Wydawca: Melanż Kategoria: Kryminał Język: polski

Ukochany z piekła rodem ebook

Alek Rogoziński  

4.36363636363636 (44)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 265 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ukochany z piekła rodem - Alek Rogoziński

Nowa seria książek kryminalnych

Popularna autorka romansów podczas wakacji w Zakopanem poznaje przystojnego fotografa. Szybko zostają parą. Pisarka, przeżywa u boku sporo młodszego kochanka upojne chwile. Jest pewna, że spotkała mężczyznę swojego życia. Nie wie, że jej ukochany nie ma czystych intencji i... szybko spotka go za to kara!

Ukochany z piekła rodem to początek serii kryminałów, których bohaterkami są: Joanna, znana romansopisarka, i jej menedżerka Betty. Już jesienią ukaże się kolejna książka o ich przygodach Morderstwo na Korfu.

Opinie o ebooku Ukochany z piekła rodem - Alek Rogoziński

Fragment ebooka Ukochany z piekła rodem - Alek Rogoziński

Dla Mojej Mamy i Pawła, który jako pierwszy powiedział:

Oświadczenie

Autor chciałby uroczyście zapewnić, że wszystkie przedstawione przez niego wydarzenia zostały wyssane z palca, uwiecznione w niniejszym dziele postacie istnieją tylko w jego wyobraźni, a wszelka zbieżność z tym, co się kiedykolwiek zdarzyło, właśnie zdarza albo zdarzy w przyszłości, jest przypadkowa. Uwierzyliście? To dobrze…

Postacie(w kolejności pojawiania się na kartach powieści)

Konrad Jancewicz – młody fotograf, który z tajemniczych powodów rzucił swoją piękną dziewczynę, aby wdać się w romans ze starszą (acz też atrakcyjną) kobietą

Joanna Szmidt – najpopularniejsza polska pisarka romansów, niepotrafiąca zaakceptować faktu, że ma 40 lat, i w związku z tym zachowująca się wiecznie tak, jakby dopiero wczoraj odebrała świadectwo dojrzałości

Betty – rówieśniczka Joanny i zarazem jej agentka, singielka, próbująca kierować się (oraz karierą swojej chlebodawczyni) zgodnie z rozsądkiem i rozumem, co niestety przy Joannie urasta do rangi herkulesowej pracy

Karol – były kochanek Joanny, bigamista i kłamca

Dwie kobiety w toalecie – wyjątkowo niedyskretne niewiasty, dzięki którym Joanna dowiaduje się tego, czego nie powinna (a może i powinna, rozstrzygniecie sami…)

Krzysztof Darski – kapitan policji, prowadzący śledztwo przy użyciu dość osobliwych metod

Ryży Benio – paparazzi, śledzący pilnie każdy krok Joanny

Tygrys Złocisty – jeden z bossów przestępczego półświatka, mający niezrozumiałą słabość do Betty

Klaudia Hutniak – nieco przebrzmiała diwa polskiej piosenki, uważająca się za najważniejszą piosenkarkę w historii galaktyki

Ewelina – dziennikarka „Koktajlu”, sympatyczna dziewczyna skrzywdzona przez fryzjera

Sylwia – dziennikarka „Koktajlu”, sprawiająca wrażenie, że wie więcej niż BOR, CBA i kontrwywiad razem wzięte

Kasia – dziennikarka „Koktajlu”, cicha woda

Magda – dziennikarka „Koktajlu”, świeżo upieczona matka Polka

Wiktor – dziennikarz „Koktajlu”, w swoim przekonaniu chory na wszystkie choroby świata

Paweł – dziennikarz „Koktajlu”, uczynny i miły człowiek, lubiący relaksować się przy kuchni (dziwne, ale prawdziwe)

Dziewczynka – łowczyni autografów

Monika – szefowa recepcji w wydawnictwie „Koktajl”

Asystentka Klaudii Hutniak – zahukana osoba, traktująca z pokorą swoją pracę jako pokutę za grzechy popełnione w poprzednim życiu

Kamil Majewski – porucznik, jedyny mężczyzna w Polsce, który nie widział rozebranej sesji Klaudii Hutniak

Alina Ptasznik – gosposia Joanny, łagodna kobieta o gołębim sercu, choć z wyglądu (i tembru głosu) budząca nieodparte skojarzenia z Arnoldem Schwarzeneggerem

Antoni Wyprych – ogrodnik Joanny, mruk i odludek

Mama Konrada – surowa starsza pani, z całego serca nienawidząca Joanny

Agnieszka – porzucona narzeczona Konrada

Zofia – dziennikarka pisma „Blask!”, która już dawno powinna iść na emeryturę (tylko nie znalazł się nikt odważny, żeby jej to uświadomić)

Mama Darskiego – przeurocza starsza pani, której syn zdradza przez telefon wszystkie tajemnice prowadzonego przez siebie śledztwa

Prolog

Niezbyt duży, nierzucający się w oczy zwitek płótna od kilku tygodni leżał między innymi szpargałami na strychu. Jeszcze nie tak dawno, oprawiony, wisiał na ścianie przy schodach prowadzących na pierwsze piętro starej willi. Zdjęty stamtąd w czasie remontu, nie został wyrzucony na śmietnik tylko dlatego, że gdy go wyjmowano z ramy, spadł na stertę dokumentów księgowych, które – zgodnie z zaleceniem urzędu skarbowego – trzeba było przechowywać przez pięć lat. Nikt nie zdawał sobie sprawy z jego wartości. Nikt z ekipy remontowej nie poświęcił mu ani chwili uwagi, zwłaszcza gdy pani domu powiedziała lekceważąco: „I jeszcze zabierzcie stąd ten czarny bohomaz, bo mi się nie komponuje z tapetą w wielobarwne motyle! Tylko zostawcie ramę! Będzie idealna na moje zdjęcie z fanami!”. Takim sposobem obraz trafił do kartonowego pudła, które następnie rzucono w najciemniejszy kąt strychu…

Mniej więcej miesiąc później młody fotograf, czekający na wizytę u dentysty, otworzył gazetę „Twój Dom” i zaczął przeglądać rubrykę „Metamorfozy”. Nagle jego wzrok przykuł pewien detal na jednym ze zdjęć. Fotograf z niedowierzaniem wyciągnął swojego smartfona, otworzył Internet i wpisał kilka słów do wyszukiwarki. Ta w odpowiedzi wyświetliła mu długą listę haseł i zdjęć. Fotograf kliknął w jedno z nich i dokładnie przeczytał znajdujący się pod nim opis. A więc się nie mylił…! Zapominając o ćmiącym kilkudniowym bólu dolnej piątki, zerwał się z krzesła i szybkim krokiem opuścił poczekalnię. Kiedy znalazł się na dworze, wybrał numer telefonu, odbył krótką rozmowę, po czym wsiadł na motor. Odpalił go i w takim tempie, jakby jechał do pożaru, skierował się w stronę Dworca Centralnego. Wiedział, że nie ma ani chwili do stracenia!

Rozdział I

– Jest pani cudowną pisarką!

Joanna podniosła wzrok znad książki, którą właśnie podpisywała, i spróbowała przywołać na swoją twarz coś w rodzaju dziękczynnego uśmiechu. W tej samej chwili oślepił ją błysk flesza aparatu, którym dobrotliwie wyglądająca starsza pani uwieczniła moment składania autografu na egzemplarzu swojej ulubionej powieści – Miłość w cieniu topoli.

– Och, przepraszam… – powiedziała staruszka. – Wnuczek kupił mi taki wynalazek i nie za bardzo jeszcze wiem, jak się nim posługiwać.

„Głupi bachor” – pomyślała w duchu Joanna, ale głośno oznajmiła:

– Nie szkodzi, sama nie wiem, jak używać połowy sprzętów, które mam w domu. Ekspres do kawy to dla mnie prawdziwa zagadka!

Starsza pani uroczo się uśmiechnęła i odebrała swój egzemplarz książki. Joanna westchnęła i ze zrezygnowaniem pomieszanym z irytacją spojrzała na niekończącą się kolejkę chętnych po autograf.

Smutna prawda była taka, że Joanna nie lubiła spotkań z czytelnikami. Kiedy lata temu po raz pierwszy zaproszono ją na Targi Książki, czuła się wniebowzięta. Tydzień chodziła po sklepach, wybierając sobie odpowiednią kreację, spędziła niezliczone godziny u kosmetyczki, wizażystki i fryzjerki. Wszystko po to, aby zrobić jak najlepsze wrażenie. Niestety, panowało wtedy lato stulecia, a na targach popsuła się klimatyzacja. Po kilkunastu minutach zgrzana i spocona Joanna, którą tego popołudnia ostry makijaż miał przemienić w kobietę-wampa, zaczęła bardziej przypominać topielicę bagienną. Do tego w kolejce do niej ustawiły się na zmianę przygłuche staruszki, wykrzykujące jej swoje imiona głosem walkirii, oraz zboczeńcy czyniący jej niedwuznaczne propozycje natury erotycznej. Po tej pierwszej przygodzie przyszła pora na kolejną. Jeszcze gorszą. Joanna miała już wtedy na koncie kilka książek, które cieszyły się wzięciem nie tylko w Polsce, ale i zagranicą. Z okazji wydania kolejnej powieści jej wydawca wpadł na genialny pomysł zorganizowania spotkania z fanami, połączonego z konferencją prasową dla dziennikarzy. Wszystko szło w miarę dobrze, aż do chwili, gdy jednemu z żurnalistów przyszło do głowy zadać pozornie niewinne pytanie:

– Zawsze mówi pani, że tworząc sylwetki swoich bohaterów, inspiruje się pani ludźmi, których spotyka pani na co dzień, znajomymi, przyjaciółmi. Kim są pierwowzory postaci Eustachego i Zacharego z Romansu o smaku wina?

Eustachy i Zachary byli wiecznie nabzdryngolonymi prostakami, których stłamszone żony decydują się na wyprawę do Toskanii. Tam zaś poznają przystojnych i romantycznych młodzieńców, z którymi na zmianę zwiedzają lokalne winnice, nadużywają lokalnych trunków i uprawiają szalony seks, nie dostając przy tym – co sama Joanna uważała za niezbyt przekonujące w swojej powieści – ani razu bólu głowy.

– Ruscy turyści na Rodos – odpowiedziała beztrosko, zanim się zastanowiła. – W życiu nie spotkałam takich buraków!

Odpowiedź, acz szczera i zgodna z prawdą, wywołała już nawet nie burzę, ale prawdziwe tornado. Traf bowiem chciał, że na sali obecna była także przedstawicielka rosyjskiej gazety „Echa Moskwy”, która następnego dnia opublikowała sprawozdanie z konferencji pod uroczym tytułem: Polska grafomanka pluje w twarz rosyjskim patriotom! i sugerował, że szkalowanie bohaterów znad Wołgi jest „świadomym działaniem sił antyrosyjskich” i „graniem na polskiej nienawiści do Rosjan”. Na nic zdały się tłumaczenia Joanny, że kocha Rosjan jako takich, a podpadły jej jedynie dwa wyjątkowo niekulturalne małżeństwa, z którymi zmuszona była dzielić piętro w hotelu. A co do grania na czymkolwiek, to potrafi od bidy jedynie wydusić jakiś dźwięk z fletu prostego, a i to z takim skutkiem, że w szkole nikt nie umiał się domyślić, czy to, co usiłuje przedstawić, jest melodią Bogurodzicy czy też Wlazł kotkiem na płotkiem. Sprawa niefortunnej wypowiedzi Joanny trafiła nawet do sejmu i była przedmiotem burzliwej debaty, w czasie której jednego prorosyjskiego posła o mało co nie trafiła na mównicy apopleksja.

Od tego czasu awersja Joanny do spotkań autorskich wzrosła jeszcze bardziej.

Niestety co jakiś czas menedżerka stawiała ją przed faktem dokonanym, co zawsze powodowało sprzeczkę i ciche dni między paniami. Pierwsza po takiej scysji z reguły poddawała się Joanna. I to nie tylko dlatego, że bez Beaty, zdrobniale zwanej przez nią Betty, nie potrafiła załatwić żadnej ważniejszej sprawy. Po prostu wiadomo było, że menedżerka nie odezwie się do niej pierwsza. Słynęła bowiem ze złego charakteru i skłonności do „zawzinania” się, które to cechy w jej własnych oczach uchodziły oczywiście za wybitne zalety. Gwoli sprawiedliwości trzeba przyznać, że upór Betty doskonale się sprawdzał, gdy wojowała o honoraria z wydawcami albo ustawiała do pionu krytyków literackich, którzy twórczość jej szefowej określali mianem „taniego porno dla znudzonych gospodyń domowych”, mówiąc im, żeby poszukali sobie porządnego powrozu i poszli się powiesić na najbliższym drzewie, które wyrośnie im na drodze.

– Joanna Szmidt sprzedała ponad pięćdziesiąt milionów egzemplarzy książek na całym świecie i zdobyła dwadzieścia prestiżowych nagród literackich. A pana jedynym osiągnięciem jest regularne zamienianie tlenu w dwutlenek węgla. Poza tym pańska recenzja świadczy o tym, że jest pan wtórnym analfabetą. Mamusia pewnie nosiła kobiałki z serem i jajkami do szkoły, żeby pana przepchnęli z klasy do klasy, ale powinna raczej robić z tego jajecznicę, żeby miał pan więcej siły do pracy przy opróżnianiu pojemników ze śmieciami. Bo tylko do tego się pan nadaje! – wykrzyczała kiedyś jednemu z nieprzychylnych Joannie recenzentów, a następnie pojechała do redakcji jego pisma i na wszystkich drzwiach przylepiła wielkie kartki z napisem „Kupię tanio viagrę” z podpisem pechowego recenzenta, który śmiał nazwać Joannę „Shazzą polskiej literatury”.

Joanna wiedziała, że Betty skoczyłaby za nią w ogień i dlatego pozwalała jej na kierowanie swoim życiem i obrażanie się za każdym razem, kiedy zrobiła coś bez konsultacji ze swoim aniołem stróżem. I choć większość takich samowolek kończyła się mniejszymi czy większymi wpadkami i powtarzanym jak mantra przez Betty komentarzem: „Od początku mówiłam, że tak będzie!”, to Joanna z roku na rok coraz bardziej utwierdzała się w przekonaniu, że jej uzależnienie od menedżerki to pierwsze, co powinna zmienić w swoim życiu. Kiedy więc poznała kolejnego „mężczyznę idealnego”, starannie dopilnowała, aby Betty dowiedziała się o nim dopiero wtedy, gdy ów się do niej wprowadził. Zgodnie z przewidywaniami Joanny obecność Konrada w jej pięknej luksusowej willi w podwarszawskim Milanówku menedżerka potraktowała co najmniej tak, jakby pisarka zaczęła hodować w basenie krokodyle i piranie, ewentualnie sprowadziła do ogrodu kozę z zamiarem codziennego jej dojenia.

– To łowca posagów! – zawyrokowała na dzień dobry.

– Ale ja nie mam posagu – zauważyła trzeźwo Joanna.

– Wiesz, o co mi chodzi! – upierała się Betty. – Jaki jest inny powód, żeby ktoś, kto jeszcze parę lat temu sikał w pampersa, miał romansować z ryczącą czterdziestką?

– Po pierwsze, on ma dwadzieścia siedem lat, a po drugie nie powiedziałam mu, ile ja mam… – wyjaśniła niepewnie Joanna. – To znaczy, no… trochę sobie odjęłam…

– Ile? – zaciekawiła się Betty.

– Odrobinkę…

– To znaczy?

– No dobrze, skoro musisz wiedzieć, powiedziałam mu, że mam dwadzieścia dziewięć – powiedziała gniewnie Joanna.

– Liczyłaś na to, że jest pacjentem Zakładu dla Ociemniałych w Laskach?! – parsknęła Betty. – Poza tym w dobie Wikipedii to żałosne…

– Powiedziałam, że tam jest przekłamanie, bo cyferki im się pozamieniały – wytłumaczyła Joanna. – Taki czeski błąd…

– Jasne, i wyszło z tego, że pierwszą książkę napisałaś w przedszkolu, pewnie w przerwie między leżakowaniem a zabawą w kółko graniaste…

– Myślisz, że nie wyglądam na dwadzieścia dziewięć? – zasmuciła się Joanna.

– Myślę, że wyglądasz na czterdzieści, a on na twojego syna i powinnaś to jak najszybciej zakończyć – zawyrokowała Betty, mijając się mocno z prawdą, bo o Joannie można było powiedzieć wszystko, ale nie to, że prezentuje się jak kobieta w średnim wieku. Ze swoją perfekcyjną, starannie wyrzeźbioną na siłowni figurą, długimi blond włosami i idealnie gładką twarzą, na której nawet z lupą próżno by szukać jakiegokolwiek śladu ingerencji chirurga plastycznego, mogła spokojnie uchodzić za osobę, która ma jeszcze trochę czasu do zdmuchnięcia z tortu świeczek ułożonych w napis „30”.

– Nic nie będę kończyła! – zbuntowała się Joanna. – Konrad jest idealny, jest mi z nim fantastycznie, a poza tym nasz seks!…

– Jakby ci było jeszcze mało przygód… – mruknęła niechętnie Betty, z niesmakiem patrząc na pracodawczynię.

Joanna wzruszyła ramionami. Jak większość pisarek romansów uważała za swój zawodowy obowiązek nawiązywanie jak największej liczby kontaktów z płcią przeciwną. „Nie można uczyć jazdy samochodem, nigdy wcześniej nie siedząc za kierownicą” – zwykła mawiać. Niestety, ilość miłosnych podbojów Joanny w żaden sposób nie chciała iść w parze z ich jakością. Kiedy osiągała pierwsze sukcesy literackie, związana była ze starszym od siebie o kilka lat Karolem, jak jej się wydawało, znakomitym materiałem na męża i ojca jej dzieci. Zdanie Joanny w kwestii atrakcyjności jej partnera podzielały też inne panie, a Karolowi jakoś niezręcznie było którąkolwiek z nich rozczarować. W efekcie w ciągu kilkunastu miesięcy, w czasie których mieszkał już z Joanną w jej odziedziczonym po babci warszawskim mieszkaniu, został ojcem trojga dzieci innych kobiet. Joanna dowiedziała się o tym przypadkiem, kiedy pewnego wieczoru przez roztargnienie, myśląc, że otwiera rachunek za prąd, przeczytała pismo z sądu wzywające Karola na rozprawę o ustalenie alimentów. Spakowała wtedy wszystkie jego rzeczy i grzecznie poczekała kilka godzin, aż jej ukochany wróci z pracy. W tym czasie doszła do wniosku, że zamiast przywitać go solidnym uderzeniem wałkiem kuchennym w potylicę albo zrzuceniem mu walizek z okna na głowę, co planowała pierwotnie, lepiej będzie zadziałać dyplomatycznie. Przygotowała więc kolację przy świecach, obficie dodając do ulubionej zupy swojego ukochanego senesu i lactulosum, kupionych jakiś czas temu, gdy jej kot cierpiał na zaparcia, a do sałatki użyła szynki parmeńskiej, która przeterminowała się miesiąc wcześniej i przez zapominalstwo przeleżała w lodówce, schowana za serami pleśniowymi.

– Myślisz, że bylibyśmy dobrymi rodzicami? – zagadnęła, gdy jej ukochany zasiadł do stołu i zaczął konsumować naszpikowaną niespodziankami zupę.

– A skąd takie pytanie? – Karol spojrzał na nią zdziwiony.

– Pomyślałam, że to dobry moment. Mieszkamy razem, tak bardzo się kochamy… – powiedziała Joanna, w duchu zastanawiając się, czy zamiast środków przeczyszczających nie powinna dodać do zupy kawałków szkła albo choć jednego małego gwoździka.

– Skarbie, dziecko to obowiązki, uwiązanie w domu – tłumaczył Karol – a my przecież tak dobrze się bawimy…

„No, ja dopiero zaraz zacznę, ty smętny fiutku”, pomyślała Joanna, ale głośno powiedziała:

– Myślałam o chłopcu… – Po czym, przypomniawszy sobie treść pozwu, dodała: – Dalibyśmy mu na imię… na przykład… Artur!

Karol zachłysnął się zupą, a w jego oczach mignęła panika. Szybko się jednak opanował.

– Artur? Skąd taki pomysł? – zapytał nieswoim głosem i ku uciesze swojej partnerki przyspieszył konsumowanie zupy.

– To ładne imię… – Joanna nadała swojemu głosowi nieco rozmarzony ton. – Jak król Artur. Niezłomny rycerz, zawsze wierny swojej ukochanej Ginewrze…

– Nie rozumiem, co cię dzisiaj opętało – mruknął Karol. – Artur to beznadziejne imię.

– Rozumiem więc, że matka twojego syna wybrała je bez konsultacji z tobą?

– Że co?!

– Że to, ty zdradliwy, oślizgły sukinsynu – wybuchła Joanna, tracąc cierpliwość. – Wynoś się z mojego domu i nigdy więcej nie pokazuj mi się na oczy! Ty gnido! Twoje walizki stoją w sypialni. Zabieraj je i spadaj!

– Kochanie… – powiedział Karol niepewnie. – Nie czuję się najlepiej…

– Nic mnie to nie obchodzi. Wynoś się!

– Ale ja naprawdę nie czuję się dobrze…

– Won, gadzie!

W obliczu furii w oczach Joanny Karol chwycił walizki i szybko opuścił jej mieszkanie. Pisarka przez okno zobaczyła, jak jej były ukochany pędem leci do samochodu, pospiesznie ładuje walizy do bagażnika i rusza z takim impetem, jakby był strażakiem i spieszył się do pożaru. Nieco później dowiedziała się, że jej zupa spełniła swoje zadanie i następnego dnia Karol musiał zmienić w samochodzie nie tylko tapicerkę, ale i cały fotel po stronie kierowcy, a wietrzenie auta trwało kilka kolejnych dni. Zdecydowanie poprawiło jej to humor.

Po Karolu przyszła pora na Dariusza. Miły i romantyczny na początku znajomości, osobnik ten okazał się psychopatycznym zazdrośnikiem. Granicę zdrowego rozsądku przekroczył, gdy przydybał Joannę na rodzinnym obiedzie z jej ciotecznym bratem i – nie słuchając żadnych wyjaśnień – oskarżył ich o romans, w ataku furii wylał na brata pół białego, na szczęście niezbyt ciepłego, żurku i zelżył go mianem „wyrwidupa”, a Joannę „cichodajki”.

Potem do galerii miłosnych pomyłek Joanny dołączyli jeszcze: zakompleksiony Tadzio („Ale naprawdę było ci dobrze? Wszystko ci się podobało? Nie jest ZA MAŁY?”), uzależniony od pornografii Michaś („Przysięgam ci, że te pliki wgrały się same. Ściągnąłem nową wersję programu antywirusowego i te gołe Murzynki wskoczyły mi automatycznie!”), potajemnie romansujący z facetami Marcin („Myślisz, że wyrobię sobie takie mięśnie jak ten wysoki blondyn, który leżał obok nas wczoraj na plaży?”) oraz przystojny, ale za to kompletnie wyprany z poczucia humoru Waldek („Zupełnie nie rozumiem, co ludzie widzą w „Przyjaciołach”, to taki nudny serial i nic się tam nie dzieje…”).

Kiedy więc Joanna poznała Konrada, który:

a. nie był kryptogejem,

b. nie złożył jej na pierwszej randce kuszącej propozycji odbycia „szybkiego numerka w samochodzie”,

c. nie zastanawiał się, czy Dostojewski to aby nie jakiś nowy gracz w drużynie Spartak Moskwa,

d. był miły, zadbany, męski i przystojny,

uznała, że małe kłamstewko dotyczące jej wieku będzie jedynie środkiem uświęcającym cel. A celem Joanny było oczywiście zakochać się i to taką miłością, jaka zdarza się tylko w bajkach, ewentualnie co bardziej kiczowatych hollywoodzkich romansidłach. Od lat tworzyła swój ideał mężczyzny. A ponieważ każdy napotkany przez nią facet coraz bardziej od tego ideału się oddalał, w pewnym momencie Joanna straciła kontrolę i wymyśliła kogoś, kto nie miał prawa pojawić się na tym pełnym pomyłek padole. Miał to być mężczyzna o bezbłędnym ciele, twarzy Brada Pitta i pasującej do tego umysłowości. Romantyczny, ale i potrafiący jednym ciosem powalić każdego złoczyńcę. Kiedy trzeba, tryskający inteligentnym poczuciem humoru, a kiedy trzeba – z powagą i budzącą respekt władczością potrafiący rozstrzygnąć każdy konflikt. Oczytany, elegancki, znający się na tysiącu spraw, uwielbiający gotować, prać, prasować i sprzątać (bo do tych wszystkich czynności Joanna nigdy nie miała nabożeństwa), perfekcyjny kierowca, jeszcze lepszy kochanek, a w przyszłości odpowiedzialny ojciec ich wymarzonego dziecka (jednego, bo drugie ponoć psuje figurę). W dodatku miał ją nosić na rękach, być ślepym na jej – i tak przecież nieliczne i nieistotne – wady, ubóstwiać zalety, świata poza nią nie widzieć i jak najczęściej zaskakiwać ją nowymi pomysłami. Swój ideał opisała na kartach czterdziestu powieści, traktując to jako coś w rodzaju sygnału SOS wysyłanego do tego jedynego, który, w co święcie wierzyła, gdzieś tam musiał istnieć. Niestety mężczyźni nie czytali jej książek, a jeśli już trafił się jakiś wyjątek, to – jak sama trzeźwo zauważała – było to najlepszym dowodem, że nie nadaje się na jej partnera…

Kolejka chętnych po autograf Joanny nie zmniejszała się ani trochę. Z sąsiedniego stoiska zazdrosnym wzrokiem spoglądała na nią, nudząca się jak mops, autorka książek o hodowli pszczół. Joanna uśmiechnęła się do niej przepraszająco.

– Jak myślisz, ile jeszcze to potrwa? – zapytała Betty, która przyniosła jej wodę mineralną. – Już i tak musiałam odwołać Konrada, który miał ze mną wrócić do Milanówka. Jak zobaczyłam ten wściekły tłum, to od razu kazałam mu jechać tam samemu…

– To zależy od tempa, w jakim będziesz podpisywać – odpowiedziała Betty. – Ale na pewno jeszcze ze dwie godziny.

– Może powinnam na takie okazje zatrudnić sobowtóra? – zamyśliła się Joanna. – Ponoć w Kielcach jest jedna kobieta, która wygląda jak moja siostra bliźniaczka. Zdobyła za to nagrodę na jakimś zlocie klonów czy czymś takim. No dobrze, skoro to ma tyle trwać, to muszę skoczyć do toalety. Ogłoś, że nie uciekam na zawsze, bo ci ludzie gotowi są mnie rozszarpać po drodze.

Betty wzięła mikrofon i w imieniu Joanny zaczęła przepraszać za krótką przerwę. Autorka wykorzystała ten moment i szybkim krokiem podążyła w stronę toalet. Przez moment zastanawiała się, czy nie uciec windą, która właśnie kusząco nadjechała, ewentualnie zatrzasnąć się w ubikacji i nie wyjść z niej do późnej nocy, ale po chwili zrezygnowała z tych pomysłów. Skoro jej wielbiciele zadali sobie tyle trudu, przejechali pewnie szmat drogi, karnie stoją w kolejce, to głupio byłoby im wywinąć taki numer. Nawet swoje naturalne potrzeby Joanna starała się załatwić jak najszybciej. Kiedy jednak już miała wyjść z ubikacji, usłyszała, jak do toalety wchodzi ktoś jeszcze. Odruchowo cofnęła rękę z klamki.

– Nieźle się trzyma jak na swoje lata – usłyszała niski, ale z pewnością damski głos.

– No… Musi mieć już jakoś pod pięćdziesiątkę, ale zupełnie tego po niej nie widać – odpowiedział drugi, dla odmiany wysoki, damski głos.

– Jak nic botoks – zawyrokował głos pierwszy tonem znawcy – albo lifting. Pewnie jest tak naciągnięta, że jak się uśmiecha, to piersi jej się same unoszą.

– Hihihihihi…

„Ciekawe, o kim mówią? Pewnie o tej bidulce od książek o seksie. Faktycznie, wygląda tak, jakby cały czas jechała pod wiatr na motorze…”, zastanowiła się Joanna.

– Albo konserwuje ją ten nowy kochanek – powiedział głos pierwszy. – Przeczytałam w „Koktajlu”, że to jakiś dzieciak…

– Skądś musi czerpać pomysły do tych swoich marnych romansideł…

Joanna zamarła z ręką na klamce. Wstrętne baby najwyraźniej plotkowały o niej! Pięćdziesiątka… Matko pańska!

– Znam byłą dziewczynę tego jej Konrada – kontynuował cieńszy głos. – Ona nazywa go Kondzio. Byli w sobie bardzo zakochani. Ona już nawet zaczęła rozglądać się za suknią ślubną. Aż któregoś dnia powiedział jej, że wybiera się z kolegami na narty w góry, co było o tyle ponoć dziwne, że wcześniej miał jakieś inne plany i sporo pilnej roboty na głowie. Przez pierwszych kilka dni dzwonił, wysyłał sms-y, wszystko było w porządku. A potem któregoś dnia napisał jej, żeby o nim zapomniała, że nie jest jej wart i żeby poszukała sobie kogoś lepszego. Przestał odbierać od niej połączenia, nie odpowiadał na wiadomości…

Joanna, którą opowieść pozbawiła tchu, poczuła, że za moment się udusi. Nic nie wiedziała o żadnej dziewczynie. Konrad, młody fotograf, którego faktycznie poznała na stoku w Zakopanem, przedstawił się jej jako singiel, od lat bezskutecznie szukający swojej drugiej połówki. Ich romans, skonsumowany piątego dnia znajomości w góralskiej chacie, którą od lat wynajmowała zimą, w mgnieniu oka nabrał zawrotnego tempa. Szybko padły wielkie deklaracje i kiedy wrócili do Warszawy, byli już w poważnym (na tyle, na ile można było po tygodniu znajomości) związku. Nigdy nie było mowy o żadnej trzeciej osobie…

– I co dalej? – grubszy głos zadał dokładnie to samo pytanie, które kołatało się po głowie Joannie.

– Kiedy wrócił do Warszawy, próbowała się z nim spotkać, ale unikał jej, jak mógł – kontynuowała dama o wyższym głosie. – Dopadła go wreszcie kiedyś, jak wychodził z jednej redakcji. Była wielka scena, płacz, krzyki, aż wreszcie ją odepchnął, nakrzyczał, żeby się nie kompromitowała publicznie i dała mu święty spokój, bo ma teraz na oku dobry interes i nie zamierza zmarnować takiej okazji…

„Interes? Jaki znowu interes?”, pomyślała spłoszona Joanna.

– Myślisz, że ten babsztyl mu płaci? – spytał z niekłamanym zainteresowaniem pierwszy głos.

– To chyba oczywiste! – prychnął drugi. – Widziałaś, jak on wygląda. Rewelacyjny chłopak, każda by na niego poleciała! Nie wierzę, że z własnej woli jest z kimś, kto powinien szukać partnera w domu spokojnej starości… Jak stąd wyjdziemy, to idźmy jeszcze na kawę, bo to dłuższa historia. Wszystko ci opowiem. Skończ już tylko wreszcie to maskowanie twarzy! Bo w końcu przeleci nam kolejka i nie zdobędziemy autografu tej baby. Moja mama nigdy by mi tego nie darowała, choć naprawdę nie wiem, czemu tak się zaczytuje w tych grafomaństwach, pewnie to pierwszy objaw demencji…

– Jeszcze tylko odrobina błyszczyku… Voilà, gotowe!

Niewiasty opuściły toaletę. Joanna poczuła, że nogi się pod nią uginają, i klapnęła z powrotem na sedes. Przez długą chwilę nie mogła zebrać myśli. Z jednej strony wiedziała, że mogła być świadkiem zwykłych plotek, które niekoniecznie muszą się pokrywać z rzeczywistością. Ale z drugiej – to, co usłyszała, wypowiedziane było tak pewnym siebie tonem, że aż niemożliwe, żeby nie było w tym choć odrobiny prawdy. A już i ta odrobina wystarczyła, żeby na jej idealny romans padł cień.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział II

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział III

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział IV

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział V

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział VI

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział VII

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział VIII

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział IX

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział X

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział XI

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział XII

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział XIII

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział XIV

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział XV

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział XVI

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział XVII

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział XVIII

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział XIX

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział XX

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział XXI

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Rozdział XXII

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Epilog

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

Podziękowania

Ponieważ to pierwsza książka, więc trochę się tego nazbierało (jeśli napiszę kiedykolwiek kolejną, to obiecuję, że będę się bardziej streszczał…). Dziękuję więc…

– Mojej Mamie za to, że gdy miałem 8 lat, wręczyła mi Wszystko czerwone Joanny Chmielewskiej, 

– Pawłowi Płaczkowi za to, że powtórzył tysiąc razy: „Powinieneś napisać książkę!” (jak widać, wreszcie posłuchałem),

– moim kolegom i koleżankom w „Party” za nieustającą inspirację (wiecie, że Was kocham!) oraz wszystkim z redakcji za wsparcie i cenne uwagi,

– Kasi Pieczulis za to, że była moim pierwszym krytykiem (wiem, że zostawiłem fragment, który kazałaś mi wyrzucić i pewnie za to oberwę, więc na wszelki wypadek nie wybiorę się do Ciebie do Londynu przez najbliższych 30 lat albo do czasu, kiedy stracisz siłę w rękach),

– i wreszcie – last but not least – pani Bogusi Genczelewskiej za złote serce i to, że mogę teraz pisać te słowa!

Projekt okładkiMaria Urbańska

WspółpracaMałgorzata Juszt

Zdjęcia na okładce Sergey Nivens, itsmejust (Shutterstock.com)

RedakcjaKatarzyna Szajowska

KorektaElżbieta Morawska

Skład i łamanieAkant

Tekst©Copyright by Aleksander Rogoziński, Warszawa 2015 ©Copyright for this edition by Melanż, Warszawa 2015

Wszystkie prawa zastrzeżone.

Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana, przechowywana jako źródło danych i przekazywana w jakiejkolwiek elektronicznej, mechanicznej, fotograficznej lub innej formie zapisu bez pisemnej zgody posiadacza praw.

ISBN 978-83-64378-27-0 Warszawa 2015 Wydanie I

ul. Rajskich Ptaków 50, 02-816 Warszawa +48 664 402 402wydawnictwo@genczelewska.plwww.genczelewska.plwww.melanz.com.pl