Wydawca: Sonia Draga Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski Rok wydania: 2017

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 430

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Ukryte wady - Elsebeth Egholm

Genialne połączenie powieści kryminalnej i obyczajowej! W dniu swoich czterdziestych urodzin Dicte Svendsen, świeżo rozwiedziona dziennikarka, wraz z dwoma przyjaciółkami świętuje w jednej z kawiarni nad rzeką Århus. Spotkanie kończy się dramatycznie, kiedy kobiety dostrzegają w rzece ciało noworodka. Jak się tam znalazło? Gdzie jest jego matka? Kobiety postanawiają same poszukać wyjaśniania tej ponurej zbrodni. Od tego momentu już nic nie będzie takie samo. Okazuje się, że zwyczajne życie, na pozór uporządkowane i bez większych zawirowań, może skrywać ślady dawnych traum… Pełen napięcia kryminał, który stanowi również historię o ludzkiej bezradności, ponownym odkrywaniu miłości i o tym, ile potrzeba odwagi, by raz jeszcze się jej poddać. „Duńska królowa kryminałów, której twórczość przyrównywana jest do powieści Jussi Adlera-Olsena”. Dagbladenes Bureau „Pełna napięcia powieść Egholm charakteryzuje doskonale skonstruowana fabuła i zmysłowy opis dojrzałej miłości”. Politiken „Engholm wyróżnia się swoimi umiejętnościami pisarskimi, kreatywnością i zdolnością do wzbudzania w czytelniku strachu”. Berlingske

Opinie o ebooku Ukryte wady - Elsebeth Egholm

Fragment ebooka Ukryte wady - Elsebeth Egholm

Tytuł oryginału:

SKJULTE FEJL OG MANGLER

Copyright © 2002 by Elsebeth Egholm

Copyright © 2017 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © for the Polish translation by Magdalena Trocka

Wydanie pierwsze: Wydawnictwo Replika

Projekt graficzny okładki: Ilona Gostyńska-Rymkiewicz

Zdjęcie autorki: © Sanne Berg, Politikens Forlag

Redakcja: Jolanta Olejniczak-Kulan

Korekta: Marta Chmarzyńska, Joanna Rodkiewicz, Edyta Antoniak-Kiedos

ISBN: 978-83-8110-213-1

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione i wiąże się z sankcjami karnymi.

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Więcej o prawie autorskim na www.legalnakultura.pl

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o. o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2017

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Na pamiątkę Rune

1

Słońce świeciło nad rzeką Århus, a w powietrzu czuło się późne lato. W kwiaciarni na rogu przy supermarkecie Magasin panował spory ruch. Rodziny z małymi dziećmi i grupy nastolatków zaczęły pomału zaludniać ulicę Immervad, żeby zjeść pierwszego tego dnia loda. Wszystko wydawało się zupełnie normalne. Niezwyczajnie zwyczajne jak dotąd. Gdyby się to wszystko nie wydarzyło, dzień okazałby się pewnie bardzo ładny.

Mniej więcej o tym właśnie myślała Dicte, kiedy zauważyła dziecko. Ściślej mówiąc, gdy usłyszała ten dźwięk, bo on dobiegł ją pierwszy. Szorstki odgłos plastiku przesuwającego się po kamieniach. Nie miała pojęcia, dlaczego to właśnie ona go usłyszała. Może gościom w ogrzewanym gazem kawiarnianym ogródku pogorszył się słuch po letnich koncertach pod gołym niebem? A może po prostu po czterdziestce wyostrzają się zmysły?

Chwilę wcześniej, zanim zobaczyła dziecko, siedziała razem z przyjaciółkami – Idą Marie i Anne. Ech, jeszcze to ich urodzinowe przyjęcie niespodzianka, przez które zrobiła się czerwona jak burak i niezdarnie próbowała całą sytuację obrócić w żart… Było to dość trudne, przede wszystkim dlatego, że ciężarna Ida Marie podniosła się z miejsca, prezentując swój wielki brzuch, i przed całą kawiarnią oraz wszystkimi przechodniami, którzy mieli ochotę słuchać, odśpiewała po szwedzku „Sto lat!”. Wymachiwała w dodatku papierową flagą Szwecji, co wywołało burzliwe oklaski.

Dicte miała wrażenie, że wszystkie oczy skierowały się w ich stronę. Nie byłoby może jeszcze tak źle, gdyby nie prezent, który Ida Marie i Anne uroczyście jej wręczyły.

– Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, powodzenia w załatwianiu spraw związanych z nowym domem i z rozwodem – odklepała Anne, jakby odtwarzała z głowy listę zakupów. Anne nigdy nie była zbyt spontaniczna, więc na pewno nauczyła się swojej małej przemowy na pamięć. – Dałyśmy z siebie wszystko, żeby znaleźć prezent praktyczny, który zapewni ci miłe chwile…

– Willę? – zdziwiła się Ida Marie, której matka była Szwedką i dlatego ona czasami miała problemy ze zrozumieniem duńskiego. – Dicte dopiero co kupiła dom – powiedziała i wyciągnęła z torby nowoczesny aparat, którego wszyscy jej zazdrościli.

Anne ją zignorowała.

– Nie myśl, że było łatwo lub tanio. Miałyśmy kilku doradców: psychologów, gospodarzy programów telewizyjnych, uczestników Wyprawy Robinson i redaktorów „Kącika złamanych serc”. Każdy miał swój wkład. I efekt, jeśli mogę tak się wyrazić, po prostu chwyta za serce.

– Chwycić to trzeba raczej jego – poprawiła ją grzecznie Ida Marie, ale Anne, przedrzeźniając prowadzącego „Koło Fortuny”, zwróciła się do Dicte:

– Kategoria: rzecz.

Kiedy przyjaciółki wyciągały podłużny przedmiot zawinięty w czarną bibułę i przewiązany ciemnozieloną wstążką, Dicte przed oczami przeleciały wszystkie poprzednie imprezy urodzinowe. Wspomnienia skumulowały się w jednym irytującym określeniu: „Było miło”, bo tak naprawdę bardzo za tymi uroczystościami tęskniła. Tak jak za rodziną. Za Torstenem, niech go diabli! Musiała przyznać, że Torsten był niezastąpiony w organizowaniu urodzin. Kawa i bułeczki do łóżka, świece na stoliku, seks ze specjalnymi „efektami Dicte”, jak je nazywał. Wieczorem – kolacja dla paru najbliższych wspólnych przyjaciół, którzy później, po rozwodzie, stanęli po jego stronie. I to nie dlatego, że on miał rację, bo wszyscy wiedzieli, że nie miał, ale dlatego, że podczas imprez był duszą towarzystwa i czasami widziało się go w telewizji. A przynajmniej ona tak to sobie tłumaczyła.

Przeprowadziła się z powrotem do Århus, gdzie kiedyś studiowała, jak zresztą połowa kopenhażan. Miała zamiar zacząć wszystko od początku. Odnowić kontakty ze starymi przyjaciółmi i znaleźć nowych, żeby mieć oparcie nie tylko w Rose. Nastoletnie córki nie należą do najsilniej przywiązujących się osób na świecie.

Podczas gdy ona całkowicie pochłonięta była myślami, dziewczyny spierały się o to, czy nie powinny zawęzić kategorii do narzędzia, urządzenia, pomocnego gadżetu albo jeszcze czegoś innego. Anne zaproponowała artykuły sanitarne – na równi ze szczoteczką do zębów albo wacikami.

– No, rozpakuj wreszcie – niecierpliwie dyrygowała Ida Marie i wycelowała w nią aparat. – Napięcie rośnie…

Sądząc po spojrzeniach otaczających ich ludzi, nie były jedynymi, które na to czekały.

Dicte popatrzyła na zapakowany prezent i odniosła wrażenie, że on też na nią spojrzał. Dokuczał jej. Wyobraziła sobie czarne pudełko, z którego w momencie kiedy je otworzy, wyskoczy klown na sprężynie i znokautuje ją rękawicą bokserską. Mimo to rozwiązała wstążkę. Pomału rozpakowała prezent. Trzymała w ręku dziwną rzecz i bezskutecznie próbowała odgadnąć, do czego może służyć. Ida Marie pstrykała zdjęcia jak profesjonalistka.

Przedmiot był jaskraworóżowy, pokryty czerwonymi cętkami – Dicte odgadła, że kolor wybrała Ida Marie. Poza tym wykonano go z plastiku i miał podłużny kształt przypominający rakietę.

– Cokolwiek by to było, na pewno jest poręczne – powiedziała podenerwowana.

Anne, Ida Marie i ludzie przy sąsiednich stolikach zachichotali. Dicte zaczęła dokładniej przyglądać się prezentowi. Odwróciła go do góry dnem i przekręciła jego dolną część. Bez żadnego ostrzeżenia „potwór” zaczął wibrować tak mocno, że przestraszona upuściła go na stół.

W pierwszym momencie, gdy zrozumiała, co to jest, przyszło jej do głowy, że przyjaciółki powinny się wstydzić, jednak chwilę później zastanawiała się już, jak to cudo działa.

Zakryła twarz dłońmi i poczuła, jak krew zdradziecko napływa jej do mózgu, nadając twarzy czerwony kolor.

– Wibrator! – Dicte wpatrywała się w Idę Marie i Anne. I w ten wibrujący przedmiot, który leżał na stole i warczał na nią, oburzony, że potraktowała go tak brutalnie.

– Przyznaj, że jest genialny – powiedziała Anne i spojrzała na nią swoimi skośnymi oczami Azjatki.

Anne, która zawsze bierze wszystko na poważnie! Anne, która czyta Salmana Rushdiego i która jako sześciomiesięczne dziecko przyleciała samolotem z Korei i trafiła prosto do pastorostwa we wschodniej Jutlandii! I która żyje teraz z przyjmowania na świat małych różowych Duńczyków!

Ida Marie sięgnęła po wibrator i z wprawą go wyłączyła.

– Żeby się nie wyczerpała bateria – wyjaśniła i spojrzała niewinnie na Dicte oczami w kolorze błękitu ze szwedzkiej flagi leżącej na stole. – Przeczytałam w jakiejś gazecie, że co szósta Dunka ma taki – poinformowała ochoczo.

Dicte nie mogła się powstrzymać.

– A Szwedki nie mają? Może u was, w Szwecji, to zabronione? Spróbuj przemycić tam parę sztuk – zaproponowała.

– Tylko przedtem wyjmij baterie – dodała Anne.

Obraz Idy Marie pośród setki brzęczących wibratorów, dyskutującej z rozwścieczonym szwedzkim celnikiem wyczarował u Dicte pierwszy tego dnia uśmiech. Poczuła, jak podniosły się jej kąciki ust, a mięśnie twarzy napięły. Z ulgą głośno się roześmiała i pozwoliła mu zabrać część urodzinowej chandry.

Ida Marie nadała swojemu głosowi neutralny ton:

– W Szwecji nikt o takich rzeczach nie słyszał. Od czego w końcu mamy Szwedów?

Wywołała tym salwy śmiechu wśród ludzi przy sąsiednich stolikach.

– Niektóre kobiety mówią, że wolą coś takiego od mężczyzny – powiedziała Anne. – Mają z tym mniej problemów. Podobno.

– Podobno – powtórzyła Dicte i czuła, że atmosfera rozmowy się zagęszcza. – Chcecie powiedzieć, że nawet nie przetestowałyście?

Anne nie wiedziała, co powiedzieć, ale praktyczna natura pozwoliła jej z tego wybrnąć.

– Zawsze możesz wymienić – powiedziała z powagą. – Jeśli ten ci się nie podoba, możesz wziąć w kształcie telefonu.

Dicte szybko włożyła wibrator z powrotem do pudełka.

– Aha, zapamiętam. W każdym razie dzięki za prezent – wymamrotała, unikając ich spojrzenia.

Popatrzyła w stronę kwiaciarni na rogu i pomyślała ze złością, że mogły po prostu kupić jej bukiet kwiatów albo cokolwiek innego, właściwie wszystko jedno co. Spojrzała na ludzi na ulicy. Jakiś chłopak na rolkach przemykał pomiędzy rodzicami spacerującymi z małymi dziećmi i jedzącymi lody nastolatkami. Wszystko wyglądało zupełnie normalnie, ale były to tylko pozory. Czy nie skończyła właśnie czterdziestu lat? I czy te niechciane urodziny nie zbiegły się ze sprawą rozwodową? W tej sytuacji prezent w postaci wibratora zyskał podwójne znaczenie: był ukoronowaniem dzieła i podkreśleniem jej nowo zdobytego – i jeszcze bardziej niechcianego – statusu singielki.

Właśnie w tym momencie dobiegł ją dźwięk z rzeki, dokładnie spod miejsca, w którym siedziały. Usłyszała go na tle głosów Anne i Idy Marie i przypomniała sobie pewne wydarzenie z dzieciństwa, sprzed, wydawało jej się, tysiąca lat, gdy zatopiła plastikowe wiaderko w studni na podwórzu, tak głębokiej, że nie wolno jej było się tam zbliżać. Właśnie tak zarobiła na swoje pierwsze lanie.

Może z powodu tego wspomnienia zapomniała na chwilę o wibratorach, rozwodach i przyjaciółkach, przez które można się najeść tyle wstydu. Wstała i podeszła do brzegu. Spojrzała w dół na mętną zieloną wodę. Nasłuchiwała. Przymknęła oczy z powodu rażącego słońca i przyglądała się falującej rzece. Nagle zauważyła plastikową balię, która kołysała się przy brzegu, gdzie najprawdopodobniej zniósł ją prąd rzeki. Właśnie wtedy zobaczyła buzię, częściowo ukrytą pod czymś w rodzaju ręcznika. Była malutka i blada, ze słodko zamkniętymi oczami.

Stała tak przez dłuższą chwilę i patrzyła, przysłuchując się odgłosowi szurania o kamienie. W jej wnętrzu coś stopniało. Poczuła ogromną potrzebę, żeby wziąć dziecko w ramiona, ochronić je, poczuć na swoim policzku mięciutką skórę, ogrzać i nakarmić tę dryfującą kruszynkę. To instynkt, stwierdziła nagle ze zdumieniem. Ciągle był aktywny. Po tylu latach.

– Dziecko – usłyszała własny głos, obcy i drżący. Wstrzymała oddech. Powietrze wypuściła dopiero ze słowami: – Tam na dole leży jakieś dziecko… – Wskazała na mętną wodę.

2

– Svendsen?

– Kaiser – powiedziała Dicte do słuchawki i automatycznie wzięła do ręki długopis. Oparcie. Niepewność. Analiza przyszła automatycznie. Czasami psychologia, którą kiedyś studiowała, była jak przekleństwo, mimo że zrezygnowała w połowie nauki.

Redaktor działu „Wydarzenia” najwyraźniej wyczuł przez telefon, że nie ma dziś siły na złośliwe uwagi, więc to wykorzystał. Cały on. Jak większość redaktorów na całym świecie – pomyślała. Oni rodzą się ze specjalnym redaktorskim genem: potrafią wywołać u dziennikarzy nerwowe tiki i zadawać pytania, na które najchętniej odpowiedziałoby się jednym bardzo konkretnym słowem. Kaisera najlepiej było unikać.

– Słyszałem, że byłaś sobie popływać.

Myśli zawirowały jej w głowie, a długopis sam zaczął rysować na kartce szlaczki.

– Od kogo słyszałeś?

– Może od małego Mojżesza z rzeki.

Nie miała pojęcia, skąd wiedział, ale za bardzo jej to nie zdziwiło. O Ottonie Kaiserze mówili, że miał nie tylko szósty, ale i siódmy zmysł, jeśli chodziło o dobre historie i o sztukę trafiania ludzi w ich czułe punkty. Ona odczuła to na własnej skórze zaledwie kilka razy, ale to i tak wystarczyło – dlatego trzymała się jak najdalej od działu „Wydarzeń”. Jak najdalej od królestwa Kaisera. Przeprowadzka do Århus zwiększyła, ku jej zadowoleniu, ten dystans. To premia za jej decyzje. Nagrodą główną było oczywiście to, że mogła uniknąć widoku Torstena.

– Nie mam z tym zbyt wiele wspólnego – zawahała się. W czasie gdy myślała, długopis narysował jakąś twarz. Trójkątny kształt, ciemne oczy, wąsy. Kaiser.

– Tak? A ja słyszałem coś innego. – Jego głos był słodki jak miód. – Ptaszki ćwierkają, że to ty znalazłaś Mojżeszka i wskoczyłaś do rzeki jak jakiś ratownik. Mogłabyś być bohaterką, Svendsen. Szkoda tylko, że było już za późno – dodał złośliwie.

– Może masz rację – powiedziała i zaczęła dorysowywać mu coś, co mogło być resztą ciała. – Ale nic więcej nie wiem. Dziecko nie żyło. Na miejsce przyjechała karetka i sprawę przejęła policja. To wszystko.

Mówiła to, doskonale zdając sobie sprawę, że złamała jedną z reguł obowiązujących w dziennikarskim świecie, do którego chyba nigdy całkiem nie przywykła. Dobra historia musi być ukazana z każdej perspektywy, a w tym przypadku można było oczywiście dowiedzieć się więcej. O wiele więcej. W tej historii było tyle materiału, że wystarczyłoby na całą serię artykułów.

– No, ale muszę już lecieć – spróbowała. – Za pół godziny mam oddać artykuł do rubryki „Gospodarki”.

Dodała to w nadziei, że Kaiser odczepi się od niej, wróci do swoich dziennikarzy z „Wydarzeń” i nie będzie ryzykował konfliktu z jej działem. Między nimi trwała odwieczna wojna.

– Rozmawiałem z Mikkelsenem – powiedział chytrze Kaiser. – Był tak miły, że wypożyczył mi cię na tydzień, bo Sejfert jest na urlopie, a Davidsen zajmuje się sprawą tego rockmana z Randers.

Dicte pomyślała, że cały świat obrócił się przeciwko niej. Już na samą myśl o tym, że może zostać żołnierzem „Wydarzeń” pod dowództwem Kaisera, zaczynała się pocić. Wiedziała, że dla wielu był to szczyt marzeń, ale nie dla niej. Najbardziej chciała pilnować swojego ogródka, pisać krótkie artykuły o psychologii biznesu i od czasu do czasu przeprowadzić długi i nudny wywiad z jakimś przedsiębiorcą.

– Nie jestem dziennikarką „Wydarzeń” – spróbowała, jednak on nie dał się zbić z tropu.

– Musimy mieć coś ostrego na okładkę. Ludzie będą chcieli wiedzieć co, gdzie i kiedy.

Mogła go sobie wyobrazić: siedział za biurkiem, na krześle, w prawie poziomej pozycji, ze słuchawką pod brodą i klawiaturą komputera na kolanach. Śledził wiadomości ze strony internetowej Ritzau. Może otworzył szufladę. Kaiser wiecznie się odchudzał, ale często chował w szufladzie kawałek ciasta. Zazwyczaj czekoladowego.

– I reportaż na trzeciej stronie – dodał. – Jak je zauważyłaś? Co wtedy czułaś? Jaki panował nastrój, jaka była reakcja innych i tak dalej. Potrzebujemy właśnie kogoś takiego jak ty, Svendsen. Ma być gotowe na szóstą.

Czyli za trzy godziny. Otworzyła usta, żeby coś powiedzieć. Bronić się. Wytłumaczyć mu, że toaleta się zatkała i o czwartej ma przyjechać szambowóz. Że w wyciągu nad kuchenką brakuje jakiejś rury i wszystkie zapachy z kuchni zamiast na podwórko wpadają do sypialni. Że ten przeklęty dom w ciągu ostatnich sześciu tygodni okazał się bardzo dużym kotem w bardzo dużym worku. Poza tym nie chciała myśleć o tym dziecku, a co dopiero o nim pisać.

– Pamiętaj, żeby zabrać fotografa – powiedział Kaiser, zanim odłożył słuchawkę. – Musimy mieć zdjęcia tego wszystkiego. Miejsca, ciebie, oczywiście, i balii.

– Zwłok? – spytała kwaśno.

Odburknął coś niezrozumiale.

Dopiero gdy odłożyła słuchawkę, zauważyła, że trzęsą się jej ręce. Najbardziej ze złości, ale był też inny powód. Odczuwała coś w rodzaju głodu, którego nie można zaspokoić. Puste, ciche miejsce gdzieś w jej brzuchu. Przyprawiało ją to o mdłości.

Przypomniała sobie to dziwne uczucie sprzed zaledwie kilku godzin. Niespokojne głosy ludzi przy kawiarni. Bezcelowość tego, co robiła. Niezależnie od tego, skąd Kaiser o tym wiedział, miał rację. Wskoczyła do rzeki. Oczywiście nie na główkę, tylko zbiegła po schodach nad wodę, która z bliska wydawała się jeszcze bardziej mętna, i weszła do niej. W myślach rysowały się jej obrazy rzeczy, które pływały po powierzchni rzeki. Przypomniała sobie, jak w drodze do niebieskiej plastikowej balii przykleił się jej do palców papierek po lodach i jak musiała odepchnąć plastikową butelkę, która kołysała się na falach. Na wspomnienie napoju energetycznego Faxe Kondi sama się zdziwiła, że ma taką dobrą pamięć. Twarzy dziecka już nie pamiętała. Nie chciała pamiętać.

Mocowała się z balią, pchała ją przed sobą, płynąc wzdłuż brzegu. Udało jej się wciągnąć misę na schody. Tam od razu profesjonalnie zajęła się wszystkim Anne. Ida Marie automatycznie, jak robot, robiła zdjęcia. Wyglądało to groteskowo. Dokładnie tak – pomyślała Dicte – jak robot. Dopiero później zauważyła łzy płynące po twarzy przyjaciółki. Aparat odcinał Idę Marie od rzeczywistości.

W tym czasie ktoś zadzwonił po karetkę, ale zanim przyjechała, Anne ostrożnie zajrzała do zawiniątka zrobionego ze starych ręczników. Drżącymi rękoma utorowała sobie drogę i stwierdziła to, co Dicte i tak już wiedziała, co przeczuwała, wsłuchując się w ciszę koszyka, która była tak strasznie wymowna.

– Chłopczyk – powiedziała cicho Anne tonem zawodowej położnej, który przybierała zawsze, gdy w pobliżu znajdowało się małe dziecko. – Noworodek – stwierdziła. – Wydaje mi się, że ma najwyżej dwie doby. – Podniosła wzrok, miała wilgotne oczy. – Nie żyje.

3

Fotograf przypominał chudego i czujnego bezdomnego psa o zniszczonej sierści. Miał potargane włosy i brodę rzadką jak u nastoletniego chłopaka. Jego ubranie przywodziło na myśl odzież z magazynu z darami dla Albanii. Ogólnie rzecz biorąc, wyglądał bardzo modnie.

– Jestem Bo – powiedział, gasząc butem papierosa.

Wyglądał na kogoś, kto zdecydowanie wolałby być teraz w Afganistanie niż przed wejściem na porodówkę Kliniki Uniwersyteckiej Skejby w Århus.

Dziennikarka wyciągnęła do niego rękę.

– Dicte.

Słyszała o nim. Czytała nawet, że jego zdjęcie wygrało jakiś zagraniczny konkurs fotograficzny. Zrobił je w Sierra Leone albo może w Boliwii. W każdym razie gdzieś, gdzie toczyła się wojna, nie pamiętała dokładnie gdzie. Nawet nagradzani fotografowie muszą jednak z czegoś żyć, więc Bo współpracował jako wolny strzelec z redakcją w Århus.

– Porozmawiamy z położną, która była wtedy nad rzeką – poinformowała go, kiedy szli długimi korytarzami, przyglądając się personelowi, duńskim zwyczajem pędzącemu do pacjentów na hulajnogach.

Dicte zerknęła ukradkiem na fotografa. I znów nie mogła oprzeć się wrażeniu, że bardzo chciałby być teraz gdzieś indziej.

Bo pociągnął nosem i wytarł go w rękaw koszuli. Podniósł swoją torbę i człapał obok niej, ale i tak dobrze widziała jego oczy. Jego wzrok prześlizgiwał się wzdłuż ścian, chłopak zaglądał do wszystkich pomieszczeń i pokoi, jakie mijali, starając się zarejestrować jak najwięcej. Zauważyła jego czujność, jakby w każdej chwili spodziewał się zasadzki, jakby się bał, że z którejś z sal porodowych, gdzie co jakiś czas rozlegał się rozdzierający serce krzyk, nagle wyskoczą faceci z kałachami.

– Kurczę, tu jest jak w sali tortur – powiedział.

– To są tortury – odparła.

Po rozmowie z Kaiserem umówiła się z Anne, która mogła mieć chwilę między porodem pośladkowym a pierworódką. Była wdzięczna przyjaciółce za dobre chęci. Anne już straciła godzinę w komisariacie, składając zeznania przed jakimś urzędasem. Właśnie, musi pamiętać, żeby zadzwonić na policję i dowiedzieć się, kto zajmuje się tą sprawą. Jeśli dopisze jej szczęście, załatwi wszystko szybko i Kaiser się od niej odczepi. Będzie miała to wszystko z głowy, chociaż na to chyba nie może liczyć. Próbując dorównać kroku fotografowi, pomyślała, że coś się w niej zmieniło. Jakby zostało z jej wnętrza brutalnie wyważone łomem.

Musieli poczekać na Anne. Dowiedzieli się, że poród pośladkowy jeszcze się nie skończył. Usiedli więc. Zewsząd dobiegały ich krzyki umęczonych kobiet ubranych w szpitalne fartuchy. Na oddziale napięcie mieszało się z radością, ból ze śmiechem.

– Masz dzieci? – zapytał nagle fotograf.

Kiwnęła twierdząco głową.

– Nastoletnią córkę. Ciężka praca – dodała i poczuła się staro. On był pewnie przed trzydziestką.

– Ja mam dwoje – powiedział ku jej zaskoczeniu. – Dziewczynkę i chłopca. Pięć i siedem lat. – Musiała wyglądać na zdziwioną, bo dodał: – Szybko zacząłem.

Podczas wywiadu Anne i Dicte stały w rogu jakiegoś biura, do którego od czasu do czasu ktoś wpadał, przepraszał i szybko z niego wychodził. Kiedy Bo pstrykał zdjęcia, Dicte myślała przez chwilę o Idzie Marie, o tym, jak się po tym wszystkim załamała. Anne wystraszyła się, że przyjaciółka zacznie rodzić. Ida Marie usiadła na krześle, pochyliła głowę i płakała. Szlochała, jakby ktoś ją pobił, wyrzucając słowa: „Nie chcę tego. Nie chcę”. Nie wiedziały do końca, czy miała na myśli swoje nienarodzone dziecko czy śmierć, która była tak blisko, a od której próbowała trzymać się jak najdalej.

Anne odtworzyła wszystkie fakty. Według niej poród odbył się w domu. Ktoś przeciął pępowinę i nieumiejętnie ją zawiązał. Ciało dziecka pokrywała zaschnięta krew.

– Moim zdaniem ktoś zostawił je w rzece niecałą dobę po urodzeniu. Ale więcej dowiecie się w Instytucie Medycyny Sądowej – powiedziała i opuściła głowę, trzymając rękę w kieszeni fartucha, jakby było w niej coś, co pozwalało jej ustać. – Ja wiem tylko, jak to wyglądało na pierwszy rzut oka. Jak w średniowieczu. – Anne wyraźnie posmutniała, jak wtedy, nad rzeką, gdy była tak zbulwersowana, że prawie się popłakała. Rozżalona dodała: – I to we współczesnej Danii. Kto w ten sposób porzuca swoje dziecko w kraju, w którym jest tyle możliwości otrzymania pomocy?

Dicte nigdy nie sądziła, że Anne może zblednąć. Wyglądała tak, jakby ktoś wcisnął guzik na pilocie i wszystko zrobiło się czarno-białe.

– Co robimy ze zdjęciami balii? – zapytał Bo. – Gdzie ona teraz jest?

– Na policji. Na badaniach technicznych – odparła Anne, która wiedziała, jak takie sprawy się odbywają. – Ale przecież Ida Marie robiła jakieś zdjęcia. Na urodzinach, ale później też. Czemu nie weźmiecie od niej filmu?

– Na urodzinach? – zapytał Bo, gdy opuszczali szpital.

– Nawet nie pytaj – westchnęła Dicte i pomyślała o małym królestwie Anne w szpitalu.

Miała przeczucie, że dla Anne nic już nie będzie tam takie samo. A Ida Marie? Przecież jest w ciąży. Pierwszy poród w wieku 39 lat. Spośród nich trzech ona z pewnością nie powinna była się tam znaleźć i tego widzieć. Według Dicte najlepiej, jakby Ida Marie obudziła się następnego ranka z utratą pamięci, jakby zapomniała o wszystkim z wyjątkiem swojego dziecka.

Ida Marie udała się do biura podróży na Dużym Rynku w Århus. Była współwłaścicielką firmy wraz z trzema innymi osobami. Gdzie indziej miałaby zresztą pójść, pomyślała Dicte, Theis był przecież w pracy w Kopenhadze. A kto potrafił lepiej wysłuchać i pocieszyć od dobrych koleżanek? Może psycholog, ale tego nie należało mówić Idzie Marie. Na pewno powiedziałaby, że spotkała już w swoim życiu zbyt wielu psychologów, i jeszcze dodała, że to, co się wydarzyło, nie dotyczyło jej przecież bezpośrednio.

Ida Marie siedziała na maleńkim zapleczu ze swoją koleżanką i ściskała kubek z gorącą herbatą. Pozdrowiła przybyłych słabym głosem.

– Cześć.

Dicte nie mogła się powstrzymać. Usiadła obok i pogłaskała Idę Marie po napiętym ramieniu.

– Jak się czujesz?

– Beznadziejnie – wymamrotała jej przyjaciółka do kubka.

Dicte kiwnęła głową w stronę fotografa, który trzymał się trochę z boku.

– To jest Bo. Kazali mi napisać artykuł o tym, co się stało.

Ida Marie ostrożnie zwilżyła językiem usta, jakby chciała sprawdzić, czy jeszcze tam są. Skinęła lekko głową w stronę Bo i z powrotem zanurzyła się w świat swojej herbaty.

Dicte odchrząknęła.

– Może potrzebujesz pomocy? – zaproponowała nieśmiało. – Może pobędziesz ze mną, dopóki Theis nie wróci?

– Wszystko w porządku, naprawdę. Nigdy nie było lepiej. – Ida Marie pokręciła odmownie głową.

Dicte nie zaoponowała. Nie bardzo wiedziała, jak zacząć.

– Masz przy sobie aparat z tym filmem? – zapytała cicho, jakby obawiała się, że może coś zepsuć. – Może jest tam coś, co przydałoby się nam do artykułu – powiedziała i poczuła się jak hiena.

Ida Marie spojrzała na nią z odrazą. Głośno odstawiła kubek.

– Zdjęcie dziecka?

Dicte pokręciła głową. Znów pogłaskała po ramieniu stukającą palcami o blat stołu Idę Marie.

– Nie pokażemy dziecka – obiecała. – Tylko sytuację, nas, balię, jeżeli w ogóle znajdziemy zdjęcie, które się nadaje.

Ida Marie spojrzała na swoje ramię z niechęcią, po czym zrzuciła dłoń Dicte, sięgnęła po torebkę i wyjęła aparat.

– Możesz wziąć wszystko – powiedziała obcym, chłodnym głosem i podała jej aparat.

Redakcja była stanowczo za mała dla sześciu dziennikarzy i wszyscy, odkąd Dicte zaczęła tam pracować, mówili o przeprowadzce do innego budynku. Z czasem Dicte zorientowała się, że robią to od lat. Marzą o lokalu przy porcie jachtowym i własnej łodzi z logo firmy. Kończyło się na gadaniu, bo gazeta w Kopenhadze ciągle oszczędzała. Musieli gnieździć się w trzech małych pokoikach i jednym trochę większym, w którym Dicte pracowała razem z dwiema innymi osobami. Z okna gabinetu mogła podziwiać rynek i ulicznych sprzedawców, którzy w regularnych odstępach czasu byli proszeni przez policję o „zamknięcie interesu”.

Bo zniknął w starodawnej ciemni z filmem Idy Marie. Dicte usiadła przy biurku, do którego jeszcze nie do końca się przyzwyczaiła. Wyciągnęła notes i zadzwoniła do komisarza Johna Wagnera, on jednak nie chciał nic komentować. Otrzymała parę przewidywalnych odpowiedzi, jak: „Bez-komentarza” albo „Jeszcze-za-wcześnie-na-jakiekolwiek-wnioski”. Zanim odłożyła słuchawkę, była bliska zasugerowania mu kariery polityka.

Spojrzała przez okno. Gdyby chciała, mogłaby zobaczyć rzekę. Trzeba było tylko podnieść się z miejsca i wytężyć wzrok, ale wolała tego nie robić. Musiała przestać o tym myśleć i zacząć dużo pracować. Była pewna, że to pomoże, mimo że nienawidziła „Wydarzeń”. A najbardziej ze wszystkiego nienawidziła ich tworzyć.

Wiele lat temu, w czasie jej praktyk w redakcji, Kaiser często naśmiewał się z niej i postanowił osobiście ją czegoś nauczyć, co doprowadziło ich oboje do frustracji. Jego, ponieważ wmówił sobie, że ona ma ukryty talent. Ją, ponieważ wiedziała, że się myli. Mogła robić wszystko poza „Wydarzeniami”. Potrafiła pisać długie rozprawy psychologiczne o sposobach kierowania firmą, analizować rozliczenia przedsiębiorstw i wynajdywać ciekawe opowiadania z dziedziny gospodarki. Dział „Wydarzeń” jednak zawsze był i będzie dla niej czarną magią. Zupełnie nie rozumiała, dlaczego coś tak prostego stanowiło dla niej taką trudność. Może dlatego, że w większości informacji nie dostrzegała niczego nadzwyczajnego i nie rozumiała prestiżu związanego z umieszczeniem swojego tekstu na pierwszej stronie.

– Wyrzuć te ozdobniki – mawiał Kaiser, gdy poprawiał jej artykuły. – Najważniejsze są fakty. Cała historia musi być opowiedziana w tytule i pierwszych trzech linijkach.

Ze wszystkich sił starała się więc zrobić to teraz i miała odczucie, że znów wylądowała na praktykach. Oto i ona: kobieta czterdziestoletnia, która po dzisiejszych okropnych wydarzeniach czuła się, jakby przejechał ją walec drogowy. Matka nastoletniej córki w okresie dojrzewania, kręcącej się gdzieś po mieście. Szczęśliwa właścicielka rozlatującej się rudery na wsi. W dodatku pewna, że za chwilę zadzwoni Kaiser ze swoimi poradami na temat stylu, priorytetów i argumentowania.

Spojrzała na zegarek. Zostało jej pół godziny, a cały czas męczyła się nad lidem, całkowicie opuściwszy tytuł. Tym będzie się musiał zająć redaktor dyżurny, dla niej to zbyt trudne. Wręcz niemożliwe do wykonania – pomyślała. Miała właśnie przejść do tekstu głównego, gdy ktoś za jej plecami, naśladując spikera telewizyjnego, głośno przeczytał:

– Wczoraj w rzece Århus znaleziono w plastikowej balii noworodka. – Bo uśmiechnął się przyjaźnie, machając plikiem zdjęć. – Czy czytelnicy nie powinni od razu się dowiedzieć, że dziecko było martwe? – zaproponował.

Westchnęła.

– O tym będzie później. Muszę stopniować napięcie, żeby ludzie czytali dalej – wymyśliła na poczekaniu.

– Przyznaj się, w ogóle wcześniej o tym nie pomyślałaś. – Usiadł na brzegu biurka i popatrzył na nią wyzywająco.

– I co z tego – powiedziała zmęczonym głosem. – Co cię to obchodzi? Chyba jesteś tu tylko fotografem.

Słowa wyfrunęły, zanim zdążyła o nich pomyśleć. W głowie zamigotała jej czerwona lampka. Takich rzeczy nigdy nie należy mówić fotografom. Ewentualnie można tak czasem pomyśleć, ale właściwie nawet to jest zabronione.

– Chyba miałaś zły dzień – odparł cicho.

– Beznadziejny – przyznała.

– A będzie jeszcze gorszy – powiedział poważnie, ale cień uśmiechu przebiegł mu po twarzy. Wyglądał na rozbawionego.

– Co masz na myśli?

– To, że w Kopenhadze na pewno się zdziwią, jak zobaczą te zdjęcia, które przed chwilą wysłałem taksówką na lotnisko. Ja sam też się zresztą zdziwiłem, ale jestem w tym szczęśliwym położeniu, że siedzę tutaj i może mi uchylisz rąbka tajemnicy, jeśli będziesz chciała.

– Jakiej tajemnicy?

Pomału układał zdjęcia na jej biurku. Rzeczywiście, na kilku z nich było widać balię, ją oraz Anne, która ostrożnie zaglądała do dziecka. Były też inne zdjęcia, zrobione aparatem Idy Marie w charakterystycznym ukośnym ujęciu. A na nich: zapakowany prezent na stole i pełen napięcia wyraz twarzy Dicte, gdy pociąga za wstążkę, oraz cętkowany wibrator stojący w pełnej gotowości jak rakieta w wyrzutni. Na następnym Dicte ze swoją zdobyczą w ręku i zmieszanym wyrazem twarzy. Oczyma wyobraźni widziała już dowcipnisiów z redakcji dorabiających na zdjęciu chmurkę i wieszających je na tablicy ogłoszeń z dopiskiem: „Już nie mogę się doczekać!”.

– O cholera – wymamrotała i wyobraziła sobie wyraz twarzy Kaisera, kiedy jeszcze tego samego dnia będzie przeglądał te zdjęcia. – Cholera, cholera, cholera! Nie wysłałeś ich. Powiedz, że tych nie wysłałeś!

Bo z ciekawością rozbierał ją wzrokiem. Całkowicie bezwstydnie szukał pod letnią sukienką piersi, ud, szyi i talii. Uśmiech nie schodził mu z twarzy.

– Oczywiście, że wysłałem. Przecież to właśnie kazałaś mi zrobić – powiedział, ześlizgnął się z biurka i skierował w stronę drzwi. – Nie możesz ode mnie wymagać, żebym samodzielnie myślał. – Otworzył drzwi, narzucił na ramię kurtkę dżinsową i przesłał jej dwuznaczne spojrzenie. – Jestem tu przecież tylko fotografem.

4

Ida Marie szukała ratunku w rutynie. Stopniowo dochodziła do siebie. Po wypiciu hektolitrów herbaty i kilku godzinach spędzonych na patrzeniu przez okno mogła w końcu się czymś zająć. Na przykład zmienić pościel albo włączyć zmywarkę, lub też po prostu zapalić świece czy podgrzać Theisowi trochę pomidorówki.

Przez cały ten czas miała przed oczami dziecko. Kiedy układała talerze, nakrywała do stołu czy wyrzucała gazety. Jego zamknięte oczy i malutkie rączki, które przyciągnęły jej uwagę, złożone na piersi w geście niemej modlitwy. Przez cały czas czuła swoje dziecko. Zwracała uwagę na każdy, choćby najmniejszy ruch. Kontrolowała swoje myśli, nawet najdrobniejsze przeczucie, że coś może być nie tak. Przyznała przed sobą, że traci zmysły, ale nie mogła przestać.

Nie wspomniała Theisowi o tym wydarzeniu. Właściwie nie wiedziała z jakiego powodu. Może dlatego, że zawsze był zajęty, a może po prostu nie chciała go martwić. Oczywiście powinna była mu coś powiedzieć, ale pierwszego wieczoru był taki zmęczony, że zasnął na kanapie. Następnego dnia wzięła się w garść i poszła na spotkanie z koleżankami. Sama przecież pomagała zorganizować to wyjście – wieczór panieński koleżanki z pracy, Merete, połączony z wizytą u wróżki.

Starała się myśleć w podobny sposób również później, by dodać sobie otuchy, gdy po ekspresowym wypadzie na miasto wzięły taksówkę i jechały do bloków w pobliskim Gjellerup. Mimo to czuła, że ogarnia ją lęk. Lodowaty, paraliżujący strach przed czymś, czego nie umiała sprecyzować. Może przed narodzinami dziecka? Może przed jego utratą, a może przed utratą Theisa? Albo siebie. Było wiele możliwości.

Kobiety szybko znalazły mieszkanie wróżki i pierwsze pięć osób weszło bez żadnych problemów. Wyszły z wypiekami na twarzach i błyszczącymi, rozbieganymi oczami, jakby właśnie pocałował je książę. Gdy przyszła kolej Idy Marie, coś ciągnęło ją w przeciwnym kierunku. Poczuła, że bardzo chce wrócić do domu, że nie powinna tu przychodzić. Nie potrafiła jednak powiedzieć tego głośno.

Na stole nie było kryształowej kuli ani kart tarota. Nie siedziała przy nim egzotyczna, śniada kobieta ze złotymi kolczykami, kwiecistym szalem na ramionach i czarnym kotem na kolanach. Mieszkania w największej w mieście dzielnicy imigrantów nie można też było nazwać wozem cygańskim. Wróżka nazywała się Hanne Guldberg, miała krótkie blond włosy, sweter z Jackpota, wystrzępione dżinsy i gigantyczne przeziębienie, z którym próbowała walczyć za pomocą tabletek leżących na stoliku przy kanapie.

– To już ostatni żywy obraz – powiedziała wesoło i chwilę później potężnie kichnęła.

Ida Marie poczuła, jak znów zaczyna się denerwować, i mimowolnie zrobiła krok do tyłu. Wyciągnęła rękę w stronę klamki.

– Tak mi się tylko powiedziało – rzekła kobieta i uśmiechnęła się przyjaźnie. – Jesteś ostatnia, tak? Muszę zdążyć odebrać dziecko ze żłobka – wytłumaczyła i gestem wskazała Idzie Marie, żeby się rozgościła.

Ta kiwnęła głową i usiadła w fotelu naprzeciwko. Mebel był tak głęboki i miękki, że miała obawy, czy uda jej się z niego wstać. Mieszkanie wróżki stanowiło ostatni przystanek wieczoru panieńskiego przed kolacją w restauracji Globen Flakket. Wszystkie solidarnie zgodziły się na tę ekstrawagancję, gdy zamawiały wizytę, ale to było strasznie dawno temu, w zupełnie innym świecie. Przed 11 września, który wstrząsnął całym światem, a fala przerażenia dotarła aż do Århus. Przed dzieckiem w rzece.

Ida Marie poczuła na plecach zimny pot.

– Możemy zrobić krótszą wersję – zaproponowała nieśmiało i z nadzieją wstrzymała oddech.

– Nie, nie. To nie jest konieczne. – Wróżka kichnęła. – Na pewno zdążymy. Twoje koleżanki powiedziały, że to ty znalazłaś dziecko w rzece – dodała.

Ida Marie zapatrzyła się. Mrugnęła twierdząco.

– Tak, byłyśmy przy tym we trzy.

– I to w twoim stanie – powiedziała wróżka z troską. – Czujesz się już lepiej? – zapytała spokojnym, pewnym głosem, zupełnie jakby wiedziała o tym wszystkim, przez co Ida Marie przeszła, i jakby widziała też przeszłość.

– Lepiej – przytaknęła.

– Ale pewnie i tak jest ciężko?

Znowu przytaknęła.

– Gdybyś przyszła tu wcześniej, może udałoby mi się to przewidzieć – powiedziała Hanne Guldberg, wyciągając jeszcze jedną chusteczkę higieniczną z pudełka. Ida Marie odniosła wrażenie, że wróżka mówi to do siebie. – Może nie ze szczegółami, bo nie na tym to polega, ale mimo wszystko. Z pewnością mogłabym cię trochę przygotować – dodała, nie bez cienia dumy w głosie, po czym została obezwładniona przez gigantyczny napad kaszlu.

Ida Marie chciała – trochę dla żartu – zapytać, czy Hanne Guldberg przewidziała też 11 września, ale w ostatniej chwili się powstrzymała. Lepiej nie igrać z losem. Poza tym nie do końca wiedziała, dlaczego nagle zaczęła w myślach łączyć oba wydarzenia.

Przez chwilę znów to zobaczyła. Kiedy tylko odzyskała władzę nad swoim umysłem, pomyślała o tym, jaki ten chłopczyk był malutki. Człowieczek, który nie dostał szansy. Taki bezbronny. Przeszedł ją dreszcz i objęła się ramionami, nie zwracając uwagi na wycierającą nos wróżkę. Dziwny niepokój wkradł się tam, gdzie wcześniej było bezpiecznie i dobrze. Jakby wszystko, całe jej życie, obróciło się o 180 stopni i odbijało w zupełnie innym lustrze niż dotąd. Co właściwie się stało? Z jakiego powodu ktoś w taki sposób w obecnych czasach porzucił noworodka w Danii?

Poczuła ruchy dziecka i odrzuciła nękające ją myśli. Hanne Guldberg powoli opanowała kaszel. Pewnie z tego powodu Ida Marie czuła ten niepokój. Dlatego że już wkrótce jej świat zmieni się na zawsze i od tej pory będzie miała o wiele więcej zmartwień. Nie mogła przewidzieć, jak ona i Theis, oboje aktywni zawodowo, w dodatku on stale kursujący pomiędzy Århus a Kopenhagą, poradzą sobie jako rodzice. Napotkała spojrzenie wróżki i przez moment zastanawiała się, czy ta kobieta nie potrafi również czytać w myślach.

– Nie denerwuj się. – Hanne Guldberg uśmiechnęła się ze łzami w oczach wywołanymi kolejnym atakiem kaszlu. – Nie powiem nic strasznego. Tylko tak ogólnie.

Ida Marie przełknęła ślinę. Przecież właściwie nie wierzyła w to wszystko, więc dlaczego miałaby się denerwować? Dlaczego nie potraktować tego jak żartu, którym w rzeczywistości było?

– Czytasz z dłoni? – zapytała.

Kobieta, która miała może trochę po trzydziestce, potrząsnęła głową i posłała jej niemal pobłażliwe spojrzenie.

– Wystarczy, że tu jesteś. Może napijesz się kawy albo herbaty?

– Jeśli można, poproszę wodę.

Hanne Guldberg przyniosła dwie szklanki z połączonej z pokojem kuchni.

– Bardzo tu ładnie – powiedziała Ida Marie, zdając sobie sprawę, że w jej głosie było słychać zdziwienie.

To jasne przytulne mieszkanie urządzono w duńskim stylu. Był tu obowiązkowy owalny stół i sześć krzeseł, tak zwanych mrówek, w kolorze pastelowej zieleni. Promienie letniego słońca tańczyły na oprawionych w ramy wiszących na białych ścianach plakatach duńskiego grafika Pera Arnoldiego.

– Całkiem przyjemnie – potwierdziła Hanne Guldberg i podała Idzie Marie szklankę.

Gospodyni spojrzała na gościa przenikliwie.

– Widzę, że jesteś w punkcie zwrotnym – powiedziała. – Zresztą nie potrzebujesz wróżki, żeby o tym wiedzieć, ale być może ja będę mogła powiedzieć ci o nim coś więcej, jeśli zechcesz.

Ida Marie ostrożnie przytaknęła. Nie brzmiało tak źle. Punkt zwrotny. To chyba jeszcze przeżyje. Poza tym umówiły się wcześniej, że Hanne Guldberg nie będzie się skupiała na złych rzeczach. Wizyta nie miała prowadzić do tego, żeby osoba bliska załamania wychodziła od wróżki w jeszcze gorszym stanie. Dlatego też nie było się czego bać. Zupełnie niczego.

– Możesz mi podać jakąś osobistą rzecz, której mogę dotknąć, żeby przywołać wizje? – zapytała nowoczesna wróżka tonem, jakim laryngolog zwraca się do pacjenta.

Idzie Marie w pierwszej chwili przyszła na myśl obrączka, ale pomyślała, że to zbyt banalne. Poza tym była zła na Theisa, że znowu musiał pracować cały weekend.

Podała więc naszyjnik po prababci. Mama dała go Idzie Marie, jak dowiedziała się o ciąży. Hanne Guldberg trzymała wisiorek w dłoni. Srebrny łańcuszek dyndał niczym odwrócone wahadełko.

– Dostałaś to w spadku – powiedziała. – Od kogoś z rodziny mamy.

Ida Marie przytaknęła, znów poczuła niepokój. Wróżka kontynuowała:

– Z jakiegoś miejsca na północy. Gdzieś przy dużym jeziorze, zgadza się?

– Vänern – wyszeptała Ida Marie. – W Szwecji.

– Oczywiście, Szwecja. – Hanne Guldberg zamknęła oczy. Jej głos zmienił się, prawie szeptała. – Czujesz się tu trochę wyobcowana. Miałaś przez to jakieś kłopoty, ale większość z nich minęła. Zmieniłaś się. Próbowałaś się dopasować, ale jest coś, co ci przeszkadza. Coś, co ciągnie się za tobą od dzieciństwa. Jeśli chodzi o przyszłość, to zbliża się coś wielkiego. Coś, co na pewien okres całkowicie wypełni twoje życie. Nie wiem, czy to coś dobrego czy złego, ale z pewnością nie chodzi o poród. To jakieś inne wydarzenie.

Ida Marie zastygła ze szklanką wody w ręku. Chciała poprosić o więcej szczegółów, ale nie zdobyła się na odwagę.

– Czy widzisz coś w związku z porodem?

Hanne Guldberg uśmiechnęła się i otworzyła oczy.

– To nie poród będzie problemem, jeśli w ogóle będzie jakiś problem. Porodu nie musisz się obawiać.

– A dziecko?

– Wspaniałe. Dokładnie takie, o jakim marzyłaś.

Ida Marie poczuła się, jakby spadł z niej ogromny ciężar, i wyprostowała się z uśmiechem.

Gdy tego wieczoru wracała do domu po kolacji w Globen i dyskotece w Gyngen, w której czas spędziła na przypatrywaniu się, jak inni tańczą salsę, wydawało jej się, że odgłosy miasta pulsują jej w uszach jak długa i urywana solówka na perkusji. Po zmroku Århus upodabniał się do Nowego Jorku. Pokrzykiwania pijaków stawały się groźne, a cień w porcie przybierał postać mordercy szaleńca. Nie wiadomo, kiedy to się stało. Kiedy wszystko się skończyło. Kiedy poczucie bezpieczeństwa znikło bezpowrotnie. Ona jednak nadal je miała i musiała o tym pamiętać. Cały czas było w ich mieszkaniu na Samsøgade, gdzie Theis ustawił na parapecie świeczkę tak, by wnętrze wyglądało łagodnie i ciepło – jak powinno. Bardzo go pragnęła, bezpieczeństwa. Chciała go najbardziej na świecie. Tylko dlaczego odczuwała niepokój? Z powodu tego, że gdzieś, może tuż za rogiem, kryje się coś obcego. Może to właśnie widziała wróżka z Gjellerup. Ucieleśnienie jej wewnętrznych obaw.

Theis. Mieli wzloty i upadki. Swoje gorsze dni, tak jak wszyscy. Dziwiłaby się, gdyby było inaczej – byli ze sobą od dziewięciu lat. I nagle pojawiło się dziecko, które dopiero miało się urodzić i na które tak długo czekali. Te starania w jakiś sposób trzymały ich razem. To bardzo dziwne uczucie, gdy tak długo i mocno się czegoś pragnie i nagle to marzenie się spełnia. To gigantyczna odpowiedzialność, ogromny prezent, który miał wkrótce przypaść im w udziale. Musiała uśmiechnąć się na tę myśl, gdy wchodziła po schodach na pierwsze piętro. Z trudem wytrzymywali sam okres oczekiwania.

Theis siedział na kanapie z resztką wina w kieliszku i oglądał CNN. Usłyszała coś o bin Ladenie i wągliku. To ostatnio najpopularniejsze tematy. Zaczynała pomału tęsknić za czymś innym.

– Myślę, że mogliby w końcu puścić coś o Szwecji – zauważyła i pocałowała Theisa, chociaż wiedziała, że to zdradzi jej małe grzeszki.

– Paliłaś – powiedział, tak jak się spodziewała, i wydawało jej się, że spojrzał na nią z wyrzutem.

– Tylko jednego.

– I tylko jeden kieliszek?

Westchnęła.

– Półtora, no może dwa. Potrzebowałam tego.

– To akurat mogę zrozumieć – odparł i wskazał na gazetę, która leżała przed nim na stole pod miską z pistacjami i rozrzuconymi łupinkami. – Niezła przygoda, zwłaszcza jak się jest w ciąży. Dlaczego nic mi nie powiedziałaś? Ty też tam byłaś, tak?

Nie była pewna, czy w jego głosie usłyszała troskę czy wyrzut. Rozczarowało go to, że miała tajemnicę, czy martwił się jej stanem ducha? Miała nadzieję, że chodziło o to drugie. Chciała usiąść obok niego i wytłumaczyć, że nie lubi opowiadać czegoś komuś, kto nie wydaje się tym zainteresowany, a w ostatnim czasie zauważyła, że pracuje więcej niż zwykle, więc jej zwierzenia pewnie by mu tylko przeszkadzały. Jak wtedy, gdy brzuch urósł jej do tego stopnia, że nie mogła sama włożyć butów, albo gdy ciąża sprawiła, że znów odezwała się przepuklina. Jeszcze jeden kłopot, któremu trzeba było jakoś zaradzić. A Theis i tak, jak zawsze mówił, miał dosyć problemów.

– Może zapomniałam – skłamała.

– Zapomniałaś? – zdziwił się. – O takich rzeczach nie zapomina się tak po prostu. Wiem, że masz inne sprawy na głowie, ale mimo wszystko…

Wyciągnęła rękę i nabrała pełną garść pistacji, strzepnęła łupinki z gazety i usiadła w fotelu. Popatrzyła na fotografię przyjaciółek. Dicte trzymająca w objęciach plastikową balię. Puste spojrzenia kobiet. Cisza. Sama zrobiła to zdjęcie. Pstrykała prawie jak automat, podczas gdy umysł się wyłączył. Byle nie myśleć, nie przyjmować do wiadomości tego, co się dzieje. Teraz widziała to na pierwszej stronie dziennika. Z podpisem Dicte: Mały Mojżesz w rzece Århus. Pod spodem było napisane dużymi literami: Trzy przyjaciółki znalazły martwego noworodka w Århus. Nie ma informacji o matce dziecka.

Próbowała przeczytać artykuł, ale nie mogła się skoncentrować. Zaczęła marznąć, usiadła więc obok Theisa i przykryła się pledem. Widocznie darował jej już tego papierosa, bo łagodnie objął ją ramieniem i lekko pogładził po brzuchu. Postanowiła wybaczyć mu tę jego pracę w weekendy, mimo że mieli wybrać się do miasta i pooglądać wózki. Potarła nos o jego chropowaty policzek. Miała ochotę na seks i zatęskniła za poczuciem bezpieczeństwa.

– No więc tak uważasz – powiedział cicho, podczas gdy ona pieściła i całowała jego ucho.

Pragnęła bliskości jego ciała, chciała, żeby zabrał ją w lepsze miejsce, uratował. Choć w jego głosie usłyszała lekką niechęć, nie przestawała. Odsunęła na bok wszystkie myśli o tym, że pewnie wygląda jak stukilogramowa krowa. Chciała tylko, żeby jej pożądał. Ochraniał ją.

– Zrobiłaś się taka miękka i okrągła – powiedział i gładził ją po plecach i dalej w dół.

Postanowiła potraktować to jak komplement. To prawda, zrobiła się okrąglejsza, jej kształty nabrały obfitości, w dodatku spuchły jej nogi, nie wspominając już o tych przeklętych hemoroidach, których chciała się pozbyć za wszelką cenę. On jednak jakoś to wszystko znosił.

– Chodź. – Wstała i pociągnęła go lekko.

Widziała, że się zawahał. Może myślał o tym samym, o czym ona przed chwilą? Spojrzeli na siebie ostrożnie.

– Może lepiej poczekajmy.

– Na co?

– No wiesz… – Spojrzał na jej brzuch.

– Jak dziecko się urodzi, będzie jeszcze trudniej. Żeby znaleźć czas. – W swoim głosie usłyszała zniecierpliwienie.

Przez moment wyglądał, jakby wpadł w panikę. Potem – jakby właśnie podjął trudną decyzję. Wstał i pozwolił zaciągnąć się do sypialni, ale poczuła jego zesztywniały kark i wiedziała, że robi to tylko dla niej. Najwyraźniej nie potrafił inaczej poradzić sobie z tą sytuacją, z Idą Marie i jej nieprzewidywalnością.

Pomyślała o tym dopiero, gdy skończyli się kochać. Odsunął się na bok i zaczął pochrapywać, a ona przypomniała sobie słowa Hanne Guldberg, gdy żegnały się na klatce schodowej. „Nie wiem do końca, co to znaczy, ale czuję, że to nie jest ostatni raz, gdy się spotykamy”.

Gdy tak leżała, nagle powrócił strach i uderzył ją prosto w brzuch. Z trudem odwróciła się i przysunęła do Theisa. Zrobiła coś, czego nie robiła od wielu lat. Od dzieciństwa – upewniła się w myślach. Złożyła ręce i zaczęła się modlić.

5

– Uważaj na kalorie, mamo. Wiesz, co się mówi.

Ręka Dicte, zbliżająca się do jej ust z późnym śniadaniem, zawisła w powietrzu. Zakazany majonez na kanapce z sałatką z makreli zaczął się trząść.

– Niby co?

Rozbawiona Rose ubrana w dziurawą koszulkę nocną przyglądała się Dicte zaspanymi oczami. Nie umknęło jej żadne zaokrąglenie, żadna fałdka, gdy patrzyła na matkę. Przechyliła głowę, tak że błysnął jej kolczyk w nosie. Ten, o który tak długo prosiła, aż Torsten się zgodził, więc wykonała piercing bez wiedzy matki. Czego się nie robi, żeby podlizać się swojemu dziecku, kiedy już zniszczyło mu się rodzinę.

– Co się mówi? – powtórzyła Dicte.

– Czterdziestka na karku, rozwód na biurku i tłuszcz na biodrach.

– Bezczelna!

Podniosła rękę, jakby chciała ją uderzyć. Rose, z błyskiem w oku, uchyliła się szybko i zręcznie. Dicte dogoniła ją i złapała. Łaskotała córkę po wystających żebrach, w najbardziej wrażliwych miejscach, a ta zwijała się ze śmiechu.

– Trochę się boimy ludzi, co?

Rose ledwo mogła mówić, tarzając się ze śmiechu.

– To przez te wszystkie lata, kiedy mnie biliście – rechotała. – Ale przyznaj, to był strzał w dziesiątkę.

Dicte puściła ją dobrodusznie.

– Zobaczysz, ty chudzielcu, jeszcze się policzymy!

Nastolatka demonstracyjnie otworzyła szafkę i lodówkę, z których zaczęła wszystko wyciągać. Chleb, masło, pełnotłusty ser.

– Chwilowo apele duńskiej dietetyczki Anne Larsen nie znajdują w tym domu żadnego oddźwięku – przyznała Dicte. Ale miała wrażenie, że nie minie wiele czasu, a będzie musiała pożegnać się ze wszystkim, co ma wysoką zawartość tłuszczu.

Patrzyła z zazdrością na swoją szczupłą córkę, która codziennie mogłaby pochłonąć dziesięć pączków z lukrem, jeśliby tylko chciała. Zazwyczaj poprzestawała jednak na kanapkach z serem i litrach mleka. Żadnych śladów anoreksji.

– Ty też będziesz kiedyś miała czterdzieści lat – zagroziła.

Dziecko, bo przecież Rose ciągle nim jeszcze była, zachichotało, jakby Dicte powiedziała coś niestosownego, i skoncentrowało się na jedzeniu.

– Nigdy nie będę taka stara jak ty – mówiła, przeżuwając. – Umrę młoda w walce.

Dicte usiadła przy stole przykrytym ceratą i popiła makrelę zimną kawą.

– W walce o co?

Rose miała przygotowaną odpowiedź.

– O wolność – odpowiedziała pewnie – i sprawiedliwość. O przyszłość dla wszystkich dzieci.

– Oczywiście – rzekła Dicte i nawet ona usłyszała, że zabrzmiało to zbyt pobłażliwie.

Pomyślała o dziecku z rzeki i zrozumiała, że to przez tę sprawę ma takiego strasznego kaca. Dlatego przez całą noc dręczył ją koszmar o martwych dzieciach. Szklane oczy w mętnej wodzie i setki pustych butelek po Faxe Kondi pływających na powierzchni. Tak w ogóle to otrzymała pochwałę za swój artykuł, więc powinna teraz świętować, ale to było coś zupełnie innego niż jakaś pierwsza lepsza historia z działu „Gospodarki” o molestowaniu w miejscu pracy albo o dodatkowych świadczeniach socjalnych. Nie można jej było tak po prostu odłożyć na bok po godzinach pracy i przypomnieć sobie o niej następnego dnia, gdyby zaszła taka potrzeba.

Wyciągnęła rękę po dzbanek z kawą i nalała sobie pół kubka. Wypiła tę smolistą ciecz jednym długim łykiem. Przeklęła w duchu Kaisera i tę jego obsesję na punkcie „Wydarzeń”. Zapragnęła nigdy nie kończyć czterdziestu lat i nie siedzieć przy rzece Århus przed dwoma dniami. Wtedy ktoś inny znalazłby to dziecko. Ktoś inny opowiedziałby tę historię.

Usłyszała pisk opon na podjeździe, na tym żwirze, którego całą górę zamówiła i który sama z trudem rozsypała, aż rozbolały ją plecy. To trochę odświeżyło wizerunek „posiadłości”, co było konieczne, biorąc pod uwagę fakt, że ten tak zwany nowy dom pochodził z 1930 roku i w przeszłości był znaną w okolicy metą harleyowców. Dzięki temu kupiła go po tak niskiej cenie. Pale z umocnień dookoła budynku wciąż stały zatopione w cementowych klocach pod jej trawnikiem.

– To pewnie poczta. Pójdziesz zobaczyć? – poprosiła Dicte.

Rose zmarszczyła nos, a kolczyk na jej nosie podskoczył. Wyglądała bardzo młodo i delikatnie.

– A co, jeśli w środku jest wąglik?

Dicte dała jej lekkiego klapsa.

– Skoro masz umrzeć młodo, to możesz zacząć już teraz. Potraktuj to jako walkę o sprawiedliwość.

Rose wyglądała, jakby rozważała sprawę całkiem na serio. Potem odłożyła nóż i wyszła. Dicte usłyszała trzask zamykanej z łoskotem skrzynki pocztowej i poczuła, że powoli wraca jej energia. Ból głowy mijał. To było jak jazda po równi pochyłej, wiedziała o tym bardzo dobrze. Picie wina w samotny wieczór połączone z użalaniem się nad całym światem i sobą to katastrofa. Ale czasami bardzo tego potrzebowała. Ostatnio nawet dość często, jeśli miała być szczera. No, ale mam ku temu wystarczająco dużo powodów – pomyślała i zaczęła sprzątać ze stołu. Jedno było pewne: lubiła to. Kochała smak dobrego czerwonego wina i to miłe wrażenie, że ma nad wszystkim kontrolę. Kiedy siedziała nad którymś z kolei kieliszkiem, czuła się tak, jakby wszystkie problemy – rozwód z Torstenem, duchy przeszłości i ten nowy status samotnej matki – nagle gdzieś znikały.

Rose weszła, niosąc stertę papierów. Zatrzymała sobie gazetę, którą cały czas z zapałem przeglądała.

– Daj ją! – rozkazała Dicte.

Rose trzymała gazetę w bezpiecznej odległości. Odwróciła się plecami.

– Dostaniesz ją dopiero wtedy, kiedy spełnisz to, co obiecałaś. To przecież dzisiaj, mamo.

– Co dzisiaj?

Rose odwróciła się. Opuściła gazetę.

– P-I-E-S.

Cholera. Kompletnie wyleciało jej to z głowy. Myślała, że spędzi sobotę na rozpakowywaniu się, sprzątaniu, wieszaniu firanek i co tam jeszcze miała na liście. Pies był częścią ich umowy. Rose nie przeprowadziła się dobrowolnie z Kopenhagi do Århus. Negocjacje były długie i intensywne, wymagały wielu kompromisów. Pies się do nich zaliczał.

– Czy to nie może poczekać? – spróbowała, ale na twarzy Rose pojawił się ostrzegawczy grymas.

Jej córka wciąż potrafiła być momentami słodka i dziecinna, a zaraz potem szydzić i prowokować. Na szczęście nie robiła tego zbyt często. Kpiła najczęściej wtedy, kiedy miała do tego dobry powód. Tak jak teraz.

– Obiecałaś. Wczoraj powiedziałaś, że pojedziemy tam dzisiaj… Ale może obietnice utopiłaś w tym – powiedziała zuchwale Rose, po czym schyliła się i wyciągnęła z szafki pustą butelkę po czerwonym winie.

Dicte poczuła, że jej obrona rozpada się na kawałki.

– Dobrze, dobrze, jedziemy. Tylko zadzwoń i sprawdź, czy dziś jest otwarte.

Gdy Rose telefonowała, Dicte sprzątała ze stołu. Taki był ich zwykły podział ról. Głupio byłoby sądzić, że coś się zmieni tylko dlatego, że przeprowadziły się na Jutlandię. A jednak to nie do końca sprawiedliwe – pomyślała. Wrzuciła jedzenie do lodówki i szybko ją zamknęła, w obawie, że zawartość wypadnie na podłogę. Rose ostatnio bardzo wydoroślała. Może nawet trochę za bardzo. Na przykład niedawno, gdy Dicte wróciła późno do domu, córka zrobiła lasagne. Kupiła też kwiaty i wstawiła je do wazonu, jakby to mogło sprawić, że znikną wszystkie problemy. I prawie zadziałało. Dicte pamiętała o tym, ale z drugiej strony Rose ciągle jeszcze była dzieckiem, a obietnic, zwłaszcza danych dzieciom, trzeba było dotrzymywać.

To miał być szczeniak, bez domu i rodziców. Jeden z tych, których nikt nie chciał. Takie warunki stawiała Dicte i twardo się ich trzymała. Nie było żadnego powodu, żeby sprawić sobie drogiego, „nadętego” psa rasowego z nagradzanymi przodkami, z drzewem genealogicznym sięgającym tysiąc siedemset któregoś roku. Kundle okazywały się z reguły mądrzejsze, zabawniejsze i miały mniej wyszukane zachcianki.

Umówiły się oczywiście tak, że to będzie pies Rose i że to ona będzie się nim zajmowała, wyprowadzała go i tak dalej. Jednak gdy wyjechały w stronę Tranbjergu, gdzie się znajdowało schronisko Tingskoven, Dicte przyznała przed sobą, że tę część umowy trzeba będzie wkrótce renegocjować. Rose znalazła już sobie sporo przyjaciół w nowej klasie i nie była aż tak niezadowolona ze zmiany w swoim życiu, jak się tego spodziewała. Zaliczyła już zresztą kilka wyjść do kina i do miasta, więc Dicte dobrze wiedziała, że jej ostatni piątkowy wieczór spędzony w pojedynkę, bez córki, przed telewizorem to dopiero początek. Tak naprawdę – myślała, skręcając przy Viby Torv i jadąc dalej Skanderborgvej – są w drodze, żeby znaleźć psa właśnie dla niej, dla Dicte. Psa, którego trzeba nakarmić, z którym trzeba się pobawić i zaprzyjaźnić, który będzie ją odciągał od pracy w redakcji w mieście do dyżurów w domu, przeciwko którym w głębi duszy właściwie nic nie miała. Oczywiście mogła pracować poza domem. Redakcja nie była najistotniejsza, to raczej miejsce spotkania z kolegami, o ile oczywiście nie pojechali na wakacje, nie skończyli wcześniej, nie zostali na szkoleniu, nie mieli zadań gdzieś w głębi kraju czy nie obstawiali wyników Mistrzostw Świata w Piłce Ręcznej w Polsce. Po dwóch miesiącach w tym mieście doszła do wniosku, że redakcja składająca się z sześciu osób oznacza w praktyce, że na miejscu nie można spotkać wszystkich naraz.

Dwadzieścia minut później sympatyczna kobieta oprowadzała je po schronisku, a nieprzyjemny zapach wwiercał im się w nozdrza. Niektóre psy merdały przyjaźnie ogonami, inne siedziały w bezruchu i patrzyły przed siebie pustym wzrokiem, jeszcze inne szczekały głośno, bo w końcu coś się działo.

Były tam i mieszańce, i psy rasowe. Duży piękny nowofundlandczyk z wywalonym jęzorem przyglądał się im ciekawie. Średniej wielkości pudel stał na tylnych łapach, przednie opierając na kracie, i przyjaźnie merdał ogonem.

To Rose go znalazła. Mały, krótkowłosy czarny szczeniak z białymi łapami i białą szyją.

– Mamo, ten!

Szczeniak był bardzo płochliwy. Dowiedziały się, że jakaś młoda dziewczyna znalazła go w porcie. Nikt nic nie wiedział o jego pochodzeniu. Pożyczyły dla niego klatkę, obiecując, że ją odniosą. Zanim doszły do samochodu, zadzwonił telefon Dicte. Wydawało jej się, że Kaiser był zdenerwowany.

– Dlaczego muszę dowiadywać się z Ritzau, że w balii dziecka znaleziono kartkę z notatką napisaną po arabsku?

Potencjalne konsekwencje tego faktu uderzyły ją jak grom z jasnego nieba. Dlatego szybko podjęła się analizy sytuacji. To nie był dobry czas dla imigrantów. Katastrofa w Stanach Zjednoczonych i wzrost przestępczości w kraju sprawiały, że Duńczycy nie mieli ochoty okazywać zrozumienia wobec obcych kultur i religii. Istniało ryzyko, że wiadomość roznieci ogień już tlącej się wrogości wobec obcych.

– Musimy oczywiście naświetlić tę historię. Znajdź jakiegoś eksperta od języka i kultury arabskiej – nakazał Kaiser.

Szczeniak pisnął, przypominając jej o tym, że teraz ma o jeden obowiązek więcej.