Ukryci przed słońcem - Ewa Kołda - ebook
Opis

Samantha jest niczym nie wyróżniającą się, szesnastoletnią dziewczyną. A przynajmniej do czasu, gdy w nowej szkole poznaje nie do końca zwyczajnych przyjaciół. Dziwnym zrządzeniem losu nastolatka dowiaduje się o istnieniu w swoim najbliższym otoczeniu istot znacznie potężniejszych, niż ludzie. Co więcej, sama pozyskuje moce, których jednak nie potrafi do końca kontrolować. Ze względu na swoje nowo nabyte umiejętności staje się celem potężnego maga, pragnącego objąć władzę nad niczego nieświadomymi ludźmi. Świat pełen niedomówień, tajemnic i magii wciąga ją w siebie. Czy uda jej się w nim odnaleźć?


Ewa Kołda

Urodzona 06 września 1992 roku w Poznaniu, absolwentka I Liceum Ogólnokształcącego w Poznaniu. Od dziecka marzyła, żeby zostać pisarką, później również lekarzem. Skwapliwie dąży do celu, lecz nie grzeszy cierpliwością.  Kocha muzykę rockową, dobre książki i czekoladę.

Jej pasją od dziecka były i są książki, w szczególności przygodowe z elementami fantastyki oraz klasyczne kryminały. Pisaniem zaraziła ją kuzynka, gdy miała 10 lat. Od tamtego czasu napisała niezliczoną ilość opowiadań, wiele z nich odeszło w zapomnienie, jednak kilka przeżyło, a nawet zostały opublikowane. Jedno w szkolnej gazetce, co miesiąc po jednym odcinku, drugie wygrało konkurs organizowany przez firmę poligraficzną Delta Graphix. Poza pisarstwem, zajmuje się też amatorsko rysowaniem i malowaniem. Kocha polskie Tatry, włoskie jedzenie, język francuski, grecką gościnę i angielski humor.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 288

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


EWA KOŁDA

UKRYCI

PRZED SŁOŃCEM

© Copyright by Ewa Kołda & e-bookowo

Grafika i projekt okładki: Sara Telenga

ISBN 978-83-62480-11-1

Wydawca: Wydawnictwo internetowe e-bookowo 

www.e-bookowo.pl

Kontakt:[email protected]

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości bez zgody wydawcy zabronione

Wydanie I 2011

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.

virtualo.eu

EWA KOŁDA

Urodzona 06 września 1992 roku w Poznaniu, absolwentka I Liceum Ogólnokształcącego w Poznaniu. Od dziecka marzyła, żeby zostać pisarką, później również lekarzem. Skwapliwie dąży do celu, lecz nie grzeszy cierpliwością. Kocha muzykę rockową, dobre książki i czekoladę.

Wstęp

Ty, kimkolwiek jesteś, właśnie zaglądasz do mych wspomnień. Postanowiłam je spisać, aby inni mogli uwierzyć. Uwierzyć w coś, co wydawałoby się nierealne i zapewne sama bym to wyśmiała, gdyby nie fakt, że to moja własna historia…

Wybacz, jeśli moje myśli będą chaotyczne lub wydadzą Ci się naiwne, jeśli zbyt szybko będę przeskakiwać z jednego wydarzenia do drugiego. Piszę tylko to, co wydaje mi się istotne. Abyś Ty mógł zrozumieć, jak bardzo moje życie się zmieniło w tak krótkim czasie. I abyś wiedział, iż mimo tego wszystkiego, niczego nie żałuję.

CZĘŚĆ PIERWSZA

I – Spodnie

Nudy. Inni powyjeżdżali na wakacje, a ja musiałam siedzieć w domu. Powód? Ten sam, co zawsze – brak czasu u moich rodziców. Chociaż właściwie, najczęstszym powodem jest raczej deficyt na koncie w banku. Ale u nas w domu nie jest tak źle. Rodzice nawet dobrze sobie radzą. Jednak w tej ciągłej pogoni za pieniądzem zapomnieli chyba, że mają w domu nastoletnią córkę. Marzyły mi się podróże, chciałam zwiedzić kawał świata, zobaczyć cokolwiek, co nie wygląda jak miasto, w którym mieszkam…

Oni zawsze znajdywali jakąś wymówkę: a to brak czasu do namysłu, zmęczenie, brak pieniędzy, inne wydatki… Poza tym, „jestem jeszcze taka młoda, jeszcze tyle mnie w życiu czeka…”! Ale ja nie chcę czekać! Niestety, dorośli nigdy nie zrozumieją swojego dziecka, bo zawsze będą te kilkanaście lub kilkadziesiąt lat do przodu. Zawsze będzie ich „ale”, zawsze będą mądrości życiowe… nawet jeśli dzieci są już dorosłe.

Czas zapełniam codziennie prawie tak samo. Rano pobudka wcześnie, marsz do sklepu po bułki, śniadanie, potem czytanie książek, sprawdzanie poczty w Internecie, oglądanie telewizji, w międzyczasie pozostałe posiłki. Większość koleżanek wyjechała, a z resztą jakoś tak trudno się było spotkać.

Ale dziś wreszcie nastąpiła jakaś odmiana. Zupełnie niespodziewanie wpadła do mnie Diana i wyciągnęła do kina. Akurat niedawno była premiera nowej części przygód Batmana. Poszłyśmy na dworzec, kupiłyśmy bilety i wyszłyśmy na peron. Nie było dużo ludzi (przynajmniej nie tyle, ile w czasie roku szkolnego, gdy wszyscy dojeżdżają do szkół pociągiem).

Nagle, zza naszych pleców usłyszałyśmy znajomy głos:

– Halo, laski!!

Odwróciłyśmy się jak na komendę. W naszą stronę szła Kate, jedna z tych dziewczyn należących do „bogatej elity”. Jej tata zajmował się projektowaniem wnętrz i nieźle na tym zarabiał.

Zawsze zastanawiało mnie, dlaczego w większości przypadków, kiedy dziewczyna ma kasy na umór, nie umie o siebie zadbać. Tak samo Kate – była niewiele wyższa ode mnie, za to pod względem wagi i stylu różniłyśmy się diametralnie. Ja miałam posturę niby „normalną” (czyli według innych „w sam raz”, według mnie samej „gruba”), a ona… jej brzuch wyglądał na czwarty miesiąc ciąży, uda miała masywne, biust niemalże wylewał jej się ze stanika. Za to miała ładny, miły uśmiech oraz zgrabne łydki.

Ubiór, jak to często bywa u osób jej pokroju, zupełnie nie był dopasowany do jej sylwetki. Obcisła, przykrótka bluzka w krzykliwych kolorach i z dużym dekoltem, oraz białe rybaczki-biodrówki, odsłaniające mankamenty jej figury. Znana zasada – nieważny efekt, ważne, ile wydałaś.

Kate podeszła do nas i po kolei wyściskała.

– Aleście się zmieniły! Kiedy was ostatnio widziałam?

– Jakieś pół roku temu – odpowiedziałam. Chodziłyśmy do różnych placówek, ja właśnie skończyłam gimnazjum, ona była już w technikum.

– Szmat czasu! Gdzie się dostałyście do szkół? – szybko zadała pytanie, które w ciągu ostatniego miesiąca słyszałam aż zbyt często.

Diana szybko wyrzuciła z siebie nazwę szkoły, jakby wcale jej nie zależało, gdzie pójdzie.

– A ty? – zwróciła się do mnie.

Ja natomiast wybierałam się do uchodzącego za najlepsze liceum w promieniu trzydziestu kilometrów. Na Kate zrobiło to dokładnie takie samo wrażenie, jak na pozostałych osobach, którym to mówiłam.

– Naprawdę? – wytrzeszczyła oczy. Myślałam, że mnie prześwidruje wzrokiem. – Ale ty wiesz, że tam same kujony chodzą?

Wkurzało mnie, kiedy ktoś tak mówił, choć sam nawet z zewnątrz tej szkoły nie widział.

Na szczęście nie musiałam odpowiadać, bo w tym momencie nadjechał pociąg.

– Gdzie jedziecie? – zapytała Kate, gdy wsiadłyśmy.

– Do kina na nową część Batmana – odpowiedziałam.

– A to fajnie, jadę z wami – i uśmiechnęła się do nas.

Z Dianą nawet nie musiałyśmy na siebie patrzeć, żeby wiedzieć, co myśli ta druga. Nie chciałyśmy, żeby Kate nam towarzyszyła. Chciałyśmy być same, dwie przyjaciółki mogące pogadać od serca i zwierzać się sobie w trakcie oczekiwania na film oraz na ewentualnej kawie po seansie. Ta jednak nic nie zauważyła i jak zwykle zaczęła trajkotać:

– Lubię Batmana i dobrze, że ktoś w końcu nakręcił nową część. Chociaż słyszałam, że ma się w niej znów pojawić Joker, ale jak to możliwe, skoro w pierwszej części nagranej przez Tima Burtona Batman go zabił? W każdym razie, mnie najbardziej podobała się część „Batman i Robin”, chociaż wkurzał mnie wątek z tą doktorką, którą grała Nicole Kidman. Ale Val Kilmer… Wtedy taki seksowny, a teraz? Pełno tłuszczu! Powinien o siebie zadbać…!

W tym momencie ja i Diana spojrzałyśmy na Kate, po czym wymieniłyśmy skryte uśmiechy. Ta jednak nic nie zauważyła i ciągnęła swój wywód dalej.

– …nie to, co mój Tommy. Kochany Tom, ostatnio zapisał się na siłownię, teraz codziennie tam chodzi, czasem nawet jest tam kilka godzin! Tyle ćwiczy, biedaczek mój kochany…

Nie dziwiłam mu się osobiście. Gdybym ja była chłopakiem i miała taką partnerkę, też bym od niej uciekała. Ciekawiło mnie, czy Kate wie, że na siłowni można spotkać wiele lasek, które w przeciwieństwie do niej mają zgrabne ciała i o siebie dbają (w sensie diet, ćwiczeń, itp.). A chłopaki, jak to oni, lubią sobie popatrzeć.

Gdy o tym pomyślałam, zrobiło mi się nagle żal Kate. Ona akceptowała siebie taką, jaka była. Za to ją, mimo wszystko, szanowałam. Ale zastanawiało mnie, czy ten jej Tommy serio ją kochał. Często podczas spacerów widziałam go, jak chadzał z różnymi laskami. Chwilami nawet chciałam do niego podejść i zagadać, zapytać jak tam Kate, co u niej, itp., żeby zobaczyć jak zareaguje. Jednak zawsze się powstrzymywałam.

W końcu dotarłyśmy na miejsce. W kinie nie było dużo ludzi, więc dosyć szybko kupiłyśmy bilety. Dziewczyny poszły jeszcze po popcorn. Ja kupiłam jedynie wodę. Po seansie postanowiłyśmy pójść do centrum handlowego. Komentowałyśmy właśnie różne sceny z filmu, gdy nagle Kate krzyknęła:

– Thomas?!

Naprzeciw nas, ze sklepu z markową odzieżą, wyszła dobrze znana mi postać zajęta rozmową z jakąś blondynką. Na dźwięk swojego imienia odwrócił się i wydawało mi się, że przez chwilę chyba nie wiedział, jak zareagować. Następnie jakby otrząsnął się z szoku, podbiegł do nas i czule przywitał się ze swoją dziewczyną.

– Cześć, kochanie! Cóż za niespodzianka – świetnie mu szło granie swojej roli.

– Kim była ta blondi? – Kate wskazała miejsce, gdzie przed chwilą jeszcze stała nieznajoma.

– Jaka blondi?

– No, ta, z którą wyszedłeś ze sklepu.

– A, ta… Pytała się, która godzina – uśmiechnął się.

Mnie by na taki tekst nie nabrał, jednak Kate wolała wierzyć mu na słowo. Chwyciła go pod ramię, stwierdziła, że miło się oglądało film i że nie będzie nam już przeszkadzać, po czym oddaliła się z Tomem.

– Jak myślisz, czy mówił prawdę? – spytała mnie Diana.

– Wątpię.

– Szczerze, ja też. A szkoda, bo mimo wszystko lubię Kate.

– Tak samo jak ja – przyznałam. – Jej nie da się nie lubić, choćby nie wiem, jaka była.

Chodziłyśmy bezwiednie po centrum handlowym, gdy nagle przez przypadek mój wzrok padł na jedną z witryn sklepowych.

– Zobacz…! – Pociągnęłam Dianę za rękaw.

Podeszłam do wystawy. Na niej stał manekin ubrany w jakąś kiczowatą bluzkę i spodnie rurki w czerwoną szkocką kratę.

Kiedyś pomyślałabym, że to obciach nosić takie spodnie. Jednak gdy ujrzałam je na żywo, zapragnęłam takie mieć. Niestety, dobrze wiem, że aby je kupić, trzeba mieć szczupłe nogi. Spojrzałam na swoje uda. To one były moim największym kłopotem. Próbowałam wielu ćwiczeń, jazdy na rowerze, nawet pilatesu. Skutki zwykle były, ale małe i po krótkim czasie wracałam do „dawnej formy”. Znienawidziłam swoje nogi.

– Jak ja bym chciała takie mieć… – mruknęłam.

– To chodź przymierzyć! – Diana pociągnęła mnie w stronę wejścia.

– Dobrze wiesz, że mam na nie za grube nogi…

– Nie marudź! Nie przekonasz się, póki nie zobaczysz.

Weszłyśmy do sklepu. Nigdzie na wieszakach nie mogłyśmy znaleźć tych spodni, więc chciałam już wyjść, ale Diana nie dawała za wygraną.

– Czasami to, czego nie mają na sklepie, leży w magazynie.

– No, i…?

– No, i warto wtedy zapytać, czy można o nie prosić.

Tego się obawiałam. Nie cierpiałam chodzić do tych lasek, co sprzedają w butikach. One dziwnym trafem zawsze miały idealną figurę i wyglądały, jakby dopiero co wróciły z sesji zdjęciowej lub wybiegu. A ten ich górujący wzrok, gdy widzą taką małą, szarą myszkę jak ja… Może trochę przesadziłam, ale przy nich naprawdę tak się czułam.

Niestety, moja przyjaciółka była nieugięta. Chwyciła mnie za rękę i pociągnęła w stronę ekspedientki.

– Przepraszam, szukamy tych spodni w kratę, które są na wystawie… – zaczęła.

– Nie ma ich na sklepie, ale są w magazynie. – Ekspedientka uśmiechnęła się. – Mogę podać, jeśli chcesz. Jaki rozmiar?

– Sam, jaki masz rozmiar? – Diana zwróciła się do mnie.

Chyba dopiero teraz mnie zauważono.

– 38 – przyznałam ze wstydem. Czy mi się wydawało, czy ta ekspedientka spojrzała na mnie z szyderczym błyskiem w oku?

– Sprawdzę, czy jest – powiedziała i odeszła. Zabrzmiało to tak, jakby wątpiła, że producenci robią rozmiary spodni tego typu. Po chwili wróciła z towarem.

– Proszę, przymierzalnie są tam. – Wskazała w bliżej nieokreślonym kierunku i wróciła do pracy.

– Widziałaś, jak na mnie spojrzała? – szepnęłam do Diany.

– Nie przesadzaj – mruknęła i wepchnęła mnie do przymierzalni.

Nie pozostało mi nic innego, jak włożyć na siebie te spodnie. Były tak wąskie, że ledwo mogłam się w nie wpakować.

– Już? – spytała Diana i nie czekając na moją odpowiedź weszła za zasłonę.

– Wyglądam okropnie – westchnęłam. – Widać mi nawet tłuszcz na kolanach. Za nic ich nie kupię.

Diana burknęła pod nosem coś w stylu: „Matko, z tą dziewczyną to cholery można…” i dała mi wykład o tym, że rozmiar 38 jest normalny dla każdej kobiety, a ja jestem niesłusznie przewrażliwiona, po czym wyszła z kabiny. Ja jeszcze przez chwilę oglądałam się w lustrze. Chciało mi się płakać. Takie ładne spodnie i jak zwykle nie dla mnie. Zdjęłam je i przyjrzałam się swoim nogom. Te cholerne uda! Łydki zresztą też są grube. Pomyślałam o nogach tych wszystkich gwiazd, aktorek, piosenkarek, modelek… Chciałabym być jedną z nich.

– Samantha, pospiesz się! – usłyszałam zza kotary. Pospiesznie ubrałam się i wyszłam.

Po powrocie do domu usiadłam w pokoju i włączyłam swoją ulubioną płytę, po czym oddałam się rozmyślaniom. Chwyciłam bezwiednie jakieś czasopismo, leżące na biurku i zaczęłam je wertować. Zawsze marzyłam o tym, żeby kiedyś umieszczano w czymś takim moje zdjęcia jako modelki, sławnej aktorki czy piosenkarki. Fajnie byłoby, gdyby fortuna uśmiechnęła się do mnie, jak do pewnej aktorki, którą to na lotnisku zauważyła kobieta wytwórni filmowej. Ale to raczej nie w tym, nie w MOIM życiu. Mnie takie rzeczy zawsze omijają. Nie ma co liczyć na uśmiech losu – trzeba zacząć działać!

II – Impreza

Nie ma nic gorszego od odchudzania się. Nienawidziłam tego! Non stop myślałam o tym, co i kiedy będę mogła jeść. Żeby odwrócić uwagę od tego tematu poddałam się swojemu hobby: malowaniu. Ale ile można malować? Może, tak jak Andrea, zacznę się uczyć grać na jakimś instrumencie?

Z braku innych ciekawych propozycji, postanowiłam pójść do pokoju siostry. Na drzwiach powiesiła sobie plakat jakiegoś zespołu w maskach. Zawsze, gdy do niej wchodzę, robię do niego głupie miny. I tak wyglądałam mniej idiotycznie, niż oni. Ale Andy ich uwielbia. Tak jak i inne zespoły metalowe, których non stop słucha.

Weszłam do jej pokoju. Z korytarza było już słychać, co robi. Tak, jak się spodziewałam, siedziała na wysokim krzesełku z niskim oparciem i grała jakiś kawałek na gitarze elektrycznej. Rodzice kupili jej sprzęt na Gwiazdkę. Muszę przyznać, że szło jej coraz lepiej.

– No? – spytała, gdy mnie zobaczyła.

– Nic. – Tak zwykle zaczynała się nasza rozmowa.

Usiadłam na kanapie i słuchałam jak gra. Kiedy skończyła, spytałam:

– Jak się gra na gitarze?

– Normalnie – mruknęła. – Tylko musisz to lubić i się poświęcić. Żadnych tipsów, długich paznokci, do tego dochodzi schodząca skóra z palców i ból nadgarstka – uśmiechnęła się w swój ulubiony sposób (czyli sarkastycznie). – Po jakimś czasie dwie ostatnie rzeczy znikną, jednak i tak niektóre dziewczyny nie wyobrażają sobie, żeby można było ściąć paznokcie. Nawet nie wiedzą, co je omija.

Znów zaczęła grać. Lubiłam jak ktoś gra, bo wtedy czułam się jak na prywatnym koncercie.

– Co jutro robisz? – spytałam, gdy skończyła.

– Nic – mruknęła. – A co?

– Jutro jest grill u Diany. Mają przyjść jej znajomi z nowej klasy. Zapewne wkręci się jeszcze kilkanaście osób, których prawie nikt nie zna. Oprócz tego mają być też jej najbliżsi przyjaciele, czyli ja też. Ale nie chcę jechać sama. – Uśmiechnęłam się do młodszej siostry.

– OK, mogę jechać z tobą.

Może to dziwne, że brałam na imprezę swoją piętnastoletnią siostrę, jednak lubiłam jej towarzystwo (choć nierzadko zdarzały nam się sprzeczki). Poza tym, nie chciałam wyglądać jak opuszczona przez wszystkich, siedząc sama. Zawsze miałam problem, żeby odezwać się do kogoś jako pierwsza, a kto by się przejmował jedną nieznajomą wśród tylu kolegów i koleżanek?

Skoro załatwiłam sprawę z siostrą, poszłam na kolację. Było dopiero po piątej, ale w jakiejś gazecie wyczytałam, że ostatni posiłek powinno się jeść stosunkowo wcześnie, aby organizm mógł go strawić przed snem.

Otwarłam lodówkę, a tu… moja ulubiona sałatka z majonezem!! Już ją wyjmowałam… I nagle przed oczami stanęła mi wizja mnie za dziesięć lat: dwudziestosześcioletniej grubej starej panny (w tym wieku raczej chciałabym już mieć męża), z żylakami, zagrożona zawałem lub udarem, z cukrzycą i wieeelkim brzuchem. Nie, nie mogłam do tego dopuścić!

Zrezygnowałam z kolacji.

Późnym popołudniem następnego dnia poszłam z Andreą na pociąg i pojechałyśmy do Diany. Było tam już pełno ludzi i mogłam się założyć, że sama organizatorka imprezy części z nich nie znała. Było trochę drętwo, ponieważ na początku trzeba było zawrzeć znajomości. Jednak po jakimś czasie goście zaczęli się oswajać.

Kiedy już poznałam większość osób, usiadłam na ławce w ogrodzie, skąd miałam widok na całe towarzystwo. Po chwili przysiadła się do mnie Diana.

– I jak? – spytała.

– Dobrze. Ty ich wszystkich znasz?

– No, na początku chyba połowa to byli obcy, ale teraz już tak, znam – uśmiechnęła się.

Posiedziałyśmy chwilę w ciszy. Nagle zauważyłam, że naprzeciw mnie siedzi chłopak, którego jeszcze nie poznałam. I to nie byle jaki chłopak! Wysoki brunet, umięśniony tak „w sam raz” – nie tzw. „chucherko” i nie atleta – z pięknymi, czarnymi oczami… Natychmiast zapytałam Darię, jak on ma na imię.

– On? Gregor. – Spojrzała na mnie. – Podoba ci się? – Mrugnęła porozumiewawczo.

Nie chciałam się do tego przyznać, bo zaraz by mnie zaczęła z nim swatać, a ja… cóż, chyba nie czułam się pewnie, żeby z nim pogadać. Zawsze czułam się skrępowana w towarzystwie chłopaka, który mi się podobał, a którego nie znałam osobiście. Dlatego zaprzeczyłam.

– Jasne. – Diana nie uwierzyła. – Za dobrze cię znam. Podoba ci się!

– Nie krzycz tak – mruknęłam. – I nawet nie próbuj…

– Ty to byś zawsze chciała, żeby to chłopak zrobił pierwszy krok! – wpadła mi w słowo.

– No, bo to chyba tak działa, nie? – W całym swoim życiu nie miałam jeszcze chłopaka. Być może Diana miała rację, jednak w tych sprawach byłam zbyt nieśmiała, żeby zagadać.

– Nie, kochana, właśnie o to chodzi, że nie. Zresztą – nachyliła się do mnie – słyszałam, że on rzadko się do kogoś odzywa. Co nie znaczy, że laski go nie oblegają. Wszyscy chcą się z nim kumplować.

– To pewno i tak nie mam u niego szans…

– Maruda – stwierdziła Diana, po czym wstała i wmieszała się w tłum.

Siedziałam przez chwilę zupełnie sama. Po kilku minutach obok mnie znalazła się Andrea.

– Nudy – mruknęła. – Prawie nikogo tu nie znam, zresztą ludzie nie są tu szczególnie mili…

Właśnie chciałam przyznać jej rację, gdy przy naszej ławce znów stanęła moja przyjaciółka w towarzystwie jakiegoś kolesia. Spod zawadiacko przekrzywionego kapelusza (które ostatnio zrobiły się modne) wystawały mu blond włosy. Patrzył na nas oczami o głębokiej, niebieskiej barwie. Nigdy nie widziałam tak niezwykłego koloru tęczówek. Chłopak był przystojny, muszę przyznać.

– To Andy i Sam – przedstawiła nas Diana. – A to James.

– Takie super laski i męskie imiona wam dali? – spytał z uśmiechem, który pewno większość dziewczyn uznałoby za rozbrajający. Ale dla mnie świadczył o tym, że był zbyt pewny siebie. Może to jakiś szósty zmysł, w każdym razie poczułam, że chyba go nie polubię.

– Nasz tata zawsze marzył, żeby mieć syna – wyjaśniła moja siostra. – Ale los obdarzył go dwoma córkami, więc razem z mamą dali nam takie imiona. Ja jestem Andrea, a ona Samantha.

Dla mnie zawsze było to trochę krępujące. Często, gdy byłam przedstawiana komuś, kto słyszał o mnie wcześniej, widziałam zdziwienie malujące się jego na twarzy i słyszałam zdanie „A ja myślałem/myślałam, że to chłopiec…”.

Dalsza część rozmowy nie była szczególnie pasjonująca. Utwierdziłam się jedynie w przekonaniu, że James jest strasznym arogantem, który najchętniej poderwałby każdą laskę, która nierozważnie stanęłaby na jego drodze.

Po jakimś czasie opuściłam towarzystwo pod pretekstem skorzystania z toalety. Ucieszyłam się, że nareszcie mam chwilę spokoju. Jednak gdy wyszłam, pod drzwiami zastałam Jamesa.

– Lalka, daj się namówić na coś głębszego – powiedział. Albo nieźle się wstawił w ciągu 5 minut mojej nieobecności, albo był wyjątkowo zuchwały.

– Nie – odpowiedziałam stanowczo, odwróciłam się na pięcie i właśnie miałam odejść, gdy nagle… poczułam na swoim pośladku czyjąś rękę. Obejrzałam się. Ze mną w korytarzu stał tylko James (który, nawiasem mówiąc, głupkowato się uśmiechał), więc bez namysłu uderzyłam go w twarz. Doprowadził mnie do takiej furii, że nawet nie spojrzałam na jego reakcję, wyszłam na dwór, odszukałam Andy, wzięłam ją za rękę i pociągnęłam w stronę dworca. Nawet nie próbowałam tłumaczyć swojego zachowania zdziwionej siostrze. W drodze napisałam tylko SMSa do Diany: „Sorry, że wyszłyśmy bez pożegnania, ale właśnie się zorientowałam, że jest późno, a my musimy zdążyć na pociąg. Miłej zabawy ”.

To wręcz nienormalne, żeby jeden zwykły debil mógł mnie tak zdenerwować. I gdyby nie fakt, że to się naprawdę wydarzyło, w ogóle bym się tego po sobie nie spodziewała. Chyba jeszcze nigdy nie straciłam panowania nad sobą do tego stopnia, żeby kogoś uderzyć!

Miałam nadzieję, że już nigdy nie będę musiała stanąć oko w oko z kimś takim jak ten… ten… James!!

III – Babcia

Wczoraj zadzwoniła do nas siostra mamy, żeby uświadomić rodzinie, iż moja babcia niedługo (i to nawet bardzo niedługo) ma zamiar zrobić sobie krótkie wakacje u nas w domu.

Cała rodzina wpadła w popłoch. Babcia uwielbiała robić niezapowiedziane wizyty w najmniej odpowiednim momencie. Ogólnie rzecz biorąc, dla rodziców moment zawsze był nieodpowiedni, ze względu na to, że ciągle pracowali. Teraz przynajmniej jedno z nich (najprawdopodobniej mama) musiało wziąć wolne. Nigdy nie widziałam entuzjazmu na ich twarzach, gdy trzeba było skorzystać z tej opcji.

Trzeba było zrobić szybkie sprzątanie, odkurzyć pokój dla gości (do którego nikt nie zaglądał przez ponad rok) i przygotować go na przyjazd babci oraz zrobić potrzebne zakupy. Oczywiście, te zadania spadły na mnie i Andy, ponieważ rodziców już nie było. W raz z siostrą usiadłam w kuchni przy dużym, drewnianym stole i zaczęłam rozrysowywać „plan bojowy”.

– Dobra. Więc tak… – mruknęłam.

– Nie zaczynaj zdania od „więc” – upomniała mnie Andy.

– Ty i te twoje reguły… WIĘC tak: któraś z nas musi zająć się sprzątaniem i praniem, a druga musi iść po zakupy i upiec ciasto oraz zawczasu coś ugotować na jutrzejszy przylot babci – jak poinformowała nas ciocia, samolot lądował wcześnie rano, a po kilku godzinach lotu „nasz gość będzie na pewno bardzo głodny”.

– I znów mi przypadnie sprzątanie? – bąknęła Andy.

– Gdybyś umiała gotować, to byśmy losowały – odpowiedziałam.

– Ale ty ledwie wodę na herbatę potrafisz zagotować. – Zmierzyła mnie wzrokiem mówiącym „ciesz się, że jest kupa roboty, której sama nie zrobię, bo inaczej już byś padła trupem”. – W takim razie zostaje ci ogarnąć dom, odkurzyć sypialnię oraz łazienkę dla gości, itp. Wstaw też pranie, a jak się zrobi, to wywieś je na dworze, niech się suszy. Potem je wyprasuję. A ja tymczasem pojadę autobusem do supermarketu, kupię co trzeba i wezmę się za gotowanie i pieczenie.

– A zrobisz muffiny z czekoladą? – spytała błagalnie Andrea.

– No, ba – uśmiechnęłam się. – Przecież babcia za nimi przepada. – Nagle coś mi się przypomniało. – Chyba już wiem, czemu babcia przyjeżdża akurat teraz.

– Hmm? Czemu?

– Bo za dwa dni rodzice mają rocznicę ślubu! 

Wpadłyśmy w panikę.

– O, cholera, zapomniałam! Nie mam nic dla nich!

– Trzeba będzie zrobić tort!

– Jak mogłam zapomnieć…?

– Zaraz, gdzieś tu kiedyś widziałam przepis…

Podeszłam do szafki, w której chowałam różne książki kucharskie i zaczęłam wertować jedną z nich. Znalazłam przepis, wzięłam kartkę i zaczęłam spisywać potrzebne ingrediencje. Następnie otworzyłam lodówkę i dopisałam do listy rzeczy, w które należało się zaopatrzyć. Do tego wszystkiego trzeba jeszcze dołożyć mydło, szampon, gąbkę, pastę do zębów… Lista wyszła długa, więc czym prędzej popędziłam do sklepu.

Wróciłam jakąś godzinę później. Schowałam zakupy do szafek i do lodówki i zaczęłam szykować późny obiad, jednocześnie myśląc, co zaserwować babci na śniadanie, czy pranie już wyschło, jak idzie Andy i kiedy wrócą rodzice. I przede wszystkim: kto jutro odbierze gościa z lotniska? Na rodziców raczej nie ma co liczyć. Mimo tego, że w pracy byli niezwykle sumienni, to w życiu bywało gorzej.

Po pospiesznym telefonie do cioci dowiedziałam się, że samolot ląduje o 6.30. Świetnie. Będę musiała w takim razie wziąć taksówkę, bo nie ma mowy, żebym zwlokła się z łóżka wcześniej, żeby zdążyć na pociąg. W ten właśnie sposób sama sobie wyznaczyłam zadanie główne. Ech, będzie ciężko.

Wieczorem, w okolicach godziny jedenastej, wszystko było już zrobione. Ledwie miałam siły, żeby się umyć i wejść do łóżka. Na wpół przytomna ustawiłam sobie jeszcze budzik i po chwili zasnęłam.

Alarm obudził mnie punktualnie o piątej. Szybko ubrałam się, zjadłam jakieś śniadanie i zadzwoniłam po taksówkę. Zanim przyjechała, napisałam jeszcze notatkę z przypomnieniem, żeby podgrzać chińszczyznę i wstawić 3 torebki ryżu na godzinę 8.00. Po czym odjechałam na lotnisko.

Tam dowiedziałam się, że lot został opóźniony o pół godziny. Super! I po co ja się tak wcześnie zrywałam, co? Zadzwoniłam do domu, żeby upewnić się, że ktoś już wstał i łaskawie odczytał mój liścik (modliłam się, żeby to była mama, bo tylko ona jeszcze oprócz mnie umiała gotować). Przynajmniej w tym miałam szczęście. Kazałam mamie poczekać do 8.30 ze śniadaniem, a najpóźniej o ósmej obudzić Andreę i tatę, który również na ten jeden dzień wziął wolne. Kiedy wszystko było już załatwione, udałam się do kiosku i kupiłam jakąś plotkarską gazetę. Następnie usiadłam w poczekalni i zaczęłam ją wertować.

Na którejś stronie natrafiłam na reklamę nowych perfumów jakiejś sławnej aktorki. Przypomniało mi się, że przecież jej kariera rozpoczęła się na lotnisku! No, może nie dosłownie, ale to w tym miejscu po raz pierwszy zauważył ją ktoś ważny!

Natychmiast się wyprostowałam, wciągnęłam brzuch i rozejrzałam dookoła. Po chwili jednak skarciłam sama siebie za próżność i głupotę. Wątpliwe, żeby ta sama historia przydarzyła się właśnie teraz i to ze mną w roli głównej. Wróciłam do czytania gazety.

Punktualnie o 7.00 wylądował samolot z babcią na pokładzie. Odszukałam ją w tłumie turystów. Nie było to trudne. Babcia zawsze była niezwykła i lubiła się wyróżniać. Spodnie i czerwone buty na szpilce, ogromna torebka ze skóry oraz białe okulary przeciwsłoneczne w stylu lat sześćdziesiątych. Wszystko to, oczywiście, od najlepszych (i najdroższych) projektantów. Do tego świeżo pofarbowane włosy (platynowy blond), starannie ułożone i wypsikane lakierem. Nie było widać choćby śladu żałoby po zmarłym pół roku temu dziadku-miliarderze. „Kochany Tony, na pewno by nie chciał, żeby jego żona chodziła ubrana w te okropne czarne kostiumy żałobne” – mawiała.

Babcia po raz drugi została wdową. Jej pierwszy mąż (a zarazem mój biologiczny dziadek) zmarł, gdy moja mama i jej bliźniaczka miały 9 lat. Nie za wiele o nim wiem, bo jego wspomnienie jest nadal bolesne. A to z tego powodu, że był marynarzem, nabawił się jakiejś choroby, przez którą nie mógł wypływać na morze i wskutek tego zajmował swój wolny czas piciem. Ponoć czasami nawet bił babcię, jednak ona nie wzięła rozwodu. Aż nagle, pewnego dnia organizm zmęczony chorobą i alkoholem poddał się. Mama wspomina to jako jeden z najlepszych dni w jej życiu. Rok później babcia (w wieku 34 lat) wyszła ponownie za mąż. Anthony'ego poznała w ekskluzywnym hotelu, gdzie pracowała jako recepcjonistka. Dalej było tradycyjnie – przedłużenie swojego pobytu przez Anthonyego w hotelu, potajemne spotkania bez wiedzy córek babci, wykrycie sekretu przez mamę i ciocię, zaakceptowanie nowego partnera babci, zaręczyny i ślub. Był to tak miły i serdeczny człowiek, w dodatku tak kochał babcię (i jej córki, rzecz jasna), że mama z ciocią nigdy nie zwracały się do niego inaczej niż „tato”.

To właśnie on nauczył babcię żyć inaczej, lepiej, z uśmiechem na twarzy. I za to byłam mu wdzięczna (zresztą, nie tylko ja).

Wzięłam naszą turystkę do domu. Zaprowadziłam ją do pokoju i wyszłam, żeby mogła się odświeżyć po podróży. Sama poszłam zobaczyć, czy Andy już wstała. Zapukałam do jej pokoju. Brak odpowiedzi. Weszłam.

– Wstawaj, śpiochu! Babcia przyjechała!

– Csssooo??

– Wstawaj, za pięć minut śniadanie!

– Ale już? – była prawie nieprzytomna. – Przecież to jeszcze noc…

– Żadna noc, już prawie dziewiąta.

– No, też mówię, że noc… – potężnie ziewnęła, ale w końcu wstała. Wyszłam z pokoju.

Śniadanie przebiegało w pogodnej atmosferze. Gadaliśmy o wszystkim i o niczym. Dawno nie jadłam posiłku z całą rodziną. Czasem rano z Andreą, gdy szłyśmy na tą samą godzinę do szkoły, spotykałyśmy się przy stole. Ale to była już przeszłość. Teraz ja będę musiała wstawać co najmniej godzinę wcześniej, żeby zdążyć na pociąg.

Nagle babcia odchrząknęła i spojrzała w stronę rodziców.

– Izabella, Marc – zaczęła oficjalnym tonem. – Z racji waszego święta, które przypada już za kilka dni… – Rodzice spojrzeli szybko po sobie ze zdziwieniem. Było widać, że nie mają pojęcia, o co chodzi. Nie mogłam uwierzyć, że zapomnieli o swojej własnej rocznicy ślubu! – … mam dla was małą niespodziankę. – Nastała chwila ciszy. – Za dwa dni lecicie do Los Angeles na krótkie wakacje. Nie…! – podniosła głos, gdy mama z tatą właśnie otwierali usta, żeby wyrazić swój sprzeciw. – Nie ma zmiłuj! Cały czas siedzicie po uszy w pracy! Widzicie się może przez pięć minut w ciągu dnia, już ja to dobrze wiem! Czas coś z tym zrobić, dlatego opłaciłam wam dwutygodniowy pobyt w hotelu pierwszej klasy wraz z przelotem. Jest to prezent ode mnie i od twojej siostry, Bello. Nie! – po raz kolejny nie dała dojść do głosu rodzicom. – Załatwiłam wam już urlopy w pracy – wszyscy spojrzeliśmy na nią zdziwieni. – Dziwnym trafem okazało się, że znam mamę waszego szefa – (rodzice pracowali w jednej firmie) – i tak się złożyło, że jej syn bez najmniejszego problemu obiecał mi, iż nic się nie stanie, jeśli przez dwa tygodnie was nie będzie w pracy. Zresztą, z tego, co mi mówił, nie korzystaliście z urlopów już od dłuższego czasu – spojrzała na nich karcąco.

Siedziałam z rozdziawionymi ustami i gapiłam się w tą małą, niepozorną na pierwszy rzut oka, odrobinę pulchną osóbkę, która właśnie zaplanowała moim rodzicom życie na najbliższe dni, bez jakiejkolwiek zgody z ich strony. Mama z tatą wcale nie byli zadowoleni. Jednak siedzieli cicho, bo wiedzieli, że z babcią nie wygrają.

Tak oto dwa dni później znów stałam na lotnisku. Jednak tym razem nie byłam sama. Koło mnie stała Andy i razem patrzyłyśmy na odlatujący samolot, na którego pokładzie znajdowali się teraz nasi rodzice i babcia.

– Wyobrażasz to sobie? – spytała mnie podekscytowana Andrea. – Przez najbliższe czternaście dni zero zakazów, rozkazów, nakazów, ogółem: chata wolna!

– Nie ciesz się tak bardzo – ostudziłam jej zapał. – Pod hasłem „wolna chata” kryje się drugie dno.

– Jakie?

– Wszystkie obowiązki domowe spadają na nas, z naciskiem na słowo „NAS”, bo ja sama wszystkiego nie zrobię. Zresztą, nie mam takiego zamiaru. No i, jakby nie patrzeć, teraz ja jestem najstarszą osobą w domu.

– I co z tego?

– A to, że teraz jesteś pod moją opieką i musisz mnie słuchać – uśmiechnęłam się i poszłam w stronę taksówki.

IV – Niespodzianki

Nie czułam się zbyt pewnie. Najchętniej zaraz wróciłabym do pustego domu, zakryła kołdrą, poduszką, a jakby się dało, to jeszcze prześcieradłem, byle tylko stąd uciec. Ale nie mogłam. Zresztą, sama zgotowałam sobie taki los.

Stałam przed drzwiami swojej nowej klasy. Zaraz miałam się dowiedzieć, kogo będę widzieć niemal codziennie przez najbliższe trzy lata. Na korytarzu panował tłok, ludzie szukali swoich sal, starzy znajomi witali się serdecznie, co chwila słychać było wybuchy radości. Trochę mnie to dziwiło, bo przecież spotkania w klasach miały się zacząć już trzy minuty temu, ale inni najwyraźniej mieli to gdzieś.

Drzwi do mojej sali były zamknięte. Zaraz miał się pojawić nauczyciel. Głupio się czułam, nie wiedząc, kto z otaczających mnie osób należy do nowej klasy. Stres zżerał mnie od środka. A jeśli się nie zintegrujemy, nie zgramy? Jeśli podzielimy się na lepszych i gorszych? Albo jeśli ludzie będą okropni? Jeśli będą wyśmiewać, żartować, nie szanować się nawzajem?

Z tych ponurych myśli wyrwał mnie widok otwierających się drzwi. Czyli ktoś już tam był! Zapewne nasz przyszły wychowawca. Chciałam szybko wejść do klasy i zająć jakieś dobre miejsce, jednak nagle zorientowałam się, że nie tylko ja miałam taki plan. Otaczający mnie ludzie nagle zniknęli i w ciągu sekundy już przeciskali się przez drzwi. Nie było mowy, żebym się koło nich przemknęła. W efekcie weszłam do klasy jako ostatnia i została mi pierwsza ławka w środkowym rzędzie. Super! Nie dość, że siedziałam sama, to jeszcze przed samym nosem nauczyciela! Zrezygnowana opadłam na krzesło.

Teraz miałam czas, żeby przyjrzeć się przyszłemu wychowawcy. Spojrzałam przed siebie i… zaniemówiłam. Przede mną siedziała energiczna, młoda kobieta (którą raczej nazwałabym dziewczyną) z szerokim uśmiechem przyklejonym do twarzy. Gdyby nie fakt, że siedziała za biurkiem profesora nie uwierzyłabym, że jest ode mnie starsza więcej niż dwa – trzy lata.

Gdy gwar ustał (co trochę trwało) wychowawczyni wstała ze swojego miejsca i zaczęła przemowę:

– Witam, nazywam się Martha White i jestem nauczycielką języka angielskiego – w odpowiedzi cała klasa ryknęła „DZIEŃ DOBRY PANI PROFESOR”. – Przez najbliższe trzy lata…

W tym momencie do pomieszczenia dosłownie wpadł ktoś jeszcze. Na jego widok serce mi zamarło. James?!

– Przepraszam za spóźnienie, ale szukałem sali – wytłumaczył się.

Pani profesor rozejrzała się szybko po klasie i z szerokim uśmiechem powiedziała:

– Nic nie szkodzi. Jednak następnym razem proszę, abyś pojawiał się punktualnie i wchodził do sali jak cywilizowany człowiek. A teraz dosiądź się do koleżanki w pierwszej ławce, bo obawiam się, że nigdzie indziej nie ma miejsca.

COOO?!

Nagle moje serce jakby przypomniało sobie, że od dłuższego czasu stoi bezproduktywnie w miejscu i zaczęło walić ze zdwojoną siłą.

James spojrzał w moją stronę. Wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu i bez słowa usiadł koło mnie. Udawałam, że go nie zauważyłam.

Po chwili pani kontynuowała swój wywód na temat zasad panujących w szkole, podała nam plan lekcji oraz spis podręczników. Ja jednak nie mogłam się nad niczym skupić. Cały czas czułam na sobie spojrzenie Jamesa.

W końcu pani White stwierdziła, że to właściwie byłoby wszystko i mogliśmy iść do domów. W mgnieniu oka wstałam i wyszłam z klasy. Nie chciałam, żeby ON do mnie zagadał. Weszłam do łazienki dla dziewcząt. Przynajmniej nie będzie mógł za mną iść. Pomyśli, że zniknęłam.

Po chwili drzwi się otworzyły i weszła dziewczyna, którą wcześniej widziałam w klasie, ale nie zwróciłam na nią wtedy szczególnej uwagi.

– O, hej! – uśmiechnęła się, gdy mnie zobaczyła. Miała gęste, kasztanowe włosy, piękną cerę i figurę modelki. Czułam się przy niej jak szara mysz. – Jestem Stella. Chyba chodzimy razem do klasy, prawda?

– Tak, jestem Samantha – odwzajemniłam uśmiech. Kurczę, przecież ona teraz powinna siedzieć w jakimś studio filmowym czy fotograficznym i rozkręcać karierę! – Miło cię poznać. – Uścisnęłyśmy sobie ręce.

– Jeszcze nie widziałam człowieka, który potrafiłby wstać i wyjść z klasy, tak szybko jak ty to zrobiłaś – spojrzała na mnie badawczo swoimi ciemnozielonymi oczami.

Zarumieniłam się.

– Po prostu musiałam do toalety…

Czułam, że nie dała się nabrać, ale nie odezwała się. Podeszła do umywalki i zaczęła myć ręce.

– Skąd jesteś? – spytała po chwili.

– Z małego miasteczka, jakieś 20–25 km stąd – mruknęłam.

– A czym dojeżdżasz?

– Pociągiem – uśmiechnęłam się kwaśno.

– Widzę, że nie lubisz tego środka lokomocji – jeszcze raz odsłoniła swoje proste, białe zęby w szczerym uśmiechu.

– Niezbyt – przyznałam.

Wyszłyśmy z łazienki. Na korytarzu było cicho. Pewno większość uczniów poszła świętować ostatni dzień wolnego. Jedynie gdzieś na pierwszym piętrze było słychać sprzątaczkę, która nuciła sobie tylko znaną melodię.

– A ty gdzie mieszkasz? – spytałam Stellę, gdy doszłyśmy do drzwi głównych.

– W środku lasu, około 15 km od szkoły. Ale nie mam problemów z dojazdami, bo mój brat zwykle podwozi mnie samochodem. Też chodzi tu do szkoły.

– Samochodem jeszcze gorzej, bo są korki – zauważyłam.

– Nam to nie przeszkadza – powiedziała. Zabrzmiało to tak, jakby samochód jej brata miał skrzydła, dzięki czemu może przelecieć nad ulicą i w ten sposób wyminąć sznur aut na drodze.

Weszłyśmy na szkolny parking. Był prawie pusty, jeśli nie liczyć wielkiego Hummera H3. Stella zbliżyła się do tego kolosa i zapukała w okno kierowcy. Szyba cicho zjechała na dół, a w jej miejscu pojawiła się blada, nieludzka wręcz twarz.

– Sam, to mój brat Daniel. Daniel, to moja nowa koleżanka z klasy, Samantha. – Stella dokonała prezentacji.

Jego szare oczy spoczęły na mnie. Naszło mnie dziwne przeczucie, że nie jestem mile widziana.

– Witaj – mruknął.

– Hej – ledwo udało mi się coś powiedzieć. W porównaniu z jego głębokim głosem, mój wydawał się zaledwie piskiem.

– Wsiadaj, Stella, czekam tu już dość długo – powiedział do siostry.

– Już idę – odpowiedziała i odwróciła się do mnie. – To do jutra – uśmiechnęła się, obeszła samochód i usiadła na miejscu pasażera. Pokiwałam jej, a następnie czym prędzej opuściłam parking. Bałam się, że jej brat mnie zaraz przejedzie. Nie wiedziałam czemu, ale wyraźnie czułam, że mnie nie polubił. Tylko co ja mu takiego zrobiłam?

Spojrzałam na zegarek. Super. Pociąg odjeżdżał za 15 minut. Co oznacza, że miałam do wyboru szaleńczy bieg, żeby na niego zdążyć lub spokojny spacer i dodatkową godzinę czekania na kolejny. Wybrałam pierwszą opcję. Puściłam się biegiem. Po kilkuset metrach stwierdziłam, że to był jednak zły pomysł. Zaczęło mi brakować tchu, nogi bolały. Na dodatek ludzie gapili się na mnie jak na wariatkę.

O mały włos nie potrąciłam jakiejś staruszki za rogiem.

Ostatkiem sił wbiegłam na dworzec. Miałam minutę, żeby odnaleźć na tablicy odjazdów swój pociąg, zobaczyć, z którego peronu odjeżdża i żeby na ów peron dotrzeć.

Nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Z trudem łapałam oddech i nie do końca do mnie docierało to, co widziałam. Jednak po chwili okazało się, że wzrok mnie nie zwodzi.

Pociąg miał trzydziestominutowe opóźnienie.

***

Następnego dnia budzik zadzwonił o szóstej. Nienawidzę tej godziny.

Powoli wstałam i poszłam do łazienki. W całym domu panowała cisza. Rodzice mieli wrócić dopiero za tydzień, a Andy spała. Matko, kto wymyślił wstawać o tak wczesnej porze?!

Stałam naprzeciw lustra w łazience. W jego gładkiej tafli widziałam twarz bez koloru i wyrazu, którą otaczały jasnobrązowe włosy. Wyglądała śmiesznie, bo zamiast oczu miała małe szparki.

Pochyliłam się nad umywalką, umyłam twarz i uczesałam włosy. Jeszcze raz spojrzałam w lustro. Teraz twarz nadal była blada, jednak już nie tak chorobliwie, a w miejscu szparek pojawiły się oczy. No, wreszcie wyglądam choć trochę jak człowiek.

Ubrałam się i poszłam zjeść śniadanie.

Godzinę później stałam w pełnym pociągu. Zaspani ludzie patrzyli na siebie niewidzącym wzrokiem. Inni spali. Kolejni denerwowali się, bo pociąg już miał dziesięć minut opóźnienia. Na szczęście szłam dopiero na drugą lekcję. Mimo wszystko nie było mi miło tak stać, otoczona ludźmi wyglądającymi jak swoje własne cienie.

Odwróciłam wzrok i popatrzyłam za okno. Przejeżdżaliśmy właśnie przez gęsty las. Nagle zaczęłam żałować, że nie umiem latać. Chciałam z góry zobaczyć, jak wielki jest ten las i jak z zewnątrz prezentuje się pociąg pełen widmowych ludzi, a potem to wszystko namalować. Niestety, mogłam to sobie tylko wyobrazić.

W końcu dotarłam do szkoły. Budynek wydawał się opuszczony. Jednak już od kilkunastu minut trwała lekcja. Grube ściany nie przepuszczały żadnego dźwięku.

Skierowałam swoje kroki w stronę sali 107, gdzie niedługo miałam mieć angielski. Sądziłam, że przyjdę jako pierwsza, jednak na ławce pod klasą ktoś już siedział.

– Cześć, Stella – przywitałam się.

– Hej – uśmiechnęła się. – Co tak wcześnie tu robisz?

– Byłabym jeszcze wcześniej, ale pociąg się spóźnił. A ty?

– Daniel szedł na pierwszą lekcję, więc postanowiłam pojechać z nim.

Przypomniałam sobie to śmiertelne spojrzenie, którym wczoraj obdarzył mnie jej brat.

– Chyba nie przypadłam mu do gustu – zauważyłam.

– Nie… On zawsze taki jest. Przyzwyczai się do ciebie – puściła mi oczko. Mimo wszystko, nie wydawało mi się, żeby w najbliższym czasie jej słowa miały znaleźć swoje odzwierciedlenie w rzeczywistości.

Siedziałyśmy razem pod klasą i gadałyśmy. Nagle usłyszałyśmy kroki od strony schodów. Spojrzałam w tę stronę. To był James.

– O, moje dziewczynki – uśmiechnął się szeroko. Miałam ochotę zdzielić go przez ten pusty łeb, schowany pod kapeluszem typu fedora.

Za to Stella wstała i uścisnęła nowo przybyłego.

– Jak miło cię widzieć!

Trochę zdziwiło mnie to wylewne powitanie.

– Znaliście się wcześniej? – zgadywałam.

– Tak – odpowiedział chłopak. – Już kopę lat, jak się znamy…

Stella zachichotała.

– Naprawdę już tyle? – spytała.

– Chyba tak – uśmiechnął się szeroko.

Wiedziałam, że sobie ze mnie żartują. Zmieniłam temat.

– Co mamy po angielskim?

– Chyba fizykę… – James zamyślił się.

– Ech, nienawidzę jej… – mruknęła Stella.

– Dlaczego? – spytałam. Chociaż byłam bardziej nastawiona humanistycznie, lubiłam fizykę. Tłumaczyła wiele ciekawych zjawisk.

– Bo ona ogranicza pole widzenia – odpowiedziała zagadkowo.

Chciałam jeszcze z nią podyskutować, ale w tym momencie przyszło kilka innych osób z klasy. Zaczęło się to, czego nienawidzę: poznawanie nowych ludzi, wyjaśnianie im rzeczy, o których starzy znajomi doskonale wiedzieli, pokazywanie się z jak najlepszej strony, odpowiadanie na proste i banalne pytania, byle tylko nie doprowadzić do krępującej ciszy.

Na szczęście, jakieś dziesięć minut później zadzwonił dzwonek na przerwę. Z klas wylała się masa hałasujących uczniów, którzy skutecznie uniemożliwiali porozumiewanie się w naszej grupie.

Chwilę potem kolejny dzwonek oznajmił nam, że koniec laby – trzeba iść na lekcję. Weszłam do klasy i zajęłam swoje miejsce. Dopiero po chwili przypomniało mi się, z kim siedzę. James już szedł w moją stronę. Udając, że nie widzę jego uśmieszku, schyliłam się do torby, żeby wyjąć zeszyt.

Lekcja minęła spokojnie. Pani Martha (nie chciała, żebyśmy mówili do niej per „pani profesor White”) podyktowała nam szybko wymagania przedmiotowe i zaczęliśmy normalną lekcję. Teraz znalazłam się w swoim żywiole. Uwielbiałam język angielski – zawsze miałam z niego 6.

Niemal całą lekcję czułam na sobie spojrzenie sąsiada. Ignorowałam go. Chyba nigdy nie wybaczę mu tego głupiego występu na imprezie u Diany.

Do końca dnia najwięcej czasu spędzałam ze Stellą. Była jedyną osobą, która, o dziwo, mnie nie krępowała. Wręcz przeciwnie – czułam, jakbyśmy znały się od lat. Nie wiedziałam jak ona to robi: może to ten uśmiech? Albo jej swoboda?

Podziwiałam ją. Była piękna, wszyscy chłopacy w szkole się za nią oglądali, gdy szłyśmy korytarzem, a ona była tak zajęta naszą rozmową, że nawet nie zwracała na nich uwagi. Pewnie przy niej wyglądałam gorzej niż zwykle przez kontrast, jaki tworzyłyśmy, ale jakoś mi to nie przeszkadzało.

Po lekcjach żegnałyśmy się właśnie przy parkingu, gdy podszedł do nas Daniel. Dopiero teraz zauważyłam, jaki jest potężny. Jego muskularne ramiona były ogromne. Zastanawiałam się, ile czasu dziennie spędza w siłowni.

Na powitanie przeszył mnie takim samym wzrokiem, jak wczoraj. Zadrżałam. Nie chciałabym znaleźć się z nim sam na sam, gdy był zły. Jeśli teraz budził we mnie takie uczucia, to, co dopiero wtedy. Chyba od razu dostałabym zawału, gdyby tylko zrobił krok w moją stronę.

Stella zauważyła moje skrępowanie, więc dobrodusznie postanowiła już dłużej mnie nie przetrzymywać. Kiedy odchodziłam, byłam niemal na sto procent pewna, że teraz rzuca bratu karcące spojrzenie.

W domu byłam całkiem sama. Jak zwykle najpierw odrobiłam lekcje (właściwie to prawie nie było co odrabiać), wstawiłam pranie, a później wzięłam się za obiad. Nie chciało mi się jeść, ale Andy miała niedługo przyjść, a znając ją, pewno nie wzięła do szkoły drugiego śniadania.

Tak jak myślałam, pół godziny później pojawiła się moja zgłodniała siostra. Zanim zasiadła do jedzenia, powiedziała tylko, że na mojej poczcie mailowej czeka nowa wiadomość. Wkurzyłam się na nią, bo przecież zakazałam jej szperać w moich prywatnych rzeczach. Udawała, że nie słyszy skierowanych w jej stronę wyrzutów. Widząc mierne efekty mojego strofowania, warknęłam tylko głośno, poszłam do pokoju i trzasnęłam z całych sił drzwiami.

Dlaczego nawet moja własna siostra mnie ignoruje? Dlaczego dla innych ludzi jestem niewidzialna? Czy brak mi siły przebicia? A może oryginalności?

Zasiadłam do komputera i zajrzałam do skrzynki. Czekał tam na mnie mail od mamy.

Hej Sam,

mam nadzieję, że u Was wszystko w porządku. Tu świeci słońce i jest po prostu pięknie. Z Waszym ojcem postanowiliśmy przedłużyć sobie ten „drugi miodowy miesiąc” o kolejne kilka dni. Chyba nie macie nic przeciw? Poradzicie sobie bez nas? Napisz, co słychać. Kocham,

Mama

Siedziałam przed komputerem z otwartą buzią. Przedłużyć urlop? ONI?! Coś mi tu nie pasowało. Nigdy nie chcieli wyjeżdżać z domu, bo to musiałoby się wiązać z wzięciem urlopu w pracy. A teraz nagle tak im się spodobało, że chcą więcej?!

Już chciałam zadzwonić do mamy, czy aby na pewno wszystko OK, ale po chwili skarciłam się w duchu. Może rzeczywiście dobrze się tam bawią?

Zeszłam do kuchni i, tym razem na spokojnie, spytałam Andy, co sądzi o treści maila.

– Jesteś pewna, że nie trzeba dzwonić po pogotowie? – spytała mnie pół żartem, pół serio.

– Jeszcze nie – uśmiechnęłam się. Zniknęła mi złość, którą wcześniej czułam. Chyba częściej muszę trzaskać drzwiami.

W nocy kiepsko spałam. Obudziłam się z krzykiem, cała mokra od potu. Nie pamiętałam, co mi się śniło. Miałam tylko dziwne przeczucie, że moje obawy związane z tym koszmarem niedługo będą całkiem realne.

W szkole prawie cały czas gadałam z Stellą. Niestety, zwykle towarzyszył nam James. Wkurzało mnie to. Kiedy w końcu odszedł na chwilę, żeby coś załatwić, syknęłam do koleżanki:

– Dlaczego on wciąż za nami łazi?

– A co? Przeszkadza ci to? – Spojrzała na mnie. Było widać, że ona nie wyobraża sobie, że James mógłby mnie drażnić. – Podobasz mu się – wyszczerzyła zęby w szczerym uśmiechu.

– Ale on mi nie – mruknęłam.

– Dlaczego? – spytała zdziwiona.

– Bo jest arogancki – ucięłam. Nawet jej nie chciałam zdradzić, co zaszło między mną a chłopakiem pod koniec wakacji.

– Gdybyś znała go tyle, ile ja, wiedziałabyś, jaki jest naprawdę.

– A ile lat się już znacie? – spytałam, chcąc zmienić temat.

– Oj, dużo – uśmiechnęła się. Czułam, że ona też coś ukrywa.

Dzwonek oznajmił właśnie koniec przerwy. Poszłyśmy w milczeniu na lekcję wychowawczą. Temat naszej rozmowy siedział już na swoim miejscu, szeroko się uśmiechając. Usiadłam w ławce obojętnie. Przyzwyczaiłam się do udawania, że koło mnie nikogo nie ma. Pełna ignorancja sąsiada przez 45 minut to było moje zadanie na każdej lekcji. Mogłabym się założyć, że wiało ode mnie chłodem na kilometr. Ale James najwyraźniej był gruboskórny, bo i tak zawsze na mój widok jego twarz rozjaśniał uśmiech.

Tego właśnie nie rozumiałam. Pomimo wyraźnej niechęci z mojej strony, on zachowywał się tak, jakbyśmy byli co najmniej przyjaciółmi. Na początku myślałam, że to przez Stellę. Nie zdziwiłabym się, gdyby stracił dla niej głowę. Może chciał jej pokazać, że jego nie obchodzi jak okropną koleżankę sobie wybrała, że dla niej będzie w stanie udawać ślepego i głuchego na moją żywą do bólu niechęć? Może nie chciał, żeby Stella stanęła przed niemal tradycyjnym wyborem: miłość do chłopaka, czy przyjaźń kumpeli?

Jednak po dzisiejszej rozmowie z dziewczyną, zauważyłam coś, na co wcześniej nie zwracałam uwagi. Przypomniałam sobie słowa, które wypowiedziała przed kilkoma minutami.

Nie. Nie chciałam, nie mogłam w nie uwierzyć! Postanowiłam o całej sprawie jak najszybciej zapomnieć.

Gdzieś z oddali usłyszałam swoje imię.

– Samantha Ra…?? – Pani najwyraźniej po raz pierwszy sprawdzała obecność. Wczoraj nauczyciele byli zbyt zajęci wprowadzaniem nas w tok ich nauczania, żeby zawracać sobie głowę listą obecności.

– Rameau – podpowiedziałam. – To francuskie nazwisko.

Nagle znalazłam się w centrum uwagi.

– Jesteś Francuzką? – Ktoś krzyknął z tyłu.

Zanim zdążyłam zaprzeczyć, posypało się tysiąc innych pytań.

– Jak smakują żaby?

– Czy wy naprawdę jecie ślimaki?

– Umiesz mówić po francusku?

– Czy to prawda, że…

– Cisza! – krzyknęła wychowawczyni. – Dajcie jej się wysłowić – dodała łagodniejszym tonem.

Nawet taka głupia sytuacja, jak wyjaśnienie pochodzenia własnego nazwiska trzydziestoosobowej grupie mnie tremowała.

Super. Uwielbiam te momenty, kiedy muszę robić z siebie durnia przy nowej klasie.

– No, więc – Świetnie! Ile razy sobie powtarzam, że nie wolno zaczynać od „więc”?! – Eee… Nie jestem Francuzką.

Po sali przemknął pomruk rozczarowania. Niektórzy jakby znów zupełnie zapomnieli, że istnieję i wrócili do przerwanych zajęć, jak np. bazgranie po ławce.

Jednak wychowawczyni to nie usatysfakcjonowało.

– Może w takim razie zdradzisz nam, skąd się wzięło twoje nazwisko?

– Mój dziadek od strony taty był Francuzem – wyjaśniłam.

– A umiesz mówić po francusku?

–Oui, je parle français tres bien.– Miałam nadzieję, że dzięki temu popisowi da mi w końcu święty spokój. Nie myliłam się.

Pani skończyła czytać listę obecności, po czym spojrzała na nas i teatralnie zaczęła:

– Jak zapewne wiecie, odeszła od nas jedna z koleżanek. – Szybko rozejrzałam się po klasie (zresztą, nie tylko ja) i zobaczyłam puste krzesło koło dziewczyny z długimi farbowanymi na czarno włosami (jeśli pamięć mnie nie myliła, miała na imię Angela). – Przeniosła się do innego liceum, przez co u nas zrobiło się wolne miejsce. Zaraz zobaczycie, kto je zajmie w jej zastępstwie.

Wyszła z sali i po chwili wróciła z ciemnookim brunetem, którego już wcześniej widziałam.

– Oto Gregor, wasz nowy kolega. – Pani dokonała prezentacji. Czasami odnosiła się do klasy tak, jakby zamiast nas w ławkach siedziały dzieci z podstawówki.

Czarnowłosy chłopak omiótł wszystkich obojętnym wzrokiem, wypatrzył wolne miejsce i usiadł koło Angeli. Mogłam się założyć, że według niej ta zmiana sąsiada nie była wcale zmianą na gorsze.

Żałowałam, że to koło mnie nie było wolnego miejsca. Po raz pierwszy od początku roku spojrzałam na siedzącego po prawej stronie Jamesa. O dziwo, nie uśmiechał się, ani nie patrzył w moją stronę: rysy jego twarzy stwardniały, w dłoni ściskał nerwowo ołówek (byłam pewna, że zaraz go złamie), a wzrok wbił w tablicę. Było widać, że myślami krąży gdzieś poza tematem lekcji wychowawczej.

Na przerwie jak zwykle stałam z Stellą. Tym razem James do nas nie podszedł. W ogóle nigdzie go nie widziałam. Po wyjściu z klasy nagle wyparował.

Dziewczyna też dziwnie się zachowywała. Nie uśmiechała się, co już było niepokojącym objawem. Zapytałam ją, czy dobrze się czuje.

– Jasne, wszystko OK.

Jakoś mnie tym nie przekonała, ale postanowiłam nie drążyć tematu.

– Jak podoba ci się ten nowy, Gregor? – spytała nagle.

Zaczerwieniłam się. Podobał mi się tak samo (a może nawet jeszcze bardziej), jak na grillu u Diany. Nie chciałam jednak się zdradzać.

– Chyba fajny – mruknęłam ogólnikowo. Ja jej też nie przekonałam.

Rzuciłam ukradkowe spojrzenie w stronę chłopaka. Stał kilka metrów od nas i niechętnie odpowiadał na pytania zadawane przez oblegające go koleżanki z klasy. Chyba wyczuł, że mu się przyglądam, bo podniósł wzrok i spojrzał mi prosto w oczy.

Nagle serce zaczęło mi walić jak młot, a myśli wyleciały z głowy. Zbladłam, moje nogi były jak z waty.

Odwróciłam wzrok i uspokoiłam się. Zerknęłam na Stellę. Ta jednak stała jak posąg w jednej pozie i nie zwracała na nic uwagi.

Poszłyśmy na matematykę. Gdy wszyscy usiedli na swoich miejscach, z kantorka wyszedł pan profesor. Był to starszy człowiek, który wyglądał trochę jak szalony naukowiec. Włosy w nieładzie, przekrzywione okulary i wszędzie ślady po kredzie. Popatrzył na nas jakby nieobecnym wzrokiem i zmarszczył brwi.

– A, pierwszoklasiści! – wykrzyknął, jakby odkrył nowe prawo matematyczne.

Usiadł za biurkiem i zaczął sprawdzać obecność. W miarę czytania listy na głos, znów coraz bardziej marszczył czoło.

– Czemu nie siedzicie na swoich miejscach? – spytał w końcu z wyrzutem.

Patrzyliśmy w niego jak sroki w gnat.

– Ależ siedzimy, panie profesorze – odezwała się Paulina.

– Coś mi tu nie pasuje… – mruknął pod nosem. – A! Bo ja mam z wami pierwszy raz!

Miałam szczerą ochotę parsknąć śmiechem. Zresztą, nie tylko ja, bo nagle co najmniej pół klasy zaczęło dziwnie kaszleć.

– U mnie na lekcjach macie siedzieć alfabetycznie – oznajmił profesor już na serio i wrócił do wpisywania tematu w dzienniku. Po chwili ponownie omiótł nas wzrokiem. Musiało to wyglądać zabawnie: niemal wszyscy mieli szeroko otwarte oczy (niektórzy nawet buzie) i patrzyli jak zahipnotyzowani w stronę matematyka. – No dalej! Tu nazwiska na literę A, tu B, tu… – pokazał.

W klasie zrobił się rozgardiasz – wszyscy szukali swojego miejsca. Minutę potem rozejrzałam się po sali. Teraz siedziałam w przedostatniej ławce przy oknie, a moim sąsiadem był… Gregor!

Wzrokiem odszukałam Jamesa. Siedział gdzieś na początku koło Pauliny. W przeciwieństwie do mnie nie był zadowolony ze swojego nowego położenia.

Profesor zaczął lekcję. Zadał chyba z dziesięć zadań, które mieliśmy wykonać w zeszytach, a sam zaczął bez słowa rozrysowywać je na tablicy w tempie karabinu maszynowego. Najciekawsze było to, iż pisał prawą ręką, a lewą zmazywał to, co właśnie napisał. Zatkało mnie. Nie zdążyłam przepisać nawet jednej cyfry z tablicy. Spojrzałam do podręcznika. Nie było mowy, żebym sama rozwiązała te zadania! Zerknęłam do zeszytu Gregora. On miał już połowę zadań rozwiązanych!

Zorientowawszy się, że gapię się w niego szeroko otwartymi oczyma, podniósł głowę i spojrzał mi prosto w oczy. Serce znów zaczęło mi walić, ale nie mogłam odwrócić wzroku.

– Coś się stało? – spytał. Miał cudownie głęboki głos.

– Nie, nic… – z moich suchych ust wydobył się pisk. Odchrząknęłam. – Pokażesz mi, jak zrobić te zadania? – spytałam już pewniejszym tonem.

Bez słowa podsunął mi swój zeszyt. Cóż, liczyłam, że mi to wytłumaczy, ale dobre i to. Może kiedyś zrozumiem, dlaczego nagle plus zamienia się w minus, potęga w pierwiastek i takie tam inne, banalne przecież rzeczy.

Po jakichś dziesięciu minutach miałam zrobione wszystkie zadania. Zupełnie nie wiedziałam skąd to wszystko się wzięło, ale najważniejsze, że miałam dobre wyniki.

Gregor skończył oczywiście przede mną i siedział zamyślony. Wzrok wbił w tablicę. Miałam ogromną ochotę z nim pogadać. Wydawał się taki tajemniczy…

Próbowałam znaleźć jakiś neutralny temat, ale nie udało mi się. Do końca lekcji siedziałam w ciszy patrząc, jak inni trudzą się rozwiązywaniem absurdalnych zadań matematycznych.

V – Telefony

– No, gadaj, co słychać?! – Diana nie mogła doczekać się relacji z nowej szkoły. Był piątek wieczór, czyli czas, który obiecałyśmy sobie poświęcać na przynajmniej kilkunastominutowe rozmowy przez telefon.

– Nic wielkiego… W szkole ludzie niezbyt rozmowni, ale trzymam się z taką jedną Stellą. Jej brat jest trochę przerażający, ale ona jest sympatyczna.

– A chłopcy? – Ten temat najbardziej interesował moją przyjaciółkę.

– Też są – odpowiedziałam ogólnikowo i mimowolnie uśmiechnęłam się. Wiedziałam, że aż z niej kipi, żeby wyciągnąć ode mnie wiadomość, czy już któryś wpadł mi w oko.

– Ej, to nie fair!

– Pamiętasz Gregora i Jamesa, którzy przyszli na grilla?

– No, co z nimi?


Nie udało mi się powstrzymać łez. James bez słowa objął mnie ramieniem. Nie byłam pewna, ale czułam, że wiedział, o czym myślałam. Oparłam o niego głowę i zamknęłam oczy. Wdychałam jego zapach. Działał uspokajająco. Pachniał jak… Jak las, drzewa, liście, wiatr, trawa… Łzy po chwili przestały spływać mi po policzkach. Przestałam się obawiać. Nagle wszystkie moje lęki się ulotniły. Wiedziałam, że nie jestem sama i że ktoś mnie wspiera. To była magia – nie czułam nic, oprócz błogiego spokoju.

Próbowałam się oszukiwać, że nic mnie to nie obchodzi, że zawsze tak było, że dobrze o tym wiedziałam i byłam przygotowana. Tak naprawdę okazało się, że nie znam siebie. Ukrywałam swoje prawdziwe ja przed sobą, przybierając maskę silnej i odważnej osoby, która troszczy się o innych, jednocześnie nie dbając o swoje uczucia.