Wydawca: Amber Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 403 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ukryta głębia - Ann Cleeves

Inspektor Vera Stanhope to postać zupełnie wyjątkowa wśród bohaterek literatury kryminalnej. Inteligentna, odważna, bezkompromisowa, ale kierująca się emocjami samotna czterdziestoparolatka, ma poczucie humoru i cięty język. Nie przywiązuje wagi ani do swojego wyglądu, ani do swojego życia. Jej życie napiętnowane jest bolesnymi przeżyciami, a dzieciństwo naznaczone cierpieniem. A mimo to traktuje innych z taką empatią, ciepłem i serdecznością, i tak przeżywa każde śledztwo.

 

Właśnie ta życzliwość, zrozumienie dla ludzkich tragedii i ludzkich słabości sprawia, że Vera jest świetną detektyw, całkowicie oddaną swojej pracy. Razem z młodym detektywem Joe Ashworthem, swoją prawą ręką i niemal przybranym synem, rozwiązuje sprawy przerażających zbrodniw małych odosobnionych społecznościach, których mieszkańcy mają – jak u Becketta - swoje straszne sekrety.

Małe miasteczko na wybrzeżu Nortumbrii. Piętnastoletni Luke zostaje uduszony i położony w wannie wypełnionej wodą udekorowanej kwiatami.

Wkrótce na plaży zostaje znalezione ciało młodej nauczycielki Lily – w pozostawionej przez odpływ wodzie pełnej kwiatów...

 

Stylizacja miejsc zbrodni każe inspektor Verze Stanhope szukać odpowiedzi na pytanie, dlaczego morderca robi ze śmierci swoiste dzieło sztuki.

Stopniowo pojawiają się pierwsze wskazówki, ale Verę najbardziej interesuje grupa ornitologów, którzy znaleźli ciało Lily. Co naprawdę łączy tych czterech mężczyzn i kobietę? Czy są naprawdę zaufanym gronem bliskich przyjaciół, za jakich się podają?

 

Śledztwo Very odsłania powoli prywatne - i erotyczne - życie mieszkańców spokojnego miasteczka i ich mroczne sekrety. Czas ucieka. Kto czeka na odpowiednią chwilę, by wznieść następny piękny ołtarz z wody i kwiatów…?

Opinie o ebooku Ukryta głębia - Ann Cleeves

Fragment ebooka Ukryta głębia - Ann Cleeves

Redakcja stylistyczna

Dorota Kielczyk

Korekta

Renata Kuk

Halina Lisińska

Projekt graficzny okładki

Małgorzata Cebo-Foniok

Zdjęcie na okładce

© ITV Studios/Helen Turton

Tytuł oryginału

Hidden Depths

Copyright © 2007 by Ann Cleeves

All rights reserved.

For the Polish edition

Copyright © 2013 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 978-83-241-4817-2

Warszawa 2013. Wydanie I

Wydawnictwo AMBER Sp. z o.o.

02-952 Warszawa, ul. Wiertnicza 63

tel. 620 40 13, 620 81 62

www.wydawnictwoamber.pl

1

Julie wytoczyła się z taksówki i popatrzyła za odjeżdżającym autem. Zatrzymała się na chwilę przed furtką, żeby się ogarnąć. Nie chciała wyglądać na zalaną po tych wszystkich pogadankach, jakie urządzała dzieciakom. Gwiazdy zawirowały i dały nura w niebo; omal nie zwymiotowała. Ale miała to gdzieś. To był fajny wieczór, pierwszy od wieków spędzony z dziewczynami. Choć to nie dzięki dziewczynom okazał się tak wyjątkowy, pomyślała i uświadomiła sobie, że ma na twarzy szeroki, błogi uśmiech. Całe szczęście, że jest ciemno i dookoła nie ma nikogo, kto by to zobaczył.

Pod drzwiami przystanęła jeszcze raz i zaczęła grzebać w torebce między kredkami do oczu, chusteczkami ze śladami szminki i drobniakami w poszukiwaniu klucza. Jej dłoń natrafiła na skrawek papieru: oddarty róg barowego menu. Numer telefonu i nazwisko. „Zadzwoń niedługo”. A dalej serduszko. Pierwszy mężczyzna, jakiego dotknęła, od kiedy odszedł Geoff. Jeszcze czuła jego plecy pod palcami, kiedy tańczyli. Jaka szkoda, że musiał wyjść wcześniej.

Zatrzasnęła torebkę i nasłuchiwała przez chwilę. Nic. Było tak cicho, że słyszała szum w uszach po głośnej klubowej muzyce, tak jakby ktoś uciskał jej bębenki. Czy to możliwe, że Luke śpi? Laura mogłaby spać bez przerwy, ale jej synowi jakoś nigdy to się nie udawało. Nawet teraz, kiedy nie chodził już do szkoły i nie miał po co się tak wcześnie zrywać, zwykle budził się przed nią. Otworzyła drzwi i znów nasłuchiwała, wysuwając stopy z pantofli, które potwornie ją cisnęły od chwili, kiedy wiele godzin temu wysiadła z metra. Rany, nie tańczyła tak, odkąd skończyła dwadzieścia pięć lat. W domu panowała cisza. Żadnej muzyki, telewizji, odgłosów komputera. Bogu dzięki, pomyślała. Cholera, Bogu dzięki. Chciała spać i mieć seksowne sny. Gdzieś na dworze, na ulicy, ktoś uruchomił silnik samochodu.

Włączyła światło. Jaskrawy blask boleśnie zaatakował jej głowę; żołądek znów wywrócił się do góry nogami. Rzuciła torebkę i pobiegła na górę, do łazienki, potykając się w połowie drogi. Nie miała najmniejszego zamiaru zwymiotować na nową wykładzinę w przedpokoju. Drzwi łazienki były zamknięte, w szparze na dole zobaczyła światło. Ze schowka z bojlerem dobiegało słabe gulgotanie – zbiornik się napełnia. Typowe. Rano potrzeba było długich godzin perswazji, żeby zapędzić Luke’a pod prysznic, po czym nagle postanawiał wziąć kąpiel w środku nocy. Zapukała, ale niezbyt nagląco. Mdłości minęły.

Luke nie odpowiedział. Widocznie znowu ma te swoje humory. Julie wiedziała, że to nie jego wina i że powinna być cierpliwa, ale czasami miała ochotę go udusić, kiedy robił się taki dziwny. Przeszła przez piętro do pokoju Laury. Patrząc na śpiącą córkę, nagle się rozczuliła. Pomyślała, że musi spędzać z nią więcej czasu. Czternaście lat to trudny wiek dla dziewczynki, a Julie była ostatnio tak zaabsorbowana Lukiem, że Laura wydawała jej się niemal kimś obcym. Nawet nie zauważyła, kiedy jej córka wydoroślała. Teraz leżała na plecach, z nastroszonymi włosami, bardzo czarnymi na tle poduszki, chrapiąc lekko z otwartymi ustami. Fatalna pora dla alergików. Julie zauważyła, że okno jest otwarte, i choć było gorąco, zamknęła je, żeby nie wpadały pyłki. Światło księżyca zalewało łąkę za domem, gdzie dopiero co skoszono trawę.

Wróciła do drzwi łazienki i otwartą dłonią zabębniła w drzwi.

– Hej, będziesz tam siedział całą noc? – Po trzecim uderzeniu drzwi się otworzyły. Luke nie przekręcił zamka. Poczuła zapach olejku do kąpieli, ciężki i słodki, którego nie rozpoznawała; to na pewno nie jej. Ubranie syna leżało starannie poskładane na desce klozetowej.

Zawsze był piękny, nawet jako dziecko. O wiele ładniejszy od Laury, co wydawało się absolutnie nie w porządku. Wszystko przez te jasne włosy i ciemne rzęsy. Długie, ciemne rzęsy. Julie wpatrywała się w niego – leżał całkowicie zanurzony, a włosy unosiły się ku powierzchni jak wodorosty. Ciała nie widziała z powodu kwiatów. Pływały w pachnącej wodzie. Tylko główki, bez łodyg i liści. Duże złocienie – rosły na polach kukurydzianych, kiedy była dzieckiem. Przerośnięte maki, których czerwone płatki w wodzie zrobiły się przejrzyste. I ogromne niebieskie kwiaty; widywała takie w ogródkach we wsi, ale nie potrafiła ich nazwać.

Chyba krzyknęła. Usłyszała ten odgłos, jakby wydał go ktoś inny. Ale Laura i tak spała, Julie musiała nią potrząsnąć, żeby ją obudzić. Dziewczyna otworzyła oczy nagle, bardzo szeroko. Wyglądała na przerażoną, więc Julie zaczęła wygadywać jakieś kłamstwa:

– Wszystko dobrze, słonko. Wszystko w porządku. Ale musisz wstać.

Laura zwiesiła nogi z łóżka. Trzęsła się, choć nadal była półprzytomna. Julie objęła ją i podpierała, kiedy razem, potykając się, schodziły na dół. I stały tak, półobjęte na progu domu sąsiadki, a cień na ścianie, jaki rzucały w świetle latarni, przypominał Julie ludzi ze zwariowanych wyścigów na trzech nogach. Albo pijanych studentów plączących się od pubu do pubu. Nie przestawała wciskać guzika dzwonka, aż na górze zapaliły się światła, rozległy kroki i miała już kogoś, z kim mogła dzielić ten koszmar.

2

Felicity Calvert niepokoiło to, że tak bardzo pochłonął ją seks. Kiedyś w poczekalni u lekarza przeczytała artykuł, że nastoletni chłopcy myślą o seksie mniej więcej co sześć minut. Wtedy jakoś trudno jej było w to uwierzyć. Jak ci młodzi ludzie mogli prowadzić normalne życie – uczyć się, oglądać filmy, grać w piłkę – skoro tak często coś ich rozpraszało? A co z jej własnym synem? Patrząc, jak James bawi się klockami lego na podłodze, nie potrafiła sobie wyobrazić, że za parę lat i on znajdzie się w szponach tej obsesji. Teraz jednak uważała, że to wyliczenie – sześć minut przerwy między seksualnymi fantazjami – mogło być dość ostrożną oceną. Przynajmniej w jej przypadku. Już od jakiegoś czasu świadomość istnienia własnego ciała i jego reakcji towarzyszyła jej przy każdej czynności; krępujące, czasem przyjemne tło codziennego życia. Wydawało się to nieodpowiednie u kogoś w jej wieku. Jakby wybrała się na pogrzeb w różowej sukience.

Zbierała w ogrodzie pierwsze truskawki. Ostrożnie wsunęła dłoń między folię a podściółkę ze słomy i uniosła siatkę. Truskawki były jeszcze małe, ale powinno ich wystarczyć na podwieczorek dla Jamesa. Spróbowała jednej – ciepła od słońca i bardzo słodka. Felicity spojrzała na zegarek, już prawie pora na szkolny autobus. Za dziesięć minut musi umyć ręce i wyjść po Jamesa; przystanek był kawałek dalej, przy głównej drodze. Nie zawsze chodziła. Twierdził, że jest już dość duży, żeby samemu wracać do domu, i oczywiście miał rację. Ale dzisiaj wziął ze sobą skrzypce, więc ucieszy się na jej widok, bo mu pomoże nieść rzeczy. Przez moment zastanawiała się, czy dziś będzie stary kierowca autobusu, czy ten młody, z muskularnymi ramionami i w podkoszulku bez rękawów, po czym znów spojrzała na zegarek. Raptem dwie minuty od ostatniej myśli o seksie. Wróciła refleksja, że w jej wieku to zwyczajnie śmieszne.

Felicity, lat czterdzieści siedem, miała męża i czwórkę dzieci. Na litość boską, miała nawet wnuka. Jej mężowi Peterowi za parę lat stuknie sześćdziesiątka. Te bańki żądzy wypływały na powierzchnię ni z tego, ni z owego, w najmniej spodziewanych momentach. Nie rozmawiała o tym z Peterem. Oczywiście że nie. I z pewnością nie on był obiektem jej pożądania. Ostatnio rzadko się kochali.

Wstała i ruszyła po trawie do kuchni. Fox Mill stał na miejscu dawnego młyna wodnego. Ten duży dom został zbudowany w latach trzydziestych jako nadmorska letnia rezydencja jakiegoś właściciela statku z miasta. I sam wyglądał jak statek z tymi swoimi opływowymi, falistymi liniami, z przepływającym obok młyńskim strumieniem. Wielki statek w stylu art déco, zupełnie nie na miejscu wśród płaskich pól, z dziobem wycelowanym w stronę Morza Północnego, a rufą odwrócony do gór Northumbrii* na horyzoncie. Długa weranda rozciągała się wzdłuż jednej ściany niczym pokład widokowy, zupełnie niepraktyczny, bo w tych okolicach rzadko bywało dość ciepło, żeby posiedzieć na dworze. Felicity uwielbiała ten dom. Nigdy by sobie go nie kupili z akademickiej pensji, ale niedługo po ich ślubie zmarli rodzice Petera i syn odziedziczył cały majątek.

Postawiła siatkę z truskawkami na stole i przejrzała się w lustrze w przedpokoju; przeczesała włosy palcami, lekko pociągnęła szminką usta. Była starsza niż matki kolegów Jamesa i przerażała ją myśl, że mógłby się jej wstydzić.

Przy dróżce kwitły czarne bzy. Od ich zapachu kręciło jej się w głowie, dławiło w gardle. Po obu stronach, za żywopłotami dojrzewała kukurydza. Tutaj rosła tak gęsto, że nie było miejsca na kwiaty, ale na ich polu, bliżej domu rosły jaskry, koniczyna i wyka. Dziurawy asfalt falował w oddali od upalnej mgiełki. Słońce świeciło bez przerwy od trzech dni.

W ten weekend były urodziny Petera i Felicity planowała, co zrobić. W piątek wieczorem przyjadą chłopcy. Tak o nich myślała, choć Samuel miał tyle samo lat co ona. Ale jeśli pogoda się utrzyma, to w sobotę urządzą sobie piknik na plaży, wycieczkę do Farnes, żeby popatrzeć na maskonury i nurzyki. James bardzo by się ucieszył. Mrużąc oczy, spojrzała w niebo; próbowała wyczuć zbliżający się zimny front, dostrzec najmniejszą chmurkę na horyzoncie. Nie zauważyła żadnej. Przy takiej temperaturze można by nawet popływać, pomyślała i wyobraziła sobie, jak fale uderzają o jej ciało.

Kiedy dotarła na koniec dróżki, nie było jeszcze widać autobusu. Wspięła się na drewnianą platformę, na której kiedyś bańki z mlekiem czekały na furgonetkę z mleczarni. Ciepłe drewno pachniało smołą. Odchyliła się do tyłu i wystawiła twarz do słońca.

Za dwa lata James pójdzie do gimnazjum. Przerażała ją ta perspektywa. Peter mówił, żeby posłać go do prywatnej szkoły w mieście, on sam tam chodził. Widywała w metrze chłopców stamtąd, w pasiastych marynarkach. Wydawali się bardzo głośni i pewni siebie.

– Ale jak on tam będzie dojeżdżał? – Tak naprawdę nie o to się martwiła. Uważała, że nie powinni wywierać takiej presji na Jamesa. To powolne, rozmarzone dziecko. Lepiej poradzi sobie, kiedy będzie pracował we własnym tempie. Publiczna szkoła w sąsiedniej wsi bardziej by mu odpowiadała. Nawet gimnazjum w Morpeth, gdzie uczyła się reszta jej dzieciaków, wydawało jej się zbyt wymagające.

– Będę go zawoził i przywoził – odparł wtedy Peter. – Po lekcjach i tak organizują tam mnóstwo zajęć. Może czekać, aż skończę pracę.

To jeszcze gorzej nastroiło ją do tego planu. Czas, który spędzali z Jamesem razem po jego powrocie ze szkoły, był wyjątkowy. Uważała, że bez tego straci syna.

Usłyszała autobus, z warkotem wspinał się po stoku. Usiad­ła prosto i, mrużąc oczy od słońca, patrzyła, jak pojazd się zbliża. Za kierownicą siedział Stan, ten stary. Pomachała do niego, żeby ukryć rozczarowanie. Zwykle na tym przystanku wysiadało troje dzieci: bliźniaczki z farmy i James. Dziś najpierw wysiadł ktoś obcy: dziewczyna w sandałach z rzemyków i w czerwono-złotej sukience bez rękawów, z dopasowaną górą i obfitą, powiewną spódnicą. Felicity z zachwytem patrzyła na tę sukienkę, jej krój, żywe kolory – dzisiejsza młodzież wybierała raczej czerń i szarości, nawet latem – a kiedy zobaczyła, że kobieta pomaga Jamesowi z torbami i skrzypcami, natychmiast ją polubiła. Bliźniaczki przeszły przez jezdnię i pobiegły polną drogą w stronę farmy, autobus odjechał, a ich trójka została przy żywopłocie trochę skrępowana.

– To panna Marsh – oznajmił James. – Pracuje w naszej szkole.

Dziewczyna miała dużą słomianą torbę na skórzanym pasku, przewieszoną przez ramię. Wyciągnęła rękę, bardzo brązową, długą i kościstą. Torba zsunęła się jej z barku i Felicity zauważyła, że w środku są tekturowe teczki i książka z biblioteki.

– Lily. – Jej głos brzmiał czysto. – Jestem studentką. Mam tu ostatnią praktykę. – Uśmiechnęła się tak, jakby się spodziewała, że Felicity będzie miło ją poznać.

– Powiedziałem pannie Marsh, że może przyjechać i zostać w naszym domku gościnnym. – James, wolny od ciężarów, ruszył drogą, nie przejmując się, która z dorosłych weźmie jego rzeczy.

Felicity nie bardzo wiedziała, co powiedzieć.

– Ale wspomniał, że szukam stancji, prawda? – spytała Lily.

Felicity pokręciła głową.

– Rany, spalę się ze wstydu. – Mimo to nie wyglądała na zbytnio zawstydzoną. Musiała być bardzo pewna siebie, bo ta sytuacja nawet ją rozbawiła. – Codzienne dojazdy z New­castle bez samochodu to był koszmar. Dyrektor spytał na apelu, czy ktoś słyszał o jakimś miejscu do mieszkania. Myślałam o pokoju w pensjonacie lub u kogoś. Wczoraj usłyszałam od Jamesa, że macie domek na wynajem. Próbowałam dzwonić dziś po południu, ale nikt nie odbierał. Wyjaśnił, że pani jest w ogrodzie i że tak czy inaczej mam przyjechać. Zakładałam, że z panią rozmawiał. Trudno mu odmówić…

– O tak, potrafi być bardzo uparty – przyznała Felicity.

– To nic, nie ma problemu. Takie śliczne popołudnie. Przejdę się do wsi, a stamtąd złapię o szóstej autobus do miasta.

– Proszę mi pozwolić się nad tym zastanowić – odparła Felicity. – A na razie zapraszam na herbatę.

W domku pomieszkiwali już wcześniej najemcy, ale jakoś nigdy się to nie sprawdziło. Na początku ona i Peter cieszyli się z dodatkowego dochodu. Nawet z pieniędzmi po rodzicach męża z trudem spłacali kredyt. Potem, przy trójce dzieci poniżej piątego roku życia myśleli, że mogłaby tam mieszkać opiekunka. Ale wiecznie dochodziły do nich skargi, że zimno, cieknie kran i nie ma nowoczesnych wygód. A oni sami czuli się nie najlepiej z obcą osobą tak blisko rodziny. Odpowiedzialność za lokatorów odczuwali jako dodatkowy stres. I choć żaden z nich nie był szczególnie kłopotliwy, ich wyprowadzkę zawsze przyjmowali z ulgą. „Nigdy więcej”, oznajmił Peter, kiedy wyjechała ostatnia rezydentka, szwedzka au pair usychająca z tęsknoty za domem. Felicity martwiła się, co jej mąż powie na kolejną młodą kobietę pod bokiem, choćby tylko na cztery tygodnie do końca semestru.

Usiadły przy kuchennym stole. Morska bryza owiewała je i wydymała muślinową firankę w oknie. Felicity Calvert pomyślała, że chyba pozwoli dziewczynie zająć domek. Peter nie powinien mieć wielkich pretensji, bo to na krótko.

James siedział z nimi z nożyczkami i klejem, otoczony wycinankami z papieru. Pił sok pomarańczowy i wyklejał urodzinową kartkę dla ojca – dość skomplikowane dzieło: zdjęcia Petera wzięte ze starych albumów tworzyły kolaż wokół wielkiej sześćdziesiątki ze wstążki i brokatu. Lily podziwiała pracę chłopca i wypytywała o zdjęcia. Felicity wyczuwała, że zainteresowanie studentki sprawia Jamesowi przyjemność, i przepełniła ją wdzięczność.

– Skoro mieszka pani w Newcastle – powiedziała – to pewnie będzie pani wyjeżdżała na weekendy. – Uznała, że to kolejny argument dla Petera. „Posiedzi tu tylko w tygodniu. A ty wracasz z pracy tak późno, że nawet jej nie zauważysz”.

Domek stał za łąką pełną polnych kwiatów. Nie licząc ogrodu, posiadali tylko ten kawałek ziemi. Kiedy patrzyło się z domu, budyneczek wydawał się tak mały i niski, że trudno było uwierzyć, żeby ktoś mógł tam mieszkać. Przez pole wiodła wydeptana ścieżka. Kto tędy chodził od czasu, kiedy odrosła trawa? – zdziwiła się Felicity. Pewnie James. Korzystał z domku do zabawy, kiedy miał się z kim bawić, ale na co dzień budynek stał zamknięty i Felicity nie pamiętała, żeby jej syn ostatnio prosił o klucz.

– „Domek gościnny” to trochę zbyt szumne określenie – powiedziała. – To ledwie dwa pomieszczenia, jedno nad drugim, z łazienką dostawioną od tyłu. Mieszkał tam ogrodnik, kiedy zbudowano główny dom. A wcześniej to był, zdaje się, chlewik, w każdym razie jakiś budynek gospodarczy.

Drzwi zabezpieczała kłódka. Felicity otworzyła ją i zawahała się; ogarnął ją dziwny niepokój. Pożałowała, że nie zajrzała tutaj, zanim zaprosiła obcą osobę. Powinna zostawić Lily w kuchni i bez niej sprawdzić, w jakim stanie jest to miejsce.

Ale, choć od razu poczuła wilgoć, we wnętrzu panował jaki taki porządek. Palenisko było puste, choć nie przypominała sobie, żeby je czyściła po Bożym Narodzeniu, kiedy nocowała tu jej najstarsza córka z mężem. Garnki odwieszone na swoje miejsce, na ścianę, ceratowy obrus na stole zmyty. Przyjemny chłód po upale łąki. Otworzyła okno.

– Na farmie koszą trawę – powiedziała. – Pachnie nawet tutaj.

Lily weszła do środka. Nie sposób było stwierdzić, jakie wrażenie zrobił na niej domek. Felicity oczekiwała, że studentka się w nim zakocha, i trochę dotknął ją ten brak entuzjazmu, jakby dziewczyna odrzuciła propozycję przyjaźni. Przeprowadziła ją do małej łazienki. Wyjaśniając, że prysznic jest nowy i że niedawno wymieniono kafelki, poczuła się jak agentka nieruchomości, która rozpaczliwie chce coś sprzedać. Dlaczego tak się zachowuję? – pomyślała. Przecież nawet nie za bardzo jej tu chciałam.

Lily odezwała się wreszcie.

– Możemy zajrzeć na górę? – Ruszyła po drewnianych schodach prowadzących wprost z kuchni.

Felicity zaniepokoiła się, tak samo jak przed drzwiami domku. Wolała być tam pierwsza.

Jednak wszystko znów wyglądało przyzwoiciej, niż się spodziewała. Łóżko zaścielone, kołdra i dodatkowe koce równo poskładane w nogach. Na malowanym kredensie i toaletce zastawionej rodzinnymi zdjęciami warstewka kurzu, ale zero bałaganu czy śmieci, jakie zostawały zwykle po pobycie córki. Na szerokim parapecie stał dzbanek z białymi różami. Jeden z płatków opadł i Felicity odruchowo go podniosła. Oczywiście, pomyślała. Mary musiała tu zaglądać, chociaż nikt jej o to nie prosił. Kochana kobieta! Taka dyskretna i uczynna! Mary Barnes przychodziła sprzątać dwa razy w tygodniu.

Dopiero zamykając kłódkę, Felicity stwierdziła, że te róże nie mogły tu stać dłużej niż parę dni, a zresztą Mary, osoba bez większego polotu, nigdy nie wpadłaby sama z siebie na taki pomysł.

Przez chwilę stały przed domkiem.

– No więc? – zagadnęła Felicity. – Co pani sądzi? – Usłyszała we własnym tonie fałszywą radosną nutę.

Lily się uśmiechnęła.

– Jest śliczny – odparła. – Naprawdę. Ale muszę to wszystko dobrze przemyśleć. Skontaktuję się z panią, dobrze? W przyszłym tygodniu?

Felicity chciała zaproponować, że ją podwiezie, przynajmniej na przystanek autobusowy we wsi, ale Lily odwróciła się i ruszyła przez łąkę. Felicity jakoś nie mogła się zdobyć, żeby za nią zawołać, więc tkwiła w miejscu i patrzyła, aż czerwono-złota postać zniknęła w wysokiej trawie.

3

Julie nie mogła przestać mówić. Wiedziała, że robi z siebie idiotkę, ale słowa wylewały się z niej, a gruba kobieta wbita w fotel Delcor, który Sal kupiła w zeszłym roku na wyprzedaży, po prostu siedziała i słuchała. Nie robiła notatek, nie zadawała pytań. Po prostu słuchała.

– Nie sprawiał żadnych kłopotów. Nie to co Laura. Ona po Luke’u była istnym szokiem. Wymagająca pannica, i to nieważne, czy spała, płakała czy miała dziób zatkany butelką. A Luke był… – Julie urwała, żeby znaleźć odpowiednie słowo. Gruba policjantka nie odzywała się, dała jej czas do namysłu. – Wyluzowany. Spokojny. Leżał cały dzień i obserwował sobie cienie na suficie. Trochę późno zaczął mówić, ale urodziła się Laura i pielęgniarka środowiskowa sądziła, że to dlatego. To znaczy, ona była jak żywe srebro, pochłaniała mnie bez reszty i wysysała ze mnie całą energię, więc Luke pozostawał trochę na uboczu. Ale pielęgniarka stwierdziła, że nie ma się co martwić. Że nadrobi, jak tylko pójdzie do żłobka. Geoff jeszcze wtedy mieszkał z nami, ale często wyjeżdżał na zlecenia. Jest tynkarzem. Na południu ludzie są bogatsi, więc zgłosił się do agencji pośrednictwa pracy i wylądował w Canary Wharf… Nie powiem, lekko mi nie było z dwójką malutkich dzieci i bez męża w domu.

Kobieta wreszcie zareagowała; ledwie dostrzegalnie skinęła głową na znak, że rozumie.

– Posłałam go do żłobka przy szkole w naszej wsi. Z początku nie chciał tam zostawać, musieli go ode mnie odciągać siłą, a kiedy wracałam po godzinie, ciągle szlochał. Serce mi się krajało, ale uważałam, że tak będzie dla niego lepiej. Potrzebował towarzystwa. Pielęgniarka środowiskowa powiedziała, że tak trzeba. I w końcu się przyzwyczaił. A przynajmniej obywało się bez wrzasków. Ale cały czas patrzył na mnie tym swoim wzrokiem. Nic nie mówił, ale jego oczy błagały: „Nie każ mi tam wchodzić, mamo. Proszę cię, nie zmuszaj mnie”.

Julie siedziała na podłodze z kolanami podciągniętymi pod brodę, z rękami splecionymi wokół nóg. Spojrzała na panią detektyw, która wciąż patrzyła i czekała. Nagle przyszło jej do głowy, że tę kobietę, wielką i solidną jak skała, mogła też kiedyś spotkać tragedia i dlatego potrafi siedzieć tutaj i nie rzucać tych głupich, współczujących półsłówek, jak Sal i lekarz. Ta kobieta wiedziała, że tu nie pomogą żadne słowa. Jednak Julie nie obchodził smutek policjantki, a myśl o nim była przelotna. Wróciła do swojej historii.

– Mniej więcej w tym czasie Geoff wrócił z Londynu. Poinformował, że robota się skończyła, ale wiedziałam od jego kumpla, że doszło do jakiejś kłótni z brygadzistą. Geoff jest dobrym pracownikiem i nie da sobą pomiatać. Przeżywał wtedy trudny okres. Nigdy nie potrafił siedzieć bezczynnie i przywykł do tego, że sporo zarabia. Kupił mi nowe meble do kuchni i wykończył łazienkę. Nie uwierzyłaby pani, jak ten dom wyglądał, kiedy się wprowadzaliśmy. Ale potem pieniądze się skończyły…

Jakiś czas temu Sal zaparzyła im herbatę. W dzbanku, nie z ekspresówek w kubkach, jak to robiła Julie. Teraz Julie sięg­nęła do tacy i nalała sobie kolejną filiżankę. Nie żeby miała na nią ochotę, ale przerwa dała jej czas na poukładanie sobie w głowie tego, co chciała powiedzieć.

– To nie były dobre czasy. Geoff odwykł od dzieci. Kiedy pracował w Londynie, miał wolny tylko jeden weekend w miesiącu. Powrót do domu traktował jak atrakcję. Rozpieszczał dzieciaki, przywoził prezenty. Wszyscy staraliśmy się pokazać z jak najlepszej strony. I co wieczór wychodził do klubu na kielicha z kolegami. Kiedy wrócił na dobre, nie mogło już tak być. Wie pani, jak to jest. Ubranka schnące na kaloryferach i podłoga zawalona zabawkami. Brudne pieluchy… Bywały chwile, kiedy tracił cierpliwość, szczególnie do Luke’a. Laura chichotała, podlizywała mu się. Luke jakby żył we własnym świecie. Geoff nigdy go nie uderzył. Ale krzyczał, i Luke’a tak to przerażało, jakby naprawdę dostał lanie. Ja wrzeszczałam cały czas, ale oni wiedzieli, że to nic takiego. I robili swoje. A z Geoffem to inna sprawa. Nawet ja się czasem bałam.

Milczała przez chwilę, rozmyślając o Geoffie i jego wybuchowym charakterze, o tym, jaka ponura atmosfera panowała w domu po każdej awanturze. Ale nie zdołała długo milczeć i słowa znów popłynęły.

– W zerówce był spokój. Wyglądało nawet, że Luke lubi tam chodzić. Może po prostu już się przyzwyczaił do miejsca, bo to w tym samym budynku co żłobek. Miał kochaną nauczycielkę, panią Sullivan. Traktowała te dzieci jak babcia; sadzała je na kolanach, kiedy uczyła czytać. Stwierdziła, że Luke ma problemy, nic poważnego, ale należałoby go zbadać. Chciała, żeby porozmawiał z nim psycholog. Ale nie mieliśmy pieniędzy, a na bezpłatną wizytę okazało się, że trzeba długo czekać, i jakoś nic z tego nie wyszło. Geoff stwierdził, że jedynym problemem Luke’a jest lenistwo. A potem odszedł. Powiedział, że działamy mu na nerwy. Że ciągniemy go w dół. Ale ja doskonale wiedziałam, że ma romans z pielęgniarką ze szpitala Royal Victoria. W końcu wylądował u niej. Teraz są małżeństwem.

Znów przerwała na chwilę. Nie dlatego, że skończyły jej się tematy, ale musiała złapać oddech. Pomyślała, że Geoff orientował się od samego początku, że z Lukiem jest coś nie tak. Rzucał takie podejrzliwe spojrzenia, kiedy Luke się bawił. Po prostu nie chciał tego przyznać przed samym sobą.

Wpół do dziewiątej rano. Wciąż siedziały u Sal, w jej salonie. Ulicą przeszedł listonosz, gapiąc się na gliniarza stojącego pod drzwiami domu Julie. Kawałek dalej dzieciaki ganiały się i chichotały w drodze do szkoły.

Gruba policjantka pochyliła się do przodu, nie po to, żeby poganiać; raczej żeby pokazać, że spokojnie może poczekać, że absolutnie nigdzie jej się nie spieszy. Julie napiła się herbaty. Nie powiedziała kobiecie o tym, jak Geoff patrzył na Luke’a. Przeskoczyła w swojej opowieści rok dalej.

– Napady wściekłości zaczęły się, kiedy miał jakieś sześć lat. Przychodziły znikąd i wtedy nie dało się nad nim zapanować. Mama twierdziła, że to moja wina, bo go rozpieściłam. Wtedy nie był już w klasie pani Sullivan, ale w całej szkole tylko z nią tak naprawdę mogłam porozmawiać, i ona powiedziała, że to frustracja. Że Luke nie potrafi się jasno wysłowić, że trudno mu idzie czytanie i pisanie, i nagle to wszystko go przerosło. Raz na placu zabaw popchnął jednego chłopca, który się z niego wyśmiewał. Chłopak potknął się i rozbił sobie głowę. Przyjechała karetka i pewnie sobie pani wyobraża, co się działo, gdy po południu rodzice zaczęli odbierać dzieciaki ze szkoły. Wszystkie inne matki pokazywały go palcami i szeptały. Luke’owi było strasznie przykro. Chciał odwiedzić tego kolegę w szpitalu, a jak się tak zastanowić, to przecież tamten zaczął z tymi swoimi drwinami. Miał na imię Aidan. Aidan Noble. Jego mama nie miała pretensji, ale ojciec przyszedł do nas do domu, żeby na nas nawrzeszczeć. Pyskował na progu, aż cała ulica słyszała. Wicedyrektor wezwał mnie na rozmowę. Nazywał się Warrender. Niski, pulchny facet z takimi cienkimi włosami, które nie zakrywają łysego placka. Przedwczoraj widziałam go w mieście i w pierwszej chwili go nie poznałam, teraz nosi tupecik. A wtedy, tam w gabinecie nie był niemiły. Poczęstował mnie herbatą i tak dalej. Powiedział, że Luke ma problemy psychiczne i chyba nie dadzą rady zajmować się nim w szkole. Zerwałam się z krzesła. Zaczęłam płakać. Powiedziałam mu to, co mówiła pani Sullivan, i że gdyby wcześniej zorganizowali wizytę u specjalisty, to może syn nie doprowadziłby się aż do takiego stanu. Pan Warrender chyba mnie wysłuchał, bo Luke’a rzeczywiście przyjął psycholog. Zrobił mu jakieś testy, ocenił, że dziecko ma trudności w przyswajaniu wiedzy, ale przy odpowiednim wsparciu raczej może zostać w szkole. I tak się stało.

Julie znów przerwała. Chciała, żeby ta gruba kobieta zrozumiała, jak to jest, jaka to ulga dowiedzieć się, że te napady złości i humory to nie jej, matki, wina. Luke był wyjątkowy, inny, od samego początku. I nic, co by zrobiła, nie mogło zmienić tego faktu. I ta policjantka wiedziała chyba, jakie to dla Julie ważne, bo wreszcie pozwoliła sobie na uwagę.

– Więc nie została pani z tym sama.

– Nie ma pani pojęcia, jakie to wspaniałe uczucie – odparła Julie.

Kobieta skinęła głową. Bo skąd mogła mieć pojęcie, skoro sama nie miała dzieci? Jak ktokolwiek mógł mieć pojęcie, jeśli nigdy nie miał dziecka z trudnościami w przyswajaniu wiedzy?

– Już potrafiłam się pogodzić z tym, że ludzie o nas gadają, i z tymi szeptami pod szkolną bramą, że on wymaga specjalistycznej pomocy, bo wszystko się wyjaśniło, a większość osób była nawet miła. Specjalnie dla niego przychodziła pomoc nauczyciela. I Luke dobrze sobie radził. To znaczy, wiedziałam, że nigdy nie zostanie geniuszem, ale bardzo się starał i zrobił postępy w pisaniu i czytaniu, a w niektórych dziedzinach był niezły. Na przykład błyskawicznie łapał wszystko, co wiązało się z komputerami. Nastały dobre lata. Laura też zaczęła szkołę i miałam trochę czasu dla siebie. Dostałam część etatu w domu opieki we wsi. Moje koleżanki nie rozumiały, dlaczego tak lubię tę pracę, ale lubiłam. Chyba dlatego, że czułam się użyteczna. Geoff nigdy nie palił się, żeby odwiedzać dzieci, ale pieniądze płacił. Wie pani, nie pozwalaliśmy sobie na szaleństwa, żadne wakacje czy dzikie wypady na miasto, ale dawaliśmy radę.

– Pewnie i tak nie było łatwo – rzuciła policjantka.

– No cóż, oczywiście – przyznała Julie. – Mimo to szło nam nieźle. Ale Luke znów zaczął sprawiać kłopoty, kiedy poszedł do gimnazjum. Inne dzieciaki zauważyły, że jest łatwym celem i to wykorzystywały. Podpuszczały go do wygłupów w klasie. I zawsze to jego przyłapywano. Wyrabiał sobie opinię. Wie pani, jak to jest. Pewnie ciągle to pani widuje. Raz wezwano policję, bo kradł rzeczy z placu budowy. Plastikowe rynny. Do czego miałby ich potrzebować? Ktoś mu zaproponował parę funtów za tę kradzież, ale nie o to chodziło. Zależało mu, żeby ludzie go lubili. Całe życie czuł się wykluczony. Chciał mieć przyjaciół.

To chyba każdy potrafi zrozumieć, pomyślała Julie. Nie wiedziała, jak dałaby radę bez przyjaciółek. Najmniejszy problem z Geoffem i łapała za telefon. Zwierzała się ze zmartwień z Lukiem, kiedy chorował. A one natychmiast wpadały z butelką wina. Jasne, potem zawsze plotkowały, ale ją wspierały.

– Miał jednego bliskiego przyjaciela – ciągnęła. – Thomasa. Poznali się, kiedy Luke zaczął gimnazjum. Taki trochę łobuz. Ciągle miał jakieś kłopoty z policją, ale kiedy się z nim rozmawiało, można było zrozumieć dlaczego. Ojciec siedział w więzieniu przez większość dzieciństwa chłopaka, a matka nie bardzo się przejmowała synem. Nigdy nie wybrałabym Thomasa na kolegę dla Luke’a, ale tak naprawdę to nie był zły dzieciak. I chyba lubił spędzać czas w naszym domu. W końcu prawie u nas zamieszkał. I nie był kłopotliwy. Spędzali czas w pokoju Luke’a, oglądali filmy albo grali na komputerze, a dopóki tam siedzieli, to przynajmniej nie kradli, prawda? I nie brali hery, jak wielu ich kolegów. I dobrze się dogadywali. Czasami słyszałam, jak śmieją się z jakiegoś głupiego żartu i po prostu cieszyłam się, że Luke ma przyjaciela. Ale potem Thomas zginął. Utopił się. Wygłupiał się z chłopakami na nabrzeżu w North Shields. Wpadł do wody, a nie umiał pływać. Nasz Luke też tam był. Wskoczył za nim i próbował go ratować, ale się nie udało.

Julie urwała. Pod domem przejechał traktor z przyczepą wyładowaną belami słomy.

– Luke nie chciał o tym rozmawiać. Na całe godziny zamykał się pokoju. Myślałam, że zwyczajnie potrzebuje czasu, wie pani, żeby się z tym uporać. Żeby przeżyć żałobę. Przestał chodzić do szkoły, ale miał już wtedy piętnaście lat i nie musiał zdawać żadnych egzaminów, więc dałam mu spokój. Rozmawiałam z właścicielką domu opieki i powiedziała, że jak Luke skończy szesnaście lat, postara się znaleźć dla niego jakąś pracę, może pomagać w kuchni. Parę razy poszedł ze mną do roboty i starsi ludzie bardzo go polubili. Ale powinnam zdawać sobie sprawę, że potrzebuje pomocy. Nie zachowywał się normalnie, ale przecież mój syn nigdy nie był normalny, prawda? Więc jakoś tak nic mnie nie tknęło. A on przestał się myć, jeść i nie spał po całych nocach. Czasami słyszałam jego głos, jakby rozmawiał z kimś w swojej głowie. Wtedy wezwałam lekarza. Kazał go zabrać do St George’s. Wie pani, tego szpitala psychiatrycznego. Powiedzieli, że to głęboka depresja. Szok pourazowy. Nienawidziłam go tam odwiedzać, jednak czułam też ulgę, że nie mam go w domu. Oczywiście dręczyło mnie poczucie winy, że tak myślę, ale co poradzić.

– Kiedy wrócił do domu? – spytała policjantka. Jej pierwsze pytanie.

– Trzy tygodnie temu i wyglądało na to, że mu lepiej. Naprawdę. Znaczy, wciąż chodził smutny z powodu Thomasa. Czasami wybuchał płaczem na samo wspomnienie o nim. I ciągle widywał się z lekarzem w przychodni. Ale nie był wariatem. Nie był szalony. Wczoraj po raz pierwszy od miesięcy wyszłam na miasto. Bardzo tego potrzebowałam, ale nie poszłabym, gdybym nie sądziła, że z nim jest w porządku. Nigdy nie podejrzewałam, że może sobie zrobić coś takiego.

Kobieta pochyliła się do przodu i ujęła dłoń Julie, nakryła ją swoją wielką łapą.

– To nie pani wina – powiedziała. – Luke nie popełnił samobójstwa. – Patrzyła na Julie, żeby się upewnić, że to do niej dotarło, że naprawdę zrozumiała. – Nie żył już, zanim włożono go do wanny. Został zamordowany.

4

Siedzieli przy kuchennym stole i jedli śniadanie. Teraz już wyszło słońce, promienie odbijały się od żółtej zastawy na kredensie i padały na sufit. Peter smarował sobie tost masłem i mówił – opowiadał o zgłoszeniu, które wysłał do Komisji Rejestracji Rzadkich Ptaków Brytanii, żalił się, że zostało odrzucone. Felicity udawała współczucie, choć tak naprawdę nie za bardzo skupiała się na rozmowie. Miała w tym sporą praktykę. Peter od wczesnej młodości uważał, że są mu pisane rzeczy wielkie. Określano go jako najzdolniejszego naukowca młodego pokolenia. Teraz, bliżej emerytury, zaczynało do niego docierać, że Wydział Historii Naturalnej nie dostrzegł jego zdolności. I wyrażał swoje rozczarowanie w sposób, który Felicity wydawał się prymitywny, wręcz obrzydliwy – wygłaszał złośliwe uwagi na temat kolegów z wydziału, ich braku dyscypliny intelektualnej, a innymi ptasiarzami wręcz gardził jako łowcami osobliwości. Twierdził, że nie pojmują znaczenia dokładnych badań nad własnym rewirem. Felicity rozumiała, skąd bierze się jego rozgoryczenie. Z całego serca życzyła mu, żeby jego talent został doceniony. Jak cudownie byłoby, gdyby dokonał spektakularnego odkrycia w okolicy własnego domu. Albo gdyby awansował na uczelni. Ale jego narzekania ją irytowały. Czasem zadawała sobie pytanie, czy on naprawdę jest tak wspaniały, za jakiego go uważała, kiedy się pobierali. Potem spoglądała na niego, na jego twarz pełną niepokoju i smutku, i czuła się nielojalna. Głaskała go palcem po policzku albo całowała niespodziewanie w środku zdania, wprawiając go w osłupienie i prowokując do nagłego uśmiechu, który ujmował mu dwadzieścia lat.

– O której przyjeżdżają? – spytał i wyrwał ją z zamyślenia. Był podekscytowany. Ponury nastrój prysł.

Felicity zauważyła, że spotkanie z przyjaciółmi cieszy go bardziej niż jej towarzystwo. Na nią już tak nie reagował.

A myślała o Lily Marsh, praktykantce ze szkoły. Zastanawiała się, czy dziewczyna skorzysta z propozycji zamieszkania w domku. Felicity zdała sobie sprawę, że nie rozmawiały o cenie. Może właśnie w tym tkwił problem, może dlatego tak uciekła. Może na widok domku, tak malowniczego, nawet jeśli trochę prymitywnego, stwierdziła, że czynsz przekroczy jej możliwości. Ostatecznie jeszcze na stałe nigdzie nie pracowała. Felicity rozważała, czy nie powinna posłać jej do szkoły liściku przez Jamesa: zapraszającej, ale konkretnej notki z wymienioną sumą, która nie odstraszyłaby studentki. Właśnie układała treść w głowie, kiedy Peter zadał jej pytanie.

Zajęła się bieżącymi sprawami. Urodzinowa kolacja Petera. Rytuał. Ta sama trójka przyjaciół co roku.

– Powiedziałam im, że kolacja jest o ósmej, a wcześniej idziemy na spacer do latarni morskiej. – Ten spacer to też rytuał.

Usłyszała na drodze furgonetkę listonosza, a potem plaś­nięcie kopert na podłodze w holu. Zostawiła Petera z tostem i poszła po pocztę. Wszystkie listy do niego. Na trzech rozpoznała charaktery pisma dzieci. Położyła koperty na stole przed Peterem. Od razu schował je do teczki. Jak zawsze pocztę otwierał w pracy. Kiedyś przemknęło jej przez głowę, czy on przypadkiem nie ma czegoś do ukrycia. Na chwilę popuściła wodze fantazji i wyobraziła sobie drugą żonę, rodzinę w sekrecie. Ale to po prostu był nawyk. Robił to bez zastanowienia.

Zamknął teczkę i wstał. Przez moment w domu panowało zamieszanie; Peter obiecał Jamesowi, że podrzuci go na przystanek, więc teraz stanął u stóp schodów i krzyknął na małego, żeby się pospieszył. Było parę rzeczy do zabrania, omal nie zapomnieli wziąć lunchu. Felicity przypomniała sobie, że w końcu nie napisała listu do Lily Marsh. W ostatniej sekundzie się powstrzymała, żeby nie zawołać za Jamesem idącym do samochodu: „Powiedz pannie Marsh, żeby zadzwoniła w sprawie domku”. Ale Peter chciałby wiedzieć, o co chodzi, a to nie czas na wyjaśnienia. Poza tym mógł się nie zgodzić na ten pomysł. Musiała odpowiednio mu przedstawić swój plan, kiedy trochę rozładuje się atmosfera. Na razie wyrzuciła Lily Marsh z myśli. Samochód wreszcie odjechał i w domu zapanowała cudowna cisza.

Felicity usiadła nad kolejną kawą i zrobiła listę zakupów. Wszystkie weekendowe posiłki miała już zaplanowane. Oczywiście tort – już upieczony i polukrowany. Szkoda że trójka starszych dzieci mieszka zbyt daleko, żeby go spróbować. Na dzisiejszą kolację ugotowała daube* z wołowiny, gęste i aromatyczne, z oliwkami i czerwonym winem. Stało w spiżarni, wystarczyło tylko podgrzać. Teraz jednak zmieniła zdanie. Za gorąco na wołowinę. Zdecydowała, że jeśli dostanie w sklepie u Neila ze dwa kurczaki, przygotuje to hiszpańskie danie z ćwiartkami cytryn, rozmarynem i czosnkiem. O wiele lżejsze, cudownie aromatyczne i śródziemnomorskie. To Samuelowi przypadnie do gustu. Mogłaby rozstawić długi stół na tarasie pod werandą; zjedzą je z białym ryżem i wielką zieloną sałatą i będą udawać, że siedzą otoczeni drzewkami pomarańczowymi i gajami oliwnymi.

Czasami kiedy rozmawiała z innymi matkami – które wpadały do niej jak po ogień, żeby podrzucić swoich synów albo zabrać Jamesa – zastanawiała się, czy czegoś nie traci, nie mając płatnej pracy. Te kobiety dziwiły się, kiedy się dowiadywały, że Felicity cały dzień spędza w domu. Ale co mogłaby robić? Przed małżeństwem niewiele przeżyła. Nie miała żadnych kwalifikacji ani jakichś szczególnie ­praktycznych umiejętności. Poza tym musiała być w domu, spokojna i zrelaksowana, żeby zająć się mężem, kiedy wracał z rozczarowującej pracy. Z pewnością nie potrzebował konkurencji w jej osobie. Co by to było, gdyby została odnoszącą sukcesy prawniczką albo biznesmenką, gdyby zaczęła zdobywać nagrody w swojej dziedzinie! Uśmiechnęła się na tę myśl.

W sklepie było chłodno, drzwi otwarte na podwórko wpuszczały zapach krów i trawy. Felicity pojawiła się dość wcześnie. Neil jeszcze uzupełniał zapasy w lodówce. Potężna drewniana decha, tasak i spiczaste noże leżały czyste. Zważył kurczaki i zapakował jej do torby.

– Nie są z wolnego wybiegu. – Wiedział, że Felicity o to zapyta. – Ale z chowu ściółkowego, nie klatkowego. Poczuje pani różnicę w smaku.

– Ten kawałek wieprzowiny, który kupiłam od pana w zeszłym tygodniu, był wspaniały.

– Ach, to zasługa kucharki, pani Calvert. No i hodowcy. Ja tylko rozbieram mięso.

Kolejny rytuał. Jak to, że Peter codziennie zabiera listy do pracy i że ta sama trójka przyjaciół jest zapraszana na jego urodziny. Neil i Felicity co tydzień odbywali tę samą rozmowę. Wyniósł jej do samochodu skrzynkę z warzywami i puścił oczko, dorzucając gratis kilka kawałków kiełbasy.

– Słyszałem, że to wyjątkowe urodziny dla doktora Cal­verta.

Zdziwiła się, jak zawsze, skąd rzeźnik zna jej wszystkie sprawy.

Kiedy otworzyła drzwi, usłyszała telefon. Wbiegła do środka, zakupy zostawiła na podjeździe. Dzwonił Samuel Parr.

– Słuchaj, mam dzisiaj coś przywieźć? Może pudding?

– Nie, naprawdę. Nic nie przywoź.

Uświadomiła sobie, że się uśmiecha. Samuel zawsze wprawiał ją w dobry humor. On też był stałym gościem w jej myślach.

Później, kiedy kurczak już się piekł, a dom przepełniały zapachy cytryny, oliwy i czosnku, telefon znów zabrzęczał. Felicity siedziała akurat na dworze z gazetą i kolejną filiżanką kawy. Celebrowała ostatnią godzinę spokoju, zanim będzie musiała pojechać do Hepworth. James miał po szkole kółko szachowe i obiecała go odebrać. Mgiełka upału pokrywała pola od strony morza, a latarnia w oddali falowała niczym fatamorgana. Kiedy Felicity usłyszała telefon, potruchtała do domu. Na boso. Nagrzane kamienne płyty tarasu niemal parzyły, a płytki w kuchni były chłodne. Ten kontrast doznań fizycznych podniecił ją, sprawił, że nagle oddech uwiązł jej w piersi.

Była pewna, że dzwoni któreś z dzieci, ale kiedy odebrała, połączenie zostało przerwane. Spróbowała oddzwonić – usłyszała, że numer jest zastrzeżony. To zdarzyło się ostatnio już parę ładnych razy. Zastanawiała się, czy powinna wspomnieć o tym Peterowi. W okolicy doszło do kilku kradzieży. Może ktoś sprawdzał, czy dom jest pusty. Wiedziała jednak, że nic nie powie mężowi. To jej życiowa misja: chronić go przed nieprzyjemnościami i zmartwieniami.

Dopiła kawę, patrząc w stronę morza. Kąpiel, pomyślała. Z dodatkiem któregoś z tych drogich olejków kupionych podczas ostatniej wycieczki do miasta. To ją odpręży przed najazdem gości.

5

Nie chciałaby się pani przejść? – spytała gruba policjantka i wstała.

Julie pomyślała, że ta kobieta musi mieć naprawdę silne mięśnie nóg, żeby tak od razu dźwignąć ten cały ciężar z siedzenia. Człowiek, patrząc na nią, odnosił wrażenie, że potrzeba dźwigu, żeby ją ruszyć, jednego z tych wielkich żurawi, które sterczały nad rzeką w Wallsend. I nie tylko ciało policjantki było takie. To w ogóle silna osoba. Kiedy już się na coś nastawi, nic jej nie zatrzyma. Ta myśl jakimś cudem niosła Julie pociechę.

– Świeże powietrze na pewno dobrze pani zrobi – dodała policjantka.

Julie patrzyła na nią zdezorientowana, tak jak czasem Luke, kiedy nie bardzo rozumiał, co się do niego mówi.

– Za chwilę przyjadą zabrać ciało Luke’a – wyjaśniła łagodnie policjantka. Miała na imię Vera. Przedstawiła się, kiedy tylko przyszła, ale Julie dopiero teraz sobie przypomniała. – Sąsiedzi na pewno będą się gapić. Więc może lepiej stąd wyjść. Chyba że woli pani odprowadzić syna.

To przywołało obraz ciała zanurzonego w wodzie i Julie poczuła mdłości. Nie chciała o tym myśleć.

– A dokąd byśmy poszły?