Wydawca: Wydawnictwo Kobiece Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 605 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ukryty rękopis - Lauren Belfer

Pasjonująca opowieść o dwóch kobietach i tajemniczym arcydziele, które odmieni ich życie na zawsze

W zrujnowanych wojną Niemczech amerykański żołnierz Henry Sachs znajduje w opuszczonej rezydencji stary rękopis muzyczny, który chce wziąć na pamiątkę. Na jego drodze staje dziewczyna, którą oszołomiony mężczyzna zabija i ucieka.

Sześćdziesiąt lat później siostrzenica Henry’ego, Susanna Kessler stara się otrząsnąć po napadzie, który spotyka ją na ulicach Nowego Jorku. Niedługo potem jej ukochany wuj umiera, a kiedy Susanna porządkuje jego rzeczy, odkrywa tajemniczy rękopis. Kobieta postanawia dowiedzieć się, do kogo należał i zwrócić go prawowitemu właścicielowi.

Wkrótce Susanna wyruszy w podróż, dzięki której pozna prawdziwą historię własnej rodziny. Zanim to jednak nastąpi, będzie musiała odkryć sekrety berlińskich salonów z końca XVIII wieku, gdzie brylowała Sara Itzig Levy, wirtuozka i kolekcjonerka dzieł muzycznych. To właśnie ona ukryła niebezpieczny rękopis Bacha. Nie wiedziała jednak, że to dzieło i jego niepokojące przesłanie staną się klątwą dla niej i jej rodziny na wiele pokoleń.

__

"Fascynująca mieszanka faktów i fikcji… Napisana na podstawie imponujących badań, ta niezwykła powieść obejmuje całe stulecia i kontynenty, dotyka Holokaustu i służy jako panegiryk dla muzyki Bacha". – Booklist

Opinie o ebooku Ukryty rękopis - Lauren Belfer

Fragment ebooka Ukryty rękopis - Lauren Belfer

Michaelowi

Wieczorem słychać czyjeś kroki – ale nikogo nie widać. – Adam Zagajewski

Nienapisana elegia dla Żydów krakowskich

Prolog

Niemcy, amerykańska strefa okupacyjna

Maj 1945 roku

Wcale nie chciał jej zabić.

Popołudnie zaczęło się dość miło, biorąc pod uwagę, że przecież znajdowali się w spustoszonych przez wojnę Niemczech tuż po ich kapitulacji. Kapral Henry Sachs opierał się o balustradę zrujnowanego zamku, podziwiając dym unoszący się w słonecznym blasku; naszła go refleksja, że życie układa się całkiem nieźle. Nagle poczuł smagnięcie chłodnego wiatru. Z miejsca, w którym stał, roztaczał się widok na dolinę, wiele kilometrów w głąb. Wysoko w powietrzu krążyły jastrzębie, iglice kościołów świadczyły o obecności wsi i miast. Na odległych wzgórzach sterczało kilka zamków.

Wojna się skończyła. Przeżył. Trudno było domagać się czegoś więcej, zresztą wcale nie miał takiego zamiaru. Liczył dwadzieścia jeden lat i był pełen animuszu, jak sam powiadał. Miał sto siedemdziesiąt pięć centymetrów wzrostu (no dobrze, w butach), ciemne włosy i piwne oczy, emanował łagodnością oraz pewną aurą niefrasobliwości; uważał, że przypomina Humphreya Bogarta. Do armii zaciągnął się w 1942 roku, dzień po ukończeniu liceum, i szczycił się, że to on wybrał służbę wojskową, a nie odwrotnie.

Dziś również postępował według własnej woli. Trzecia Armia planowała się wkrótce wycofać, a tę część Niemiec mieli przejąć Sowieci. Zanim jednak Amerykanie powiedzą ostateczne auf Wiedersehen, Henry zapragnął trochę pozwiedzać. Do towarzystwa skaptował swojego najlepszego kumpla, Pete’a Galinsky’ego, który dreptał teraz tam i z powrotem, aby mieć jak najlepszy widok. Pożyczyli sobie – by tak to ująć – wojskowego jeepa i wyruszyli w drogę. Odwiedzali średniowieczne miasteczka, oglądali stare kościoły. Za czekoladę i papierosy, obecnie obowiązującą walutę, zjedli obiad w zamożnym gospodarstwie rolnym, gdzie przekomarzali się z miejscowymi dziećmi; Henry zauważył, że nigdzie nie było widać ani jednego dorosłego mężczyzny.

Spojrzał na zegarek. Dochodziła szesnasta. – Ruszajmy z powrotem – powiedział. „Z powrotem” oznaczało Weimar, miasto, w którym stacjonowali.

– Słusznie – zgodził się Pete.

Henry cisnął niedopałek papierosa za balustradę. Wrócili do jeepa, Sachs usiadł za kierownicą. Galinsky nawigował, badając pilnie mapę i co chwila sprawdzając balansujący na jego kolanie kompas. Choć miał dwadzieścia lat, wyglądał na pięćdziesiąt. Jego pociągła, szczupła twarz pasowała do długiego i chudego ciała. Pochodził z Buffalo w stanie Nowy Jork, gdzie ze szkoły średniej przeszedł od razu do pracy w rodzinnym sklepie odzieżowym. Armia w swojej mądrości uznała, że powinien zostać wojskowym mechanikiem i przeszkoliła Pete’a, aby naprawiał ciężarówki.

Szybko znaleźli się z powrotem na głównej szosie. Gdy objechali zbocze wzgórza, otworzyła się przed nimi rozległa panorama okolicy: łąki ciągnęły się w nieskończoność. Henry mocno docisnął pedał gazu, poczuł się wolny. Wiatr, który uderzał go w twarz, pachniał żyznością i bogactwem urodzaju. Wciągnął głęboko powietrze, napełniając płuca. Wojna w Europie dobiegła końca. Zwyciężyli ci, którzy powinni, ci dobrzy. Ogarnęło go uniesienie. Poczucie triumfu. Był niezwyciężony.

– Stąd już cały czas prosto – odezwał się Pete. – Będziemy mieć czas zwiedzić po drodze pałac Tiefurt.

Godziny otwarcia pałacu (jeśli jakieś obowiązywały) ich nie dotyczyły, ponieważ Henry mówił po niemiecku jak tubylec, dodatkowo dysponował pokaźnym zapasem czekolady i papierosów w plecaku, zdolnych przełamać każdy opór. Sachs urodził się na Brooklynie, gdzie jego rodzina posiadała sklep obuwniczy, ale ojciec pochodził z Prus Wschodnich, matka zaś z Kraju Sudetów. W domu rozmawiało się po niemiecku, a niuansów gramatyki tego języka Henry nauczył się w liceum. Wojnę spędził jako tłumacz zatrudniony w jednostce wywiadu.

– Zamek i park Tiefurt, dawna letnia rezydencja księżnej Anny Amalii… – Pete czytał na głos fragment przewodnika Baedekera, podarunek od ojca Henry’ego, który ten otrzymał w dniu zaokrętowania.

Wyjeżdżając do Ameryki, matka Sachsa pozostawiła w Sudetach swoją liczną rodzinę, zamieszkałą w mieście Eger. Często wymieniała z jej członkami listy i fotografie. Henry nigdy nie poznał żadnej z tych osób, choć znał je ze zdjęć: przepiękną kuzynkę Shoshannę z włosami zebranymi w kucyk; ciotkę Chanę o krągłej twarzy i równie krągłym ciele, i zimą, i latem zawsze ubraną w futro, przynajmniej na fotografiach; wuja Maxa, który stał dumnie przed rodzinnym sklepem pasmanteryjnym; kuzyna Jakoba, swojego rówieśnika, noszącego grube okulary i czytającego jakąś książkę; najmłodszego kuzyna Franza o jasnoblond włosach w tyrolskim kaftanie. Franz trzymał za rękę starego dziadka Abrahama i spoglądał w aparat fotograficzny z przestrachem. Abraham patrzył na chłopca z uśmiechem pełnym miłości i pobłażania, który sprawiał, że Henry czuł się prawie zazdrosny. Abraham był bowiem również jego dziadkiem.

Po wybuchu wojny matka przestała otrzymywać jakiekolwiek listy i zdjęcia od swojej rodziny.

Henry zerknął na swojego towarzysza. Czy Pete miał krewnych w Europie ogarniętej zawieruchą wojenną? Nie mógł go o to zapytać. Oczywiście, bardzo często żartowali sobie ze swoich rodzinnych miejscowości i drużyn bejsbolowych (Henry z Brooklyn Dodgers, natomiast Pete z New York Yankees, ponieważ jego rodzinne miasto nie miało własnej drużyny pierwszoligowej).

Ale dopytywanie się o sprawy naprawdę ważne? Co to, to nie.

Koledzy trochę dokuczali obu chłopakom z powodu ich żydowskiego pochodzenia, ale nie bardziej niż, powiedzmy, Irlandczykom znoszącym docinki za to, że są Irlandczykami. Można być antyirlandzkim, antywłoskim, antykatolickim, antyżydowskim, antymurzyńskim – nieważne. Ważne, że Ameryka jest dla wszystkich i zazwyczaj nikogo z wyżej wymienionych powodów nie mordowano, przynajmniej wtedy, gdy miało się białą barwę skóry. Zanim wstąpił do wojska, Henry słyszał krążące po ulicach pogłoski o żydowskich dekownikach, gdy jednak sam przywdział mundur, położył im kres. Wyżsi rangą oficerowie, dla których pracował jako tłumacz, opowiadali kawały o parszywych i podłych Żydach, o prezydencie Rosenfeldzie i jego „Jew Deal”, same typowe bzdury. Henry dusił gniew głęboko w sobie, ponieważ funkcja tłumacza na dalekich tyłach była o niebo lepsza niż rola mięsa armatniego na pierwszej linii frontu.

– Droga do pałacu Tiefurt będzie po lewej, tuż przed centrum miasta – powiedział Pete.

Oczywiście, po zaciągnięciu się do wojska nie było Henry’emu łatwo, przynajmniej na początku. W trakcie unitarki miał do czynienia z grupą chłopaków z małego miasta (są w ogóle jacyś inni chłopcy na tym świecie?) w stanie Arkansas. Nigdy w życiu nie widzieli na oczy Żyda i zadawali Henry’emu pytania o to, czy ma rogi i ogon, zwykłe, stare jak świat oszczercze kpiny. Bo co, chłopaczki, serio chcecie przylukać? – odpowiadał Henry swym najlepszym brooklińskim akcentem ulicznego zabijaki. Oczywiście nie chcieli.

– Za chwilę powinien być ten zakręt – powtórzył Pete.

Dotarli już do przedmieść Weimaru. Okolica wyglądała przygnębiająco. Kiedyś, przed tym jak alianci zbombardowali miasto i zanim jeszcze doszło do bitwy o kontrolę nad nim, musiała się tu znajdować dzielnica przemysłowa. W asfalcie widniały dziury wielkości czołgu. W wielkich połaciach błota zalegały zerwane elektryczne druty. W oddali majaczyła wieża weimarskiego zamku Schloss, ale przedostanie się tam zdawało się teraz dość problematyczne.

– Może na dziś wystarczy? – zaproponował Henry.

– Bez obaw – odrzekł Pete. – To niedaleko. Pałac Tiefurt, kiedy znowu będziemy mieli okazję tu być?

Zbliżali się do centrum miasta. Budynki municypalne znajdowały się po prawej, po lewej widzieli strome wzgórze. Boczna droga wiodła w górę zbocza. Podjąwszy błyskawiczną decyzję, Henry w nią skręcił. Pete miał w końcu rację – czy będą mieli jeszcze szansę tu powrócić? Przełączył bieg na jedynkę, żeby dać jeepowi więcej mocy. Na szczycie wzgórza wyrósł przed nimi kościół. Sachs skręcił ostro w lewo, nie miał innego wyjścia.

– Jasna cholera – rzucił Pete.

Henry zgodził się z tą uwagą.

Widzieli teraz przed sobą spokojną dzielnicę mieszkalną, szeroką ulicę, przy której stały kamienne domy z zielonymi trawnikami i wysokimi drzewami. Budynki miały po cztery kondygnacje, ozdobne kolumny, rzeźbione drzwi frontowe i bramy z kutego żelaza. Małe dworki.

Henry wolno jechał ulicą. Mimo swych wielkich rozmiarów domy zajmowały ciasne posesje. Jeden pałacyk za drugim niby kamienne olbrzymy skupione blisko siebie. Sachs poczuł dziwny niepokój. Ta dzielnica nie została zbombardowana, ale domy wyglądały na opuszczone. Okiennice pozamykano, natomiast te okna, które były ich pozbawione, zabito deskami od wewnątrz. Niekoszona trawa wyrosła bujnie, ogrody również sprawiały wrażenie zaniedbanych. Henry spędził już w tym poronionym kraju dość czasu, by wiedzieć, że Niemcy lubią mieć przystrzyżoną murawę, a ogródki schludnie ogarnięte.

– Zauważyłeś, że wokół tych domów jest bardzo mało terenu? – zapytał Pete. – To znaczy, że ziemia musi być bardzo droga, skoro buduje się jeden pałacyk zaraz obok drugiego.

– Skąd wiesz o takich rzeczach?

– Kiedyś do naszego sklepu przyszedł jeden facet, chciał kupić smoking. Pracował w nieruchomościach. Uważał się za grubą rybę. On mówił, ja słuchałem.

Czyżby to miała być przyszłość Pete’a – sprzedawanie ubrań w Buffalo, zadowalanie klientów umiejętnością słuchania ich gadaniny? Henry pragnął od życia czegoś więcej, choć sam nie bardzo wiedział, czego.

– Wygląda na to, że ulica została ewakuowana – ciągnął Pete. – Bogacze wyjechali, zanim wejdą Rosjanie. A może mieszkały tu jakieś nazistowskie szychy, a teraz chowają się po strychach?

– Niewykluczone. – Henry zaparkował na poboczu, jakby zamierzali odwiedzić znajomych. – Rozejrzyjmy się trochę. – Wysiadł z jeepa i zabrał swój plecak.

– Jeep nie będzie tu bezpieczny – zaprotestował Pete.

– Dajże spokój, mamusiu. Nic mu się nie stanie – odparł Sachs, chociaż zdawał sobie sprawę, że faktycznie nie jest bezpiecznie, szczególnie dla zapasowego koła i szwabskich kanistrów na benzynę. – Nie będzie nas tylko pięć minut.

Pete wzruszył ramionami, ale podążył w ślad za kolegą. Z hełmami na głowach i karabinami szli opustoszałą ulicą. Przyglądając się pałacykom, Henry zauważył, że te po lewej zbudowano równolegle do grzbietu wzgórza z widokiem na zieloną dolinę. Po jej drugiej stronie grunt wznosił się stromo, gęsto porośnięty drzewami. Cały ten pejzaż pławił się w pomarańczowym świetle późnego popołudnia.

Kiedy dotarli do jakiegoś domu bez ogrodzenia, Henry wszedł na trawnik, chcąc uzyskać lepszy widok na okolicę. Jaskrawość padających pod niskim kątem promieni słonecznych w połączeniu z wielkimi, szarymi chmurami na czystym błękitnym niebie przywodziły na myśl słowa Na początku Bóg stworzył niebo i ziemię. Sachs nie był człowiekiem religijnym, podobnie jak jego rodzice, ale w wieku trzynastu lat odbył swoją bar micwę tak na wszelki wypadek, jak ujmowała to matka. Widząc dolinę wypełnioną światłem, Henry poczuł dziwne duchowe przyciąganie, coś, czego nigdy wcześniej nie doświadczył.

Pomyślał: czy obóz koncentracyjny w Buchenwaldzie jest gdzieś właśnie tam, po drugiej stronie pasma wzgórz? Buchenwald znaczył po niemiecku tyle co „bukowy las”, ale nie było to miejsce nadające się do leśnych spacerów. Obóz zbudowano na polanie na szczycie wzgórza sześć kilometrów od Weimaru. Ponieważ Henry znał język niemiecki i pracował dla wywiadu wojskowego, skierowano go do oprowadzania tutejszych mieszkańców po obozie i podsłuchiwania ich rozmów. Na wizyty te stateczni mieszkańcy Weimaru przywdziewali swoją najlepszą niedzielną odzież. Panie chodziły na sztywnych, wysokich obcasach, na głowach miały filcowe kapelusze, w rękach skórzane torebki. Mężczyźni (wszyscy powyżej wieku poborowego) zakładali garnitury i krawaty bądź tweedowe marynarki z kamizelką. Do tego równie obowiązkowy krawat. Oni także nosili kapelusze. Jadąc do obozu ciężarówkami, większość dowcipkowała i śmiała się głośno, jakby czekał ich letni, wakacyjny wypad.

Kiedy docierali na miejsce, witały ich puste spojrzenia więźniów – wolno przesuwających się szkieletów – którzy przeżyli obóz. Zwiedzający oglądali stosy ciał, ręce i nogi wystające pod niedorzecznym kątem. Patrząc na te stosy nagich męskich zwłok, nastoletnie dziewczęta zakrywały twarze dłońmi, aby ukryć nerwowy chichot. Kobiety osłaniały usta i nosy chusteczkami, chroniąc się przed smrodem. Henry miał ochotę wyrwać im te chusteczki i wciskać te tłuste twarze prosto w gnijące trupy.

Ów smród obozu prześladował Sachsa nieustannie, dzień i noc przyprawiał o mdłości.

Henry musiał odgrywać rolę przewodnika po Buchenwaldzie dla pięciuset osób. Czasem fakt, że rozumiał niemiecki, okazywał się torturą i przekleństwem. Do diabła z tymi wszystkimi kłamstwami, jakie Niemcy wciskali amerykańskim żołnierzom, że nie mieli pojęcia o istnieniu obozu. Na litość boską, przecież wielu z nich tu pracowało. Miejscowi właściciele sklepów spożywczych dostarczali żywność dowódcom obozu i ich rodzinom, a także strażnikom. Mieszkańcy Weimaru podróżowali tą samą kolejką podmiejską, co nieszczęśnicy zmierzający prosto do obozu. „Turyści” oprowadzani przez Henry’ego rozmawiali między sobą o popiołach rozwiewanych przez wiatry, które unosiły się nad miastem, pozostawiając szarobiały pył na parapetach i schodach przed domami. Obywatele Weimaru doskonale wiedzieli, skąd się te popioły biorą: z krematorium w Buchenwaldzie.

Oprowadzani przez Henry’ego ludzie sądzili zapewne, że ich przewodnik mówi po niemiecku zbyt słabo, aby zrozumieć treść ich rozmów. Ale Sachs je rozumiał. Każde wypowiedziane słowo. Dowiedział się między innymi, że weimarski Hauptbahnhof, czyli główny dworzec kolejowy, stanowił punkt tranzytowy dla jeńców wysyłanych na Wschód. Wchodząc na stację, widziało się stare kobiety, małe dzieci, matki i ojców z całej Europy, jak przesiadali się z jednego pociągu do drugiego. Tysiące, tysiące cywili wciskanych do bydlęcych wagonów zmierzających na Wschód, gdzie było naprawdę źle. A przynajmniej takie krążyły pogłoski. Henry wiedział, iż są one prawdziwe. Buchenwald był przede wszystkim obozem pracy niewolniczej, nie fabryką śmierci jak wiele innych tego typu miejsc na Wschodzie, o których słyszał. Na Wschodzie zabijano ludzi trującym gazem, a ich zwłoki palono. W Buchenwaldzie nie było komór gazowych. A mimo to, kiedy zmusza się ludzi do morderczej pracy ponad siły, nie dając im wystarczająco dużo jedzenia, nie oglądając się na chorych, gdy z powodu różnych uchybień – wyimaginowanych i rzeczywistych – wiesza się ich i rozstrzeliwuje, trzeba się liczyć z górą trupów tak wysoką, że obozowe krematorium nie nadąża z ich spalaniem.

Stojąc pod grzbietem wzgórza i wpatrując się w krajobraz, Henry zaczął zadawać sobie nieuchronne pytanie: skoro Bóg stworzył świat i wszystko, co w nim jest, jak kiedyś Henry’ego uczono, czy to znaczy, że stworzył również Buchenwald?

Nie. Nie. Daj już sobie z tym spokój, Sachs polecił sobie w myślach. Wojna jest skończona, udało mi się wyjść z niej cało. Dzisiaj zwiedzają okolicę jak normalni ludzie w obcym kraju. Przy odrobinie szczęścia wkrótce wrócą do domu. Wyobraził sobie zwykły dzień na Coney Island, piasek pod stopami, słony posmak oceanu unoszący się w powietrzu. Za chwilę wbiegnie do wody i pozwoli, aby zmyła zeń wszystkie okropne wspomnienia.

Oczyma wyobraźni ujrzał siebie za stołem w jadalni, siedzącego razem z rodzicami i młodszą siostrą Evelyn. Miała obecnie siedem lat, bez przerwy coś czytała, przynajmniej według listu, który Henry dostał od matki. Była śliczna. Przechowywał jej zdjęcie w portfelu. Kiedy wróci i odpocznie, zadzwoni do paru dziewczyn, które znał jeszcze z szkoły średniej. Dowie się, jak potraktowały je minione lata. Jest przecież weteranem, a zgodnie z nową ustawą za studia zapłaci mu wojsko; otworzy się przed nim wspaniała przyszłość. Dziewczyny będą szaleć.

Wyobraził sobie, jak dostaje się na Brooklyn College. Żeby studiować co? Nie miał pojęcia. Wobec perspektywy powrotu do cywila poczuł, jak kurczy mu się żołądek.

– Chodźmy – powiedział Pete. – Musimy się ruszyć.

– Dobry pomysł. – Henry odwrócił się tyłem do doliny i stanął twarzą w kierunku tylnej części domu. Tutaj nie było desek w oknach. Weranda prowadziła do szerokich drzwi, otwartych na popołudniowe wiatry. Kute żelazne krzesła i szklany stolik na metalowym stelażu ustawiono na werandzie tak, aby w pełni korzystać z widoku. Henry wyobraził sobie oficerów SS, odpoczywających tu po pracy, popijających drinki i palących papierosy po kolacji.

Podszedł bliżej. Na stoliku znajdowały się filiżanka i spodek, a także jakaś książka. Odniósł wrażenie, że zaledwie sekundę temu ktoś wstał i poszedł do wnętrza domu po sweter. I że ta osoba za chwilę wróci.

Po schodkach Sachs wspiął się na werandę. Stojący za nim Pete powiedział coś ostrzegawczo, lecz Henry go zignorował. Przeszedł przez otwarte drzwi. Pete ruszył za nim.

Znaleźli się w pokoju, owalnym i jasnym. Henry podniósł wzrok. Świetlik w kopulastym sklepieniu. Pomieszczenie zapełniały delikatne meble, w jakich Sachs rozpoznał antyki… Drewniane fotele na patykowatych nóżkach, które zapewne zapadłyby się pod jego ciężarem, mały okrągły stolik wyglądający jakby chodził na palcach. Gzyms marmurowego kominka rzeźbiony w skomplikowane zawijasy w kształcie ptasich piór. Na jednej ze ścian obraz, a właściwie fresk: widok na okoliczną dolinę. Wielki, wspaniały fortepian zajmujący całą przeciwległą część pokoju. Z zamkniętą pokrywą, zakrytą klawiaturą. Na ławeczce przed instrumentem zalegało całe mnóstwo papierów.

– Zobacz – rzucił Pete. – Garnek. Zawieszony nad paleniskiem.

Elektryczności nie było, gazu zapewne również. Ktoś radził więc sobie, jak mógł, starając się przetrwać.

– Palili książki z braku innego opału – dokończył Pete.

Niewątpliwie tak; z boku piętrzył się cały stos woluminów. Przyjrzawszy się bliżej szczątkom w palenisku, Henry zobaczył pozostałości zadrukowanych stronic, wymięte i sczerniałe.

Tymczasem Pete badał stos książek. – Spójrz no tylko: złota czcionka na froncie. – Uniósł jeden tom tak, by Henry mógł go zobaczyć, a potem przekartkował. – Wydanie z 1811 roku. – Galinsky chwycił kolejną książkę. – Tę wydrukowano w 1793. Zobacz, jaką ma skórzaną obwolutę.

To były kosztowne woluminy, przynajmniej niektóre, Henry nie miał co do tego wątpliwości.

– Wezmę sobie parę na pamiątkę – oznajmił Pete. – I tak by je dziś spalono, więc co za różnica.

Wprawdzie tego typu proceder był zakazany, jednak wszyscy tak robili. Henry miał kolegów, którzy wysyłali do domu całe paczki wypchane niemieckimi mieczami, aparatami fotograficznymi, srebrną zastawą stołową, porcelaną i obrazami.

On sam, jak dotąd, nie połakomił się na nic. Nic aż tak bardzo go nie pociągało.

– Kto wie, czy jakaś stara książka nie okaże się warta fortunę – rzucił Pete.

Sachs podszedł do ławeczki przed fortepianem i otworzył ją. Nuty wypełniały ją po brzegi, warstwami. Niektóre wydrukowane, inne napisane odręcznie. Jedne nowe, drugie stare.

Kiedy Henry był dzieckiem, matka wysyłała go na przymusowe lekcje gry na pianinie do pani Kaminsky, która mieszkała na pierwszym piętrze ich kamienicy. Po śmierci męża kobieta dorabiała sobie, ucząc dzieci gry na tym instrumencie. Nie zamierza korzystać z zasiłków i wsparcia instytucji dobroczynnych, oznajmiła matka Henry’ego z aprobatą. Tak więc przez cztery kolejne lata, w każdym tygodniu, dopóki syn pani Kaminsky nie zabrał jej do siebie do Cincinnati, młody Sachs schodził na niższe piętro, aby pobierać lekcje na wysłużonym pianinie z pionowymi strunami, po czym wręczał nauczycielce kilka monet. Nie mając instrumentu u siebie w domu, nie mógł ćwiczyć, ale nauczył się paru rzeczy. A właściwie wielu rzeczy. Rozwinął w sobie pasję do muzyki poważnej, słuchał koncertów nadawanych przez nowojorską stację radiową WQXR. Nigdy się do tego nie przyznał kolegom z wojska, ale ciekawość muzyki nie opuszczała go na krok.

Henry wyjął z ławeczki folder, który wyglądał na stary. Zawierał zapis muzyczny, jedną stronę po drugiej, odręczny i jakby sporządzony w pośpiechu, sądząc po skreśleniach i nadpisywaniach. Tusz przebił się przez papier. Henry wetknął arkusz z nutami do swojego plecaka. Było w nim jeszcze trochę wolnego miejsca. Czemu właściwie nie, u diabła? Wyciągnął rękę, aby…

– Was machen Sie? – odezwał się żeński głos zza pleców Sachsa. Co pan robi?

Henry odwrócił się i zobaczył kobietę, która mierzyła doń z pistoletu, trzymając go obiema rękoma i próbując opanować drżenie. Broń musiała być ciężka, jakiś model niemieckiego pistoletu wojskowego. Kobieta była tak chuda, że jej ramiona wyglądały jak cienkie gałązki, mogące w każdej chwili złamać się pod tym brzemieniem. Tylko że – uświadomił sobie zszokowany Henry – to wcale nie była kobieta. Raczej piętnasto-, szesnastoletnia dziewczyna o bardzo bladej skórze i włosach posklejanych w kępki. Na przedzie jej sukienki widniała dziura.

– Was machen Sie hier? – Wciąż udawało jej się utrzymać pistolet wycelowany w pierś Sachsa. Co pan tutaj robi?

– Ruhig – odrzekł Henry. Spokojnie. – Seien Sie ruhig. – Proszę się nie denerwować.

– O kurwa – odezwał się Pete.

– Nic się nie dzieje – rzucił Henry po angielsku w stronę kolegi. A potem powiedział po niemiecku: – Mamy papierosy. I czekoladę. Odłóż pistolet, a chętnie się podzielimy.

Zaczynał już czuć zapach dziewczyny. Na pewno od dawna nie brała kąpieli. Zalatywała wojną, smrodem nie różniącym się od gnijących trupów. Słaba, odrażająca woń rozkładu człowieka jeszcze żywego. Zdawała się skupiać wszystkie swoje siły na utrzymaniu broni we właściwej pozycji, czyli wymierzonej prosto w niego.

– Zostaw to, Fräulein, nic ci nie zrobimy.

– Każ jej odłożyć spluwę – powiedział Pete.

– Staram się – odparł Henry. – Fräulein, wojna się już skończyła.

– Dlaczego ona nie odkłada broni? – nie ustępował Pete.

– Myślisz, że nie rozpoznam Żyda, jak go zobaczę? Mówisz po niemiecku jak Żyd – odezwała się dziewczyna.

Sachsa znów ogarnął powodujący mdłości fetor Buchenwaldu.

– Co ona mówi? – Pete złapał swój karabin.

– Ten dom należał do Żydów. Miłych Żydów – nie takich jak wy.

– Przetłumacz mi, co ona gada.

– Nic – powiedział Henry. – Nie mówi nic takiego. – I zwracając się do dziewczyny, spytał: – Kim oni byli, ci Żydzi, właściciele tego domu? – Musiał zadać to pytanie, musiał usłyszeć odpowiedź. Naprawdę chciał zrozumieć ten zapomniany przez Boga kraj. – Co się z nimi stało?

– Z tymi Żydami? Wyjechali.

Wcale nie wyjechali, pomyślał Henry. Wyłapano ich po kolei. – To byli twoi przyjaciele? – Akcent dziewczyny różnił się od tego, który Sachs słyszał w domu i w szkole. Zapewne należała do niższej klasy społecznej. – Pracowałaś tutaj?

– Wy, Żydzi, nie dacie rady się na mnie zemścić.

Zemścić? Henry nie lubił Niemców, ale nie miał zamiaru mordować niemieckich cywili. Właściwie chciał okazać się lepszy od Niemców. Pomóc dziewczynie.

– Nie powinnaś tu być. Amerykanie się wycofują, wchodzą Rosjanie. Słyszeliśmy wiele złych rzeczy o tym, co się działo, kiedy dorwali się do niemieckich kobiet.

Dane wywiadowcze wskazywały, że gdziekolwiek się pojawili, sowieccy żołnierze gwałcili po drodze kobiety, dziewczęta, staruszki, a nawet kaleki – było im wszystko jedno.

– Powinnaś uciekać na zachód. Możemy ci pomóc, ale najpierw odłóż pistolet.

– Wy, dwaj złodzieje, zamierzacie mi pomagać? – Nagle ramiona i ręce dziewczyny całkowicie znieruchomiały. Dokładniej wymierzyła broń w pierś Henry’ego i pociągnęła za spust.

Pocisk chybił, trafiając w ścianę za jego plecami. Pete wystrzelił z karabinu pod nogi Niemki dla postrachu. Żaden z nich nigdy nie strzelał do kobiety. Prawdę mówiąc, nigdy do nikogo nie strzelali. Pracowali na armijnych tyłach jako wsparcie – tłumacz i mechanik – i nie walczyli na linii frontu. Dziewczyna wypaliła ponownie, tym razem do Pete’a. Trafiła go w ramię. Po czym lekko się obróciła, znów celując w Henry’ego.

Przypomniawszy sobie wreszcie o swoim wojskowym przeszkoleniu, Sachs uniósł karabin i wystrzelił prosto w pierś dziewczyny. Upadła na plecy, na zagraconą podłogę. Jej ciało zadrżało spazmatycznie. Wokół zaczęła gromadzić się krew. Czas, który dotąd biegł bardzo szybko, nagle zwolnił, a potem się zatrzymał. Henry nie był zdolny wykonać żadnego ruchu. Nie pojmował, co właśnie zrobił.

– Cholera, jestem ranny – jęknął Pete. – Ta pierdolona dziwka mnie postrzeliła.

Sachs rozpiął pasek i zacisnął go na górnej części ramienia Pete’a, aby zatamować krwawienie. – Trzymaj rękę w górze, wysoko.

Rana nie była poważna, krew niemal przestała spływać. Pete’owi właściwie nic się nie stało w porównaniu z dziewczyną leżącą u ich stóp, wokół której rozlewała się coraz większa i coraz gęstsza kałuża czerwieni. Otwarte, nieruchome oczy wpatrywały się w sufitowy świetlik.

– Chryste Panie – jęknął Pete. – Wynośmy się stąd. – Ruszył w stronę drzwi. – Przyjazd tutaj to był najbardziej popierdolony z twoich pomysłów. Miejmy nadzieję, że jeep nadal stoi.

Henry nie odpowiedział. Nie mógł pozbierać myśli.

– Chodźmy!

Pete miał rację, musieli się stąd wynosić. Henry zamknął za sobą drzwi domu. Nie chciał, żeby do środka dostały się jakieś zwierzęta, znęcone zapachem krwi. Co jeszcze mógłby zrobić? Wezwać karetkę pogotowia? Cała Europa była usiana martwymi ciałami. Nie starczyłoby wszystkich ambulansów świata, żeby pozbierać te trupy.

Cudem jeep nie odniósł żadnych szkód. Koło zapasowe tkwiło na swoim miejscu, szwabskie kanistry leżały pod brezentem. Ani Henry, ani Pete nie wspomnieli więcej o pałacu Tiefurt. Odjechali w milczeniu.

Obłąkany gauleiter. Tak napisali w raporcie, ponieważ Pete musiał udać się do lekarza w celu opatrzenia rany. Nie mogli więc udawać, że nic się nie wydarzyło. Winny był obłąkany gauleiter, którego zresztą zastrzelili.

I to wszystko. Wojna się skończyła. Nikogo nie obchodziły jakieś drobiazgi, zwłaszcza te dotyczące Niemców. Doktor opatrzył ramię Pete’a, a kilka miesięcy później z rany pozostała tylko blizna, którą Galinsky mógł się chwalić.

Dziewczyna była słaba. Ledwie zdolna utrzymać pistolet, ale wystrzeliła pierwsza. Dlatego Henry zabił ją w samoobronie. Prawda?

W kolejnych latach wielokrotnie, a właściwie nieustannie przetrawiał to wszystko w myślach, próbując przekonywać samego siebie.

Na wpół oszalała istota, leżąca na parkiecie, martwa, cała we krwi. Ile minęło dni albo miesięcy nim znaleziono jej ciało? Zanim ją pochowano?

Henry Sachs nie przestawał się nad tym zastanawiać przez sześćdziesiąt pięć lat.

Rozdział 1

Nowy Jork

Czerwiec 2010 roku

Susanna Kessler spędzała dni na rozdawaniu pieniędzy. Nie własnych. Pracowała jako dyrektor wykonawczy w Fundacji Rodziny Barstowów, której siedziba główna mieściła się na dwudziestym szóstym piętrze drapacza chmur przy Pięćdziesiątej Siódmej Zachodniej. Koordynowała przyznawanie grantów wartości dziesięciu milionów dolarów rocznie, mających na celu niesienie pomocy nowojorskim dzieciom.

Przygotowując się do normalnego poniedziałkowego spotkania z szefem, Susanna przyjrzała się sobie uważnie: trzydzieści cztery lata, ciemne włosy opadające lokami na ramiona, delikatny makijaż. Tego letniego dnia miała na sobie sukienkę bez rękawów z dopasowanym żakietem, włożyła również czarne czółenka na wysokim obcasie, które trzymała w szufladzie biurka właśnie na takie spotkania. Ostatnimi czasy w życiu osobistym Susanny pojawiły się poważne problemy, ale w pracy nie dawała tego po sobie poznać i szła ostro do przodu. Dzięki eleganckim ubraniom sprawiała wrażenie kobiety, która znakomicie panuje nad powierzonymi jej zadaniami i własną sytuacją, która robi to, czego się od niej oczekuje, i robi to dobrze, przez cały czas, codziennie. A przynajmniej od poniedziałku do piątku.

Z raportami w ręku ruszyła korytarzem, pozdrawiając po drodze współpracowników. W biurze mieściły się gabinety różnych ekspertów, których zadaniem było doradzanie firmie Barstowów w dziedzinie księgowości, prawa podatkowego, inwestycji, trustów i nieruchomości. Biuro szefa Susanny znajdowało się na samym końcu korytarza. Miało nowoczesny wystrój, ale zależności służbowej przestrzegano tu z całą tradycyjną surowością.

– Dzień dobry, Susanno. – Robertson Barstow, prezes zarządu fundacji, powstał zza swojego biurka i wskazał jej krzesło. – Usiądź.

– Dziękuję.

– Jaki masz plan zajęć na ten tydzień? – Rob był efektownym mężczyzną tuż po siedemdziesiątce. W sposobie zachowania łączył uprzejmość z pewną swawolnością, a o poruszanych przez siebie sprawach mówił zwykle z odrobiną dramaturgii. Kiedyś występował jako aktor w amatorskiej trupie teatralnej Gilberta i Sullivana, zdobywając pewną renomę, choć tylko wśród ograniczonego kręgu widzów, za role Generała w Piratach z Penzance oraz Kapitana Corcorana w dwuaktówce H.M.S. Pinafore. Barstow był ponadto bystrym i przebiegłym biznesmenem, o czym Susanna starała się cały czas pamiętać podczas ich rozmów.

– Wybieram się na przedmieścia, żeby ocenić postęp prac przy remoncie biblioteki w publicznej szkole numer 629. Upewnię się, że sala zostanie oddana przed wrześniem, z nowymi książkami na półkach.

W przeciwieństwie do Robertsona Barstowa Susanna uczęszczała tylko do szkół publicznych, aż do samych studiów w college’u. Jej podstawówka szczyciła się wspaniałą biblioteką, dzięki której Susanna pokochała czytanie. Tego samego Kessler pragnęła teraz dla dzieciaków z publicznych szkół w Nowym Jorku; aby ów cel zrealizować, ich fundacja współpracowała z Funduszem na rzecz Szkolnictwa Powszechnego.

Rozmawiając o swojej pracy ze znajomymi – grant wartości dwudziestu tysięcy dolarów tam, trzydzieści albo czterdzieści tysięcy tu, milion lub więcej na jakiś projekt kapitałowy bądź inwestycję – starała się nie sprawiać wrażenia naiwnej idealistki. A jednak jej działalność przyczyniała się do pozytywnych zmian na tym świecie, który to fakt stanowił ważniejszy powód, by wstawać rano i iść do pracy niż konieczność pobierania pensji.

– Jutro mam spotkanie w szkole muzycznej w Greenwich, aby omówić poszerzenie ich oferty zajęć pozalekcyjnych, począwszy od tej jesieni.

Odhaczając jedną pozycję po drugiej, Susanna przedstawiała swoją listę zadań. Fundacja wspierała dziesiątki projektów realizowanych w całym mieście: schroniska dla bezdomnych rodzin, małe punkty medyczne dla dzieci ulokowane w galeriach handlowych, nauczanie wyrównawcze czy stypendia baletowe. Praca Susanny polegała między innymi na inicjowaniu projektów pod dany grant oraz na ocenie wpływających wniosków, a także wydawaniu rekomendacji dla zarządu. Jeśli projekt został zatwierdzony, jej późniejszym zadaniem było kontrolowanie sposobu wydatkowania środków oraz to, czy dzieci, o których dobro przecież chodziło, istotnie odniosły korzyść z programu.

– Dalej: Wydział Parków Miejskich zwrócił się do mnie z prośbą o zwiększenie nakładów z naszej strony na sfinansowanie ich bezpłatnych programów nauki pływania na basenach miejskich w okresie najbliższych wakacji. Jest ogromne zainteresowanie. Lista oczekujących na uczestnictwo jest bardzo długa.

– Według statystyk prowadzonych przez sam wydział nie wszystkie dzieci mogą się uczyć pływania w ramach ich programów. Czy są one tak efektywne, jak mogłyby albo powinny być? – zapytał Rob.

– To nie jest takie proste. Samo to, że dzieciak zapanuje nad paniką, która ogarnia go w wodzie, już jest czymś pozytywnym. A brak paniki może chronić przed utonięciem. Podobnie jak umiejętność swobodnego unoszenia się na wodzie. Nie sądzę, że powinniśmy windować te programy do norm obowiązujących na testach pływackich Czerwonego Krzyża.

– Spotkaj się z przedstawicielami wydziału parków, zażądaj od nich najnowszych danych statystycznych. Pogadamy o tym ponownie w przyszłym tygodniu. I zbadaj, czy inne programy tego typu nie przynoszą lepszych efektów.

– Tak jest. Ostatnia pozycja na mojej liście to twój rocznicowy prezent dla Cornelii.

Rob i Cornelia byli małżeństwem od czterdziestu pięciu lat i nadal darzyli się sympatią; Susanna miała nadzieję, że to samo kiedyś będzie dane także jej. Pieniądze na rocznicowe prezenty pochodziły z prywatnych funduszy; Susanna nigdy nie zgodziłaby się wykorzystać na ten cel pieniędzy należących do fundacji.

– Wydaje mi się, że znalazłam coś wręcz idealnego.

Oficjalna część spotkania została zakończona. Rob pochylił się do przodu, pełen chłopięcej ciekawości. – Tak?

– Mówiąc jednym słowem: szczury.

– Szczury?

– Olbrzymie szczury z misją.

– Brzmi ciekawie. A jaką misję do spełnienia mają te szczury-giganty?

– Nawet dwie: wyczuwać węchem miny lądowe oraz rozpoznawać infekcję gruźliczą.

– Muszę powiedzieć, że to doskonałe.

– Wiem. – Cornelia Barstow interesowała się zarówno kwestiami służby zdrowia i opieki medycznej, jak i usuwaniem zalegających w ziemi min lądowych. – Chociaż przyznaję się bez bicia, że po raz pierwszy przeczytałam o tych szczurach w „New York Timesie”.

– Opowiedz mi coś więcej.

– Zwierzęta należą do gatunku o nazwie „wielkoszczur gambijski”. Są spokojne i skłonne do współpracy. Łatwe do wytresowania. A co najważniejsze, posiadają niesamowity węch. W Mozambiku wywęszyły mnóstwo min lądowych, co jest udokumentowane. Z usług tych zwierząt zaczyna się korzystać również w Tajlandii, na granicy z Kambodżą. Natomiast w Tanzanii potrafiły wyniuchać zapach gruźlicy u zainfekowanych ludzi i w ten sposób wykrywać te zachorowania, które umykały uznanym metodom diagnostycznym.

Susanna podała szefowi folder zawierający roczny raport z działalności dobroczynnej, zbiór fotografii oraz jej własne podsumowanie z arkuszem ocen. Rob uważnie przejrzał materiały.

Czekając, wpatrzona w okno Susanna widziała Central Park i Piątą Aleję… Miasto i wiążące się z nim nieskończone możliwości ciągnęło się niżej w całym swoim milczącym blasku. Z pewnej perspektywy, powiedzmy – z punktu widzenia młodej kobiety takiej jak ona, która dopiero niedawno spłaciła koszty college’u oraz kredyt na studia w szkole biznesu, praca polegająca na doradzaniu bogatej rodzinie, jak powinna wydawać swoje pieniądze, wydawała się mało obiecująca. Ojciec Susanny zmarł, gdy była dzieckiem, matka pracowała jako sekretarz prawny w spółce. Nigdy nie byli biedni, ale pewne koszty do poniesienia stanowiły nieustanny przedmiot dyskusji.

W przeciwieństwie do Roba i jego rodziny. W latach siedemdziesiątych XIX wieku jego prapradziadek Joshua Barstow opatentował proces rafinowania ropy naftowej do dziś stosowany na całym świecie. Przez ponad czterdzieści lat Rob prowadził rodzinną rafinerię, a po przejściu na emeryturę założył firmę, w której teraz siedzieli, aby zarządzać sprawami finansowymi – nie tylko własnymi, lecz także całej licznej familii. To on rozwinął działalność fundacji charytatywnej i zatrudnił Susannę, by ją poprowadziła.

– Muszę przyznać, że nigdy o czymś takim nie słyszałem – odezwał się Rob. – Aczkolwiek na podstawie zdjęć nie powiedziałbym, że to „wielkoszczury”. Nie wydają się większe niż na przykład Hoover.

Tak miał na imię kot Roba i Cornelii, cierpiący na nadwagę.

– Hoover jest duży jak na kota domowego – zaoponowała Susanna.

– To prawda, niestety.

– Jeśli nawet te szczury są mniejsze od Hoovera, to chyba nie chciałbyś się spotkać z którymś z nich w ciemnej uliczce.

– Istotnie, nie. Widzę, że podczas pracy wcinają banany. Chyba traktują je jako przysmak. Ja też uważam banany za smakołyk.

– Więc już macie ze sobą coś wspólnego. Cornelia z pewnością to doceni.

Rob posłał jej krzywy uśmiech. Uwielbiał takie przytyki. – Widzę również, że potrafisz załatwić, aby szczury pisywały do ciebie listy. Cornelia będzie zachwycona, jeśli otrzyma jakąś pocztę od szczura. Najlepiej tradycyjną.

– Sama byłabym zachwycona.

– W takim razie zasponsorujmy czterdzieści pięć szczurów na cześć Cornelii – powiedział Rob, zamykając folder. – Sporo, ale po czterdziestu pięciu latach małżeństwa to bardzo odpowiednia liczba.

– Zgadzam się.

– Nie wiesz przypadkiem, co ona przygotowuje dla mnie?

– Owszem, wiem. – Ponieważ powszechnie słyszano o miłości Roba do miodu, otrzymał on od Cornelii dotację na czterdzieści pięć uli prowadzonych przez pszczelarzy w Albanii. – Ale nie wolno mi niczego zdradzić.

– To bardzo nie fair.

– Absolutnie nie fair – potwierdziła Susanna.

Wstała. Rob także. Zawsze był dżentelmenem.

– Zaraz po rocznicy powiesimy tutaj wielkoformatowe zdjęcie tych oto szczurów. Jako inspirację dla nas wszystkich.

– Znakomity pomysł.

– I, Susanno – dodał Rob, niespodziewanie zmieniając temat – chciałbym, abyś wiedziała, że jesteś w naszych sercach. Cornelia i ja modlimy się za ciebie.

Rob uczęszczał do zboru św. Jakuba. Chociaż sama nie była osobą wierzącą, a z pochodzenia była Żydówką, to zawoalowana aluzja do czegoś tak okropnego jak jej niedawny rozwód nieco ją dotknęła.

– Dziękuję, Rob. Doceniam to.

Odwrócił wzrok. – To nasz obowiązek.

Po powrocie do gabinetu Susanna stanęła przy biurku i przejrzała dwadzieścia kilka mejli, które nadeszły w trakcie spotkania z szefem. Żaden nie był pilny. Za oknem geometrycznym przepychem lśniła w słońcu panorama drapaczy chmur, pośród której było widać nitkę rzeki Hudson.

Sprawdziła też pocztę głosową w komórce. Najpierw nagrała się Lisa O’Shea, bliska przyjaciółka jeszcze z czasów liceum, z potwierdzeniem, że dzisiejsza babska impreza zaplanowana na wieczór jest aktualna.

Krawiec informował, że dwie suknie, które dała do przeróbki, czekają gotowe do odbioru.

Trzecia wiadomość brzmiała: – Susanno – powiedział kobiecy głos. – Z tej strony Aurelia.

Susanna poczuła zaskoczenie. Aurelia była pielęgniarką, która zapewniała domową opiekę medyczną wujkowi Henry’emu.

– Susanno – powtórzyła Aurelia, jakby na przekór poczcie głosowej była zdolna dotrzeć do Susanny natychmiast, gdziekolwiek ta się znajdowała. – Pan Henry…

Rozdział 2

Susanna opierała się o balustradę werandy dwurodzinnego domu w Buffalo, gdzie dorastała. Osłaniał ją nawis balkonu powyżej. Po śmierci ojca mieszkała z matką na piętrze w wynajmowanym lokalu, a wujek i ciocia Greta zajmowali parter.

Nie mając ochoty wracać do środka, przyglądała się życiu ulicy. Wkrótce powinien nadejść najdłuższy dzień w roku; długo nieustępujące światło przynosiło jej teraz pewną pociechę.

Na Lynfield, uliczkę usytuowaną pomiędzy alejami Bird i Forest, składały się domki-bliźniaki postawione na wąskich działkach. W dzieciństwie Susanny sprawiała wrażenie odludnej, nie rosły przy niej żadne drzewa. Dziś zmieniła się w pełną przepychu oazę zieleni, część miasta, w której odbywało się doroczne święto ogrodów. Lilie, hortensje i peonie wyrastały z przydomowych trawników. Młode drzewa, następcy tych, które zginęły wskutek naczyniowej choroby wiązów, sięgały zaledwie pierwszych pięter budynków, ale listowie miały gęste. Przed rodzinnym domem Susanny ozdobna trawa zasłaniała zniszczone i połamane deszczułki werandy. Susanna przesunęła dłonią po nagrzanych słońcem wystających źdźbłach. Poczuła na skórze ich aksamitną pieszczotę.

Czekała teraz samotnie na matkę i ojczyma, Evelyn i Jacka, którzy mieli przyjechać z Tampy, gdzie spędzali emeryturę. Tego dnia po południu, po krótkim locie z Nowego Jorku do Buffalo, Susanna zdążyła już odbyć rozmowę z funkcjonariuszami policji, zidentyfikować ciało Henry’ego, załatwić wydanie aktu zgonu i skontaktować się z prawnikiem.

Przeszukała także biurko i sypialnię wujka, chcąc znaleźć pożegnalny list samobójcy. Nie znalazła go.

Dzięki wszystkim sprawom, jakie miała do załatwienia, mogła jak dotąd nie myśleć o tym, co zrobił Henry. Teraz kłębiący się w niej ból zaatakował z całą siłą.

Wuj nalepił sobie na całą klatkę piersiową plastry fentanylu, które lekarz zapisał mu na chroniczne dolegliwości pleców. Uzbieranie takiej ilości niezużytych plastrów musiało zająć mu kilka tygodni. Na nocnym stoliku obok łóżka stała opróżniona butelka wódki. Henry nie pił alkoholu, co najwyżej piwo lub dwa do kolacji. Na pudełkach z plastrami widniały ostrzeżenia przed spożywaniem tej substancji przy jednoczesnym stosowaniu fentanylu.

Susanna ostatni raz rozmawiała z wujem kilka dni wcześniej. Sprawiał wrażenie kogoś zupełnie normalnego, wykazywał zainteresowanie bieżącą polityką i snuł plany dotyczące zwyczajowego już spotkania z sąsiadami w piątkowy wieczór. Henry miał osiemdziesiąt sześć lat i prawo zakończyć własne życie w dowolnym momencie i w dowolny sposób, nie musząc się nikomu z tego tłumaczyć. A przynajmniej Susanna próbowała przekonywać o tym samą siebie. Myśli kotłowały się jej w głowie… Powinna była odwiedzać go częściej, na przykład w każdy weekend, i codziennie do niego dzwonić.

Wiatr się wzmógł, owiał chłodem nagie ramiona Susanny. Odwróciła się i weszła do wnętrza domu. W drzwiach salonu na moment stanęła, aby oczy mogły przyzwyczaić się do cienistego mroku.

Pokój wypełniały fotografie. Był niczym świątynia, w której przedmiot kultu stanowiła Susanna – fakt ten wprawiał ją w głębokie zakłopotanie. Jednak nie same zdjęcia, lecz raczej to, co przedstawiały: nadzieje całej rodziny składane na niej, jedynaczce, która przyszła na świat, gdy matka zbliżała się do czterdziestki i miała za sobą kilka poronień. Henry i Greta nie doczekali się własnych dzieci więc wujek przejął rolę ojca Susanny. Ty jesteś naszym cudownym dzieciątkiem, powtarzała Evelyn.

Na niskiej komodzie stoją zdjęcia Susanny jako noworodka, jako małego brzdąca, jako dziecka w wieku szkolnym. Inne fotografie zdobią pokrywę pianina, na którym grała podczas swego pierwszego recitalu baletowego i fortepianowego. Nieważne, jak bardzo brakowało im pieniędzy – Evelyn zawsze potrafiła znaleźć dość środków, aby zapłacić za naukę baletu i gry na pianinie dla córki. Obok telewizora Susanna zobaczyła fotkę członków swojej drużyny pływackiej z liceum z medalami zawieszonymi na szyjach. Zdjęcia na kominku przedstawiały ją jako absolwentkę szkoły średniej, następnie college’u i szkoły biznesu. Fotografie ze stolika kawowego informowały, że dziewczyna była w Paryżu – za jej plecami wznosiła się wieża Eiffla. Zdjęcie to zostało zrobione podczas miesiąca miodowego po ślubie z Alanem, który już wkrótce zostanie jej byłym mężem. Fotografie przedstawiające także jego zostały schowane. Małżeństwo trwało sześć lat. Rozstali się zaraz po nieudanych próbach zajścia Susanny w ciążę, zanim jej organizm będzie na to za stary.

Ona sama już czuła się za stara, żeby znaleźć sobie kogoś innego. Kogoś, z kim musiałaby rozpocząć wszystko od nowa.

* * *

Hotelowy zegar na małym stoliku wskazywał trzy minuty po pierwszej w nocy. Susanna leżała w łóżku, wpatrując się w poświatę emitowaną przez centrum Buffalo za przezroczystymi firankami. Nie chciała zamykać oczu, ponieważ wtedy w jej umyśle zaczynały się tłoczyć różne obrazy, tworząc seans, od którego nie miałaby szans uciec. Ponownie zerknęła na cyfry zegara: było pięć po pierwszej.

Kolacja z Jackiem i Evelyn przebiegła w milczeniu, a wyborne potrawy – poszli do renomowanego Bacchusa przy Chippewa Street niedaleko hotelu – tylko się zmarnowały. Po prostu zabijali czas w tej restauracji, robiąc coś, co wydawało się w ten wieczór odpowiednie.

Gdy Susanna została wreszcie sama w hotelowym pokoju i mogła sprawdzić komórkę, dostrzegła, że ma na poczcie głosowej wiadomość od Alana. Jeszcze przed kolacją wysłała esemesy do kilkorga przyjaciół; to zapewne od któregoś z nich musiał usłyszeć o śmierci Henry’ego. Próbował być miły. Wiedziała, co powie na temat ich małżeństwa, gdyby mieli znów okazję rozmawiać, ponieważ powtarzał ten banał kilkanaście razy wcześniej: To nie twoja wina, tylko moja. I błagał o wybaczenie, ale nie po to, by do siebie wrócili, ale by mógł wieść dalsze życie bez poczucia winy. Jeśli chodzi o Susannę, nie miała nic przeciwko temu, by Alanowi towarzyszyły jednak wyrzuty sumienia. Podejrzewała, że ma partnerkę i tylko niejakie skrupuły powstrzymują go od pełnego zaangażowania się w ten nowy związek, przynajmniej do czasu uzyskania przebaczenia ze strony Susanny. I choć sama uważała siebie za osobę zdolną do rozumienia innych i wybaczania, nigdy ani nie zrozumiała, ani nie wybaczyła jemu. Wykasowała wiadomość, nie odsłuchawszy jej.

Teraz było dziewięć po pierwszej w nocy. Zastanawiała się, czy się po prostu nie poddać, włączyć lampkę na nocnym stoliku i zacząć czytać. Nie chciała wracać do brania medykamentów przeciwlękowych, antydepresantów czy pigułek nasennych. Kiedyś ich wszystkich próbowała, ale potem czuła się jeszcze gorzej. A mówiąc dokładniej – była przymulona i półprzytomna, czasami tak otępiała, że ledwie mogła utrzymać głowę powyżej blatu biurka i skupić się na tym, co mówi do niej Rob podczas spotkań. Żadną miarą nie chciała teraz ryzykować utraty pracy.

Przez ostatnie kilka miesięcy dobrze sobie radziła bez leków. Kiedy zamykała oczy, obrazy nie rzucały się już na nią jak wygłodniałe drapieżniki i zasypiała normalnie.

Wstrząs spowodowany śmiercią Henry’ego przywołał je z powrotem.

W umyśle Susanny zaczął się kręcić film. Jego krótkometrażowa wersja. Trailer, jak nazywała go z pewnym smutkiem: oto ona, Susanna Kessler, szczęśliwa mężatka mająca wspaniałą pracę, która próbuje zajść w ciążę. Pewnego sierpniowego wieczoru wraca do domu pieszo ze swojego biura. Dociera do Siedemdziesiątej Pierwszej Zachodniej, między Central Parkiem a Columbus. Nagle wyrasta przed nią jakiś mężczyzna i wciąga ją do dolnej bramy budynku z brunatnego piaskowca. Tam, w skrywającym wszystko cieniu pod wysokimi frontowymi schodami, zostaje zgwałcona.

Następne ujęcie trailera pokazywało ją samą, tylko że pięć miesięcy później, po tym jak zostawił ją mąż.

Filmik przygasł, nie zdążywszy na dobre oddać rzeczywistości. Rozpoczynała się jego pełna wersja, i to od pierwszych klatek; akcja posuwała się do przodu w zwolnionym tempie, realizując wewnętrzny przymus, który tkwił w samej Susannie. W jej umyśle nieustannie przewijały się te same pytania. Dlaczego ów obcy mężczyzna wybrał właśnie ją? Co było w niej takiego, że zdecydował się na gwałt? Podczas każdej powtórki filmu poszukiwała choćby jednej klatki zdjęciowej, która pozwoliłaby jej spojrzeć na wszystko inaczej, jakiegoś wydarzenia, którego wystąpienie odwróciłoby bieg wypadków. Gdyby w sklepie z winami była krótsza kolejka… Albo dłuższa. Czy wtedy nic by się nie stało, byłaby bezpieczna? A gdyby nie zapomniała wstąpić do szewca…? Albo ubrała się wtedy w inną sukienkę i wzięła ze sobą inną torebkę…?

Wracając z biura przy Pięćdziesiątej Siódmej Zachodniej do domu, Susanna szła zwykle przez park albo Central Park West. Jednakże tamtego dnia musiała zrobić zakupy w sklepie spożywczym, podjechała więc metrem na stację przy Sześćdziesiątej Szóstej/Broadway. Nabyła kilka artykułów na kolację w Gourmet Garage i ruszyła w kierunku domu. Miała na sobie plisowaną sukienkę z paskiem. Sweter, niezbędny do pracy w biurze ze zbyt silną klimatyzacją, upchnęła do torby na ramię. Z powodu upału zaczesała włosy na tył głowy, spinając je luźno klamerką. Na nogi włożyła sandały na wysokich obcasach, przez co chwiała się lekko przy każdym kroku. Alan uwielbiał te sandały, a zwłaszcza sposób, w jaki Susanna w nich chodziła, aczkolwiek wielokrotnie pytał: – Czy aby na pewno są wygodne? – Dziwne, ale takie właśnie były. Naprawdę.

Idąc w kierunku sklepu z winami, zobaczyła brodatego faceta, który sprzedawał na chodniku kapelusze. Stał na Columbus Avenue, omiatając Susannę wzrokiem. – Cześć, piękna – zawołał, gdy go mijała. Ogarnęło ją bardzo przyjemne uczucie, musiała przyznać sama przed sobą.

Tego lata w życiu Susanny wszystko zaczynało się układać. Byli z Alanem właściwymi ludźmi na właściwym miejscu. Planowali dziecko, a jednocześnie świetnie się razem bawili, poznając się coraz lepiej, jakby od nowa – kochali się przy tym głęboko. W czerwcu wybrali się w tygodniową podróż do Londynu, gdzie zwiedzali muzea i chodzili do teatru. Po Nowym Roku zamierzali wyskoczyć na Karaiby (chociaż realizację tego planu uzależniali od pojawienia się wymarzonego dziecka). Ich mieszkanie miało dodatkowy pokój, który wykorzystywali jako gabinet do pracy, ale który – czego Susanna była pewna – miał się wkrótce przekształcić w pokoik dla malucha. Wybrała już miejsce na łóżeczko oraz stolik do przewijania. I niejednokrotnie wymykała się do butików na Upper East Side, aby oglądać wyprawki dla dziecka.

Alan pracował w świecie finansów, klientami jego świetnie prosperującej firmy byli inwestorzy indywidualni. Kilku dawnych kolegów zdążyło się dorobić fortun; ufali Alanowi, ponieważ zawsze postępował ostrożnie, w sposób spokojny i wyważony. Żadnych okrzyków, dosadnych słów, pijackich wieczorów ani inwestowania w ryzykowne bądź niepewne aktywa. Jego rodzice byli nauczycielami w szkole średniej i nigdy nie zarabiali tyle, by pozwalać sobie na jakiekolwiek ekstrawagancje. Alan odziedziczył po nich umiarkowanie. Twoja owdowiała matka, twój niepełnosprawny brat i tak dalej – będą mieć zabezpieczoną przyszłość. Cokolwiek się stanie, twoje dzieci pójdą na studia. Nie stracicie domu. Będziecie bezpieczni. Dzięki mnie.

W sklepie z winami Susanna kupiła butelkę Malbeka polecaną przez personel, choć ostatnio piła bardzo mało, najwyżej łyczek lub dwa, ze względu na dziecko, które miała nadzieję nosić pod sercem. Wyszła ze sklepu i skierowała się na północ wzdłuż Columbus, mijając po drodze kafejki i małe zakłady usługowe, pawilon spożywczy, pizzerię, a także kilka eleganckich butików z ubraniami i kosmetykami. Po drugiej stronie jezdni mieścił się lokal sieci Magnolia. Ludzie stali w kolejce wychodzącej na zewnątrz, głównie turyści chcący spróbować pieczywa z West Village, które stało się sławne dzięki filmowi Seks w wielkim mieście. Nie przeszkadzało im, że była to tylko peryferyjna piekarnia. Susanna i Alan wybrali się kiedyś do Magnolii, gdzie podano im babeczki wręcz przerażająco słodkie. Później ostrzegali wszystkich, którzy przyjechali odwiedzić Nowy Jork, przed nadmiernie kalorycznymi wypiekami niewartymi swojej sławy, nikt jednak nie słuchał owych ostrzeżeń. Wszyscy ustawiali się karnie w kolejce do piekarni.

Susanna skręciła w Siedemdziesiątą Pierwszą Zachodnią.

W prawej ręce niosła siatkę z winem, w lewej – torbę z zakupami spożywczymi. Wieczór był idealny, wilgotność powietrza niska, temperatura przyjemna. Być może wyłączą dziś z Alanem klimatyzator i będą spać przy oknie otwartym na nocne powiewy wiatru. Kamienice i niewielkie bloki mieszkalne błyszczały w pomarańczowym blasku zachodzącego słońca. Susanna i Alan uwielbiali spacerować po tym mieście, przyglądać się jego architekturze, sklepom, ludziom. W weekendy często wsiadali do metra i jechali zwiedzać dzielnice, których nigdy dotąd nie mieli okazji zobaczyć; tam po prostu chodzili, ciekawi, co nowego odkryją. Kiedyś wylądowali nawet w rezerwacie przyrodniczym Jamaica Bay niedaleko lotniska JFK, gdzie obserwowali ptaki – czy ktoś mógłby sobie w ogóle wyobrazić, że w Nowym Jorku da się znaleźć tak dziki zakątek? Innego razu natknęli się na zabytkowy cmentarz przy kościele św. Trójcy w zupełnym leśnym ustroniu usytuowanym w kamiennej dzielnicy Washington Heights. Alan wychowywał się w małym miasteczku w stanie New Hampshire i chłonął nowojorskie życie pełną piersią, podobnie jak Susanna. Oboje byli Żydami, ale zsekularyzowanymi, ich rodziny łączyły podobne losy. Poznali się w szkole biznesu.

Tamtego wieczoru, idąc Siedemdziesiątą Pierwszą Zachodnią, swoją własną ulicą, na której końcu znajdował się Central Park, czując na policzkach powiewy wiatru, Susanna nie mogła się oprzeć wrażeniu, iż żyje w świecie spełnionych marzeń.

Nagle na jej ustach i nosie zacisnęła się wielka, spocona i tłusta ręka. Ktoś objął ją mocno w pasie, a następnie zaciągnął po czterech stopniach w dół. Wypuściła torby. Usłyszała, jak butelka wina uderza o cement; nawet w chwili, gdy zamiast widoku ulicy jej oczy spotkały obraz nieba, zastanawiała się, czy się nie stłukła. Znalazła się w zasłoniętej przed ludzkim wzrokiem wnęce, w której stały kosze na śmieci. Wyczuła zapach obierek pomarańczy, skwaśniałego mleka, kocich odchodów. Nie rozumiała, co dzieje.

A gdy to sobie uświadomiła, zaczęła walczyć, gryząc, miotając się i waląc napastnika na oślep. Nie zdjął ręki z jej twarzy. Desperacko chwytając powietrze, okręciła się wokół własnej osi, drapała mężczyznę po twarzy, nie przestawała gryźć. Poczuła smak krwi, ale on był dla niej za duży i za silny. Czujny i skoncentrowany, podczas gdy ją zaczynało ogarniać oszołomienie. Przycisnął jej głowę do betonu. Nie zamierzała ginąć z rozbitą głową. Próbowała trzymać głowę jak najwyżej. Nie chciała patrzeć na napastnika, wiedziała jednak, że musi to zrobić, żeby rysy jego oblicza wryły jej się w pamięć. Policja z pewnością o to zapyta. O ile zdoła uciec. O ile on nie rozwali jej czaszki. Albo nie zadusi na śmierć. Skórę miał białą, oczy niebieskie, włosy rudawe i rzedniejące, przez które przebijał się złuszczony naskórek. Pulchne policzki mężczyzny zdawały się mieć jeszcze w sobie dziecięcy tłuszczyk, chociaż zmarszczki wokół oczu dowodziły, że niemowlęctwo dawno ma już za sobą. Żuchwa sprawiała wrażenie nazbyt szerokiej jak na tę twarz. Nosił czarną koszulkę polo, pierś miał umięśnioną i silną, to ona stanowiła pułapkę. Mężczyzna położył jedną dłoń na szyi Susanny i mocno zacisnął palce. Nie była w stanie krzyczeć, ledwo oddychała.

Wolną ręką napastnik zadarł jej sukienkę do góry. Susanna nie miała na sobie rajstop. Szorstka powierzchnia betonowej płyty wbijała jej się w plecy maleńkimi nożami. Mężczyzna szarpnął za bieliznę swojej ofiary, która skrzyżowała nogi, próbując zrzucić go z siebie. A potem w nią wszedł. Poczuła, jak nabrzmiewa. Wzdrygnęła się na przerażającą myśl, że stali się teraz jednym.

Po chwili tamten jęknął, a po sekundzie bezruchu wycofał się z Susanny. Klęknąwszy, zaczął podciągać spodnie od dresu. Szare spodnie, zmusiła się do zapamiętania. Następnie zniknął. Pozostała sama wśród koszy na śmieci.

Z trudem spróbowała przeanalizować swoje położenie. Sprawdziła, czy może poruszyć głową. Delikatnie przesunęła nogi o pół centymetra, testując je. Spomiędzy ud wypłynął ciepły, cuchnący płyn.

Ogarnął ją gniew. Usiadła, odnalazła torebkę i wygrzebała telefon komórkowy. Wybrała numer 911. Nie pozwoli, żeby uszło mu to płazem. Na twarzy i rękach miała jego krew, wylewało się z niej jego nasienie.

Dyspozytorka odebrała po trzech sygnałach, ale Susanna miała trudność ze zrozumieniem, co kobieta do niej mówi.

– Halo? – Nie rozpoznała własnego głosu, brzmiał zbyt ochryple. – Jest pani tam?

– Jestem.

– Napadnięto mnie. – Bolało ją gardło. Zmusiła się do przełknięcia śliny. – Słyszy mnie pani?

– Słyszę. Gdzie to miało miejsce? – Głos dyspozytorki był obojętny. Pozbawiony emocji. Dostarczenie informacji – na tym Susanna musiała się teraz skupić.

– Na Siedemdziesiątej Pierwszej, między Columbus a Central Park West. – Rozejrzała się. – Bliżej Columbus. W południowej części ulicy. Zaatakował mnie jakiś mężczyzna. I zgwałcił. – Susanna poczuła przypływ paniki. – Musicie tu przyjechać. Natychmiast.

Tamten pozostawił ją żywą, nie zabrał jej komórki. Gdy zda sobie z tego sprawę… Susanna skuliła się w sobie, chcąc stać się możliwie najmniejsza. Próbując się ukryć.

– Chwileczkę – powiedział głos w telefonie.

– Okej – wyszeptała Susanna.

– Proszę się nie rozłączać. – Im bardziej Susanna była zdenerwowana, tym spokojniej brzmiał głos dyspozytorki.

– Okej.

– Już zawiadamiam policję.

– A jeśli on wróci? – Być może nawet słuchał teraz tej rozmowy.

– Na chwilkę zejdę z linii. – W słuchawce coś kliknęło. Susanna znowu pozostała sama. Nie mogła się dłużej chować, musiała wyjść na otwartą przestrzeń, gdzie będzie dostrzeżona i ochroniona przez innych ludzi. O tej porze po chodnikach przelewały się tłumy powracających z pracy do domów albo wybierających się na kolację w restauracjach. Wyczołgała się na zewnątrz.

– Pomocy. – Susanna zdała sobie sprawę, że krzyczy.

W telefonie znów kliknęło. – Policja już do pani jedzie – powiedziała dyspozytorka numeru alarmowego.

– Pomocy.

Po schodach zeszło dwoje młodych ludzi. Znaleźli ją, pozostali przy niej. Susanna rzuciła komórkę i złapała kobietę za ręce. Dyszała ciężko, niezdolna złapać oddechu.

– Ostrożnie – ostrzegł mężczyzna. – Krew. Będzie stanowić dowód w sprawie, tak?

Kobieta się odsunęła.

– Bez obaw – zwrócił się mężczyzna do Susanny, choć przed chwilą odmówił jej pociechy ludzkiej dłoni. – Wszystko będzie dobrze.

Kobieta szukała czegoś w swojej torebce. Wyjęła z niej telefon komórkowy, wybrała numer 911, coś wyjaśniała, słuchała. – Policja już jedzie – rzuciła, rozłączając się.

– Zostańcie ze mną – poprosiła Susanna. – Nie zostawiajcie mnie samej.

– Bez obaw – odpowiedział mężczyzna. – Będziemy tutaj stali.

Mężczyzna i kobieta byli w wieku studenckim. Oboje ubrani w czarne T-shirty i czarne spodnie. Mężczyzna miał w nosie kolczyk. Paznokcie kobiety były pomalowane na czarno. Jej ciemne włosy zostały przedzielone równo pośrodku głowy i opadały po bokach. Jeden długi pukiel ufarbowano na biało. Należeli do subkultury współczesnych gotów, czy jak to się nazywa.

Inni ludzie również zaczynali przystawać – kobiety, mężczyźni – sprawdzając, co się stało. W Nowym Jorku jest się równie anonimowym, co i otoczonym bliźnimi. Ludzie zauważają kogoś, kto potrzebuje pomocy, i reagują.

– Jak on wyglądał? – zapytał męski głos.

– Miał szare spodnie od dresu – odpowiedziała Susanna. – I czarną koszulkę polo.

– W którą stronę poszedł?

– Nie wiem. – Jak to możliwe, że tego nie wiedziała? Przecież był to teraz najważniejszy fakt do ustalenia. – Nie wiem.

– Nie szkodzi – oświadczyła wielbicielka subkultury gotyckiej.

Zbliżył się inny mężczyzna z psem, czekoladowym labradorem. – Oddychaj spokojnie i głęboko – polecił. Pies wpatrywał się w Susannę. – Uległa hiperwentylacji. Przez panikę – powiedział właściciel psa w kierunku gotyckiej pary, jakby to oni byli za nią odpowiedzialni.

– Oddychaj powoli – poinstruowała pokrzywdzoną jakaś kobieta. – Powoli i głęboko. O tak. – Zademonstrowała odpowiedni sposób, a Susanna spróbowała go naśladować, zapanować nad własnym oddechem. Kobieta wyciągnęła rękę w kierunku ramienia zgwałconej.

– Nie, nie dotykaj jej – powiedział mężczyzna.

Materiał dowodowy. Susanna musiała chronić materiał dowodowy. To ona nim była. Dowodem było jej ciało.

– Chcesz, żebyśmy zadzwonili do kogoś? – zapytała kobieta.

Susanna zastanawiała się, o co tamtej chodzi, i po chwili zrozumiała. – Tak, tak, do mojego męża, ale sama mogę zadzwonić.

Odnalazła swoją komórkę leżącą na betonie. Kleiła się od krwi. Alan odebrał.

– Alan – jęknęła Susanna i się rozpłakała, nie do końca wiedząc dlaczego. Nic więcej nie była w stanie powiedzieć.

Kobieta odebrała jej telefon przez chusteczkę higieniczną i przyłożyła sobie do ucha, choć w pewnej odległości. Mówiła głośno. Wyjaśniła Alanowi, co się stało. Znajdował się dwie przecznice stąd, również wracał z pracy do domu. Zaraz będzie na miejscu, oświadczył kobiecie. Przybiegnie.

Zjawiła się policja, ta wspaniała policja, w dwóch radiowozach: czterech mężczyzn w średnim wieku, którzy natychmiast zapanowali nad sytuacją i zajęli się ranną, jakby to była ich własna córka. Niedługo dołączyli do nich ratownicy medyczni, którzy przybyli karetką pogotowia. Susanna nie miała szansy nikomu podziękować ani się z nikim pożegnać. Później był przy niej Alan i nie musiała się już o nic martwić. W końcu mogła się wypłakać.

W drodze do szpitala Alan siedział w ambulansie tuż obok niej. Chciał wziąć ją za ręce, ale ponieważ była na nich krew, którą należało zbadać, powstrzymał się. Niemniej obecność męża sprawiła, że ranna poczuła się lepiej. Miała przy sobie mężczyznę, którego kochała i który kochał ją. Alan objął żonę, a ona oparła głowę o jego ramię. Pogłaskał ją po włosach.

– Nie martw się – powiedział głucho. Jego ręka drżała. – Wszystko będzie dobrze. – I uścisnął ją za ramię. – Wyjdziesz z tego.

Susanna czuła, że tętno zwalnia jej do normalnego, podobnie jak oddech, chociaż wciąż miała wrażenie, że znajduje się gdzieś obok własnego ciała. Jej aktualnym zadaniem, uświadomiła sobie, jest zachować trzeźwość umysłu i zapamiętać każdy szczegół fizjonomii oraz budowy napastnika, aby przekazać je policji. Szare spodnie dresowe. Czarna koszulka polo. Rudawe włosy, rzedniejące na szczycie głowy. Dziecięca pulchność twarzy.

W szpitalu zrobiono wszystko, co należało. Obdukcja, testy, pobranie materiałów przy podejrzeniu gwałtu, pełen pakiet. Całkowicie zgodnie z procedurami, jak zapewniła Susannę detektyw Loretta Lazetera, która niespodziewanie pojawiła się przy jej łóżku. Policjantka była barczysta, mówiła w sposób twardy i zdecydowany. Susanna zaufała jej instynktownie. Następnego dnia wybrały się z detektyw Lazeterą do centrum miasta na komendę policji, aby sporządzić portret pamięciowy sprawcy. Było to dość łatwe, ponieważ nie przestawała wyobrażać sobie tego mężczyzny, ilekroć zamykała oczy. Co więcej, z każdym mijającym dniem widziała go coraz wyraźniej. Rasa biała. Wielki, ale o delikatnych, chłopięcych rysach twarzy, nie licząc żuchwy, nieproporcjonalnie dużej względem reszty twarzy. Bladoniebieskie oczy, które wydawały się nieomal białe. Piegi na nosie.

Miesiąc później mężczyzna został ujęty. Był sprawcą całego szeregu napaści, do jakich doszło na Upper West Side. Jak powiedziała detektyw Lazetera, prawie zawsze posługiwał się tym samym modus operandi, zostawiając swoje DNA – jako dowód rzeczowy – na skórze ofiary, na jej ubraniu oraz betonowym podłożu. Susanna należała do trójki kobiet, które zamierzały zeznawać podczas rozprawy sądowej. Facet otrzymał wyrok wieloletniego pozbawienia wolności.

Cóż za ironia losu: sprawcę gwałtu złapano, ale tymczasem ulotnił się Alan.

Oboje zaczęli chodzić na grupowe sesje terapeutyczne jako para, a także indywidualnie. Terapeutka powiedziała, że powrót do normy potrawa bardzo długo. Stopniowo Susanna zrozumiała dlaczego. Wędrując ulicami swojej ukochanej dzielnicy i załatwiając codzienne sprawunki, doświadczała ataków paniki, na przykład wtedy, gdy wchodziła do drogerii kupić szampon albo gdy w sklepie spożywczym brała z półki kartonik mleka. Osaczał ją lęk, strach tak irracjonalny, że bała się o tym powiedzieć Alanowi i doktor Cindy, jak nazywała swoją terapeutkę, bo pewnie pomyśleliby, że zwariowała. Wzięła urlop w pracy (wolontariuszki w Metropolitan Museum), ponieważ „natarczywe” spojrzenia turystów zaczynały ją przerażać. Gdy szła na pływalnię, usytuowaną na trzecim piętrze budynku, miewała wizje, w których ów basen spada przez wszystkie kondygnacje na sam dół, ku ziemi. Nie znosiła seansów kinowych, ponieważ obcy ludzie otaczali ją wtedy ze wszystkich stron. Wydawało jej się, że widzi mężczyznę, który ją zgwałcił, jak kupuje sobie kawę w Starbucksie albo stoi w kolejce do piekarni Magnolia, choć przecież człowiek ten siedział już w więzieniu. Czasami jednak patrzył prosto na nią i szczerzył w uśmiechu zęby.

Susanna dobrze pamiętała, jaką osobą była kiedyś, dawniej… Pewną siebie, prostolinijną, beztroską, wpadającą z przyjaciółkami w szał zakupów w centrum, biegającą po restauracjach, lubiącą podróżować metrem o dowolnej porze, za pan brat ze sobą i z tym wielkim miastem. Gdzie się podziała ta prawdziwa Susanna? I czy ta kobieta kiedykolwiek powróci?

Zdaniem doktor Cindy wszystkie owe reakcje były całkowicie normalne, co stanowiło pewną pociechę, choć sam fakt nie uwalniał Susanny od lęków ani od napadów paniki. Zrobiła badania na obecność wirusa HIV i inne choroby przenoszone drogą płciową – lekarz kazał je powtórzyć trzykrotnie. Przyjęła również stosowną dawkę leków przeciwko AIDS, rutynową pulę w razie gwałtu, o której to procedurze nie miała wcześniej pojęcia. Wykonała dwa testy ciążowe. Sprawca nie użył „zabezpieczenia”, mówiąc eufemistycznie. Profesjonaliści radzili, żeby Susanna i Alan „powstrzymali się od współżycia intymnego” (kolejny eufemizm) albo „starannie się zabezpieczali za każdym razem, gdy dojdzie do zbliżenia” – dopóki nie przyjdą wszystkie, zweryfikowane wyniki badań.

Kilka kobiet z grupy Susanny – także napastowanych seksualnie – wyznało podczas sesji terapeutycznych, że wzdragają się przed podejmowaniem intymnego współżycia ze swoimi partnerami. Również ich partnerzy nie bardzo wiedzieli, czy mogą w ogóle dotykać swoich kobiet z obawy przed niespodziewaną reakcją.

Susanna i Alan też przez to przechodzili. Łączyła ich taka sama bliskość jak wcześniej; przesiadywali razem na kanapie, oglądając filmy w telewizji, zasypiali w łóżku mocno do siebie przytuleni. Jednak coś więcej niż to wydawało się nieosiągalne. Na szczęście nie obawiali się rozmawiać ze sobą o tym problemie i Susanna wierzyła, że czynią postępy. Życie, jakie wiodła z Alanem, zdawało się stabilne i bezpieczne. Starała się myśleć o gwałcie jak o wypadku, zwykłym zakłóceniu, czymś, z czym można sobie poradzić i pozostawić za sobą.

Jesienią doszło do tąpnięcia w gospodarce, ale oboje utrzymali posady. W styczniu Susanna zaczęła z wolna zauważać, że Alan coraz bardziej się od niej oddala. Milczał w sposób dla siebie nietypowy. Przypuszczała, że powodem są problemy zawodowe wywołane sytuacją ekonomiczną, którymi nie ma ochoty się z nią dzielić. Nigdy, od samego początku ich małżeństwa, Alan nie przynosił kłopotów z pracy do domu. A ona nie dopytywała.

Być może, gdyby jednak dociekała, wszystko potoczyłoby się inaczej.

– Bardzo przepraszam, Susanno.

Byli w sypialni, przygotowywali się do snu. Tego dnia dostała wyniki badań – wszystkie w porządku. Przynajmniej w sensie fizycznym okazała się zdrowa. Testy ciążowe negatywne, potrójny test na HIV – negatywny, pozostałe badania dotyczące chorób wenerycznych także. Nie musieli się już zabezpieczać, mogli powrócić do wszystkiego, co działo się między nimi dawniej. Susanna była gotowa znów planować dziecko.

Alan przysiadł na skraju łóżka. Nadal miał na sobie elegancką koszulę i spodnie od garnituru. Nie zdążył zmienić ubrania, w którym pracował. Natomiast Susanna, wykąpawszy się, włożyła szlafrok. Jej skóra emanowała ciepłem. Podeszła, aby objąć Alana, aby stanąć między jego nogami, jak często to robili, przytulając się. Tym razem, zamiast rozsunąć stopy, przyciągnąć ją i otoczyć ramionami, wziął ją tylko za ręce, tak jakby chciał trzymać ją z dala od siebie.

– Nie jestem gotowy – powiedział.

Miał ostro zarysowane kości policzkowe. Schudł.

– Nie mogę.

Alan, ciemnooki i o doskonałych rysach twarzy, miał gęste kręcone włosy. Do tego był wysoki i szczupły – zawsze podobał się Susannie. Teraz ta uroda zmieniła się w maskę zakrywającą prawdziwe myśli i uczucia.

– Być może nigdy nie będę gotowy.

– Nigdy? – Co to znaczy nigdy?

– To mnie rozdziera na strzępy.

– Co?

– Nie chcę cię skrzywdzić.

– Skrzywdzić mnie? Jak?

– Ta profanacja. To… Nie potrafię tego wytłumaczyć.

Jednak nie musiał już niczego wyjaśniać. Susanna zrozumiała. To uczucie skażenia. Zanieczyszczenia, którego nie da się usunąć. Słyszała o tym od innych kobiet podczas sesji terapeutycznych.

– Ja po prostu…

Zasłoniła mu usta swoją dłonią, żeby nie musieć słuchać opisu jego uczuć na temat powrotu do ich poprzedniego życia, na temat poczęcia ich dziecka.

Gdy oderwała rękę od ust Alana, ten powiedział: – Bardzo przepraszam. – I się rozpłakał.

Niczym dobra żona, którą przecież była, objęła go mocno i utuliła w swych ramionach. Sama nie uroniła łzy. Stała ogłuszona. Głaszcząc Alana po głowie, patrzyła przez okno sypialni na zewnątrz. Wychodziło na południe, dawało widok na dachy okolicznych kamienic. W oddali błyszczały drapacze chmur. Co wieczór, tuż przed zgaszeniem światła, Susanna rozsuwała zasłony, aby zasypiać przy tym pejzażu, stać się częścią otaczającego ją świetlnego miasta.

– Bardzo przepraszam – powtórzył Alan.

Ich małżeństwo, przyszłość, sens wspólnego życia – były skończone. Przepadły wskutek kilku minut na betonowych płytach chodnikowych, tuż obok trzech zielonych plastikowych koszy na śmieci. Oraz błękitnego jak niebo pojemnika do recyklingu.