Ukryta Toskania - John Keahey - ebook
Opis

Ukryta Toskania

Toskania to nie tylko dobrze znane z pocztówek malownicze pagórki, cyprysy, Florencja czy Siena. To także brukowane uliczki zagubionych wiosek, doskonała kuchnia, bogactwo sztuki i przede wszystkim – wspaniali ludzie.


Otwórz drzwi mało znanych miejsc w sercu Toskanii i zobacz, co się za nimi kryje!


John Keahey zabierze cię w niezapomnianą podróż przez jeden z najbardziej fascynujących regionów Włoch. Przeżyjesz wspaniałą toskańską przygodę – kulturową, historyczną i obfitującą w apetyczne opisy kulinarne. Ten przewodnik, a zarazem osobisty dziennik autora, zaprowadzi cię do miejsc, o których mało kto słyszał. To książka dla ciekawego świata podróżnika, który chce wiedzieć, jak wybierać kierunek i organizować bazę wypadową, do której wraca się wieczorami, a każdego poranka znów rusza dalej bez żadnego planu w głowie.

Ukryta Toskania” jest czymś więcej niż tylko przewodnikiem. Ukazuje miasta i wioski Toskanii, zbliża do ludzi, którzy tam mieszkają.
Robert Hellenga, autor The Sixteen Pleasures oraz The Fall of a Sparrow

Jeżeli kiedykolwiek staniesz na rozstaju toskańskich dróg, rzuć monetą i niech los zdecyduje, którym szlakiem podążać. I trzymaj się z dala od autostrad!


TEKSTY NA SKRZYDŁA – 1. STRONA OKŁADKI
Zanim zaserwowano testaroli, jak za sprawą czarów pojawiła się przede mną kolejna „bezimienna przystawka”: purée z pomidorów, ziemniaków i marchwi, podane na ciepło wraz z trzema małymi podpieczonymi grzankami. „To wszystko można zjeść tylko tutaj”, oznajmił Filippo, a ja nie mogłem się z nim nie zgodzić; nigdzie wcześniej nie jadłem takich przystawek.

Prostota wydaje się tutaj królować. Jest tagliata de tonno, przyrządzana z sowitego kawałka upieczonego tuńczyka wraz z posiekanymi pistacjami. Głodny miłośnik owoców morza ma okazję spróbować zupy chlebowej z małżami – na dnie miski kładzie się chleb, zazwyczaj jedno- lub dwudniowy, na nim małże, a całość zalewa się rosołem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 336

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Copyright © 2014 by John Keahey

Copyright for Polish edition © Wydawnictwo Pascal 2015

Published by arrangement with St. Martin’s Press, LLC. All rights reserved.

Tytuł oryginalny: Hidden Tuscany

Autor: John Keahey

Tłumaczenie: Agnieszka Kocel

Redakcja: Ewa Lewandowska

Korekta: Katarzyna Zioła-Zemczak

Projekt graficzny okładki: Studio KARANDASZ

Zdjęcie na okładce: Dreamstime/Fottoo

Mapy: Jacek Majerczak

Redaktor prowadząca: Agnieszka Górecka

Redaktor naczelna: Agnieszka Hetnał

Wydawnictwo Pascal sp. z o.o.

ul. Zapora 25

43-382 Bielsko-Biała

www.pascal.pl

Bielsko-Biała 2015

ISBN 978-83-7642-575-7

eBook maîtrisé par

Pamięci Kathlyn Elizy Turgeon Keahey, Joe Judsona Keaheya, i Todda Judsona Keaheya

Inne książ­ki au­to­ra

A Swe­et and Glo­rio­us Land: Re­vi­si­ting the Io­nian Sea

Ve­ni­ce Aga­inst the Sea: A City Be­sie­ged

Se­eking Si­ci­ly: A Cul­tu­ral Jo­ur­ney Thro­ugh Myth and Re­ali­ty in the He­art of the Me­di­ter­ra­ne­an

Przedmowa

W po­bli­żu za­wsze musi znaj­do­wać się woda. Lu­bię, gdy mnie ota­cza, gdy jest tuż obok – wy­star­cza­ją­co bli­sko, abym mógł uchwy­cić cza­sem mi­gnię­cie sza­ro­nie­bie­skie­go mo­rza i mu­su­ją­cej bie­li fal. Nie mu­szę się w niej za­nu­rzać, wy­star­czy, że sie­dzę bli­sko – na ska­le lub na chłod­nym, mięk­kim pia­sku, pra­wie bez ru­chu. Ist­nie­ją zresz­tą po­wo­dy mo­jej nie­chę­ci wzglę­dem za­nu­rze­nia. Trzy­krot­nie pra­wie uto­ną­łem: raz, gdy jako mały brzdąc wpa­dłem do ka­na­łu i zo­sta­łem ura­to­wa­ny przez star­sze­go bra­ta, dru­gi raz jako nie­co star­sze dziec­ko na ba­se­nie YMCA, i trze­ci – już jako pe­łen wi­go­ru dwu­dzie­sto­pa­ro­la­tek, tuż przy pla­ży w Ma­li­bu, w Ka­li­for­nii. Za każ­dym ta­kim ra­zem los in­ter­we­nio­wał, sta­wia­jąc obok mnie mo­je­go bra­ta lub nie­zna­jo­me mi oso­by, któ­re po­sta­ra­ły się o to, abym jed­nak prze­żył.

Kie­dy zde­cy­do­wa­łem się od­wie­dzić za­chod­nią To­ska­nię, żeby od­kryć za­kąt­ki, któ­re więk­szość osób mija bez­wied­nie w dro­dze do in­nych miejsc i o któ­rych na­wet nie po­my­śli, sto­jąc cia­sno w cią­gną­cych się go­dzi­na­mi ko­lej­kach we Flo­ren­cji lub Sie­nie, do­sze­dłem do wnio­sku, że chcę być bli­sko mo­rza, a wła­ści­wie obu mórz: Li­gu­ryj­skie­go i Tyr­reń­skie­go. To roz­cią­ga­ją­ce się na od­cin­ku dwu­stu dzie­więć­dzie­się­ciu ki­lo­me­trów za­chod­nie wy­brze­że ob­fi­tu­je w licz­ne pla­że, do­sko­na­łe dla każ­de­go z wy­po­czy­wa­ją­cych – od ta­kich pro­stych jak ja, z kil­ko­ma euro przy du­szy, po człon­ków ro­dzi­ny kró­lew­skiej, z dużo po­jem­niej­szy­mi kie­sze­nia­mi. Są tam też wy­spy, gdzie po krót­kiej po­dró­ży pro­mem od­wie­dza­ją­cy mogą się cie­szyć dłu­gi­mi spa­ce­ra­mi przez śród­ziem­no­mor­skie lasy, za­ro­śla oraz roz­le­głe po­ła­cie po­lnych kwia­tów, któ­rych nie moż­na po­rów­nać z żad­ny­mi ro­sną­cy­mi w in­nych re­gio­nach świa­ta. Są tam ru­iny, od­sła­nia­ją­ce znie­nac­ka swe ob­li­cze i cze­ka­ją­ce tyl­ko, aby je od­kryć i zwie­dzić; nie­któ­re z nich się­ga­ją swy­mi ko­rze­nia­mi cza­sów śre­dnio­wie­cza, nie­któ­re okre­su Rzy­mian, Etru­sków, a na­wet jesz­cze bar­dziej za­mierz­chłych cza­sów.

Oczy­wi­ście, ci po­dróż­ni­cy, któ­rzy nie po­dzie­la­ją mo­je­go stra­chu przed za­nu­rza­niem się w wo­dzie, mogą prze­żyć nie­sa­mo­wi­te do­zna­nia w sa­mym mo­rzu. Mogą oni po­dzi­wiać róż­no­rod­ność mor­skich stwo­rzeń i raf, nur­ku­jąc z rur­ką lub z akwa­lun­giem i opły­wa­jąc do­oko­ła śród­ziem­no­mor­skie pa­sma gór­skie, któ­rych szczy­ty wy­sta­ją po­nad po­wierzch­nię tych dwóch mórz po­mię­dzy To­ska­nią i Kor­sy­ką.

Dla­cze­go więc za­chod­nia To­ska­nia sta­ła się przed­mio­tem po­wie­ści po­dróż­ni­czej? Wszyst­ko za­czę­ło się od roz­mo­wy z Anną Ca­ma­iti Ho­stert, człon­ki­nią per­so­ne­lu dy­plo­ma­tycz­ne­go oraz wy­kła­dow­czy­nią hi­sto­rii fil­mu i li­te­ra­tu­ry na róż­nych uczel­niach w Sta­nach i we Wło­szech. Po­mo­gła mi przy mo­jej trze­ciej książ­ce Se­eking Si­ci­ly: A Cul­tu­ral Jo­ur­ney Thro­ugh Myth and Re­ali­ty in the He­art of the Me­di­ter­ra­ne­an, przy oka­zji czę­sto opo­wia­da­jąc o swo­im domu w to­skań­skiej Ma­rem­mie i su­ge­ru­jąc, że i ona za­słu­gu­je, by ją opi­sać. Czas mi­jał, aż w koń­cu, ma­jąc na uwa­dze owe su­ge­stie, za­pro­po­no­wa­łem książ­kę, któ­ra opo­wia­da­ła­by o Ma­rem­mie i in­nych mało zna­nych za­kąt­kach naj­bar­dziej zna­ne­go re­gio­nu Włoch.

Wie­dzia­łem, a wy­daw­ca zgo­dził się ze mną, że książ­ka musi wyjść poza Ma­rem­mę – naj­bar­dziej wy­su­nię­te na pół­noc i za­pew­ne jed­no z naj­bar­dziej wy­jąt­ko­wych miejsc w tym słyn­nym re­gio­nie. Zde­cy­do­wa­li­śmy się roz­sze­rzyć ją na całą za­chod­nią część To­ska­nii po pro­stu dla­te­go, że wie­le prze­wod­ni­ków trak­tu­je ją bar­dzo po­bież­nie. Czu­li­śmy też, że jest ona mało zna­na tu­ry­stom. Sta­ran­nie uni­ka­li­śmy pi­sa­nia o ca­łej To­ska­nii, kon­cen­tru­jąc się na wy­brze­żu, wy­spach i kil­ku po­ło­żo­nych we­wnątrz lądu wio­skach – ni­g­dy jed­nak nie od­da­la­jąc się za bar­dzo od mo­rza.

Po­dró­żu­ją­cy po To­ska­nii do­brze zna­ją jej wschod­nią część i miej­sca, ta­kie jak Col­lo­di, w któ­rym na­ro­dził się Pi­no­kio, Pi­sto­ia, Flo­ren­cja, Sie­na, San Gi­mi­gna­no i Mon­te­pul­cia­no, jed­nak miej­sca po­ło­żo­ne wzdłuż za­chod­nie­go wy­brze­ża To­ska­nii rzad­ko tra­fia­ją na łamy prze­wod­ni­ków. Pi­sze się o tych du­żych: Car­ra­ra i tam­tej­sze mar­mu­ry, Pie­tra­san­ta, Piza i jej Krzy­wa Wie­ża, Li­vor­no i jego ka­na­ły, Gros­se­to i po­bli­skie miej­sco­wo­ści za­ło­żo­ne przez Etru­sków. Kil­ku aka­pi­tów do­cze­ka­ły się rów­nież nie­któ­re z sied­miu głów­nych wysp Ar­chi­pe­la­gu To­skań­skie­go.

To, cze­go na­to­miast za­bra­kło, to wszyst­kie te wio­secz­ki – po­ło­żo­ne po­mię­dzy jed­nym a dru­gim tu­ry­stycz­nym ra­jem – z ich wła­sny­mi tra­dy­cja­mi i świę­ta­mi. W wie­lu z nich moż­na zo­ba­czyć naj­bar­dziej nie­sa­mo­wi­tą sce­ne­rię w ca­łej To­ska­nii, a kuch­nia, któ­rą ofe­ru­ją, jest je­dy­na w swo­im ro­dza­ju, ty­po­wa tyl­ko dla da­nej wio­ski – prze­ko­na­łem się o tym, od­wie­dza­jąc choć­by San­ta Fio­rę, małe gó­rzy­ste mia­stecz­ko, prak­tycz­nie nie­zna­ne lu­dziom spo­za tego re­gio­nu.

Nie ocze­ku­ję, że po­dróż­ni­cy czy­ta­ją­cy moją książ­kę po­dą­żą mo­imi śla­da­mi. To nie jest tra­dy­cyj­ny prze­wod­nik z ko­niecz­ny­mi do zre­ali­zo­wa­nia pla­na­mi po­dró­ży, ho­te­la­mi i re­stau­ra­cja­mi. Moim ce­lem jest roz­bu­dze­nie żą­dzy od­kry­wa­nia, spra­wie­nie, że ci, któ­rzy czu­ją się bar­dziej po­dróż­ni­ka­mi niż tu­ry­sta­mi, wy­naj­mą sa­mo­chód, za­in­we­stu­ją w do­kład­ną mapę, wy­bio­rą miej­sca, któ­re ich za­in­try­gu­ją, i po pro­stu się tam za­trzy­ma­ją. Niech po­czy­ta­ją wcze­śniej trosz­kę o hi­sto­rii, niech do­wie­dzą się cze­goś o Etru­skach, a do zwie­dza­nia wy­bio­rą kil­ka mniej zna­nych miejsc. Kil­ka, bo od­wie­dzić wszyst­kich nie dał­by rady nikt poza naj­bar­dziej za­twar­dzia­ły­mi etru­sko­lo­ga­mi.

Nie ma zna­cze­nia, jaką porę roku wy­bio­rą po­dró­żu­ją­cy. O ile w lip­cu i sierp­niu głów­ne miej­sco­wo­ści na wy­brze­żu mogą być moc­no ob­lę­żo­ne przez eu­ro­pej­skich i azja­tyc­kich tu­ry­stów, mniej­sze, po­ło­żo­ne przy pla­ży miej­sco­wo­ści i ma­lut­kie wio­ski w głę­bi lądu, lecz za­le­d­wie parę ki­lo­me­trów od wy­brze­ża, mogą być war­tą do roz­wa­że­nia bazą wy­pa­do­wą na jed­no­dnio­we eska­pa­dy.

Ni­niej­sza książ­ka jest owo­cem kil­ku wy­cie­czek do To­ska­nii, na któ­re wy­bra­łem się wio­sną, la­tem i wczes­ną je­sie­nią 2012 roku. Żeby za­osz­czę­dzić czy­tel­ni­ko­wi cza­su, po­łą­czy­łem eta­py nie­któ­rych po­dró­ży, a żeby unik­nąć za­mie­sza­nia, po­mi­ną­łem też nie­któ­re z osób to­wa­rzy­szą­cych mi w trak­cie tych eska­pad.

Naj­czę­ściej po­dró­żo­wa­łem sam, roz­ko­szu­jąc się wol­no­ścią prze­miesz­cza­nia się, któ­rej taka sa­mot­ność sprzy­ja, nie mu­sia­łem bo­wiem iść na żad­ne kom­pro­mi­sy ani tłu­ma­czyć, dla­cze­go na­gle chcia­łem je­chać w tym kie­run­ku, a nie w in­nym. Mimo to, póź­nym po­po­łu­dniem, bądź w fer­wo­rze ja­kie­goś wiel­kie­go od­kry­cia, któ­rym chcia­łem się z kimś, kogo tam nie było, od razu po­dzie­lić, na­cho­dzi­ły mnie chwi­le wiel­kiej sa­mot­no­ści. Na szczę­ście za­wsze mo­głem li­czyć na coś, co roz­wie­wa­ło ta­kie uczu­cia: roz­mo­wy z To­skań­czy­ka­mi. Tak było, i to bez wzglę­du na to, czy roz­ma­wia­łem z kel­ne­rem, któ­ry cier­pli­wie tłu­ma­czył mi, dla­cze­go wy­bra­ne prze­ze mnie da­nie aż woła o ma­ka­ron ta­glia­tel­le, a nie o spa­ghet­ti, czy też ze sprze­daw­czy­nią w księ­gar­ni, opi­su­ją­cą kwia­ty i pta­ki ży­ją­ce na jej wy­spie. Tak było rów­nież z re­cep­cjo­ni­stą w jed­no­gwiazd­ko­wym ho­te­lu – każ­de­go wie­czo­ru py­tał mnie, jak spę­dzi­łem dzień w jego uko­cha­nym za­kąt­ku za­chod­niej To­ska­nii, a na­stęp­nie z co­raz więk­szym en­tu­zja­zmem opo­wia­dał mi o ko­lej­nych miej­scach, któ­rych kli­mat ko­niecz­nie mu­sia­łem po­czuć. „Dużo le­piej jest po­czuć, niż tyl­ko zo­ba­czyć”, po­wie­dział mi pew­ne­go wie­czo­ru.

Wła­śnie ta­kie małe rze­czy pod­trzy­mu­ją po­dróż­ni­ka na du­chu.

Chronologia

p.n.e.

Prze­łom X i IX wie­ku – naj­wcze­śniej­sze śla­dy Etru­sków na te­re­nie dzi­siej­szej To­ska­nii; Etru­ria, jak na­zwa­li ten ob­szar hi­sto­ry­cy, obej­mo­wa­ła część dzi­siej­sze­go pół­noc­ne­go La­cjum oraz za­chod­nie re­jo­ny Um­brii; sta­ro­żyt­ni grec­cy pi­sa­rze na­zy­wa­li za­miesz­ku­ją­ce ją wczes­ne ludy Tyr­reń­czy­ka­mi; oczy­wi­ście prze­by­wa­ły tam pre­hi­sto­rycz­ne ludy, któ­re po­prze­dza­ły Etru­sków, ale nie­wie­le na ich te­mat wia­do­mo.

IX–VI wiek – wraz z in­ny­mi ośrod­ka­mi Etru­sków, na te­re­nie dzi­siej­szej za­chod­niej To­ska­nii po­wsta­je Po­pu­lo­nia (po­ło­żo­na w dzi­siej­szej pro­win­cji Li­vor­no, w po­bli­żu por­to­we­go mia­sta Piom­bi­no, sły­nie z par­ku ar­che­olo­gicz­ne­go, w któ­rym zwie­dza­ją­cy mogą po­dzi­wiać gro­bow­ce etru­skie oraz bo­ga­to wy­po­sa­żo­ne mu­zeum eks­po­nu­ją­ce zna­le­zi­ska ar­che­olo­gicz­ne z cza­sów etru­skich i rzym­skich); ów­cze­sne ludy, w tym grec­kie, za­ję­ły osta­tecz­nie te­ren roz­cią­ga­ją­cy się na po­łu­dnie aż po Rzym i na wschód aż po wy­brze­że Mo­rza Ad­ria­tyc­kie­go, gdzie za­ło­ży­ły por­ty han­dlo­we – Ad­rię i Spi­nę.

509 – król etru­ski, Tar­kwi­niusz Pysz­ny, zo­sta­je wy­pę­dzo­ny z Rzy­mu, a mo­nar­chię za­stę­pu­je re­pu­bli­ka.

89 – Etru­sko­wie otrzy­mu­ją oby­wa­tel­stwo rzym­skie, co jest wy­mow­nym zwień­cze­niem trwa­ją­ce­go kil­ka stu­le­ci pod­bo­ju i ro­ma­ni­za­cji Etru­rii.

n.e.

476 – upa­dek ce­sar­stwa za­chod­nio­rzym­skie­go; zwa­żyw­szy, że ów upa­dek był pro­ce­sem stop­nio­wym, data ta jest umow­na – po­da­na za wy­bit­nym an­giel­skim hi­sto­ry­kiem Edwar­dem Gib­bo­nem.

569 – To­ska­nia zo­sta­je pod­bi­ta przez lud Lon­go­bar­dów i po­zo­sta­je ich księ­stwem do VIII wie­ku (w owym okre­sie re­gion ten no­sił na­zwę Tu­scia), a ści­ślej do roku 773, kie­dy Ka­rol I Wiel­ki na­je­chał Kró­le­stwo Lon­go­bar­dów, po­sze­rza­jąc fran­kij­skie te­ry­to­rium po po­łu­dnio­wą gra­ni­cę To­ska­nii.

Po­czą­tek XII wie­ku – Ma­tyl­da To­skań­ska (choć wca­le nie jest pew­ne, że to ona) za­rzą­dza bu­do­wę mo­stu nad rze­ką Ser­chio, ofi­cjal­nie na­zwa­ne­go póź­niej Pon­te del­la Mad­da­le­na, czy­li Mo­stem Mag­da­le­ny, a nie­ofi­cjal­nie – Mo­stem Dia­bła (Pon­te del Dia­vo­lo).

Prze­łom XII i XIII wie­ku – roz­wi­ja­ją się mia­sta-pań­stwa; Piza sta­je się do­mi­nu­ją­cą po­tę­gą mor­ską i przez kil­ka na­stęp­nych stu­le­ci wal­czy z Sa­ra­ce­na­mi oraz sa­ra­ceń­ski­mi pi­ra­ta­mi, po­tem z Ge­nuą i w koń­cu z Flo­ren­cją o do­mi­nu­ją­cą po­zy­cję na śród­ziem­no­mor­skich szla­kach han­dlo­wych.

1348 – „czar­na śmierć” zbie­ra strasz­li­we żni­wo – umie­ra 60 ty­się­cy To­skań­czy­ków.

1397 – ród Me­dy­ce­uszy roz­po­czy­na we Flo­ren­cji swój marsz po wła­dzę (Jan Me­dy­ce­usz za­kła­da wte­dy pierw­szy bank na­le­żą­cy do tego rodu).

1406 – wraz ze zdo­by­ciem (a w za­sa­dzie kup­nem) Pizy w 1406 roku Flo­ren­cja zdo­by­wa tak­że jej por­ty, sta­jąc się w ten spo­sób pań­stwem mor­skim.

1569 – To­ska­nia zy­sku­je sta­tus Wiel­kie­go Księ­stwa pod rzą­da­mi Ko­smy I Me­dy­ce­usza.

1737 – po śmier­ci Jana Ga­sto­na, ostat­nie­go z mę­skich przed­sta­wi­cie­li rodu Me­dy­ce­uszy, Wiel­kie Księ­stwo To­ska­nii prze­cho­dzi w ręce dy­na­stii habs­bur­sko-lo­ta­ryń­skiej.

1796 – Na­po­le­on oku­pu­je To­ska­nię i więk­szość pół­noc­nych Włoch, jed­nak for­mal­na ab­dy­ka­cja wiel­kie­go księ­cia To­ska­nii Fer­dy­nan­da III na­stę­pu­je do­pie­ro w 1801 roku.

1814 – rząd z Vit­to­riem Fos­som­bro­nim na cze­le roz­po­czy­na osu­sza­nie pod­mo­kłych te­re­nów w re­gio­nach Ma­rem­ma i Val­di­chia­na; tam­tej­sze ba­gna sta­no­wi­ły ogni­sko czę­stych epi­de­mii ma­la­rii, któ­re już od cza­sów sta­ro­żyt­nych na­wie­dza­ły za­chod­nią To­ska­nię i były po­wo­dem se­tek ty­się­cy zgo­nów; suk­ces od­no­si jed­nak do­pie­ro Mus­so­li­ni, prze­pro­wa­dza­jąc w la­tach trzy­dzie­stych XX wie­ku me­lio­ra­cję grun­tów na sze­ro­ką ska­lę.

1848 – wiel­ki ksią­żę Le­opold II na­da­je To­ska­nii pierw­szą kon­sty­tu­cję, a pod ko­niec tego roku – w wy­ni­ku re­wo­lu­cyj­ne­go wrze­nia na fali „Wio­sny Lu­dów” – To­ska­nia sta­je się na kil­ka mie­się­cy re­pu­bli­ką.

1859 – 27 kwiet­nia, w związ­ku z wy­bu­chem re­wo­lu­cji w mie­ście, ucie­ka z Flo­ren­cji wiel­ki ksią­żę Le­opold II; 21 lip­ca na­stę­pu­je jego ab­dy­ka­cja, a 16 sierp­nia – pierw­sza pro­kla­ma­cja tym­cza­so­we­go zgro­ma­dze­nia par­la­men­tar­ne­go To­ska­nii ogła­sza­ją­ca ko­niec rzą­dów dy­na­stii habs­bur­sko-lo­ta­ryń­skiej i unię z Kró­le­stwem Sar­dy­nii.

1860 – 11 i 12 mar­ca od­by­wa się ple­bi­scyt w spra­wie przy­łą­cze­nia Wiel­kie­go Księ­stwa To­ska­nii do Kró­le­stwa Sar­dy­nii; 22 mar­ca król Sar­dy­nii Wik­tor Ema­nu­el II wy­da­je de­kret o zjed­no­cze­niu Wiel­kie­go Księ­stwa z jego kró­le­stwem.

1861 – 14 lu­te­go de­kre­tem kró­lew­skim zo­sta­je osta­tecz­nie znie­sio­na nie­za­leż­ność To­ska­nii, wcho­dzi ona w skład nowo utwo­rzo­ne­go Kró­le­stwa Włoch pod pa­no­wa­niem Wik­to­ra Ema­nu­ela II. Mu­sia­ło upły­nąć jed­nak jesz­cze dzie­więć lat, za­nim wszyst­kie zie­mie wło­skie sta­ły się czę­ścią tego no­we­go pań­stwa.

1870 – wraz z li­kwi­da­cją Pań­stwa Ko­ściel­ne­go na­stę­pu­je osta­tecz­ne zjed­no­cze­nie Włoch.

1922 – Mus­so­li­ni do­cho­dzi do wła­dzy.

1939 – pakt Rib­ben­trop-Mo­ło­tow; Pań­stwa Osi za­wie­ra­ją mi­li­tar­ny so­jusz.

1941 – Wło­chy i Niem­cy wy­po­wia­da­ją woj­nę Sta­nom Zjed­no­czo­nym w na­stęp­stwie prze­pro­wa­dzo­ne­go 7 grud­nia ata­ku Ja­poń­czy­ków na Pe­arl Har­bor na Ha­wa­jach.

1943 – w cza­sie kam­pa­nii wło­skiej oraz w wy­ni­ku walk po­mię­dzy alian­ta­mi a żoł­nie­rza­mi nie­miec­ki­mi na te­re­nie Włoch, mia­sta to­skań­skie, ta­kie jak Piza czy Li­vor­no zo­sta­ją cał­ko­wi­cie znisz­czo­ne; w mia­rę jak alian­ci wy­pie­ra­ją woj­ska nie­miec­kie na pół­noc, w stro­nę Ni­zi­ny Pa­dań­skiej (cią­gną­cej się ze wscho­du na za­chód w pół­noc­nej czę­ści Włoch), po­dob­ny los spo­ty­ka licz­ne mia­stecz­ka i wio­ski; szla­ki wojsk alianc­kich na pół­no­cy prze­bie­ga­ją tak­że wzdłuż za­chod­nie­go wy­brze­ża To­ska­nii i przez do­li­nę rze­ki Ser­chio.

1943 – 8 wrze­śnia Wło­chy ka­pi­tu­lu­ją. Mus­so­li­ni zo­sta­je zdy­mi­sjo­no­wa­ny i aresz­to­wa­ny, jed­nak­że nie­miec­cy ko­man­do­si od­bi­ja­ją go z gór­skie­go wię­zie­nia w cen­tral­nej czę­ści kra­ju, po spo­tka­niu z Hi­tle­rem, Duce pro­kla­mu­je Wło­ską Re­pu­bli­kę So­cjal­ną (RSI) z sie­dzi­bą w Saló nad je­zio­rem Gar­da w pół­noc­nych Wło­szech.

1944 – 19 lip­ca alian­ci od­bi­ja­ją moc­no zbom­bar­do­wa­ny port w Li­vor­no, któ­ry sta­je się bazą za­opa­trze­nio­wą dla dzia­łań pro­wa­dzo­nych w re­jo­nie Ni­zi­ny Pa­dań­skiej w ra­mach kam­pa­nii wło­skiej; 12 sierp­nia 560 miesz­kań­ców – głów­nie oso­by star­sze, ko­bie­ty, mło­dzież, dzie­ci i no­wo­rod­ki – zo­sta­je bru­tal­nie za­mor­do­wa­nych przez żoł­nie­rzy nie­miec­kich w wio­sce Sant’Anna di Staz­ze­ma w za­chod­niej czę­ści To­ska­nii.

1945 – 2 maja woj­ska nie­miec­kie i Wło­skiej Re­pu­bli­ki So­cjal­nej pod­da­ją się; 7 maja Trze­cia Rze­sza bez­wa­run­ko­wo ka­pi­tu­lu­je, koń­cząc w ten spo­sób dru­gą woj­nę świa­to­wą w Eu­ro­pie – na­stęp­ne­go dnia zo­sta­je pod­pi­sa­ny ofi­cjal­ny do­ku­ment.

1946 – w dro­dze re­fe­ren­dum mo­nar­chia wło­ska zo­sta­je znie­sio­na, a król Wik­tor Ema­nu­el III i jego ro­dzi­na zo­sta­ją zmu­sze­ni do opusz­cze­nia kra­ju. Pro­wa­dzi to do po­wsta­nia Re­pu­bli­ki Wło­skiej.

1948 – zaj­mu­ją­ca po­wierzch­nię 14 323 ki­lo­me­trów kwa­dra­to­wych To­ska­nia sta­je się jed­nym z dwu­dzie­stu re­gio­nów Włoch.

Rozdział pierwszy

Przystawka

Naj­waż­niej­szą czę­ścią dzie­dzic­twa lu­do­wej kul­tu­ry To­ska­nii jest to, co te­raz na­zy­wa­my cu­ci­na po­ve­ra, ubo­gą kuch­nią. Jed­nak cu­ci­na po­ve­ra to nie­wła­ści­we okre­śle­nie, bo choć to­skań­skie po­tra­wy mogą być pro­ste, tu­tej­sza tra­dy­cja ku­li­nar­na na pew­no nie jest ubo­ga. To­skań­ska kuch­nia może być nie­sa­mo­wi­cie kre­atyw­na, cza­sem na­wet in­no­wa­cyj­na, a na do­da­tek za­wsze ba­zu­je na naj­śwież­szych skład­ni­kach. W wiej­skich trat­to­riach i bez­pre­ten­sjo­nal­nych re­stau­ra­cjach re­gio­nal­nych wciąż go­tu­je się we­dług sta­rych za­sad.

– Beth Elon,Sma­ku­jąc To­ska­nię: ape­tycz­na po­dróż po ma­gicz­nych wło­skich za­kąt­kach, tłum. Gra­ży­na Grzyw­na-Tunk (2009)

Wyso­ki, szczu­pły męż­czy­zna z krót­ko przy­strzy­żo­ny­mi wło­sa­mi, ubra­ny mod­nie w czar­ne luź­ne spodnie i tka­ną ko­szu­lę, po­sta­wił przede mną mi­skę ko­lo­ru ko­ści sło­nio­wej, wy­peł­nio­ną do po­ło­wy ja­kimś prze­cie­rem. Się­gnął po bu­tel­kę wody mi­ne­ral­nej, aby na­lać mi jej do szklan­ki. Wresz­cie coś, po­my­śla­łem, co mogę zjeść. Da­nie mia­ło być pro­ste. To był mój pierw­szy po­rząd­ny po­si­łek od trzech dni, czy­li od­kąd przy­je­cha­łem do za­chod­niej To­ska­nii. Ja­kiś wi­rus, któ­ry naj­wi­docz­niej zła­pa­łem w Hisz­pa­nii, zwa­lił mnie z nóg, po­skra­mia­jąc mój nie­na­sy­co­ny za­zwy­czaj ape­tyt i zmu­sza­jąc mnie do uda­nia się po po­moc me­dycz­ną do Ne­apo­lu.

Po ca­ło­noc­nej re­kon­wa­le­scen­cji, uzbro­jo­ny w od­po­wied­nie me­dy­ka­men­ty, opu­ści­łem Ne­apol i uda­łem się w sze­ścio­go­dzin­ną po­dróż po­cią­giem, ja­dą­cym wzdłuż wy­brze­ża – przez Rzym i Pizę – do Pie­tra­san­ty. Kil­ka go­dzin po przy­jeź­dzie spo­tka­łem się z moją go­spo­dy­nią, pod­pi­sa­łem sze­ścio­mie­sięcz­ną umo­wę naj­mu, wy­da­łem for­tu­nę, opła­ca­jąc z góry dwu­mie­sięcz­ny czynsz, i za­kwa­te­ro­wa­łem się w moim dwu­po­ko­jo­wym miesz­kan­ku. Ko­lej­ne dni spę­dzi­łem, prze­mie­rza­jąc w de­li­kat­nej wio­sen­nej mżaw­ce ulicz­ki mia­stecz­ka i od­po­czy­wa­jąc pod pa­ra­so­lem na pla­cu przed ka­te­drą San Mar­ti­no Trze­cie­go dnia po­czu­łem, że je­stem już go­to­wy na nor­mal­ny po­si­łek – la­sa­gna wy­da­wa­ła się ide­al­na. Wzdłuż jed­ne­go z dep­ta­ków Pie­tra­san­ty, za­raz obok głów­ne­go pla­cu, moim oczom uka­za­ło się we­so­łe miej­sce z sze­ścio­ma sto­licz­ka­mi upchnię­ty­mi we­wnątrz śre­dnio­wiecz­ne­go bu­dyn­ku. Na ma­łej ta­blicz­ce wid­nia­ła zwię­zła na­zwa FI­LIP­PO. Oto­czo­ny gro­mad­ką ro­dzi­ców, dziad­ków i dzie­ci, za­mó­wi­łem da­nie o na­zwie la­sa­gna al ragú.

Wy­so­ki męż­czy­zna od­szedł, a ja przyj­rza­łem się bli­żej za­war­to­ści mi­ski. Na sa­mym środ­ku, na szczy­cie pu­rée, po­śród in­ne­go przy­bra­nia, le­żał ja­sno­zie­lo­ny krą­żek cze­goś nie­zi­den­ty­fi­ko­wa­ne­go. Smak był nad­zwy­czaj­ny. Kil­ko­ma ru­cha­mi spo­rej łyż­ki, szyb­ko roz­pra­wi­łem się z mik­stu­rą. Pu­sta mi­ska znik­nę­ła, a w jej miej­sce po­ja­wi­ła się nowa, tym ra­zem z du­żym ka­wał­kiem la­sa­gne.

Była ona inna niż to, co zna­łem, do­ra­sta­jąc w nie­wło­skim domu: pła­ty ma­ka­ro­nu nie były roz­go­to­wa­ne jak w la­sa­gne, któ­rą ja­da­łem przez więk­szą część mo­je­go ży­cia. Wer­sja Fi­lip­pa była nie­co al den­te, z kre­mo­wym se­rem po­mię­dzy mięk­ki­mi pła­ta­mi ma­ka­ro­nu, do­kład­nie ob­la­na mię­snym so­sem – ni­g­dy wcze­śniej cze­goś ta­kie­go nie ja­dłem, na­wet daw­no temu, kie­dy by­łem w Bo­lo­nii, mie­ście sły­ną­cym ze swo­je­go ra­go­ût. Po pro­stu roz­pły­wa­ła się w ustach.

Po­pi­ja­jąc póź­niej moc­ną wło­ską kawę, po­pro­si­łem znów tego męż­czy­znę i za­py­ta­łem, jak ma na imię. To był Fi­lip­po, Fi­lip­po di Bar­to­la. Mó­wił do­brze po an­giel­sku – ra­dził so­bie le­piej niż ja z moim pod­sta­wo­wym wło­skim – więc za­py­ta­łem go o to dziw­ne da­nie, któ­re zja­dłem na po­cząt­ku.

Fi­lip­po wy­da­wał się bar­dzo zdzi­wio­ny tym py­ta­niem. Wzru­szył ra­mio­na­mi. „Nie ma na­zwy. Ot, po pro­stu przy­staw­ka”. Po­wie­dział, że jej skład­ni­ki to do­brze star­te ziem­nia­ki, se­ler i cu­ki­nia oraz odro­bi­na pe­sto i ko­pru wło­skie­go.

Chcia­łem po­roz­ma­wiać z nim tro­chę dłu­żej o jego da­niach i kul­tu­rze za­chod­niej To­ska­nii, ale wy­bi­ła pięt­na­sta i wła­śnie za­my­ka­no re­stau­ra­cję – by­łem ostat­nim klien­tem, a Fi­lip­po miał za sobą dłu­gi dzień. Do środ­ka we­szło dwóch an­giel­skich tu­ry­stów, lecz on grzecz­nie po­kie­ro­wał ich w dół uli­cy. Po­wie­dział, że jak na nie­dzie­lę, to zbyt póź­na pora, aby któ­raś re­stau­ra­cja była jesz­cze otwar­ta, ale może znaj­dą da­lej ja­kąś piz­ze­rię.

„Spo­tkaj­my się za trzy dni – po­pro­sił. – Chciał­bym z tobą po­roz­ma­wiać, po­mo­żesz mi po­ćwi­czyć mój an­giel­ski”.

Przy­je­cha­łem do Pie­tra­san­ty w po­ło­wie kwiet­nia 2012 roku, osła­bio­ny ata­kiem hisz­pań­skie­go wi­ru­sa i na­sta­wio­ny na wy­ko­rzy­sta­nie tego po­ło­żo­ne­go bli­sko mo­rza mia­stecz­ka w pół­noc­no-za­chod­niej To­ska­nii, jako bazy wy­pa­do­wej w trak­cie mo­jej sze­ścio­mie­sięcz­nej wi­zy­ty w tej czę­ści re­gio­nu. Pie­tra­san­ta mie­ści się na nie­wiel­kim wznie­sie­niu, oko­ło dwa i pół ki­lo­me­tra od mo­rza, obok po­bli­skich miej­sco­wo­ści pla­żo­wych – Ma­ri­na di Pie­tra­san­ta, For­te dei Mar­mi, Lido di Ca­ma­io­re i Via­reg­gio – któ­re przy­cią­ga­ją ama­to­rów pla­żo­wa­nia za­rów­no z Eu­ro­py, jak i z róż­nych re­gio­nów Włoch. Mia­sto to, le­żą­ce nie­opo­dal ka­mie­nio­ło­mów mar­mu­ru w miej­sco­wo­ściach Car­ra­ra, Mas­sa i Se­ra­vez­za, zna­ne jest jako mek­ka ar­ty­stów. To raj szcze­gól­nie dla rzeź­bia­rzy, przy­by­wa­ją­cych tu z ca­łe­go świa­ta, jako że mia­stecz­ko li­czą­ce ja­kieś dwa­dzie­ścia pięć ty­się­cy miesz­kań­ców roz­po­ście­ra się na po­gó­rzu bo­ga­tych w mar­mur Alp Apu­ań­skich.

Pie­tra­san­ta mie­ści się po­mię­dzy Ge­nuą i Pizą, wzdłuż głów­nych pół­noc­no-za­chod­nich tras – au­to­stra­dy A12 i rów­no­le­głej dro­gi kra­jo­wej SS1, zwa­nej tu­taj Via Au­re­lia. Po­nad­to leży ona na od­cin­ku sta­ro­żyt­ne­go wą­skie­go szla­ku zna­ne­go jako Via Fran­ci­ge­na, któ­ry w do­bie roz­wi­ja­ją­cej się tu­ry­sty­ki jest re­kla­mo­wa­ną w ca­łej To­ska­nii atrak­cją dla pie­szych i ro­we­rzy­stów. Via Fran­ci­ge­na to tra­sa, któ­rą kie­dyś prze­mie­rza­li piel­grzy­mi z ca­łej Eu­ro­py, zmie­rza­jąc do Rzy­mu, sto­li­cy chrze­ści­jań­stwa. Wie­lu po­dą­ża­ło stam­tąd da­lej – dro­gą lą­do­wą lub mor­ską – do świę­te­go mia­sta Je­ru­za­lem.

Sta­ro­żyt­ne szla­ki prze­bie­ga­ją­ce wzdłuż za­chod­nie­go wy­brze­ża To­ska­nii na­dal cie­szą się za­in­te­re­so­wa­niem po­dróż­ni­ków, mimo że ta część naj­po­pu­lar­niej­sze­go pod wzglę­dem tu­ry­sty­ki re­gio­nu Włoch nie jest tak do­brze zna­na jak jej słyn­na wschod­nia część. To roz­cią­ga­ją­ce się na dłu­go­ści dwu­stu dzie­więć­dzie­się­ciu ki­lo­me­trów wy­brze­że, od Car­ra­ry na pół­no­cy po Gros­se­to i Or­be­tel­lo na po­łu­dniu, przy­cią­ga może po­dróż­nych z Eu­ro­py, jed­nak nie­wie­lu tu­ry­stów z bar­dziej od­le­głych kra­jów.

Ta część za­chod­niej To­ska­nii, gdzie się za­trzy­ma­łem, zna­na jest jako Ver­si­lia. Obej­mu­je ona Pie­tra­san­tę, For­te dei Mar­mi, Se­ra­vez­zę (któ­ra ode­gra­ła dużą rolę w hi­sto­rii wy­do­by­cia mar­mu­ru w tym re­gio­nie), Staz­ze­mę i Ca­ma­io­re. Na ob­sza­rze tego mi­ni­re­gio­nu znaj­du­ją się jesz­cze inne wio­ski, z któ­rych naj­waż­niej­sza to Sant’Anna di Staz­ze­ma, po­ło­żo­na po­mię­dzy wzgó­rza­mi, parę ki­lo­me­trów po­wy­żej Pie­tra­san­ty. Tu 12 sierp­nia 1944 roku nie­miec­cy żoł­nie­rze prze­pro­wa­dzi­li eg­ze­ku­cję na pię­ciu­set sześ­dzie­się­ciu męż­czy­znach, ko­bie­tach i dzie­ciach.

Więk­szość osób od­wie­dza­ją­cych Wło­chy zna oczy­wi­ście „kla­sycz­ną” To­ska­nię: Flo­ren­cję, Sie­nę, San Gi­mi­gna­no i ob­szar Chian­ti, gdzie pro­du­ku­je się wino Chian­ti Clas­si­co. Wie­lu tak­że uda­je się do ma­low­ni­czych wło­skich wio­sek po­ło­żo­nych na wy­brze­żu w re­gio­nie Ci­nque Ter­re w po­łu­dnio­wej Li­gu­rii, na po­łu­dnie od Ge­nui. Jed­nak­że – w du­żej mie­rze – za­chod­nia To­ska­nia po­zo­sta­je nie­zna­na po­dró­żu­ją­cym z od­le­głych za­kąt­ków świa­ta, któ­rzy prze­my­ka­ją przez nią szyb­ko­bież­ny­mi po­cią­ga­mi z Me­dio­la­nu do Rzy­mu lub au­to­stra­dą, za­trzy­mu­jąc się je­dy­nie na lunch w któ­rymś z ba­rów Au­to­grill, naj­bar­dziej po­pu­lar­ne­go we Wło­szech typu przy­droż­nej ga­stro­no­mii.

Ro­do­wi­ty To­skań­czyk Ric­car­do Bar­sot­tel­li, wła­ści­ciel pen­sjo­na­tu znaj­du­ją­ce­go się na pe­ry­fe­riach Pie­tra­san­ty, nie­da­le­ko miej­sco­wo­ści Ca­ma­io­re, po­wie­dział mi, że naj­wię­cej go­ści przy­jeż­dża tu z An­glii, Nie­miec, Szwaj­ca­rii i Au­strii. Tro­chę mniej wi­du­je się Ho­len­drów, Bel­gów, Szwe­dów i Nor­we­gów, a naj­mniej licz­ną gru­pę sta­no­wią Ame­ry­ka­nie, Fran­cu­zi, Au­stra­lij­czy­cy i być może jesz­cze Hisz­pa­nie.

Po­ło­żo­na parę ki­lo­me­trów w głąb lądu, tęt­nią­ca noc­nym ży­ciem Pie­tra­san­ta, się­ga ko­rze­nia­mi trzy­na­ste­go wie­ku. Klu­czo­wym ele­men­tem jej po­wsta­nia wy­da­je się po­ło­że­nie geo­gra­ficz­ne. W 1255 roku po­de­stą Luk­ki, czy­li naj­wyż­szym urzęd­ni­kiem miej­skim o upraw­nie­niach są­dow­ni­czych, był Gu­iscar­do da Pie­tra­san­ta. To on zde­cy­do­wał się prze­nieść miesz­kań­ców dwóch po­bli­skich wio­sek w miej­sce dzi­siej­szej Pie­tra­san­ty i za­ło­żyć mia­sto, któ­re le­ża­ło­by wzdłuż szla­ków ko­mu­ni­ka­cyj­nych pro­wa­dzą­cych na pół­noc – do Ge­nui i da­lej do Fran­cji.

Rów­nie waż­ne było to, że nowa osa­da mia­ła znaj­do­wać się bli­sko wy­brze­ża, a tak­że bli­sko po­ło­żo­nej za­le­d­wie ka­wa­łek dro­gi na po­łu­dnio­wy wschód wio­ski Mo­tro­ne. Na po­cząt­ku czter­na­ste­go wie­ku Mo­tro­ne była głów­nym por­tem han­dlo­wym w oko­li­cy, więc znacz­na część to­skań­skich kup­ców pa­ra­ją­cych się śród­ziem­no­mor­skim han­dlem za­miesz­ka­ła wła­śnie w po­bli­skiej Pie­tra­san­cie.

Hi­sto­ryk M.E. Brat­chel po­wo­łu­je się na list wy­sła­ny w 1431 roku przez urzęd­ni­ka z Pie­tra­san­ty do księ­cia Me­dio­la­nu, w któ­rym to Pie­tra­san­ta zo­sta­ła opi­sa­na jako „naj­wspa­nial­sze miej­sce w re­gio­nie i w pew­nym sen­sie nasz port [Mo­tro­ne], dzię­ki któ­re­mu otrzy­mu­je­my za­pa­sy”. W pięt­na­stym wie­ku miej­sco­wość sta­ła się tak­że ośrod­kiem wy­do­byw­czym, gdzie ob­ra­bia­no mar­mur po­zy­ski­wa­ny z wie­lu po­bli­skich ka­mie­nio­ło­mów. Sto lat póź­niej w tym sa­mym miej­scu umo­wy na mar­mur pod­pi­sy­wał sam Mi­chał Anioł.

Brat­chel za­zna­cza, że spo­łecz­ność mia­sta na po­cząt­ku lat trzy­dzie­stych pięt­na­ste­go wie­ku była dość zróż­ni­co­wa­na z po­wo­du bar­dzo du­żej licz­by przy­jezd­nych z in­nych państw: żoł­nie­rzy z gar­ni­zo­nu w Ge­nui, rze­mieśl­ni­ków z Li­gu­rii, Lom­bar­dii i ca­łej To­ska­nii, kup­ców z Ge­nui i Pizy, a tak­że po­tom­ków po­tęż­nych ro­dzin epo­ki feu­da­li­zmu, jak Cat­ta­ni z Mas­sy czy Ma­la­spi­na z Lu­ni­gia­ny.

Wie­le nad­mor­skich ku­ror­tów wzdłuż za­chod­niej czę­ści lądu nad Mo­rzem Li­gu­ryj­skim i Mo­rzem Tyr­reń­skim roz­bu­do­wa­no do­pie­ro po dru­giej woj­nie świa­to­wej. Przy­kła­do­wo, znacz­na część For­te dei Mar­mi, nie­gdyś ma­łej wio­ski ry­bac­kiej, wcze­śniej w ogó­le nie była bra­na przez tu­ry­stów pod uwa­gę. Śre­dnio­wiecz­ne bu­dyn­ki zo­sta­ły znisz­czo­ne w trak­cie dzia­łań wo­jen­nych, kie­dy wy­co­fu­ją­ce się woj­ska nie­miec­kie oraz wło­skie, któ­re cią­gle jesz­cze po­zo­sta­wa­ły lo­jal­ne Mus­so­li­nie­mu, wal­czy­ły za­cie­kle z na­pie­ra­ją­cą ar­mią ame­ry­kań­ską. Po woj­nie, głów­nie w la­tach pięć­dzie­sią­tych i sześć­dzie­sią­tych, przed­się­bior­cy bu­dow­la­ni od­bu­do­wa­li tę wio­skę z gru­zów i stwo­rzy­li z niej nad­mor­ską miej­sco­wość wy­po­czyn­ko­wą. To nowe mia­stecz­ko, po­ło­żo­ne parę ki­lo­me­trów na za­chód i nie­co na pół­noc od Pie­tra­san­ty, sta­ło się bo­ga­tą en­kla­wą z eks­klu­zyw­ny­mi skle­pa­mi, ho­te­la­mi, apar­ta­men­tow­ca­mi i osie­dla­mi, roz­lo­ko­wa­ny­mi w jej prze­pięk­nych po­wo­jen­nych bu­dyn­kach.

Obec­nie Pie­tra­san­ta po­zo­sta­je mia­stem skle­pi­ka­rzy (ne­go­zian­te) i ar­ty­stów. Nie­wie­le jest tu­taj skle­pów na­le­żą­cych do sie­ci han­dlo­wych. Moż­na je zna­leźć do­pie­ro da­lej na wschód, w Sie­nie i Flo­ren­cji.

Są tu na­to­miast ga­le­rie sztu­ki dla za­moż­nych, skle­py z bi­żu­te­rią, gdzie oka­zy ku­szą­ce zza nie­ska­zi­tel­nie wy­po­le­ro­wa­nych okien wy­sta­wo­wych są war­te set­ki, je­śli nie ty­sią­ce euro za sztu­kę. Tuż obok miesz­czą się mniej­sze skle­pi­ki, sprze­da­ją­ce owo­ce lub nie­zli­czo­ne ro­dza­je ma­ka­ro­nu, bądź też ofe­ru­ją­ce usłu­gi, jak na przy­kład mały za­kład, w któ­rym sie­dzi star­szy pan i, spo­wi­ty sil­nym za­pa­chem skó­ry i kle­ju, na­pra­wia buty.

W koń­cu uda­je mi się usiąść z Fi­lip­pem di Bar­to­lą, czter­dzie­sto­let­nim ro­do­wi­tym miesz­kań­cem Pie­tra­san­ty. Ruch w re­stau­ra­cji wy­wo­ła­ny po­łu­dnio­wy­mi go­dzi­na­mi szczy­tu po­wo­li usta­je. Do­łą­cza­my do ma­łej grup­ki go­ści, koń­czą­cych swój trzy­da­nio­wy lunch fi­li­ża­necz­ką espres­so i cie­ka­wie wy­glą­da­ją­cy­mi do­lci, czy­li de­se­ra­mi. Fi­lip­po przy­no­si mi cudo ze śmie­ta­ny uło­żo­nej na lek­kim-jak-po­wie­trze płyn­nym w środ­ku ciast­ku (fon­dant), ude­ko­ro­wa­nym róż­ny­mi owo­ca­mi dai bo­schi, czy­li z lasu: po­rzecz­ka­mi, ma­li­na­mi, czar­ny­mi ja­go­da­mi, i roz­po­czy­na roz­mo­wę lek­cją geo­gra­fii.

„Mamy góry i mo­rze, i ge­ne­ral­nie nie jest ani za go­rą­co, ani za zim­no. Jest to cli­ma mite (kli­mat ła­god­ny)”.

Fi­lip­po ma wra­że­nie, że to, co po­wstrzy­mu­je wie­lu tu­ry­stów od przy­jaz­du do Pie­tra­san­ty i na za­chod­nie wy­brze­że To­ska­nii, to wy­so­ki kurs euro w sto­sun­ku do do­la­ra. Wolą wy­dać swo­je pie­nią­dze na zwie­dza­nie bar­dziej zna­nych za­kąt­ków Włoch, a dwu­ty­go­dnio­we wa­ka­cje to prze­cież nie­wie­le cza­su na zgłę­bia­nie oko­li­cy. Choć la­tem 2012 roku kurs euro spadł, na­stą­pi­ło to zbyt póź­no, aby do­pro­wa­dzić do wzro­stu tu­ry­sty­ki ame­ry­kań­skiej.

Fi­lip­po twier­dzi, że naj­wię­cej od­wie­dza­ją­cych, poza wspo­mnia­ny­mi przez Ric­car­da Bar­sot­tel­le­go An­gli­ka­mi, Szwaj­ca­ra­mi i Au­stria­ka­mi, po­cho­dzi z pół­noc­nych Włoch, na­wet z tej kla­sycz­nej czę­ści To­ska­nii na wscho­dzie. Przy­jeż­dża­ją tu­taj od dzie­sią­tek lat i są to zwy­kle wcza­so­wi­cze lub ar­ty­ści. Pra­gnąc uciec przed ża­rem lata, do­ku­cza­ją­cym mia­stom w głę­bi To­ska­nii, miesz­kań­cy Flo­ren­cji ku­pu­ją dru­gi dom na wy­brze­żu. Tra­dy­cja ta się­ga dzie­więt­na­ste­go wie­ku, a te­raz pod­chwy­ci­li ją też An­gli­cy i Niem­cy.

Kie­dy roz­ma­wia­łem kil­ka dni póź­niej z Ric­car­dem Bar­sot­tel­lim, przy­znał, że zie­mia tu­taj – na­wet ta po­ło­żo­na parę ki­lo­me­trów od mo­rza – sta­ła się po­żą­da­ną lo­ka­li­za­cją pod domy wa­ka­cyj­ne dla lu­dzi spo­za Włoch już na po­cząt­ku lat dzie­więć­dzie­sią­tych dwu­dzie­ste­go wie­ku. Jego luk­su­so­wy pen­sjo­nat ze śnia­da­nia­mi, Lo­can­da al Col­le, mie­ści się…

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

Rozdział drugi

Sztuka i miasto

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

Rozdział trzeci

Pracując w kamieniu

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

Rozdział czwarty

Versilia

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

Rozdział piąty

Wielka pętla

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

Rozdział szósty

Sant’Anna di Stazzema

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

Rozdział siódmy

Wojna

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

Rozdział ósmy

Z dala od szalejącego tłumu

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

Rozdział dziewiąty

L’Arcipelago Toscano

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

Rozdział dziesiąty

Dalekie południe

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

Rozdział jedenasty

Colli di Maremma

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

Posłowie

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

Podziękowania

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej

Bibliografia

.

.

.

…(fragment)…

Całość dostępna w wersji pełnej