Wydawca: Albatros Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 150 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ukojenie - Ian McEwan

Druga w dorobku powieść autora Pokuty " sfilmowana w 1990 roku przez Paula Schradera. Doskonałe połączenie thrillera ze studium ciemnych stron ludzkiej psychiki. Colin i Mary, para z siedmioletnim stażem, spędzają wakacje w Wenecji. Ten pobyt to daremna próba ponownego rozniecenia żaru uczucia - dzieli ich mur milczenia i obojętności. W trakcie wycieczki po mieście spotykają tajemniczego mężczyznę, Roberta, który oferuje im swoje usługi jako przewodnik. Obdarzony charyzmą i darem przekonywania nieznajomy zaprasza ich do swojej rezydencji, gdzie poznają jego żonę, niepełnosprawną fizycznie Caroline. Rozpoczyna się mrożąca krew w żyłach gra, teatr ludzkich pragnień, żądz i kłamstw. Obie pary coraz głębiej pogrążają się w szaleństwie, co musi doprowadzić do tragicznego finału."

Opinie o ebooku Ukojenie - Ian McEwan

Fragment ebooka Ukojenie - Ian McEwan

O książce

Colin i Mary spędzają beztroskie wakacje w Wenecji. Całkowicie zajęci, a jednocześnie znudzeni sobą, komunikują się bez słów. W ciągu dnia wraz z innymi turystami snują się po uliczkach miasta, odwiedzają restauracje i oglądają wystawy sklepów; popołudnia spędzają w hotelu oszołomieni upałem, lenistwem i seksem. W trakcie jednej z wycieczek spotykają tajemniczego mężczyznę imieniem Robert, który oferuje im swoje usługi jako przewodnik. Obdarzony charyzmą i darem przekonywania nieznajomy zaprasza ich do swojej rezydencji, gdzie poznają jego młodą żonę, niepełnosprawną fizycznie Caroline. Rozpoczyna się mrożąca krew w żyłach gra, teatr ludzkich pragnień, żądz i kłamstw. Każde słowo, każdy ruch bohaterów prowadzi ich nieubłaganie do tragicznego finału…

IAN McEWAN

Jeden z najwybitniejszych współczesnych pisarzy brytyjskich; laureat wielu nagród literackich. Jego dorobek obejmuje scenariusze filmowe, zbiory opowiadań i szereg powieści, tłumaczonych na kilkanaście języków, m.in. Betonowy ogród, Dziecko w czasie, Niewinni, Amsterdam, Pokuta, Sobota, Na plaży Chesil, Solar i Słodka przynęta. Wielokrotnie nominowany do Booker Prize, najbardziej prestiżowej brytyjskiej nagrody literackiej, McEwan otrzymał ją za powieść Amsterdam. Inna książka – Dziecko w czasie – zdobyła Whitbread Prize i Prix Femina Etranger. Pokuta, uznana przez krytyków za jego najwybitniejsze dzieło, laureat aż trzech znaczących nagród (w tym National Book Critics Circle Fiction Award), święciła triumfy na europejskich i amerykańskich listach bestsellerów. Na kanwie Niewinnych i Pokuty powstały głośne filmy. W 2007 McEwan został wyróżniony Common Wealth Award w dziedzinie literatury.

www.ianmcewan.com

Tego autora

POKUTANA PLAŻY CHESILUKOJENIEDZIECKO W CZASIENIEWINNISOBOTAAMSTERDAMCZARNE PSYPIERWSZA MIŁOŚĆ, OSTATNIE POSŁUGIW POŚCIELISOLARSŁODKA PRZYNĘTACEMENTOWY OGRÓDPRZETRZYMAĆ TĘ MIŁOŚĆMARZYCIEL

Tytuł oryginału:THE COMFORT OF STRANGERS

Copyright © Ian McEwan 1981All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c. 2014

Polish translation copyright © Aldona Możdżyńska 2008

Redakcja: Barbara Nowak

Zdjęcie na okładce: Getty Images/Flash Press Media

Projekt graficzny okładki: Andrzej Kuryłowicz

ISBN 978-83-7985-117-1

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS ANDZRZEJ KURYŁOWICZ S.C.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: 88em

Dla Penny Allen

jak żyłyśmy w dwóch światach

córki i matki

w królestwie synów

Adrienne Rich

Podróżowanie jest rzeczą brutalną. Zmusza cię, byś ufał nieznajomym, i pozbawia bliskiego, kojącego ciepła domu i przyjaciół. Stale jesteś wytrącony z równowagi.

Nie należy do ciebie nic oprócz rzeczy podstawowych — powietrza, snu, marzeń, morza, nieba — czyli wszystkiego, co zmierza ku wieczności czy też ku temu, co, jak nam się zdaje, nią jest.

Cesare Pavese

ROZDZIAŁ I

Każdego popołudnia, gdy całe miasto ukryte za ciemnymi kotarami hotelowych okien zaczynało ożywać, Colina i Mary budziły miarowe uderzenia narzędzi o żelazne barki cumujące niedaleko kawiarenki na wodzie. Co rano te rdzewiejące, przeżarte solą łajby, niemające żadnego widocznego napędu czy ładunku, odpływały, by powrócić pod koniec dnia, i wtedy właśnie przewoźnicy energicznie zabierali się do pracy, czyli hałasowania drewnianymi młotkami i dłutami. Parne, upalne, późne popołudnie było tą porą dnia, kiedy kawiarnia zaczynała zapełniać się ludźmi. Siedząc przy metalowych stolikach, jedli lody, a ich głosy zalewały zaciemniony hotelowy pokój wznoszącymi się i opadającymi falami śmiechu i sprzeczek, wypełniając krótkie chwile ciszy pomiędzy przenikliwymi uderzeniami młotków.

Obudzili się — jak im się zdawało — jednocześnie; leżeli nieruchomo w swoich osobnych łóżkach. Z powodów, których już nie potrafili jasno określić, Colin i Mary nie rozmawiali ze sobą. Dwie muchy leniwie łaziły po suficie; z korytarza dobiegł ich szczęk klucza, odgłos zbliżających się, a potem cichnących kroków. Colin wstał, rozsunął kotary i poszedł do łazienki, by wziąć prysznic. Gdy przechodził obok łóżka Mary, ona odwróciła się na drugi bok i zaczęła wpatrywać się w ścianę. Z łazienki dochodził jednostajny, kojący szum wody; Mary znów zamknęła oczy.

Co wieczór, przed wyruszeniem na poszukiwanie restauracji, spędzali na balkonie rytualną godzinę, podczas której cierpliwie wysłuchiwali nawzajem swoich snów w zamian za luksus opowiedzenia własnych. Sny Colina były z rodzaju tych, które szczególnie często przytaczają psychoanalitycy: śniło mu się fruwanie, kruszące się zęby, własna nagość w obecności nieznajomych. Twardy materac, niezwykły upał i nieznane miasto wywoływały u Mary plątaninę pełnych zgiełku i zamieszania snów, które — jak się skarżyła — prześladowały ją nawet na jawie. Piękne stare kościoły, ołtarze, kamienne mosty nad kanałami odbijały się martwo w jej oczach jak na odległym ekranie. Śniła przeważnie o swoich dzieciach, o tym, że są w niebezpieczeństwie, a ona jest zbyt zamroczona snem, żeby im pomóc. Ich dzieciństwo mieszało się z jej własnym. Jej syn i córka byli w tym samym wieku co ona i zadręczali ją nieustannymi pytaniami: „Dlaczego wyjechałaś bez nas?”. „Kiedy wrócisz?”. „Czy wyjdziesz po nas na dworzec?”. „Nie, nie — próbowała im wytłumaczyć — to wy macie wyjść po mnie”. Śniło jej się, że dzieci weszły z nią do łóżka i przez całą noc sprzeczały się nad jej śpiącym ciałem: „Tak. Nie. Mówię ci, że tak. Nie, nieprawda…”. W końcu budziła się wyczerpana, mocno przyciskając dłonie do uszu. Albo — opowiadała — jej były mąż ciągnął ją do jakiegoś kąta i — jak niegdyś — zaczynał cierpliwie tłumaczyć, jak się obsługuje jego drogi japoński aparat, demonstrując wszystkie zawiłości urządzenia. Po wielu godzinach zaczynała wzdychać i jęczeć, błagając, by przestał, ale nic nie było w stanie przerwać nieustępliwie monotonnego wykładu.

Okno łazienki wychodziło na podwórze, które teraz rozbrzmiewało dźwiękami dobiegającymi z przyległych pokojów i hotelowej kuchni. W tej samej chwili gdy Colin zakręcił prysznic, lokator z naprzeciwka, jak co wieczór, zaczął śpiewać w swej łazience duet z Czarodziejskiego fletu. Jego głos przebijał się przez grzmiącą kaskadę wody i plaśnięcia dłoni o namydloną skórę. Pewien, że nikt go nie słyszy, mężczyzna śpiewał z całkowitą beztroską; załamującym się głosem jodłował wysokie dźwięki, zapomniane słowa zastępował „tralala” i wydzierał się, naśladując orkiestrę: „Mann und Weib, und Weib und Mann, pospołu tworzą pobożny stan”. Gdy ucichł szum wody, śpiew przeszedł w gwizd.

Colin stanął przed lustrem i bez żadnego szczególnego powodu zaczął się golić po raz drugi tego dnia. Od chwili przyjazdu przestrzegali drobiazgowo zaplanowanego rytuału snu, raz tylko poprzedzonego seksem, i tego spokojnego interludium, podczas którego byli całkowicie zajęci sobą, starannie ubierając się na przedobiednią przechadzkę po mieście. Przygotowania te wykonywali powoli, rzadko się odzywając. Używali drogich, wolnych od opłaty celnej, perfum i pudru do ciała, stroje wybierali, nie radząc się jedno drugiego, ale niezwykle starannie — jak gdyby w tłumie, w który za chwilę mieli się wmieszać, czekał ktoś, kogo strasznie obchodził ich wygląd. Podczas gdy Mary ćwiczyła jogę na podłodze w sypialni, Colin przygotowywał skręta z marihuany, którego później wypalali na balkonie i który potęgował tę rozkoszną chwilę, gdy wychodzili z hotelu na wieczorne powietrze.

Kiedy byli na mieście, i to nie tylko rano, przychodziła pokojowa; słała im łóżka albo zmieniała prześcieradła, jakby jej się wydawało, że to jest konieczne. Colin i Mary — nieprzyzwyczajeni do hotelowego życia — czuli się nieco skrępowani taką poufałością ze strony nieznajomej osoby, którą widzieli zaledwie dwa razy. Sprzątaczka zabierała zużyte papierowe chusteczki, buty ustawiała w szafie w równy rządek i układała rozrzucone monety w stosiki na nocnym stoliku. Wkrótce jednak przyzwyczaili się do niej i już im się nie chciało porządkować swoich rzeczy. Przestali troszczyć się o schludność w pokoju; w tym upale nie byli w stanie choćby przetrzepać poduszki albo schylić się, by podnieść upuszczony ręcznik. Jednocześnie bałagan coraz bardziej ich irytował. Pewnego późnego ranka, gdy wrócili do hotelu, pokój był w takim samym stanie jak przed wyjściem — istna nora — więc, nie mając wyboru, znowu musieli go opuścić i poczekać, aż zostanie posprzątany.

Godziny przed popołudniową drzemką były równie starannie zaplanowane, aczkolwiek trudniejsze do przewidzenia. Był środek lata, miasto przepełnione turystami. Co rano po śniadaniu Colin i Mary wychodzili zaopatrzeni w pieniądze, okulary przeciwsłoneczne i mapy i wtapiali się w tłum, który zalewał mosty nad kanałami i spływał w dół wąskimi uliczkami. Sumiennie wypełniali liczne turystyczne zadania, które narzucało to antyczne miasto: zwiedzali najważniejsze i te mniej znane kościoły, muzea i pałace, wszystkie pełne skarbów. W dzielnicach handlowych spędzali czas przed sklepowymi wystawami, omawiając prezenty, które mogliby kupić. Do tej pory jednak nie weszli jeszcze do żadnego sklepu. Mieli ze sobą mapy, a mimo to często się gubili; potrafili tak przez godzinę kręcić się w kółko, sprawdzając (pomysł Colina) położenie słońca, by wreszcie niespodziewanie natknąć się na jakieś znajome miejsce, wciąż jednak nie znajdując drogi. Gdy chodzenie wyjątkowo ich męczyło, a upał był szczególnie uciążliwy, z ironią przypominali sobie nawzajem, że są „na wakacjach”. Wiele godzin mijało im na wyszukiwaniu „idealnych” restauracji albo odnajdywaniu lokalu, w którym byli przed dwoma dniami. Często te idealne restauracje były przepełnione albo — jeśli już minęła dziewiąta wieczorem — właśnie je zamykano. Jeżeli przechodzili koło takiej, w której akurat były wolne miejsca, czasami decydowali się na obiad, chociaż jeszcze nie czuli głodu.

Być może zwiedzanie miasta w samotności byłoby dla nich przyjemniejsze — mogliby wówczas folgować swoim zachciankom, spacerować bez celu, a zabłądzenie nie stanowiłoby żadnego problemu. Było tu co podziwiać, należało tylko wytężyć wzrok i mieć napiętą uwagę. Ale oni znali się na wylot, a ich zażyłość — jak zbyt duży bagaż — bezustannie im ciążyła. Chodzili powoli, ociężale, ponuro zgadzali się na kompromisy, uważali na subtelne zmiany nastroju. Osobno nie byli zbyt drażliwi, ale nawzajem potrafili się obrażać z byle powodu i to w dość niekonwencjonalny sposób. W końcu — a od ich przyjazdu zdarzyło się to dwukrotnie — winny obrazy irytował się z powodu nadwrażliwości drugiej strony, po czym w milczeniu ponownie zapuszczali się w kręte alejki i na skwery, a z każdym ich krokiem miasto się oddalało, gdy coraz bardziej zacieśniali krąg wokół siebie.

• • •

Mary podniosła się z podłogi, starannie wybrała bieliznę i zaczęła się ubierać. Przez uchylone drzwi balkonu dojrzała Colina. Był cały ubrany na biało; leżał rozwalony w aluminiowo-plastikowym leżaku, jedna z jego rąk wisiała tuż nad ziemią. Głęboko się zaciągnął, odchylił głowę, wstrzymał oddech i wypuścił dym ponad doniczkami z geranium, którym obrośnięta była ściana balkonu. Kochała go, chociaż niekoniecznie w tej chwili. Włożyła jedwabną bluzkę i białą bawełnianą spódnicę. Usiadła na brzegu łóżka, by zapiąć sandały; z nocnego stolika wzięła przewodnik turystyczny. Ze zdjęć wynikało, że w innych regionach tego kraju są łąki, góry, dzikie plaże, lecz tutaj — podczas tych jedynych wolnych miesięcy w roku — była skazana na muzea i restauracje. Leżak Colina zaskrzypiał; Mary podeszła do toaletki i zaczęła krótkimi, energicznymi ruchami szczotkować włosy.

Podał jej skręta, ale odmówiła cichym: „nie, dziękuję”. Stanął za jej plecami i spojrzał w lustro, usiłując ściągnąć na siebie jej wzrok. Ona jednak patrzyła wprost przed siebie, na swoje odbicie, i dalej szczotkowała włosy. Delikatnie przeciągnął palcem po jej ramieniu. Prędzej czy później to milczenie się skończy. Odwrócił się, by wyjść, lecz nagle zmienił zdanie. Odchrząknął i położył dłoń na jej ramieniu. Na zewnątrz można już było podziwiać zachód słońca, ale tu, w środku, należało zacząć negocjacje. Jego niezdecydowanie było spowodowane narkotykiem; wydawało mu się, że jeśli wyszedłby teraz, po tym, jak jej dotknął, mogłaby się obrazić. Ale przecież w dalszym ciągu szczotkowała włosy — o wiele dłużej niż było trzeba, tak jakby czekała, aż Colin wyjdzie… dlaczego?… bo odniosła wrażenie, że Colin nie chce zostać i już czuła się urażona?… Ale czy rzeczywiście chciał wyjść? Żałośnie przejechał palcem po jej plecach, wzdłuż linii kręgosłupa. W jednej ręce trzymała teraz szczotkę, w drugiej włosy, które wypadły przy czesaniu, i wciąż patrzyła przed siebie. Colin pochylił się i pocałował ją w kark, a kiedy znowu go zignorowała, z głośnym westchnieniem wyszedł z pokoju na balkon.

Usadowił się na leżaku. Ponad nim rozpościerało się sklepienie czystego nieba; westchnął znowu — tym razem z lubością. Robotnicy na barkach odłożyli już swoje narzędzia i stali teraz w grupie, twarzą do zachodzącego słońca, paląc papierosy. W kawiarence na wodzie goście pili aperitif, ich głosy były teraz ciche i spokojne. Lód dzwonił o szkło, obcasy sprawnych kelnerów mechanicznie stukały o podłogę kawiarni. Colin wstał i zaczął obserwować spacerujących w dole przechodniów. Turyści — w tym wiele osób starszych — ubrani w swe najlepsze letnie garnitury i sukienki, powoli pełzali po chodniku. Od czasu do czasu jakaś para się zatrzymywała, by popatrzeć na kawiarnianych gości widocznych na tle zachodzącego słońca i zaczerwienionej wody. Jakiś starszy pan ustawił swoją żonę na pierwszym planie i przykląkł na cienkich, trzęsących się nogach, by zrobić jej zdjęcie. Turyści, sami młodzi mężczyźni, z sympatią wznieśli kieliszki w stronę obiektywu. Staruszkowi widać jednak zależało na spontaniczności, bo szerokim gestem wolnej ręki próbował ich przywrócić na ścieżkę nieświadomej obecności. Dopiero kiedy się odwrócili, uniósł aparat i znowu przykląkł na swych niepewnych nogach, jednakże teraz jego żona przesunęła się nieco w bok i bacznie przyglądała czemuś, co trzymała w ręce. Odwróciła się tyłem do aparatu, by oświetlić torebkę ostatnimi promieniami słońca. Ostro krzyknął, a ona żwawo wróciła na poprzednie miejsce. Trzask zamykanej torebki znowu przyciągnął uwagę mężczyzn. Upozowali się jak do fotografii przy swoich stolikach, wznieśli kieliszki i szeroko, niewinnie się uśmiechnęli. Staruszek jęknął z irytacją, złapał żonę za rękę i pociągnął za sobą. Mężczyźni natomiast ledwo zauważyli ich zniknięcie i — cali w uśmiechach — dalej wznosili toasty.

W drzwiach balkonu pojawiła się Mary; na ramiona narzuciła sweter. Ignorując grę, którą prowadzili, Colin z ożywieniem zaczął jej opowiadać scenkę, która rozegrała się w dole. Gdy mówił, Mary stanęła pod ścianą balkonu, obserwując zachód słońca. Kiedy wskazał na mężczyzn w kawiarni, nie oderwała wzroku od nieba, tylko lekko pokiwała głową. Colinowi nie udało się w pełni oddać subtelnego nieporozumienia, które według niego było najciekawsze w całej tej historii. Stwierdził natomiast, że w jego ustach niewielki dramatyzm wydarzenia urasta do rozmiarów kabaretu, który prawdopodobnie ma przyciągnąć uwagę Mary. Określił starszego pana jako „niewiarygodnie starego i słabego”, jego żona była „zupełnie zwariowana”, mężczyźni przy stoliku to „tępi idioci”, a staruszek wydał z siebie „dziki ryk”. Słowo „niewiarygodny” pojawiało się właściwie niemal w każdym zdaniu jego opowiadania — być może bał się, że Mary mu nie uwierzy, a może nie wierzył sam sobie. Gdy skończył, Mary mruknęła „mhm…” i lekko się uśmiechnęła.

Stali kilka kroków od siebie, w milczeniu patrząc w przestrzeń ponad wodą. Widoczny po drugiej stronie szerokiego kanału ogromny kościół, który zamierzali zwiedzić, był teraz tylko odległą sylwetką; nieco bliżej jakiś mężczyzna w małej łódce schował lornetkę do futerału i przykucnął, by zapuścić motor. Ponad nimi i po lewej stronie, z gwałtownym trzaskiem, który przeszedł w ciche bzyczenie, zapalił się zielony neon z nazwą hotelu. Mary przypomniała Colinowi, że robi się późno i że powinni wyjść, zanim pozamykają restauracje. Przytaknął, ale żadne z nich się nie ruszyło. Wreszcie Colin usiadł na leżaku, a wkrótce to samo uczyniła Mary. Kolejna chwila ciszy. Wzięli się za ręce i delikatnie uścisnęli dłonie. Zsunęli leżaki i wyszeptali słowa przeprosin. Colin dotknął piersi Mary, a ona pocałowała go najpierw w usta, a potem — ciepłym, matczynym gestem — w nos. Szeptali i całowali się; wstali, by się objąć. Weszli do sypialni i rozebrali się w półmroku.

Nie czuli już dawnej wielkiej namiętności. Rozkoszowali się pozbawioną pośpiechu życzliwością, znajomością swoich zwyczajów, kojącą bliskością ciał dopasowanych tak precyzyjnie jak odlew do formy. Byli wobec siebie łaskawi, łagodni, pobłażliwi i niezwykle wyciszeni. Zatracili poczucie czasu; co chwila zapadali w sen. Z oburzeniem wypierali się swojego znudzenia. Wciąż powtarzali, że czują się, jakby byli jedną osobą; patrząc w swoje twarze, przeglądali się w zamglonym zwierciadle. Rozmawiali o poglądach na temat seksu, nie wspominając jednak własnych — niewątpliwie to właśnie owo ciche porozumienie sprawiało, że byli tak przewrażliwieni na swoim punkcie i że tak łatwo raniło ich odkrywanie odmienności własnych potrzeb i pragnień. Swoje racje przedstawiali w milczeniu; takie chwile pojednania przeżywali z największą intensywnością i byli za nie głęboko wdzięczni.

Zdrzemnęli się, potem wstali i w pośpiechu zaczęli się ubierać. Gdy Colin poszedł do łazienki, Mary wyszła na balkon, by na niego poczekać. Neon był już wyłączony. Ulica w dole opustoszała; dwaj kelnerzy zbierali ze stolików filiżanki i kieliszki. Nieliczni goście, którzy jeszcze zostali w kawiarni, już nie pili. Colin i Mary nigdy przedtem nie wychodzili z hotelu o tej porze, i później wiele z tego, co się wydarzyło, Mary miała przypisać temu właśnie faktowi. Niecierpliwie chodziła po balkonie, wdychając zbutwiały zapach geranium. Wszystkie restauracje były już pozamykane, ale w odległej części miasta — jeśli uda im się go znaleźć — był nocny bar, przed którym czasami stał sprzedawca hot dogów. Kiedy Mary miała trzynaście lat i była sumienną, punktualną uczennicą, zwariowaną na punkcie samodoskonalenia, założyła sobie notesik, w którym w każdy niedzielny wieczór zapisywała zadania na następny tydzień. Były to niewygórowane, osiągalne cele, ale doznawała kojącego uczucia, gdy wykreślała je, w miarę jak tydzień zbliżał się do końca: ćwiczyć grę na wiolonczeli, być grzeczniejszą wobec matki, chodzić do szkoły pieszo, żeby zaoszczędzić na biletach autobusowych. Teraz tęskniła za takim ukojeniem, pragnęła choćby częściowo kontrolować czas i wydarzenia. Niekiedy czuła się jak lunatyczka; całe miesiące uciekały, nie zostawiając w jej pamięci żadnego śladu, ani trochę nienaznaczone jej świadomym działaniem.

— Gotowa? — usłyszała głos Colina.

Weszła do środka, zamykając za sobą drzwi balkonu. Z nocnego stolika wzięła klucz, zamknęła nim drzwi i po nieoświetlonych schodach podążyła za Colinem.