Wydawca: WAB Kategoria: Kryminał Język: polski Rok wydania: 2004

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 528 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ukradziony sen - Aleksandra Marinina

Pierwsza na polskim rynku powieść z bijącej w Rosji rekordy popularności serii przygód major Anastazji Kamieńskiej. Będąc oficerem śledczym moskiewskiej milicji, ta atrakcyjna i delikatna kobieta jest niezastąpiona w śledztwach wymagających intuicji i niekonwencjonalnych metod. Tym razem banalna z pozoru sprawa zabójstwa młodej, pięknej hostessy, zatrudnionej w jednej z prywatnych firm, przybiera nieoczekiwany obrót, gdy wychodzi na jaw, że tuż przed śmiercią dziewczyna usłyszała w radio opis obrazu, który w sennych koszmarach prześladował ją od dzieciństwa. Major Kamieńska natrafia przypadkiem na książkę, której okładkę zdobi taki sam obraz. Kiedy postanawia podjąć ów wątek, zaczynają ginąć kolejni ludzie, ktoś potężny usiłuje uniemożliwić milicji dotarcie do prawdy, a na dodatek okazuje się, że w najbliższym otoczeniu Anastazji jest zdrajca. Jej także zaczyna grozić niebezpieczeństwo.

Opinie o ebooku Ukradziony sen - Aleksandra Marinina

Fragment ebooka Ukradziony sen - Aleksandra Marinina

ALEKSANDRA

MARININA

UKRADZIONY SEN

przełożyła Ewa Rojewska-Olejarczukv

Tytuł oryginału: Украденный сон

Copyright © A. Marinina, 1995

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMIV

Copyright © for the Polish translation by Grupa Wydawnicza Foksal, MMIV

Wydanie IV

Warszawa MMXVI

Rozdział 1

Stop, stop, przerwijcie! Jak na razie wszystko źle. – Asystent reżysera Griniewicz z irytacją klasnął w dłonie i odwrócił się do siedzącej obok młodej kobiety. – Widziałaś? – spytał żałośnie. – Te lalunie nie potrafią zrobić najprostszych rzeczy. Chwilami jestem w rozpaczy, wydaje mi się, że nic nie będzie z tego spektaklu. Nie obchodzi ich kreowana postać, każdej zależy tylko na tym, żeby wszyscy dostrzegli jej zalety. Larysa!

Wysoka, zgrabna dziewczyna w ciemnym trykocie podeszła na skraj sceny i usiadła z gracją, zwieszając jedną nogę, a drugą podciągając do piersi.

– Laryso, kim jesteś? – pouczająco zaczął Griniewicz. –  Grasz zwykłego kundla, owoc zakazanej miłości foksterierki i maltańczyka. Masz być figlarna, przyjazna, pieszczotliwa, ruchliwa. Ale przede wszystkim – masz być malutka. Malutka, rozumiesz? Drobny krok, żadnych zamaszystych gestów. A ty kogo mi grasz? Rosyjskiego charta? Jasne, jasne, w ten sposób masz okazję zademonstrować swoją wspaniałą figurę. Ale to, moja droga, nie są wybory miss, twoja figura nie ma tu nic do rzeczy. Chcę widzieć małego kundelka, a nie twój rajcowny biust. Jasne?

Larysa słuchała nachmurzona, lekko kołysząc zgrabną nóżką.

– To co, mam sobie amputować piersi, żeby zagrać tego psa? – rzuciła ostro.

– Pozwolisz, że ci powiem, co masz zrobić? – ugodowo odparł Griniewicz. – Przestań się sobą zachwycać: oto cały sekret. No, do roboty. Ira!

Larysa podniosła się leniwie i odeszła w głąb sceny. Wszystko, co w tej chwili myślała o asystencie reżysera Giennadiju Griniewiczu, było płonącymi zgłoskami wypisane na jej pięknych plecach, a znaki przestankowe w tej niepochlebnej tyradzie zostały wypunktowane wyzywającymi ruchami krągłych bioder i toczonych nóg. Całą sobą zdawała się mówić, że niektórym, nie będziemy pokazywać palcem, komu konkretnie, łatwo jest radzić, by człowiek się sobą nie zachwycał, ponieważ sami są niewiele ładniejsi od małpy.

Kolejna ofiara krytyki Griniewicza zeskoczyła ze sceny i oparła się o nią plecami.

– Co, Giena, ja też gram źle? – spytała zmartwiona.

– Iroczka, kochanie, w życiu jesteś bardzo dobrą dziewczyną. To twoja niewątpliwa zaleta, za to cię kochamy. Ale grasz strasznie wredną sukę dobermana. I kiedy swymi psimi metodami rozprawiasz się z innymi postaciami sztuki, czujesz się niezręcznie. Ciągle jesteś Iroczką Fiedułową i wstyd ci za siebie, psa, który zachowuje się ordynarnie i podle. Żal ci wszystkich, których dobermanka krzywdzi, i to jest wyraźnie widoczne. Ukryj swój charakter, dobrze? Wychodząc na scenę, zapomnij, jaka jesteś w życiu, zapomnij, czego cię uczyli tata i mama. W tym psim towarzystwie jesteś wytrawnym złoczyńcą, jesteś najsilniejsza, umacniasz i utrwalasz swój autorytet i swoją władzę. Jesteś najgorszą zołzą i nie waż się tego wstydzić. Nie próbuj przedstawić swojej bohaterki lepszą, niż stworzył ją autor. Rozumiemy się?

Ira w milczeniu weszła na scenę, a Griniewicz znów zwrócił się do swej towarzyszki.

– Jak myślisz, Anastazjo, może niepotrzebnie się tego podjąłem? Już w szkole teatralnej marzyłem, żeby zrobić spektakl z życia psów. Ten pomysł śnił mi się po nocach, miałem kręćka na tym punkcie. Wreszcie znalazłem autora, namówiłem go, żeby napisał sztukę, potem błagałem niemal na klęczkach, żeby ją przerabiał, dopóki nie stanie się taka, jak chciałem. Potem przekonywałem reżysera, żeby się zgodził ją wystawić. Zmarnowałem tyle lat, poświęciłem tyle sił. A teraz się okazuje, że młodzi aktorzy nie potrafią zagrać jak należy.

– Czy rzeczywiście nie potrafią? – z powątpiewaniem spytała Anastazja, która uważnie obserwowała aktorów od samego początku próby. – Rozumiem, co cię niepokoi, ale tego nie można się nauczyć, to trzeba poczuć na własnej skórze. Tu nie pomoże ani reżyser, ani pedagog. Trzeba ich nauczyć przestać lubić siebie, swój wygląd zewnętrzny, swoją indywidualność, ale nie zapominaj, Gienoczka, że to jest wbrew naturze. Gdybyś zadał sobie trochę trudu i przeczytał parę książek na temat psychiatrii i psychoanalizy, wiedziałbyś, że całkowite odrzucenie własnych zalet i własnej wartości to oznaka chorej psychiki. Normalny, zdrowy człowiek powinien lubić i szanować samego siebie. Oczywiście nie aż do egocentryzmu, ale w rozsądnych granicach. Ty byś chciał, żeby poza sceną aktorzy byli osobowościami, ze wszystkimi zaletami i kompleksami, a po wyjściu zza kulis natychmiast tracili kręgosłup i zamieniali się w glinę, z której ty ulepisz to, co chcesz. Bo przecież o to ci chodzi? Radzę ci, żebyś zaprosił do zespołu psychologa.

– Cóż... Chyba tak... chyba masz rację – niepewnie wymamrotał Griniewicz, który słuchając Nasti, nie przestawał obserwować aktorów na scenie. – Chociaż jestem przekonany, że z punktu widzenia sztuki aktorskiej jest to słuszne. Wiktor! Siergadiejew! Chodź no tu!

Olbrzymi muskularny młodzian, grający czarnego labradora retrievera, zszedł do pierwszego rzędu, ciężko klapnął na fotel i zaczął wycierać ręcznikiem twarz i szyję.

– Co, Giena? – zapytał zdyszanym głosem. – Znowu coś nie tak?

– Znowu. Nie rozumiem, dlaczego nie wychodzi ci scena z kulawym pudlem. Coś ci w niej przeszkadza?

Wiktor wzruszył lśniącymi od potu, szerokimi ramionami.

– Nie wiem. Pojęcia nie mam. Ja jestem młody i głupi, a pudel stary i kulawy. Nie zdaję sobie sprawy, że jestem młodszy i silniejszy, i ganiam go po całej scenie, jakby był równorzędnym partnerem. A on jest dumny i nie chce pokazać, że zabawa ze mną jest ponad jego siły. Dopiero kiedy pada zmęczony, ja powinienem się domyślić i zawstydzić. Zgadza się?

– Zgadza. Więc co ci przeszkadza? Nie wiesz, jak pokazać, że ci wstyd?

– Nie o to chodzi. Po prostu nie jest mi wstyd. Zrozum, Szurik tak lekko biega po scenie, że kiedy pada jak trup, jakoś wcale mi go nie żal.

Grający kulawego starego pudla Szurik rzeczywiście był mistrzem sportu w lekkiej atletyce, biegał bez wysiłku i ładnie, a kiedy padał i zamierał bez ruchu, wyglądało to na udawanie i żart.

Griniewicz popatrzył na Anastazję oczami pełnymi rozpaczy.

– Masz ci los! Znowu to samo.

Nastia nie była aktorką i rodzaj jej pracy nie miał z teatrem nic wspólnego. Z Gieną Griniewiczem mieszkała kiedyś w jednym domu, na tej samej klatce schodowej, i odkąd zaczął pracować w teatrze, regularnie, trzy, cztery razy do roku przychodziła do niego na próby. Przychodziła w jednym jedynym celu: żeby patrzeć i uczyć się, jak za pomocą drobnych niuansów plastycznych i mimicznych tworzy się całkowicie różne obrazy. Griniewicz nie miał nic przeciwko tym wizytom, odwrotnie, był bardzo zadowolony, kiedy dawna koleżanka odwiedzała go w teatrze. Malutki, łysawy, o twarzy brzydkiego, ale radosnego trolla, Griniewicz przez wiele lat kochał się skrycie w Nasti Kamieńskiej i był strasznie dumny, że nikt, w tym sama Nastia, nigdy się tego nie domyślił.

– Mam tu same Madonny i Van Dammów – ciągnął z irytacją. – Bardziej cenią w sobie urodę i sprawność niż aktorstwo i teatr. No bo jakże to: tyle lat ciężkiej pracy, treningów, potu, wyrzeczeń, diety... szkoda by było, gdyby nikt tego nie dostrzegł i nie docenił. Pół godziny przerwy! – krzyknął.

Griniewicz i Nastia poszli do bufetu i wzięli po filiżance niesmacznej, ledwie ciepłej kawy.

– Co u ciebie, Nastiusza? Jak w domu, jak w pracy?

– Stara bida. Mama w Szwecji, tata wykłada, na emeryturę na razie się nie wybiera. Jedni ludzie zabijają drugich i jakoś nie chcą, by ich za to ukarano. Nic nowego w moim życiu się nie dzieje.

Griniewicz lekko pogładził Nastię po ręce.

– Zmęczona?

– Bardzo. – Kiwnęła głową, nie podnosząc oczu znad filiżanki.

– Może masz już dosyć swojej pracy?

– Coś ty! – Nastia gwałtownie podniosła oczy i z wyrzutem popatrzyła na przyjaciela. – Co ty wygadujesz! Moja praca jest straszliwie męcząca, pełno w niej brudu, w przenośni i dosłownie, ale ją kocham. Wiesz przecież, Giena, że umiem różne rzeczy, mogłabym na przykład tłumaczeniami zarabiać o wiele więcej, nie mówiąc już o korepetycjach. Ale nie chcę się zajmować niczym innym prócz mojej pracy.

– Za mąż nie wyszłaś?

– Dyżurne pytanie! – roześmiała się Nastia. – Zadajesz mi je za każdym razem, kiedy się spotykamy.

– A odpowiedź?

– Też dyżurna. Powiedziałam ci przecież, że nic nowego w moim życiu się nie dzieje.

– Ale masz kogoś?

– Oczywiście. Ciągle ten sam Losza Czistiakow. Też dyżurny.

Griniewicz odstawił filiżankę i uważnie przyjrzał się Nasti.

– Słuchaj, nie wydaje ci się, że po prostu jesteś znudzona swoim monotonnym życiem? Bardzo mi się dzisiaj nie podobasz. Po raz pierwszy widzę cię taką, a przecież znam cię od... żeby nie skłamać...

– Od dwudziestu czterech lat – podpowiedziała Nastia. –  Kiedy wprowadziliście się do naszego domu, miałam dziewięć lat, a ty czternaście. Właśnie zamierzałeś wstąpić do Komsomołu, ale w związku z przeprowadzką musiałeś się przenieść do innej szkoły, a tam powiedzieli, że jesteś dla  nich nowym człowiekiem i nie mogą ci dać rekomendacji. No i wszystkich przyjęto w ósmej klasie, a ciebie w dziewiątej. Strasznie to przeżywałeś!

– Skąd wiesz? – zdumiał się Giennadij. – Przecież się wtedy nie kolegowaliśmy, byłaś dla mnie za smarkata. Pamiętam dokładnie, żeśmy się zaprzyjaźnili, kiedy nasi rodzice kupili nam jednakowe szczeniaki, z jednego miotu. A wcześniej chyba nawet nie byłem w waszym mieszkaniu.

– Za to twoi starzy u nas bywali. I ciągle o tobie opowiadali. I o Komsomole, i o dziewczynie z dziesiątej klasy, i o klasówce z fizyki.

– O jakiej klasówce? – ze zdumieniem zapytał reżyser.

– Której nie chciałeś pisać. Wziąłeś gorący prysznic, umyłeś głowę i wyszedłeś w samej piżamie i boso na zaśnieżony balkon, a to był luty. I tam cię nakryli rodzice.

– I co było dalej?

– Nic. Masz żelazne zdrowie, więc musiałeś tę klasówkę napisać.

– Coś takiego! – Griniewicz roześmiał się serdecznie. –  Zupełnie tego nie pamiętam. Czy ty przypadkiem nie kłamiesz?

– Nie kłamię. Wiesz przecież, że mam dobrą pamięć. A co do tego, że nudzi mnie monotonne życie, nie masz racji. Nigdy się nie nudzę. Zawsze mam o czym pomyśleć, nawet w monotonnym życiu.

– Tak czy owak, jesteś jakaś skwaszona, Nastiu. Ktoś cię skrzywdził?

– To minie. – Nastia uśmiechnęła się smutno. – Zmęczenie, burze magnetyczne, obieg planet... Wszystko minie.

Czyż może być coś głupszego niż urlop w listopadzie? W śnieżnych zimowych miesiącach można jeździć na nartach, w marcu i kwietniu ożywcze słońce kurortów Kaukaskich Mineralnych Wód napełni nowymi siłami osłabłe od zimowej awitaminozy ciała, o urlopie od maja do sierpnia nawet nie ma co gadać, wrzesień i październik to cudowny sezon nad ciepłymi południowymi morzami, ale co robić w listopadzie? Listopad to miesiąc najsmutniejszy, kiedy złoty urok jesieni już zniknął i nieuchronne nadejście długich, ciemnych, zimnych dni staje się oczywiste aż do bólu. Listopad to miesiąc najbardziej beznadziejny, jako że deszcz i błoto, które w marcu i kwietniu są zwiastunami ciepła i nadziei, w tym przedzimowym okresie przynoszą tylko smutek i przygnębienie. Nie, nikt rozsądny nie bierze urlopu w listopadzie.

Starszy oficer operacyjny wydziału kryminalnego moskiewskiego GUWD1, major milicji Anastazja Pawłowna Kamieńska, lat trzydzieści trzy, wykształcenie wyższe prawnicze, była osobą bardzo, ale to bardzo rozsądną. Mimo to jednak znalazła się na urlopie właśnie w listopadzie.

Oczywiście, ten jesienny urlop planowała zupełnie inaczej. Nastia po raz pierwszy w życiu pojechała do sanatorium, i to do sanatorium bardzo drogiego, ze wspaniałą obsługą i personelem medycznym. Ale po dwóch tygodniach wyjechała, bo w sanatorium popełniono morderstwo, w związku z czym została wciągnięta w skomplikowane i kłopotliwe kontakty najpierw z miejscowym wydziałem kryminalnym, a potem z lokalną mafią. Kiedy zaś rozwiązanie owej na pierwszy rzut oka banalnej sprawy ujawniło cały łańcuch potwornych zbrodni, Nastia pospiesznie opuściła gościnne sanatorium, nie czekając na aresztowanie głównych sprawców, których jak się okazało, dobrze znała. Rezultat –  listopad, urlop, popsuty nastrój, obrzydliwe samopoczucie, jednym słowem całe trzydzieści dni przyjemności.

Po wyjściu z teatru Nastia bez pośpiechu ruszyła prospektem w stronę metra, usiłując przed wejściem do wagonu podjąć decyzję, dokąd jechać: do siebie do domu czy do ojczyma. Decyzję zdążyła podjąć, ale bardzo szczególną: pojechała do pracy. Po co – sama nie wiedziała.

Szef Nasti, Wiktor Aleksiejewicz Gordiejew, o dziwo, był na miejscu, toteż jej niedorzeczne życzenie miało szansę się spełnić. Gdyby Gordiejewa nie było w gabinecie – kto wie, jak by się wszystko skończyło. Ale Wiktor Aleksiejewicz siedział za biurkiem i w skupieniu żuł zausznik okularów, co oznaczało głębokie zamyślenie.

– Panie pułkowniku, niech mnie pan odwoła z urlopu –  poprosiła Nastia Kamieńska, nie wdając się w długie wstępy. Widziała się już z szefem po powrocie z sanatorium, więc był doskonale poinformowany o jej pechowej epopei z wypoczynkiem i kuracją. Poza tym Gordiejew lubił Nastię, cenił ją i rozumiał jak chyba nikt inny.

– Co, Stasieńko, masz chandrę? – zapytał ze współczuciem.

Nastia w milczeniu przytaknęła.

– Dobra, możesz uważać, że od dziś jesteś w pracy. Idź do Miszy Docenki i weź od niego akta zabójstwa Jeriominej. I przypomnij mi, żebym napisał kartkę do kadr w sprawie twojego urlopu. Tylko nie zapomnij, żeby ci te dni nie przepadły. Wszystko się może zdarzyć.

Nastia wzięła od Docenki akta, zamknęła się w swoim gabinecie i zaczęła czytać. Śledztwo wszczęto w związku ze znalezieniem trupa młodej kobiety. Przy zwłokach nie było żadnych dokumentów i w ogóle nic, co pozwoliłoby zidentyfikować ofiarę. Śmierć nastąpiła w wyniku uduszenia mniej więcej na cztery, pięć dni przed badaniem przez milicyjnego patologa. W celu ustalenia tożsamości denatki sprawdzono wszystkie zgłoszenia o zaginięciu młodych kobiet, które wyszły z domu i z nieznanych przyczyn nie powróciły. Spośród tych zgłoszeń wybrano te, w których podano, że zaginiona była brunetką o długich włosach i wzroście 168–173 centymetrów. Takich zgłoszeń wyodrębniono czternaście, zgłaszających zaproszono, by zidentyfikowali zwłoki, i dziewiąty z kolei stwierdził, że zmarła to Wiktoria Jeriomina, lat dwadzieścia sześć, że była sekretarką w jego firmie. Zgłoszenie o zaginięciu złożył także on, ponieważ Wika była sierotą, wychowanką domu dziecka, i nie miała ani męża, ani żadnych krewnych. W tej sytuacji śledztwo wszczęto na oficjalny wniosek z miejsca pracy.

Dalej z materiałów śledczych wynikało, że Wiktoria Jeriomina w poniedziałek 25 października nie przyszła do pracy. Nikt by się tym jednak na serio nie zaniepokoił: wszyscy wiedzieli, że Wika mocno popija i często idzie w tango, po czym zdarza się jej nie przyjść do pracy. Kiedy następnego dnia również nie pojawiła się w firmie, postanowiono zadzwonić do niej do domu, spytać, czy się coś nie stało. Telefonu nikt nie odbierał, z czego koledzy wywnioskowali, że Wika wpadła w długi ciąg alkoholowy. W środę 27 października do firmy zadzwonił kochanek Jeriominej Borys Kartaszow, pytając, gdzie jest Wika. Obdzwoniwszy koleżanki Wiki i zajrzawszy do jej mieszkania (Kartaszow miał klucze), pracownicy firmy zrozumieli, że coś jest nie w porządku. Kartaszow pognał na milicję, ale tam uzyskał rutynową odpowiedź, że nie ma powodów do paniki i trzeba poczekać jeszcze ze trzy dni: dziewczyna jest młoda, pijąca, nieobarczona rodziną – na pewno sama się zjawi. Na wszelki wypadek uprzedzono Kartaszowa, że zgłoszenia o zaginięciu i tak by od niego nie przyjęto, musi wpłynąć wniosek z miejsca pracy.

Taki wniosek wpłynął 1 listopada, Wikę Jeriominę znaleziono zamordowaną w lesie, siedemdziesiąt pięć kilometrów od Moskwy w kierunku na Sawiełowo. Według milicyjnego patologa zgon nastąpił najwcześniej 30 października. Innymi słowy, podczas gdy Borys Kartaszow miotał się w poszukiwaniu ukochanej, w pracy wzruszano ramionami, a milicja usiłowała odkopnąć jak najdalej zgłoszenie o zaginięciu, Wiktoria jeszcze żyła, i gdyby w porę zaczęto jej szukać, może zdążono by ją znaleźć, zanim została zamordowana.

Sporej części materiałów Nastia nie otrzymała; wszystkie dokumenty, sporządzone po rozpoczęciu śledztwa, znajdowały się u śledczego stołecznej prokuratury, Konstantina Michajłowicza Olszańskiego. Nastia miała u siebie tylko kopie materiałów dotyczących poszukiwań, które obejmowały okres od momentu zgłoszenia zaginięcia do chwili znalezienia zwłok. Nie było tego wiele, ale i tak skromną informację należało starannie przeanalizować. W głowie Nasti rodziły się wciąż nowe pytania.

Dlaczego solidna firma, która część pensji wypłaca swoim pracownikom w dolarach i cieszy się niezłą reputacją w kręgach biznesowych, zatrudnia niezdyscyplinowaną i pijącą sekretarkę? Czy nie jest możliwe, że wzmiankowana sekretarka szantażuje kierownictwo firmy, zapewniając sobie w ten sposób mało absorbującą pracę i stały dochód w dewizach? I czy nie to stało się przyczyną jej śmierci?

Dlaczego kochanek ofiary rzucił się jej szukać dopiero 27 października, w środę, chociaż sądząc z informacji otrzymanych od znajomych Wiki, nikt jej nie widział i nie słyszał już od soboty 23 października? W piątek, 22, Jeriomina była w pracy, co potwierdzają wszyscy pracownicy firmy, o 17.00 oficjalnie zakończono dzień roboczy i wszyscy zebrali się w niewielkiej sali bankietowej, by uczcić zawarcie korzystnego kontraktu z zagranicznymi partnerami. Po „bankiecie” Wika pojechała do domu, odwoził ją swoim samochodem jeden z kontrahentów firmy. Najwyraźniej dowiózł ją szczęśliwie, ponieważ około jedenastej wieczorem tego dnia Wika rozmawiała telefonicznie z koleżanką, umówiła się z nią na niedzielę i nie miała żadnych planów związanych z ewentualnym wyjazdem z Moskwy. Czy podczas tej rozmowy była w mieszkaniu sama? Biznesmen, który odwoził ją do domu, twierdzi, że próbował się wprosić na kawę, ale dziewczyna wykręciła się zmęczeniem i obiecała, że będzie mógł ją odwiedzić innym razem. Odprowadził więc damę do windy, pocałował w rączkę i odjechał. Kłamie czy nie? Jak to sprawdzić?

Po jedenastej wieczorem w piątek kontakty z nią się urywają. Wiktoria Jeriomina nie dzwoni do nikogo ze znajomych, nie pojawia się w miejscach, gdzie ktoś mógłby ją rozpoznać, i nie odbiera telefonów. A jeśli jednak była w domu, tylko nie podchodziła do telefonu, to dlaczego? I gdzie się podziewała cały tydzień od 23 do 30 października? Czy wpadła w tak głęboki pijacki ciąg, że do nikogo nie dzwoniła, ani do firmy, ani do kochanka?

Kiedy Nastia wynurzyła się z rozmyślań i studiowania akt, była prawie ósma wieczór. Zadzwoniła z telefonu wewnętrznego do Gordiejewa.

– Wiktorze Aleksiejewiczu, kto prowadzi sprawę Jeriominej?

– Ty.

Odpowiedź była tak zaskakująca, że Nastia o mało nie upuściła słuchawki. Przez wszystkie lata pracy w wydziale Gordiejewa zajmowała się prawie wyłącznie pracą analityczną, ale za to w sprawach, które prowadzili wywiadowcy Gordiejewa. To oni biegali, zdzierali zelówki i dorabiali się odcisków w poszukiwaniu świadków i dowodów, to oni przeprowadzali skomplikowane operacje, przenikali do grup przestępczych, uczestniczyli w zatrzymaniach niebezpiecznych bandytów. Następnie całą zdobytą przy takich okazjach informację skrzętnie jak mrówki znosili do gabinetu Kamieńskiej i z westchnieniem ulgi zrzucali już na progu: Nastia sama się połapie, jaki fakt położyć na jaką półkę i jaką etykietkę do niego przykleić, sama oceni wagę każdego okrucha informacji, jej rzetelność i wiarygodność, zorientuje się, czy dana informacja jest przydatna w którejś z prowadzonych spraw, czy można ją odłożyć „do rezerwy”, a jeżeli jest przydatna, to czy można na niej polegać i jak ją zweryfikować. Nastazja włączy swój komputer, zasilany nie prądem z sieci, ale kawą i papierosami, i jutro, a najdalej pojutrze powie, jakie hipotezy warto rozpracować, kogo należy przesłuchać, co jeszcze w trakcie takiej rozmowy sprawdzić itd. Co miesiąc Nastia studiowała wszystkie sprawy dotyczące zabójstw, ciężkich uszkodzeń ciała oraz gwałtów i sporządzała dla Gordiejewa zestawienie analityczne. Dzięki tym wyciągom Wiktor Aleksiejewicz widział nie tylko typowe błędy i potknięcia popełnione przy wykrywaniu ciężkich przestępstw, ale także nowe, oryginalne metody gromadzenia poszlak i demaskowania winnych oraz, co najważniejsze, wszystkie nowinki dotyczące samych zbrodni: organizację, sposoby i nawet motywy.

Zadaniem Anastazji Kamieńskiej była żmudna praca analityczna, toteż pytając szefa, kto prowadzi sprawę zabójstwa Wiktorii Jeriominej, spodziewała się usłyszeć kilka nazwisk swoich kolegów, z którymi skontaktowałaby się telefonicznie jeszcze tego wieczoru. Spodziewała się wszystkiego, tylko nie owego „ty”.

– Mogę do pana przyjść? – spytała.

– Zadzwonię do ciebie – krótko odparł Gordiejew, z czego Nastia wywnioskowała, że nie jest w gabinecie sam.

Kiedy się wreszcie doczekała zaproszenia i weszła do pokoju szefa, ten stał odwrócony do okna i w zadumie stukał w szybę monetą.

– Mamy kłopot, Stasieńko – powiedział, nie odwracając się. – Któryś z naszych chłopców jest nieuczciwy. A może nawet kilku. A może i wszyscy. Oprócz ciebie.

– Skąd pan wie?

– Nie słyszałem tego pytania.

– A ja go nie zadałam. Chodzi mi tylko o to, dlaczego oprócz mnie? Skąd takie zaufanie?

– To nie zaufanie, tylko zwykła kalkulacja. Ty nie masz możliwości być nieuczciwa, bo nie pracujesz bezpośrednio z ludźmi. Mogłabyś się okazać nierzetelna, ale to nie uratowałoby człowieka, który dałby ci łapówkę. Powiedzmy, że czegoś niby nie wykryjesz, nie zauważysz czegoś ważnego, istotnego dla śledztwa. Ale gdzie gwarancja, że oficer operacyjny, który sprawę prowadzi, też tego nie wykryje i nie dostrzeże? Nie, dziecko, zagrożenie stanowi to, co robisz. A twoja bezczynność, nawet umyślna, nie ma żadnego znaczenia. Dla łapownika jesteś nikim.

– Cóż, piękne dzięki. – Nastia uśmiechnęła się krzywo. –  Z tego wniosek, że pan mi ufa z wyrachowania, a nie z sympatii. Dobre i to.

Gordiejew odwrócił się gwałtownie i Nastia zobaczyła na jego twarzy taki ból, że poczuła się niezręcznie.

– Tak, ufam ci z wyrachowania, a nie z sympatii – powiedział ostro. – I dopóki nie uporamy się z tym problemem, muszę zapomnieć, jacy wy wszyscy jesteście świetni i jak bardzo was lubię. Nie mogę znieść myśli, że któreś z was jest dwulicowe, bo wszyscy jesteście mi drodzy i bliscy, bo wszystkich osobiście przyjmowałem do pracy, uczyłem, wychowywałem. Wszyscy jesteście moimi dziećmi. Ale muszę to wymazać z serca i kierować się tylko rozsądkiem, żeby miłość albo sympatia nie przesłoniły mi obrazu i nie zamydliły oczu. Kiedy to nieszczęście minie – miłość powróci. Ale nie wcześniej. A teraz do rzeczy.

Wiktor Aleksiejewicz powoli odszedł od okna i usiadł przy biurku. Był niewysoki, szeroki w ramionach, z wydatnym brzuszkiem, okrąglutki, prawie zupełnie łysy. Podwładni nazywali go pieszczotliwie Pączek; przezwisko to zrosło się mocno z Gordiejewem jakieś trzydzieści lat temu i było przekazywane z pokolenia na pokolenie przez jego kolegów, a potem nawet przez kryminalistów. Nastia patrzyła nań i myślała, że teraz jego wygląd zupełnie nie odpowiada pieszczotliwemu przezwisku, teraz Gordiejew wydawał się przytłoczony ołowianym brzemieniem bólu.

– W związku z tym, co ci powiedziałem, nie mogę powierzyć sprawy zabójstwa Jeriominej nikomu poza tobą. Dlatego jestem zadowolony, że przerywasz urlop. Sprawa jest ohydna, śmierdzi na kilometr. Firma, dolary, bankiet, zagraniczni kontrahenci, atrakcyjna sekretarka, którą znaleziono uduszoną ze śladami tortur, jakiś kochanek ze środowiska cyganerii – wszystko to bardzo mi się nie podoba. Dopóki się nie dowiem, kto z naszych bierze forsę od przestępców za niewykrycie morderstw, sprawę Jeriominej będziesz prowadzić ty. Jeżeli jej nie rozwiążesz, to w każdym razie będę miał pewność, że zrobisz wszystko, co możliwe. Jutro rano jedź do prokuratury do Olszańskiego, przejrzyj akta sprawy i bierz się do roboty.

– Pułkowniku, sama nie dam sobie rady. Pan chyba żartuje! Kto to widział, żeby zabójstwem zajmował się tylko jeden detektyw?

– A kto powiedział, że będziesz sama? Jest obwodowy wydział kryminalny MSW, jest komisariat w dzielnicy Jeriominej, gdzie zresztą zgłoszono zaginięcie. Są pracownicy naszego wydziału, którym możesz dawać polecenia przeze mnie, nie odkrywając kart. Rusz głową, zakrzątnij się. Pod sufitem masz dobrze poukładane i najwyższy czas, żebyś nabrała doświadczenia.

Tego dnia, 11 listopada, Nastia Kamieńska, wyszedłszy z pracy po dziewiątej wieczorem, postanowiła zanocować w mieszkaniu rodziców, które znajdowało się o wiele bliżej Pietrowki 38 niż jej własne. Miała też nadzieję na smaczną gorącą kolację, ponieważ jej ojczym Leonid Pietrowicz, którego za plecami nazywała po prostu Lonią, był w przeciwieństwie do niej samej człowiekiem pracowitym i gospodarnym, toteż przeciągająca się delegacja zagraniczna żony, profesor Kamieńskiej, wcale się nie odbiła ani na porządku w mieszkaniu, ani na codziennym menu, złożonym z pożywnych i umiejętnie przygotowanych potraw.

Poza kolacją Nastia miała na uwadze jeszcze jeden cel. Postanowiła wreszcie przeprowadzić z ojczymem, którego od zawsze nazywała tatą i szczerze kochała, trudną i bardzo delikatną rozmowę. Rozpoczęcie jej okazało się jednak równie trudne jak podjęcie samej decyzji. Nastia odwlekała ten moment, powoli jedząc pieczeń, potem starannie parzyła herbatę, długo i metodycznie zmywała naczynia, szorując zapieczone garnki i patelnie. Ale Leonid Pietrowicz zbyt dobrze znał pasierbicę, by się nie zorientować, że trzeba jej przyjść z pomocą.

– Co cię gryzie, dziecino? Kawa na ławę.

– Tatku, nie wydaje ci się, że nasza mama ma kogoś w tej Szwecji? – wypaliła Nastia, nie patrząc na ojczyma.

– Wydaje mi się. Ale wydaje mi się też, że, po pierwsze, nie powinno cię to obchodzić, a po drugie, że to żadna tragedia.

– Jak to?

– Posłuchaj. Twoja mama wcześnie wyszła za mąż, jeżeli pamiętasz, za swego kolegę z klasy. Miała zaledwie osiemnaście lat. Pobrali się, bo ty byłaś już w drodze. To małżeństwo od samego początku nie miało szans. Mama rozwiodła się z twoim ojcem, kiedy nie miałaś nawet dwóch lat. Dwudziestoletnia studentka z małym dzieckiem! Pieluchy, choroby wieku dziecięcego, studia, i to z bardzo dobrymi ocenami, asystentura, doktorat, własny kierunek w nauce, publikacje, konferencje, delegacje, habilitacja, monografie... Czy to nie za wiele dla jednej kobiety? Na moją pomoc nie bardzo mogła liczyć, pracowałem w wydziale kryminalnym, wychodziłem wcześnie, wracałem późno, a ona musiała ciebie i mnie karmić i obsługiwać. Nawet kiedy podrosłaś na tyle, żeby pomagać w pracach domowych, mama nie kazała ci chodzić do sklepu, obierać kartofli i odkurzać, bo widziała, z jaką przyjemnością czytasz, uczysz się matematyki i języków, i uważała, że dla dziecka o wiele ważniejsza jest możliwość trenowania umysłu niż umiejętność prowadzenia domu. Zastanawiałaś się kiedy nad tym, jakie życie miała twoja matka? Teraz, choć skończyła pięćdziesiąt jeden lat, wciąż jest piękna, chociaż jeden Bóg wie, jak przy takim życiu udało się jej nie zestarzeć. Kiedy zaproponowano jej pracę w Szwecji, wreszcie miała okazję pożyć spokojnie i powiedzmy, pięknie. Tak, tak, pięknie, nie rób takich min, nic nagannego w tym nie ma. Wiem, że było ci przykro, kiedy mama zgodziła się przedłużyć kontrakt i została za granicą jeszcze na rok. Myślisz, że już nas nie kocha, że za nami nie tęskni, i czujesz się pokrzywdzona. Nastieńko, dziecino moja kochana, ona jest nami po prostu zmęczona. Ma nas troszkę dosyć. Oczywiście, odnosi się to w większym stopniu do mnie. Ale tak czy owak, niech od nas odpocznie. Zasłużyła sobie na to. I nawet jeżeli ma romans, niech tam. Na to też sobie zasłużyła. Ze mnie przecież żaden adorator. Twoja mama już od dwudziestu lat nie dostała ode mnie ani kwiatów, ani prezentu niespodzianki, nie mogłem jej zaproponować wyjazdu w jakieś interesujące miejsca, bo nasz wolny czas prawie nigdy nie wypadał jednocześnie. I jeżeli teraz tam, w Szwecji, twoja mama wszystko to ma, cieszę się. To się jej należy.

– I co, wcale nie jesteś zazdrosny?

– Dlaczego? Jestem, oczywiście. Ale w granicach rozsądku. Widzisz, jesteśmy z mamą bardzo zżyci. Tak, nie ma w naszych stosunkach romantyzmu, ale przeżyliśmy razem dwadzieścia siedem lat, więc sama rozumiesz... Jesteśmy przyjaciółmi, a to w naszym wieku o wiele ważniejsze. Boisz się, że nasza rodzina się rozpadnie?

– Tak.

– No cóż... Albo mama zdobędzie to, czego jej tak brakuje, i wróci do domu, albo rozwiedzie się ze mną i wyjdzie za mąż w Szwecji. Co to zmieni dla ciebie osobiście? Że mamy nie będzie w Moskwie? Ależ i teraz jej tu nie ma i nie wiadomo, kiedy zechce wrócić. A poza tym przyznaj z ręką na sercu: czy naprawdę obecność mamy jest ci tak bardzo potrzebna? Wybacz, dziecino, znam cię od tak dawna, że mam prawo to powiedzieć. Wcale tak strasznie ci nie zależy, żeby mama mieszkała w Moskwie, po prostu czujesz się dotknięta, że potrafi żyć z dala od ciebie. A co się tyczy ciebie i mnie, to przecież nie przestaniesz mnie odwiedzać tylko dlatego, że nie jestem już mężem twojej mamy, prawda?

– Oczywiście, tatku. Jesteś dla mnie jak rodzony ojciec. Bardzo, bardzo cię kocham – ze smutkiem powiedziała Nastia.

– Ja też cię kocham, dziecino. A mamy nie potępiaj. Ani mnie, skoro już o tym mowa.

– Wiem. – Nastia kiwnęła głową. – Poznasz mnie z nią?

– A chciałabyś? – Leonid Pietrowicz zaśmiał się.

– No pewnie!

– Dobrze, jeżeli chcesz, to was ze sobą poznam. Tylko daj słowo, że nie będziesz się martwić.

Nasti udało się usnąć dopiero nad ranem. Ciągle próbowała uporać się z tym, co usłyszała od swego szefa. Milicja skorumpowana przez mafię to nic nowego. Dopóki coś takiego przydarza się innym, w innych placówkach, w innym mieście, można to traktować jak fakt obiektywny, z którym należy się liczyć i który trzeba brać pod uwagę przy analizowaniu informacji i podejmowaniu decyzji. Kiedy jednak dzieje się to tuż obok ciebie, w twoim wydziale, dotyczy twoich przyjaciół, nie jest to już problem czysto analityczny, ale moralno-psychologiczny, niedający się jednoznacznie rozwiązać. Co teraz robić? Jak się zachowywać wobec kolegów? Kogo podejrzewać? Wszystkich? I tych, których nie bardzo lubisz, i tych, których darzysz sympatią, i tych, do których jesteś szczerze przywiązana? I jeżeli zauważysz w zachowaniu któregoś z pracowników wydziału coś podejrzanego, to co masz z tym zrobić? Lecieć do Pączka i donieść? Czy zachować rzecz w tajemnicy, w myślach zaciskając powieki i wmawiając sobie, że nic nie widziałaś? A może odciąć się od tego wszystkiego, powiedzieć sobie, że przyjaciół się nie zdradza, nawet jeśli postępują źle, i niech się z nimi rozprawiają wrogowie? Ale wobec tego kto jest wrogiem? Komisja weryfikacji kadr? Czy jednak ten, kto łamiąc prawo, wysługuje się przestępcami? Boże, ileż pytań! I ani jednej odpowiedzi.

Rozdział 2

W gabinecie śledczego stołecznej prokuratury Konstantina Michajłowicza Olszańskiego Nastia znalazła się po raz pierwszy. Znali się od dawna, ale widywali tylko na Pietrowce, gdzie Olszański bywał częstym gościem. Był mądrym człowiekiem i doświadczonym śledczym, profesjonalnym, rzetelnym i odważnym, jednak Nastia jakoś nie mogła go polubić. Wielokrotnie próbowała przeanalizować swe uczucia, ale nie udało się jej zgłębić przyczyn tej niechęci. Co więcej, wiedziała, że wiele osób odnosi się do niego równie nieżyczliwie, chociaż cenią jego profesjonalizm i wysokie kwalifikacje.

Z wyglądu Konstantin Michajłowicz robił wrażenie fajtłapy i nieudacznika: niepewne spojrzenie, wymięta marynarka, na krawacie zawsze jakaś plama niewiadomego pochodzenia, buty przeważnie niewyczyszczone, okulary w koszmarnych, niemodnych oprawkach. Prócz tego Olszański odznaczał się niezwykle żywą mimiką i tym, że nie zawsze kontroluje wyraz twarzy, zwłaszcza kiedy coś pisał. Postronny obserwator z trudem powstrzymywał się od śmiechu, widząc te nieprawdopodobne grymasy i wysunięty koniuszek języka. Na domiar wszystkiego śledczy potrafił być ostry i nieuprzejmy, co prawda, niezbyt często i co dziwne, na ogół w rozmowach z technikami. Miał bzika na punkcie kryminalistyki, czytał wszystkie nowości z tej dziedziny, nawet rozprawy naukowe i materiały z różnych specjalistycznych konferencji, a w czasie oględzin miejsca przestępstwa stał nad technikami jak kat nad dobrą duszą, stawiając im jakieś niewyobrażalne wymagania i zadając zupełnie nieoczekiwane pytania.

Gabinet Olszańskiego stanowił wierne odbicie właściciela: na polerowanym blacie stolika krążki po gorących szklankach, na biurku okropny bałagan, plastikowy abażur stojącej lampy pod wiekową warstwą kurzu z zielonego stał się mętnie szary. Jednym słowem, gabinet nie przypadł Nasti do gustu.

Śledczy przywitał ją życzliwie, ale natychmiast zapytał o Łarcewa. Władimir Łarcew i Michaił Docenko przez pierwsze dziewięć dni, od 3 do 11 listopada, wykonywali jego polecenia w sprawie zabójstwa Wiktorii Jeriominej i Konstantin Michajłowicz spodziewał się zobaczyć któregoś z nich. W wydziale Gordiejewa wiedziano, że Olszański szczególnie ceni Łarcewa za umiejętność prowadzenia przesłuchań, że często powierza mu przesłuchania świadków i podejrzanych i zawsze podkreśla, że Wołodia osiąga w tej pracy lepsze wyniki niż on sam.

– Łarcew jest na razie zajęty – wymijająco odparła Nastia. – Dostał inne zadanie. Sprawę Jeriominej przejęłam ja.

Trzeba oddać Olszańskiemu sprawiedliwość, że jeśli nawet był rozczarowany, nie okazał tego. Wyjął z sejfu akta i posadził Nastię przy stoliku.

– Czytaj sobie cichutko. Muszę dokończyć akt oskarżenia. Za czterdzieści minut mam tu konfrontację, więc będę musiał cię wyprosić. Postaraj się zdążyć.

Okazało się, że dokumentów nie jest zbyt wiele. Wnioski biegłego patologa: przyczyna śmierci – uduszenie w wyniku zadzierzgnięcia, najprawdopodobniej ręcznikiem (włókienka tkaniny znaleziono na ostrych krawędziach kolczyka w kształcie kwiatka o pięciu płatkach). Na ciele denatki stwierdzono liczne podbiegnięcia krwawe w okolicach pleców i klatki piersiowej, powstałe od uderzeń grubym sznurem albo rzemieniem. Czas powstania sińców – od dwóch dni (najwcześniej) do dwóch godzin (najpóźniej) przed śmiercią.

Z protokołu przesłuchania szefa Jeriominej, generalnego dyrektora firmy, wynikało, że Wika sporo piła, ale do pracy przychodziła regularnie. Oczywiście, czasem zachowywała się dziwnie, jak każda pijąca kobieta. Potrafiła na przykład wyjechać na kilka dni ze świeżo poznanym mężczyzną. Ale Jeriomina w takich wypadkach nigdy nie zapominała zwolnić się u szefa, przy czym bez żenady, otwarcie mówiła, po co jej tych parę wolnych dni. W ostatnich czasach bardzo się zmieniła, stała się skryta, nieprzewidywalna, często odpowiadała bez sensu, długo siedziała zapatrzona w jeden punkt, niekiedy nawet nie słysząc, że się do niej mówi. Wyglądała na poważnie chorą.

Protokół przesłuchania Borysa Kartaszowa, kochanka Jeriominej: „Jestem całkowicie przekonany, że Wiktoria była chora. Jakiś miesiąc temu dostała obsesji, że ktoś oddziałuje na nią przez radio i kradnie jej sny. Namawiałem ją, żeby poszła do psychiatry, ale kategorycznie odmówiła. Wówczas sam się zwróciłem do znajomego lekarza i ten wyraził przekonanie, że Wika ma ostrą psychozę i że należy ją niezwłocznie hospitalizować. Ale Wika mnie nie posłuchała. Czasami zachowywała się okropnie lekkomyślnie, nawiązywała jakieś przypadkowe znajomości, zadawała się z podejrzanymi typami, zwłaszcza w okresach pijackich ciągów. Zdarzało się nawet, że znikała na kilka dni z kolejnym kochankiem. Wyjechałem z Moskwy w delegację 18 października, wróciłem 26 i zacząłem szukać Wiki, bojąc się, że w tym chorobliwym stanie mogło się jej przydarzyć nieszczęście. Nic mi nie wiadomo o tym, że zamierzała dokądś wyjechać. Żadnych wiadomości od niej nie otrzymałem”.

Protokół przesłuchania Olgi Kołobowej, przyjaciółki Jeriominej: „Znam Wikę całe życie, wychowywałyśmy się razem w domu dziecka. Naturalnie, Borysa Kartaszowa też znam. Jakiś miesiąc temu Borys powiedział mi, że Wika jest chora, że ma obsesję, że ktoś za pomocą radia kradnie jej sny. Borys prosił, żebym porozmawiała z Wiką i namówiła ją na pójście do lekarza. Wika kategorycznie odmówiła, powiedziała, że czuje się całkowicie zdrowa. Kiedy ją spytałam, czy to prawda, co mówiła Borysowi, że ktoś kradnie jej sny, potwierdziła, że to prawda. Ostatni raz rozmawiałam z Wiką wieczorem 22 października, koło jedenastej, dzwoniłam do niej do domu. Umówiłyśmy się na niedzielę. Więcej Jeriominej nie widziałam i nie rozmawiałam z nią”.

Protokół z przesłuchania doktora nauk medycznych Maslennikowa, psychiatry, z którym konsultował się Kartaszow: „Jakieś dwa, trzy tygodnie temu, w połowie października, zwrócił się do mnie Borys Kartaszow w sprawie swojej znajomej, u której zaobserwował pewną obsesję. Na podstawie podanych objawów stwierdziłem, że młoda kobieta znajduje się o włos od poważnej choroby i że konieczna jest natychmiastowa hospitalizacja. Opisana jednostka chorobowa nosi nazwę zespołu Kandinskiego-Clerambaulta. Chorzy w stanie ostrej psychozy mogą być bardzo niebezpieczni, ponieważ słyszą «głosy» i te «głosy» mogą im kazać zrobić wszystko, z zabiciem przypadkowego przechodnia włącznie. Równie dobrze tacy chorzy łatwo mogą paść ofiarą przestępstwa, ponieważ nie potrafią ocenić sytuacji, zwłaszcza jeżeli w takiej chwili «głos» im coś «doradzi». Poinformowałem Kartaszowa, że jego znajomej nie można umieścić w szpitalu bez jej zgody dopóty, dopóki zaburzenia psychiki nie doprowadzą do wyraźnych zaburzeń zachowania i dziewczyna nie trafi na milicję. Kartaszow powiedział mi, że ona nie zgadza się nawet na zwykłą wizytę u specjalisty i uważa się za zupełnie zdrową. Niestety, w takich wypadkach nic się nie da zrobić, przymusowa hospitalizacja możliwa jest, jak już mówiłem, tylko wtedy, gdy chory swoim zachowaniem zwróci na siebie uwagę milicji”.

Jeszcze kilka protokołów z zeznaniami pracowników firmy, zatrudniającej Jeriominą, oraz znajomych zamordowanej i jej przyjaciela Kartaszowa. Nic nowego w tych protokołach Nastia nie zauważyła. Znalazła natomiast kartkę ze spisem miejsc i adresów, gdzie Wiktoria miała zwyczaj popijać. Do kartki podpięto sześć notatek stwierdzających, że w wymienionych miejscach w okresie od 23 października do 1 listopada nikt Jeriominej nie widział. Dwa adresy pozostały niesprawdzone.

Nastia zamknęła teczkę i popatrzyła na Olszańskiego. Śledczy szybko pisał coś na maszynie, odwrócony do Nasti plecami i zgarbiony na niewygodnym krześle.

– Konstantinie Michajłowiczu! – odezwała się.

Odwrócił się gwałtownie, zawadzając łokciem o wysoką stertę papierów na biurku. Dokumenty rozleciały się na wszystkie strony, niektóre spadły na podłogę. Olszański jednak zupełnie się tym nie przejął.

– Tak? – powiedział spokojnie, jakby się nic nie stało, zdjął okulary i zaczął z całej siły trzeć palcami powieki.

– Mam trzy pytania. Jedno dotyczące sprawy i dwa prywatne.

– Zacznij od prywatnych – dobrodusznie zaproponował śledczy, po ptasiemu przechylając głowę na bok i ściskając palcami nasadę nosa. Jak wszyscy krótkowidze, bez okularów wyglądał na zagubionego i bezradnego. Coś się nieuchwytnie zmieniło i Nastia nagle spostrzegła, że Olszański ma niezwykle piękną twarz i ogromne oczy o długich, dziewczęcych rzęsach. Grube szkła okularów sprawiały, że oczy wydawały się malutkie, a wielokrotnie reperowane oprawki ze śladami sklejania szpeciły śledczego, zmieniając go nie do poznania.

– Wystarcza panu pańska pensja?

– Zależy na co. – Olszański wzruszył ramionami. – Na to, żeby nie zdechnąć pod płotem, całkowicie, nawet z naddatkiem. Ale na to, żeby się dobrze czuć, nie wystarcza.

– Co dla pana znaczy „dobrze się czuć”? – drążyła Nastia.

– Dla mnie osobiście? Wiesz co, Kamieńska, nie bądź bezczelna! Ja ci zacznę odpowiadać, a ty mi wleziesz z kaloszami w duszę. Będę musiał gadać o swoich gustach, zamiłowaniach, hobby, o kłopotach rodzinnych i jeszcze Bóg wie o czym. Z jakiej racji? Myślisz, że kto ty dla mnie jesteś – brat, swat, najlepszy przyjaciel? Dawaj drugie pytanie.

Śledczy zachowywał się zdecydowanie po chamsku, ale przy tym uśmiechał się wesoło, błyskając oślepiającymi zębami, i zupełnie nie było wiadomo, czy jest zły, czy żartuje.

– Jest pan niezadowolony, że zamiast Łarcewa sprawę Jeriominej prowadzę ja?

Uśmiech Olszańskiego stał się jeszcze szerszy, ale odpowiedź padła po dłuższej chwili.

– Lubię pracować z Wołodią, jest świetnym specjalistą, mistrzem w swoim fachu. I w ogóle mam dla niego mnóstwo sympatii. Zawsze się cieszę, i jako śledczy, i jako człowiek, kiedy mam okazję z nim obcować. A co się tyczy ciebie, Anastazjo, to nigdy dotąd z tobą nie współpracowałem i prawie cię nie znam. Gordiejew bardzo cię chwali, ale dla mnie to są puste słowa. Zwykłem sam wyrabiać sobie zdanie o człowieku. Jesteś zadowolona z mojej odpowiedzi?

– Szczerze mówiąc, nie. Ale tak czy owak innej odpowiedzi nie otrzymam, prawda?

– Prawda.

– No to teraz trzecie pytanie: gdzie jest biznesmen, który odwiózł Jeriominą z bankietu do domu w piątek 22 października?

– Niestety, pojechał do siebie, do Holandii. Ale w mieszkaniu Jeriominej chyba nie był. Przeczytałaś protokół oględzin mieszkania?

– Nie zdążyłam. Czytałam tylko zeznania świadków. A protokołu przesłuchania tego biznesmena tam nie ma. Co, nie przesłuchiwano go?

– Nie. Wyleciał, zanim znaleziono zwłoki i wdrożono śledztwo. Ale kiedy zaczęto szukać Jeriominej, był jeszcze w Moskwie i dyrektor generalny firmy dzwonił do niego i pytał o dziewczynę. Tak że wydarzenia 22 października znamy tylko z relacji szefa Jeriominej. No i w mieszkaniu odcisków palców tego biznesmena nie znaleziono.

– Jak to stwierdzono? Z czym porównano? – Nastia zdziwiła się.

– Z odciskami na dokumentach, które ten bogaty dżentelmen podpisywał.

– Dokumenty udostępnił ten sam dyrektor generalny?

– Tak jest.

– Mało przekonujące – z powątpiewaniem powiedziała Nastia.

– Mało – skwapliwie przytaknął Olszański. – Ale może pocieszy cię okoliczność, że ów pan o 22.30 tego wieczoru dzwonił z hotelu „Bałczug” do Paryża, o czym świadczy odpowiedni zapis u telefonistek. A Jeriomina, jeżeli pamiętasz, około jedenastej wieczorem była cała i zdrowa i gawędziła przez telefon z przyjaciółką. I w ogóle mało prawdopodobne, żeby ten Holender był zamieszany w zabójstwo, bo dziewczyna zginęła na pewno nie wcześniej niż 30 października. Oczywiście, trzeba by go przesłuchać, ale, jak sama rozumiesz, wymaga to sporo zachodu – trzeba działać przez MSZ, ambasadę i tak dalej, a przecież facet spokojnie może dokądś wyjechać w interesach. No cóż, nie będziemy się za nim uganiać po całym świecie.

– Konstantinie Michajłowiczu, mam weryfikować pańskie hipotezy robocze czy wymyślić coś sama?

– Mam na razie tylko dwie hipotezy. Pierwsza: to, że zabójstwo Jeriominej wiąże się z ciemnymi sprawkami w firmie. Druga: że dziewczyna rzeczywiście była chora psychicznie i padła ofiarą jakiegoś męta, na którego się przypadkowo nadziała. Pierwszej hipotezy jeszcze nie zaczęliśmy sprawdzać, co do drugiej zrobiono dość dużo, ale niestety bez żadnych rezultatów. Nie udało się ustalić, co się działo z denatką w ciągu tych kilku dni pomiędzy jej zniknięciem a znalezieniem ciała.

– Więc jak pan widzi moje zadanie? – spytała Nastia.

– Chcę, żebyś się zastanowiła, co jeszcze można zrobić w kwestii drugiej hipotezy. Chcę, żebyś pomyślała, gdzie i jak znaleźć ślad Jeriominej przy założeniu, że istotnie była w stanie ostrej psychozy. Pogadaj ze specjalistami, poradź się psychiatrów, dowiedz się, jak się zachowuje chory w takim stanie, zastanów się, dokąd i po co dziewczyna mogła się udać.

– A co z pierwszą hipotezą? Z machinacjami w firmie? Nie będziemy tego sprawdzać?

– Anastazjo, jesteś doprawdy rozbrajająca! – Olszański zamachał rękami. – Naprawdę potrafisz robić dwie rzeczy naraz? Chcę, żebyś się zajęła hipotezą, która sądząc z materiałów sprawy, wydaje się bardziej prawdopodobna. Jeżeli możesz przy tym pracować także nad drugą hipotezą, będę tylko zadowolony. Ale szczerze mówiąc, nie bardzo to sobie wyobrażam, dopóki jesteś sama. Czy Gordiejew zamierza przydzielić kogoś do tej sprawy, czy nie? Kto to widział, żeby zabójstwem zajmowała się jedna osoba?!

Nastia zastanawiała się, co odpowiedzieć śledczemu, żeby nie zawieść swego szefa Pączka. Nie może przecież poinformować Olszańskiego, że Gordiejew podejrzewa któregoś z wywiadowców o nieczystą grę, nie chce więc powierzyć sprawy nikomu oprócz niej, Nasti, ponieważ mogą tu wchodzić w grę interesy mafii. Ale Konstantin Michajłowicz na szczęście nie próbował zgłębiać zamiarów szefa wydziału do walki z ciężkimi przestępstwami. Wyraził tylko niezadowolenie i uznał temat za wyczerpany. Tym bardziej że zbliżała się godzina, na którą miał wyznaczoną konfrontację.

Uważnie patrząc pod nogi, żeby nie wpaść po kostki w kałużę, Nastia Kamieńska wlokła się wolno od przystanku autobusowego do swego domu. Ostatnio była strasznie zmęczona; przyzwyczajona do siedzenia za biurkiem, z trudem przestawiała się na normalną pracę wywiadowcy wydziału kryminalnego: musiała jeździć po całej Moskwie, wyszukiwać potrzebne adresy i ludzi, rozmawiać z nimi, i nie tylko rozmawiać, ale często namawiać, nie tylko prosić, ale wręcz błagać, żeby odpowiedzieli na pytania. Cóż, mało kto lubi gadać z milicją.

A rezultaty jej wysiłków były żałosne: Jeriomina po 22 października jakby się zapadła pod ziemię. Nie widział jej nikt ze znajomych czy kompanów od kieliszka. Krąg tych osób był niewielki, ale oprócz stałej grupy bliskich znajomych było też sporo takich, którzy uczestniczyli w alkoholowych imprezach nieregularnie, od przypadku do przypadku. Wszystkich ich odszukano i przesłuchano, wszyscy jak jeden mąż stanowczo utrzymywali, że po 22 października Wiki Jeriominej nie widzieli i nie rozmawiali z nią telefonicznie. Z wieloma bardzo trudno się było porozumieć: zamiast opowiadać o swej tragicznie zmarłej znajomej, usiłowali przekonać Nastię, że nadużywanie alkoholu to ich prywatna sprawa i milicja nie powinna w to ingerować.

Ze wszystkich tych rozmów jednak Nastia wyłowiła jedną ważną informację: im bardziej Wika była pijana, tym silniejszą miała potrzebę dzwonienia do ludzi. W czasie pijackich balang, trwających niekiedy po dwa, trzy dni, niemal co dwie godziny telefonowała do Borysa Kartaszowa, żeby zawiadomić go plączącym się językiem, że z nią wszystko w porządku, że faceci to głupki i dranie, i nie mają prawa jej pouczać, jak ma żyć oraz ile i z kim pić. Oprócz Borysa dzwoniła do swojej przyjaciółki Loli, tej, z którą wychowywała się w domu sierot. Co więcej, udawało się jej kilka razy zadzwonić do pracy, żeby zapewnić, że jutro na pewno przyjdzie. Ponieważ i szef Jeriominej, i przyjaciółka Lola, i Borys Kartaszow zapewniali, że w czasie swego zaginięcia Wika do nich nie telefonowała, można wnosić, że była wtedy trzeźwa. Z jednym zastrzeżeniem: jeżeli wszyscy mówią prawdę. Jeżeli zaś wszyscy ci ludzie, tak różni, mieszkający w różnych miejscach i mający ze sobą niewiele wspólnego, solidarnie kłamią, to muszą mieć jakiś ważny powód. I Nastia zastanawiała się, co zrobić najpierw: szukać tego tajemniczego powodu, oczywiście jeśli takowy istnieje, czy mimo wszystko spróbować odnaleźć ślady Jeriominej.

Razem z Nastią nad sprawą Jeriominej pracował Andriej Czernyszew z obwodowego wydziału spraw wewnętrznych. Był to sympatyczny facet, niegłupi i obrotny, a co najważniejsze, miał własny samochód, dzięki czemu robił w ciągu dnia dwa razy więcej niż Nastia. Uwielbiał psy, a ze swoim owczarkiem nosił się nie tyle jak kura z jajkiem, ile jak z cudownym dzieckiem, zamartwiając się wiecznie, że niewłaściwe żywienie i pielęgnacja mogą się odbić na jego zdolnościach umysłowych. Trzeba mu było jednak oddać sprawiedliwość: owczarek o rzadkim imieniu Kiriłł był idealnie wytresowany, bez szemrania wykonywał wszystkie polecenia i rozumiał swego pana nie tylko w pół słowa, ale w pół spojrzenia i w pół westchnienia, z czego Andriej był niesłychanie dumny. Nastia dobrze wiedziała, że zalety Kiriłła wcale nie są przesadzone. Półtora roku temu, podczas zatrzymania najemnego zabójcy Galla, właśnie ten pies, na dyskretny znak swego pana, umożliwił Nasti usunięcie się z niebezpiecznej strefy bez obudzenia podejrzeń bandyty. Kiriłł udawał, że chce się jej rzucić do gardła, Nastia, ze swej strony, udawała, że bardzo się tego boi, ale w rezultacie, z guzem na głowie, stłuczonym kolanem i złamanym obcasem, udało się jej szczęśliwie wycofać z linii ognia.

Zewnętrznie Nastia i Andriej Czernyszew byli do siebie podobni jak rodzeństwo: oboje wysocy, szczupli, jasnowłosi, o delikatnych rysach twarzy i szarych oczach. Ale podczas gdy Andriej był bardzo przystojny, o Nasti raczej nie dało się tego powiedzieć. Nie była ani piękna, ani brzydka, po prostu nijaka, niepozorna, nieefektowna, z trudną do zapamiętania twarzą i bladymi oczyma. Nie cierpiała nad tym, wiedząc, że w dobrze zrobionym makijażu i eleganckich ciuchach może się stać zniewalająco piękna, i czasem z tego korzystała. Na ogół jednak była nieciekawą szarą myszką i nie czuła żadnej potrzeby podobania się i budzenia zachwytu. Nie zależało jej na tym.

Oczywiście, w parze z Czernyszewem udawało im się robić dużo, ale pożytku z tego było, szczerze mówiąc... Sprawa utknęła w martwym punkcie. W wydziale do walki z przestępstwami gospodarczymi nie było żadnych danych o przekrętach w firmie, w której pracowała zamordowana, a kiedy Nastia wyraziła zdziwienie, że istnieją w dzisiejszych czasach firmy działające absolutnie uczciwie, usłyszała:

– Brudów wszędzie jest pełno, u nich z pewnością też. Ale nie w związku z forsą, sprawdziliśmy.

Okazało się, że Gordiejew już się do nich w tej sprawie zwracał. Mimo to jednak Nastia postanowiła osobiście odwiedzić firmę.

Wbrew jej oczekiwaniom dyrektor generalny nie wykręcał się od rozmowy, przyjął Nastię natychmiast i wyraził gotowość odpowiedzenia raz jeszcze na wszystkie pytania.

– Dlaczego był pan tak wyrozumiały dla pijącej i niezdyscyplinowanej sekretarki? – spytała Nastia.

– Mówiłem to już pani koledze. – Dyrektor wzruszył ramionami. – Oczywiście, nie świadczy to o nas dobrze, ale nie zamierzam niczego zatajać, tym bardziej że Wice nic już nie może zaszkodzić. Obowiązki Wiki polegały na siedzeniu w sekretariacie, odbieraniu telefonów oraz na podawaniu kawy, herbaty i drinków, zwłaszcza kiedy odwiedzali mnie zagraniczni kontrahenci. Zrozumiała mnie pani?

– Nie – sucho odparła Nastia.

– Dziwne. No dobrze, powiem otwarcie: czasem, żeby skaptować kontrahenta, trzeba go podpoić i podsunąć mu ładną dziewczynę, żeby zmiękł. Cóż pani tak na mnie patrzy? Nigdy pani o tym nie słyszała? Proszę nie udawać, Anastazjo Pawłowno, nie urodziła się pani wczoraj. Wszyscy tak robią. I ja trzymałem tu Wikę właśnie po to. Była niesamowicie ładna, żaden mężczyzna się jej nie oparł, bez względu na to, jakie miał gusta. W razie potrzeby wysyłałem ją z takim człowiekiem na parę dni, Wika towarzyszyła zagranicznym gościom, jeśli chcieli pojechać do Pitera albo szlakiem Złotego Pierścienia2, albo jeszcze dokądś. Wika nigdy nie grymasiła, zawsze spełniała moje prośby, bez względu na to, jakiego mężczyzny dotyczyły. Ja w rewanżu wybaczałem jej pijaństwo i nieobecności w pracy. Zresztą mimo skłonności do alkoholu była bardzo obowiązkowa. Nie uwierzy pani, ale jeśli ją uprzedzałem, że na przykład w środę mam ważne negocjacje i ona będzie mi potrzebna, to bez względu na to, w jak głębokim była ciągu, bez względu na to, ile by wypiła, w środę stawiała się do pracy w pełnym rynsztunku. Ani razu, zapewniam panią, ani razu mnie nie zawiodła. Zupełnie naturalne więc, że wiele jej wybaczałem.

– Innymi słowy, zatrudniał pan Jeriominą jako etatową prostytutkę – cicho podsumowała Nastia.

– Tak! – wybuchnął dyrektor. – Jeśli w ten sposób to pani ujmuje, to tak! Co w tym nagannego? Pracowała jako sekretarka, otrzymywała za to pensję, a spać z klientami lubiła, robiła to dobrowolnie i co chciałbym podkreślić, bezpłatnie. Oficjalnie będzie to wyglądało tak, a nie inaczej! A wszystko, co pani powiedziałem, to...

– Czyli odwołuje pan swoje słowa? – uściśliła Nastia.

– Mój Boże, oczywiście, że nie. Powiedziałem pani prawdę, ale tylko po to, by pomóc w znalezieniu zabójcy Wiki, a nie po to, żeby prawiła mi pani morały. I jeżeli zamierza pani grozić mi palcem i wyrzucać nieetyczne postępowanie, to wszystko odwołam, zwłaszcza że, jak widzę, niczego pani nie protokołuje. Dość długo już żyję na świecie, droga pani, i nie potrzebuję od nikogo nauk moralnych. Ale morderstwo to poważna sprawa i uważam, że nie wolno mi niczego ukrywać. Miałem nadzieję, że zostanę właściwie zrozumiany, ale widzę, że się pomyliłem. Wielka szkoda, Anastazjo Pawłowno.

– Nie, nie pomylił się pan. – Nastia usiłowała się życzliwie uśmiechnąć, ale niezbyt jej się to udało, uśmiech był niepewny, zawstydzony i pełen poczucia winy. – Jestem panu wdzięczna za szczerość. I jeszcze jedno: czy któryś z tych... klientów mógł w październiku przyjechać do Moskwy i próbować się spotkać z Jeriominą bez pańskiej wiedzy?

– Oczywiście. Ale natychmiast bym się o tym dowiedział. Wika pracuje... pracowała u mnie ponad dwa lata. W tym czasie korzystałem z jej usług wiele razy, ale partnerzy wcale nie zawsze byli nowi. Niektórym tak się podobała, że chcieli się z nią spotykać za każdą wizytą w Moskwie. Ten i ów rzeczywiście robił to za moimi plecami. Ale Wika nigdy takich rzeczy przede mną nie ukrywała, przecież była to jej praca, a nie życie osobiste. Doskonale zdawała sobie sprawę, że jeśli zagraniczny kontrahent był w Moskwie i nie zadzwonił do mnie choćby po to, by po przyjacielsku pogawędzić, to świadczy to o jego stosunku i do mnie osobiście, i do firmy, i do naszych wspólnych interesów. Była świadoma, że o takich faktach powinienem wiedzieć, zresztą sam ją o tym niejednokrotnie uprzedzałem. Nie, nie sądzę, żeby nagle postanowiła coś przede mną zataić.

– Czyli że w październiku nic takiego się nie zdarzyło?

– Nie. Nawiasem mówiąc, ten holenderski biznesmen, który 22 października odwoził Wikę do domu, sypiał z nią już od dwóch lat, za każdym swoim przyjazdem.

– Potrzebna mi będzie lista wszystkich klientów Jeriominej – oznajmiła Nastia.

Listę ową, dość długą, natychmiast jej dostarczono i teraz Nastia czekała, aż w wydziale paszportowym i meldunkowym sprawdzą, czy któraś z wymienionych osób przebywała w Moskwie w okresie, gdy Jeriomina zaginęła. Nastia pokładała spore nadzieje w tej hipotezie, ale wiedziała, że trzeba się będzie uzbroić w cierpliwość.

Dotarłszy do domu, bezsilnie padła na kanapę i przeciągnęła się z ulgą. Była głodna, ale nie chciało jej się wstać i iść do kuchni. Mawiała często, że lenistwo przyszło na świat chyba razem z nią.

Leżała na kanapie do późnego wieczora, wreszcie jednak przemogła się i powlokła do kuchni. Zawartość lodówki nie pozostawiała wielkiego wyboru: jajko na miękko i sajra z puszki. Zatopiona w myślach Nastia nie czuła smaku jedzenia. Miała wielką ochotę na kawę, ale mężnie ją zwalczyła, wiedząc, że i tak trudno jej będzie zasnąć.

Dręczyła ją świadomość, że to, co robi, nie ma sensu, że śledztwo nie posuwa się naprzód. Miała uczucie, że wszystko robi źle, i bała się, że Pączek będzie rozczarowany. Po raz pierwszy Nastia pracuje samodzielnie, zamiast analizować informacje zdobyte przez kolegów i udzielać im dobrych rad. Teraz sama zdobywa te informacje i nikt jej nie doradza.

Poza tym myślała ze współczuciem o szefie, Wiktorze Aleksiejewiczu Gordiejewie, który skądś się dowiedział, że wśród jego podwładnych jest wtyczka, może nawet niejedna, i teraz nikomu nie ufa, i musi udawać, że nic się nie stało, że wszystkich po dawnemu szanuje i lubi. Zupełnie jak w teatrze, pomyślała Nastia, przypominając sobie próbę u Griniewicza. Z tą tylko różnicą, że całe życie Pączka od teraz aż do wyjaśnienia sytuacji zamieniło się w spektakl, że przez cały dzień Gordiejew musi być aktorem na scenie. A prawdziwe życie to tylko to, co dzieje się wewnątrz, w jego duszy. I podczas gdy aktor po spektaklu może się rozcharakteryzować, iść do domu i żyć prawdziwym życiem, Pączek takiej możliwości nie ma, ponieważ nawet w domu stale pamięta o tym, że ktoś, kogo lubi i komu ufa, oszukuje go. Jak można żyć z takim brzemieniem?

Nasti jakoś nie przyszło do głowy, że z takim samym ciężarem na sercu będzie teraz żyć także ona...

Pułkownik Gordiejew zmienił się nie do poznania. Zawsze energiczny, ruchliwy, w chwilach intensywnych rozmyślań lubiący szybko spacerować po gabinecie, teraz jakby skamieniał: nieruchomo tkwił za biurkiem, obejmując głowę rękami. Zdawało się, że kipią w nim emocje i pułkownik obawia się, że wystarczy jeden nieostrożny ruch i wszystko to wyleje się na zewnątrz. Po raz pierwszy w czasie pracy na Pietrowce Nastia poczuła się w obecności szefa nieswojo.

– Co się dzieje w sprawie Jeriominej? – spytał Wiktor Aleksiejewicz. Głos miał równy, beznamiętny, bez śladu zainteresowania.

– Marnie, pułkowniku – uczciwie odparła Nastia. – Nic mi się nie udaje. Ślepa uliczka.

– No tak, no tak – zamruczał Pączek, patrząc gdzieś ponad głową Kamieńskiej.

Nastia miała wrażenie, że szef jej nie słucha, że myśli o czymś innym.

– Potrzebujesz pomocy? – zapytał nagle. – Czy na razie radzicie sobie we dwójkę?

– Pomoc będzie mi potrzebna, jeśli wymyślę nowe hipotezy. Do dziś sprawdzono...

– Daj spokój – wciąż tak samo obojętnie przerwał jej Gordiejew. – Wiem, że pracujesz uczciwie. Jak ci się układa z Olszańskim?

– Nie kłócimy się – krótko i sucho odrzekła Nastia, czując, jak narasta w niej poczucie krzywdy i niedowierzanie.

– No tak, no tak – znowu przytaknął pułkownik i Nasti wydało się, że zadaje jej pytania tylko po to, żeby stworzyć pozory kierowania śledztwem. Jej odpowiedzi go nie interesują, myśli o swoich sprawach. – Pamiętasz, że pierwszego grudnia ma do nas przyjść stażysta z Moskiewskiej Szkoły Milicji?

– Pamiętam.

– Jakoś na to nie wygląda. Zostało dziesięć dni, a ty jeszcze tam nie pojechałaś. Skąd taka zwłoka?

– Jeszcze dzisiaj zadzwonię i się umówię. Niech się pan nie niepokoi, Wiktorze Aleksiejewiczu.

Nastia starała się mówić równym głosem, chociaż w tej chwili najbardziej na świecie pragnęła uciec na łeb, na szyję z gabinetu Gordiejewa, zamknąć się w swoim pokoju i wybuchnąć płaczem. Dlaczego on z nią rozmawia w taki sposób? W czym zawiniła? Przez wszystkie lata pracy nigdy nikt jej nie zarzucił, że czegoś zapomniała zrobić. Zgoda, wielu rzeczy nie umiała, nie potrafiła się obchodzić z bronią palną, nie znała chwytów walki wręcz, nie umiała wypatrzyć śledzącego ją „ogona” i zgubić mu się, słabo biegała, ale pamięć miała fenomenalną. Anastazja Kamieńska nigdy niczego nie zapominała.

– Nie odkładaj tego – ciągnął tymczasem Gordiejew. – Wybierz stażystę dla siebie, a nie dla kogoś z kolegów. Wprowadzisz go w sprawę Jeriominej. Wygląda na to, że w ciągu dziesięciu dni tak czy owak nie wykryjemy zabójcy. Więc będziesz pracować ze stażystą, a przy okazji go uczyć. Jeżeli dobrze wybierzesz – weźmiemy go na etat, brakuje nam ludzi. Teraz druga sprawa. Wiosną była u nas delegacja funkcjonariuszy włoskiej policji. Na grudzień zapowiedziana jest rewizyta. Ty też jedziesz.

– Dlaczego? – stropiła się Nastia. – Po co?

– Nieważne. Jedziesz – i już. Pomyśl sobie, że to rekompensata za zmarnowany urlop. To ja cię namawiałem na wyjazd do sanatorium, to ja osobiście załatwiłem ci skierowanie i czuję się po części odpowiedzialny za to, że wcale tam nie wypoczęłaś. Pojedziesz do Rzymu.

– A co z Jeriominą? – bezdźwięcznie spytała Nastia.

– Z Jeriominą? A co ma być z Jeriominą? Jeżeli nic nie wykryłaś, idąc gorącym tropem, to teraz tych pięć, sześć dni nie ma większego znaczenia. Do Rzymu lecisz dwunastego grudnia. Jeśli do tego czasu nie znajdziesz mordercy Jeriominej, to nie znajdziesz go nigdy. To oczywiste. A poza tym, pod twoją nieobecność życie nie stanie w miejscu. Gdyby trzeba było coś zrobić – zrobi to Czernyszew. No i będzie jeszcze stażysta...

Dobór kadr Wiktor Aleksiejewicz traktował bardzo poważnie, nie lekceważąc nawet absolwentów wyższych uczelni MSW. Co roku przed rozpoczęciem okresu stażów zgodnie z nieoficjalną umową z szefem biura do spraw studentów Moskiewskiej Wyższej Szkoły Milicji posyłał tam Kamieńską, aby wybrała studenta, który zostanie skierowany do nich na praktykę. Wykorzystywano przy tym wygodny pretekst, jakim był zwyczaj zapraszania pracowników milicji na pojedyncze seminaria, zwłaszcza z dziedziny kryminalistyki, spraw karnych oraz działań operacyjnych i śledczych. Nastia prowadziła seminaria lub zajęcia praktyczne w kilku grupach ze starszych lat, po czym Gordiejew dzwonił na uczelnię i podawał nazwisko słuchacza, którego chciał widzieć na stażu w swoim wydziale. Oczywiście, było to wbrew wszelkim zasadom, ale Pączkowi rzadko czegoś odmawiano. Był znaną postacią i miał sporo znajomości. Właśnie w taki sposób trafił do wydziału kryminalnego najmłodszy wywiadowca Misza Docenko, którego Nastia „wydłubała” aż z Omska, będąc tam w delegacji. Sam Gordiejew przed około dziesięciu laty wypatrzył na moskiewskiej uczelni, sprawdził w czasie stażu i zatrudnił w wydziale Igora Lesnikowa, który teraz był jednym z najlepszych oficerów operacyjnych podległych Pączkowi.

Nastia zadzwoniła do dziekanatu uczelni, gdzie zaproponowano jej kilka tematów, przewidzianych na najbliższe seminaria i ćwiczenia. Poprosiła, by przydzielono jej zajęcia na temat aspektów psychologicznych w zeznaniach naocznych świadków.

– Wspaniale – z zadowoleniem odpowiedziano w dziekanacie. – Wykładowca, który miał przeprowadzić te zajęcia, akurat jest chory, więc nie będzie z tym żadnych problemów, i nam to bardzo na rękę: nie musimy szukać zastępstwa.

Nastia wiedziała dokładnie, według jakich kryteriów wybierze stażystę. Postanowiła wykorzystać popularny test graficzny Ravina. Test składał się z sześćdziesięciu zadań, z których pięćdziesiąt dziewięć oparto na jednej i tej samej zasadzie i które różniły się tylko stopniem trudności: pierwszych sześć było dziecinnie prostych, ale poczynając od pięćdziesiątego czwartego znalezienie właściwej odpowiedzi wymagało sporego napięcia uwagi: trzeba było uwzględnić i obserwować kilka wskaźników jednocześnie. Tak więc pięćdziesiąt dziewięć zadań stanowiło sprawdzian, czy badany w ograniczonym czasie jest w stanie skoncentrować uwagę i szybko podjąć decyzję. Poza wszystkim innym test wykazywał, czy badany w tak zwanym niedoczasie potrafi się skupić i nie wpadać w panikę. Natomiast ostatnie zadanie, sześćdziesiąte, było bardzo podchwytliwe: na pozór zdumiewająco łatwe, opierało się na zupełnie innych zasadach. Jeżeli badanemu udawało się rozwiązać ostatnie zadanie, oznaczało to, że potrafi spojrzeć na nie z dystansem, nie daje się zasugerować i umie poszukać nowych rozwiązań, a nie podąża we wskazanym kierunku, tępo próbując otworzyć zamek tym samym kluczem co przedtem tylko dlatego, że otwierał on z łatwością poprzednie zamki. Oczywiście, z punktu widzenia fizyka, mówiła sobie Nastia, pięćdziesiąt dziewięć eksperymentów to liczba wystarczająca, by przewidzieć wynik sześćdziesiątego. Za to z punktu widzenia matematyka wcale nie. Szukała więc wśród studentów człowieka o matematycznym sposobie myślenia.

Przewertowała stare notatki, zadzwoniła do dwóch znajomych z drogówki i wreszcie ułożyła zadanie do przedstawienia studentom na ćwiczeniach.

Jak leci? – z uśmiechem zagadnął Olszański wchodzącą do gabinetu Nastię.

– Marnie, Konstantinie Michajłowiczu. Trzeba zacząć wszystko od początku.

Usiadła przy stole i nastawiła się na długą rozmowę. Śledczy jednak najwyraźniej nie podzielał jej zamiarów. Zerknął na zegarek i westchnął.

– Dlaczego trzeba zaczynać od początku? Czemu nie można iść dalej?

Nastia nie odpowiedziała na to pytanie, odpowiedź bowiem była trudna i dla niej samej, i dla Olszańskiego.

– Należy powtórnie przesłuchać Borysa Kartaszowa, przyjaciela Jeriominej.

Śledczy uniósł głowę i utkwił nieruchomy wzrok w Nasti. Za grubymi szkłami jego oczy wydawały się malutkie, co czyniło twarz niesympatyczną, a spojrzenie – świdrującym.

– W jakim celu? Wykryłaś coś, co daje podstawy, by go podejrzewać?

Nastia rzeczywiście coś wykryła, ale po pierwsze, nie dawało to podstaw do podejrzeń wobec Borysa Kartaszowa, po drugie, w ogóle nie była pewna, czy to, co wykryła, ma jakiekolwiek znaczenie. Tylko powtórne przesłuchanie mogło potwierdzić jej koncepcję.

– Bardzo pana proszę – powtórzyła z uporem. – Niech pan przesłucha Kartaszowa. Tu jest lista pytań, na które koniecznie muszę otrzymać odpowiedzi.

Nastia wyjęła z torebki złożoną kartkę i wyciągnęła ją do Olszańskiego. Ten jednak nie wziął kartki, tylko wygrzebał z szuflady blankiet upoważnienia.

– Okej, przesłuchaj – powiedział cicho, szybko wypełniając rubryki.

– Myślałam, że pan to zrobi osobiście.

– Po co? Przecież to ty masz pytania do Kartaszowa, nie ja. A w każdym razie będziesz je mogła zadawać dopóty, dopóki nie otrzymasz zadowalającej odpowiedzi. Bo a nuż rezultaty mojego przesłuchania też ci się nie spodobają.

– No i czemu pan jest taki, Konstantinie Michajłowiczu? – z wyrzutem spytała Nastia. – Ja przecież nie mówię, że poprzednie przesłuchanie było przeprowadzone źle. Po prostu wyszły na jaw nowe okoliczności...

– Jakie? – Olszański gwałtownie poderwał głowę.

Nastia milczała. Przywykła ufać swym nawet niejasnym wrażeniom, ale nigdy o nich nie mówiła, dopóki nie miała w ręku faktów. Zabójstwo Wiktorii Jeriominej bynajmniej nie było sprawą skomplikowaną, pełną sprzecznych informacji. Wszystko, czego udało się Nasti dowiedzieć, układało się w logiczny ciąg, ale nie rzucało żadnego światła na kwestię dotyczącą tego, gdzie była denatka od 22 października do 1 listopada, kiedy to najprawdopodobniej została uduszona. Jeśli dziewczyna rzeczywiście znajdowała się w stanie ostrej psychozy, to mogła pójść lub pojechać dokądkolwiek, zawrzeć znajomość z kimkolwiek, nie kierując się w swym postępowaniu żadną logiką. Kiedy człowiek jest przy zdrowych zmysłach, można go szukać u krewnych czy znajomych i problem polega tylko na ustaleniu jak najpełniejszego kręgu tych osób. A przewidywanie ewentualnych posunięć szaleńca to zajęcie bezproduktywne. Taki ktoś wychodzi z domu bez dokumentów i idzie, gdzie oczy poniosą... Ciało okoliczni mieszkańcy znaleźli przypadkowo, sezon na grzyby i jagody dawno minął, w listopadzie ludzie nie mają czego szukać w lesie. Całe szczęście, że udało się zidentyfikować zwłoki, a i to tylko dzięki temu, że wpłynęło zawiadomienie o zaginięciu. Nie, zabójstwo Jeriominej nie było skomplikowane. Akta sprawy zawierały jednak zaskakująco mało informacji, a to o wiele gorsze.

Chociaż odpowiedź z biura paszportowego jeszcze nie nadeszła, Nastia w duchu pożegnała się z hipotezą, na którą tak liczyła jeszcze dwa dni temu. Owo „coś”, co wykryła, sugerowało, że Wiki nie zamordował jakiś zagraniczny amant, że chodzi tu o zupełnie co innego...

– No więc co to za nowe okoliczności? – cicho i bardzo szorstko zapytał Olszański, wręczając Nasti upoważnienie na przesłuchanie Kartaszowa. – Nie odpowiedziałaś mi.

– A czy mogę odpowiedzieć po przesłuchaniu?

– Dobrze, niech będzie. Ale zapamiętaj sobie, Kamieńska, że nie wolno ci zatajać przede mną informacji, nawet jeśli uważasz, że nie jest ona istotna dla sprawy. Pracujemy razem po raz pierwszy, i dlatego ostrzegam cię uczciwie, że nie ze mną takie numery. Jeśli się o czymś takim dowiem, wyrzucę cię za kark jak parszywego kociaka. I nigdy nie będziesz dopuszczona do żadnej sprawy, znajdującej się w gestii stołecznej prokuratury. Już ja się o to zatroszczę. Nie myśl sobie, że ty jedna masz rozum i możesz decydować, co jest dla sprawy istotne, a co nie. I nie zapominaj, że to ja prowadzę sprawę, a nie ty, więc masz grać według moich zasad, a nie według tych, które są przyjęte na Pietrowce. Dotarło?

– Zrozumiałam, Konstantinie Michajłowiczu – wymamrotała Nastia i szybko opuściła gabinet śledczego. Słusznie go nie lubię, pomyślała ze złością. Co za okropny cham! Ależ go poniosło!

Należało zadzwonić do Kartaszowa i umówić się na spotkanie. Nastia zeszła na pierwsze piętro, gdzie, jak wiedziała, mieścił się gabinet jej kolegi z roku, obecnie pierwszego zastępcy prokuratora. Zadzwoni stamtąd, na uliczne automaty raczej nie można liczyć: albo nie działają, albo domagają się takich monet, jakich ona akurat nie ma.

Nastia nigdy nie wyrabiała sobie opinii o ludziach na podstawie pierwszego wrażenia. Ale Borys Kartaszow spodobał jej się od razu.

Kiedy otworzył drzwi, ogromny, prawie dwumetrowego wzrostu, w dżinsach, flanelowej koszuli w niebiesko-białą kratkę i ciemnoszarym swetrze z wielbłądziej wełny, usiłowała się pohamować, ale nie wytrzymała i wybuchnęła śmiechem. Łzy ciekły jej z oczu i Nastia, skręcając się ze śmiechu, zdążyła tylko pomyśleć, że, dzięki Bogu, nie wytuszowała dzisiaj rzęs, bo inaczej całą twarz miałaby w czarnych smugach.

– Co się pani stało? – z niepokojem zapytał gospodarz.

Ale Nastia tylko machnęła ręką. Rozpięła kurtkę i podała ją Kartaszowowi, a wtedy on sam zaczął spazmatycznie pochlipywać ze śmiechu. Nastia miała na sobie dokładnie takie same dżinsy, identyczną niebiesko-białą koszulę, a jej sweter z wielbłądziej wełny był tylko odrobinę jaśniejszy niż sweter Borysa.

– Wyglądamy jak z tego samego inkubatora – powiedział Kartaszow, z trudem chwytając oddech. – Nie miałem pojęcia, że ubieram się jak funkcjonariusz organów ścigania. Proszę, niech pani wejdzie.

Rozglądając się po mieszkaniu malarza, Nastia zastanawiała się zdziwiona, dlaczego Gordiejew zaliczył go do „cyganerii”. Kochanek Wiki Jeriominej nie miał w sobie nic z bohemy – ani w wyglądzie, ani w stroju. Krótkie włosy, dość gęste, ale z początkami łysinki na czubku głowy, starannie utrzymane wąsy, duży, może trochę za długi nos, atletyczna budowa. Ani śladu nonszalancji w wyglądzie zewnętrznym czy w urządzeniu mieszkania. Przeciwnie –  w pokoju stały wygodne i całkowicie tradycyjne meble. Pod oknem duże biurko, na którym Nastia zobaczyła mnóstwo szkiców i wykończonych rysunków.

– Napije się pani kawy?

– Z przyjemnością – ucieszyła się Nastia, która nie potrafiła przeżyć dwóch godzin bez filiżanki kawy.

Ulokowali się w kuchni, czystej i przytulnej, gdzie dominowały beż i jasny brąz, co też się Nasti spodobało. Z zadowoleniem stwierdziła, że kawa jest smaczna i mocna, a gospodarz zręcznie radzi sobie z tygielkiem i mimo potężnej postury, porusza się z lekkością i wdziękiem.