Ukryty Płomień - Janette Oke, T. Davis Bunn - ebook
Opis

ascynująca opowieść osadzona w dramatycznych wydarzeniach u zarania chrześcijaństwa.

Abigail traci wszystko i nie ma zbyt dużych szans na normalne życie. Gdy odkrywa, kim jest Mesjasz i dołącza do Jego wyznawców, odnajduje też nowy cel i sens życia. Może jednak czeka ją dobra przyszłość? Tymczasem coraz większe prześladowania rozpraszają rozrastającą się grupę chrześcijan „aż po krańce ziemi”. A Abigail grozi małżeństwo z niewłaściwym mężczyzną.

O rękę ślicznej Abigail zabiega dwóch zalotników. Jeden jest owdowiałym bogatym kupcem szukającym matki dla swoich dzieci. Drugi zaś to rzymski żołnierz, Linuks, zauroczony wdziękiem i urodą dziewczyny, który mógłby zaoferować jej bezpieczeństwo, a może nawet miłość, której ona tak bardzo pragnie. Jednak żaden z tych dwóch nie podbija jej serca. Szczepan, jeden z przywódców wśród wierzących, posiada charakter oraz wiarę, które głęboko poruszają Abigail, lecz z powodu śmiałego głoszenia na jego życie szykowany jest zamach. Czy wiara i odwaga Abigail ostaną się w obliczu bólu nie do opisania?

Wtedy, w sposób zupełnie niespodziewany, pojawia się promyk nadziei.

Książka nawiązuje do wydarzeń i postaci z tomu 1 - Śledztwo Setnika - ale stanowi odrębną historię więc lektura będzie fascynująca zarówno dla osób, które już znają tą serię jak i tych, które będą zaczynać od tego tomu.

 

Seria Kroki Wiary:

  1. ŚLEDZTWO SETNIKA
  2. Ukryty Płomień
  3. DROGA DO DAMASZKU (premiera 2020)

O autorach

Janette Oke
Znana kanadyjska autorka ponad 70 książek, między innymi sześciotomowej powieści Głos serca (na jej podstawie nakręcono serial).

Davis Bunn
Czterokrotny zdobywca nagrody Christy Award, bestsellerowy autor książek sprzedanych w ponad 7 milionach nakładu w 20 językach.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 450

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


WSTĘPDO WYDANIA POLSKIEGO

Z radością oddajemy Państwu drugi tom z serii Kroki Wiary pt. „Ukryty Płomień”.

Tom pierwszy pt. „Śledztwo Setnika” spotkał się z niezwykle dobrym przyjęciem zarówno czytelników jak i recenzentów. Wielkim wyróżnieniem było dla nas nagranie przez Teatr Polskiego Radia słuchowiska pt. „Śledztwo Setnika”. Ale najbardziej cieszą nas sygnały, że powieść się podoba, gdy towarzyszy im pytanie o kolejne tomy.

Dla nas dobra powieść to nie tylko wartka akcja i ciekawe tło historyczne, ale poczucie, że towarzyszymy bohaterom w ich odkrywaniu prawdy na temat Boga. Pod tym względem fani powieści „Śledztwo Setnika” nie będą zawiedzeni. Pośród biblijnych wydarzeń w tym tomie znajdziemy jeszcze głębsze Boże Prawdy.

Ale wierzymy też, że lektura tej książka będzie fascynująca również dla osób, które nie przeczytały tomu pierwszego – jest to wzruszająca historia o miłości, która przezwycięża nawet… śmierć.

 

 

 

Dedykujemy tę książkę

wszystkim naszym przyjaciołom

w wydawnictwie

Bethany House Publishers

z gorącymi podziękowaniami

za mądrość, troskę i kreatywność,

z jakimi niesiecie nasze książki światu.

ROZDZIAŁPIERWSZY

Jerozolima, 33 r. n.e.

 

Abigail cichutko wycofała się z miejsca, gdzie odbywała się uroczystość i pokuśtykała w stronę cienia. Boląca noga doskwierała jej coraz bardziej, więc usiadła na kamiennej ławce pod zewnętrzną ścianą okalającą podwórze. Wokół niej odgłosy bawiących się gości weselnych zlewały się w jeden szum. Jeszcze nigdy nie była świadkiem tak radosnego świętowania. Czuła, jakby napięcie, niepokój i niepewność ostatnich tygodni zupełnie odeszły. Ci ludzie cieszyli się nie tylko z powodu ślubu Albana i Lei. Był jeszcze jeden, dużo ważniejszy powód niż radosne przymierze tych dwojga nowych wyznawców Drogi.

Wszyscy radowali się prawdą, w którą już wcześniej wierzyli, lecz która teraz została potwierdzona. Ich Przywódca, Rabbi Jezus, naprawdę powstał z martwych i byli na to naoczni świadkowie.

Abigail obserwowała, jak dwunastoletni Jakub tańczy wśród innych weselników z niemal histerycznym zapałem i żarliwością. Wciąż było to dla niej niepojęte, że jej brat żyje, że jest cały i zdrowy. Miała wrażenie, jakby od zamordowania jej rodziny upłynęła wieczność. Tak długo czuła się samotna i zagubiona. I oto, nie dalej jak kilka godzin temu, zauważyła go tańczącego po drugiej stronie podwórza. Dla niej on również jakby zmartwychwstał – ten cud wydawał się jak sen. Na samą myśl o tym, do jej oczu znów napłynęły łzy.

Jakub musiał poczuć jej wzrok na sobie, bo odwrócił się, jakby jej szukał. Gdy ich spojrzenia się spotkały, podbiegł z troską na twarzy.

– Abigail, czemu nie tańczysz? Źle się czujesz?

– Czuję się świetnie, Jakubie.

I tak było. Chora noga dość mocno ją bolała, lecz w tej chwili mogła czuć jedynie radość w sercu. Lea, jej ukochana przyjaciółka, tańczyła w kręgu wierzących ze świeżo poślubionym mężem, Albanem, a jej brat stał tuż przed nią. Jej brat.

– Jestem tylko trochę zmęczona – zapewniła go.

– Przynieść ci coś? – zerknął na stół weselny udekorowany kwiatami i gałązkami, gotowy na mającą się niedługo rozpocząć ucztę.

Nagle odczuła potrzebę dotknięcia go, upewnienia się, że Jakub nie jest jakąś zjawą, przywidzeniem. Sięgnęła jego ramienia z drżącym uśmiechem.

– Może trochę wody. Dziękuję.

Gdy Jakub podbiegł do stołu, spojrzała znów na radosny tłum wypełniający małe podwórze. Czy to możliwe, że minęło zaledwie sześć tygodni odkąd nasz Pan umarł? Grupa Jego wyznawców, będąca już pod obserwacją jako podejrzana, pozamykała się po domach, szepcząc jeden do drugiego podniosłe, a zarazem pełne strachu słowa, rozglądając się nerwowo za każdym razem, gdy ktoś spośród nich musiał wyjść na ulicę.

Wtedy Jezus się im objawił, po czym wstąpił do nieba, by wysłać do nich Ducha Bożego, który zstąpił w jakże zdumiewający sposób – pod postacią wiatru i ognia.

A teraz bawili się z rumieńcami na twarzach i wesołością w oczach, a ich głosy zlewały się w tekst pieśni. Znów zabrzmiała muzyka tamburynów i fletów, porywając stopy do tańca. Tak, słychać było bez wątpienia, że jest to zabawa weselna, lecz było to także świętowanie zmartwychwstania ich Pana i otrzymania pożegnalnego daru Jego niewidzialnej, lecz niewątpliwej obecności.

I powrót Jakuba – wyszeptała do siebie Abigail z nikłym uśmiechem, wachlując twarz liściem palmowym. Jak to dobrze mieć tyle powodów do świętowania! Gdyby tylko moja noga tak nie bolała... Dyskretnie sięgnęła pod szatę, by rozmasować bolące miejsce. Jakże by chciała być teraz pośród tańczących! Bez końca wirowałaby po podwórzu…

– Proszę, siostrzyczko!

Abigail mimowolnie wstrząsnął dreszcz radości na dźwięk znajomego zwrotu z ust chłopaka, o którym myślała, że nigdy więcej go nie ujrzy. Uśmiechnęła się w podzięce i wzięła z jego ręki gliniany kubek, ale nie mogła się napić, gdyż gardło miała ściśnięte ze wzruszenia.

Jakub odwrócił się, by popatrzeć na klaszczący i śpiewający tłum. Kiwnęła głową wskazując mu, by dołączył do reszty. Widziała, że jest rozdarty, więc dotknęła lekko jego ramienia i popchnęła go.

– Idź, Jakubie. Zatańcz za nas oboje – tyle tylko zdołała wypowiedzieć przez łzy radości.

I już go nie było. Patrzyła, jak bierze kogoś za ręce i wiruje pośród przyjaciół. Była wśród nich jej droga przyjaciółka Hanna z białymi kwiatami wplecionymi we włosy. Lea i jej oblubieniec wymknęli się już do swej komnaty weselnej.

Abigail wstała. Powinna pomóc Marcie i Marii, które właśnie wnosiły tace z pieczoną jagnięciną, by umieścić je na poustawianych wzdłuż ściany stołach. Jej uwagę przykuł śmiech przebijający się przez ogólną wrzawę. Pewnie jeden z galilejskich rybaków opowiadał jakąś zabawną historię. Choć nie słyszała słów, uśmiechnęła się, gdy jeden z mężczyzn poklepał swego towarzysza po plecach i obaj znów gruchnęli śmiechem.

Westchnęła i spróbowała wstać, zobaczywszy kobiety niosące gliniane misy z czerwonymi winogronami i dojrzałymi oliwkami. Wcześniej pomagała przygotować do nich sos z suszonej ciecierzycy oraz tacę ze świeżą dymką, kolendrą i miętą.

– Abigail! – zawołała ją Marta. – Chodź i zajmij miejsce przy stole.

Chociaż jej ton był bezpośredni i szorstki, Abigail znała jej serce. Przez Martę przemawiała miłość.

– Powinnam pomagać…

– Jest znacznie więcej rąk do roboty. Widziałam wcześniej, jak utykasz. Siadaj i jedz.

Gdy Piotr wstał, by pobłogosławić jedzenie, Abigail niechętnie podeszła, by zająć miejsce przy stole dla kobiet. Uwielbiała słuchać, jak Piotr głośno się modli. Jego słowa były skierowane do Boga Jahwe, lecz przynosiły słuchającym pocieszenie i zrozumienie Bożych prawd.

Ledwie zajęła miejsce, gdy ktoś pociągnął ją za rękaw. Przykucnęła przy niej Nedra, służąca z pałacu Heroda. Było to zadziwiające, gdyż mimo usilnych próśb Lei, przełożony Nedry, Enos, odmówił jej pozwolenia na uczestnictwo w dzisiejszej uroczystości.

– Och, Nedro, Lea będzie taka szczęśliwa, kiedy się dowie, że Enos dał się ubłagać…

Ale Nedra od razu potrząsnęła głową. Dyszała tak ciężko, że Abigail czuła jej oddech na swojej twarzy. Dziewczyna pochyliła się bliżej i wysapała:

– Enos nie wie, że tu jestem. Muszą uciekać. Natychmiast!

Jej słowa nie od razu dotarły do świadomości Abigail.

– Ale jak to?

– Lea, Alban. Muszą uciekać. Teraz!

Oczy Nedry były szeroko otwarte ze strachu.

Z drugiego końca stołu dobiegła do ich uszu salwa gromkiego śmiechu. Niepokój Nedry nie pasował do tego zgromadzenia.

– Ale Alban i Lea są…

– Teraz! Musisz mnie posłuchać – palce Nedry szarpały szatę Abigail. – Nie maczasu.

– Nie rozumiesz, Nedro. Oni poszli do komnaty weselnej…

– Herod już wysłał straże – w oczach Nedry krył się lęk graniczący z szaleństwem.

Z drugiej strony Abigail odezwał się głos:

– Czy coś się stało?

Abigail z ulgą spostrzegła, że obok jej ławki stoi Marta.

– Nedra mówi, że jest jakieś niebezpieczeństwo. Próbowałam jej wyjaśnić, że…

– A ja ci mówię, że muszą uciekać – Nedra zerwała się z miejsca, machając gwałtownie rękami.

Nagle stanął przy nich młodzieniec imieniem Szczepan. Przystojne rysy jego ciemnej twarzy wyrażały zatroskanie, lecz mimo wyraźnego przerażenia Nedry, młody człowiek zachowywał niebywały spokój.

– Proszę… Nedro – tak masz na imię? Powiedz nam, proszę…

– Jeśli Enos zauważy, że mnie nie ma, każe mnie zabić – Nedra wytarła czoło trzęsącą się dłonią.

– Nie możemy więc na to pozwolić. Skoro biegłaś tu całą drogę, musisz być spragniona. Marto, proszę, przynieś jej coś do picia. A teraz mów, co się stało.

Abigail widziała, jak Nedra się trzęsie.

– Herod wysłał straże – powtórzyła ochrypłym głosem.

– Żeby pojmać Leę?

– I Albana. Herod nadal chce się zemścić na nich obojgu. Mają być do niego przyprowadzeni, a proces ma się odbyć szybko. A potem… potem zabije oboje.

– Jesteś pewna?

– Podsłuchałam, co planuje.

– Czy nie można się do kogoś odwołać?

Marta przyszła z kubkiem wody, ale Nedra tylko trzymała go w dłoniach.

– Nie. Piłat wyjechał do Cezarei. I właśnie dlatego Herod podjął działanie teraz – oddech Nedry znów stał się nerwowy i urywany. – Muszę wracać. Z każdą chwilą, gdy tu jestem, rośnie niebezpieczeństwo…

– Oczywiście – Szczepan podniósł wzrok rozglądając się po podwórzu. – Jakubie! – zawołał. – Potrzebujemy twojej pomocy. Odprowadzisz tę panią szybko i bezpiecznie do pałacu?

Chłopiec może i był młody, ale odpowiedział od razu. Musiał wyczuć niebezpieczeństwo.

– Znam tajemne przejścia. Chodźmy! – machnął ręką kierując się w stronę bramy.

– Dobry chłopak – pochwalił go Szczepan, po czym kiwnął i uśmiechnął się do Nedry. – Dobrze zrobiłaś, że przyszłaś.

– Powiedz im, że mi przykro. Ale muszą się pospieszyć – Nedra pozwoliła, by Jakub wziął ją za rękę i pociągnął za sobą. Ostatnie słowa rzuciła przez ramię, już w biegu: – Powiedz, żeby się spieszyli! Przekaż ode mnie pozdrowienia. Będę się za was modlić.

– A my za ciebie. Biegnijcie bezpiecznie!

Szczepan odwrócił się do Marty.

– Musimy im powiedzieć.

Abigail zorientowała się, że muzyka ucichła i wszyscy patrzą w ich kierunku.

– Nie moglibyśmy ich ukryć? – zapytała zdławionym głosem.

Marta szybko jej odpowiedziała:

– Nedra nie panikuje bez powodu. Ryzykowała życie, by ocalić przyjaciół.

– Skoro Herod już wysłał straże, musimy się pospieszyć – dodał Szczepan. Nawet nagłe niebezpieczeństwo nie zmąciło jego wrodzonego spokoju. – Alban i Lea są w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Tutaj nie mają gdzie się ukryć – nie przed gniewem Heroda, nie w tym mieście. Nedra ma rację. Muszą uciekać.

Abigail znalazła w sobie siłę, z której nie zdawała sobie wcześniej sprawy. Zwróciła się do Marty:

– Ja pójdę ich ostrzec. Spakujesz im do torby trochę jedzenia?

Szczepan już ruszył z miejsca.

– Zobaczę, czy uda mi się załatwić konia.

Abigail wspięła się najszybciej jak mogła po drewnianych stopniach wiodących do pokoju, który dzieliła z Hanną, a który udekorowały i użyczyły młodej parze. Usłyszała delikatny śmiech kobiety. Nigdy wcześniej nie słyszała, żeby Lea się śmiała. Ateraz chwile radości muszą się zakończyć tak szybko. Oczy wypełniły jej się łzami, gdy stanęła pod drzwiami pokoju.

Już miała ich zawołać, gdy drzwi się otworzyły. Stał w nich Alban obejmujący Leę w talii.

– Co się stało, Abigail? Usłyszałem, jak ktoś biegnie…

– Herod… – smak tego słowa w jej ustach był ohydny. – Idą po was jego oddziały. Teraz. Nie ma czasu…

Urwała, bo Alban właśnie chwycił ją za ramię.

– Spokojnie. Powiedz jeszcze raz.

– Herod wysłał po was straże. Nedra wymknęła się z pałacu, żeby nas ostrzec. On chce… – nie mogła dalej mówić.

– Co chcesz powiedzieć? – szepnęła Lea.

– Piłata nie ma w mieście – wyjaśnił Alban ponurym tonem. – Herod wykorzystuje szansę, by się na mnie zemścić za to, że pokrzyżowałem mu plany.

Abigail zarzuciła ramiona na Leę, a łzy płynące z jej oczu zamieniły się w szloch, gdy tuliła przyjaciółkę. – Musicie uciekać. Oddziały…

Ciepłe dłonie Lei przytrzymały ramiona Abigail.

– Bierzcie rzeczy – ty i Jakub. Pospieszmy się.

– Straże nie będą szukać Abigail ani Jakuba – zdecydowanie w głosie Albana pomogło obu kobietom uspokoić się. – Towarzyszenie nam byłoby zbyt niebezpieczne dla nich obojga. We dwoje będziemy się szybciej poruszać i mniej rzucać się w oczy.

– Ale…

– Leo, jeśli straże już nasz szukają, musimy ruszać teraz. Jak już będziemy bezpieczni, poślemy po nich.

– Jakub poszedł odprowadzić Nedrę do pałacu – Abigail wytarła twarz. – Alban ma rację. A z moją nogą…

Lea uścisnęła ją jeszcze mocniej.

Alban delikatnie odsunął żonę od przyjaciółki.

– Musimy iść.

– Damy znać jak tylko to będzie możliwe – powiedziała Lea przez ramię, spiesznie schodząc ze schodów. – Obiecuję.

Abigail osunęła się na stopień, ukryła twarz w dłoniach, a przez palce pociekły jej łzy.

– O, Boże, daj im szybkość i Twoją ochronę – tylko tyle była w stanie wypowiedzieć.

***

Jedynym zwierzęciem, które w tak krótkim czasie udało się znaleźć Szczepanowi, był osioł, wykorzystywany do zwożenia z doliny opałowego drewna. Z wyrazu twarzy Albana Abigail wyczytała, że miał nadzieję na coś lepszego. Strach przed pochwyceniem przez Heroda był widoczny w głębi jego oczu. Na szczęście Lea była zbyt zajęta pożegnaniami z innymi kobietami, by to zauważyć. Zanim wspięła się na osiołka i spojrzała na ukochanego, twarz Albana wyrażała właściwą dla niego powagę i siłę.

– Musimy ruszać.

– Dokąd się udacie? – spytała Abigail.

– Lepiej będzie, jak nie będziesz wiedziała. Gdy nie wiesz, nie grozi ci niebezpieczeństwo.

Nawet spokojna zazwyczaj Marta była teraz pełna niepokoju.

– Na tym osiołku daleko nie zajedziecie.

Alban chwycił za lejce i zaczął iść.

– Nie mamy wyboru.

Gdy doszli do bramy podwórza, z wąskiej alejki dało się słyszeć zbliżający się tętent kopyt. Abigail stała wystarczająco blisko, by zauważyć, że Alban sięga do pasa, lecz jego ręka schwytała tylko powietrze. Odwrócił się do Lei i powiedział:

– Przygotuj się do biegu.

– Nie opuszczę cię nigdy!

Alban już chciał z nią dyskutować, gdy odwrócił się i spostrzegł jeźdźca galopującego w ich stronę.

– Linuks! – zawołał, gdy ten stanął przed nimi.

Twarz żołnierza była poważna.

– Ludzie Heroda depczą mi po piętach! – Linuks zsunął się z konia. – Weźcie mojego rumaka i pędźcie jak wiatr!

Mężczyźni uścisnęli się. Wahanie szybko zamieniło się w solidny uścisk żołnierzy, którzy służąc razem zostali przyjaciółmi. Następnie Alban wskoczył na grzbiet konia i wciągnął Leę. Szczepan i Marta wetknęli im sporządzone naprędce zapasy na podróż. Przez krótką chwilę Lea i Alban rozejrzeli się po zebranych. Była to cicha chwila, gdyż każdemu zabrakło słów. Wreszcie Alban obrócił konia i wbił pięty w jego boki.

Abigail odpięła róg szala i uniosła go, by wytrzeć spływające po policzkach łzy. Strach niemal zgniatał jej klatkę piersiową. Zastanawiała się, kiedy – iczywogóle – ich znowu zobaczy. Poczuła, że ktoś ją obserwuje i nagle zauważyła, że żołnierz, ten Linuks, wcale nie patrzył za swoim odjeżdżającym przyjacielem. Patrzył na nią.

Przeszedł ją dreszcz. Już wcześniej zauważyła tego przystojnego rzymskiego oficera; zwróciła też uwagę na jego śmiałość. Ciaśniej okryła twarz chustą, zakrywając ją całą poza oczami, po czym odwróciła się, by popatrzeć, jak szybkonogi rumak niosący Albana i Leę znika za rogiem ulicy.

Gdy ucichł już dźwięk kopyt na brukowanej drodze, Abigail odwróciła się i ujrzała wspólnotę wierzących stojącą w ciszy. Już nie grała weselna muzyka. Nie było już śmiechu i wesołości, tańców i ucztowania. Ich świat znów gwałtownie się zmienił i musieli sobie przypomnieć, kim są i gdzie się znajdują. Obcy we własnej ziemi. Judejczycy, a jednak postrzegani jako wrogowie zarówno przez własnych przywódców religijnych, jak i przez rzymskich najeźdźców.

Ciszę przerwał stanowczy głos. Choć tylko trochę głośniejszy od szeptu, odbił się echem na podwórzu. Była to modlitwa, płynąca prosto z serca i duszy byłego rybaka z Galilei.

– Jedźcie z Bogiem – powiedział Piotr.

– Jedźcie z Bogiem – powtórzyli wszyscy, jakby wzięli oddech świeżego powietrza. Tak. W końcu przecież Bóg był z tym dwojgiem, którzy teraz ratowali ucieczką swoje życie. Był również z tymi, którzy zostali, by spotkać się z prześladowcami.

***

Abigail jeszcze nie otrząsnęła się po tych dramatycznych wydarzeniach, gdy zdyszany Jakub pociągnął ją za szal.

– Ukryli się? – zapytał z trudem.

Abigail złapała go obiema dłońmi za ramiona.

– Czy Nedra…?

– Udało nam się – wysapał. – Nie sądzę, by Enos się zorientował, że w ogóle opuszczała pałac.

– Bogu dzięki – wyszeptała Abigail.

– Gdzie Alban?

– Wyjechali. Są…

– Jak to: wyjechali? Dokąd?

– Nie wiem. Możemy się tylko modlić, żeby im udało się uciec.

– Ale… ale jak on mógł pojechać beze mnie? Ja przecież miałem jechać z nim. Obiecał, że nigdy mnie nie zostawi!

Abigail zobaczyła malujące się na twarzy brata poczucie nieszczęścia i zrozumiała, co chciał powiedzieć.

– Nie mógł czekać, Jakubie. Alban i Lea byli w niebezpieczeństwie. Przecież wiesz.

Gdy to mówiła, usłyszeli tętent licznych końskich kopyt dudniących na brukowanej uliczce prowadzącej na podwórze. Przyjechali prześladowcy.

– Szybko! – Abigail popchnęła Jakuba. – Musimy się ukryć zanim tu wejdą. – Opierał się, więc popchnęła go przed sobą. – Biegiem!

Odwrócił się, by na nią spojrzeć.

– Ale dokąd?

– Za balie. Wyjdziemy tylnym wyjściem. Tam jest ścieżka prowadząca do uliczek na tyłach placu.

Ledwo przebiegli przez podwórze, pojawiły się rumaki, stąpając ciężko i parskając. Abigail usłyszała srogie krzyki żołnierzy i brzęk stalowych ostrzy. Wcisnęła Jakuba do cienia za sobą, pełna obawy, czy jakiś ruch nie przyciągnie ich uwagi.

– Szukamy Albana. Gdzie on jest? – wykrzyknął gniewnie żołnierz, który najwyraźniej był dowódcą oddziału.

– Tu go nie ma – odpowiedział Piotr.

– Mamy informację, że przebywa w tym miejscu. Czy zaprzeczasz? – spytał szorstko.

– Nie zaprzeczam, że tu był. To dzień jego ślubu. Świętowaliśmy to, że odebrał swoją oblubienicę i…

– Nie obchodzi mnie wasze świętowanie. Dokąd pojechał?

– Tego nie powiedział.

Dowódca zaklął siarczyście.

– Zobaczymy, czy potraficie mówić prawdę. Żołnierze, z koni! Przeszukajcie każdy zakamarek tego parszywego miejsca od góry do dołu! Jeśli ten nieokrzesany człowiek kłamie, wkrótce zawiśnie na krzyżu. Razem z resztą swoich stronników.

Abigail wciągnęła głęboko powietrze i mocniej przylgnęła do Jakuba. Pośród hałasu i zamieszania panującego na podwórzu raczej nie powinni zostać zauważeni.

– Tędy – szepnęła przez ramię. Schyleni przemknęli w stronę tylnego wyjścia. Boże, Ojcze, proszę Cię, pomóż nam… pomóż nam wszystkim – modliła się Abigail – Panie Jezu, prowadź nasze kroki. Duchu Święty, bądź znami…

Jakub, który znał labirynt ulic i uliczek Jerozolimy jak własną kieszeń, wkrótce objął rolę przewodnika w tej gwałtownej ucieczce.

***

Tego samego dnia wieczorem, na tyłach zabudowań, przy sklepie handlarza ryb, który był jednym z wierzących, Jakub znów zasypał Abigail pytaniami. Dokąd pojechali Alban i Lea? Jakie mieli plany? Kiedy po niego poślą?

I wciąż padała ta sama odpowiedź:

– Nie wiem.

Jego cierpliwość szybko się wyczerpała.

– No to co mamy robić?

– Czekać – odparła Abigail.

– Czekać! – Jakub próbował z niej zadrwić, ale był bliski płaczu. – Nie tak to miało być. Potrzebuję Albana teraz. Nawet nie zdążyłem się pożegnać. Nie dostałem od niego instrukcji, co mam dalej robić. Jak możesz mówić, że mamy czekać? Czekać na co? Na kogo? A co, jeśli im się nie uda? Skąd będziemy wiedzieli? – jednym tchem wyrzucał litanię swoich frustracji i gniewu.

– Jeśli im się nie uda, Herod będzie się tym chwalił stąd aż do Rzymu – powiedziała w końcu Abigail, próbując trzymać swą cierpliwość na wodzy. – A nawet jeśli im się uda, może kłamać w tej sprawie tylko po to, żeby zachować twarz. Nie możemy zrobić nic innego, jak tylko czekać, Jakubie. Dadzą nam znać, jak tylko będą mogli. Poślą po nas w odpowiednim czasie.

Lecz Jakuba wcale to nie przekonało. Abigail poczuła, jak odsuwa się od niej w ciemności nocy. Bardzo ją to zabolało. Czy kilka godzin temu odnalazła Jakuba tylko po to, by go teraz stracić z powodu żalu i tęsknoty za Albanem? Modliła się, by tak się nie stało. Jednak w tej chwili w jej sercu był chłód – większy nawet od zimnych ramion nocy, które ich otaczały.

ROZDZIAŁDRUGI

Cezarea, dwadzieścia pięć miesięcy później…

 

Gdy Linuks znów postawił stopę na judejskiej ziemi, powitał go widok bawiących się dzieci. Dwaj chłopcy ścigali się po kamiennym murze portu. Linuks od razu przypomniał sobie dom swojego brata. Dwie dziewczynki, które zostały w Umbrii, były blondynkami. Bawiący się opodal chłopcy mieli ciemne włosy, jednak i te i tamte dzieci łączył łobuzerski śmiech oraz umiejętność czerpania radości z pogoni za motylem lub psem w unoszącej się w świetle słonecznym kurzawie. Odkąd Linuks opuścił ojczystą Umbrię i wyjechał do Rzymu, a następnie do Judei, prawie każdej nocy śnił o swoich bratanicach–bliźniaczkach. Każdy inny zdeklarowany kawaler mógłby to uznać za nawracający koszmar, lecz po tym, co Linuks odkrył w Rzymie, czuł, że owe sny zawierają maleńki płomyk nadziei.

– Linuksie! Jakże się cieszę, że cię widzę! – Horus, kapitan portu, był niegdyś dowódcą statku. Pochodził z Tyru. Lubił opowiadać, jak to kiedyś dowodził fenickim statkiem pirackim, lecz Linuks wiedział, że człowiek ten już od dawna dobrze służy Rzymowi zarówno na lądzie, jak i na morzu. Wiele lat temu spadła na niego podczas sztormu belka masztowa i przygwoździła go do pokładu. Gdy szedł w kierunku Linuksa z wyciągniętą dłonią, jego krok był chwiejny niczym statek na wzburzonym morzu.

– Jakie wieści z Rzymu?

– Kobiety są piękne, jak zawsze – Linuks zdobył się na ironiczny uśmiech, jakiego kapitan portu by po nim oczekiwał. – I teraz jest znacznie smutniej, bo mnie już tam nie ma.

– A mężowie mogą odetchnąć z ulgą, jak mniemam – Horus klepnął Linuksa po plecach i skierował w stronę kamiennego domku, w którym prowadził ewidencję statków przypływających i wypływających z portu. – Napijemy się czegoś.

– Moje rzeczy…

– Idź i przynieś je – Horus skinął na swego pomocnika, po czym dodał: – Chodź, Linuksie, chcę usłyszeć opowieści o tych wszystkich płaczących za tobą damach.

Gdy już znaleźli się w zacienionym pomieszczeniu, dobry humor kapitana zniknął jak poranna mgła na Morzu Śródziemnym.

– Wina?

– Poproszę herbatę. Mam dużo do załatwienia przed zachodem słońca.

– Domyślam się – Horus wystawił głowę za drzwi i wrzasnął: – Gdzie się podział ten parszywy pies?!

– Tu, panie!

– Przynieś herbatę! I dobre jedzenie!

– Tylko herbatę – sprostował go Linuks.

Kapitan portu spojrzał na niego z ukosa.

– Druhu, byłeś na morzu ładnych kilka tygodni!

– Prawie dwa miesiące – przytaknął Linuks. – Ostatni raz cumowaliśmy statek dwa tygodnie temu.

– Ledwie dwie godziny temu dostaliśmy świeży chleb…

– Wystarczy herbata. Bardzo dziękuję – Linuks zignorował burczenie w brzuchu. Horus wydał służącemu odpowiednie polecenie i opadł na krzesło.

Linuks zauważył, że na stole pod oknem leży pełno map i zwojów. Odznaka urzędowa mężczyzny i pieczęć cesarza przytrzymywały rozwinięty dokument z wykazem ładunków, oczekujący zapewne na obliczenie należnego cła.

Horus zapytał ponownie, tym razem spokojniej:

– Jakie wieści z Rzymu?

– Na pewno chcesz je usłyszeć, stary przyjacielu?

– Wszyscy w Cezarei żerują na pogłoskach, wszystkie są niepomyślne. Prawda nie może być gorsza.

– Nie zakładałbym się o to.

– Więc to prawda. Sejan1 ma kłopoty.

Linuks westchnął i spojrzał przez okno. Odkąd cesarz Tyberiusz wycofał się z życia politycznego i osiadł w swym pałacu na Capri, Rzymem władał jego zastępca, Sejan, którego jedynym oficjalnym tytułem było stanowisko prefekta gwardii pretoriańskiej. Nominalnie Tyberiusz pozostał władcą imperium, lecz był w coraz większym stopniu zainteresowany jedynie własnymi przyjemnościami. Najbardziej martwiło Linuksa to, że wielu bogatych i wpływowych obywateli Rzymu idzie za przykładem cesarza pozwalając, by każda rozrywka, jaka im się spodoba, doprowadzała ich do coraz większej rozpusty i deprawacji.

– Sejan ciągle walczy z senatem – powiedział w końcu Linuks. – I przegrywa.

Kapitan portu się skrzywił.

– To nie wróży dobrze dla takich jak ja czy ty.

W drzwiach pojawił się służący.

– Herbata, panie.

Linuks wziął kubek i kiwnął w podziękowaniu, po czym powiedział:

– Przejdźmy się.

– Słońce pali niemiłosiernie.

– Siedzenie w ukryciu stanowi dla nas obu niebezpieczeństwo – wymamrotał.

Horus wyszedł za nim na popołudniowy skwar.

– Tak bardzo boisz się szpiegów?

– Nie jestem jeszcze pewien, z czym mamy do czynienia – wyrzekł przyciszonym głosem Linuks. – Mogę ci tylko powiedzieć, czego się dowiedziałem przybywszy do Rzymu.

– W takim razie mów.

Horus był długoletnim przyjacielem Linuksa i jednym z jego najbardziej zaufanych sojuszników. Linuks wiedział, że cokolwiek mu powie, zostanie powtórzone ku przestrodze żołnierzy z miejscowego garnizonu. W stolicy prowincji wieści szybko się rozchodziły, a podawane dalej informacje dawały teraz jedyną nadzieję na przeżycie.

Czternaście miesięcy wcześniej Linuks wrócił do rodzinnego domu w północnej Italii. Umarła pierwsza żona jego brata i Kastor właśnie żenił się powtórnie. W związku z tym Linuks otrzymał od niego oficjalne wezwanie – starszy brat skorzystał z okazji, by poddać próbie jego lojalność. Jedyny fakt, który Linuks ominął w opowieści, to zabawy z bratanicami, córkami Kastora z pierwszego małżeństwa. Małe dziewczynki okropnie tęskniły za matką, a na dodatek ojciec zaczął potem poświęcać więcej uwagi swojej nowej, młodej żonie, więc czuły się zupełnie zagubione i odrzucone.

Przebywając w Umbrii, Linuks słyszał o wydarzeniach mających miejsce w stolicy. Stary cesarz, Tyberiusz, wydawał się niezdolny do skupienia się na czymkolwiek poza swoimi ogrodami na Capri. Jego zastępca, Sejan, wciąż popadał w konflikty z senatem. Ten zaś, wbrew Sejanowi i Tyberiuszowi, zarządził pełen niesławy powrót Poncjusza Piłata z Judei. Na miejsce Piłata mianowany został zaufany sojusznik senatu, niejaki Marcellus.

Na szczęście Linuks nie znalazł się w samym środku owego politycznego zamieszania. Nie musiał też towarzyszyć Piłatowi, który otrzymał rozkaz stawienia się przed senatem. Piłat mógł zostać wygnany lub nawet stracony, a wraz z nim cała kadra starszych oficerów, więc fakt, że Linuksa to nie dotknęło, był rzeczą nad wyraz korzystną.

Lecz to, co zastał w Rzymie, tak go wytrąciło z równowagi, że nawet teraz, gdy przebywał wiele setek mil od stolicy, jego żołądek wciąż się nieprzyjemnie zaciskał.

Horus w milczeniu wpatrywał się w zatłoczony port w Cezarei, choć Linuks wątpił, by jego przyjaciel cokolwiek w tej chwili zauważał. W końcu rzekł:

– Jak prosty żołnierz służący na morzu ma to wszystko przetrwać?

Linuks powtórzył zdanie, które usłyszał od przyjaciela w Rzymie:

– Trzeba być niezwykle ostrożnym we wszystkim, co się mówi, co się robi – może nawet w tym, co się myśli.

– Kiedy przyjeżdża nowy gubernator? – Horus oparł się o kamienny mur okalający port.

– Miał wyruszyć tydzień po moim wyjeździe. Ja dostałem rozkaz przybycia przed nim i… – Linuks machnął ręką. Dalsza rozmowa o sprawach imperium z kapitanem portu byłaby niewłaściwa. Zamiast tego powiedział: – Spotkały nas dwa sztormy. Nie umiem powiedzieć, kiedy ani do którego portu przypłynie jego okręt.

Dwaj chłopcy akurat przebiegali obok nich po kamiennym murze, a ich uśmiechnięte twarze znalazły się na tej samej wysokości co oblicza obu mężczyzn.

– Wujku, pobaw się z nami – zagadnął jeden z nich.

– Nie widzicie, że jestem zajęty? – w szorstkiej odpowiedzi Horusa słychać było sympatię. Gdy chłopcy ze śmiechem pobiegli dalej, Horus wymruczał pod nosem z ledwo ukrywaną dumą:

– Małe nicponie.

– Jesteś ich wujkiem?

– Tak jakby. Ich ojciec był moim przyjacielem. Trzy zimy temu jego statek wypłynął i już nigdy nie wrócił. Zostali przeze mnie zaadoptowani. Tak samo zresztą, jak przez połowę ludzi, którzy dla mnie pracują. Ci dwaj raz są uroczy, a za chwilę łobuzują.

Linuks wychylił się, żeby popatrzeć, jak chłopcy dobiegają do miejsca, gdzie stary marynarz naprawiał sieć. Niższy wziął jedno z czółenek w kształcie strzały. Stary żeglarz ujął rączkę chłopca w swoją dłoń i pomógł mu przeciągać szorstki sznurek, podczas gdy starszy chłopiec w milczeniu przyglądał się tej scenie. Jakby na jakiś niewidzialny znak, chłopcy zaczęli śpiewać piosenkę o łowieniu ryb letnim świtem i o kobietach czekających w domu. Najwyraźniej nauczyli się tej piosenki od mężczyzn wypływających z portu. Marynarz, odchyliwszy głowę do tyłu, zaśmiał się głośno i ochryple.

Nagle Linuks zapytał:

– Myślałeś kiedyś o tym, żeby się ożenić?

Horus skierował się w stronę kamiennego domku.

– Kobiety i morze są jak oliwa i woda. Nie mieszają się ze sobą.

Linuks podążył za nim.

– Słyszałem to samo o żołnierzach i żonach.

Oczy Horusa rozszerzyły się z wyraźnym zaniepokojeniem.

– Nie mów, że jakaś panna z Rzymu skradła ci serce.

– Z Umbrii – przyznał Linuks. – I nie jedna, lecz dwie. Córeczki mojego brata. Śmieją się tak samo, jak ci dwaj chłopcy.

– A potrafią tak samo rozrabiać?

– Bez wątpienia.

Linuks znów spojrzał na chłopców i poczuł ukłucie w sercu na wspomnienie ostatniego dnia spędzonego z bratanicami. Gdy wszedł do ich pokoju, kłóciły się o małą, wyrzeźbioną w drewnie lalkę. Delikatnie się z nimi podroczył sprawiając, że się pogodziły, a w ich oczach pojawił się uśmiech. Lecz nie trwało to długo. Kiedy powiedział im, że wyjeżdża do Rzymu, zalały się łzami i nie dały się pocieszyć.

Linuks kopnął zdartym sandałem kamyk na drodze próbując ukryć emocje, po czym ośmielił się szepnąć, kierując słowa ku słońcu i gorącemu letniemu wiatrowi:

– Naprawdę za nimi tęsknię…

***

Dwa dni później Linuks wyruszył z Cezarei do Jerozolimy w towarzystwie oddziału konnego. Nie planował z nimi podróżować, jednak taki rozkaz wydał Bruno Aetius, trybun garnizonu w Jerozolimie. Pod nieobecność gubernatora, trybun dowodził wszystkimi siłami rzymskimi w Judei i polecił stanowczo, by żołnierze nie poruszali się po kraju w pojedynkę. Z tej właśnie przyczyny Linuks dołączył do jednego z oddziałów.

Nie żałował, że opuszcza Cezareę, co mogło dziwić, gdyż było to jedyne prawdziwie rzymskie miasto w całej prowincji. Nie żywił też absolutnie żadnych ciepłych uczuć do Jerozolimy, jednak w tym momencie chyba już ją wolał. Cezarea, rzymska stolica Judei, była teraz jak gotujący się kocioł. Wrzało od pogłosek, a ludzie się bali. Awieści zRzymu… Linuks potrząsnął głową.

Pierwszą noc spędzili w opuszczonej wiosce – tej samej, w której dwa lata wcześniej schronił się przed wiosenną ulewą w towarzystwie nowo poznanego człowieka. Ów człowiek stał się potem jego przyjacielem.

Tego wieczora przy ognisku Linuks zapytał dowódcę oddziału:

– Znałeś setnika Albana?

– Słyszałem o nim – odpowiedział żołnierz. Doświadczony w boju, w średnim wieku, nosił imię Cyrus, które sugerowało, że pochodzi z odległej prowincji, trzymającej się wciąż greckiej kultury. – Był twoim przyjacielem?

– Być może najlepszym, jakiego miałem szczęście poznać.

Cyrus nie odpoczywał przy ogniu. Nie siedział na krzesełku, ale raczej przycupnął na jego brzegu. Oczy dowódcy nieustannie obiegały okolicę, przynajmniej na tyle, na ile oświetlały ją trzy ogniska w rozbitym przez żołnierzy obozie.

– To prawda, co mówią, że ten setnik stał się Judejczykiem?

– Poślubił judejską kobietę i zrezygnował ze służby. To prawda.

– Nie chciałem cię urazić, panie.

– Nie czuję się urażony. A póki jesteśmy w drodze, mów mi po imieniu – Linuks przyjrzał się żołnierzowi siedzącemu po drugiej stronie ogniska. Po porządnym posiłku, przy zabezpieczeniu podwójnymi strażami, spodziewał się z jego strony większego rozluźnienia. – Spodziewasz się jakichś kłopotów?

– Na tych drogach – zawsze. Wiele się zmieniło, odkąd wyjechałeś.

– Myślałem, że jak wyjeżdżałem, to już było źle.

– Wtedy było źle, teraz jest jeszcze gorzej.

Linuks pokiwał głową.

– Nie mówię o zmianach na górze – powiedział Cyrus. – Gubernatorzy przychodzą, rządzą jakiś czas, potem odchodzą. Mnie obchodzą ludzie pod moim dowództwem.

– Mój przyjaciel Alban mógłby powiedzieć to samo.

Ponieważ Cyrus nadal wpatrywał się w mrok, Linuks kontynuował: – Piłat planował go wygnać za uchybienie w służbie, choć tak naprawdę Alban nikogo nie zawiódł. Po prostu zdał raport, którego treści Piłat nie chciał słuchać. Ale zanim Alban miał odjechać do nowego miejsca przydziału… – przerwał w pół słowa, gdy Cyrus skoczył na równe nogi.

Linuks również wstał i chwycił miecz, nasłuchując uważnie, lecz nic nie usłyszał. Noc była cicha, bezwietrzna. Ich ognisko strzelało, a iskry wznosiły się ku rozgwieżdżonemu niebu.

– Co się stało?

– Być może nic – Cyrus schował miecz, nie wiadomo kiedy dobyty, po czym stopniowo opadł na siedzenie. – A jakie wieści twój przyjaciel przyniósł gubernatorowi?

– Powiedział mu, że judejski Prorok znany jako Jezus z Nazaretu, ten, który został ukrzyżowany… że On żyje.

Cyrus skupił całą uwagę na Linuksie.

– Słyszałem tę plotkę. Jego wyznawców przybywa w błyskawicznym tempie.

– Alban jest jednym z nich.

Naraz ciemności przeszył przenikliwy krzyk, po czym żołnierz stojący przy skraju najbliższego ogniska padł na ziemię. Cyrus podskoczył wrzeszcząc:

– Do broni!

Noc w jednej chwili napełniła się dźwiękami. Linuks przekoziołkował i doskoczył do swojej drewnianej tarczy, podczas gdy obozowisko zostało zalane strzałami. Dwie z nich wbiły się w jego tarczę. Linuks przesuwał się na kuckach, schylając głowę tak nisko, że znajdowała się niemal na jego kolanach. Dostrzegł, że nawet legioniści, którzy jeszcze przed chwilą mocno spali, teraz siedzą skuleni pod swoimi tarczami.

Znów w jego tarczę uderzyły groty strzał; jedna o mały włos trafiłaby w goleń. Któryś z żołnierzy wrzasnął z bólu.

– Kryją się za kamieniami, od zachodu! Do ataku! – dał rozkaz Cyrus.

Linuks, tak jak inni, wydał z siebie okrzyk bojowy. Dobył miecza i popędził w stronę skał. Wskoczył na nie, mając Cyrusa po prawej stronie, lecz zastali tam tylko piach lśniący srebrem w świetle gwiazd.

– Trójkami! Rozdzielić się! Przeszukać każdy kąt!

Cyrus schował miecz i skinął ręką na Linuksa, by razem z nim wrócił do obozu. Gdy Linuks pomógł opatrzyć dwóch rannych, spytał:

– Mam iść na zwiady z twoimi ludźmi?

– Nic nie znajdą, ale dałem rozkaz na wszelki wypadek. Te ataki są zawsze takie same: przychodzą w nocy, uderzają podstępnie i cicho, po czym wycofują się i znikają.

Cyrus poklepał jednego z żołnierzy.

– Rany są powierzchowne. Obmyjemy je i opatrzymy. Jutro będziecie mogli dosiąść koni. Chirurdzy zostawią wam kilka blizn, którymi będziecie się mogli chwalić przed kobietami.

Cyrus podniósł głowę i przywołał z powrotem swoich ludzi. Wrócili z twarzami zwróconymi w stronę wroga, co było taktyką wpojoną na tyle, że dowódca nie musiał im tego nakazywać. Linuks wiedział, że tej nocy żaden z nich nie zaśnie.

– Kim byli atakujący?

– Nie mamy żadnej pewności.

– Jak to, nie złapaliście ani jednego?

– Żadnego, a ataki trwają od ośmiu miesięcy.

Linuks pomyślał o bandytach, z którymi miał do czynienia wraz z Albanem.

– Partowie?

– Nie docierają tak daleko na zachód. Choć słyszeliśmy, że są coraz śmielsi na drodze do Damaszku. Nie, to jest problem powstały tu, w Judei.

– A mają jakąś nazwę?

Cyrus ogarnął wzrokiem ciemności.

– Nazywają siebie zelotami.

1 W rzeczywistości Lucius Aelius Seianus został zgładzony na rozkaz Tyberiusza w 31 r. n.e. Przypis tłumacza.

ROZDZIAŁTRZECI

Ezdrasz zawsze doznawał lekkiego uczucia zazdrości, gdy odwiedzał Gamaliela w dzielnicy świątynnej w Jerozolimie. Ze Świątyni do cytadeli, z jednego centrum judejskiej władzy do drugiego, prowadziła szeroka droga. Większość członków Sanhedrynu, rady świątynnej, mieszkała właśnie przy tej drodze. Lecz zazdrość Ezdrasza wzbudzała nie pozycja Gamaliela wśród kapłanów Świątyni czy szerzej pojętej wspólnoty Judejczyków, lecz zgoła coś innego.

– Witaj, stary przyjacielu. Witaj – Gamaliel, starszy faryzeusz i długoletni mentor Ezdrasza, zaprosił swego przyjaciela do głównego pomieszczenia. Rozciągał się zeń widok na podwórze. Stojąca pośrodku niego fontanna tworzyła małe tęcze, które rozwiewał popołudniowy wiatr.

– Jak było w Aleksandrii? – Gamaliel wskazał Ezdraszowi krzesło przy małym drewnianym stoliku.

Siadając Ezdrasz westchnął i pokiwał głową.

– Pełno tam chaosu i zamieszania, jak i wszędzie w imperium.

Ezdrasz był starszym kupcem; teren jego działalności handlowej rozciągał się od Jerozolimy aż do Damaszku na wschodzie i do Rzymu na zachodzie. Kiwnął w podziękowaniu, gdy sługa w tradycyjny sposób umył mu ręce i nogi. Wziął srebrny kielich i skosztował wody owocowej. „Ten kapłan z pewnością żyje w dobrobycie” – zauważył w myślach, rozglądając się po dużym pomieszczeniu.

– A co nowego w Jerozolimie?

– Tyle się wydarzyło… – Gamaliel zawiesił głos, usłyszawszy pospieszne kroki na dole, w jednym z bocznych pasaży. Obaj mężczyźni odwrócili się w stronę okolonego łukiem wejścia.

– Ezdraszu! – wchodząca kobieta szybko przemierzyła pokój, niemal potykając się z pośpiechu i z radości. – Jak mogłeś tak długo nie wracać?!

– Mieliśmy pewne trudności, Miriam. Wybacz mi.

– Czy twój syn i córka mają się dobrze? – usiadła na drewnianej ławce opodal krzeseł.

– Podróż wydawała się im służyć, w przeciwieństwie do ich zmęczonego ojca.

– Są młodzi. Bez nauczycieli i bez ograniczeń, pojechali szukać przygód z ukochanym ojcem. Nic dziwnego, że wyprawa im się podobała. Nasz syn płakał niepocieszony, gdy usłyszał, że zabrałeś swoje dzieci.

– Następnym razem i on może z nami pojechać.

Miriam pogroziła palcem.

– Jeśli ośmielisz się choćby wspomnieć mu o czymś takim, to już ja ci…

– Ciiii, Miriam – skarcił ją mąż, choć uśmiechał się przy tym. – Wstydź się.

Ezdrasz słuchał, jak kobieta rozprawia z mężem o dzieciach, po czym zaczęli z Gamalielem dyskutować o zmianach, które zaszły w Jerozolimie – o odwołaniu Piłata i oczekiwanym przyjeździe nowego gubernatora, Marcellusa. Krążyły też pogłoski, że trybun garnizonu w Jerozolimie, Bruno Aetius, ma być odesłany z powrotem do Damaszku. Niektóre z tych wieści Ezdrasz już słyszał w Aleksandrii, inne były dla niego nowe. Starał się skupić uwagę, bo ci dwoje byli inteligentnymi, zaufanymi przyjaciółmi z koneksjami. Lecz zazdrość wytworzyła w jego sercu i umyśle jakby chmurę bólu i żalu, tak że trudno mu było uczestniczyć w rozmowie.

Miriam i zmarła żona Ezdrasza były niegdyś najlepszymi przyjaciółkami. Dwoje dzieci Miriam i Gamaliela było niemal dokładnie w tym samym wieku co jego dzieci – miały cztery i sześć lat. Ale ich dom był kompletny, pełny stabilnej miłości, podczas gdy jego dom rozpadł się na kawałki.

Dwa lata wcześniej jego ukochana młoda żona poślizgnęła się na mokrych kafelkach i upadła. Wydawało się, że to nic takiego – jeden siniak na łokciu i drugi tuż nad skronią. Trochę ją bolało, ale nie na tyle, by wszczynać alarm. Jednak tej samej nocy powiedziała, że odczuwa ból i kręci się jej w głowie.

Zmarła zanim nadszedł ranek.

Wewnętrzna agonia Ezdrasza z czasem się zmniejszyła. Nieco lekarstwa dla głębokiego smutku odnalazł w opiece nad dwójką swoich małych dzieci, jednak w sercu nosił tęsknotę za tym, co utracił. I nigdzie bardziej tego nie odczuwał niż tu – w przepełnionym pokojem domostwie starego przyjaciela.

Służąca przyprowadziła podekscytowane dzieci, które zadawały mnóstwo pytań, a jego serce tym bardziej odczuwało stratę. Wreszcie Miriam zabrała dzieci i ich opiekunki, a Gamaliel kazał reszcie służby wyjść i zamknąć drzwi. Komnatę spowił cień – tak głęboki, jak skrzywiona nagle mina gospodarza.

– Są problemy.

– Zeloci? – spytał Ezdrasz.

– Nie. Znaczy, tak. Oni też.

– Słyszałem, że ich ataki stały się niewiarygodnie śmiałe.

– Ataki… Tak, istna plaga. Ale gorsze jest to, że zyskują popularność wśród ludu.

– Przy ogniskach nocujących karawan słyszałem piosenki na ich temat – powiedział Ezdrasz. – Jedna była bardzo prosta i przemawiająca do serc. Coś o nowym judejskim Dawidzie pokonującym rzymskiego Goliata. Mój syn ją teraz śpiewa podczas zabawy.

– Ludzie są uciskani i potrzebują bohaterów – rzekł Gamaliel. – To dość naturalna reakcja.

Była to jedna z najbardziej niezwykłych cech tego człowieka. Ezdrasz miał świadomość, że większość ludzi, osiągnąwszy pozycję i władzę, stawała się coraz bardziej nieugięta w swych opiniach. Tracili zdolność kwestionowania własnych poglądów czy patrzenia z punktu widzenia drugiej osoby. Jednak Gamaliel był świetnym pośrednikiem. Łagodził konflikty dociekając wnikliwie, jakimi motywami kierują się inni. Był to prawdziwy dar – ta umiejętność słuchania, badania i szanowania cudzego punktu widzenia.

Jednak Ezdrasz nie miał złudzeń.

– Stanowią zagrożenie dla nas i dla naszej pozycji w społeczeństwie. Zeloci zniszczą wszystko, co jest nam drogie. A Rzymianie w końcu wygrają i zniszczą nas razem z zelotami.

– Sugerujesz, że mamy pomagać Rzymianom? – pytanie zostało zadane półszeptem, lecz stanowczo.

– Kusi mnie taka perspektywa. Lecz ja nie mógłbym się zgodzić na taki krok.

– Właśnie. Judejczycy pomagający Rzymianom zabijać Judejczyków. Byłoby to odrażające.

– Sanhedryn już tak wcześniej robił – brwi Ezdrasza podniosły się znacząco.

Gamaliel nic na to nie odrzekł.

– Mówię o tym ukrzyżowanym Proroku, co Go zwą Jezus z Nazaretu.

– Wiem, o kim mówisz – Gamaliel wstał i podszedł do okna. – Wymyślili dla siebie nową nazwę.

– Kto?

– Uczniowie zmarłego Proroka. Nazywają siebie wyznawcami Drogi.

Ciężkie zasłony okienne rzucały delikatny pastelowy cień na rysy jego przyjaciela. Lecz i tak Ezdrasz widział, że jest on rzeczywiście zmartwiony.

– A jakie to ma dla nas znaczenie, jak siebie nazywa garstka galilejskiego motłochu?

– Już nie tylko garstka, i nie tylko z Galilei. Niektórzy szacują ich liczbę na trzy tysiące, inni na pięć, albo i więcej.

– Niemożliwe! – Ezdrasz podniósł się z miejsca.

– Być może. Ale mam informacje z zaufanego źródła – tu Gamaliel wymienił imię starszego kapłana z synagogi Libertynów, miejsca spotkań wielu obdarzonych wolnością niewolników, zwłaszcza Judejczyków z dalekich regionów imperium, gdzie wciąż mówiło się głównie po grecku.

– Mówi, że tamci szerzą się jak zaraza, zwłaszcza wśród jerozolimskiej biedoty.

– Zupełnie jak esseńczycy – wymruczał pod nosem Ezdrasz, siadając z powrotem na krześle.

– I tak i nie. Ruch esseński z pewnością rozwinął się w ciągu ostatniego dziesięciolecia. Mówi się, że po Judei porozrzucanych jest około pięćdziesięciu wspólnot. Niektóre mają kilka tuzinów członków, inne nawet tysiąc. Jedno z największych zgromadzeń znajduje się na wschód od Góry Oliwnej, drugie na zachodnim brzegu Morza Martwego. Niektóre wymagają celibatu i przyjmują tylko mężczyzn, inne są zasiedlone przez całe klany. Wszystkich jednoczy nienawiść do Sanhedrynu i do kapłanów świątynnych, których uważają za skorumpowanych. Ale dotąd nie sprawiali kłopotów, wybierając odseparowanie od reszty ludności i czekanie na Mesjasza, który przyjdzie i uratuje naród. Jednak w obliczu ostatnich niepokojów politycznych i religijnych…

– Nie rozumiem – przerwał Ezdrasz. – Myślisz, że nawet esseńczycy będą teraz namawiać do przemocy?

– Nie. Przynajmniej jeszcze nie teraz. Mówią wiele niezwykłych rzeczy – odpowiedział Gamaliel, nadal patrząc w stronę okna. – Ale nic o przemocy.

– A czy ci…ci nowi uczniowie zmarłego Proroka dołączyli do zelotów?

– Nie. Oni też mówią o pokoju – kapłan wzdrygnął się. – Gdyby zmienili zdanie… Cóż za okropna myśl.

– Ja nadal nie…

– Ja też nie – Gamaliel cofnął się do swojego krzesła. – Jedno, co wiem na pewno, to fakt, że ci wyznawcy Jezusa rosną liczebnie szybciej niż jakakolwiek sekta do tej pory. A razem z nimi rosną też opowieści o nich. Nadal twierdzą, że ich Prorok Jezus powstał z martwych, że chodził pomiędzy nimi i wstąpił do nieba. Twierdzą, że to On jest prawdziwym Mesjaszem. Twierdzą…

– Tak?

– Mówią o cudach – powiedział Gamaliel. – O znakach i cudach. O rzeczach, które rozpalają pasję w każdym, kto o tym usłyszy. Ludzie albo do nich dołączają, albo stają się ich wrogami. Wszędzie się o nich mówi. Jeśli cokolwiek miałoby nimi zachwiać, obawiam się, że byłaby to burza o takiej sile, że zmiotłaby wszystko.

Ezdrasz wiercił się na swoim krześle.

– Gdybym usłyszał to od kogoś innego, odrzuciłbym to jako bzdury.

– Ale mówię do ciebie ja, stary przyjaciel, i to nie są żadne bzdury. Jak długo cię nie było? Cztery miesiące?

– Prawie pięć.

– Więc w ciągu pięciu miesięcy wyznawcy urośli w siłę, z którą musimy się liczyć.

– Mniemam, że w takim razie Sanhedryn jest tym bardzo zaniepokojony. Co zaproponował?

– Członkowie Sanhedrynu ciągną za swoje brody i patrzą w podłogę. Myśleli, że jak Prorok umrze, motłoch się rozejdzie. Dopiero zaczynają akceptować fakt, że jest to coś nowego. A wielu dochodzi do wniosku, że ten zmarły Prorok faktycznie jest długo oczekiwanym Mesjaszem. Ten ruch bardzo rośnie w siłę w całym społeczeństwie. Trzeba temu stawić czoła.

Ezdrasz zauważył zmianę tonu w głosie przyjaciela.

– Masz na to jakiś pomysł, prawda?

– Pomyśl. Oni nie mają żadnych sojuszników w strukturach władzy. Chciałbym, żebyś poszedł porozmawiać z ich przywódcami.

Ezdrasz nie mógł uwierzyć własnym uszom.

– Chyba nie mówisz poważnie. Ja jestem tylko zwykłym kupcem…

– Dokładnie. Nie muszą się z twojej strony niczego obawiać – Gamaliel podniósł ze stołu pergamin. – Tu masz listę ich przywódców, których udało nam się zidentyfikować. Nazywają ich apostołami. Nazwy ulic to miejsca, w których lokalni wyznawcy otworzyli swoje domy dla całej grupy. Niektórzy oddali swoje ziemie, które teraz służą jako obozowiska poza bramami miasta. Idź, spotkaj się z nimi. Najwyraźniej są biedni. Uczyń z nich naszych sprzymierzeńców. Jeśli trzeba, zaoferuj świątynne złoto. Zbadaj, czy można im ufać. Dowiedz się, jakie mają zamiary. I opowiedz wszystko tylko mnie, przyjacielu. Nikomu innemu.

***

Ezdrasz był człowiekiem utalentowanym w wielu dziedzinach. Jako dwunastolatek, syn kupca z Tyru, przybył do Jerozolimy, by studiować u faryzejskiego uczonego. Niektórzy mówili, że ów człowiek był najlepszym żyjącym nauczycielem Tory na świecie. Gdy Ezdrasz do niego przyjechał, Gamaliel studiował u tego nauczyciela już od prawie dwóch lat. Gamaliel wziął młodego Ezdrasza pod swoje skrzydła i pomógł przystosować się do obcego świata Świątyni, Jerozolimy i nauki. Ezdrasz wkrótce zauważył, że jerozolimscy uczeni mówią o Gamalielu z podziwem, gdyż umysł tego młodego człowieka chłonął wersety i komentarze niczym morska gąbka. Gamaliel potrafił raz przeczytać lub usłyszeć dany tekst, po czym bezbłędnie go wyrecytować. Już wtedy nazywali go cadik, czyli oddzielony przez Boga do specjalnych celów.

Ezdrasz nigdy nie posiadał takiego umysłu jak Gamaliel. Ale mało go to obchodziło. Przyjechał studiować jako najstarszy syn, gdyż taka była rodzinna tradycja. Tak uczynił kiedyś jego ojciec, a wcześniej ojciec jego ojca i tak przez siedem pokoleń wstecz, od czasu, gdy Machabeusze wyzwolili Świątynię i uczeni powrócili do Jerozolimy. Ojciec Ezdrasza, nim wyprawił syna na południe, wyznaczył mu dwa zadania. Miał oczywiście studiować Talmud, być posłuszny nauczycielowi i przynosić honor rodowemu nazwisku. Ale było coś jeszcze. Ezdrasz miał szukać sojuszników wśród hierarchii świątynnej i w Jerozolimie. Ojciec zapewnił go, że takie silne przyjaźnie, zawiązane we wczesnych latach życia, z biegiem lat przyniosą wielki owoc.

Ezdrasz powiększył rodzinny majątek. Wysłał młodszych braci, by założyli nowe ośrodki na Cyprze, w Tarsie i Damaszku. Jego siostry wyszły za mąż, a przez ich małżeństwa Ezdrasz zawiązał kolejne potężne sojusze. Ostatnio odnowił kontakty z dalekimi krewnymi, poszerzając swój teren handlowy aż do hiszpańskiej Galii na zachodzie, a ostatnio do Aleksandrii na południu.

Oczywiście, ojciec miał rację. Przyjaźń z Gamalielem przyniosła wielkie owoce. Przez wiele lat Ezdrasz był największym dobroczyńcą Gamaliela. Kapłan piął się po szczeblach kariery, aż wreszcie został członkiem Sanhedrynu, a tym samym wzrastały również potęga i wpływy Ezdrasza. Lecz to nie wszystko. Ezdrasz miał sojuszników w wielu różnych miejscach, a przyjaźnie te zostały zawarte w sekrecie i utrzymane w najwyższej dyskrecji.

Były to niebezpieczne czasy. Sytuacja w imperium rzymskim prowokowała do buntu, zwłaszcza tu, na wschodzie. Zeloci rośli w siłę, a zasięg ich działania był większy niż Gamaliel zdawał sobie sprawę, gdyż od lat nie opuszczał Jerozolimy. W całym kraju było o nich głośno. Coraz więcej młodych mężczyzn, rozwścieczonych uciskiem rzymskiego buta na swoich karkach, rzucało pasterskie laski, narzędzia i skórzane fartuchy, by wymknąć się z pól, sklepów i kuźni. Zamiast tego brali do rąk miecze i walczyli dla sprawy zelotów. Rodziny zmawiały za nich kadisz, modlitwę za zmarłych, bo wiedziały, że już ich nigdy nie zobaczą. Jeśli ktoś przyłączył się do zelotów, jedyną możliwością odejścia była śmierć – albo w walce, albo – w przypadku zdrady – od miecza innego zeloty.

Wielu młodych służących Ezdrasza już poszło za wezwaniem do przygody, chwały i służby krajowi. Dość wcześnie zorientował się, że wszelkie próby ich zatrzymania są bezcelowe. Rozgłosił więc, że chciałby spotkać się z przywódcami. Nie po to, by negocjować, lecz aby po prostu zaoferować pomoc. Stał się jednym z pierwszych kupców, którzy uznali zasługi zelotów. W rezultacie jego karawany nigdy nie były atakowane i jako pierwszy otrzymywał różne wiadomości. Tak jak w przypadku jego innych sprytnych decyzji biznesowych, czerpał z tego wielkie zyski.

Co do tej nowej grupy, wyznawców zmarłego Proroka Jezusa, plan Ezdrasza był prosty. Jeśli rosną w liczbę tak szybko, jak sugerował Gamaliel, musi pozyskać sobie nowych przyjaciół. Tak, oczywiście, pomoże Gamalielowi w zdobyciu informacji. Ale co szkodzi, żeby samemu też coś przy tym ugrać? W końcu był synem, wnukiem i prawnukiem wyśmienitych kupców.

Schował listy, które dał mu Gamaliel, po czym zrobił tak, jak robił już wiele razy w przeszłości: przez swych pracowników i sojuszników rozpuścił wieści, że chciałby się zobaczyć z przywódcami tej grupy. Zapewnił, że jest nimi zainteresowany. Nic więcej. Chciałby coś zyskać, czegoś się dowiedzieć, zaoferować pomoc. Przychodzi w pokoju.

Cóż w tym było złego?

ROZDZIAŁCZWARTY

Dzień był już gorący, choć promienie słońca ukazały się nad wschodnim horyzontem. Abigail odgoniła natrętną muchę, która zakłócała jej sen. Dziewczyna miała nadzieję, że jeszcze zaśnie. Powachlowała nad sobą ręką, by się nieco schłodzić i odstraszyć owada.

Ten prosty ruch wyciągnął ją z ramion snu w światło poranka i czekający ją wir obowiązków. Poruszyła się na posłaniu. Co przyniesie dzisiejszy dzień? Czy znowu trud i znój? Kolejne objawienia na temat Mesjasza dla któregoś z przywódców? Wyczekiwane wieści od Albana i Lei? Groźby ze strony tych, którzy nie przyjmowali prawdy? A może nawet powrót Mesjasza?

Zupełnie już obudzona, Abigail usiadła na posłaniu. Dwa lata temu, po nagłej ucieczce Albana i Lei, po całonocnym ukrywaniu się, razem z Jakubem wróciła do swojego mieszkania. Potem przeprowadzili się do małej przybudówki na tyłach sklepu rybnego. Jakub zajął się nauką hebrajskiego, angażując się w nią w różnym stopniu, w zależności od tego, czy tego dnia miał perspektywy jakiejś innej przygody, podczas gdy Abigail nadal wypełniała swoje obowiązki wraz z kobietami.

Nie usłyszała żadnego ruchu z małego stryszku nad pomieszczeniem, który nazywali domem. Jakub albo jeszcze spał, albo już wyszedł bez niej. Każdego ranka spotykali się w grupie wierzących na modlitwie dziękczynnej i wstawienniczej. Była to wspólna praktyka dla członków ich grupy w całej Jerozolimie.

Abigail zwinęła posłanie i przepchnęła je pod ścianę pokoiku.

– Jakubie, chyba jesteśmy spóźnieni. Nie słyszałeś piania koguta? – zawołała.

Zawsze polegała na kurach sąsiada, które ją rano budziły.

– Jakubie!

Z góry dobiegło stłumione westchnięcie nieprzytomnego chłopaka. W gruncie rzeczy Jakub nigdy nie zaakceptował tego, że Alban wyjechał tak nagle, bez niego, niezależnie od powodów, które nim kierowały. Choć nie mówił nic na ten temat, Abigail czuła jego smutek i niezadowolenie. Wiedziała, że wyjazd Albana pozostawił ogromną pustkę w życiu jej brata. Wiedziała również, że nie lubi pracy cieśli, którą mu przydzielono po jego bar micwie, czyli żydowskiej uroczystości wyznaczającej dojrzałość chłopaka. Patrzyła, jak pod koniec dnia siedzi i nic nie mówi, tylko ogląda swoje dłonie, pełne odcisków i pęcherzy. Abigail mogła wyczytać z wyrazu jego twarzy, co myśli. Te dłonie nie są stworzone do obrabiania drewna, do zbierania drzazg iodcisków. Nie, te dłonie są stworzone do trzymania miecza. Do dawania rozkazu tym, którymi bym dowodził. Gdyby tylko Alban… Bywały dni, kiedy Abigail czuła, że powoli, dzień po dniu, traci brata. Stawał się coraz cichszy, coraz bardziej wycofany, a ona nie umiała zrobić nic, by go z tego wydobyć.

Tak jak to robiła już wiele razy wcześniej, przygotowując się do nadchodzącego dnia, wyszeptała w modlitwie:

– Drogi Ojcze, niech dziś przyjdą wieści od Albana. I zachowaj Jakuba…

Usłyszała szuranie, kiedy brat powoli schodził po drabinie z małego poddasza nad jej głową. Miał rozczochrane włosy i szczękę zaciśniętą w grymasie niezadowolenia. Nie odezwał się ani słowem. Nie powiedział nawet „dzień dobry”.

– Dobrze spałeś?

Ledwie skinął głową.

– Musimy się pospieszyć. Zaspałam. Nie słyszałam piania koguta…

– Może Bóg nam pobłogosławił i ptaszysko zdechło.

Abigail rzuciła w jego kierunku szybkie spojrzenie. Wyraz jego twarzy nie zmienił się.

Wyszli razem, przy czym Jakub pozostawał o krok w tyle za siostrą. Ulice już były pełne ludzi, ale handlarze i właściciele straganów jeszcze nie wystawili swoich towarów. Słońce jeszcze nie do końca wzeszło, więc żaden rzymski żołnierz nie paradował konno po brukowanych uliczkach. Lekki wiatr poruszył liśćmi drzew palmowych nad ich głowami, dając powiew świeżego powietrza, które wkrótce miało stać się duszące od upału.

– Ciekawe, kto poprowadzi dziś poranne modlitwy – zastanawiała się na głos Abigail, mając nadzieję, że wciągnie brata do rozmowy. – Zdaje się, że Piotr i Jan wyjechali.

– A dokąd tym razem? – zrzędził Jakub.

Abigail odwróciła się do niego, a jej serce na nowo wypełnił smutek i żal. Wezbrało w niej pragnienie, by chronić ukochanego brata. Według niej był jeszcze młody; nie miał piętnastu lat, a już wykonywał pracę dorosłego mężczyzny, co było zgodne z ich tradycją. Dzień w dzień nosił, piłował, przycinał i heblował ciężkie kawały drewna oliwnego, cedrowego lub sosnowego. Od świtu do zmierzchu trudził się pracą, z której nie czerpał żadnej satysfakcji. Abigail wiedziała, że są mężczyźni, którzy uwielbiają poczuć drewno, gdy przesuwają szorstką, pełną odcisków dłoń po misternej, słojowanej powierzchni. Rozumieli, jak cudownie Bóg stworzył drzewa i potrafili sobie wyobrazić, co można z nich uczynić poprzez wprawne rzeźbienie i budowanie. Pamiętali też, czym było drewno w rękach Cieśli. Ale Jakub do nich nie należał. Dla niego to była jedynie praca do wykonania – męcząca i nieustająca.

– Słyszałam, że odwiedzają braci w innych miastach – odpowiedziała.

Jakub tylko wzruszył ramionami.

Odległość do miejsca spotkań była wystarczająco duża, by noga znów zaczęła ją boleć. Starała się nie utykać, gdy Jakub najpierw dorównał jej kroku, a potem trochę ją wyprzedził. Poparzenia od wrzątku zagoiły się, ale zabliźniona skóra pozostała napięta i wrażliwa na każdy nacisk lub uderzenie. A takie sytuacje przydarzały się jej codziennie. Podnosząc ciężkie gliniane słoje, pracując z innymi kobietami w ciasnej kuchni, często poruszała się tak, że na coś wpadała lub ocierała się, robiąc sobie siniaka albo małą rankę na bliźnie. Zwykle nic nie mówiła, tylko po prostu czekała, aż nowe skaleczenie samo się zagoi. Nigdy nie miała skłonności do narzekania. Nawet w najgorsze dni wolała raczej śpiewać. Ale bywały i takie chwile, kiedy nie potrafiła ukryć utykania ani wyrazu cierpienia na twarzy. Jakub obejrzał się za nią i zwolnił kroku. Ten prosty gest wzruszył ją do łez. Mimo zmiennych humorów, Jakub wciąż chciał jej pomagać i chronić ją. Zawsze wyczuwał, kiedy dawna rana sprawia jej ból.

Dołączyli do innych wyznawców zmierzających na plac. Po krótkich pozdrowieniach zrównali krok i rozmawiali przyciszonymi głosami. Nie chcieli zwracać niczyjej uwagi na rosnącą liczbę osób, które zbierały się w tym miejscu każdego dnia.

Abigail przebiegł znajomy dreszcz emocji. Czy to będzie tendzień?

Kiedy Pan pierwszy raz odszedł wraz z obietnicą powrotu, zaczynali każdy dzień z tym pytaniem w sercach i na ustach. Później pozdrawiali jeden drugiego z tym niewypowiedzianym pytaniem w oczach. Stopniowo nauczyli się akceptować, że Mesjasz może mieć inne plany albo że jest jakiś nieznany im powód, dla którego Jego powrót się opóźnia. Ich liczba zdecydowanie rosła z dnia na dzień. Dostali nakaz szerzenia Słowa Bożego, przyprowadzania innych, bycia świadkami w Jerozolimie, Samarii i na całym świecie. Czyż nie był to wystarczający powód, by Pan opóźniał swój powrót?

Stopniowo ich grupa zaczęła odkładać na bok pragnienie szybkiego powrotu Jezusa, wychodząc ku tym, którzy potrzebowali usłyszeć prawdę o Jego pierwszym przyjściu na ziemię. Lecz Abigail, choć chciała być przykładną wyznawczynią, miała często nadzieję, że to właśnie będzie ten dzień. Wątpliwości, lęki, zagrożenie – i ból – wszystko to pozostawią za sobą, gdy ich Mesjasz znów pojawi się między nimi. Już kiedyś poczuła Jego uzdrawiający dotyk, który zabrał głęboki smutek z jej umysłu i serca. A może tym razem jej noga…

Ponownie zerknęła na Jakuba. Była pewna, że gdy Pan powróci, jego smutek znów zmieni się w radosną żywiołowość, którą tak kochała. Chętnie wzięłaby na siebie cierpienie do końca życia, gdyby tylko to mogło się spełnić.

***

Abigail właśnie szorowała piaskiem garnki i opłukiwała je, żeby były gotowe do przygotowania kolejnego posiłku, kiedy do kuchni wpadła Marta. Plecy miała wyprostowane, a usta zaciśnięte. Abigail od razu wyczuła, że coś się wydarzyło, ale nic nie powiedziała.

Starsza kobieta zatrzymała się, wzięła głęboki oddech i wytarła ręką czoło, odgarniając kilka niesfornych kosmyków. Była zgrzana od popołudniowego upału i zmęczona całym dniem pracy. Zmęczone ciało idusza – pomyślała Abigail, ale się nie odezwała. Wyprostowała się i sięgnęła po ścierkę. Spojrzała Marcie w oczy, szukając wyjaśnienia.

Nie przyszło ono prędko. Marta ostrożnie dobierała słowa.

– Gdybym była młodsza… – wymamrotała w końcu pod nosem.

– Może usiądziesz? Mam jeszcze trochę świeżej wody ze studni.

Marta usiadła. Wciąż była wyprostowana jak struna, a jej podbródek wznosił się w upartym geście ku górze.

Abigail nabrała kubek chłodnej wody. Marta wzięła go bez słowa i długo piła. Oddała puste naczynie i wydawała się nieco odzyskiwać równowagę.

Abigail cichutko zajęła obok niej miejsce na ławce. Marta powie, co się stało, kiedy będzie gotowa.

Ale upłynęło trochę czasu, a Marta wciąż się nie odzywała, więc Abigail zdecydowała, że czeka już wystraczająco długo.

– Powiedziałaś, że chciałabyś być młodsza. Dlaczego?

Marta potrząsnęła głową i wytarła twarz szalem.

– Czyżby spodobał ci się jakiś młody mężczyzna? – dodała Abigail z uśmiechem.

Nawet znana ze stoickiego spokoju Marta, rzuciwszy Abigail zszokowane spojrzenie, nie mogła powstrzymać się od śmiechu.

– Mężczyzna – zastanowiła się, jeszcze raz lekko przecierając zgrzane skronie i wilgotne włosy. – I do tego młody, powiadasz. A cóż ja bym miała z takim robić?

Abigail wzruszyła ramionami.

– To już ty musiałabyś mi wyjaśnić.

– Niedorzeczność – powiedziała Marta potrząsając głową, ale jej ton nie był obrażony, a podbródek zszedł nieco w dół. Wachlowała twarz końcem szala.

– No więc…? – spytała Abigail.

Marta potrząsnęła głową i westchnęła.

– Jak my mamy nadążyć z tym nawałem pracy? Każdego dnia przychodzi coraz więcej ludzi. Piotr raduje się z każdej nowej twarzy. Ja też. Ale to nie Piotr ich karmi. Nie spędza każdej minuty dnia, pochylając się nad gorącymi garami albo szorując brudne naczynia. Nie, Piotr się tym nie para, tylko nawołuje, żeby przychodzili – Marta machnęła ręką w geście zapraszającym kogokolwiek, kto stanąłby w drzwiach.

Abigail nic nie powiedziała. Wiedziała, że Marta cieszy się tak samo jak wszyscy, gdy do społeczności wierzących dołączają nowi ludzie, lecz jest już zmęczona, przytłoczona zbyt dużą ilością obowiązków i potrzebuje wyrazić swoje uczucia, nie krytykując przy tym nikogo.

– Czy znów mamy dodatkowe osoby…?

– Co najmniej ze dwa tuziny. I podejrzewam, że wszyscy są głodni i zmęczeni. Piotr właśnie zarządził, by ich nakarmić i dać miejsce do spania. A widzisz tu w garach jakąś strawę? Albo wolne miejsce, gdzie można rozłożyć maty? – przy zadawaniu tych retorycznych pytań ręce Marty żywo gestykulowały nad jej głową.

– Chyba mamy jeszcze trochę chleba i koziego sera. I winogrona. Wystarczy dla nich wszystkich? Bóg już wcześniej rozmnażał chleb…

– Oczywiście. A ja o tym zapomniałam – Marta przestała się wachlować i uniosła ramiona. – Jestem tylko starą, zmęczoną kobietą, która nie pilnuje własnego języka. Powinnam się wstydzić.

– Cały dzień byłaś na nogach, w tym okropnym upale, obsługując niezliczone ilości ludzi. Nie masz powodu do wstydu. Po prostu…

– Gdybym tylko była młodsza… – tym razem Marta uśmiechnęła się na tę myśl.

– Gdybyś była młodsza, nie miałabyś mądrości, męstwa ani umiejętności potrzebnych do wykonywania tej pracy. A teraz, Marto, posiedź tu sobie trochę i odpocznij. Zawołam młodsze kobiety i dopilnujemy, żeby nowo przybyli dostali strawę. A potem w jakiś, chyba cudowny, sposób, znajdziemy im też miejsce do rozłożenia mat.

Abigail miała nadzieję wywołać jeszcze jeden uśmiech na ustach Marty.

Kobieta zaczęła wstawać, lecz Abigail przytrzymała ją za ramię.

– Musisz odpocząć. Inaczej nie będziemy mogły korzystać z twoich mądrych rad. I co wtedy poczniemy? Potrzebujemy cię. Dzięki tobie idziemy w dobrym kierunku, wszystko jest zorganizowane. Prowadzisz nas i w pracy, i w modlitwie. Bez ciebie sobie nie poradzimy.

Starszej kobiecie łzy napłynęły do oczu. Wzięła Abigail za rękę.

– A ja nie wiem, co bym zrobiła bez ciebie, Abigail. Nawet z bolącą nogą – och, nie udawaj zaskoczonej, widzę jak się krzywisz z bólu, kiedy myślisz, że nikt nie patrzy – i tak pracujesz za dwie.

Abigail naprawdę była zaskoczona. Myślała, że dobrze ukrywa ból. Ale oczywiście Marta nie dała się oszukać. Ta kobieta miała wyjątkowo bystre oczy i miękkie serce.

– Posiedź – powiedziała Abigail łagodnie. – A ja dopilnuję wszystkiego, co musi być zrobione. Obserwowałam cię wcześniej przy pracy, będę robić to samo co ty.

Marta przytaknęła. Jej oczy wciąż błyszczały ze wzruszenia.

***

Następnego ranka Abigail zaskoczyło wezwanie przed radę wyznawców. Gdy przyszła, zastała tam również Martę, która jednak patrzyła tylko na prowadzących wspólnotę. Abigail weszła cicho i kiwnęła na powitanie, po czym zajęła miejsce obok starszej kobiety.

– Nie uszło naszej uwadze – zaczął Piotr ze wzrokiem utkwionym w obie kobiety – że nawał pracy staje się zbyt duży. Z każdym dniem przybywa nam ludzi, więc musimy się lepiej zorganizować, żeby nikogo nie przeoczyć, ani nie przeciążać tych, którzy im służą.

Inni pokiwali głowami z aprobatą.

– Wygląda na to, że jedną z największych potrzeb jest troska o wdowy i sieroty. Gdyby oddzielić ich od reszty ludzi, byłoby łatwiej pomóc każdemu – znów rozległ się szmer potakiwania.

– Dyskutowaliśmy trochę na ten temat i uważamy, że potrzebne jest wyznaczenie miejsca wydawania posiłków, gdzie potrzebujący żywności mogliby otrzymać swój przydział. Mogą zabrać produkty do domów lub namiotów i gotować tam. To znacznie zmniejszy ilość jedzenia przygotowywaną tutaj. Marta zaproponowała to rozwiązanie i jest to dobry pomysł. Powinniśmy byli wpaść na niego wcześniej.

Przerwał na chwilę i spojrzał z uznaniem na Martę.

Po co mnie tu wezwali? – zastanawiała się Abigail. Marta świetnie sobie radzi. Jestem bardziej potrzebna wkuchni…

– Zauważono, że ty, Abigail – powiedział Piotr lekko przekrzywiając głowę – jesteś najbardziej kompetentna i skuteczna. Zasugerowano, żebyś nadzorowała te nowe punkty dystrybucji żywności.

Marta natychmiast wstała, a jej twarz pobladła.

– Ale… ale ja potrzebuję Abigail w kuchni.

– Do kuchni przeszkolimy inne dziewczęta.

– My? – spytała Marta, podnosząc brwi do góry. – Jak to: „my”? Nie przypominam sobie, abyś kiedykolwiek bywał w kuchni, Piotrze.

Możliwe, że Piotr zrobił się czerwony, lecz ukryła to jego broda. Zaśmiał się.

– Masz rację. Nie przeprowadzę żadnego szkolenia. Ale ty, Marto, jesteś w tym jak najbardziej kompetentna. W końcu to ty szkoliłaś Abigail, czyż nie?

Marta zajęła z powrotem swoje miejsce, mamrocząc coś pod nosem.

Piotr zwrócił się do Abigail:

– Czy jesteś gotowa służyć w ten sposób?

Abigail przełknęła ślinę i pokiwała głową. Tak. Tak, jestem gotowasłużyć.

Ale sama myśl o tak wielkiej odpowiedzialności przerażała ją śmiertelnie. Z drugiej strony, sama była sierotą, więc miała wrażliwość na potrzeby podobnych sobie.

– Jestem gotowa – usłyszała swój własny głos. Jej umysł już wirował wokół tego, co trzeba zrobić, od czego zacząć.