ce­la­rii. To właśnie Pratt ha­ro­wał jak wół przez szes­naście lat, żeby sprzątać po Back­manie, gdy fir­ma się roz­ra­stała, ho­no­ra­ria płynęły sze­ro­kim stru­mie­niem, a wszel­kie za­sa­dy etycz­ne ule­gały za­tar­ciu. To właśnie Pratt kłócił się co ty­dzień ze wspólni­kiem, z cza­sem jed­nak na­uczył się ko­rzy­stać z owoców ich za­dzi­wiającego suk­ce­su.

I to właśnie Carl Pratt zna­lazł się na ce­low­ni­ku pro­ku­ra­tu­ry tuż przed tym, kie­dy Joel Back­man wziął bo­ha­ter­sko całą winę na sie­bie. Umo­wa obrońców Back­mana z pro­ku­ra­turą – dzięki której po­zo­sta­li wspólni­cy zo­sta­li unie­win­nie­ni – nakładała na nie­go grzywnę w wy­so­kości dzie­sięciu mi­lionów do­larów, co bez­pośred­nio spo­wo­do­wało ban­kruc­two kan­ce­la­rii – to określane mia­nem Back­mana I.

Tak czy owak, ban­kruc­two było lep­sze od więzie­nia, Pratt po­wta­rzał to so­bie nie­mal co­dzien­nie. Tłukł się tego ran­ka po pra­wie pu­stym po­ko­ju, mam­ro­tał coś pod no­sem i roz­pacz­li­wie wma­wiał so­bie, że wia­do­mość o ułaska­wie­niu nie jest praw­dzi­wa. Stał przed nie­wiel­kim oknem, wpa­try­wał się w sąsied­ni bu­dy­nek z sza­rej cegły i pytał sam sie­bie, jak to się mogło stać. Ja­kim cu­dem spłuka­ny, wy­klu­czo­ny z pa­le­stry, okry­ty hańbą były praw­nik/lob­by­sta zdołał prze­ko­nać od­chodzącego pre­zy­den­ta, żeby ułaska­wił go w ostat­nich go­dzi­nach urzędo­wa­nia?

W chwi­li gdy Joel Back­man tra­fił do więzie­nia, był praw­do­po­dob­nie najsłyn­niej­szym przestępcą go­spo­dar­czym w Ame­ry­ce. Wszy­scy chcie­li wi­dzieć go na szu­bie­ni­cy.

Ale, co Pratt przy­zna­wał przed sobą, jeśli ko­go­kol­wiek na tym świe­cie było stać na taki cud, to tyl­ko Jo­ela Back­ma­na.

Przez kil­ka mi­nut Pratt roz­ma­wiał przez te­le­fon, łącząc się z roz­ległą sie­cią wa­szyng­tońskich plot­ka­rzy i lu­dzi po­dob­no wiedzących wszyst­ko. Sta­ry przy­ja­ciel, który zdołał jakoś utrzy­mać się w De­par­ta­men­cie Wy­ko­naw­czym przez ka­den­cje czte­rech pre­zy­dentów – po dwóch z każdej par­tii – osta­tecz­nie po­twier­dził wia­do­mość.

– Gdzie on te­raz jest? – za­py­tał Pratt dość na­tar­czy­wie, jak­by w każdej chwi­li Back­man mógł zja­wić się po­now­nie w Wa­szyng­to­nie.

– Nikt nie wie – usłyszał w od­po­wie­dzi.

Pratt za­mknął drzwi po­ko­ju i zwal­czał w so­bie chęć otwar­cia bu­tel­ki wódki. Miał czter­dzieści dzie­więć lat, kie­dy jego wspólni­ka wsa­dzo­no do więzie­nia na dwa­dzieścia lat bez możliwości ubie­ga­nia się o wcześniej­sze zwol­nie­nie wa­run­ko­we, i często za­sta­na­wiał się, co zro­bi, gdy będzie miał sześćdzie­siąt dzie­więć lat, a Back­man znaj­dzie się na wol­ności.

W tej chwi­li Pratt miał wrażenie, że ktoś oszu­kał go na czter­naście lat.

* * *

Sala sądowa była tak zatłoczo­na, że sędzia przełożył przesłucha­nie o dwie go­dzi­ny, do cza­su aż zo­sta­nie usta­lo­ny jakiś porządek w zaj­mo­wa­niu miejsc siedzących i stojących. Przed­sta­wi­cie­le wszyst­kich liczących się mediów do­ma­ga­li się głośno choćby skraw­ka podłogi, gdzie można by usiąść lub stanąć. Ważnia­cy z De­par­ta­men­tu Spra­wie­dli­wości, FBI, Pen­ta­go­nu, CIA, NSA, Białego Domu i z Ka­pi­to­lu wy­wie­ra­li na­ci­ski, żeby za­pew­nić so­bie krzesła, a każdy z nich utrzy­my­wał, że jeśli sta­nie się świad­kiem lin­czu do­ko­ny­wa­ne­go na Jo­elu Back­ma­nie, jego urząd bar­dzo na tym sko­rzy­sta. Kie­dy oskarżony po­ja­wił się w końcu na wy­cze­kującej w napięciu sali roz­praw, tłum na­gle za­marł i słychać było je­dy­nie pro­to­ko­lantkę, przy­go­to­wującą ma­szynę do ste­no­gra­fo­wa­nia.

Back­ma­na do­pro­wa­dzo­no do stołu obro­ny, gdzie nie­wiel­ka ar­mia praw­ników sku­piła się cia­sno wokół nie­go, jak­by spo­dzie­wa­li się kuli wy­strze­lo­nej przez kogoś z ga­wie­dzi na bal­ko­nie. Strzał z pi­sto­le­tu nie za­sko­czyłby ni­ko­go, choć ochronę można było porównać do tej, jaka obo­wiązuje w cza­sie wi­zy­ty pre­zy­denc­kiej. W pierw­szym rzędzie tuż za stołem obro­ny sie­dzie­li Carl Pratt i około tu­zi­na in­nych wspólników albo – jak można by po­wie­dzieć – już wkrótce byłych wspólników Jo­ela Back­ma­na. Prze­szu­ka­no ich bar­dzo sta­ran­nie i były ku temu po­wo­dy. Choć ki­pie­li z nie­na­wiści do tego człowie­ka, trzy­ma­li też za nie­go kciu­ki. Gdy­by umo­wa, jaką jego obro­na za­warła z pro­ku­ra­turą, nie doszła do skut­ku z po­wo­du ja­kie­goś pro­ble­mu za­uważone­go w ostat­niej chwi­li albo bra­ku po­ro­zu­mie­nia, zno­wu sta­li­by się zwie­rzyną łowną z bliską per­spek­tywą pa­skud­nych spraw sądo­wych.

Tym­cza­sem sie­dzie­li w pierw­szym rzędzie wśród pu­blicz­ności, a nie przy sto­le obro­ny, przy którym sa­dza­no oszustów. I co ważne, żyli. Osiem dni wcześniej Jacy Hub­bard, je­den z ich znacz­niej­szych wspólników, zo­stał zna­le­zio­ny mar­twy na cmen­ta­rzu woj­sko­wym w Ar­ling­ton, gdzie po­dob­no popełnił sa­mobójstwo, choć nie­wie­le osób w to uwie­rzyło. Hub­bard za­sia­dał wcześniej w Se­na­cie, re­pre­zen­tując Tek­sas, ale po dwu­dzie­stu czte­rech la­tach po­rzu­cił Kon­gres, żeby zająć się in­nym ro­dza­jem działalności, choć się z tym nie ob­no­sił – a mia­no­wi­cie ofe­ro­wa­niem swo­ich ogrom­nych wpływów temu, kto da więcej. Rzecz ja­sna Joel Back­man nie po­zwo­liłby tak gru­bej ry­bie uciec ze swo­jej sie­ci, dla­te­go on i resz­ta wspólników z kan­ce­la­rii Back­man, Pratt & Bol­ling za­trud­ni­li Hub­barda z pensją mi­lio­na do­larów rocz­nie, bo sta­ry po­czci­wy Jacy mógł wcho­dzić do Ga­bi­ne­tu Owal­ne­go, gdy tyl­ko miał na to ochotę.

Śmierć Hub­bar­da w cu­dow­ny sposób po­mogła Back­ma­no­wi zro­zu­mieć sta­no­wi­sko rządu. Im­pas, który opóźniał ne­go­cja­cje do­tyczące po­ro­zu­mie­nia z pro­ku­ra­turą, na­gle zo­stał przełama­ny. Back­man nie tyl­ko zgo­dził się na dwa­dzieścia lat, lecz także chciał jak naj­szyb­sze­go wy­ko­na­nia wy­ro­ku. Nie mógł się do­cze­kać aresz­tu, w którym będzie chro­nio­ny!

Praw­ni­kiem re­pre­zen­tującym rząd był tam­te­go dnia wy­so­ko po­sta­wio­ny pro­ku­ra­tor z De­par­ta­men­tu Spra­wie­dli­wości, który mając przed sobą tak wiel­ki i pre­stiżowy tłum, mu­siał grać pod pu­bliczkę. Używał trzech słów tam, gdzie jed­no by wy­star­czyło, bo słuchało go zbyt wie­lu lu­dzi. Stał na sce­nie, co było rzad­kością w jego długiej i nud­nej ka­rie­rze, a cały naród pa­trzył. Przystąpił do od­czy­ty­wa­nia aktu oskarżenia mdłym, mo­no­ton­nym głosem i szyb­ko stało się ja­sne, że choć bar­dzo się sta­ra, nie ma ta­len­tu ak­tor­skie­go i prak­tycz­nie żad­ne­go wy­czu­cia dra­ma­ty­zmu. Po ośmiu mi­nu­tach jed­nostajnego mo­no­lo­gu sędzia, spoglądając sen­nie znad oku­larów, po­wie­dział:

– Czy mógłby pan przy­spie­szyć i jed­no­cześnie ści­szyć trochę głos?

Pro­ku­ra­tor przed­sta­wił osiem­naście za­rzutów, po­czy­nając od szpie­go­stwa, a na zdra­dzie sta­nu kończąc. Kie­dy wszyst­kie zo­stały od­czy­ta­ne, każdy, kto był na sali, mu­siał pomyśleć, że Jo­ela Back­ma­na można sta­wiać na równi z Hi­tle­rem. Obrońca na­tych­miast przy­po­mniał sądowi i pu­blicz­ności, że żaden z po­sta­wio­nych za­rzutów nie zo­stał udo­wod­nio­ny i że w rze­czy­wi­stości wysłucha­li de­kla­ma­cji będącej ob­ra­zem bar­dzo ten­den­cyj­ne­go wi­dze­nia tej spra­wy przez stronę rządową. Wyjaśnił też, że jego klient przy­zna się je­dy­nie do czte­rech z osiem­nastu za­rzutów – do­tyczących nie­upo­ważnio­ne­go po­sia­da­nia do­ku­mentów woj­sko­wych. Sędzia prze­czy­tał po­tem całą, bar­dzo długą umowę między oskarżeniem a obroną, i przez dwa­dzieścia mi­nut nikt inny nie od­zy­wał się słowem. Ry­sow­ni­cy zaj­mujący miej­sca w pierw­szym rzędzie szki­co­wa­li tę scenę jak fu­ria­ci, a po­wstałe ry­sun­ki je­dy­nie w mi­ni­mal­nym stop­niu od­da­wały rze­czy­wi­stość.

W tyl­nym rzędzie, obok ob­cych so­bie osób, sie­dział Neal Back­man, naj­star­szy syn Jo­ela. W tam­tej chwi­li nadal był pra­cow­ni­kiem kan­ce­la­rii Back­man, Pratt & Bol­ling, ale wkrótce miało się to zmie­nić. Przyglądał się pro­ce­so­wi w sta­nie szo­ku, nie po­tra­fił uwie­rzyć, że jego kie­dyś bar­dzo wpływo­wy oj­ciec przy­znał się do winy i po­zwa­lał po­grze­bać żyw­cem w fe­de­ral­nym sys­te­mie pe­ni­ten­cjar­nym.

Oskarżony zo­stał we­zwa­ny na miej­sce przed stołem sędziow­skim, skąd pa­trzył z dumą, na jaką było go stać, i nie uni­kał wzro­ku sędzie­go. Pod­czas gdy ad­wo­ka­ci szep­ta­li mu do obu uszu, przy­znał się do czte­rech za­rzutów, a po­tem zo­stał od­pro­wa­dzo­ny na miej­sce. Udało mu się nie nawiązać z ni­kim kon­tak­tu wzro­ko­we­go.

Datę wy­da­nia wy­ro­ku usta­lo­no na nad­chodzący mie­siąc. Kie­dy Back­ma­na sku­to i wy­pro­wa­dzo­no, dla obec­nych na sali stało się ja­sne, że nie zo­sta­nie zmu­szo­ny do wy­ja­wie­nia se­kretów, że na­prawdę będzie umiesz­czo­ny w więzie­niu na bar­dzo długi czas, pod­czas gdy jego kno­wa­nia po­wo­li pójdą w nie­pa­mięć. Tłum z wol­na wsta­wał z miejsc. Dzien­ni­ka­rze mie­li połowę hi­sto­rii, ja­kiej pragnęli. Ważnia­cy z agen­cji wy­szli bez słowa – niektórzy byli za­do­wo­le­ni, że ta­jem­ni­ce zo­stały za­bez­pie­czo­ne, in­nych za­le­wała żółć, że tu­szu­je się przestępstwa. Carl Pratt i pozo­stali udręcze­ni wspólni­cy z kan­ce­la­rii uda­li się do naj­bliższe­go baru.

* * *

Pierw­szy dzien­ni­karz za­dzwo­nił do kan­ce­la­rii o dzie­wiątej rano. Pratt zdążył już uprze­dzić se­kre­tarkę, że spo­dzie­wa się ta­kich te­le­fonów. Miała mówić wszyst­kim, że jest zbyt zajęty w sądzie przy ja­kiejś przedłużającej się spra­wie i nie­wy­klu­czo­ne, że w fir­mie po­ja­wi się do­pie­ro za kil­ka mie­sięcy. Wkrótce li­nie te­le­foniczne zo­stały za­blo­ko­wa­ne i do­brze za­po­wia­dający się dzień pra­cy dia­bli wzięli. Wszy­scy ad­wo­ka­ci i pozo­stały per­so­nel prze­sta­li zaj­mo­wać się ro­botą, pochłonięci bez resz­ty wia­do­mościa­mi o Back­ma­nie. Kil­ko­ro ob­ser­wo­wało fron­to­we drzwi, na wpół ocze­kując upio­ra, który przyj­dzie ich szu­kać.

Sam za za­mkniętymi drzwia­mi, Pratt sączył Krwawą Mary i oglądał dwu­dzie­stocz­te­ro­go­dzin­ne wia­do­mości na kablówce. Szczęściem au­to­kar pełen duńskich tu­rystów zo­stał po­rwa­ny na Fi­li­pi­nach, w prze­ciw­nym ra­zie Joel Back­man stałby się głównym bo­ha­te­rem po­da­wa­nych in­for­ma­cji. Nie­mniej zaj­mo­wał za­szczyt­ne dru­gie miej­sce, co ozna­czało, że spro­wa­dzo­no do stu­dia wszel­kie­go ro­dza­ju eks­pertów, przy­pu­dro­wa­no im nosy i po­sa­dzo­no ich w światłach re­flek­torów, żeby ple­tli bez końca bzdu­ry o le­gen­dar­nych grze­chach tego człowie­ka.

Były szef szta­bu z Pen­ta­go­nu na­zwał ułaska­wie­nie „po­ten­cjal­nym cio­sem wy­mie­rzo­nym w bez­pie­czeństwo na­ro­do­we”. Eme­ry­to­wa­ny sędzia fe­de­ral­ny, wyglądający aż nad­to prze­ko­nująco na swo­je dzie­więćdzie­siąt kil­ka lat, określił je – co było do prze­wi­dze­nia – jako „pomyłkę”. Nie­daw­no wy­bra­ny se­na­tor ze sta­nu Ver­mont przy­znał, że nie­wie­le wie o skan­da­lu związa­nym z Back­ma­nem, nie­mniej bar­dzo en­tu­zja­stycz­nie pod­cho­dził do swo­jego występu w te­le­wi­zji i za­po­wie­dział, że zgłosi wnio­sek o prze­pro­wa­dze­nie wszel­kie­go ro­dza­ju do­cho­dzeń. Ano­ni­mo­wy urzędnik Białego Domu po­wie­dział, że nowy pre­zy­dent jest „zupełnie wytrącony z równo­wa­gi” tym ułaska­wie­niem i ma za­miar do­brze się mu przyj­rzeć, co­kol­wiek to ozna­czało.

I tak da­lej, i tak da­lej. Pratt przy­go­to­wał so­bie drugą Krwawą Mary.

Szu­kając sen­sa­cji „ko­re­spon­dent” – a nie zwy­czaj­ny „re­por­ter” – wyciągnął ma­te­riał o se­na­to­rze Ja­cym Hub­bar­dzie. Pratt sięgnął po pi­lo­ta. Pogłośnił dźwięk, kie­dy wiel­kie zdjęcie twa­rzy Hub­bar­da po­ja­wiło się na ekra­nie. Były se­na­tor zo­stał zna­le­zio­ny z kulą w głowie na ty­dzień wcześniej, za­nim Back­man przy­znał się do winy. To, co w pierw­szej chwi­li wyglądało na sa­mobójstwo, zo­stało później uzna­ne za mor­der­stwo, choć po­li­cja nie miała żad­ne­go po­dej­rza­ne­go. Pi­sto­let był nie­ozna­ko­wa­ny i praw­do­po­dob­nie skra­dzio­ny. Hub­bar­da zna­no z zamiłowa­nia do po­lo­wań, ale nig­dy nie używał bro­ni krótkiej. Pozo­stałości pro­chu na jego pra­wej ręce zaczęły bu­dzić wątpli­wości. Sek­cja zwłok ujaw­niła wy­so­kie stężenie al­ko­ho­lu i bar­bi­tu­ranów w or­ga­ni­zmie. Al­ko­ho­lu można się było spo­dzie­wać, mało kto jed­nak dawał wiarę, że Hub­bard mógłby sięgnąć po nar­ko­ty­ki. Kil­ka go­dzin wcześniej wi­dzia­no go z atrak­cyjną młodą ko­bietą w ba­rze w Geo­r­ge­town, co też było dla nie­go ty­po­we.

Prze­ważała teo­ria, że młoda ko­bie­ta do­sy­pała mu wy­star­czająco dużo nar­ko­ty­ku do drin­ka, żeby stra­cił przy­tom­ność, a po­tem prze­ka­zała go za­wo­do­wym zabójcom. Zo­stał prze­wie­zio­ny w od­lud­ne miej­sce na cmen­tarz woj­sko­wy w Ar­ling­ton, gdzie wpa­ko­wa­no mu w głowę kulkę. Ciało se­na­to­ra leżało na gro­bie jego bra­ta, wie­lo­krot­nie od­zna­czo­ne­go bo­ha­te­ra woj­ny w Wiet­na­mie. Wzru­szający ak­cent, lecz ci, którzy zna­li go do­brze, twier­dzi­li, że rzad­ko wspo­mi­nał o ro­dzi­nie, a wie­le osób nic nie wie­działo o jego zmarłym bra­cie.

Choć nikt nie mówił tego głośno, po­dej­rze­wa­no, że Hub­bar­da za­bi­li ci sami lu­dzie, którzy chcie­li również sprzątnąć Jo­ela Back­ma­na. Całe lata po­tem Carl Pratt i Kim Bol­ling płaci­li poważne sumy za­wo­do­wym ochro­nia­rzom, na wy­pa­dek gdy­by ich na­zwi­ska znaj­do­wały się na tej sa­mej liście. Naj­wy­raźniej jed­nak tak nie było. Szczegóły brze­mien­ne­go w skut­ki układu, który przy­gwoździł Back­ma­na i przez który zginął Hub­bard, zna­li obaj, Pratt i Bol­ling, ale z cza­sem Pratt po­lu­zo­wał ochronę wokół sie­bie, choć nadal wszędzie nosił ze sobą ru­ge­ra.

* * *

Tym­cza­sem Back­man był już da­le­ko, a od­ległość ta rosła z każdą mi­nutą. Co dziw­ne, on także myślał o Ja­cym Hub­bar­dzie i lu­dziach, którzy mo­gli go zabić. Miał mnóstwo cza­su na myśle­nie – czter­naście go­dzin na składa­nej pry­czy w hur­koczącym sa­mo­lo­cie trans­por­to­wym zde­cy­do­wa­nie otępiało wszyst­kie zmysły, w każdym ra­zie w przy­pad­ku nor­mal­ne­go człowie­ka. Nie­mniej dla człowie­ka do­pie­ro co wy­pusz­czo­ne­go z więzie­nia po sześciu la­tach za­mknięcia w izo­lat­ce lot był sty­mu­lujący.

Kto­kol­wiek zabił Jacy’ego Hub­bar­da, z pew­nością chciałby zabić też Jo­ela Back­ma­na. Wstrząsany tur­bu­len­cja­mi na wy­so­kości sied­miu tysięcy metrów Back­man za­da­wał so­bie bar­dzo poważne py­ta­nia. Kto przy­czy­nił się do jego ułaska­wie­nia? Gdzie pla­no­wa­li go ukryć? Kim dokład­nie byli ci „oni”?

Nie ma co mówić, przy­jem­ne py­ta­nia. Nie­całe dwa­dzieścia czte­ry go­dzi­ny wcześniej jego naj­ważniej­sze dy­le­ma­ty brzmiały: Czy próbują zagłodzić mnie na śmierć? Za­mro­zić mnie? Czy po­wo­li tracę ro­zum w tej celi nie­całe dwa na dwa me­try? A może tracę go gwałtow­nie? Czy kie­dy­kol­wiek zo­baczę wnu­ki? A chcę tego?

Nowe py­ta­nia bar­dziej mu się po­do­bały, choć kryły się za nimi pro­ble­my. Ale będzie mógł przy­najm­niej cho­dzić gdzieś uli­ca­mi, od­dy­chać świeżym po­wie­trzem, czuć na skórze ciepło słońca, a może na­wet przy­siąść w ja­kiejś ka­fej­ce i napić się moc­nej kawy.

Miał kie­dyś klien­ta, bo­ga­te­go im­por­te­ra ko­ka­iny, który wpadł w pułapkę za­sta­wioną przez agencję do wal­ki z nar­ko­ty­ka­mi. Klient oka­zał się tak cen­nym łupem, że fe­de­ral­ni za­pro­po­no­wa­li mu nowe życie pod no­wym na­zwi­skiem i nową twarz, jeśli za­ka­blu­je Ko­lum­bij­czyków. I za­ka­blo­wał, a po ope­ra­cji pla­stycz­nej na­ro­dził się na nowo w północ­nej części Chi­ca­go, gdzie zaczął pro­wa­dzić nie­wielką księgar­nię. Wie­le lat później Joel od­wie­dził go tam i stwier­dził, że były klient zapuścił kozią bródkę, pali fajkę i wygląda na prag­ma­tycz­ne­go in­te­lek­tu­alistę. Miał nową żonę i trzech pa­sierbów, a Ko­lum­bij­czy­cy nig­dy go nie wy­tro­pi­li.

Świat jest całkiem duży. Ukry­cie się nie po­win­no być ta­kie trud­ne.

Joel za­mknął oczy, wsłuchi­wał się w mia­ro­wy war­kot czte­rech sil­ników i usiłował wmówić so­bie, że dokądkol­wiek zmie­rza, nie będzie żył jak człowiek, który bez prze­rwy ucie­ka. Przy­sto­su­je się, prze­trwa, nie będzie żył w stra­chu.

Tym­cza­sem dwie pry­cze da­lej to­czyła się przytłumio­na roz­mo­wa między dwo­ma żołnie­rza­mi, którzy wy­mie­nia­li opo­wieści o wszyst­kich dziew­czy­nach, ja­kie mie­li. Joel pomyślał o Mo, do­no­si­cie­lu na mafię, który zaj­mo­wał przez ostat­nie czte­ry lata celę obok i był je­dy­nym człowie­kiem, z którym mógł gadać przez mniej więcej dwa­dzieścia dwie go­dzi­ny na dobę. Nie wi­dział go, ale słysze­li się na­wza­jem przez szyb wen­ty­la­cyj­ny. Mo nie tęsknił za ro­dziną, przy­ja­ciółmi, sąsia­da­mi albo za je­dze­niem, pi­ciem lub światłem słońca. Mo mówił wyłącznie o sek­sie. Opo­wia­dał mu długie, pełne szczegółów hi­sto­rie o swo­ich eska­pa­dach. Opo­wia­dał też dow­ci­py, naj­bar­dziej ob­sce­nicz­ne, ja­kie Joel słyszał w życiu. Pisał na­wet wier­sze o daw­nych ko­chan­kach, or­giach i własnych fan­ta­zjach.

Nie będzie mu bra­ko­wało Mo i jego wy­obraźni.

Wbrew chęciom zasnął po­now­nie.

Pułkow­nik Gant­ner szar­pał go za ramię i szep­tał głośno:

– Ma­jo­rze He­rzog, ma­jo­rze He­rzog. Mu­si­my po­roz­ma­wiać.

Back­man zwlókł się z pry­czy i ru­szył ciem­nym za­gra­co­nym przejściem między dwo­ma rzędami pry­czy, by wejść za pułkow­ni­kiem do nie­wiel­kie­go po­miesz­cze­nia znaj­dującego się bliżej kok­pi­tu.

– Proszę usiąść – po­wie­dział Gant­ner.

Po­chy­li­li się nad nie­wiel­kim me­ta­lo­wym bla­tem sto­li­ka.

Gant­ner trzy­mał w ręce teczkę z pa­pie­ra­mi.

– Zro­bi­my tak – zaczął. – Wylądu­je­my mniej więcej za go­dzinę. Zgod­nie z pla­nem po­wi­nien być pan cho­ry, tak cho­ry, że na lot­ni­sku będzie cze­kała ka­ret­ka ze szpi­ta­la woj­sko­we­go w ba­zie. Włosi sprawdzą pa­pie­ry ru­ty­no­wo i po­bieżnie, ale nie wy­klu­czam, że będą chcie­li pana obej­rzeć. Naj­praw­do­po­dob­niej jed­nak nie. Będzie­my w ame­ry­kańskiej ba­zie woj­sko­wej, żołnie­rze bez prze­rwy tam przy­jeżdżają i równie często stamtąd wyjeżdżają. Mam dla pana pasz­port. Biorę na sie­bie roz­mowę z Włocha­mi, a po­tem zo­sta­nie pan za­wie­zio­ny ka­retką do szpi­ta­la.

– Włosi?

– Tak. Słyszał pan kie­dyś o ba­zie lot­ni­czej w Avia­no?

– Nie.

– Tak myślałem. Jest w ame­ry­kańskich rękach, odkąd prze­go­ni­liśmy stąd Niemców w tysiąc dzie­więćset czter­dzie­stym piątym. To w północ­no-wschod­niej części Włoch, bli­sko Alp.

– Brzmi cu­dow­nie.

– Jest w porządku, ale to jed­nak baza woj­sko­wa.

– Jak długo w niej zo­stanę?

– To nie zależy ode mnie. Ja mam je­dy­nie prze­ka­zać pana z sa­mo­lo­tu do ka­ret­ki. Na miej­scu zaj­mie się pa­nem ktoś inny. Na wszel­ki wy­pa­dek niech się pan za­po­zna z życio­ry­sem ma­jo­ra He­rzo­ga.

Joel spędził kil­ka mi­nut na czy­ta­niu fik­cyj­ne­go bio­gra­mu ma­jo­ra He­rzo­ga i za­pa­mięty­wa­niu szczegółów z fałszy­we­go pasz­por­tu.

– Niech pan pamięta, jest pan bar­dzo cho­ry i ogłupiały po środ­kach prze­ciwbólo­wych – dodał Gant­ner. – Proszę uda­wać, że jest pan w śpiączce.

– Byłem w śpiączce przez sześć lat.

– Napiłby się pan kawy?

– Która jest go­dzi­na tam, dokąd le­ci­my?

Gant­ner spoj­rzał na ze­ga­rek i szyb­ko po­li­czył.

– Po­win­niśmy wylądować około pierw­szej w nocy.

– Bar­dzo chętnie na­piję się kawy.

Pułkow­nik podał mu pa­pie­ro­wy ku­bek i ter­mos, a po­tem wy­szedł.

Po cza­sie po­trzeb­nym na wy­pi­cie dwóch kubków Joel po­czuł, że sil­ni­ki zmniej­szyły moc. Wrócił na pryczę i usiłował się zdrzemnąć.

* * *

Gdy C-130 za­trzy­mał się na płycie lot­ni­ska, woj­sko­wy am­bu­lans za­par­ko­wał tyłem w bli­skiej od­ległości przed rampą. Od­działy wy­cho­dziły wol­no z sa­mo­lo­tu. W większości byli to na wpół śpiący jesz­cze żołnie­rze. No­sze na kółkach z ma­jo­rem He­rzo­giem zje­chały po ram­pie i zo­stały ostrożnie załado­wa­ne do ka­ret­ki. Znaj­dujący się naj­bliżej włoski urzędnik sie­dział w woj­sko­wym je­epie Ame­ry­kanów i przyglądał się temu bez prze­ko­na­nia, sta­rając się jakoś roz­grzać. Ka­ret­ka od­je­chała bez spe­cjal­ne­go pośpie­chu i pięć mi­nut później no­sze z ma­jo­rem He­rzo­giem zo­stały wto­czo­ne do nie­wiel­kie­go szpi­ta­la w ba­zie i usta­wio­ne w małej sal­ce na pierw­szym piętrze, pil­no­wa­nej przez dwóch żan­darmów woj­sko­wych.

Roz­dział 4

Szczęściem dla Back­ma­na, choć on sam o tym nie wie­dział i nie było po­wo­du, żeby miało to dla nie­go ja­kieś zna­cze­nie, ustępujący pre­zy­dent w ostat­niej go­dzi­nie urzędo­wa­nia ułaska­wił również pod­sta­rzałego mi­liar­de­ra, który uciekł przed więzie­niem, wyjeżdżając z kra­ju. Ów mi­liar­der, imi­grant z ja­kiegoś słowiańskie­go państwa, jako młody chłopak miał możliwość zmia­ny na­zwi­ska przy wjeździe do Stanów wie­le dzie­sięcio­le­ci wcześniej i zde­cy­do­wał się na przy­bra­nie tytułu księcia Mon­go. Książę prze­ka­zał na kam­pa­nię wy­borczą Mor­ga­na ogrom­ne sumy pie­niędzy. Kie­dy wyszło na jaw, że do­ro­bił się majątku na uni­ka­niu płace­nia po­datków, ujaw­nio­no także, że spędził kil­ka nocy w Sy­pial­ni Lin­col­na, gdzie przy kie­lisz­ku on i pre­zy­dent roz­ma­wia­li przy­ja­ciel­sko o grożącym mu pro­ce­sie sądo­wym. Zgod­nie ze słowa­mi trze­ciej oso­by, która była przy tym obec­na, młodej pin­dy, będącej aku­rat piątą żoną księcia, pre­zy­dent obie­cał wy­wrzeć na­cisk na urząd po­datkowy i za­tu­szo­wać sprawę. Ale tak się nie stało. Akt oskarżenia li­czył trzy­dzieści osiem stron, nie­mniej za­nim ostat­nia kart­ka wy­sunęła się z dru­kar­ki, mi­liar­der, tyle że bez żony nu­mer pięć, roz­lo­ko­wy­wał się już w re­zy­den­cji w Uru­gwa­ju, skąd grał na no­sie ame­ry­kańskie­mu wy­mia­ro­wi spra­wie­dli­wości. Za­miesz­kał w pałacu z przyszłą żoną nu­mer sześć.