Ukryta sieć. Cokolwiek wybierzesz. Tom 1 - Jakub Szamałek - ebook + audiobook

42 osoby właśnie czytają

Opis

Pierwsza część trylogii Ukryta sieć jednego z najbardziej obiecujących pisarzy młodego pokolenia.

Na warszawskiej ulicy dochodzi do wypadku. Ginie Ryszard Buczek, aktor prowadzący popularny program dla dzieci. Wszystko wskazuje na to, że stracił kontrolę nad pojazdem. Jednak Julita Wójcicka, dziennikarka plotkarskiego portalu, ma podstawy sądzić, że ktoś pomógł celebrycie odejść z tego świata. Jej podejrzenia potwierdza anonimowe ostrzeżenie, którego zlekceważenie kończy się dla niej dramatycznie. Okazuje się, że w świecie rządzonym przez nowe technologie nic nie jest takie jak dawniej, a przestępcy działają w nowy, nieznany wcześniej sposób.

"Ukryta sieć. Cokolwiek wybierzesz" to przeszywający thriller, którego finał na długo pozostaje w pamięci. Szamałek przekonująco rysuje postaci uwikłane w medialną machinę, znakomicie tworząc nastrój zbliżającej się katastrofy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 477

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 12 godz. 30 min

Lektor: Błażej Olma

Popularność


Jakub Szamałek

COKOLWIEK WYBIERZESZ

Copyright © by Jakub Szamałek, MMXIX

Wydanie I

Warszawa MMXIX

Niniejszy produkt objęty jest ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że wszelkie udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, upublicznianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Dla mojej wielkiej małej siostry, Agnieszki

Przedsłowie

To nie jest powieść science fiction.

Co za czasy, pomyślał Czesław Komar, patrząc w lusterko wysłużonego mercedesa. Kiedyś to można było z pasażerem porozmawiać. Czasem o ważkich sprawach, czasem, co tu dużo mówić, o duperelach, ale jednak ludzki kontakt był, jakaś więź. A teraz to nic, tylko gapią się w te telefony, jakby go tu w ogóle nie było, jakby taksówka sama się prowadziła. Ten tu się słowem nawet nie odezwał, bo i po co. Siedzi i smyra tę komórkę, jakby chciał w niej dziurę zrobić, a wygląda, jakby od tygodnia nie spał. No nie wytrzymam.

– No i co pan takiego ciekawego robi na tym telefonie?

Pasażer milczał. Głuchy jakiś? Czy może zagraniczniak? O tym nie pomyślał, a w końcu wygląda jakoś nieswojo.

– Można powiedzieć, że puszczam muzykę – odpowiedział w końcu mężczyzna, chociaż wzroku od ekranu nie oderwał. – Proszę trochę zwolnić.

Muzykę, zdziwił się Czesław Komar, naciskając lekko hamulec, to czemu nic nie słychać? A słuchawek przecież nie ma. To co, w głowie mu leci, kabel sobie tam wsadził? Ale nie zadawał więcej pytań. W głosie mężczyzny było coś, co odbierało chęć na dalszą rozmowę.

Leon Nowiński czuł, że dno woreczka, w który owinięty był hot dog, przesiąka sosem. Jeszcze chwila, a zacznie przeciekać i pobrudzi mankiet wyprasowanej starannie koszuli. Leon wpakował resztę bułki do ust, z trudem je domykając, po czym rzucił lepkie od musztardy opakowanie na podłogę i wytarł dłoń o fotel pasażera. Ostatni raz, powiedział sobie w myślach, przełykając mdłą papkę, ostatni raz przestawiłem budzik na drzemkę.

– Halo, halo, Warszawa! – zawołał wesoły głos z radia. – Jak tam, jesteście już w pracy? Mam nadzieję, że tak, bo ruch na dojazdówkach coraz większy! Gęsto jest już na Marsa i Puławskiej, tam stracicie co najmniej piętnaście minut. Zdjąć nogę z gazu trzeba też na alei Prymasa Tysiąclecia…

Słysząc znajomą nazwę, Leon odruchowo spojrzał, co dzieje się po drugiej stronie jezdni. Rzeczywiście, aleja już się korkowała. Setki samochodów sunęło w stronę odległego centrum w iście lodowcowym tempie, trąbiąc wściekle na auta wpychające się z podporządkowanych ulic.

Całe szczęście, Leon jechał w przeciwnym kierunku, na Targówek i Żerań, ku otynkowanym na budyniowe kolory blokowiskom i rozpadającym się fabryczkom, które służyły za siedziby niewielkim firmom z nazwami kończącymi się na „ex” i „pol”. Leon pracował dla jednej z nich, Diet-Polu. I jeśli wierzyć wyliczeniom GPS-u, dotrze na miejsce o 07:59. Czyli wpadnie na spotkanie zziajany, ale na czas.

Leon rozpędził swoją wierną skodę (rocznik 1996, kolor kanarkowy, choinka zapachowa przy lusterku) i wjechał na S8. Łopotały plandeki ciężarówek, zza szarych ekranów akustycznych wystawały krzyże i płaczące anioły z cmentarza wojskowego, kładką jechali rowerzyści w odblaskowych kurtkach. Leon szybko przebił się na lewy pas. Prędkościomierz wskazywał 110, po chwili 120 kilometrów na godzinę – 30 kilometrów ponad limit prędkości.

Leon zaklął pod nosem. Nie znosił łamać przepisów. Żeby jeszcze było w imię czego, żeby to spotkanie było jeszcze ważne. Ale Diet-Pol to przecież nie szpital, gdzie szykowano przeszczep serca, ani nawet kancelaria, w której ustala się właśnie linię obrony niesłusznie oskarżonego klienta. Nie, Diet-Pol był producentem niskokalorycznych przekąsek i napojów, a tematem dnia była nowa etykieta dla soku z kiszonej kapusty, którą Leon miał zaprojektować. Ostatnia wersja nie spodobała się szefostwu. „Zbyt przaśna”, powiedział Michał, zajmujący szumnie brzmiące stanowisko product managera, „potrzebujemy czegoś nowoczesnego, wiesz, młodzieżowego”. Młodzieżowy sok z kapusty, Leon skrzywił się na wspomnienie. Zaprawdę, cywilizacja Zachodu upada.

Żółta skoda wjechała na most Grota-Roweckiego. Leon spojrzał w stronę Śródmieścia; wieżowce otaczające wianuszkiem Pałac Kultury były ledwie widoczne. Gęstniejący z dnia na dzień smog zwiastował niechybne nadejście jesieni dobitniej niż czerwieniące się liście.

Leon skręcił na zjazd w Jagiellońską – i aż podskoczył, słysząc za plecami głośne, przeciągłe trąbienie. Tuż za nim jechał potężny samochód terenowy; czarny matowy lakier, tablice rejestracyjne z indywidualnym numerem, „WO MIGDAL”. Znów zaryczał klakson, mrugnęły długie światła – międzynarodowy sygnał na „zjedź mi z drogi” i „jestem dupkiem”.

– No przecież widzisz, że obok jest autobus, kretynie! – krzyknął Leon, mrużąc oczy przed ostrym światłem. – Gdzie mam niby zjechać, co?!

Trąbienie i mruganie nie ustawało. Leon co do zasady był miłym, przyzwoitym facetem: przytrzymywał windę nieznajomym, i to nawet kiedy się śpieszył, dawał na WOŚP, kupował wyłącznie jaja kur z wolnego wybiegu. Ale teraz to się zagotował.

– W dupę mnie pocałuj, buraku! – warknął, po czym otworzył okno i wystawił dłoń z wyprostowanym środkowym palcem. W lusterku widział, że kierowca jeepa, facet koło pięćdziesiątki, w modnej polarowej bluzie z asymetrycznym kołnierzem, wrzeszczy i wali pięścią w deskę rozdzielczą. Leon uśmiechnął się z satysfakcją. A krzycz sobie, baranie.

Terenówka ryknęła, przyśpieszyła i niebezpiecznie zbliżyła się do skody, prawie trąc o zderzak. Leon docisnął pedał gazu do podłogi, ale jego auto nie mogło konkurować z czarnym monstrum, które zdawało się pędzić 200 na godzinę.

– O ja pierdolę… – jęknął Leon. – No wjedzie we mnie!

Całe szczęście, kierowca jadącego obok autobusu musiał zauważyć, co się dzieje, bo gwałtownie zahamował, umożliwiając skodzie schowanie się na prawym pasie. Leon szarpnął za kierownicę i zjechał z drogi trąbiącemu jeepowi, o milimetry unikając kolizji.

Leon szukał telefonu w torbie, nie odrywając wzroku od oddalającego się auta. Klucze, karta do biura, książka, guma do żucia… Wreszcie wyczuł pod palcami szklaną taflę smartfona. Wyciągnął telefon, wbił trzy cyfry, 1-1-2, wcisnął zieloną słuchawkę.

– Czekaj no, ty bucu – burczał pod nosem Leon. – Jeszcze pożałujesz, że…

Głos uwiązł mu w gardle. Czarny jeep, zamiast skręcić, pojechał prosto, nie zwalniając, i uderzył z impetem w barierkę. Huk, zgrzyt, iskry. Ważące kilka ton auto rozerwało ogrodzenie, a potem spadło na ulicę Jagiellońską, roztrzaskując się o asfalt.

Leon zatrzymał skodę, bezwiednie, jak nakręcony mechanizm, i wysiadł z auta. Z niedowierzaniem patrzył na pogięty wrak leżący wśród pokruszonego szkła. Minął go kierowca autobusu – biegł z gaśnicą, jego czerwony krawat trzepotał na wietrze.

– Halo? Halo! – Zniekształcony kobiecy głos wyrwał go z osłupienia. – Tu numer sto dwanaście, proszę o podanie zgłoszenia!

– Chciałbym… – Leon przełknął ślinę. – Chciałbym zawiadomić o wypadku.

Julita Wójcicka wpatrywała się w litery na ekranie komputera. Te uparcie podświetlały się na zielono. Niedobrze.

– No, dalej, dalej… – szeptała, obracając w palcach obgryziony ołówek.

– Mówiłem ci. – Siedzący obok Piotrek upił herbaty, po czym otarł modnie przystrzyżone wąsy. – Nawet nasi czytelnicy nie złapią się na tak bezczelny klikbajt.

– Ha! – Julita uniosła ręce nad głowę w tryumfalnym geście. – No to patrz!

Tło pod tytułem zmieniło kolor na czerwony. Czyli w przeciągu ostatniej minuty co najmniej tysiąc internautów kliknęło w link i otworzyło artykuł Julity o dramatycznym tytule: „ILONA ZAJĄC POKAZUJE ZDJĘCIA W BIKINI: NIE BĘDĘ MILCZEĆ, KIEDY HEJTERZY WYZYWAJĄ MNIE OD GRUBASÓW [ZOBACZ ZDJĘCIA]”. To z kolei znaczyło, że tekst pójdzie na główną stronę portalu, zamiast wisieć jedynie w niszowym dziale „Kultura”.

Piotrek nic nie powiedział, westchnął tylko z teatralną przesadą i odwrócił się do swojego komputera. Julita rozumiała jego frustrację. Od tygodnia nie udało mu się wrzucić żadnego gorącego tekstu. Kolejne jego artykuły: „ZOBACZ, JAK ZMIENIŁY SIĘ GWIAZDY KLANU”, „MAKABRYCZNE ODKRYCIE GRZYBIARZA”, „MIŚ KOALA ZJEŻDŻA NA SANKACH”, podświetlały się na zielono, a czasem, o zgrozo, na niebiesko, co oznaczało już zupełną obojętność internautów. Co gorsza, Piotrek nad każdym tekstem siedział godzinami, bez końca zmieniając szyk zdań, szukając synonimów i niebanalnych zwrotów. Julita tymczasem przygotowała swój materiał o Ilonie Zając w kwadrans, wliczając w to przerwę na papierosa.

Dziewczyna wstała od biurka, przeciągnęła się i podreptała do aneksu kuchennego. Z czerwonym tekstem na koncie nie musiała się już przepracowywać, właśnie wyrobiła dzienną normę. Zabulgotała woda w tandetnym, oblepionym kamieniem czajniku, kawa instant rozpuściła się we wrzątku, rozsiewając przyjemny zapach. Julita uniosła wściekle czerwony kubek z fioletowym napisem „MEGANEWSY.PL”, upiła niewielki łyk i omiotła wzrokiem biuro.

Kilkanaście białych biurek, szumiące komputery, klik, klikmyszek i niebieskie światło odbijające się w szkłach okularów. Na ścianie dwa wielkie monitory, jeden wyświetlał główną witrynę portalu z nałożoną heatmapą, czyli kolorami wskazującymi popularność poszczególnych tekstów, na drugim leciał całodobowy kanał informacyjny. Na przeciwległym końcu trzy odgrodzone szklanymi ścianami pokoje (szefostwo, HR, informatycy), w kącie drukarki i skaner, za oknami: ulica Cybernetyki i zachmurzone niebo poprzecinane ażurowymi ramionami żurawi.

Julita inaczej wyobrażała sobie karierę dziennikarki. Marzyła o pracy w jakimś dużym tytule: „Wyborczej”, „Polityce”, „Newsweeku”. Burzliwe dyskusje na porannym kolegium, składanie wydania o trzeciej nad ranem, spotkania z politykami w gęstej od papierosowego dymu sejmowej restauracji, anonimowy informator w prochowcu przesuwający teczkę z kwitami po lepkim barowym stoliku – te klimaty. Dostała się nawet gdzieś na staż, ale bezpłatny. Trzy miesiące przekładała papiery, porządkowała archiwa i moderowała internetowe fora, z nadzieją na to, że ktoś ją zauważy, weźmie pod swoje skrzydła. No, ale duże tytuły mają wielu stażystów, w tym złotą warszawską młodzież na garnuszku wpływowych rodziców. Na ich tle Julicie, dziewczynie z kaszubskiego Żukowa, w ciuchach z lumpeksów, trudno było się wybić.

Potem zobaczyła ogłoszenie z portalu Meganewsy.pl. Szukali dziennikarza do działu „Wydarzenia”, obiecywali młody zespół, konkurencyjne wynagrodzenie, delegacje. Nowoczesny biurowiec robił dobre wrażenie, redaktorka naczelna przeszła z nią od razu na „ty”, śmiała się z jej żartów. No, żyć nie umierać.

Oczywiście, kiedy zaczęła pracę, rzeczywistość okazała się mniej różowa. Dział „Wydarzenia” wbrew wyobrażeniom Julity nie zajmował się wcale takimi kwestiami jak, dajmy na to, pożary w Grecji czy wybory samorządowe. Chodziło raczej o wydarzenia takie jak włożenie przez nieznaną szerzej aktorkę prześwitującej kreacji albo nowe selfie zwyciężczyni ostatniej edycji programu jak-oni-coś-tam. Innymi słowy, pracowała w internetowym brukowcu, który sukces mierzył wyłącznie odsłonami strony, czy raczej wyświetlanych tam reklam. A zespół? Faktycznie młody… i niedoświadczony. Pensje konkurencyjne jak na warunki branżowe, czyli nędzne, uzależnione od wyników i na umowę-zlecenie.

Ale Julita nie mogła narzekać, w przeciwieństwie do wielu innych koleżanek i kolegów z roku (dziennikarstwo i komunikacja społeczna na SWPS), rzeczywiście żyła z pióra. Nie była może szczególnie dumna z publikowanych tekstów, ale pisanie ich przychodziło jej z łatwością, miała do tego dryg. A poza tym… właściciel Meganewsów, koncern ITVV, miał w swoim portfolio wiele innych tytułów, także opiniotwórczych i powszechnie respektowanych, jak na przykład tygodnik „Poprzek”, którego biuro mieściło się piętro wyżej…

Julita dopiła kawę, umyła kubek starą, cuchnącą gąbką, której nikomu nie chciało się wymienić na nową, i wróciła do biurka. Siedząc po turecku na skrzypiącym krześle, ze słuchawkami na uszach, przeglądała profile gwiazdek drugiego i trzeciego sortu w poszukiwaniu nowego tematu.

Posterunkowy Radosław Gralczyk szedł po mokrym asfalcie, powoli rozwijając taśmę z napisem „POLICJA” wokół miejsca wypadku. Za jego plecami leżał wrak czarnego jeepa. Samochód zleciał na drogę z wysokości piętnastu metrów, obrócił się, spadł na bok. Kierowca nie przeżył. Nie mógł przeżyć.

Ale posterunkowy Radosław Gralczyk nie zwracał uwagi na wrak, na chrupiące pod ciężkimi butami szkło, na zapach oleju, benzyny i krwi. Po pierwsze, dlatego że pracował w drogówce trzeci rok i naoglądał się już wypadków, może mniej spektakularnych niż ten, ale jednak. Po drugie, był myślami gdzie indziej.

Ja pierdolę, zaklął, krocząc po lśniącym od niebieskiego światła kogutów asfalcie, i co teraz? Jego żona, Alicja, od jakiegoś czasu czuła się nieswojo. Bolała ją głowa, była ciągle śpiąca, nie miała apetytu. Z początku myśleli, że to jakaś grypa, jesienne przesilenie czy, powiedzmy, za dużo glutenu w diecie. Ale w końcu któreś z nich zadało pytanie, które obojgu obijało się już od jakiegoś czasu po głowach: co jeśli Ala jest w ciąży? Brała pigułki, więc szanse były znikome, ale… Kiedy wyszła tego ranka z łazienki, ze łzami w oczach, mnąc pasek szlafroka, wiedział już, co zobaczyła na teście: dwie kreski. A w międzyczasie Ala piła przecież alkohol, paliła papierosy, brała w cholerę leków… Potem wyczytali, że to mogło być właśnie przez antybiotyki, że zaburzają działanie pigułek. No, ale co zrobić, pretensje mogli mieć wyłącznie do siebie, przecież każda reklama lekarstwa kończy się wypowiedzianą na jednym tchu przestrogą, że przedużyciemnależyzapoznaćsięztreścią ulotkidołączonejdoopakowania.

Z jednym dzieckiem i tak ledwo wiązali koniec z końcem. On zarabiał śmiesznie mało, a Ala, która była nauczycielką geografii w technikum, jeszcze mniej. W kawalerce, którą dostał w spadku po dziadkach, mieścili się na styk: siedząc we troje przy stole w mikroskopijnej kuchni, dotykali się łokciami. Ala zaproponowała, że może wprowadziliby się z powrotem do jej rodziców, którzy mieli domek w Jabłonnie. Radosław propozycję tę stanowczo odrzucił, używając języka, który nie przystoi funkcjonariuszowi służb porządkowych.

Pozostawało jeszcze jedno wyjście: aborcja. Słowo, które w Polsce wypowiadano tylko szeptem, w domowym zaciszu, nie patrząc sobie nawzajem w oczy, tyłem do wiszącego na ścianie krucyfiksu. Jeszcze wczoraj Radosław był zagorzałym przeciwnikiem tego zabiegu. Dziś rano liczył, ile będzie ich kosztował wyjazd Ali do kliniki w Czechach. Odpowiedź brzmiała: dużo więcej, niż mieli odłożone na koncie oszczędnościowym. A czas gonił…

Trzy tysiące złotych. Radosław miał tydzień, żeby zdobyć te pieniądze, potem będzie mógł już zacząć wypełniać wnioski do programu 500 plus. Tylko skąd wytrzasnąć tyle kasy? Pomodliłby się o wstawiennictwo, ale w tej sprawie raczej nie wypadało.

– Ej, Radek! – zawołał Jarek, kolega z posterunku, wiecznie uśmiechnięty, rumiany chłopak. Kucał przy wraku jeepa, zaglądał do środka. – Chodź no tu na chwilę!

Posterunkowy Radosław Gralczyk przywiązał koniec taśmy do latarni i podszedł do zgniecionego auta. Z okna wystawała ręka denata; błyszczał na niej drogi zegarek, sekundnik drgał w miejscu.

– No? – spytał Gralczyk tonem, który wyrażał raczej zniecierpliwienie niż zainteresowanie.

– Spójrz no – powiedział Jarek z dumną miną prestidigitatora, który zaraz wyciągnie królika z kapelusza. – Poznajesz jegomościa?

Radosław Gralczyk zajrzał do środka. Wtulony w poduszkę powietrzną mężczyzna wyglądał, jakby smacznie spał. Dopiero kiedy spojrzało się niżej, na zmiażdżone nogi i przesiąkniętą krwią bluzę, widać było, że z tego snu już się nigdy nie obudzi. Gralczyk przyglądał się jego twarzy. Lekko zadarty nos, duże, mięsiste usta, pieprzyk ukryty w brwiach… Rzeczywiście, kiedyś go już widział.

– Czekaj, czekaj. – Olśniło go. – Czy to nie ten z telewizji? Boczek?

– Buczek! Rysiek Buczek! – powiedział Jarek z uśmiechem. – Ale numer, co? Ciekawe, gdzie się chłop tak śpieszył…

Gralczyk już nie słuchał. Wstał, otrzepał ręce, ruszył szybkim krokiem w stronę zaparkowanego na poboczu radiowozu.

– Ej! Gdzie idziesz?

– Zapalić – powiedział posterunkowy Gralczyk i sięgnął po telefon.

Julita zastanawiała się, co napisać. Nauczyła się już, że najlepiej klikają się artykuły należące do jednej z trzech kategorii: „celowanie, oranie i punktowanie”, „szokowanie i niedowierzanie” albo „zgadywanie i domyślanie”. Najłatwiej pisało się teksty z pierwszej kategorii. Wystarczyło wziąć czyjś kontrowersyjny, zabawny albo chociaż ordynarny komentarz: dajmy na to, Giertych przejechał się po Kurskim albo Rozenek-Majdan po Gretkowskiej. Potem cytat opatrywało się przeklejaną ze schowka formułą: „X w swoim stylu odnosi się do Y. Jak zawsze w punkt!”, „Musicie to przeczytać! X zaorał Y!”, albo ewentualnie „X odpowiada na krytykę Y. Celnie!”. Jako że celebrytów było od metra – w tej kategorii mieścili się zarówno aktorzy, piosenkarze i politycy, jak i finaliści programów reality show i trenerzy fitness – a każdy miał konto na jakimś portalu społecznościowym i pragnął zabłysnąć, tego rodzaju tekstów można było wysmażyć każdego dnia tuziny, korzystając głównie z komend „ctrl + c” i „ctrl + v”.

Napisanie artykułu z serii „szokowanie i niedowierzanie” też nie stanowiło wyzwania, tyle że tutaj trzeba było mieć naprawdę mocny materiał. Po tym, jak ludzie zobaczyli uśmiechniętą mamę Madzi w bikini na koniu, nie łatwo było już ich zaskoczyć. Ale raz na jakiś czas brukowce znajdowały jakiś naprawdę smakowity kąsek: pociąg wjechał w autobus albo autobus w pociąg, ktoś kogoś zarąbał siekierą. Wtedy trzeba szybko wrzucić materiał do siebie na stronę, dać duże czerwone litery, wykrzykniki, zrobione z bliska zdjęcie. I nic tylko zbierać kliknięcia.

Wreszcie „zgadywanie i domyślanie”, czyli artykuły grające na ambicjach czytelnika. Tu treść była obojętna, kluczowe było dodanie na końcu tytułu zwrotu: „Nigdy nie zgadniesz!”, „Nikt się tego nie domyśli!” albo ewentualnie „Ciekawe, czy odgadniesz?”. Z pozoru proste, ale trzeba było naprawdę dobrze czuć czytelnika, żeby przewidzieć, co chwyci, a co nie. Do „zgadywania i domyślania” zaliczały się też quizy – o meksykańskiej kuchni, tropikalnych owocach albo świstakach, wszystko jedno. Zachęcić do kliknięcia można było wyzwaniem („Ciekawe, czy zdobędziesz komplet punktów!”), obietnicą pomocy („Z tymi podpowiedziami na pewno sobie poradzisz!”) albo budząc w odbiorcy przekonanie, że pożytecznie spędzi czas („Poniedziałkowa rozgrzewka umysłu!”). Quizy klikały się niezawodnie – każdy chce się przecież poczuć mądry – ale długo się je wymyślało, co najmniej godzinę, dwie, więc rachunek zysków i strat wcale nie był taki oczywisty.

Niezależnie od kategorii, szanse na sukces podnosiła obietnica zdjęć, dlatego na końcu tytułu zawsze warto było zareklamować kapitalikami GALERIĘ ZDJĘĆ albo jeszcze lepiej: MEMY INTERNAUTÓW. Oczywiście, fotografia nie mogła przedstawiać byle czego, doboru trzeba było dokonać w oparciu o internetową piramidę Maslowa: u podstawy cycki, w środku krew, a na wierzchołku kotki.

Ostatecznie Julita zdecydowała się przygotować quiz typu tożsamościowego, czyli „Jakim miastem/ samochodem/ warzywem strączkowym jesteś?”. Tutaj można było popuścić wodze fantazji, pobawić się w psychologa, czasem nawet pokusić się o abstrakcyjny humor spod znaku Monty Pythona. Julita nie zdążyła jednak nawet skończyć pierwszego pytania, kiedy usłyszała głos naczelnej, Magdy Mackowicz.

– Wójcicka! Do mojego biura, raz, raz!

Julita posłusznie ruszyła w stronę przeszklonego pokoju. Mackowicz, jak zwykle, pracowała wielozadaniowo. Gadała przez telefon, przyciskając go policzkiem do ramienia, bo ręce miała zajęte: w jednej trzymała długopis, którym pośpiesznie coś notowała, w drugiej ściskała gumową piłkę. Jednocześnie nie spuszczała wzroku z telewizora ustawionego na TVN24, a stopą obutą w pomarańczowy trampek próbowała wytrzeć z wykładziny plamę po kawie.

Julita usiadła naprzeciwko biurka i czekała, aż Mackowicz skończy rozmowę. Nie mając nic lepszego do roboty, odwróciła wzrok w stronę telewizora. Pasek u dołu ekranu był biały, znaczy nie działo się nic wartego uwagi. W studiu siedzieli etatowi eksperci, którzy czuli się swobodnie w rozmowie na każdy temat, prorocy, przed którymi przyszłość nie znała tajemnic. Teraz dyskutowali o Sądzie Najwyższym, ale jakie dokładnie stawiali tezy i diagnozy, nie można było stwierdzić, bo dźwięk był wyłączony.

– Piętnaście minut, tak? – Mackowicz podrapała się ołówkiem po karku. – Dobrze… Dobrze… Rozumiem.

Julita spojrzała na Mackowicz. Jak zwykle była ubrana modnie: poszarpane dżinsy, bluza z fajnym nadrukiem, do tego okulary o grubych fioletowych oprawkach. Jak zwykle sprawiała też wrażenie wczorajszej: oczy miała zaczerwienione, nieumyte blond włosy spięte w kucyk, lakier schodził z paznokci.

– Aha… Aha… – Julita znała ten ton, Mackowicz była już zniecierpliwiona i chciała szybko skończyć rozmowę. – No niech będzie. Tak, tak… Do usłyszenia.

Redaktorka rozłączyła się i położyła telefon obok dwóch innych. Wyciszone komórki wibrowały i podskakiwały na blacie; widok przywodził na myśl wyciągnięte na brzeg ryby, które rozpaczliwie próbowały wrócić do wody. Mackowicz rzuciła okiem, żeby sprawdzić, kto dzwoni, po czym, uznawszy najwyraźniej, że nikt ważny, odwróciła się do Julity.

– Słuchaj… Mogę sobie przy tobie odciągnąć? Sprawa jest pilna, a ja dłużej nie wytrzymam…

– Pewnie – powiedziała Julita z nieszczerym uśmiechem.

– Ufff, dzięki… – Mackowicz wyciągnęła z szuflady biurka laktator i podwinęła bluzę. – Jeszcze minuta i bym pękła.

Laktator zaczął syczeć i świstać niczym respirator Dartha Vadera, a Mackowicz odetchnęła z wyraźną ulgą. Niedawno urodziła drugie dziecko, chłopca. Wszyscy, łącznie z wicenaczelnym Adamem, zakładali, że nie będzie jej przynajmniej pół roku, może nawet rok, ale Mackowicz wróciła po trzech miesiącach.

– No dobra. – Szefowa odchyliła się w krześle. – Słyszałaś o tym wypadku na Jagiellońskiej?

– Pewnie. Piotrek pisał o nim do działu „Warszawa”.

– Widzisz, a okazuje się, że to temat na główną. – Redaktorka uśmiechnęła się tryumfalnie. – Dostaliśmy cynk od anonimowego świadka. Wiesz, kto siedział za kółkiem? Ryszard Buczek.

– Ooo…

– Wynajęliśmy fotografa, jest już na miejscu. Mówi, że dostaniemy zdjęcia za piętnaście minut.

Mackowicz przystawiła laktator do drugiej piersi, skrzywiła się z bólu.

– I nikt inny o tym jeszcze nie wie?

– Nie.

– Nawet „Fakt” i „Superak”?

– Na razie nie… Ale to kwestia czasu. Mogę się założyć, że ten chłopak z agencji sprzeda im zdjęcia, jak tylko dostanie od nas przelew. Dlatego trzeba się śpieszyć… I dlatego to ty napiszesz artykuł.

– Z chęcią, ale… – Julita się zawahała. – Wiesz, Piotrek już siedzi w temacie, kojarzy okoliczności, więc może jednak dać to jemu…

Mackowicz wyciągnęła laktator spod bluzy, postawiła go na biurku. Julita odwróciła wzrok. Nie wiedzieć czemu, widok ludzkiego mleka ją brzydził. Było jakieś takie zwierzęce, nieprzystające do świata komputerowych ekranów i szklanych biurowców.

– Piotrek będzie siedział nad tym pół dnia i zastanawiał się, czy lepiej dać przydawkę rzeczowną, czy przyimkową. Nie mamy na to czasu. Jest jedenasta dziesięć… Zdjęcia dostaniesz około jedenastej dwadzieścia. Gotowy tekst ma wisieć na stronie jedenasta trzydzieści. Jakieś dwieście, góra trzysta słów. Jasne?

– Ale…

– Żadnych „ale”. Do roboty.

Julita pokiwała głową, podniosła się z krzesła. Miała już wyjść z pokoju, kiedy usłyszała głos szefowej.

– Julita?

– Tak?

– Nie próbuj więcej być dobrą koleżanką – powiedziała redaktorka, nie podnosząc wzroku znad wyświetlacza telefonu. – Bo nikt ci się tu za to nie odwdzięczy.

Posterunkowy Radosław Gralczyk wygładził formularz przypięty klipsem do pokrytej granatowym skajem podkładki, po czym utkwił wzrok w nagłówku: PROTOKÓŁ OGLĘDZIN MIEJSCA WYPADKU. Kiedy wypełnił ten dokument po raz setny, poszedł po pracy z kolegami z posterunku na piwo. Kiedy wypełnił go po raz tysięczny, zaczął poważnie myśleć o złożeniu wypowiedzenia.

Policjant wyregulował kąt nachylenia fotela, opuścił szybę w oknie o trzy centymetry, a następnie uniósł o dwa, po czym wyciągnął ze schowka na rękawiczki ołówek i temperował go z namaszczeniem, aż osiągnął idealny stożek. Wreszcie, czując na sobie wzrok siedzącego obok Jarka, zaczął wypełniać formularz.

Oględziny rozpoczęto: 8:22 rano, 15.10.2018. Czy położenie (pojazdów, osób, przedmiotów) do chwili rozpoczęcia oględzin było zmieniane? Nie. Przyjęto obowiązujący dalej kierunek patrzenia: Północ. Punkt odniesienia: Pokrywa studzienki kanalizacyjnej o numerze K1238. Odcinek w miejscu wypadku: Łuk w prawo, teren: Spadek, rodzaj: Asfalt, jezdnia: Gładka, obowiązujące ograniczenie prędkości: 60 kilometrów na godzinę.

Po pytaniach zamkniętych przyszła pora na „Opis sytuacji wypadkowej i śladów zdarzenia”. Posterunkowy Radosław Gralczyk ziewnął, przetarł oczy, po czym zaczął pisać, przywołując z pamięci wyuczone zwroty i formułki. „Z polecenia dyżurnego KRP VI Praga Północ udano się na ulicę Jagiellońską 65/57. Na miejscu zastano zgłaszającego: Leon Zdzisław Nowiński, syn Jana i Anny, numer dowodu osobistego…, który był świadkiem wypadku drogowego, w którym uczestniczył Ryszard Buczek, syn Waldemara i Haliny… Pojazd: Jeep Grand Cherokee, kol. czarny, nr rej. WO MIGDAL, r. prod. 2014…”.

– Patrz – mruknął Jarek, wyglądając za okno. – Sępy już się zleciały.

Radosław Gralczyk podążył za jego wzrokiem. Po przeciwnej stronie jezdni, tuż za taśmą policyjną, stał mężczyzna w czarnej kurtce przeciwdeszczowej. Trzymał w rękach aparat fotograficzny z ogromnym obiektywem. Policjant poczuł nagły ścisk w żołądku, krew odpłynęła mu z twarzy. Całe szczęście Jarek patrzył w drugą stronę.

– Musi wiedzieć, że to był Buczek. Zwykłego wypadku by nie cykał.

– Ktoś musiał im nadać… – Gralczyk pochylił się nad formularzem, potarł nos końcówką ołówka. – Pewnie chłopaki z karetki.

– Pawulony jebane… – Jarek odłożył na bok podkładkę z rozpoczętym szkicem miejsca wypadku, otworzył drzwi i wystawił za nie nogę. Nogawka podjechała do góry, odsłaniając bladą łydkę ściśniętą zbyt mocno poliestrową skarpetką.

– A ty gdzie?

– A wylegitymuję go, cholera. Ktoś im musi przytrzeć nosa.

– Aha – mruknął posterunkowy Gralczyk. – A potem zrobią nam zdjęcie, jak podjeżdżamy radiowozem po kurczaki, tak jak tym chłopakom z drugiego rejonowego, i będzie afera na całą Polskę. Daj spokój… Zresztą, zaraz kończę.

Jarek, który znał menu z KFC na wyrywki, zastygł na chwilę z nogą w kałuży, po czym schował ją do środka i trzasnął drzwiami, aż zatrząsł się radiowóz. Mamrotał coś jeszcze o hienach i szmatławcach, że skończą się te harce, jak rząd wreszcie zrepolonizuje media, ale Radosław Gralczyk już go nie słuchał. Nie mógł się doczekać, aż skończy pisać raport, wróci na komisariat, usiądzie do komputera i sprawdzi stan konta bankowego.

„W wyniku przeprowadzonej ze świadkiem rozmowy wynika”, kontynuował opis Gralczyk, „że kierujący znacznie przekroczył dozwoloną prędkość i utraciwszy kontrolę nad pojazdem, uderzył w barierę ochronną…”. Potem jeszcze parę słów o stanie pojazdu (rozległe uszkodzenia nadwozia oraz podwozia) i obrażeniach pasażera (stwierdzono zgon na miejscu) i wreszcie można było podsumować zdaniem, które szanujący się policjant z drogówki mógłby wyrecytować o każdej porze dnia i nocy: „Oględziny zakończono w niezmienionych warunkach atmosferycznych”.

Gralczyk postawił kropkę, podał protokół Jarkowi do przeczytania i podpisania. Ile papierologii, pomyślał, ile zbędnego bełkotu. Gdyby to zależało od niego, całą sytuację opisałby znacznie zwięźlej: bogaty dupek myślał, że skoro ma zajebisty samochód, to jest zajebistym kierowcą, no i się pomylił. Dobrze chociaż, że dołem akurat nikt nie jechał, że ten jego wychuchany jeep rozbił się o asfalt, a nie spadł na inne auto.

Jarek oddał mu podpisany protokół. Gralczyk przekręcił kluczyk w stacyjce, skinął głową strażakom i ruszył w stronę komisariatu. Po fotografie nie było już ani śladu.

Julita szła do biurka na ugiętych nogach. Dostała do rąk wiadomość z ostatniej chwili, prawdziwy breaking news! To w Meganewsach nie zdarzało się prawie wcale. Portal nie wysyłał swoich dziennikarzy w teren, chyba że zaliczyć do tej kategorii wyjścia na sponsorowane wydarzenia typu premiera kolejnej komedii romantycznej czy otwarcie nowej knajpy. Wszystko załatwiało się przez internet albo telefon, teksty do działu „Informacje” pisali na podstawie depeszy PAP-u albo artykułów z większych portali. Oczywiście, czasem ktoś wysłał im cynk na skrzynkę kontaktową, ale zwykle były to sprawy mniejszej wagi, żeby nie powiedzieć całkiem błahe: ot, zdjęcie Iksińskiej bez makijażu, taki a taki zaparkował swoje ferrari na miejscu dla niepełnosprawnych. Ale śmierć Buczka, i to w tragicznym wypadku, to już zupełnie co innego, duży kaliber, artykuł, który będą cytować inne portale… I który ma napisać w dwadzieścia minut.

Julita usiadła za biurkiem, przycisnęła palce do skroni, próbowała zebrać rwące się myśli. Dla kogoś z jej pokolenia skojarzenie z Ryszardem Buczkiem mogło być tylko jedno: Niebieskie Migdały. Natychmiast przypomniały jej się niedzielne obiady u dziadków: rosół, zielony od drobno posiekanej pietruszki, schab z buraczkami, które zawsze lądowały na obrusie, na deser posypane cukrem pudrem placki z jabłkiem. Potem dorośli zostawali przy stole rozmawiać o poważnych sprawach, a dzieci siadały przed telewizorem ustawionym na Dwójkę. Punktualnie o piętnastej z głośników leciała piosenka, którą do tej pory znała na pamięć:

Każdy, duży i mały

Czasem ma w głowie

Niebieskie migdały!

Wiecie, że marzenia

Przychodzą bez proszenia!

Czy się chce, czy też nie,

Czasem trudno skupić się,

Kiedy myśli są daleko

Za górami i za rzeką,

Ku przygodzie same rwą!

Potem błyskały światła, syczały dymiarki i na scenę wychodził Ryszard Buczek w obszytym niebieskimi cekinami fraku, absurdalnie wysokim cylindrze i z gigantyczną muchą w złote grochy. Formuła była prosta, z dzisiejszej perspektywy można by nawet rzec: prostacka. Co tydzień do studia przychodziło troje dzieci i opowiadało Buczkowi (czy raczej Panu Migdałowi, bo w tej roli występował) o swoich marzeniach. Jasio z Pucka, lat sześć, chciał zostać strażakiem, Aniela z Radomia, lat osiem, pragnęła pojechać do Australii, a Maksio, lat pięć – polecieć na Księżyc.

Pan Migdał wysłuchiwał opowieści, zadawał zabawne pytania, łypał okiem zza monokla, a potem wypowiadał znane każdemu dziecku w Polsce zaklęcie: „Czary mary, hokus pokus, czas korzystać z życia pokus!”, po czym przystępował do realizacji marzeń. I tak do Jasia z Pucka przychodzili strażacy i pokazywali, jak używać gaśnicy, Aniela głaskała wypożyczonego z zoo kangura, a Maksio w stroju kosmonauty chodził po studiu oklejonym aluminiową folią, które miało udawać powierzchnię srebrnego globu.

Proste, ale na dzieciach robiło wrażenie. W latach dziewięćdziesiątych Niebieskie Migdały oglądały miliony; podczas emisji wymierały place zabaw i podwórka. Choć później popularność programu powoli, ale konsekwentnie malała, TVP nigdy nie zdjęła go z ramówki. Niezależnie od tego, czy telewizją rządziła prawica, czy prawica przez historyczne zaszłości udająca lewicę, Pan Migdał co sobotę realizował dziecięce marzenia. Te zmieniły się z czasem (mało kto myślał dziś o karierze strażaka, chłopcy chcieli raczej zostać raperami, a dziewczynki modelkami), podobnie jak sam Pan Migdał. Buczek, kiedyś słynący z urody amanta, wyraźnie się zaokrąglił, włosy przyprószyła mu siwizna, a czerwony nos sugerował, że aktor sam nie unikał „życia pokus”.

Dziś, choć Niebieskie Migdały cieszyły się podobną oglądalnością, co kanał z telezakupami, Ryszard Buczek był wciąż postacią rozpoznawalną. Spotkało go bowiem najwyższe w czasach internetu wyróżnienie – stał się memem. Parę lat temu ktoś wrzucił do sieci jego zdjęcie w stroju Pana Migdała z podpisem: „hokus pokus, czary mary, lecisz, jędzo, zmywać gary”. Z jakiegoś powodu ten obrazek stał się sensacją i wkrótce media społecznościowe zostały zalane przez jego klony podpisane innymi ordynarnymi rymowankami, na przykład „czary mary, hokus pokus, w dupie mi zakwita krokus” albo „ene, due, rike, fake, palisz fajkę z crackiem”. W odróżnieniu od innych internetowych sensacji, które popadają w niepamięć równie szybko, jak powstają, zabawa z rymowankami Pana Migdała trwała na tyle długo, że przebiła się do mainstreamu. Do Buczka odezwał się operator sieci komórkowej, który od zawsze desperacko próbuje przekonać młodzież, że jest cool, i zakontraktował go jako twarz swojej sieci. Od tego momentu Buczek stał się integralną częścią polskiego krajobrazu, jak pomniki papieża w skali trzy czwarte do jednego czy domki kryte jaskrawą blachodachówką. Uśmiechał się z plakatów i billboardów, z supermarketowych gazetek i pop-upów wyskakujących w internetowych przeglądarkach. „Najlepsza oferta stała, słowo Pana Migdała!”.

Ale co Buczek robił wcześniej, przed reklamami i telewizją? Julita kojarzyła, że był aktorem, ale nijak nie mogła sobie przypomnieć, w czym grał – zresztą, nic dziwnego, jak większość z jej pokolenia darzyła polską kinematografię głęboką pogardą i zamiast kolejnej rodzimej produkcji o narodowych traumach wolała Grę o tron alboHouse of Cards.

Zegarek w rogu ekranu pokazywał 11:14, Julita uznała więc, że ma jeszcze parę minut na pogłębiony risercz, i wpisała nazwisko Buczka do Wikipedii. Nie odrywając wzroku od komputera, notowała najważniejsze fakty: „urodzony w 1965, Nowy Sącz… Studiował na Wydziale Aktorskim PWSFTviT w Łodzi… Występował na deskach Teatru im. Stefana Jaracza w Łodzi i Teatru Powszechnego w Warszawie… Debiut filmowy w Podziemnym życiu (1981), gdzie wcielił się w Wacława… Nagrodzony Orłem Polskiej Akademii Filmowej za rolę Archanioła w filmie Boskie Owieczki (2003)…”.

Nim Julita przewinęła całą filmografię, usłyszała ciche ping. Dostała e-maila. Przełączyła się na skrzynkę pocztową.

od: Jacek Walewski <[email protected]>

do: Meganewsy <[email protected]>

data: 15 października 2018 11:18

temat: Zdjęcia z wypadku Buczka

Hej!

Przesyłam zamówione zdjęcia. Moim skromnym zdaniem wyszły całkiem nieźle ;)

Pozdrawiam,

Jacek

Julita zaczęła przeglądać fotografie, szybko, jedna po drugiej, bo czas gonił. Wyrwa w barierce. Leżący na boku samochód, przez wybite okno, spomiędzy poduszek powietrznych, wystaje ręka. Zbliżenie na tablicę rejestracyjną. Zbliżenie na urwaną felgę. Zbliżenie na zakrwawioną dłoń, stłuczony zegarek, wokół skrzą się drobiny szkła. Ujęcie z taśmą policyjną na pierwszym planie. Strażacy rozcinający wrak wozu piłami. Sypiące się iskry. Stojący na poboczu radiowóz, w środku dwóch policjantów pochylonych nad papierami.

Julita zamrugała kilka razy, jakby chciała pozbyć się upiornych powidoków, upiła zimnej kawy. Które zdjęcie wrzucić na stronę? Oczywiście, najlepiej klikałyby się te, gdzie widać trupa, ale wiedziała doskonale, że nie może ich użyć. Już pierwszego dnia pracy Mackowicz wbijała jej do głowy: tylko pamiętaj, żadnych cycków, żadnych nieboszczyków. Julita była wtedy mile zaskoczona. Czyli te Meganewsy to jednak nie jest taka zupełna szmata, pomyślała, jak te brukowce, które wrzucają na jedynkę ciała dziennikarzy wojennych z dziurami po kulach albo porąbane na kawałki dzieci, jednak są tu jakieś zasady, podstawowa przyzwoitość. Dopiero kilka miesięcy później dowiedziała się, że tej granicy nie wytyczała bynajmniej moralność, tylko algorytmy Google’a. Gdyby zaklasyfikowały ich portal jako stronę publikującą materiały drastyczne i/lub pornograficzne, Meganewsy zostałyby nieodwołalnie usunięte z programu reklamowego AdSense – co byłoby równoznaczne z bankructwem strony. „Fakt” i „Super Express”, które wciąż czerpały większość zysków z wydań papierowych, mogły sobie po prostu pozwolić na to, żeby ignorować cenzorów z Doliny Krzemowej. Ot, cała różnica.

Ostatecznie Julita wybrała zdjęcie z rozcinania wraku. Klęczący przy aucie strażacy zasłaniali rękę Buczka, snop iskier przyciągał wzrok i dodawał całej sytuacji dramatyzmu. Zegar pokazywał 11:21, miała jeszcze dziewięć minut na napisanie tekstu. Julita wygięła zaplecione palce, strzelając stawami, puściła Rammsteina na słuchawkach i wzięła się do pracy.

Leon Nowiński patrzył na zdjęcia kiszonej kapusty. Kiszona kapusta w beczce. Kiszona kapusta w misce. Kiszona kapusta w słoiku. Kiszona kapusta na talerzu, koło schabowego. Przewijał stronę z grafikami w dół, na próżno szukając inspiracji. Otwarty na drugim ekranie projekt etykiety – „sok _v22_final.psd” – składał się na razie z dwóch linii i białego tła.

Leon zaklął pod nosem. Za cholerę nie mógł się skupić, nic nie przychodziło mu do głowy. Wymyślenie etykiety dla „młodzieżowego soku z kapusty” stanowiło niezłe wyzwanie w normalnych okolicznościach – a co dopiero dziś.

W końcu dotarł do pracy dopiero po jedenastej. Wpierw przesłuchiwała go policja, potem dziennikarze z jakiejś lokalnej telewizji. Miał nadzieję, że kiedy przedstawi szefostwu przyczynę spóźnienia, puszczą go na resztę dnia do domu, żeby odsapnął i doszedł do siebie. Ale nie. „Leon, stary”, powiedział Michał, product manager, „No ja rozumiem, no straszne, ale przecież wiesz, że w Olsztynku drukarze już grzeją sprzęt. Musimy im wysłać tę etykietę do końca dnia, bo inaczej nie rzucimy produktu w terminie, a akcji marketingowej już nie przesuniemy. To jak? Możemy na ciebie liczyć?”. Pytanie było retoryczne. Oczywiście, że mogli. Leon miał kredyt.

No więc siedział przy biurku, patrzył na zdjęcia kapusty, ale przed oczami miał ciągle wrak samochodu, czuł zapach krwi i oleju silnikowego, słyszał zgrzyt metalu. Co tam się właściwie stało? To nie było tak, że facet się nie wyrobił. On nawet nie próbował skręcać – pojechał prosto na barierkę, prując grubo ponad sto na godzinę. Zagapił się? Zemdlał?

Leon potarł czoło, przejechał dłońmi po nieogolonych policzkach i spojrzał na notatki z pomysłami. Ludzik w kształcie beczki kiszonej kapusty na deskorolce? Potworek z kapusty, taka swojska wariacja na temat Latającego Potwora Spaghetti? Chłopak i dziewczyna połączeni trzymaną w ustach nitką kiszonej kapusty, w pozie psów z Zakochanego kundla?

W końcu postanowił zrobić projekt według pierwszego pomysłu. Jezusie Maryjo, myślał, dorysowując beczce nogi w tenisówkach, pięć lat studiów na ASP, stypendium, nagrody od rektora, wystawy, tyle pracy… I proszę, jakie mam z tego, kurwa, kołacze.

– Ej, Leon… – odezwał się Ignacy, spec od reklamy. – Weź to zobacz.

– Nie teraz. Robię człowieka-beczkę.

– Co?

– Człowieka-beczkę. To młodzieżowe – powiedział Leon, kreśląc nos w kształcie korka. – Spytaj Michała, wytłumaczy ci.

– Ej, ja poważnie. Chodzi o ten twój wypadek. Słyszałeś, kto siedział za kółkiem?

– No?

– Ryszard Buczek. Wiesz, Pan Migdał.

Leon okręcił się na krześle, podjechał do biurka Ignacego. W przeglądarce miał otwarty artykuł z portalu Meganewsy.pl. Wielka czerwona czcionka, mnóstwo wykrzykników, a pod nimi zdjęcia. Z lewej strony: Buczek z czasów świetności Niebieskich Migdałów, z cylindrem na głowie, tyle że w czerni i bieli. Z prawej: wrak auta, które kilka godzin wcześniej zobaczył we wstecznym lusterku.

TRAGEDIA! Znany aktor, ulubieniec dzieci, Ryszard Buczek († 53 l.), ZGINĄŁ W MAKABRYCZNYM WYPADKU DROGOWYM!!! [ZDJĘCIA]

TYLKO U NAS!!!

Julita Wójcicka

Ryszard Buczek († 53 l.), uwielbiany prowadzący programu Niebieskie Migdały, zginął dziś rano w MAKABRYCZNYM wypadku drogowym w Warszawie. Popularny aktor znacznie przekroczył dozwoloną prędkość w trakcie zjazdu z drogi S8 i uderzył w barierkę. Auto SPADŁO Z WYSOKOŚCI 15 METRÓW i jest zniszczone NIE DO POZNANIA! Znany wszystkim Pan Migdał NIE MIAŁ SZANS przeżyć takiego wypadku. Policja stwierdziła ŚMIERĆ NA MIEJSCU, a strażacy musieli użyć PIŁ MECHANICZNYCH, żeby wydobyć ciało!

Wieść o śmierci aktora na pewno zasmuci jego żonę, znaną z serialu Babie Lato aktorkę Barbarę Lipiecką-Buczek (40 l.), i syna Rafała (13 l.). Redakcja portalu MEGANEWSY.PL łączy się z nimi w bólu.

Leon nie doczytał artykułu do końca. Bez słowa wrócił do swojego biurka.

– No? – spytał Ignacy, jakby zawiedziony. – Nic nie powiesz?

– Żal faceta – odpowiedział Leon, doklejając beczce z kiszoną kapustą szeroki uśmiech. – A artykuł obrzydliwy.

Julita nacisnęła przycisk „odśwież”. I jeszcze raz. I ponownie. Za każdym razem pod artykułem pojawiały się kolejne komentarze. Teraz było ich już ponad tysiąc: wyrazy żalu (bubu433: „Nie wierzę! Pan Migdał to moje dzieciństwo… Kurde, strasznie smutne wieści ;-/”), kondolencje (aga.pomorze: „Pani Basiu, proszę się trzymać. Szczecinek zapala znicze dla pana Ryszarda [‘][‘][‘]”) i oczywiście obelgi (prosto_z_mostu: „POległ POpaprany aktożyna trzeba było nie brać orderu od Tuska złodzieju!”, praffdomoffny: „PiSiory i nad martwym się pastwią, hjeny!”). Te ostatnie można było znaleźć pod każdym materiałem: o psie jeżdżącym na deskorolce, o Japończyku, który chciał wziąć ślub z robotem, czy o dyni-gigancie, która wyrosła w stanie Idaho; nieważne: inwektywy były nieodrodną częścią krajobrazu polskiego internetu, jak przykryte rozmiękłym papierem toaletowym gówno na brzegu mazurskiego jeziora albo mozaika wielokolorowych szyldów na drogach wyjazdowych.

W każdym razie tekst o śmierci Buczka klikał się tak, że aż kurzyło. Temat podchwyciły konkurencyjne portale, te wszystkie pudelki, plotki, pomponiki i kozaczki, ale też „Super Express” i „Fakt”, a nawet poważne tytuły: „Wyborcza”, „Newsweek”, „Polityka”. Co prawda rzadko kiedy pisano, gdzie informacja pojawiła się po raz pierwszy, nie mówiąc o podaniu nazwiska autorki, ale świadomość, że to właśnie ona, Julita Katarzyna Wójcicka z Żukowa, pchnęła tę całą machinę medialną do przodu, napawała dumą. Mimo wszystko.

– Pięć tysięcy lajków, grubo ponad tysiąc share’ów… – Piotrek pokiwał głową z uznaniem. – No, no, Wójcicka. Gratuluję. Jeszcze trochę i Pulitzer będzie twój.

Julita uśmiechnęła się i podziękowała, choć nie była do końca pewna, czy Piotrek tylko żartuje, czy się z niej nabija. Była przecież świadoma, że sam artykuł był bezwartościowym zlepkiem wytartych formułek i dramatycznych przymiotników. Na studiach taki tekst by wyśmiano… Ba, nawet jej polonistka z podstawówki, niech jej ziemia lekką będzie, dałaby za niego pałę z wykrzyknikiem, albo trzema… No, ale jak mawiała naczelna Mackowicz, zadaniem dziennikarza było pisanie artykułów, które ludzie czytają, a nie które powinni czytać.

Teraz właśnie Mackowicz wprowadzała tę zasadę w życie. Skoro lud chce Buczka, trzeba dawać Buczka, dużo i szybko. Cały zespół dostał zadanie pisania tekstów na jego temat: wypowiedzi przyjaciół Buczka, najlepsze role Buczka, najgorsze role Buczka, żona Buczka, syn Buczka, pies Buczka i chomik Buczka, cokolwiek, byle z Buczkiem. Parę zdań, zdjęcie i tekst lądował w bocznej szpalcie portalu, gdzie generował tak cenne kliki, walutę internetowego dziennikarstwa.

Pod koniec dnia ruch na Meganewsach zaczął się zmniejszać. Nie dlatego, że ludzi przestała nagle interesować tragiczna śmierć aktora, po prostu temat przejęli więksi gracze, którzy mieli większą bazę czytelników, więcej kanałów promocji, więcej pieniędzy, żeby wykupić zdjęcia Buczka z prywatnych zbiorów. Temat przestał być ich ekskluziwem.

– Dziękuję wszystkim za włożony wysiłek – powiedział wicenaczelny Adam na wieczornym kolegium. Jak zwykle przynudzał. – Odnotowaliśmy dzisiaj ponad trzysta tysięcy odsłon i blisko sto tysięcy unikalnych odwiedzin. Zyskaliśmy nowych fanów na wszystkich platformach społecznych: Facebooku, Twitterze, Instagramie i snapie. Temat Buczka powoli się eksploatuje, ale jutro możemy go jeszcze spokojnie pociągnąć. Kto przychodzi na rano? Piotrek? Okej… „Super Express” ma puścić wywiad z wdową po Buczku. Jak tylko wrzucą go do siebie na stronę, chcę mieć o tym tekst na głównej, tak? No, dobra robota. Spokojnej nocy i do zobaczenia.

Biuro zaczęło się opróżniać. Gasły monitory, pikał czytnik kart przy wyjściu, trzaskały drzwi. Pani Halinka, sprzątaczka o zniszczonej twarzy i złotym sercu, szurała odkurzaczem po wykładzinie, nucąc coś pod nosem. Natalia, która zostawała w biurze na nocny dyżur, zalewała wrzątkiem zupkę w proszku, rozsiewając wokół aromat glutaminianu sodu.

Julita wciąż tkwiła przy komputerze. Powinna już się zbierać, ale Marynarska była wciąż zakorkowana, a poza tym… Nie mogła się zebrać do tego, żeby zakończyć ten dzień, postawić kropkę. Tekst o Buczku był największym sukcesem w jej karierze. Oczywiście, dostała temat na tacy, nawet nie widziała wypadku na własne oczy, ale… Po raz pierwszy, odkąd zaczęła pracę w Meganewsach, skoczyła jej adrenalina przy pisaniu, po raz pierwszy miała wrażenie, że przynajmniej otarła się o prawdziwe dziennikarstwo. Świadomość, że już po wszystkim, że jutro znów zacznie dzień od przeczesywania sieci w poszukiwaniu plotek o cellulicie i silikonie, była przytłaczająca.

Julita jeszcze raz odświeżyła stronę ze swoim artykułem, żeby sprawdzić, ile łapek w górę i polubień przybyło. Robiła to z niejasnym poczuciem winy, jak ktoś, kto przyrzekł sobie, że to ostatnia czekoladka, a mimo to pięć minut później sięga po następną. Sama śmiała się z obsesji Adama na punkcie statystyki, pomstowała przy porannej kawie na prowadzony przez niego dyktat heatmapy – a kiedy nikt nie patrzył, obsesyjnie sprawdzała te same liczby co on. Ciekawe, pomyślała, czy gdyby za czasów Boba Woodwarda i Carla Bernsteina był już internet, też wciskaliby co chwila F5, żeby zobaczyć, ile osób postawiło serduszko albo zszokowaną buzię przy ich artykule o Watergate.

Coś tam jeszcze przybyło, ale niewiele, wszystko wskazywało na to, że pięć minut sławy Julity już się skończyło. Przefiltrowała jeszcze komentarze, wyświetlając je od najnowszych. Jak to zwykle bywa, ich treść z upływem czasu coraz bardziej odbiegała od tematu, przeobrażając się nieuchronnie w coraz bardziej agresywne pyskówki. Za chwilę ktoś kogoś porówna do Hitlera i będzie można opuścić kurtynę.

Był jeden wyjątek. Komentarz od użytkownika the_inquisitive_deer_2000, opublikowany trzy minuty temu. Napisany w sposób jasny, zrozumiały, i nie licząc tak zwanego prawicowego przecinka, poprawnie: „Nie no , co za stek bzdur. Przecież nikt normalny nie wjechałby na zjazd z taką prędkością. Sprawa śmierdzi na kilometr. Ale pewnie , łatwiej napisać , że to był wypadek. Ludzie , obudźcie się!”.

No tak, brakowało jeszcze tylko teorii spiskowej. Wiadomo, przecież nikt nie ginie ot tak, po prostu. Pewnie zabiło go lobby szczepionkowców albo bojówki dżenderowe. Julita prychnęła, zamknęła przeglądarkę, odsłaniając otwarte pod spodem zdjęcie z wypadku.

Jeszcze raz spojrzała na wrak auta. Teraz, kiedy już nie musiała się śpieszyć, pisać tekstu na wyścigi… Nie mogła oprzeć się wrażeniu, że coś jest rzeczywiście nie tak. Nawet jeśli Buczek był mistrzem kierownicy, musiał wiedzieć, że wykonuje bardzo niebezpieczny manewr, że może się nie zmieścić. Gdzie tak pędził? I po co?

Julita zaczęła przeklikiwać zdjęcia: tym razem powoli, uważnie przyglądając się każdemu z nich, choć sama nie wiedziała, czego tak naprawdę szuka. Samochód był całkowicie zniszczony, ale nawet komisja smoleńska nie doszukałaby się we wraku śladów eksplozji. Klik, tablica rejestracyjna. Nic ciekawego. Klik, felga. Felga jak felga. Klik, zbliżenie na dłoń, zegarek. Julita, idąc przykładem telewizyjnych detektywów, od razu spojrzała na rozbity cyferblat i odczytała godzinę, na której zatrzymały się wskazówki… Po czym klepnęła się otwartą dłonią w czoło. Przecież wiesz, o której doszło do wypadku, kretynko, opieprzyła się w myślach, skup się!

Julita przeniosła wzrok na dłoń… I uniosła brwi. Paznokcie Buczka były w strasznym stanie. Połamane, zdarte, całe we krwi. Dziwne. Pracując w internetowym brukowcu, Julita zdążyła się napatrzeć na zdjęcia z wypadków drogowych. Obrażenia często były makabryczne: otwarte złamania, rozbite głowy, rozprute brzuchy. Ale palce? Palce, a już zwłaszcza paznokcie, zwykle wyglądały na nietknięte.

Dla pewności Julita przejrzała jeszcze nieopublikowane zdjęcia z kilku głośnych wypadków z ostatniego roku, które dostali z agencji. Miała rację. Wyszukała w internecie zdjęcia Buczka, zawęziła okres wyszukiwania do ostatniego miesiąca: Buczek na ściance obejmujący żonę (gustowny szary garnitur, włosy zaczesane na żel, uśmiech), Buczek na kanapie programu śniadaniowego (dżinsy i bluza z kapturem, żywa gestykulacja, opowiada pewnie jakąś anegdotkę). Zrobiła zbliżenie na dłonie. Paznokcie zadbane, równo przycięte, jakby świeżo po wizycie u manikiurzysty.

– Mogę zabrać kubeczek? – Słysząc głos pani Halinki, Julita aż podskoczyła.

– Hm? Nie, nie, zaparzę sobie jeszcze kawy.

– Pani Julitko kochana… Dwudziesta jest. Pójdzie pani lepiej do domu, odpocznie.

– Oj… Dziś to ja bym chyba nie zasnęła.

– Coś się stało?

Julita wstała od biurka, podniosła kubek.

– Właśnie próbuję się dowiedzieć.

Schab pieczony, sałata lodowa. Pasta tuńczykowa, kukurydza, majonez. Ser żółty, rzodkiewki, ogórek. Julita przerzucała owinięte w folię kanapki, szukając ulubionej bułki z salami z zielonym pieprzem i papryką. Obok ustawiała się już kolejka pracowników z całego biurowca: jedni trzymali plastikowe tacki ze swojskimi obiadkami, inni – hipsterskie jogurty z ziarnami chia i wrapy z tofu.

Wizyty Pana Bagietki były stałym punktem dnia, rytuałem biurowego życia. Zielone seicento przerobione na samochód dostawczy zajeżdżało zwykle pod budynek około dziesiątej, ale nerwowe oczekiwanie zaczynało się już za piętnaście. Ci, którzy siedzieli przy oknach, wyglądali co chwila na ulicę, reszta musiała polegać na komunikatach recepcjonistek. Na hasło „PAN BAGIETKA” ludzie zrywali się od komputerów i schodzili czym prędzej na parter. Nie wypadało co prawda biegać – to by jednak był obciach – ale co poniektórzy ruszali po jedzenie naprawdę żwawym krokiem, żeby na zakręcie wyprzedzić konkurencję, a szanowane zwykle zasady biurowego savoir-vivre’u, jak przytrzymywanie windy czy przepuszczanie w drzwiach, szły w odstawkę. W białych kołnierzykach budziły się atawistyczne instynkty zbieracko-łowieckie: kto pierwszy, ten lepszy.

Pan Bagietka dwoił się zaś i troił, niczym bóstwo z hinduskiego panteonu o dwudziestu rękach, był w stanie jednocześnie przyjmować banknoty, wydawać resztę, obsługiwać terminal do kart i wręczać klientom plastikowe sztućce. Wreszcie na dnie pudeł zostawały tylko nędzne resztki, na które mógł się skusić jedynie desperat: otwarta kanapka w folii umazanej masłem czy cieszące się złą sławą wrapy typu kebab.

Julicie, która była w połowie stawki, udało się złapać upragnioną bułkę. Wysupłała drobne, uśmiechnęła się, odbierając paragon, który od razu zmięła i wyrzuciła do kosza, po czym wróciła na trzecie piętro, do siedziby Meganewsów. W międzyczasie do biura przyjechała Mackowicz. Julita zastukała delikatnie w szklane drzwi. Szefowa zaprosiła ją do środka.

– Tak?

– Masz chwilę? Chciałabym pogadać.

– Do kolegium jeszcze siedem minut… – Mackowicz spojrzała na zegarek, który mierzył też czas, kroki, tętno, i rytm snu. – Starczy?

– Chyba tak.

– No, to zamieniam się w słuch. O co chodzi?

– O Buczka.

– Mhm?

– No więc… – zaczęła Julita. – Wiem, że to zabrzmi jak tania sensacja, ale… Wydaje mi się, że to nie był zwykły wypadek.

– Tania sensacja płaci nasze rachunki. – Mackowicz odchyliła się w krześle, oparła stopy o stojący pod biurkiem komputer. Miała mały tatuaż tuż nad kostką, sowę w okularach. – Także się nie krępuj.

– Przeglądałam jeszcze wczoraj zdjęcia… I coś jest nie tak z jego dłońmi. Wyglądają, jakby przed śmiercią… No, sama nie wiem. Pobił się z kimś? Coś szarpał?

– Która to fotografia? – Mackowicz obróciła monitor w jej stronę. Wyświetlał folder z miniaturami.

– Czekaj, czekaj… Ta tu.

Dwa kliknięcia myszką, zdjęcie się otworzyło. Mackowicz zmrużyła oczy, poprawiła okulary.

– Hm. No faktycznie.

– No i dodaj do tego, że jechał na złamanie karku, wpadł w ten zakręt jak wariat… Może przed kimś uciekał? Gonił kogoś?

Ktoś zapukał w szybę. Julita i Mackowicz odruchowo spojrzały w kierunku drzwi. Adam dawał znać, że za chwilę zaczyna się kolegium. Naczelna odesłała go zdawkowym gestem.

– Zdajesz sobie sprawę, że nie możemy wrzucić tego zdjęcia?

– Pewnie.

– A bez zdjęcia ta historia nie zadziała.

– Tak, tak, dlatego właśnie… Chciałabym się temu bliżej przyjrzeć. Powęszyć trochę.

Mackowicz z początku nie odpowiedziała. Zamknęła zdjęcie, przestawiła monitor z powrotem do siebie.

– Julita… Wiem, że chcesz być prawdziwą dziennikarką. Szanuję to. Ale nie oszukujmy się… Meganewsy to nie jest miejsce, gdzie możesz te ambicje realizować. My tu nie piszemy artykułów śledczych, tylko dziesięć trików na to, jak mieć płaski brzuch i zgrabną dupę. Jeśli chcesz, umówię cię z kimś z redakcji „Poprzek” i możesz przekazać temat, wtedy…

– Nie. – Julita weszła jej w słowo. – Nie chcę.

Mackowicz zabębniła palcami po blacie. Traciła cierpliwość.

– Ile mieliśmy wczoraj wejść? – spytała Julita. – Sto tysięcy unikalnych odwiedzin, trzysta tysięcy odsłon! Trzy razy więcej niż normalnego dnia. Za sprawą jednego artykułu!

– Nie za sprawą artykułu. Za sprawą donosu. Z całym szacunkiem, twój tekst tu nie miał żadnego znaczenia. Po prostu był, żeby ludzie wiedzieli, na co patrzą. Gimnazjalista mógł to napisać.

Julita odwróciła głowę. I ugryzła się w język.

– Wiesz, ile dostajemy za jedno kliknięcie w reklamę? – spytała Mackowicz. – Adam ci kiedyś mówił? Trzydzieści pięć groszy. A klika około cztery procent odwiedzających. To teraz policz sobie, jaką fortunę zgarnęliśmy na tych trzystu tysiącach odsłon.

Większość kolegów po fachu Julity określała się jako „humaniści”. Nie znaczyło to zwykle, że mieli szeroką wiedzę z zakresu literatury czy sztuki, tylko że o matematyce wiedzieli jeszcze mniej. Julita, córka nauczyciela fizyki i księgowej, liczyła niczym kalkulator. Szybko przemnożyła w głowie podane przez Mackowicz liczby. Wyszło jej cztery tysiące dwieście. Brutto. A trzeba było jeszcze odjąć od tego wynagrodzenie za donos, honorarium fotografa z agencji…

– Żeby ten biznes się w ogóle opłacał, każdy z was musi wrzucić kilka tekstów dziennie. Jeśli jesteś poza biurem, nie piszesz. A jeśli nie piszesz, generujesz straty.

– A gdybym pracowała nad tym tematem po godzinach? We własnym zakresie?

Mackowicz wstała od biurka, dosunęła krzesło.

– We własnym zakresie możesz być sobie i Orianą Fallaci – odparła. – Pod warunkiem, że nie wpłynie to na twoją pracę w Meganewsach. Julita… Masz dobre wyniki, w styczniu będą rozmowy roczne… Nie spieprz tego, okej?

– Jasne. A… A jeśli coś znajdę?

– To oczywiście to opublikuję. – Mackowicz zawiesiła głos, jakby się nad czymś zastanawiała. – I dorzucę ci do pensji mały bonus… W wysokości stawki, jaką zwyczajowo dajemy za nadesłany cynk. Umowa stoi?

Tysiąc pięćset złotych! Za jeden tekst! Julita nie musiała się długo zastanawiać.

– Stoi.

– No to chodź, zanim Adam zamęczy wszystkich na śmierć.

Faktycznie, wicenaczelny rozpoczął jeden ze swoich słynnych monologów. Niczym głuszec, który tak zatraca się w swym śpiewie, że przestaje dostrzegać otaczający go świat, Adam prowadził nafaszerowany żargonem wywód – targety, kejpiaje, bernrejty! – niepomny na puste spojrzenia i tłumione ziewnięcia.

Ku wyraźnej uldze zebranych Mackowicz przejęła pałeczkę i zaczęła po prostu rozdzielać tematy. Zamówiła jeszcze parę tekstów wspominkowych o Buczku, w tym jeden od Julity, coś o uchodźcach, nadchodzącej walce Pudziana w lidze MMA i rekomendacjach modowych Kasi Tusk na sezon zimowy. Potem przyszła pora na reklamę natywną, czyli, mówiąc wprost – teksty sponsorowane, które udają artykuły. Tym razem trzeba było napisać tekst o wyższości szczoteczek elektrycznych nad tradycyjnymi, przypadkiem niby podając markę i model podsunięty przez zleceniodawcę. Całe szczęście, to zadanie przypadło komu innemu. Mimo że Julita pisała już w Meganewsach o różnych durnotach, niczego nie wstydziła się jednak tak bardzo, jak robionego na zamówienie rankingu koncentratów pomidorowych. Do tej pory znajomi dopiekali jej, cytując fragmenty tego tekstu. „Zmysłowo intensywny w smaku i aromacie, koncentrat marki Pommodoro stanowi znakomitą bazę do zup, sosów oraz sals. Mmm! Można go jeść łyżkami!”.

– Aha, i jeszcze jedno – powiedziała Mackowicz pod koniec spotkania. – Mam zaproszenie na premierę Papieża, który został świętym na wieczór, ale coś mi wyskoczyło… Wójcicka? Chciałabyś pójść za mnie?

Wyrwana z zamyślenia, Julita się zawahała. Planowała tego wieczoru trochę popracować, zacząć swoje śledztwo… Z drugiej strony, jeden dzień w tę czy we w tę nie zrobi większej różnicy, a okazja, żeby poobracać się wśród gwiazd, może się szybko nie powtórzyć.

– Pewnie, że tak.

– No, to załatwione. – Naczelna przekazała jej elegancką kopertę z lakierowanego papieru. – A teraz do roboty.

Wiesława Maczek porównywała oferty ocieplanych kozaków na Allegro. Robiło się coraz chłodniej, w mokasynach marzły jej już stopy, a stare zimowe buty miały zepsuty suwak. Niby mogła je oddać do naprawy, przecież wymiana suwaka to raptem piętnaście złotych, ale skaj na noskach był już pozdzierany, cholewy wytarte, a fleki trzymały się na słowo honoru. Krótko mówiąc, skórka niewarta wyprawki.

Problem w tym, że Wiesława Maczek nie lubiła wydawać pieniędzy. Mimo że oboje z mężem zarabiali przyzwoicie, a dzieci dawno już były na swoim, liczyła każdy grosz. Skrupulatnie wycinała kupony zniżkowe z kolorowych tygodników, nasłuchiwała reklam supermarketów, gdzie w tym tygodniu mięso wieprzowe za osiem dziewięćdziesiąt dziewięć za kilogram, powtarzam, osiem dziewięćdziesiąt dziewięć za kilogram, a stare koszulki cięła na szmatki.

Dlatego właśnie Wiesława dokładnie przygotowywała się do zakupu. Kiedyś jeździłaby po sklepach i bazarach, porównując ceny, szukając najniższej oferty. Ale teraz robiła to w internecie. Tablet dostała od córki w zeszłe święta. Z początku ją zrugała, że bez sensu marnuje pieniądze, że przecież może sobie wszystko wyszukać na komputerze w bibliotece, a potem zapisać na karteczce. Ale z perspektywy czasu musiała przyznać, że to był dobry zakup: tablet był prosty w użyciu, lekki, poręczny. No i dzięki niemu oszczędzała na paliwie, na które musiałaby wydać przy okazji jeżdżenia po sklepach.

Wreszcie znalazła dobrą ofertę. Czarne kozaki pod kolano, z zamszu ze wstawką z lycry, na płaskim obcasie. Wiesława powiększyła zdjęcie, przeciągając palcami po szklanej tafli. Buty wyglądały na wąskie; niedobrze, mogą uciskać. Wiesława miała haluksy, nie jakieś znowu straszne, ale jednak uprzykrzały życie.

Odłożyła tablet, spojrzała na sine stopy wystające spod prześcieradła. Ten to nie miał takich problemów, pomyślała. W baletkach mógłby chodzić, gdyby chciał. Gdyby żył.

No nic, pomyślała, pora wracać do roboty. Poprawiła okulary i zaczęła sczytywać notatki z przeprowadzonej przed chwilą sekcji zwłok. Przyczyna zgonu była oczywista: obrażenia odniesione w wyniku wypadku drogowego. Pęknięcie czaszki, przerwanie rdzenia kręgowego na odcinku lędźwiowym, krwotok wewnętrzny, długo by wymieniać. Ale prokurator Cezary Bobrzycki podjął dobrą decyzję, występując z wnioskiem o autopsję – Wiesława odnotowała pewne aberracje. Mimo że samochód wyposażony był w poduszki powietrzne i doszło do ich otwarcia, obrażenia były typowe dla wypadku, w którym uderzenie nie było amortyzowane. Wiesława pomyślała, że denat jechał może jakimś gruchotem, który od pięciu lat nie był na przeglądzie, i poduszki były wadliwe, ale Bobrzycki zaprzeczył: auto było nowoczesne, z najwyższej półki, w papierach wszystko się zgadzało. A więc co się stało? Hipoteza prokuratora była taka, że poduszki mogły otworzyć się za późno, z sekundą zwłoki. Oczywiście, musiała to sprawdzić policja, ale jeśli podejrzenia Bobrzyckiego by się sprawdziły, byłaby z tego niezła afera – rodzina denata mogłaby wystąpić o wielomilionowe odszkodowanie od producenta auta. Muszę to powiedzieć staremu, pomyślała Wiesława. Od roku smędził, żeby sprzedać ich volkswagena passata. Samochód ma prawie dwadzieścia lat, mówił, najwyższa pora kupić jakiś nowy model: wygodny, ekologiczny, bezpieczny. No i proszę, jak to z tym bezpieczeństwem. Przenieśli fabryki do Chin i wszystko się psuje, jak tylko wygaśnie gwarancja.

Wiesława przewinęła stronę, zaczęła czytać kolejny akapit. Oczywiście, odnotowała nietypowe obrażenia palców – zakrwawione, połamane paznokcie – do których nie mogło dojść w trakcie wypadku. Stwierdziła, że rany były świeże i odniesione in vivo: albo tuż przed tym, jak denat wsiadł do auta, albo w trakcie jazdy. Jak dokładnie do tego doszło, nie była w stanie powiedzieć – ale wyciągnęła spod paznokci kawałki materiału, które zostały przekazane do laboratorium.

Poza tym Wiesława Maczek stwierdziła jeszcze ślady samookaleczania: cienkie blizny na przedramionach, prawdopodobnie wynik nacięć żyletką albo ostrzem o podobnej charakterystyce. Tak to jest z tymi aktorami, pomyślała, na okładkach „Vivy!” i „Gali” to wszyscy uśmiechnięci, a jak tylko pogrzebać, to wychodzi, że każdy ma nierówno we łbie. No, ale blizny były stare, sprzed kilku lat, więc dla dochodzenia prokuratora Bobrzyckiego nie miały żadnego znaczenia.

Zadowolona, Wiesława przybiła pieczątkę na końcu dokumentu (prof. dr hab. n. med. Wiesława Maczek, Spec. Patomorfolog), następnie sięgnęła po tablet, odświeżyła stronę sklepu. A co tam, pomyślała, kupię. Najwyżej potem się odeśle.

Julita szybko napisała kilka krótkich tekstów, żeby tylko wyrobić dniówkę, po czym wzięła się za pracę nad większym materiałem o Buczku. Nie dostała żadnych konkretnych wytycznych, poza tym, że ma być „wspominkowo” – postanowiła więc zrobić materiał pod tytułem „20 najfajniejszych odcinków Niebieskich Migdałów”. Po pierwsze, dlatego że galerie generowały dużo klików: czytelnik musiał przewijać strony, za każdym razem wyświetlając nowe reklamy. Po drugie, zauważyła, że ostatnio modna robi się nostalgia za latami 80 i 90. – Spice Girls, nie tak dawno obciachowe, nagle stały się drugą ABBĄ, na placu Zbawiciela coraz częściej widywało się wąsy à la Krzysztof Krawczyk i fryzury na Majkę Jeżowską, po fejsie znowu latał obrazek z kasetą i ołówkiem („Dzisiejsze dzieciaki nigdy nie zgadną, co łączy te dwa przedmioty!”). Na tej fali stare nagrania z Panem Migdałem mogą popłynąć. Po trzecie wreszcie – była to dobra wymówka, żeby przez parę godzin pooglądać w pracy telewizję.

Julita wyszukała na YouTubie archiwalne odcinki. Niektóre z nich pamiętała jeszcze z czasów dzieciństwa, inne widziała po raz pierwszy. Większość z nich była zabawna – jak ten, w którym pięciolatek tłumaczy Panu Migdałowi, skąd się biorą dzieci („To jest tak jak z pscółkami i kwiatkami, tylko ze jesce potsebny jest siusiak!”), albo ten, w którym bracia bliźniacy, którzy wymarzyli sobie, że będą rycerzami, uciekli z wrzaskiem na widok przebranego za smoka aktora.

Julita umieściła jednak na pierwszym miejscu odcinek o zupełnie innym wydźwięku, ten z siedmioletnią Dorotką z Inowrocławia, która marzyła o tym, żeby jeździć konno, ale była niepełnosprawna – nie miała władzy w nogach. Pan Migdał przeszedł wtedy samego siebie: nie dość, że ściągnął na Woronicza konia, to jeszcze wykombinował skądś specjalne siodło, z oparciem na plecy i pasami, w którym dziewczynka mogła siedzieć prosto. Prowadzony za uzdę koń chodził w koło po studiu udekorowanym na Dziki Zachód (namalowane tło z Wielkim Kanionem, wycięte z tektury kaktusy, tipi z kijów od szczotek i koca, statyści w kowbojskich kapeluszach), a Dorotka głaskała go po grzywie – i płakała, płakała, płakała, doprowadzając w końcu do łez też swoich rodziców i dzieci na widowni. Kiedy na koniec odcinka Pan Migdał zadawał zwyczajowe pytanie: „Czy spełniłem twoje marzenie?”, głos mu się łamał. Dorotka nie była w stanie odpowiedzieć, tylko kiwnęła głową, z trudem powstrzymując drżenie ust. Julita ukradkiem wytarła szklące się oczy. Nawet teraz, po latach, nagranie łapało za serce.

Julita skończyła formatować galerię i wrzuciła ją do sieci. Materiał szybko powędrował na listę najczęściej wyświetlanych artykułów, zaczął krążyć po Facebooku i Twitterze, zalinkowało go parę konkurencyjnych stron. Julity wcale to nie zdziwiło. Portale plotkarsko-informacyjne tworzyły skomplikowany ekosystem. Z jednej strony wściekle ze sobą konkurowały, przekraczając kolejne granice w wyścigu o czas i uwagę internautów, z drugiej zaś wzajemnie się promowały, nagłaśniając trendujące teksty. To generowało dodatkowy ruch nie tylko na stronie, która pierwsza opublikowała dany materiał, ale także na portalu odsyłającym. Win-win, pełna symbioza. W przypadku wyjątkowo gorących tematów wyzwalało to reakcje łańcuchowe: Pudelek cytował Kozaczka, który powoływał się na Pomponika, który bazował na Plotku, który z kolei linkował do Fakt.pl. Tym sposobem tekst o tym, że jedna z celebrytek włożyła kusą spódniczkę, generował kliknięcia nie dla jednego, a dla czterech portali. Ot, internetowa alchemia.

Julita wyłączała komputer z poczuciem dobrze wykonanej roboty. Spojrzała na zegarek. Dochodziła osiemnasta, a premiera była dopiero na dwudziestą pierwszą, miała więc dość czasu, żeby wrócić do domu i przebrać się w coś bardziej wystrzałowego niż legginsy i bluza z kapturem. Pozostawał jeden problem do rozwiązania: kogo wziąć ze sobą?

Kiedyś odpowiedź na to pytanie byłaby oczywista: Rafała. Chłopaka, z którym zeszła się jeszcze w liceum, który przyjechał za nią z Żukowa. Wielka miłość: szeptane rozmowy kończone licytacją, kto pierwszy odłoży słuchawkę, książki z wierszami Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej w dedykacjach („lecz widać można żyć bez powietrza!”), wyjścia do kina, z których wychodzili zarumienieni, nie zobaczywszy zbyt wiele filmu, pierwszy raz w zaparowanym namiocie, na śpiworze śliskim od potu.

W Warszawie przestało im się układać. Rafał, absolwent kulturoznawstwa, szukał pracy w muzeach, instytutach, fundacjach. Znalazł ją dopiero w sklepie z elektroniką, gdzie ubrany w niebieską koszulkę z firmowym logo, pomagał zagubionym klientom dokonać wyboru smartfona, laptopa albo kapsułkowego ekspresu do kawy. Zarabiał mało, a wydawał dużo: wynajem mieszkania, karta miejska, rachunki, jedzenie, w Warszawie wszystko było drogie. Status jego konta szybko spadał do trzech cyfr, a pod koniec miesiąca – do dwóch, czasem poprzedzonych minusem. Zaczęli się kłócić. O to, kto w zeszłym tygodniu płacił za jajka, a kto przekroczył limit na internet, kto miał cięższy dzień w pracy i był bardziej zmęczony, a kto nie odwiesił ścierki na miejsce.