Ukryte w mroku - Peter Robinson - ebook + audiobook
Opis

"Kolejne pasjonujące śledztwo inspektora Banksa. Tym razem sprawa wymaga wyjątkowej ostrożności i dyskrecji. W morderstwo emerytowanego detektywa, Billa Quinna, mogą być zamieszani skorumpowani funkcjonariusze policji. Banks szybko orientuje się, że chcąc rozwikłać zagadkę śmierci Quinna, musi najpierw udać się do Estonii, by doprowadzić do końca sprawę zaginięcia młodej Angielki, nad którą pracował zamordowany policjant. „Robinson bez trudu łączy skrupulatną pracę policji z wnikliwymi obserwacjami psychologicznymi”. Publishers Weekly „Pełen napięcia, zręczne opowiedziany kryminał z paletą różnorodnych postaci”. BookPage"

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 617

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 15 godz. 20 min

Lektor: Dariusz Wnuk

Popularność


Tytuł oryginału:

WATCHING THE DARK

Copyright © 2013 by Eastvale Enterprises, Inc.

Copyright © 2014 for the Polish edition by Wydawnictwo Sonia Draga

Copyright © 2014 for the Polish translation by Wydawnictwo Sonia Draga

Projekt graficzny okładki: Mariusz Kula

Redakcja: Grzegorz Krzymianowski

Korekta: Aneta Iwan, Barbara Meisner

ISBN: 978-83-7999-221-8

WYDAWNICTWO SONIA DRAGA Sp. z o.o.

Pl. Grunwaldzki 8-10, 40-127 Katowice

tel. 32 782 64 77, fax 32 253 77 28

e-mail:info@soniadraga.pl

www.soniadraga.pl

www.facebook.com/wydawnictwoSoniaDraga

E-wydanie 2014

Skład wersji elektronicznej:

Virtualo Sp. z o.o.

Nakładem Wydawnictwa Sonia Dragaukazały się następujące książki tego autora:

Kameleon

Niebezpieczny chłopak

Podpalacz

Skrawek mego serca

Trucicielka

W mogile ciemnej

Dla Sheili

Rozdział 1

W dni, kiedy ból nie pozwalał jej zasnąć, Lorraine Jenson wstawała przed świtem i wychodziła na dwór, jeszcze zanim cały ośrodek zaczął budzić się do życia. Siadała na wiklinowym krześle, ciasno owinięta kocem w szkocką kratę, i wsłuchiwała się w śpiew ptaków, popijając earl greya i wdychając unoszący się znad filiżanki aromat. Zapalała wtedy swojego pierwszego papierosa – już żaden kolejny w ciągu dnia nie smakował równie dobrze.

Czasem o tej porze sztuczne jeziorko pod trawiastym wzniesieniem pokrywała mgiełka, spowijająca także drzewa na drugim brzegu. W inne dni tafla tworzyła gładkie, ciemne zwierciadło, w którym idealnie odbijała się każda gałąź i każdy liść. W tamten pogodny kwietniowy poranek obraz był nieco pofalowany, ponieważ przejrzystą wodę lekko marszczył chłodny wiatr.

Kiedy proszki zaczęły działać, Lorraine poczuła, jak schodzi z niej ból, odpada z jej ciała niczym warstwa martwego naskórka, podczas gdy herbata i papieros koiły jej skołatane nerwy. Odstawiła filiżankę na niski stolik z kutego żelaza i poprawiła koc okrywający jej ramiona. Była zwrócona twarzą na południe i po lewej stronie widziała, jak słońce wolno wyłania się zza porośniętego drzewami wzgórza. Niedługo czar pryśnie. W budynku za swoimi plecami słyszała już pierwsze odgłosy poranka: ludzie wstawali z łóżek, nawoływali się wzajemnie, otwierali drzwi, wchodzili pod prysznic, spuszczali wodę w toalecie. Zaczynał się kolejny dzień, który trzeba było jakoś przetrwać.

Niebo robiło się coraz jaśniejsze i w pewnym momencie Lorraine dostrzegła coś na skraju lasu po drugiej stronie jeziora, coś jakby leżącą na ziemi stertę ubrań. Wydało jej się to dość dziwne, ponieważ Barry, tutejszy dozorca i konserwator, był szalenie dumny ze swojego sztucznego jeziora i otaczających go lasów. Niektórzy narzekali nawet, że zamiast spędzać tyle czasu nad wodą, mógłby czasem zadbać o porządek również w innych częściach rozległego terenu ośrodka.

Lorraine zmrużyła oczy, ale obraz nadal był niewyraźny. Jej wzrok wciąż jeszcze nie odzyskał dawnej ostrości. Mocno chwyciła za poręcze i podniosła się z krzesła. Pomimo dawki oksykodonu ból przeszył jej lewą nogę niczym rozgrzane do czerwoności igły, ale zacisnęła zęby, oparła się na swojej kuli i wolno ruszyła w dół wzniesienia. Trawa ciągle była mokra od rosy; chłodne, wilgotne źdźbła ocierały się o jej gołe kostki.

Kiedy dotarła nad wodę, wstąpiła na wysypaną żużlem ścieżkę biegnącą naokoło jeziora. Wkrótce była już po drugiej stronie, na skraju lasu, który zaczynał się zaledwie kilka kroków od brzegu. Jeszcze zanim doszła do celu, zdała sobie sprawę, czym był leżący tam tajemniczy kształt. Wprawdzie widywała już wcześniej martwych ludzi, ale nigdy dotąd nie natknęła się przypadkiem na czyjeś zwłoki. Teraz jednak znalazła się sam na sam z trupem po raz pierwszy, odkąd stała przy trumnie swojego ojca w domu pogrzebowym.

Lorraine wstrzymała oddech. Wokół panowała cisza. Nagle wydało jej się, że słyszy jakiś szelest w głębi lasu, i ciarki przeszły jej po plecach. Jeśli ten człowiek został zamordowany, to zabójca nadal mógł być w pobliżu i ją obserwować. Przez jakąś minutę stała zupełnie bez ruchu, aż stwierdziła, że w lesie chyba jednak nie ma nikogo. Po chwili dobiegł ją kolejny szelest i dostrzegła lisa przemykającego między drzewami.

Ponieważ znajdowała się na miejscu zbrodni, odezwały się w niej dawno temu wyuczone odruchy. Choć bardzo chciała podejść bliżej do ciała i przyjrzeć mu się z bliska, sprawdzić, czy to ktoś, kogo zna, umiała się przed tym powstrzymać – wiedziała, że musi zachować bezpieczną odległość, aby niechcący czegoś nie poruszyć. Mężczyzna – bo z całą pewnością był to mężczyzna – klęczał zgięty wpół, z głową przy ziemi. Wyglądało to jak karykatura pozy modlącego się muzułmanina. Lorraine powtarzała sobie, że nie jest w stanie mu już pomóc. Nie było najmniejszej szansy, aby mógł jeszcze żyć.

Najlepsze, co mogła w tej sytuacji zrobić, to zostać tu i zabezpieczyć miejsce zbrodni. Morderstwo czy nie, sprawa zdecydowanie wydawała się podejrzana i trzeba było stanąć teraz na wysokości zadania. Przeklinając ból w nodze, który dawał o sobie znać przy każdym ruchu, Lorraine namacała w kieszeni jeansów telefon komórkowy i zadzwoniła na posterunek policji w Eastvale.

Jeszcze tego samego ranka, niedługo po wschodzie słońca, nadinspektor Alan Banks wyjechał ze swojego domu w Gratly w kierunku Policyjnego Ośrodka Leczenia i Rekonwalescencji St. Peter’s, położonego sześć kilometrów na północ od Eastvale. Po drodze stwierdził, że z jakiegoś powodu muzyka Bacha idealnie pasuje do wczesnych godzin porannych. Potrzebne mu było coś, co go skutecznie rozbudzi i pomoże rozruszać zastałe szare komórki, ale nic przesadnie głośnego, gwałtownego czy emocjonalnie wyczerpującego. Płyta Aliny Ibragimovej z sonatami i partitami Bacha na skrzypce okazała się strzałem w dziesiątkę. Bach potrafił jednocześnie pobudzić umysł i ukoić myśli.

Banks znał ośrodek St. Peter’s. Kilka razy odwiedził tam Annie Cabbot podczas jej niedawnej rekonwalescencji. Zaledwie kilka miesięcy temu oglądał ją całą we łzach, gdy próbowała nauczyć się chodzić o kulach, a teraz w najbliższy poniedziałek miała być z powrotem w pracy. Nie mógł się już doczekać jej powrotu; w ciągu tych ostatnich tygodni życie bez Annie było dość nudne.

Zjechał z ronda, po jakichś stu metrach jazdy wzdłuż ogrodzenia dotarł do zwieńczonej łukiem bramy i skręcił w lewo na asfaltowy podjazd. Przy wjeździe nie było żadnej stróżówki, ale funkcjonariusze, którzy jako pierwsi zjawili się na miejscu, słusznie otoczyli teren taśmą policyjną. Młody posterunkowy zatrzymał Banksa, żeby sprawdzić jego legitymację i zanotować nazwisko oraz godzinę przyjazdu, po czym uniósł taśmę i wpuścił go na teren ośrodka.

Po drodze na parking Banks po raz kolejny uległ złudzeniu, że przyjechał do luksusowego hotelu typu SPA. Zawsze miał takie wrażenie, kiedy odwiedzał tu Annie. Placówka St. Peter’s mieściła się w pokaźnych rozmiarów budynku na szczycie wzniesienia otoczonego przez lasy i jezioro. Gmach został zaprojektowany przez architektów z Leeds, wyraźnie zainspirowanych Vanbrughiem, i zbudowany z miejscowego kamienia pod koniec dziewiętnastego wieku. Miał dwa piętra, wschodnie i zachodnie skrzydło, a od frontu zdobił go portyk z prostymi doryckimi kolumnami. Teren ośrodka, choć nie tak rozległy jak inne posiadłości w regionie, zaplanowano w stylu Capability’ego Browna, czego dowodem było zarówno sztuczne jeziorko, jak i falujące trawniki. Stał tam nawet dekoracyjny zameczek. Od zachodu, za lasami i trawnikami, dało się dostrzec zarysy wzgórz i wrzosowisk Swainsdale, tworzących naturalne tło dla ogrodu. Ten sposób projektowania, w którym przyroda łączy się ze sztuką, Japończycy określają mianem „pożyczonego krajobrazu”.

Ekipa techników kryminalistyki przybyła na miejsce przed Banksem. Z początku wydało mu się to dziwne, ale po chwili sobie przypomniał, że zgłoszenia dokonała przecież funkcjonariuszka wydziału śledczego. Banks widział, jak się krzątają, ubrani w swoje jednorazowe białe kombinezony. Peter Darby, fotograf miejsc zbrodni, też już pracował ze swoim starym, wysłużonym nikonem SLR oraz ultranowoczesną kamerą cyfrową. Większość techników kryminalistyki również robiła własnym sprzętem zdjęcia i nagrania podczas badania miejsca zbrodni. Peter Darby wprawdzie akceptował cyfrowe zapisy wideo, ale uparcie stronił od cyfrowej fotografii, uznając ją za stanowczo zbyt podatną na błędy i manipulacje. Wychodził przez to na dinozaura i niektórzy z młodszych techników wyśmiewali się z niego za jego plecami. Zawsze mógłby im jednak przypomnieć, że z jego materiałami dowodowymi nigdy nie było żadnych problemów w sądzie ani też nigdy w życiu nie stracił żadnego zdjęcia z powodu awarii komputera.

Inspektor Lorraine Jenson stała z dwojgiem innych ludzi nad brzegiem jeziora, jakieś pięć metrów od ciała. Przygarbiona i wsparta na kuli zapisywała coś w notatniku. Banks poznał ją pobieżnie przy okazji dochodzenia, którym zajmował się kilka miesięcy temu i które objęło także teren hrabstwa Humberside, gdzie pracowała Jenson. Z tego, co słyszał, całkiem niedawno starła się z dwójką handlarzy narkotyków w jakimś wieżowcu, co skończyło się tym, że wypadła z balkonu na drugim piętrze i złamała lewą nogę w kilku miejscach. Przeszła już operację, założono jej gips i była w trakcie fizykoterapii. Podobno niedługo miała wrócić do pracy.

– Kto by pomyślał – odezwała się – że znajdę tutaj ciało.

Banks wskazał na kryminalistyków.

– Widzę, że już wezwałaś chłopaków.

– Wydało mi się to rozsądne. Uznałam, że lepiej nie tracić ani chwili. Wszystkie decyzje podjął oficer dyżurny. – Odwróciła się, żeby przedstawić pozostałych. – Przy okazji, to Barry Sadler, zarządca ośrodka, i Mandy Pemberton, pielęgniarka z nocnej zmiany.

Banks przywitał się i spytał, czy nie mają nic przeciwko, żeby wrócić do głównego budynku i złożyć tam zeznania. Oboje ruszyli w górę zbocza, wyraźnie nadal w szoku po tym, co się stało.

– Kto jest koordynatorem miejsca zbrodni? – Banks zapytał Lorraine.

– Stefan Nowak.

– Doskonale. – Stefan Nowak był jednym z ich najlepszych ludzi. Gdyby zaszła taka potrzeba, broniłby miejsca zbrodni własną piersią, ale wbrew pozorom bardzo dobrze się z nim pracowało. Banks zawsze uważał go za uroczego, zabawnego i bardzo inteligentnego faceta. Zerknął w stronę ciała skulonego na skraju lasu.

– Wiadomo kto to?

– Jeszcze nie – odparła Lorraine. – Ale być może go rozpoznam, gdy tylko zobaczę jego twarz. Oczywiście jeżeli jest stąd.

Było za wcześnie, żeby na miejsce przyjechał doktor Glendenning, lekarz sądowy z ministerstwa spraw wewnętrznych, który mieszkał aż w Saltburn, dlatego nad ciałem klęczał teraz doktor Burns, chirurg policyjny, robiąc notatki w swoim czarnym notesie. Banks przykucnął obok niego z rękami na kolanach i obserwował.

– Ach, Alan – zauważył go Burns. – Jeśli to możliwe, chciałbym go odwrócić.

– Peter Darby skończył już robić zdjęcia?

– Tak.

Banks przez chwilę lustrował ciało, ale nie zauważył nic niezwykłego z wyjątkiem nietypowej pozycji, w jakiej leżało. Pomógł Burnsowi ostrożnie przewrócić denata na plecy. Natychmiast spojrzeli po sobie, zaskoczeni tym, co ujrzeli. Banks się wyprostował, a stojąca za nimi Lorraine Jenson głośno wciągnęła powietrze.

Z piersi mężczyzny wystawało coś, co na pierwszy rzut oka przypominało drewniany kołek, taki jak ten, którym Van Helsing zabijał wampiry w starych horrorach z wytwórni Hammer. Dopiero po chwili uwagę przykuwały zamocowane na końcu lotki. Pocisk wbił się jednak w ciało zbyt głęboko jak na zwykłą strzałę.

– Wygląda na bełt z kuszy – stwierdził Banks.

– Chyba masz rację – zgodził się dr Burns.

– W tych stronach nie zdarza się to zbyt często. – Szczerze mówiąc, Banks nie pamiętał, żeby kiedykolwiek wcześniej badał morderstwo z użyciem kuszy.

– Ja też nie mogę powiedzieć, że to moja specjalność – dodał dr Burns. – Z pewnością doktor Glendenning będzie w stanie powiedzieć coś więcej, kiedy ciało trafi już do niego na stół. – Lekarz wstał, a jego kolana zatrzeszczały. – Zważywszy na punkt i kąt wbicia pocisku, powiedziałbym, że prawie na pewno zostało przebite serce. Prawdopodobnie śmierć nastąpiła niemal natychmiast. Oczywiście ofiara mogła najpierw zostać otruta, ale nie ma widocznych śladów uduszenia ani sińców czy innych urazów fizycznych.

– Został zabity tutaj czy przeniesiono go po śmierci?

Dr Burns rozpiął koszulę mężczyzny i obejrzał ramiona oraz klatkę piersiową.

– Te plamy opadowe oznaczają, że ciało znajdowało się w tej pozycji od dłuższego czasu i krew zdążyła zebrać się w tym miejscu. Ale nie da się tego stwierdzić na sto procent, dopóki doktor Glendenning nie przeprowadzi sekcji. Wygląda na to, że upadł na kolana, zgiął się wpół i poleciał do przodu, głową ku ziemi. Tutaj, na trawie, widać ślady krwi, mniej więcej na tej wysokości powinno się znajdować jego serce. Takie wyjaśnienie pasowałoby do obrażeń. Krwi nie jest dużo, krwawienie musiało być głównie wewnętrzne. – Dr Burns wskazał ręką w kierunku lasu. – Strzał oddano zapewne stamtąd, z miejsca, gdzie teraz pracują technicy, jakieś piętnaście, dwadzieścia metrów stąd. Z takiej odległości trudno chybić, a poza tym nasz strzelec mógł skryć się między drzewami na wypadek, gdyby ktoś w ośrodku akurat wyglądał przez okno.

Banks spojrzał na Lorraine Jenson, która wciąż przerażonymi oczami wpatrywała się w bełt kuszy tkwiący w piersi mężczyzny.

– Wydaje mi się dziwnie znajomy – powiedział do niej Banks – ale poznałem w życiu bardzo wielu gliniarzy. Rozpoznajesz go teraz, Lorraine?

Kobieta pokiwała wolno głową. Była trochę blada na twarzy.

– To Bill – odpowiedziała. – Inspektor Bill Quinn. On też był tutaj pacjentem.

– Cholera – rzucił Banks. – Bill Quinn. Tak myślałem, że wygląda znajomo.

– Też go znałeś?

– Z widzenia. Pracował na Millgarth, w Leeds, z inspektorem Kenem Blackstone’em. – Banks przerwał i zwrócił się ponownie do doktora Burnsa, który właśnie sprawdzał termometrem temperaturę ciała zmarłego. – Czas zgonu?

– Jak zwykle nie mogę tego określić zbyt dokładnie. Widziałeś plamy opadowe. Zaczęło się stężenie pośmiertne, ale jeszcze nie jest pełne. Sądząc po temperaturze, powiedziałbym, że nie żyje od siedmiu albo ośmiu godzin. Według mnie został zabity nie wcześniej niż o jedenastej wieczorem i nie później niż o pierwszej w nocy. Oczywiście to tylko wstępna ocena. Może dowiesz się więcej, jeśli uda ci się na przykład ustalić, kiedy widziano go po raz ostatni. W takim miejscu to nie powinno być zbyt trudne.

– Miałem nadzieję, że oszczędzisz nam trochę czasu.

– Przykro mi. Może…

– Właściwie i tak mi pomogłeś – wszedł mu w słowo Banks. – Dwie godziny to całkiem niezły przedział czasowy, jest od czego zacząć. Ale nie byłoby o tej porze za ciemno, żeby strzelać z kuszy?

– Jak mówię, zabójca musiał stać dość blisko – odparł dr Burns. – Może jeszcze bliżej niż to oszacowałem. Noc była bezchmurna, zbliża się pełnia, więc księżyc świecił jasno. Na tle budynków ofiara była raczej łatwym celem, zwłaszcza jeśli zabójca umiał dobrze strzelać z kuszy. Myślę, że to wcale nie było takie trudne.

Banks ponownie kucnął, żeby przeszukać kieszenie zabitego mężczyzny. Nic w nich nie znalazł, co samo w sobie wydało mu się dość podejrzane. Kiedy o tym wspomniał, dr Burns powiedział:

– Może zostawił swoje rzeczy w pokoju? Zwykle nie zabiera się przecież portfela i komórki na krótki spacer przed snem.

– O ile rzeczywiście to był zwyczajny spacer. A w dzisiejszych czasach ludzie nigdzie się nie ruszają bez komórki, jakby ani na chwilę nie mogli znaleźć się poza zasięgiem. No i zostają jeszcze klucze.

– Co z kluczami?

– Nie ma ich tu.

– Może ich nie potrzebował.

– Może. A może ktoś je zabrał. Dowiemy się tego.

Funkcjonariusze przy bramie skontrolowali i przepuścili czarną toyotę, z której po chwili wyłoniła się wysoka sylwetka sierżant Winsome Jackman.

– To do ciebie niepodobne, żeby tak się spóźniać, Winsome – odezwał się Banks, zerkając na zegarek. – Zaszalałaś wczoraj w nocy?

Kobieta w pierwszej chwili wyglądała na przerażoną, ale zaraz się uśmiechnęła.

– Nie, panie inspektorze. Ja nigdy nie szaleję po nocy. Powinien pan to wiedzieć.

– Oczywiście – odparł Banks, po czym wyjaśnił jej sytuację. – Możesz podejść do ośrodka i zacząć wszystko organizować? Centrum operacyjne w głównym budynku, linie telefoniczne, personel cywilny, to co zwykle.

– Tak jest – odpowiedziała Winsome.

– Trzeba też jak najszybciej zacząć gruntowne przeszukanie wszystkich budynków i całego terenu, zanim rozejdzie się wieść o tym, co się stało. Mogłabyś się tym zająć? Szukamy kuszy. Czegoś takiego nie da się łatwo ukryć.

– Przeszukać też pokoje pacjentów?

– Przede wszystkim pokoje pacjentów. Nie będą zadowoleni. Są glinami jak my. Ale powinni przynajmniej zrozumieć, że to konieczne. Zabito jednego z nas. To mogła być robota kogoś stąd, zwłaszcza jeśli to miejsce jest faktycznie tak ogólnodostępne, jak się wydaje, i każdy może tu przychodzić, kiedy mu się podoba. Zorganizuj też pierwsze przesłuchania. Możesz zacząć od tej dwójki, która była tu wcześniej. Barry… – Banks spojrzał na Lorraine Jenson.

– Barry Sadler i Mandy Pemberton.

Winsome odeszła w stronę ośrodka. Lorraine ruszyła za nią i Banks zauważył, że pomimo kuli porusza się sprawnie. Musiała powiedzieć coś zabawnego, bo Winsome spojrzała na nią przez ramię i roześmiała się.

Banks jeszcze raz spojrzał na ciało mężczyzny. Chociaż spotkali się tylko raz, na imprezie z okazji jego przejścia na emeryturę, na którą Banks poszedł razem z Kenem Blackstone’em, pamiętał Billa Quinna – chudego, przedwcześnie osiwiałego, z krzywymi, pożółkłymi zębami, siedzącego z małą whisky w ręku i uśmiechem na ustach, cierpliwie wysłuchującego rubasznych przemówień swoich kolegów.

– Bill Quinn… – mruknął pod nosem. – W co ty się wpakowałeś, chłopie?

Rozejrzał się naokoło, omiatając spojrzeniem jezioro, las i wielki dom na wzgórzu. Wciągnął głęboko powietrze i ruszył w ślad za Winsome i Lorraine, drogą wiodącą do głównego budynku.

– A więc przeszukacie teraz mój pokój i będziecie mnie traktować jak podejrzaną? – zapytała Lorraine, odkładając kule i rozsiadając się w swoim fotelu. Banks stwierdził, że pomieszczenie przypomina przyjemny pokój hotelowy z własną łazienką i toaletą. Oprócz pojedynczego łóżka w rogu znajdowało się tam biurko, przestronna szafa, trzy fotele ustawione wokół owalnego stołu i komoda, na której stało wszystko, co potrzebne do zrobienia herbaty i kawy. Wyposażenia dopełniał płaski telewizor zawieszony na ścianie oraz radio z odtwarzaczem płyt kompaktowych i wejściem na iPoda.

– Nie wygłupiaj się – powiedział Banks. – Skąd ci to przyszło do głowy?

– To ja znalazłam ciało. Winny jest zawsze ten, kto znajduje ciało.

– Albo ktoś z najbliższej rodziny – dorzucił Banks. – Widzę, że naczytałaś się za dużo Agathy Christie.

– To chyba całkiem sensowne.

– Zabiłaś go?

– Nie, oczywiście, że nie.

– No to dobrze, że mamy to już z głowy.

– Powinieneś mieć wobec mnie podejrzenia. Ja bym miała na twoim miejscu. Wszyscy tu jesteśmy podejrzani.

Banks wpatrywał się w nią lekko przymrużonymi oczami. Była nieco po czterdziestce, ale od czasu wypadku wyglądała na starszą, pomyślał, patrząc na jej obwisłą, bladą skórę, na jej podkrążone, choć wciąż bystre oczy pod postrzępioną ciemną grzywką, na jej pulchne niegdyś ciało, dziś osłabione i wyniszczone przez proces rekonwalescencji.

– O tym jeszcze pomówimy – powiedział. – Póki co jesteś tylko świadkiem. Oczywiście później będziemy potrzebować pełnego pisemnego oświadczenia, ale teraz wystarczą mi podstawowe fakty: twoje pierwsze wrażenia, wszystko, co wiedziałaś o ofierze, tego typu rzeczy. Widziałem, że robiłaś sobie notatki, więc pewnie masz całą sytuację świeżo w pamięci. Zacznijmy od tego, co robiłaś na zewnątrz o tak wczesnej porze i dlaczego postanowiłaś zejść nad jezioro.

– Nie sypiam dobrze z powodu bólu – odparła Lorraine po chwili wahania. – Najczęściej wstaję wcześnie, kiedy zaczyna się robić widno, i dostaję takiego napadu klaustrofobii, że muszę wyjść na dwór. Lubię siedzieć w ciszy przed domem, gdy wszyscy jeszcze śpią. I mogę sobie wtedy spokojnie zapalić.

– Co cię sprowadziło nad jezioro?

– Po prostu zobaczyłam coś na skraju lasu. Jakiś kształt. Od razu pomyślałam, że to dziwne, bo teren ośrodka jest zwykle utrzymywany w idealnym porządku.

– A gdy zorientowałaś się, co to takiego?

– Od razu to zgłosiłam. Nie podchodziłam bliżej.

– Niczego nie dotykałaś?

– Nie.

– Zauważyłaś coś jeszcze?

– Na przykład?

– Coś niezwykłego, pomijając same zwłoki.

– Nie, raczej nie. Przez chwilę stałam i nasłuchiwałam. Zobaczyłam przebiegającego lisa i ten odgłos trochę mnie przestraszył. Myślałam, że zabójca może ciągle być gdzieś w lesie, ale to był tylko lis.

– Wtedy nie widziałaś jeszcze, że ten człowiek ma w piersi bełt z kuszy?

– Nie. Leżał praktycznie z twarzą przy ziemi. Sam widziałeś.

– Ale użyłaś słowa „zabójca”. Dlaczego założyłaś, że został zabity, a nie, dajmy na to, zmarł na atak serca?

– Nie wiem. To chyba przez to, w jakiej pozycji go znalazłam – był skulony, na kolanach. Wyglądało to podejrzanie. Kwestia instynktu, intuicji. Nie przychodzi mi do głowy żadne logiczne wytłumaczenie.

Banks wiedział, jak często naocznym świadkom mieszają się fakty i jak łatwo można to wykorzystać podczas przesłuchania, by wytrącić ich z równowagi i zepchnąć do defensywy. Po pięciu minutach dociekliwych pytań każdy zaczyna brzmieć, jakby kłamał. Najwyraźniej gliniarze wcale się pod tym względem nie różnili od innych.

– Po prostu zastanawiam się, czy coś konkretnego sprawiło, że odniosłaś takie, a nie inne wrażenie. Nie widziałaś ani nie słyszałaś, żeby ktoś stamtąd uciekał? Może na ulicy ktoś uruchomił samochód albo coś w tym stylu?

– Nie, był tylko ten lis. I oczywiście ptaki. Zaczęły już śpiewać. Dlaczego o to pytasz? Kiedy według was został zabity? Musiał tam leżeć przez jakiś czas. Przecież chyba nie mógł zginąć na chwilę przed tym, jak go znalazłam.

– Jak dobrze znałaś Billa Quinna?

– Niezbyt dobrze. Zdarzyło mi się z nim rozmawiać, na przykład w barze, kiedy szłam na drinka przed snem, ale nie mogę powiedzieć, że go znałam. Oboje paliliśmy, więc czasami spotykaliśmy się przypadkiem na dworze i razem zabijaliśmy czas. Wszyscy tutaj zachowujemy się wobec siebie uprzejmie, ale nie utrzymujemy jakichś intensywnych kontaktów.

– Nie istniały między wami żadne głębsze relacje?

– Dobry Boże, nie. – Lorraine uniosła lewą dłoń. – Jedyni ludzie, z którymi mam jakiekolwiek relacje, to mój mąż i dwoje dzieci.

– Widziałaś kiedyś, żeby inspektor Quinn kłócił się z jakimś innym pacjentem albo żeby ktoś mu groził?

– Nie. Tu jest bardzo spokojnie, jak pewnie zauważyłeś. Zazwyczaj był bardzo cichy, zamyślony. Nie widywałam go zbyt często. I nic mi nie wiadomo, żeby się z kimś kłócił.

– Czy kręcił się tu ktoś z zewnątrz? Ktoś, kogo nie powinno tu być?

– Nie.

– Kiedy ostatni raz widziałaś Quinna żywego?

– Wczoraj wieczorem, na kolacji.

– O której to było? Jak to u was wygląda?

– Kolacja z reguły zaczyna się o wpół do siódmej, potem trzy razy w tygodniu jest wieczór quizów. Później, około wpół do dziesiątej, ludzie albo idą na drinka do biblioteki, albo rozchodzą się do swoich pokojów oglądać telewizję.

– A w pozostałe wieczory?

– Czasami w sali gimnastycznej jest wyświetlany film, z reguły dość nowy, albo ludzie sami organizują sobie czas, grają w karty, czytają, robią cokolwiek.

– Nie macie tu karaoke?

– Skąd – odparła Lorraine ze śmiechem. – Chociaż to by faktycznie trochę ożywiło to miejsce.

– Jak Bill Quinn wyglądał wczoraj przy kolacji? Wydawał się podenerwowany, rozkojarzony?

Lorraine zmarszczyła czoło, wytężając pamięć.

– Może trochę. Nie jestem pewna. Niewiele mówił, ale on w ogóle mało się odzywał. Zawsze był lekko roztargniony i nieobecny. Nie tyle nerwowy, ile jakby myślami był gdzieś indziej, jakby dźwigał jakiś ciężar. Teraz, po fakcie, bardzo łatwo doszukiwać się takich rzeczy i wyciągać daleko idące wnioski.

– Mimo to jakbyś zinterpretowała jego wczorajsze zachowanie?

– Powiedziałabym tylko, że wydawał się bardziej podminowany niż zwykle, jakby miał dużo na głowie. Na przykład nie został po kolacji na kawę i pogaduchy ani nie poszedł do baru w bibliotece na wieczornego drinka.

– Z reguły zostawał na kawę i drinka?

– Tak. Pił małą szkocką, zawsze tylko jedną, taką miał zasadę. Przegapił także wieczór quizów, a to było zupełnie nie w jego stylu. Bardzo to lubił. – Lorraine umilkła na chwilę. – Nie było łatwo go poznać ani tym bardziej rozgryźć.

– Masz jakiś pomysł, kto mógł go zabić?

– Wątpię, żeby zrobił to ktoś stąd – odparła Lorraine. – Wszyscy znaleźliśmy się tutaj w wyniku zrządzenia losu i nie mamy tu zanadto okazji, żeby sobie narobić wrogów i wdawać się w jakieś prywatne wojny. Poza tym – skinęła na swoje kule – większość z nas nie jest w pełni sprawna.

– To jeszcze niczego nie przesądza – stwierdził Banks. – A może niespodziewanie spotkał tu jakiegoś dawnego wroga?

– Nie uważasz, że to byłby zbyt duży zbieg okoliczności? Chyba bardziej sensownie będzie sprawdzić drani, których powsadzał do więzienia niż gliniarzy, z którymi spędził raptem kilka tygodni na rehabilitacji.

– Słuszna uwaga – przyznał Banks, po czym rozejrzał się po pomieszczeniu. – Całkiem przyjemny pokoik. I do tego mówisz, że można tu dostać przyzwoitą szkocką?

– Pewnie. To nie SPA ani centrum fitnessu.

Jak wyjaśniła Annie Cabbot, ośrodek St. Peter’s to instytucja charytatywna służąca jako centrum rekonwalescencyjne dla policjantów, którzy dochodzą do siebie po operacji albo zmagają się ze stresem i stanami lękowymi, nie tylko związanymi bezpośrednio z pracą. Placówka oferowała szeroki zakres usług, od fizykoterapii po zabiegi reiki. Można tu było skorzystać z masaży, sauny, hydroterapii i konsultacji psychologicznych. Zwykły pobyt trwał dwa tygodnie, ale w niektórych wypadkach dało się go wydłużyć. Annie spędziła w ośrodku trzy tygodnie i choć wróciła już do domu, wciąż regularnie przyjeżdżała na masaże i fizykoterapię.

– Słyszałaś coś tamtej nocy? – Banks zapytał Lorraine. – Mówiłaś, że nie sypiasz dobrze.

– Zazwyczaj biorę tabletkę nasenną, po której padam na kilka godzin. Potem się budzę i nie mogę już z powrotem zasnąć, więc wstaję bardzo wcześnie. Ale od dziesiątej, kiedy z reguły się kładę, do mniej więcej trzeciej czy czwartej rano śpię jak zabita.

– Nic więc nie słyszałaś po tym, jak obudziłaś się nad ranem?

– Nie. Tylko ptaki.

– Dokąd mógł pójść Bill Quinn, skoro nie został na drinka i konkursy?

– Nie mam pojęcia. Nie kontrolowałam go. Pewnie wrócił do swojego pokoju. Albo wyszedł na późnego papierosa. Wiem tylko, że więcej go już nie widziałam.

– I nie słyszałaś, jak opuszcza budynek, kiedy już leżałaś w łóżku?

– Nie. Jak widzisz, mój pokój znajduje się z tyłu budynku, na pierwszym piętrze, a on mieszkał na drugim piętrze od frontu. Na parterze są tylko biura i gabinety zabiegowe, poza tym jadalnia i biblioteka z barem. No i piwnica, a w niej siłownia i basen. Nic bym nie usłyszała, nawet gdyby Bill Quinn urządził sobie w pokoju dziką orgię. Mogłam też wcale nie usłyszeć, że ktoś wychodzi przez główne wejście. Równie dobrze mógł wyjść z budynku podczas quizów. Jak mówiłam, po kolacji już go nie widziałam.

– Brałaś udział w quizach?

– Tak.

– Dobrze, wypytamy innych. Może ktoś coś zauważył. Jakie macie tutaj zabezpieczenia? Łatwo dostać się na teren ośrodka?

Lorraine parsknęła.

– Zabezpieczenia? Właściwie nie ma żadnych. W końcu to nie więzienie ani nawet nie szpital. Ośrodek bardziej przypomina ekskluzywny hotel. Niby jest tu trochę drogiego sprzętu treningowego i lekarskiego, ale obsługa nie trzyma w budynku leków ani gotówki. Na zewnątrz, jak widziałeś, stoi pokaźny mur, ale nie ma strzeżonej bramy, więc chyba każdy może tu wejść czy wjechać, kiedy chce. W każdym razie my możemy. Nie byłoby zbyt trudno wśliznąć się ukradkiem do lasu i po prostu tam zaczekać. Do najbliższej wioski jest dwa i pół kilometra i czasami niektórzy pacjenci wyskakują na piwo do pubu. Nie ma żadnej stróżówki, nie zamyka się drzwi na noc, nie trzeba wpisywać się do księgi przy wejściu. Jest tylko pielęgniarka na nocnej zmianie, zresztą poznałeś już Mandy, i niewykluczone, że ona coś zauważyła, ale do tego czasu pewnie i ona zdążyła już zasnąć. Wchodzimy i wychodzimy, kiedy nam się podoba.

– Czy Bill Quinn miał w zwyczaju nocne spacery po lesie?

– Nic mi o tym nie wiadomo. Jeżeli go widziałam na dworze, to tylko jak palił papierosa przed głównym wejściem.

– Są tu zamontowane kamery?

– Nie sądzę. Lepiej zapytaj o to kogoś z personelu. Ale po co miałyby tu być kamery? W końcu wszyscy jesteśmy uczciwymi gliniarzami, prawda?

– Hmm – zamyślił się Banks, wstając. – Pójdę już. Dzięki za rozmowę, Lorraine. Być może jeszcze się do ciebie zgłoszę.

Gdy wyszedł, do pokoju wkroczyły dwie umundurowane policjantki.

– Cholera – usłyszał za sobą głos Lorraine. – Jeżeli już musicie przetrząsać moją szufladę z bielizną, postarajcie się przynajmniej nie narobić zbytniego bałaganu.

Banks zszedł po szerokich drewnianych schodach do recepcji, przesuwając dłonią po ciemnej wypolerowanej balustradzie. Po jednej stronie zainstalowano windę schodową dla pacjentów mogących mieć problemy z pokonywaniem stopni. Pamiętał, że korzystała z niej także Annie. W całym budynku roiło się już od policji. Banks dostrzegł posterunkowego Douga Wilsona i spytał go, czy Winsome nadal przeszukuje pokój Billa Quinna na górze.

– Z tego, co wiem, ciągle tam jest – odpowiedział Wilson. – Pokój 22B, zachodnie skrzydło. Właśnie organizuję przesłuchania wszystkich gości ośrodka. To trochę potrwa. Na centrum operacyjne zaanektowaliśmy jeden z pokoi socjalnych personelu. W tej chwili nasi ludzie się tym zajmują.

– Doskonale. Ilu mamy w sumie pacjentów?

– Tylko dwunastu. Do tego dochodzi obsługa, głównie pracująca na pół etatu. Przesłuchania chcemy przeprowadzać w bibliotece, w biurach i w gabinetach na parterze. W ten sposób będziemy mogli przepytać kilka osób naraz i szybciej się z tym uporamy.

– W porządku – odparł Banks. – Masz wystarczające wsparcie?

– Pomaga mi Gerry, to znaczy posterunkowa Masterson.

Geraldine Masterson dopiero co zakończyła okres próbny i zapowiadała się całkiem nieźle. Była młoda i wciąż musiała się dużo nauczyć, ale to przecież nic złego. Najważniejsze, że była inteligentna, sumienna i zadziwiająco łatwo przyswajała sobie wszelką nową wiedzę. Poza tym miała dyplom z informatyki.

– Zobaczę, czy uda mi się załatwić jeszcze kogoś do pomocy – zadeklarował Banks. – Na razie musicie sobie jakoś poradzić.

– Tak jest.

– Wyślij też kilku ludzi, żeby popytali w okolicy, w wiosce. Niech się dowiedzą, czy ostatnio nie kręcił się tutaj ktoś obcy, szczególnie wczoraj wieczorem. Może widziano tu jakiś samochód albo cokolwiek innego, co mogło wyglądać podejrzanie.

– Miejsce wydaje się dość odosobnione.

– Właśnie dlatego komuś mogło się coś rzucić w oczy. Możecie też dać cynk mediom. Ani słowa o zabójstwie inspektora Quinna, zwłaszcza o tym, jak zginął, ale rozgłoście, że chcemy porozmawiać z każdym, kto wczoraj przechodził obok St. Peter’s, powiedzmy między dziesiątą wieczorem a drugą w nocy. Dziennikarze niedługo tu będą, więc nie zapomnij ostrzec naszych ludzi przy bramie, żeby trzymali ich na dystans. Czy sierżant Jackman wspominała coś o przeszukiwaniu pokoi i terenu ośrodka?

– Tak, panie inspektorze. Staramy się to załatwić jak najszybciej i jak najbardziej dyskretnie.

– Wracaj do pracy, Doug – pożegnał policjanta Banks.

– Tak jest – odpowiedział Doug Wilson i odszedł żwawym krokiem.

– Przepraszam pana, mogę prosić na minutkę? To pan tym wszystkim dowodzi?

Banks odwrócił się w stronę głosu, który należał do recepcjonistki stojącej za kontuarem. Jak w prawdziwym hotelu na ścianie za jej plecami znajdowały się rzędy przegródek na klucze i listy, przed sobą miała laptopa na wyciąganej spod blatu półce, obok stała szafka na dokumenty, drukarka, faks i kserokopiarka. Kobieta wyglądała na nieco starszą od Banksa, była siwa i raczej przy kości. Na jej czerwonym identyfikatorze widniało imię „Mary”.

– Nadinspektor Banks – powiedział, wyciągając rękę. – Przepraszam za to całe zamieszanie. Co mogę dla ciebie zrobić, Mary?

– Zastanawiałam się, jak ma teraz wyglądać nasz rozkład dnia. Chodzi mi o pacjentów, o zaplanowane zabiegi, masaże i całą resztę. Mamy ustalony harmonogram.

– Zamordowano funkcjonariusza policji – odparł Banks. – Chyba się ze mną zgodzisz, że wszystkie normalne zajęcia są od tej chwili zawieszone. Dam ci znać, kiedy będzie można spokojnie wrócić do pracy.

Recepcjonistka poczerwieniała.

– Przepraszam. Ale co mam mówić ludziom? Jedna z naszych fizjoterapeutek dojeżdża aż ze Skipton, a pierwszego pacjenta ma dopiero o czternastej. Mam zadzwonić i ją odwołać?

– Niestety nie – powiedział Banks. – Chcemy jak najszybciej porozmawiać z każdym, kto ma jakiś związek z ośrodkiem, łącznie z całym personelem. To oznacza, że musimy mieć też nazwiska i adresy wszystkich pracowników, którzy dzisiaj nie przyjeżdżają. Byłaś tu całą noc?

– Nie, panie inspektorze. Mieszkam w Eastvale. Recepcja nie jest czynna całą dobę. Nie ma takiej potrzeby. Zwykle wychodzę około szóstej, najpóźniej o siódmej, zależnie od tego, ile mam zaległych rzeczy do zrobienia. Zaczynam pracę codziennie o ósmej. Właściwie dopiero przed chwilą przyjechałam i jeszcze nie mogę uwierzyć w to, co się tu dzieje.

– Jesteś policjantką, Mary?

– Nie, panie inspektorze. Dyplomowaną pielęgniarką. Na emeryturze.

– W takim razie nie musisz mnie tytułować.

– Ach tak, oczywiście.

– Wiem, że ta sprawa to dla was spory wstrząs – kontynuował Banks. – Czy ktoś jeszcze oprócz pacjentów i pielęgniarki przebywa na terenie ośrodka przez całą noc?

– Barry.

– Barry Sadler?

– Tak. Nasz dozorca i człowiek od wszystkiego. Zajmuje mieszkanie nad starymi stajniami i zawsze jest pod ręką, kiedy trzeba coś przenieść czy naprawić. Większość drobnych prac wykonuje sam. Oczywiście ma do dyspozycji kilku ludzi, z których pomocy korzysta w razie potrzeby: sprzątacze, ogrodnicy, człowiek od koszenia trawników, strzyżenia żywopłotów i tak dalej. Ale oni tutaj nie mieszkają.

– Chciałbym dostać listę z nazwiskami ich wszystkich – powiedział Banks. – Macie tu jakiś system zabezpieczeń?

Mary umilkła na chwilę.

– Cóż, tak, w pewnym sensie…

– No więc?

– Zgodnie z regulaminem drzwi frontowe mają być zamykane o północy i uruchamia się wtedy alarm antywłamaniowy.

– Ale?

Mary wyszczerzyła zęby w uśmiechu.

– Wie pan, jak to jest. Panuje u nas dość luźna atmosfera. Jeśli ktoś chce wyjść na papierosa albo zasiedzi się do późna w pubie, to przecież nie ma sensu w kółko włączać i wyłączać alarmu.

– Jasne – odparł Banks, który sam był kiedyś palaczem, w dawnych czasach, kiedy wolno było palić niemal wszędzie. Dziś jednak stało się to strasznie kłopotliwe. Nie wyobrażał sobie, że miałby z każdym papierosem wychodzić na dwór, nawet w środku zimy. To kolejny powód, dla którego warto było rzucić palenie.

– Jednym słowem, środki bezpieczeństwa są tu raczej marne.

– Chyba można tak powiedzieć.

– I nie ma kamer?

– Niestety nie. St. Peter’s to instytucja charytatywna i zarząd uznał, że instalowanie monitoringu to zbyt duży koszt. Poza tym ludzie nie lubią, kiedy się ich szpieguje. Zwłaszcza policjanci.

Banks uprzejmie podziękował za rozmowę, a Mary ponownie się zarumieniła. Wycofując się z recepcji, pomyślał, że chyba udało mu się dokonać małego podboju. Jak zdążył się już zorientować, ostatnimi czasy jego urok osobisty szczególnie dobrze działał na kobiety po sześćdziesiątce.

Banks wdrapał się po schodach na drugie piętro i od razu skręcił w prawo, gdzie według tabliczki na ścianie znajdowały się pokoje od numeru 20 do 30B. Drzwi do pokoju Billa Quinna były otwarte, a w środku Winsome wciąż metodycznie przeszukiwała wszystkie półki i szuflady.

Banks stanął w wejściu.

– Jest coś ciekawego dla nas?

– Jeszcze nic – odpowiedziała Winsome i potrząsnęła pękiem kluczy na kółku. – Tylko to. Były na biurku. W szafie jest trochę ubrań. Przybory toaletowe. Nie ma komórki, nie ma portfela, nie ma klucza do pokoju.

Pomieszczenie stanowiło niemalże kopię tego, który zajmowała Lorraine Jenson. Banks zauważył w rogu wędkę i inny sprzęt do łowienia ryb, a na stoliku stertę czasopism: „Poradnik wędkarza”, „Pstrąg i łosoś”, „Świat ogrodnika” i „Wiadomości ogrodnicze”. A zatem Bill Quinn lubił przebywać na łonie natury. Banks wcześniej tego nie wiedział. Właściwie w ogóle niewiele wiedział o tym człowieku i teraz będzie musiał to jak najszybciej nadrobić. Przez te wszystkie lata nabrał bowiem przekonania, że kluczem do zrozumienia zbrodni najczęściej może być sama ofiara.

– Chyba trzeba wysłać kilku ludzi, żeby przeszukali dom Quinna. Gdzie on mieszkał?

– Już się tym zajęłam – odparła Winsome. – Mieszkał sam w bliźniaku w Rawdon pod Leeds, niedaleko lotniska.

– Sam? Z jakiegoś powodu myślałem, że miał żonę i dzieci.

– Miał. Żona nie żyje, a dzieci się ulotniły. Oboje są na studiach, jedno w Hull, drugie w Keele. Tamtejsza policja stara się ich namierzyć. Szukają też jego rodziców, który mieszkają w Fea­therstone.

– Nie wiedziałem o jego żonie – powiedział Banks.

– Dowiedziałam się od jego szefa. To bardzo świeża sprawa. Zmarła zaledwie miesiąc temu. Miała rozległy wylew.

– To dlatego znalazł się w ośrodku? Miał depresję? Nie mógł sobie poradzić z żałobą?

– Nie. Bóle karku. Chodził na fizykoterapię i masaże.

– W porządku, kontynuuj. – Winsome wróciła do przeszukiwania pokoju, a Banks, nadal stojąc w drzwiach, przyglądał się jej pracy. Kiedy skończyła, żadne z nich nie było ani trochę mądrzejsze.

– Nie widzę tu nic, co miałoby jakiś osobisty charakter – stwierdziła Winsome. – Żadnego dziennika, pamiętnika, notesu. Zupełnie nic.

– I żadnego liściku w stylu: „Spotkajmy się nad jeziorem dzisiaj o jedenastej. Podpisano: Zabójca”?

– Niestety – westchnęła Winsome.

– Czy kiedy weszłaś, odniosłaś wrażenie, że był tu ktoś nieproszony? Jeśli ktoś mógł zaczaić się w lesie, żeby go zabić i zabrać jego klucz, to mógł też dostać się do jego pokoju.

– Nic na to nie wskazywało. Zresztą wejście do samego budynku byłoby już chyba nieco bardziej ryzykowne.

– Niekoniecznie – odparł Banks. – Z tego, co właśnie usłyszałem od Mary, wynika, że to miejsce jest mniej więcej równie bezpieczne, co dziecięca świnka skarbonka. Wiemy przynajmniej, czy Quinn posiadał komórkę?

– Zdziwiłabym się, gdyby było inaczej – powiedziała Winsome. – W dzisiejszych czasach…

– Cóż, w każdym razie teraz nigdzie jej nie ma. A to całkiem zastanawiające, nie uważasz?

– Owszem. Ja zawsze zabieram ze sobą telefon, kiedy wychodzę z domu.

– Koniecznie musimy o to wypytać pozostałych pacjentów czy też gości, czy jak ich tam zwał, no i obsługę. Ktoś musi pamiętać, czy Quinn miał komórkę. Albo laptopa, albo chociaż jakiś notatnik. – Banks nałożył ochronne rękawiczki, które zawsze miał przy sobie, gdy udawał się na miejsce zbrodni, i podniósł ciężką książkę wyciągniętą z szuflady przez Winsome. Praktyka dochodzeń w wydziale zabójstw. Na stronie tytułowej Bill Quinn wpisał swoje nazwisko.

– To jego jedyna lektura poza magazynami o wędkarstwie i ogrodnictwie? – Banks przerzucił kilka stron. – Dziwny sposób spędzania wolnego czasu podczas dwutygodniowej rekonwalescencji. Od samych zdjęć człowiekowi może się zrobić niedobrze.

– W końcu był policjantem – powiedziała Winsome. – Może chciał się trochę podszkolić?

– Sprawdzimy, czy nie robił jakichś kursów.

Banks przekartkował resztę książki, ale ze środka nic nie wypadło. Obejrzał ją dokładniej, sprawdzając, czy coś nie zostało przyklejone taśmą do okładki albo zwinięte i wciśnięte pod grzbiet. W kartkach nie była też wycięta skrytka – Banks przypomniał sobie, jak w wieku czternastu lat właśnie w ten sposób chował papierosy, używając do tego poradnika pt. Jak dbać o kondycję. Oczywiście na nic się to nie zdało. Jego matka szybko się zorientowała, że ten tytuł dość dziwnie wygląda na jego półce, gdzie królowały przygody Jamesa Bonda, Świętego, Barona i Sherlocka Holmesa. Banks nie miał wątpliwości, po której gałęzi rodziny odziedziczył zmysł detektywistyczny. Równie kiepsko powiodło mu się z gazetkami erotycznymi, które schował pod specjalnie spreparowanym dnem w szafie. Bóg jeden wie, jak jego matka przejrzała ten fortel.

Ale sekretu Billa Quinna nie skrywała ani wydrążona książka, ani drugie dno szafy. Tkwił pod kartką stanowiącą wewnętrzną stronę okładki, która została odklejona od twardej oprawy, a następnie na powrót przyklejona.

Banks pociągnął za odstający róg i samymi koniuszkami palców udało mu się wydobyć spod papieru małą, cienką żółtą kopertę, zamkniętą, ale nie zaklejoną. Usiadł przy stoliku i wytrząsnął zawartość koperty na blat. Wypadły z niej trzy zdjęcia. Poodwracał je wszystkie właściwą stroną do góry i ułożył w rzędzie – trzy kolorowe odbitki wydrukowane na tanim papierze w atramentowej drukarce. Żadnych dat, godzin czy dopisków na odwrocie, ale ich jakość była wystarczająco dobra, żeby zobaczyć, co na nich jest.

Na pierwszym Bill Quinn siedział w barze przy drinku w towarzystwie bardzo pięknej i bardzo młodej kobiety. Banks się zdziwił, że w ogóle udało jej się kupić alkohol. Quinn nachylał się w jej stronę, a ich dłonie stykały się na blacie stołu. Oboje mieli przed sobą wysokie kieliszki do szampana. Postacie w tle były niewyraźne, tak samo jak detale pomieszczenia, i nie dałoby się zidentyfikować żadnych twarzy ani też miejsca, gdzie zdjęcie zostało zrobione.

Na drugiej fotografii para najwyraźniej przeniosła się do restauracji. Quinn i jego towarzyszka siedzieli w lokalu utrzymanym w ciemnej tonacji, gdzie dominowało drewno, mosiądz, plusz i czerwony welur. Na stoliku przykrytym białym obrusem, obok butelki włożonej do góry dnem do metalowego wiaderka z lodem, stały dwa talerze spaghetti i dwa na wpół dopite kieliszki białego wina. Twarze trzymali blisko siebie, jakby pochłaniała ich poufała rozmowa, a ręka Quinna spoczywała na udzie kobiety.

Trzecie zdjęcie zostało zrobione nieco z góry. Quinn leżał na plecach, a młoda dziewczyna, rozebrana do naga, siedziała na nim okrakiem. Jej rozpuszczone ciemne włosy spływały na ramiona, widać też było jej niewielkie piersi ze sterczącymi, nabrzmiałymi sutkami. Obie ręce Quinna spoczywały na jej udach. Twarz dziewczyny wyrażała ogromne podniecenie, ale Banks podejrzewał, że to tylko udawana poza. Najprawdopodobniej w momencie, gdy zdjęcie zostało zrobione, Bill Quinn był nieprzytomny, być może odurzony narkotykami. Rzecz jasna Banks nie mógł mieć co do tego całkowitej pewności, ale od razu wydało mu się podejrzane to, że Quinn leżał płasko na łóżku, z głową ciężko wciśniętą w poduszkę, a jego ręce biernie opierały się na udach kobiety. Może powinien w tej chwili ściskać jej piersi, podnosić się, żeby je całować i ssać, w każdym razie wykazywać jakąkolwiek aktywność. Otaczającą ich ciemność przełamywała jedynie podłużna plama bladego światła – zapewne okno – a w cieniu rysowały się kontury jednego czy dwóch mebli. Banks zgadywał, że to pokój hotelowy.

– Co o tym myślisz? – zapytał Winsome, która przysiadła obok na oparciu krzesła i razem z nim wpatrywała się w zdjęcia.

– Prostytutka – odparła bez chwili wahania.

– Może chodziło o coś więcej niż tylko płatny seks? – zastanawiał się Banks. – Nie jest ubrana jak prostytutka, bardziej jak zwykła studentka. Jej strój nie jest ani wyzywający, ani specjalnie drogi czy stylowy. Czy mogła być jego kochanką? Nie wydaje ci się, że tutaj, w pokoju, Quinn wygląda, jakby trochę odjechał?

– Może to dziewczyna z luksusowej agencji? – powiedziała Winsome. – Wyobrażam sobie, że gdy się taką zamawia, można dokładnie określić, jak ma być ubrana. Może akurat kręcił go taki studencki styl? Ale faktycznie ma pan rację, szefie. W tym zdjęciu z hotelu zdecydowanie jest coś dziwnego. On jest jakiś niemrawy, a w takiej chwili powinno być inaczej.

Banks uniósł brwi.

– Winsome, zaskakujesz mnie. Według ciebie jak powinien się zachowywać?

– Po prostu wydaje się zbyt pasywny – odparła. – Jeśli facetowi w jego wieku udało się znaleźć w łóżku z dziewczyną w jej wieku, do tego tak piękną, to chyba powinien się lepiej bawić.

– Słuszna uwaga, Winsome, dziękuję – odparł Banks ze śmiechem, po czym wstał od stołu. – Sporo pytań domaga się odpowiedzi, ale jakkolwiek by patrzeć, wygląda na to, że nasz inspektor Quinn wcale nie był taki święty. Cicha woda. Dobra, zabierzmy te zdjęcia do laboratorium i zróbmy kilka odbitek, zanim tamci się za nie zabiorą. Przydałoby się dowiedzieć, gdzie je zrobiono i kim jest ta dziewczyna. Spróbujemy to tak wykadrować, żeby móc pokazywać ludziom tylko jej twarz, nie zdradzając, co przeskrobał Quinn. Zabezpiecz pokój, Winsome, i dopilnuj, żeby nikt tu nie wchodził. Przede wszystkim nie chcę, żeby ktokolwiek z mediów coś zwęszył. W końcu i tak się dowiedzą, jak zawsze, ale postarajmy się utrzymać wszystko w tajemnicy tak długo, jak tylko się da.

– Tak jest.

Banks zerknął na zegarek.

– Wracam na posterunek. Szefowa na pewno już się denerwuje, chce wiedzieć, co się wydarzyło. A ja muszę ją o kilka rzeczy poprosić.

Rozdział 2

Od czasu reorganizacji w gabinecie świeżo awansowanej komendant rejonowej Catherine Gervaise pojawił się niski, okrągły stół ze szklanym blatem i cztery krzesła z rurek stalowych. W pokoju było dostatecznie dużo przestrzeni, a dzięki temu uzyskano miejsce na bardziej nieformalne spotkania z dala od sali konferencyjnej, gdzie odbywały się odprawy całego zespołu.

Krzesło miękko się ugięło, gdy Banks usiadł i odchylił się na oparciu, ostrożnie stawiając kubek z kawą na podstawce w różane wzory. Kawa, prosto z prywatnego ekspresu pani komendant, była mocna i bardzo dobra. Po przejęciu dawnego biura nadinspektora Gristhorpe’a Gervaise niewątpliwie zmieniła wyraźnie męski charakter pomieszczenia, wprowadzając tu i ówdzie kobiece akcenty. Ale nikt raczej nie odważyłby się tego głośno przy niej powiedzieć.

Na biurku oraz na szczycie szafki na akta stały zdjęcia jej męża i dzieci. Ściany gabinetu, pomalowane na stonowany, pastelowy odcień błękitu, zdobiły fotografie lilii wodnych w gustownych ramkach. Całe pomieszczenie było utrzymane w nienagannym porządku i sprawiało wrażenie jaśniejszego i bardziej przestronnego niż wcześniej.

Rzędy oprawionych w skórę klasycznych dzieł literatury, wypełniające półki za czasów Gristhorpe’a, zastąpiły w większości pozycje z zakresu prawa i medycyny sądowej, choć dało się dostrzec także niesławną biografię Stelli Rimington1, którą Gervaise zapewne zapomniała schować. Książki stały starannie posegregowane i gdzieniegdzie poprzedzielane pucharami i plakietkami zdobytymi w zawodach łuczniczych, jeździeckich czy szermierczych – wszystkie te dyscypliny pani komendant uprawiała z dużym zaangażowaniem, kiedy jeszcze miała czas oddawać się podobnym przyjemnościom.

Okno było lekko uchylone i do gabinetu wpadały odgłosy dochodzące z brukowanego rynku Eastvale: piski dzieci, nawoływania dorosłych, ryk samochodów dostawczych. Do środka docierał również zapach świeżego chleba z piekarni Boba, przez co Banksowi aż ciekła ślinka. Dochodziła dziewiąta, a on był na nogach od piątej rano i jeszcze nie miał nic w ustach. Postanowił po spotkaniu skoczyć do Greggsa po jakąś bułkę czy pasztecik z mięsem.

W swoim granatowym kostiumie i świeżej białej bluzce komendant Gervaise prezentowała się równie profesjonalnie, jak zwykle. Nieskazitelną monotonię jej ubioru przełamywał jedynie drobny czerwono-niebiesko-żółty haft wokół białego kołnierzyka.

– Czy wszystko jest pod kontrolą? – zapytała, siadając naprzeciwko Banksa i wygładzając spódnicę.

– Jak najbardziej – odparł Banks.

Procedury rządzące dochodzeniem w sprawie morderstwa potrafią być czasem przytłaczające. Najważniejsze, żeby wszystko zorganizować i uruchomić całą machinę. Każdy musi wiedzieć dokładnie, jakie ma obowiązki, i to jeszcze zanim zaczną napływać informacje w formie raportów z analiz kryminalistycznych, zeznań świadków, potwierdzonych alibi itp. Do pracy z systemami komputerowymi HOLMES i SOCRATES zostanie zapewne przydzielona posterunkowa Gerry Masterson, z uwagi na jej doświadczenie informatyczne, ale nadal w podobnych śledztwach zużywa się tyle papieru, że będzie potrzebnych mnóstwo solidnych kartonów i dużych szaf na akta. Choć policjanci przez większość czasu korzystają z komórek, i tak trzeba jeszcze wydzielić specjalne linie telefoniczne, których numery zostaną podane do wiadomości publicznej.

– Znałeś inspektora Quinna osobiście? – spytała Gervaise.

– Spotkałem go tylko raz. Wydawał się miłym gościem. Ale nie mogę powiedzieć, że go znałem. A ty?

– Tak samo. Jakieś trzy lata temu otrzymał medal za odwagę. Byłam na ceremonii.

– Nie wiedziałem.

– Wzorowy przebieg służby. Nic z tego nie rozumiem, Alan. Po tym wszystkim, co do tej pory usłyszałam, naprawdę nie wydaje mi się, że mógł go zabić ktoś przypadkowy ani nawet jakiś stary wróg, który nagle wpadł w szał.

– Nie – zgodził się Banks. – Świadczy o tym już sam wybór broni. To wszystko musiało być przemyślane, zaplanowane z góry. Do tego dochodzą jeszcze zdjęcia.

Źrenice Gervaise się rozszerzyły.

– Jakie zdjęcia?

Banks opowiedział jej, co znalazł w podręczniku kryminalistycznym Quinna.

– Powinny już być w laboratorium fotograficznym, chociaż wątpię, żebyśmy zdołali się z nich dużo dowiedzieć.

– Możesz się zdziwić. Quinn z młodą kobietą, tak?

– Bardzo młodą.

– Co o tym sądzisz? Szantaż?

– To wydaje się najbardziej sensowne. – Banks ucichł na chwilę. – Winsome powiedziała mi, że jego żona zmarła zaledwie miesiąc temu. I tak sobie myślę, że jeśli ktoś szantażował go tymi zdjęciami przed jej śmiercią, to chyba potem stały się całkiem bezużyteczne.

– Są jeszcze dzieci.

– To jednak nie to samo. Poza tym są już dorosłe, poszły na studia.

– Nieistotne. Wiem, że nie chciałabym, żeby moje dzieci się dowiedziały… No wiesz… – Gervaise się zaczerwieniła. – Gdybym to ja zrobiła coś podobnego.

– Może masz rację. – Banks wyobraził sobie, co powiedzieliby Tracy i Brian, gdyby poznali niektóre szczegóły z jego przeszłości. Nie żeby notorycznie zdradzał żonę, ale jeden raz to aż nadto. Były też inne rzeczy, których nie wspominał z dumą, historie z czasów, gdy pracował jako tajniak w Londynie i nieustannie żył na krawędzi, a czasem całkiem przekraczał wszelkie granice.

– Mimo to – podjął Banks – szantaż straciłby w takim momencie sporo ze swojej siły rażenia. Dzieci nie mogą zażądać rozwodu, zaciągnąć do sądu i zabrać ci wszystkiego, co posiadasz, prawda?

Gervaise zmroziła go spojrzeniem, od którego zamarzłby czynny wulkan.

– Chyba chciałeś powiedzieć: wziąć to, co im się prawnie należy. Czy tak, Alan?

– Przepraszam, pani komendant. Tak, oczywiście.

Gervaise skinęła głową po królewsku.

– Tak myślałam. I daruj sobie tę „panią komendant”. I tak nie zamaskujesz tych swoich seksistowskich poglądów. – Zrobiła pauzę, po czym dodała: – Mówię tylko, że nadal mogła istnieć groźba szantażu, nawet jeśli nie tak duża jak wcześniej. Są jeszcze dzieci, rodzice, nawet przełożeni czy koledzy z pracy. I na pewno przyznanie, że padło się ofiarą szantażu, nie wpływa pozytywnie na karierę policjanta. Poza tym ostatnio krążyły pewne plotki. Mówiło się o czarnej owcy. Rzecz jasna to tylko plotki, ale mimo to…

– Słyszałem – odparł Banks. – Myślisz, że mogło chodzić o Quinna?

– W każdym razie musimy być przygotowani na różne ewentualności. Wróćmy do tej dziewczyny. Mówisz, że jest młoda?

– Tak.

– Nieletnia?

– Nie sposób tego stwierdzić.

– Ale nawet gdyby to tylko tak wyglądało, mógł przez to stracić pracę – zauważyła Gervaise.

– Nadal uważam, że Quinn najbardziej bał się tego, że o wszystkim dowie się jego żona. Z wszystkim innym jakoś by sobie poradził. Nie mamy dowodu, że dziewczyna była nieletnia. Za to bez dwóch zdań bardzo atrakcyjna. Każdy mężczyzna z dumą pokazałby się z taką kobietą na mieście. Chryste, niektórzy kumple z pracy mogliby mu nawet zazdrościć.

Gervaise przewróciła oczami.

– No co?

– Nieważne. Jak myślisz, dlaczego zachował te zdjęcia?

– Nie wiem. Ludzie trzymają u siebie przeróżne przedmioty z przeróżnych powodów. Ja tam nie narzekam. Dzięki temu nasza robota jest czasami trochę łatwiejsza. Może był z siebie dumny, że ją poderwał, i traktował te fotki jako swoiste trofeum? Może ją kochał i zdjęcia to jedyne, co mu po niej zostało? Może dopiero co je dostał? Może zamierzał je komuś przekazać? Tamtej nocy Quinn najwyraźniej nie przypuszczał, że już nie wróci do swojego pokoju w St. Peter’s, a potem ktoś te zdjęcia znajdzie. Chyba że…

– Tak?

– Chyba że właśnie po to je tam zostawił. Jako coś w rodzaju zabezpieczenia na wypadek, gdyby coś mu się stało.

– Czyli spodziewał się, że zostanie zabity?

– Niekoniecznie. Ale może spodziewał się jakichś kłopotów. Na przykład jeśli zgodził się spotkać z kimś, kogo się obawiał, powiedzmy z szantażystą, którego miał spłacić. Ale szczerze wątpię, by się spodziewał, że stanie mu się krzywda. Mógł jednak zostawić zdjęcia w pokoju, w razie gdyby coś poszło nie tak. Nie były zbyt dobrze ukryte. Quinn był jednym z nas, wiedział, że od razu je znajdziemy. A to oznacza, że teraz, kiedy faktycznie coś mu się stało, mogą być naprawdę ważne. Nie tylko jako zabezpieczenie, ale jako dowód. Ona może być ważna. Musimy ją znaleźć.

– Nie bardzo mamy się na czym oprzeć, prawda? To raptem kilka fotografii.

– Zobaczymy – odparł Banks. – Ktoś powinien się przekopać przez zdjęcia w agencjach towarzyskich, sprawdzić internetowe serwisy randkowe. Może natrafimy gdzieś na jej twarz.

– Zakładasz więc, że wczoraj w nocy Quinn spotkał się z kimś, kogo znał, i mogło to mieć związek z dziewczyną na zdjęciach?

– Kto wie. Może nawet myślał, że to właśnie z nią ma się spotkać? To by osłabiło jego czujność.

– Może naprawdę się z nią spotkał – rzuciła Gervaise. – Może to ona go zabiła.

– To również możliwe – zgodził się Banks. – Ale jest o wiele za wcześnie na takie spekulacje. W każdym razie moim zdaniem zdjęcia mają coś wspólnego z jego śmiercią, dlatego myślę, że chodziło o szantaż. A w takim razie musiały zostać zrobione, kiedy jego żona jeszcze żyła, inaczej szantażysta nie miałby z nich większego pożytku. – Banks zamyślił się na chwilę, po czym dodał: – Jest szansa, żebym dostał jeszcze kilku ludzi?

– Wiesz, jak to dzisiaj wygląda, Alan. Ale porozmawiam z zastępcą naczelnika McLaughlinem i zobaczę, co da się zrobić. Zajmę się też mediami. Powinnam wprowadzić w temat naszego rzecznika prasowego, kogoś z naszych. Ta sprawa przyciągnie dużo uwagi. Zorganizuję konferencję prasową.

– Dziękuję. Winsome i reszta zaczynają już przesłuchiwać personel i pacjentów ośrodka. Ale musimy jeszcze przejrzeć dawne sprawy Billa Quinna i pogadać z jego współpracownikami. Popytać, czy ktoś miał z nim na pieńku na tyle, by chcieć go zabić; może jakiś bandzior, który niedawno wyszedł z więzienia, czy ktoś taki. Zacznę od wizyty u Kena Blackstone’a w Leeds, a stamtąd udam się do Rawdon obejrzeć dom Quinna. Ken dosyć dobrze znał Quinna, więc powinien mi powiedzieć trochę więcej o tym, jakim był gliniarzem. Potrzebne nam też będą bilingi z jego telefonu komórkowego oraz wyciągi z konta bankowego i kart kredytowych. – Banks przerwał i zerknął na ustawione na półce trofea. – A tak przy okazji, zauważyłem tu kilka nagród za łucznictwo. Nie znasz się przypadkiem na kuszach?

– Niestety nie – powiedziała Gervaise. – Zawsze strzelałam wyłącznie z łuku. Zresztą przekonasz się, że większość poważnych łuczników nie ma najlepszego zdania o kuszach. To broń do polowania, nie nadaje się na zawody sportowe.

– Dość łatwo je zdobyć – dodał Banks. – Nikt nie zadaje żadnych pytań pod warunkiem, że masz osiemnaście lat. Kusza jest cicha i z odpowiedniej odległości nie mniej śmiercionośna niż pistolet. Musimy skontrolować sklepy, także internetowe, w których ludzie kupują takie rzeczy.

Gervaise zapisała coś w notesie.

– Co jeszcze mówi ci taki a nie inny wybór broni? – zapytała.

– Cóż, nie znam się zbytnio na działaniu kuszy, ale zakładam, że z równą łatwością mogą jej używać zarówno mężczyźni, jak i kobiety. Jest skuteczna, anonimowa i zimna. I przede wszystkim cicha. Nie wiem, jaki ma zasięg, ale była jasna noc, a zabójca zdołał się znaleźć dostatecznie blisko celu i pozostać w ukryciu pomiędzy drzewami. Według Toma Burnsa bełt wbił się głęboko w pierś Quinna, przeszywając mu serce. Tom uważa, że wystrzelono go z odległości piętnastu-dwudziestu metrów. Jeśli morderca schował się za drzewem i miał na sobie ciemne ubranie, Quinn prawdopodobnie w ogóle go nie widział. Albo jej. Doktor Glendenning będzie w stanie powiedzieć nam więcej na ten temat.

– To zaczyna coraz bardziej brzmieć jak zabójstwo na zlecenie.

– Jest i taka możliwość – przyznał Banks. – Dlatego musimy się dowiedzieć, czy ktoś miał powód, żeby zlecić zamach na Billa Quinna. W naszej pracy wszyscy robimy sobie wrogów, ale mało który spełnia swoje groźby, zwłaszcza w tak bezwzględny sposób.

– Może był inny powód – powiedziała Gervaise. – Może inspektor Quinn sam wpakował się w poważne kłopoty. Może sypiał z wrogiem. To się zdarza. Szara strefa. Pieniądze, korupcja, długi karciane, narkotyki. Albo kobieta. Na przykład dziewczyna ze zdjęcia. Musi być czyjąś córką, czyjąś żoną albo dziewczyną. Może zazdrosny mąż albo kochanek? Może Quinnowi się wydawało, że się w niej zakochał, i dlatego trzymał te zdjęcia? Tak jak mówisz, jako pamiątkę czy trofeum. Jedyne, co mu po niej zostało. Kryzys wieku średniego? Może liczył na to, że uda się wznowić ten romans, kiedy po śmierci żony nagle znowu stał się wolny? Może mamy do czynienia z trójkątem miłosnym? – Gervaise odłożyła notatnik na stół i potarła oczy. – Zbyt wiele pytań, zbyt wiele możliwości. A przy okazji, jak się miewa inspektor Cabbot?

– W porządku – odpowiedział Banks. – Jest w Kornwalii u swojego ojca.

– Przychodzi do pracy w poniedziałek, prawda? Wróciła już do zdrowia?

– Z tego, co wiem, tak.

Annie Cabbot dochodziła do siebie po poważnej operacji usunięcia odłamków kuli z okolic kręgosłupa. Długo czekała na ten zabieg – zanim można było rozciąć jej plecy, musiała odzyskać siły po wcześniejszym urazie prawego płuca – ale najważniejsze, że lekarzom udało się usunąć odłamki z jej ciała, a Annie zachowała władzę nad wszystkimi kończynami. Rehabilitacja przebiegała jednak bardzo wolno i okazała się znacznie bardziej bolesna niż przewidywali to chirurdzy, potem zaś nastąpiła intensywna fizjoterapia, którą Annie przeszła częściowo w ośrodku St. Peter’s. Rdzeń kręgowy był wprawdzie nienaruszony, ale ku zaskoczeniu lekarzy wystąpiły pewne komplikacje związane z dyskami, mięśniami i kręgami. Annie dzielnie znosiła ból i niepewność i z każdym dniem robiła się silniejsza, ale Banks wiedział, że oprócz rany postrzałowej doznała poważnej traumy, którą prędzej czy później będzie musiała przezwyciężyć. Zapewne nie będzie chciała iść z tym do psychologa czy psychiatry przez strach przed napiętnowaniem w środowisku. Słusznie czy nie, zwrócenie się o fachową pomoc w kwestii problemów psychicznych było postrzegane w tej branży jako przejaw słabości. Wielu policjantów w dalszym ciągu uważało, że taka decyzja może negatywnie wpłynąć na dalszy rozwój kariery – i być może mieli rację.

– Zastanawiam się, czy może nie posadzić jej na jakiś czas za biurkiem, dopóki z powrotem nie stanie na nogach. Co o tym myślisz?

– Moim zdaniem Annie powinna od razu zostać rzucona na głęboką wodę. Praca nad jakimś poważnym śledztwem ogromnie podbuduje jej pewność siebie. Nawet lekarze twierdzą, że główne wyzwania, jakie teraz przed nią stoją, są natury psychologicznej. Naprawdę dużo przeszła. Najpierw została postrzelona, myślała, że nigdy już nie będzie chodzić, a potem musiała znosić chroniczne bóle pooperacyjne.

– Po prostu uważam, że jest wiele powodów, dla których inspektor Cabbot powinna po powrocie skupić się na lżejszych obowiązkach i przez jakiś czas mniej się forsować. Pozwólmy jej złapać oddech, zanim znowu pobiegnie ścigać morderców.

– Może się przydać – upierał się Banks. – Potrzebujemy jej. Annie jest inteligentna i…

– Doskonale zdaję sobie sprawę z kwalifikacji inspektor Cabbot – przerwała mu Gervaise, pocierając dłonią czoło. – Jeszcze się nad tym zastanowię. Wiem, że do tego dochodzenia potrzeba ci więcej funkcjonariuszy. Poruszę ten temat z naczelnikiem McLaughlinem, kiedy spotkam się z nim, by omówić sprawy kadrowe. Zobaczę, co on będzie miał do powiedzenia w sprawie przyszłości inspektor Cabbot. Nic więcej nie mogę ci obiecać.

Banks przez dłuższą chwilę patrzył jej prosto w oczy.

– W porządku – powiedział w końcu. – Dzięki.

– Masz jeszcze jakieś sugestie, skoro już przy tym jesteśmy?

– Na pewno chciałbym dostać dwadzieścia procent podwyżki. I może większe biuro.

– Wynocha! – Gervaise chwyciła ze stołu ciężki przycisk do papieru i zamachnęła się, jakby zamierzała rzucić nim w Banksa. – Zejdź mi z oczu albo sama cię wyrzucę.

Banks opuścił gabinet z uśmiechem na twarzy.

Przeżuwając pasztecik z mięsem z piekarni Greggs, Banks wjechał swoim porsche na autostradę A1. Z potężnych głośników samochodowych płynęła czwarta część Zmartwychwstania Mahlera. Banks zawsze lubił pieśni Mahlera, a dopiero niedawno zaczął doceniać też jego symfonie, które kiedyś wydawały mu się nudne i napuszone. Czy to jedna z oznak starzenia się? Człowiekowi pogarsza się wzrok, pojawiają się tajemnicze bóle w różnych miejscach ciała, zaczyna się słuchać Mahlera. Może następnym etapem jest Wagner?

Banks ostatni raz był w Leeds kilka miesięcy temu, kiedy pomagał swojej córce, Tracy, w przeprowadzce. Mieszkała razem z dwiema innymi dziewczynami w Headingley, ale ostatecznie nic z tego nie wyszło. Mniej więcej w tym samym czasie, kiedy Annie została postrzelona, Tracy także doświadczyła pewnych traumatycznych wydarzeń i po krótkim okresie depresji postanowiła zmienić swoje życie.

W pierwszej kolejności oznaczało to przenosiny z Leeds do Newcastle, nieco bardziej oddalonego od Eastvale, ale nie na tyle, by stanowiło to jakiś problem. Po drugie, rzuciła dotychczasową pracę bez żadnych perspektyw i spróbowała ponownie skupić się na swojej karierze. Dostała pracę biurową na pół etatu na uniwersytecie i zapisała się na studia magisterskie z historii. Planowała podnieść swoje kwalifikacje i w przyszłości zostać nauczycielką.

Poza tym, jak wyjaśniła ojcu, nadszedł czas, żeby zaczęła mieszkać sama, dlatego wynajęła maleńki pokoik niedaleko nadrzecznych zabudowań zaadaptowanych na budynki mieszkalne. Zarówno Banks, jak i jego była żona Sandra zgodzili się dokładać córce do czynszu, dopóki z powrotem nie stanie na nogi. Brat Tracy, Brian, którego zespół The Blue Lamps odnosił coraz większe sukcesy, także okazał się pod tym względem wyjątkowo hojny. Na swój dziwny sposób znowu zaczęli przypominać rodzinę, choć Banks wiedział, że przepaść między nim a Sandrą była już nie do zasypania. Udało mu się już raz odwiedzić Tracy w Newcastle – zabrał ją wtedy na drugą stronę rzeki na drinka i koncert The Unthanks. Dobrze się razem bawili i miał nadzieję, że niedługo będą mieli okazję to powtórzyć.

Autostrada A1 okazała się istnym koszmarem. Ciągnące się kilometrami roboty drogowe, na odcinku Leeming – Wetherby tylko jeden czynny pas w każdym kierunku i do tego ograniczenie prędkości do osiemdziesięciu kilometrów na godzinę, którego wszyscy przestrzegali, ponieważ kamery mierzyły średnią prędkość każdego pojazdu na całej długości trasy. W rezultacie minęło grubo ponad półtorej godziny, zanim Banks dotarł na wschodnie przedmieścia Leeds. Jego porsche też nie było zadowolone z podróży; nigdy nie satysfakcjonowała go jazda osiemdziesiątką na godzinę. Banks zastanawiał się nad sprzedaniem samochodu od chwili, gdy odziedziczył go po swoim bracie, ale z różnych przyczyn ciągle nie mógł się do tego zabrać. Teraz, gdy wóz nie wydawał się już jak spod igły i w końcu można było się w nim poczuć wygodnie, jak w ulubionej starej kurtce czy jeansach, Banks coraz bardziej się przekonywał, że pewnie jednak go zatrzyma i będzie nim jeździł, aż samochód sam padnie ze starości. Poza tym sprzęt grający był pierwszej klasy.

Posterunek na Millgarth mieścił się w brzydkim budynku z czerwonej cegły na samym dole ulicy Eastgate w centrum Leeds. Podobnie jak Banks inspektor Ken Blackstone wcale nie miał ochoty w taki słoneczny wiosenny dzień siedzieć w ciasnym biurze, więc poszli się razem przejść. Skierowali się w górę Headrow i doszli aż do salonu Primark, gdzie skręcili w lewo i znaleźli się wśród tłumu spacerowiczów robiących zakupy na deptaku Briggate. Banks z rozrzewnieniem sobie przypomniał, że zaraz przy skrzyżowaniu znajdowała się kiedyś księgarnia Borders. Dzisiaj w tym miejscu była Pizza Hut.

Blackstone potrafił się gustownie ubrać. Tego dnia miał na sobie lekki wełniany garnitur, koszulę z bawełny oxford i dosyć krzykliwy krawat. Banks zawsze uważał, że w swoich okularach w drucianej oprawie i z włosami zachodzącymi na uszy Ken bardziej wygląda na wykładowcę akademickiego niż na gliniarza. Do tego z wiekiem robił się coraz bardziej podobny do znanego Banksowi ze zdjęć poety Philipa Larkina.

Banks i Blackstone stwierdzili, że nie mają ochoty iść do eleganckiej kawiarni Harvey Nichols w Victoria Quarter i zamiast tego skierowali się do Whitelocks, pamiętającego osiemnasty wiek pubu w alejce odchodzącej od Briggate, niedaleko salonu Marks & Spencer. Długi, nieco przypominający tramwaj pub zajmował spory odcinek po jednej stronie wąskiej, wysokiej uliczki, a po drugiej, pod ścianą, stał dodatkowy rząd ławek z kilkoma stolikami i stołkami barowymi. O żadnej porze dnia nie padało tu dużo światła, ale to miejsce zawsze przyciągało klientów, głównie studentów i ludzi pracujących w centrum miasta. Była pora lunchu, ale na szczęście udało im się usiąść na jednej z zewnętrznych ław, obok grupki kobiet rozmawiających o weselu na Cyprze, z którego właśnie wróciła jedna z nich.

– Trzymaj nam miejsce, Alan – powiedział Blackstone – a ja przyniosę piwo i coś do jedzenia.

– Dla mnie weź shandy – odparł Banks. – Będę jeszcze dzisiaj prowadził. Do tego poproszę wołowinę z cynaderkami w cieście i frytki.

Sięgnął po portfel, ale Blackstone tylko machnął ręką i udał się do wnętrza pubu. Wchodząc, musiał schylić głowę; ludzie w osiemnastym wieku byli dużo niżsi. Banks pamiętał, że jedzenie podawano tu jak w stołówce, za kontuarem obok baru, dlatego gdy Blackstone pojawił się z powrotem, najpierw przyniósł drinki, a potem wrócił po talerze z parującym jedzeniem.

– A Josie tak się upiła, że musieliśmy ją zawieźć do szpitala – powiedziała jedna z siedzących obok dziewczyn. – Prawie umarła z powodu zatrucia alkoholowego. – Pozostałe kobiety wybuchnęły śmiechem.

– To straszne wieści – zaczął Blackstone, poprawiając okulary na nosie. – Najpierw Sonia, teraz Bill. Cholera, aż ciężko uwierzyć. Nie tylko ktoś z naszych, ale akurat Bill.

– Sonia to jego żona, tak?

– Dwadzieścia pięć lat. W grudniu byłem na imprezie z okazji ich srebrnego jubileuszu.

– Ile lat miał Bill?