Układ - Igor Brejdygant - ebook + audiobook
  • Wydawca: WAB
  • Kategoria: Kryminał
  • Język: polski
  • Rok wydania: 2019
Opis

Współczesna Warszawa. Po śmierci partnera komisarz Monika Brzozowska, oddelegowana na przymusowy urlop, ponownie wpada w nałóg narkotykowy, przez który przed laty stoczyła się na dno. Tymczasem sprawa kryminalna, którą policjantka została zmuszona przekazać do rozpracowania kolegom po fachu, na nowo zaczyna zbierać krwawe żniwo. Giną kluczowi świadkowie. Wiele wskazuje na to, że policja nadepnęła na odcisk szajce wpływowych pedofili, której interesy sięgają kilkunastu lat wstecz i łączą się… z przeszłością samej Brzozowskiej.

Układ to frapująca mieszanka kryminału i thrillera psychologicznego, w której decydującą rolę odgrywa toksyczna przeszłość zatruwająca teraźniejszość. To również realistyczne i bezlitosne studium nałogu i osamotnienia, z jakim boryka się osoba uzależniona. Mimo własnych słabości bohaterka będzie musiała stanąć oko w oko z bolesnymi konsekwencjami dawnych decyzji i z kimś, kto przed laty przyczynił się do wzniecenia ognia pod jej osobistym piekłem.

 

Igor Brejdygant – rocznik 71, pisarz, scenarzysta, reżyser, fotograf.

Autor scenariuszy do filmów fabularnych Palimpsest (reż. Konrad Niewolski), Prosta historia o morderstwie (reż. Arkadiusz Jakubik) oraz do seriali Paradoks, Zbrodnia, Belle Epoque, Ultraviolet; studiował na wydziale produkcji w łódzkiej PWSFTiTV, jako reżyser pracuje przy formach dokumentalnych – seria Asy B klasy dla Canal+, Szaleńcy Pana Boga dla Religia TV oraz cykl Handlarze dla TTV.

Jako autor do tej pory napisał trzy bardzo dobrze przyjęte przez czytelników i krytykę powieści kryminalne Rysa (W.A.B. 2018), Szadź (2017) oraz Paradoks (2016). Jest także współautorem opartego na faktach tomu opowiadań Opowiem ci o zbrodni (2018), na podstawie którego powstał program telewizyjny o tym samym tytule.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 500

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 11 godz. 53 min

Lektor: Marcin Popczyński

Popularność


IGOR

BREJDYGANT

UKŁAD

Copyright © Igor Brejdygant, MMXIX

Wydanie I

Warszawa MMXIX

Niniejszy produkt objęty jest ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że wszelkie udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, upublicznianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Polskim policjantkom i policjantom dedykuję

Monika odgarnęła liście, postawiła znicz i donicę z chryzantemami, za których wonią nigdy nie przepadała, i popatrzyła na płytę nagrobną. Obok stał już jakiś palący się znicz. Pewnie jedna z rozlicznych kochanek zapaliła ojcu, pomyślała. Ona nie przyszła tu jednak do ojca. Obok napisu „Bohdan Brzozowski” był jeszcze drugi, który wyróżniał się świeżością farby.

Tak naprawdę nie było nawet wiadomo, gdzie go pochować. Piotr nie był Piotrem. Nazwisko i imię, pod którymi funkcjonował przez ostatnie lata, należały do człowieka, który nie żył, albo jeszcze do kogoś innego. Nie sposób do tego już teraz dojść. Piotr nie był też Borysem. Tamte dane sprzed szesnastu lat zostały tak samo zmyślone jak te ostatnie, a może nawet jeszcze bardziej, bo wtedy łatwiej było się podszyć. Słowem: nie wiadomo, kim był, nie udało się odnaleźć jego korzeni, rodziny ani też, co za tym szło, grobu rodzinnego. W związku z tym Miejskie Przedsiębiorstwo Usług Komunalnych miało obowiązek przydzielić mu anonimową kwaterę na jednym z dwóch cmentarzy: na południowych bądź na północnych rubieżach miasta. Monika biła się jakiś czas z myślami. W końcu po rozmowie z matką Barbarą, która wprawdzie sprawiała znów wrażenie, jakby nie znała tła sprawy, ale nawet jeśli je znała, to niewiele zmieniało, ustaliły, że Piotr vel Borys zostanie złożony na Bródnie w ich grobie rodzinnym, pod nazwiskiem, które przybrał jako ostatnie.

Sprawa jego śmierci w normalnych okolicznościach byłaby roztrząsana w długotrwałym dochodzeniu, ale okoliczności nie były normalne i wszystkim zależało raczej na tym, żeby śledztwo szybko umorzyć, a Monikę odesłać przynajmniej na tymczasowy urlop. Oczywiście działała w obronie koniecznej. Wskazywały na to okoliczności sprawy, a przede wszystkim fakt, że denat, czyli Piotr, był wielokrotnym zabójcą. Tego, jak wielokrotnym, nikt na razie nie chciał nawet ustalać. Mimo wszystko sprawa była bardzo niejednoznaczna, a takich nikt w policji nie lubił.

Wszystko poukładało się w każdym razie tak, że Monika od miesięcy nie miała właściwie nic do roboty. Przez chwilę spotykała się z psychologiem przydzielonym jej przez komendę stołeczną, ale robiła to raczej po to, by usatysfakcjonować zwierzchników, niż po to, by rzeczywiście otrzymać pomoc. Z tyłu głowy wisiała niedokończona sprawa, ale na razie nie miała ani siły, ani ochoty jej podejmować. Z informacji, które przynosił jej zaprzyjaźniony asystent, aspirant Adam Wójcik, wiedziała, że policyjny zdrajca komisarz Stasiak zniknął i że był wprawdzie poszukiwany, ale z umiarkowaną intensywnością. Ujawnienie takiego skandalu w policji nikomu nie było na rękę. Dużo intensywniej, jako współpodejrzanych o zabójstwa, policja poszukiwała psychologa hipnotyzera Zimeckiego oraz tajemniczej kobiety, której znaleźć organy nie miały szans, gdyż oprócz numeru buta nie wiedziały o niej kompletnie nic.

Buty. Te znalezione w szafie w mieszkaniu Piotra-Borysa, zabitego przez Monikę, kryminalistyka zbadała tak, jak nie badała żadnego dowodu rzeczowego w historii komendy stołecznej. Kształt stopy odciśnięty na wkładce, drobinki skóry i włoski, nawet ślady zapachowe. Wszystko zostało zgromadzone i przebadane w tę i z powrotem. Szczęśliwie nic nie pasowało do Moniki. Do Moniki nie pasowały też ślady na bagnecie znalezionym w torbie. Odciski w kartotekach przynależały do Borysa, który nie istniał, przebadane w kierunku DNA ślady skórne wskazywały na kogoś jeszcze, ale znów… szczęśliwie nie była to Monika.

Wiało. Monika przyglądała się chwilę, jak płomień w dwóch już teraz zniczach z mozołem walczył o przetrwanie. W oddali zgarbiona staruszka z nie mniejszym mozołem próbowała za pomocą zmiotki wyciągniętej zza grobu ściągnąć liście poprzyklejane do lastrykowej płyty. Monika spojrzała znów na płytę przed sobą: jej była granitowa i polerowana, z takiej liście usuwało się łatwiej, a poza tym nie pozostawiały brązowych śladów. Piotr Zawilski zmarł 18 listopada 2017. A kiedy się urodził? Monika uśmiechnęła się do wspomnień. Człowiek bez wieku, pomyślała. Wcześniej, jeszcze przed pogrzebem, w kancelarii cmentarnej życzliwy proboszcz sugerował, żeby może podała jakąś datę urodzenia, tak na wyczucie, ale Monika nie chciała robić nic na wyczucie. Miała dosyć kłamstwa związanego z osobą Piotra. Wszystko, co o nim wiedziała, okazało się fikcją. Nie miała pojęcia, kim był ani skąd pochodził, więc próba zmyślenia, ile miał lat, nie miała sensu. Całą jej wiedzę o nim, którą mogła uznać za prawdziwą, stanowiły te momenty, w których byli razem. Jedyne, czego mogła być pewna, to tego – że zaistniał w jej życiu. Najpierw dawno, przed wielu laty, jako Borys, a potem, chwilę jeszcze temu, jako Piotr, którego zabiła. Gdzieś w głębi trzewi czuła, że zarówno wtedy, jak i teraz, przed chwilą zaledwie, ten człowiek był dla niej kimś ważnym, a ona była ważna dla niego. Pamięć uczucia, jak pamięć zapachu, była bardzo ulotna, ale też boleśnie intensywna. Monika wiedziała, że ten mężczyzna darzył ją uczuciem. Jak bardzo było silne, przynajmniej na razie nie mogła mieć pojęcia.

– Ma pani może zapałki? – Damski głos za plecami wyrwał ją z zamyślenia.

Za nią stała kobieta cała odziana w czerń, której wcześniej nie dostrzegła. Jej twarz zakrywała czarna siateczka żałobnej woalki. Bardzo staroświeckie, pomyślała Monika.

– Oczywiście, proszę. – Podała tamtej zapałki.

– Mogę pożyczyć na dwie minuty? Zapalę tam na grobie – kobieta wskazała na grób w całości pokryty podwiędłymi już lekko kwiatami i wieńcami – i zaraz odniosę.

– Jasne. – Monika uśmiechnęła się do niej i nagle naszła ją refleksja, że może lepiej się stało tak, jak się stało. Gdyby spędziła z Piotrem czy Borysem ostatnie kilkanaście lat, to teraz byłoby jej jeszcze o wiele trudniej.

Kobieta w czerni oddalała się powoli.

Adam wszedł do sekretariatu gabinetu komendanta stołecznego równo za minutę dziesiąta. W życiu radził sobie z punktualnością raczej słabo, w sytuacjach takich jak ta jednak musiał trochę ograniczyć bycie sobą. Artystowska dusza nie pasowała do szarawej lamperii ani do brązowej wykładziny. Ogólnie wszystko to było jakby nie z jego bajki, a jednak lubił to i całkiem dobrze udawało mu się tu funkcjonować.

– No co tam u pana, aspirancie Wójcik? – Komendant inspektor Matecki nauczył się nazwiska Adama stosunkowo niedawno, ale teraz wciąż przybywało powodów, by go nie zapominać.

– Dziękuję panie inspektorze, jakoś leci. – Adam miał ochotę rozejrzeć się po wnętrzu gabinetu, w którym nigdy jeszcze nie był, ale czuł, że mogłoby to zostać potraktowane jako nadmiar asertywności.

– Co u koleżanki Brzozowskiej, jak ona się miewa? – Komendant sięgnął po papierosa do paczki leżącej na biurku, po czym skierował ją w stronę Adama.

Adam lekko się zdziwił, nie był pewien, czy to nie jakiś rodzaj podpuchy, ale z drugiej strony byłoby to zgoła bez sensu.

– Nie wolno, ale można. – Matecki uśmiechem rozwiał jego wątpliwości.

Zapalili.

– No więc co z tą Brzozowską? – wrócił do sprawy.

– Dobrze, w porządku raczej. – Adam zaciągnął się delikatnie, żeby nie przesadzić z nadmiarem swobody. Inspektor, choć mianowany na to stanowisko został głównie dzięki znajomościom oraz wcześniejszej lojalności wobec ludzi będących obecnie u władzy, nie był pozbawiony inteligencji ani przede wszystkim spostrzegawczości, dlatego docenił umiar Wójcika w korzystaniu z sytuacji.

– Panu jakoś leci, koleżanka raczej w porządku. – Uśmiechnął się. – A coś więcej, bliżej, jakieś szczegóły? Chciałbym wiedzieć, co się dzieje z moimi pracownikami.

Ostatnie słowa inspektora zabrzmiały minimalnie mniej przyjemnie, choć Matecki nie przestawał się uśmiechać.

– Komisarz Brzozowska jest na urlopie, o ile wiem, spędza go w domu, odpoczywając, a ja… – Wójcik namyślił się trochę nerwowo – ja mam kilka spraw, nic wielkiego.

– Rozumiem, oczywiście, a co z tamtą sprawą? – Matecki zgasił papierosa, wciskając go gołym kciukiem w szkło popielniczki.

– Z tamtą? – zawiesił się aspirant.

Matecki przyglądał mu się teraz bardzo czujnie.

– Tak, kurwa, co z tamtą?! – uniósł się nagle wyraźnie. – Pan myśli, że z kim rozmawia, panie aspirancie? Z debilem?!

– Nie – Adam przełknął ślinę – panie inspektorze.

– No więc co z tamtą sprawą, do cholery?! – Ostatnie słowo, choć groźnie brzmiące w kontekście sytuacji, Matecki wypowiedział już znów miękko i się uśmiechnął, a Adam pomyślał, że oprócz tego, że lojalny, wierny, inteligentny i spostrzegawczy, to inspektor jest też lekkim wykrętem.

– Tamta sprawa jest badana, ale zgodnie z zaleceniem nie wykonujemy żadnych gwałtownych ruchów, zresztą prowadzi ją komisarz Sieradzki, o ile wiem, rozesłane zostały listy gończe za psychologiem Zimeckim, laboratorium bada ślady, ale to wiem tylko z korytarzy, panie komendancie. – Adam wyrecytował długie zdanie, próbując cały czas główkować jednocześnie, do czego pije Matecki.

Inspektor zapalił kolejnego papierosa, ale tym razem nie poczęstował już Adama. Można by było przypuszczać, że zapomniał, gdyby nie to, że Matecki nie był człowiekiem, który o czymkolwiek zapominał.

– Nie chce mi pan powiedzieć – stwierdził nagle stanowczo.

– Czego, panie inspektorze? Może gdybym… – zaczął Adam.

– Dobrze, dziękuję. Proszę przyjść, jak się pan namyśli. – Matecki spojrzał nagle na Adama przenikliwie.

Wójcik wstał i ruszył w kierunku drzwi.

– No i proszę pamiętać, że komisarz Brzozowska nie została jeszcze w pełni oczyszczona z podejrzeń o udział w tamtych morderstwach. – Matecki postanowił najwyraźniej zagrać tą kartą.

Teraz Adam się zdenerwował. Rozumiał ciekawość swojego przełożonego odnośnie do ustaleń, które udało mu się poczynić, ale były pewne granice.

– Oczywiście pamiętam, panie inspektorze. – Uśmiechnął się i nabrał powietrza. – Aczkolwiek, jeśli wobec, jak obaj wiemy, niewinnej Moniki zostaną wyciągnięte jakieś dodatkowe konsekwencje, to obawiam się, że wtedy do prasy mogą trafić materiały, które nie powinny. Słowem, ogólnie może się zrobić bałagan.

– Wypierdalaj. – Matecki najwyraźniej aluzję pojął w całej jej rozciągłości.

Adam wyszedł do sekretariatu i uśmiechnął się na pożegnanie do pani Eli. Z nią należało żyć w dobrych układach, bo po pierwsze była fajną babką, a po drugie przesiedziała już w tym sekretariacie trzech poprzedników Mateckiego, więc z dużym prawdopodobieństwem przesiedzi i jego. Kiedy jednak wyszedł za duże i ciężkie drewniane drzwi, które mogły swoim wyglądem przypominać oryginalne wrota z czasów, gdy pałac Mostowskich należał do rodziny Mostowskich, stanął przy ścianie i chwilę ciężko oddychał.

Czy właśnie stracił pracę w organach ścigania? – To pytanie frapowało go w tej chwili najbardziej.

Prawda w tej sprawie była taka, że Adam rzeczywiście wiedział znacznie więcej, ponieważ od dwóch miesięcy razem już teraz nie z porucznikiem, ale od niedawna kapitanem Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego Czesławem Wareckim prowadzili swoje własne, przez nikogo niezlecone i przede wszystkim przez nikogo niepochwalane, dochodzenie w sprawie, która kosztowała dotąd życie co najmniej sześciu osób i która swoimi korzeniami sięgała najprawdopodobniej do połowy lat dziewięćdziesiątych poprzedniego stulecia. Do tej pory udało im się zebrać zeznania od dwójki mężczyzn, którzy byli wykorzystywani przez gang pedofilski we wczesnych latach dwutysięcznych. Ową dwójkę stanowili Wacek, którego kilka miesięcy wcześniej namierzyła Monika, i jego kolega Norbert, do którego kontakt pozyskali właśnie przez Wacka. Dodatkowo wraz z Wareckim namierzyli miejsce, w którym zamieszany prawdopodobnie w sprawę minister Morawski widywał się z zamieszanym w nią z całą pewnością biskupem Kurzebą i z właścicielem kas pożyczkowych Boreckim. Później spotkali się jeszcze z trzema świadkami wykorzystywanymi przez gang pedofilski, których pomógł im namierzyć Wacek. Dalej jednak posunąć się z dochodzeniem nie mogli bez prerogatyw, które mogłyby wydać policja w osobie Mateckiego albo komendanta głównego Walczaka lub macierzysta firma Wareckiego, czyli ABW. Niestety nic nie wskazywało na to, by któraś z tych instytucji kwapiła się z nadaniem oficjalnego biegu sprawom. Wszystko wskazywało na to, że tak naprawdę nikt w organach powołanych do tego, by strzec prawa i ścigać jego łamanie, nie miał zamiaru sprawić, by śledztwo oficjalnie ruszyło z miejsca. Z drugiej strony zarówno Wójcik, jak i Warecki mieli wrażenie, że ich poczynania, które z całą pewnością nie umykały organom, były traktowane ze sporym marginesem pobłażania. Innymi słowy: nikt nie miał odwagi wydać rozkazu, ale wielu chciało się dowiedzieć, o co w tym wszystkim tak naprawdę chodziło.

Monika, jak co wieczór od kilku tygodni, weszła do jednego z klubów mieszczących się w magazynach na tyłach ulicy Kolejowej, a właściwie pomiędzy Kolejową a torami łączącymi Dworzec Zachodni z Centralnym. Przez jakiś czas chadzała na Mokotowską, ale w końcu uznała, że po pierwsze, jest tam za drogo, a po drugie, zbyt mało anonimowo. Może zresztą szło o jeszcze coś innego. Kluby na Mokotowskiej były eleganckie i snobistyczne, przychodziła tam elita warszawskiego celebryctwa i próżniactwa. Znajdowali tam to, czego szukała także ona, ale im bardziej chodziło o lans, a jej o zapomnienie. Znacznie lepiej i w gruncie rzeczy przyjemniej zapominało się w klubie Soczi na Kolejowej, gdzie przy okazji zresztą można też było spotkać ciekawszych ludzi.

– To, co zwykle? – zapytał sympatyczny chudzielec o kocim spojrzeniu.

– Tak, ale daj od razu trzy porcje, nie chce mi się w kółko przyłazić – uśmiechnęła się Monika.

– Jak przestaniesz przyłazić, to już zacznie się lot w dół – odpowiedział tamten i sięgnął do kieszeni. – W zaciszu domowych pieleszy zapadniesz się trzy razy szybciej niż tu.

– Zapadam się i tak, a poza tym nie mam żadnych pieleszy. – Monika wyciągnęła z torebki zwitek przygotowanych zawczasu banknotów i dokonali wymiany handlowej.

– Tym gorzej – skonstatował.

– Nie będzie ich dzisiaj? – zapytała, wpatrując się w jego brązowe zęby.

– Raczej nie – pokręcił głową chudzielec. – Nalot ma być za dwa dni.

– To idę zapalić. – Uśmiechnęła się do niego.

– Idź, tylko potem nie leź w pielesze czy co tam masz albo nie masz, tylko chodź potańczyć, może gacha sobie przygruchasz, razem zawsze raźniej – doradził.

Zaśmiała się krótko. Lubiła tego chłopaka. Sprzedawał wprawdzie śmierć, ale robił to głównie po to, żeby móc samemu sobie ją aplikować. Tacy handlarze z jakiegoś powodu zawsze wydawali jej się bardziej moralnie usprawiedliwieni do robienia tego, co robili, niż ich zleceniodawcy, którzy często nigdy nawet nie mieli w płucach, ustach ani w krwiobiegu tego, na czym dorobili się fortun.

Zapaliła tam, gdzie palili wszyscy, czyli na tyłach tancbudy zwanej klubem. Pod stopami chrzęściły stłuczone szklane lulki, w kawałkach sreberek odbijały się światła miasta, a zużyte kondomy przyprawiały o mdłości. Po głębokim buchu świat wśród smrodu, sreberek, szkła i kondomów, jak co wieczór, stał się niewyobrażalnie piękny na chwilę. Ktoś jej kiedyś powiedział, że jeśli się to zapaliło, to nic już nigdy nie mogło człowieka oczarować swoim pięknem. Na szczęście nie była to do końca prawda, ale coś w tym było z całą pewnością.

Monika? – Znajomy głos przyszedł z oddali. – Co ty odpierdalasz?

Otworzyła oczy. Stojący przed nią rasta Robert też wydał jej się piękny jak nigdy.

– A co? – zapytała idiotycznie i uśmiechnęła się kompletnie nieadekwatnie do sytuacji.

– Jajco! – Robert był zły, ale ona tego nie widziała. – Oddaj mi to. – Wyciągnął rękę.

Ona pokręciła głową. Nie wiedziała nawet wprawdzie, co mianowicie miałaby mu oddać, ale w stanie, w jakim była, nie miała zamiaru oddawać mu niczego, bo oddanie czegokolwiek mogło zburzyć tę niewyobrażalną harmonię, w której się znalazła.

Robert złapał ją za ramię, wyciągnął zza baraku i przeprowadził parę kroków w kierunku połamanej ławki, która prawdopodobnie stała tu, zanim jeszcze wynaleziono to, co przed chwilą paliła Monika. Usiedli. Robert chwilę jej się przyglądał. Mimo że blada i z podkrążonymi oczami, wciąż była diabelnie ładna. Kosmyki krótkich włosów opadały jej na czoło i przysłaniały delikatnie obrysowane brwiami oczy, w które można było wpatrywać się godzinami, i to nawet wtedy, gdy jej wzrok był błędny. Monika, choć wciąż skołowana, to zaczynała powoli kojarzyć to, za czym nie przepadała ostatnio przesadnie, czyli rzeczywistość. Robert, trochę ze zdenerwowania, a trochę z przyzwyczajenia, sięgnął po fajkę i też zapalił. Przy czym to, co palił on, było znacznie mniej szkodliwe, bo nie zabierało tak daleko od rzeczywistości. Monika wyciągnęła rękę, ale on nie podał jej fajki. Zamiast tego patrzył na nią mało przyjaźnie, w końcu zapytał:

– Od jak dawna?

– Co od jak dawna? – Monika była wciąż mocno skołowana. W innym wypadku nie zadawałaby tak głupich pytań.

– Od jak dawna palisz to gówno? – Robert wskazał na kieszeń, w której Monika kurczowo ściskała ciepłą jeszcze szklaną fajkę.

– Nie pamiętam. – Nie pamiętała, bo na razie w ogóle niewiele pamiętała.

– Koniec z tym – powiedział głosem nieznoszącym sprzeciwu, który nie zrobił na niej żadnego wrażenia. – Dostarczę ci dowolną ilość zielska, za darmo, tak długo jak będzie trzeba, ale z tym masz skończyć.

– Bo? – Popatrzyła na niego ze zdziwieniem. – Zgłosisz mnie na policję?

– Nie. Bo się zeszmacisz i będziesz cierpieć – powiedział prosto. – Nie pamiętasz?

– Pamiętam mało, jak wiesz. – Uśmiechnęła się, świat powoli przestawał być piękny, Robert w nim zresztą też.

– Nie graj ze mną w słówka. – Jego oczy, czerwone jak słońce o zachodzie, świdrowały ją na wylot. – Możesz nic nie pamiętać, ale to cierpienie pamiętasz doskonale.

– Teraz mam inne. – Nie wytrzymała jego spojrzenia.

– Nie użalaj się nad sobą. Przez dwa miesiące myślałaś, że zabiłaś ludzi, teraz już wiesz, że nikogo nie zabiłaś, więc chyba jest lepiej. – Robert nie dawał się zepchnąć w retorykę.

– Teraz wiem, że zabiłam swojego męża. – Uśmiechnęła się ze smutkiem.

– Który chciał zabić ciebie, a wcześniej cię wrobił i cholera wie, co jeszcze – nie odpuszczał Robert.

Przez chwilę milczeli, z baraku dochodziły odgłosy rytmicznych basów. Współczesna muzyka mogłaby się właściwie składać wyłącznie z tego, bo tylko to tworzy, rytm, a cała reszta i tak jest bez znaczenia, pomyślała Monika.

– No więc… Od kiedy? – Robert wrócił do pytania z początku rozmowy.

– Od miesiąca – skłamała Monika, bo tak naprawdę zaczęła zaraz po pogrzebie Piotra, a od niego upłynęło już coś koło trzech miesięcy.

– To jeszcze możesz wyjść z tego sama. – Robert sięgnął do kieszeni i wyciągnął z niej pokaźną torbę o bardzo intensywnym zapachu jakby igliwia, a jednak nie igliwia. – Masz, to ci pomoże. Jesteś za fajna, za inteligentna i, kurwa, za ładna, żeby się wykończyć.

– Jaki szarmancki młody człowiek – uśmiechnęła się Monika, po czym wzięła torbę bardziej po to, żeby skończyć już tę nużącą dla niej rozmowę, niż żeby naprawdę wykorzystać jej zawartość do wychodzenia z czegokolwiek.

Adam patrzył na Roberta i nie wierzył własnym oczom. Minutę wcześniej dyżurny zadzwonił do niego z dołu, żeby powiedzieć mu, że przyszedł do niego jakiś dziwny typ. Wójcik, jako że pracował w policji, widział w życiu bardzo wielu dziwnych typów, ale ta wizyta przerosła jego najśmielsze oczekiwania. Rasta Robert, człowiek wyjęty spod prawa, wiecznie upalony dealer gandzi, którego poznał kilka miesięcy wcześniej za pośrednictwem Moniki w dziwnych okolicznościach w hotelu Metalowców na Długiej, był ostatnią osobą, której spodziewałby się na dyżurce komendy stołecznej policji.

– Możemy pogadać? – Robert odciął sekwencję powitań i przeszedł od razu do rzeczy.

– A dzień dobry, co u ciebie i takie tam? – chłodno zażartował Adam.

– Nie mam czasu. – Robert wyglądał na człowieka, który rzeczywiście nie miał czasu, a Adam zastanawiał się, dlaczego zawsze najbardziej zalatani są ludzie, którzy tak naprawdę nie mają nic do roboty. – To znaczy, chuj, że ja nie mam, ale generalnie nie ma, nie ma czasu – dokończył trochę nerwowo Robert.

Ogólnie sytuacja nie była łatwa, a teren mało sprzyjający. Adam słusznie zdziwił się, widząc tu Roberta. Tak naprawdę ten nigdy w życiu by się tu nie zjawił, gdyby nie sprawa, z którą przyszedł.

– Wyrażaj się, na policji jesteś. – Adam zerknął w stronę dyżurnego za szybą, który całej sytuacji przyglądał się ze sporym zainteresowaniem.

– A co ty myślisz, że ja nie wiem, co tu jest, myślisz, że bym się tu pchał, gdybym nie musiał? – Robert zaczynał się nakręcać.

– Dobra, chodź, przestań się pultać. – Adam złapał go lekko za ramię i pchnął w stronę drzwi prowadzących na wyłożony kostką placyk.

Wyszli. Robert sięgnął po fifkę.

– Ty, proszę cię… – Adam szybkim ruchem przejął fifkę i razem z jego dłonią schował ją z powrotem do kieszeni kurtki Roberta. – O co chodzi?

– O Monikę. – Robert, który przed momentem był gotów wywalić bucha przed wejściem do najważniejszej warszawskiej komendy policji, teraz nagle ściszył głos nieomal do szeptu.

Adam popatrzył na kamery i ruszył wolnym krokiem w stronę ławeczek przed wejściem do kina Muranów.

Usiedli i zapalili. Wójcik papierosa, Robert zielsko.

– No więc? – zaczął Adam, który odniósł wrażenie, że po zapaleniu Robert zapomniał, dlaczego tu w ogóle siedzieli.

– Chuj, dupa i kamieni kupa – Robert nieco mętnie powrócił do porzuconego tematu.

– Nie filozuj, bo nie ma czasu. Co z Moniką? – Adam popatrzył na niego mniej przyjemnie.

– Monika wali. – Robert w końcu wyrzucił z siebie to, z czym przyszedł.

– Tak jak ty? – Adam spróbował zdezawuować informację.

– Nie, bo ja nie walę, tylko palę, tak jak ty, kurwa, a ona wali. – Robert wyraźnie się wnerwił.

– Co wali?

– Wali cracka! Dasz wiarę?! – Teraz Robert patrzył przenikliwie w oczy Adama.

– Skąd wiesz? – Adam nie dał wiary.

– Bo ją widziałem. – Robert lekko spuścił z tonu. – Przez przypadek. Byłem w klubie Soczi przy Kolejowej, czasem robię taki obchód po klubach, no i się wybrałem, to jest tam od Towarowej…

– Wiem, gdzie jest Soczi – przerwał Adam, bo Robert zaczynał rozwijać dłuższą frazę. – I co?

– No i wchodzę na teren, tam takie magazyny są, hale, wokół chaszcze, ławeczka i patrzę, i mi się wydaje… No i jak podszedłem, to nogi się pode mną ugięły. Ona tam sama ze szkłem i grzeje, ciągnie to gówno.

– Może hasz? – Adam spróbował wprowadzić alternatywę.

Robert nawet nie skomentował, popatrzył tylko na niego chwilę, w końcu Wójcik pokiwał głową. Przy czym jak przy czym, ale akurat przy odróżnianiu haszu od cracku Robert nie mógł się pomylić.

– Powiedziała, że od miesiąca – po chwili odezwał się rasta. – Nie wygląda jeszcze na za bardzo starganą, więc może nie kłamała, ale nawet miesiąc na tym to, bracie, słaba opcja jest.

– Wiem. – Adam nigdy nie miał akurat do czynienia z narkotykami, sam nie brał, bo tata nie odblokował mu po prostu nawet takiej opcji w głowie, a z wydziałem do spraw narkotyków też do tej pory nie było mu po drodze. Miał jednak kolegów, z których jeden od czterech lat już nie żył, a zabrało go nic innego, jak właśnie crack. – Czemu crack akurat?

– Bo jest najbardziej bajkowy i przy okazji najszybciej wykurwia cię na tamten świat – refleksyjnie zauważył Robert. – Nie jestem pewien, na czym jej bardziej zależy.

W drodze powrotnej do naczelnika Adam czuł się dziwnie. Nie był pewien, czy bardziej mu się to kojarzy ze skokiem na bungee bez liny przywiązanej do nóg, czy może z wejściem do reaktora atomowego, w którym przed chwilą stopił się rdzeń. Różnica była zasadnicza. W pierwszym przypadku śmierć następowała gwałtownie: albo ze strachu w trakcie samego lotu, albo tuż po jego bolesnym zakończeniu. W przypadku drugim najpierw było cholernie gorąco, a później umierało się wolno i w męczarniach. Kiedy Matecki zobaczył go w drzwiach od gabinetu, uśmiechnął się szeroko, a Adam pomyślał, że bardziej wygląda to na reaktor.

– Jednak się pan namyślił? – zapytał naczelnik, po czym znacząco nie wskazał fotela naprzeciwko siebie.

– W pewnym sensie – zaczął Adam, a przed sobą oczami wyobraźni zobaczył zbliżające się z ogromną prędkością betonowe podłoże. Czyli bungee, pomyślał.

– Co pan ma na myśli, panie aspirancie? – Naczelnik nadal się uśmiechał, a Adam po stokroć wolał, żeby już tego nie robił.

– Chciałbym, żeby przywrócił pan Brzozowską do pracy – zaczął.

– Coś jeszcze by pan chciał? – Uśmiech znikł z twarzy naczelnika, ale zastąpiło go coś jeszcze gorszego.

– W zamian przekażę panu nasze dotychczasowe ustalenia. – Wójcik wyciągnął swój jedyny atut, niestety naczelnik zareagował tak, jakby na stół rzucił parę blotek.

Przez chwilę milczeli, Matecki ważył coś w sobie, ale chyba nie była to para blotek wyjęta z rękawa przez Adama. Wójcikowi przyszło do głowy, że może chodzić bardziej o to, czego nie wyciągnął, i o to właśnie, żeby tego nie wyciągał. Perspektywa upublicznienia ustaleń i faktu zamieszania w sprawę wysoko postawionego oficera komendy stołecznej, inspektora Leopolda Stasiaka, prawdopodobnie była wciąż większym straszakiem, niż ujawnienie ustaleń byłoby zachętą.

– Niech pan ją przyprowadzi – rzucił nagle Matecki, jakby od niechcenia. – A tamtego panu i tak nie zapomnę. Odmeldować się.

Czyli jednak stopiony rdzeń, pomyślał Adam i wyszedł.

Monika siedziała na balkonie i paliła jednego papierosa za drugim. Tak naprawdę nic konkretnego jej nie dolegało, symptomy narkotykowej intoksykacji minęły kilka godzin temu, już nad ranem czuła się w miarę dobrze i udało jej się nawet w końcu zasnąć. Tak miała teraz właściwie codziennie. Rytuał wyglądał w ten sposób, że wstawała około południa, bo zasnąć udawało jej się najczęściej dopiero około piątej nad ranem. Przez dwie godziny snuła się po mieszkaniu, paląc papierosy i pijąc kolejne kawy. Nic jej nie dolegało, ale w głowie panował chaos wymieszany z wyrzutami sumienia jak groch z kapustą. Około czternastej robiła się w końcu głodna, ale nie miała ani siły, ani inwencji na to, żeby cokolwiek sama sobie przygotować. Nigdy zresztą nie była w tym przesadnie mocna, bo też nigdy tak naprawdę nie musiała budować domu, zarządzać gospodarstwem ani gotować. Mieszkanie od zawsze było dla niej raczej pokojem hotelowym niż domem, w którym budowały się relacje i panowała normalność. Nawet gdy żył jeszcze Piotr, czyli Borys, jadali przeważnie na mieście, potem przychodzili do niej jak do pokoju wynajmowanego na godziny. W obecnym trybie około czternastej wychodziła coś zjeść do jednej z knajpek w pobliżu, a co trzy dni jechała do mamy na Bielany. Miała bliżej, bo po śmierci Piotra znów pojawił się dobry powód, by się przeprowadzić, i mieszkała teraz przy alei Wojska Polskiego na Żoliborzu. Po jedzeniu bądź po powrocie od mamy zaczynała się szykować na wieczór, który co dzień stanowił kulminację wydarzeń. To znaczy: niestety nie chodziło o sam wieczór ani o żadne wydarzenia, chodziło tak naprawdę wyłącznie o ów krótki moment, który następował po wciągnięciu do płuc trujących oparów z palonych kokainowych śmieci, czyli z cracku. Tego jednak Monika nie wiedziała, ponieważ jej mózg tak sprytnie zdołał już zwieść sam siebie, że wydawało mu się, iż chodzi o atrakcyjność wieczoru: może o spotkanie interesujących ludzi, prowadzenie ożywczych dyskusji albo cokolwiek jeszcze innego, równie niedorzecznego w kontekście ławki za barakiem przy Kolejowej. Kiedy zadzwonił dzwonek domofonu, było wpół do pierwszej, czyli początkowa faza, w której trzeźwa już Monika próbowała osiągnąć stadium psychicznej równowagi, potrzebne jej choćby do tego, by znów móc wieczorem się z niej wyprowadzić.

– Halo? – odezwała się do słuchawki raczej pro forma, bo i tak, odkąd się tu wprowadziła, nic nie było w niej słychać. Następnie wcisnęła przycisk otwierania.

Potem, gdy już poszedł, zastanawiała się, czy gdyby usłyszała jego głos w słuchawce, w której nie było nic słychać, otworzyłaby wejście na klatkę. Nie udało jej się opowiedzieć sobie nawet na to stosunkowo proste pytanie.

– Cześć. – Wójcik, jak zawsze nienagannie ubrany i nienagannie opalony, stał przed nią i uśmiechał się.

– Cześć. Co jest? – zapytała zdecydowanie za szybko, nie poprzedziła tego nawet choćby udawaną próbą zdziwienia albo w ogóle czegokolwiek bądź.

– Ja jestem. – Już samo to zachowanie nawet w wydaniu Moniki, przeważnie nie nazbyt wylewnej, ale jednak spełniającej choćby ramowe wymogi savoir-vivre’u, wzbudziło w Adamie niepokój, który zdawał się potwierdzać to, w co tak bardzo nie chciał uwierzyć Robertowi. – Mogę wejść?

– Pewno. – Monika zreflektowała się trochę, co zaowocowało nawet uśmiechem, ale nadal w jej zachowaniu było całe mnóstwo nietypowego dla niej fałszu.

Weszli, Adam usiadł w salonie na sofie. Monika przyniosła kawę, choć nie zapytała go nawet, czy ma na nią ochotę.

– Co tam w fabryce, w życiu, opowiadaj. – Zapaliła papierosa.

– Dobrze, raczej dobrze. – Adam starał się jej nie przyglądać zbyt natarczywie, choć mocno go korciło. – Z Mateckim trochę problemy, ale poza tym git.

– A jak… – Przez moment Monika, która zorientowała się już, że jest na cenzurowanym, przeraziła się, że nie przypomni sobie teraz imienia chłopaka Adama, ale na szczęście w końcu się udało. – …Witek?

– Super – uśmiechnął się Adam. – Wprowadził się do mnie, latem planujemy wziąć ślub w Holandii.

– No co ty! – Monika po raz pierwszy, odkąd przyszedł, zachowała się spontanicznie. – To genialnie. Latem, czyli… – No właśnie, jaka teraz jest pora roku, jaki miesiąc, kiedy będzie lato, Monika kątem oka zerknęła w stronę balkonu. – Już niedługo? – Wolała nie ryzykować.

– Za cztery miesiące konkretnie. – Adam spojrzał na nią przenikliwie, bo jej wykręt nie umknął jego uwadze. – Lato zaczyna się za cztery miesiące, Monika.

Przez chwilę milczeli, ona zaczynała być wściekła. Z jednej strony nie do końca potrafiła zlokalizować źródło złości, z drugiej nie bardzo też próbowała. Była wściekła i już.

– Co za różnica, kiedy się zaczyna? – wypaliła po chwili na tyle długiej, że pytanie było już trochę odklejone od kontekstu.

– W sumie bez różnicy – skonstatował polubownie Adam, żeby przygotować grunt pod sprawę znacznie trudniejszą. – A co u ciebie?

– Dobrze, odpoczywam, czytam. – Monika wskazała głową na książkę leżącą na stoliku obok i od razu zdała sobie sprawę, że książka jest przykurzona, co w sposób oczywisty zdradza, że od dawna nie była czytana. Na szczęście Adam nie pociągnął spojrzeniem za jej wskazaniem, gdyż cały czas patrzył na nią. – Chodzę na spacery, do matki, na fitness. – Uśmiechnęła się trochę kokieteryjnie.

– Na fitness? – Adam powtórzył za nią jak echo. – Matecki chciałby, żebyś już wróciła – wypalił po chwili.

– Ale ja nie chcę wracać – odpowiedziała Monika tak szybko, jakby zawczasu miała tę odpowiedź przygotowaną. – Przynajmniej na razie – dodała po chwili dla rozluźnienia.

Adam pokiwał głową i zebrał się w sobie.

– Jak nie wrócisz, to się wykończysz. – Nie patrzył teraz na nią, wzrok podniósł dopiero na ostatnie zdanie. – Wiesz o tym?

– Czym się wykończę, odpoczywaniem? – Monika zaśmiała się krótko i nieszczerze.

– Tym też, ale przede wszystkim wykończysz się crackiem. – Adam przełknął ślinę. Było mu gorąco, czuł się zmęczony, a przede wszystkim bał się tego, co teraz nastąpi.

Nie nastąpiło nic. Monika zastanawiała się przez moment, czy podjąć próbę obrony przez atak, ale doszła do wniosku, że byłaby to strata czasu. W stanie, w którym się znajdowała, nie interesowało jej kompletnie to, czy wykończy się crackiem, czy też czymkolwiek innym. Z drugiej strony była na tyle inteligentna i na tyle niegdyś przyuczona do trudnej sztuki odkłamywania prawdy na własny temat, że wiedziała przynajmniej tyle, iż wdawanie się w wymianę zdań, której nie ma szans wygrać, pozbawi ją resztek psychicznego komfortu brania. A na takie ryzyko nie mogła sobie pozwolić.

– Nie chcę wracać – powiedziała tylko po długim namyśle, który trwał dwie i pół sekundy.

– Nikt cię nie zmusi, ale im dalej w las, tym bardziej potem będzie bolało. – Adam uśmiechnął się naprawdę przyjaźnie. – Zresztą, komu ja to mówię.

Kiedy wyszedł, Monika szybko zabrała się do jakichś przypadkowych domowych czynności, przede wszystkim odkurzyła książkę, żeby na przyszłość nie mieć już tak nerwowych sytuacji, potem umyła podłogę w kuchni i kibel w łazience, i włosy pod prysznicem, w końcu wstawiła pranie i się rozpłakała.

Z Wareckim spotykali się dwa razy w tygodniu nad Wisłą w pobliżu Centrum Olimpijskiego i Spójni. Miejsce, które jako propozycję poddał Adam, było idealne z tego względu, że kręciło się tu mnóstwo mężczyzn chcących wyglądać na przypadkowych, którzy tak naprawdę schodzili się tu w celu uprawiania między sobą przygodnego seksu w warunkach lekkiego psychicznego wzmożenia. Owo wzmożenie wynikało z faktu, że po pierwsze w każdej chwili ktoś mógł ich tu nakryć, a po drugie było tu całe mnóstwo dzikich zwierząt, a to dodawało sprawie dodatkowego kolorytu. „Przypadkowi” mężczyźni kręcili się w tę i z powrotem po leśnych ścieżkach i duktach. Część jeździła na rowerach, inni pokonywali chaszcze per pedes, a wszyscy byli bez względu na porę roku opaleni i bez względu na wiek dobrze zbudowani. W tych dwóch aspektach fizyczności panowie zresztą idealnie się uzupełniali, bo Adam był nienagannie opalony, a Warecki za to świetnie zbudowany. Pomiędzy spotkaniami nie kontaktowali się w żaden sposób. Kontakt odradził Warecki, który jako spec od inwigilacji wiedział doskonale, że właściwie nie istniała już bezpieczna forma łączności, bo wszystkie kanały potencjalnie mogły być zinfiltrowane.

Ich znajomość znacznie się zacieśniła po tym, jak kilka miesięcy wcześniej wspólnie zdemontowali sprawę podejrzeń skierowanych na Monikę. Adam uznał wtedy, że sytuacja jest bez wyjścia, i kierowany instynktem, zawiadomił Wareckiego o jej zniknięciu, a potem też o tym, że w sprawę, niestety po stronie złych mocy, wplątany był inspektor Stasiak. Wtedy to wspólnie odszukali Monikę i zjawili się w mieszkaniu na Hożej chwilę po tym, jak Brzozowska zabiła Piotra vel Borysa. Później prokurator przez moment zastanawiał się wprawdzie, czy jej czyn można zakwalifikować jako obronę konieczną, ale w końcu po zapoznaniu się z całością materiałów zdecydował, że tak. Inaczej niestety najwyraźniej zdecydowała Monika, która teraz postanowiła wymierzyć sobie karę dodatkową i zaczęła walić crack.

– Czyli co robimy? – zapytał Warecki, kiedy stanęli na niewielkiej piaszczystej skarpie nad brzegiem Wisły.

Gdzieś daleko w górze rzeki topił się cały uzbierany z mozołem przez przyrodę zimowy śnieg i stan wody był wyjątkowo wysoki jak na tę porę roku. Wisła bulgotała im tuż pod stopami.

– Przede wszystkim musimy… – Adam spojrzał na Wareckiego – w każdym razie ja muszę ją z tego jakoś wyciągnąć.

– Musisz? – Kapitan popatrzył na Adama z ciekawością.

– Chcę – odpowiedział tamten. – Powiedzmy, że wiele jej zawdzięczam, a poza tym to jest superbabka.

– Dobra, nie musisz mi się tłumaczyć. – Warecki spoglądał w prawo, tam, gdzie w oddali na płyciźnie widać było, jak rwący jest w tym momencie nurt rzeki. Wisła przypominała mu trochę Biały Dunajec, nad który chodził się kąpać w dzieciństwie. Na samo wspomnienie chłodu tamtej wody lekko się wzdrygnął. – Tylko jak zamierzasz to zrobić?

– Pojadę do Wacka – zaczął, a widząc, że Warecki nie bardzo wie, o kim mówi, wyjaśnił: – Do tego naszego świadka na Zacisze, którego odnalazła Monika. Pogadam z nim, o ile wiem, on też się kiedyś przeturlał przez narkotyki, ona go lubi, ufają sobie. Może on jakoś na nią wpłynie.

Monika wyszykowała się wprawdzie jak co wieczór, ale dziś nie czuła już tej samej beztroskiej ekscytacji, która towarzyszyła jej przez ostatnie tygodnie. Niestety stało się to, czego obawiała się najbardziej, i już sama wizyta Adama odebrała jej w jakimś przynajmniej stopniu komfort brania, czyli zabawy, czyli beztroskiej ulgi. Przez trzy miesiące z okładem, odkąd wróciła do niecnej praktyki, udawało jej się utrzymywać w stanie permanentnej pomroczności. Nie myślała o konsekwencjach, nie pamiętała przeszłości i tego, jak już kiedyś przed laty prawie zwariowała, gdy wychodziła z wieloletniej beztroski podobnej do tej obecnej. Stojąc przed lustrem i zamalowując coraz głębsze cienie pod oczami, za cholerę nie mogła sobie przypomnieć, jak to w ogóle było możliwe, że przez tych kilkadziesiąt ostatnich dni udawało jej się nie pamiętać, że będzie cierpieć, że to droga donikąd, która skończy się w najlepszym razie męczarnią odwyku. Może moment, kiedy zaczynała, smutek i wyrzuty sumienia po zabiciu Piotra, odesłanie jej na przymusowy urlop z policji – może cały ten łańcuch trudnych okoliczności wprowadził ją w stan takiego emocjonalnego pogubienia, że ucieczka w narkotyki wydawała się optymalnym wyjściem z sytuacji, stanowiła propozycję jedyną z możliwych. Tak, chodziło chyba o tę nieuchronność i o to, że po raz pierwszy od kilkunastu lat doprowadziła się do miejsca, w którym jej mózg zdołał w końcu znów sam sobie wmówić, że narkotyki stanowiły ostatnią deskę ratunku. Właściwie nadal tak uważała, tyle że teraz dotarło do niej to, o czym udawało jej się nie pamiętać do tej pory, czyli że deska nie była tak naprawdę deską, tylko stalową szyną, która ciągnęła ją w otchłań z prędkością większą niż wcześniej. Tak to własna głowa zdołała zastawić na Monikę tę najgorszą z możliwych pułapek. Sprawa była zatem zasadniczo prosta. Pomyłka została popełniona i teraz wystarczyło puścić stalową szynę i wrócić do punktu wyjścia, a właściwie – wejścia. Był tylko jeden szkopuł. Po trzech miesiącach trzymania się stalowej szyny puszczenie jej tak po prostu z rąk nie było już za bardzo możliwe.

– Ile? – Młodociany chudzielec patrzył na nią z uśmiechem.

– Dwie – odpowiedziała, nie patrząc na niego.

– Rozsądek jednak zwyciężył? – spytał zaskoczony.

– Muszę ograniczać – odpowiedziała krótko i wyciągnęła dłoń z banknotami wplecionymi pomiędzy palce.

– Tego się nie da ograniczyć. – Młody sięgnął do kieszeni.

– Wiem.

Mężczyźni jej nie interesowali. W tej sprawie było wyjątkowo dziwnie. Nie chodziła wprawdzie w czerni, ale odkąd jesienią pochowała Piotra, czuła się pogrążona w żałobie. Wciąż tylko nie mogła do końca ustalić sama ze sobą, po kim mianowicie nosiła tę żałobę. Czy po Piotrze, z którym spędziła wcześniej rok życia i którego zabiła nożyczkami do paznokci, czy może po swoim mężu Borysie, którego nie pamiętała, czy wreszcie po nich obu naraz, skoro byli przecież jedną osobą. Sprawa nie była prosta, właściwie okazywała się tak zagmatwana, że prawdopodobnie wszelkie nadzieje na jej rozwiązanie kiedykolwiek stawały się płonne, ale nie zmieniało to faktu, że mężczyźni jej nie interesowali, gdyż była w żałobie.

– Może byśmy wyszli na chwilę? – zaczepił ją nagle wysoki facet, który nie wiedzieć skąd zapodział się tu w eleganckim obcisłym korpogarniturze typu włoskiego.

Monika wybudziła się z transu i nagle zdała sobie sprawę, że tańczy, choć nie wie nawet od jak dawna.

– Po co? – Spojrzała na niego.

– Czy ja wiem? – Uśmiechnął się, wyraźnie zaskoczony pytaniem. – Przewietrzyć się?

– Możemy – powiedziała, przerywając tym samym w końcu taneczny trans.

Podeszli do baru. Efekt zaczadzenia crackiem wypalonym w chaszczach za budynkiem powoli mijał. W takich momentach zawsze dla ratowania się przed zbyt silnym zderzeniem z rzeczywistością aplikowała sobie kilka drinków. Facet upierał się, żeby zapłacić. Ona się nie zgodziła.

Na zewnątrz świtało. Mężczyzna wydał jej się atrakcyjny, ponieważ nic nie mówił. Po godzinie byli u niej w mieszkaniu, po półtorej było po wszystkim. To, co się stało, dało jej sporo przyjemności, ale nie przyniosło żadnej ulgi.

– Czym się zajmujesz? – zapytał, kiedy siedzieli już przy kuchennym stole, a ona robiła kawę.

– Jestem na zwolnieniu – odpowiedziała zdawkowo.

– Na zwolnieniu z… – Mężczyzna był ciekaw, ale jakby pro forma.

– Jak masz na imię? – Monika uciekła w zupełnie inną stronę, sugerując przy okazji, że wiedzieli o sobie zdecydowanie zbyt mało, i to nawet o tych najbardziej elementarnych rzeczach, żeby pytać o rzeczy mniej oczywiste. Nie przeszli przez A, więc mówienie o D nie miało sensu.

– Marek – odpowiedział z uśmiechem. – A ty?

– Ewa – skłamała Monika, bo przyszło jej do głowy, że skłamał także Marek. – Pracuję w agencji reklamowej.

– W której? – ucieszył się Marek.

– A ty gdzie pracujesz? – odpowiedziała pytaniem na pytanie, przy okazji narzuciła reguły gry w tej rozmowie.

– Ja… na giełdzie. – Marek uśmiechem potwierdził, że przyjmuje zasady wyznaczone przez Monikę. Ta gra, do czego komisarz była przekonana coraz bardziej, okazywała się raczej rodzajem pantomimy. – Nie na warzywnej – dodał po chwili.

– Makler? – dopytała.

Nie była już teraz przesadnie ciekawa, co odpowie domniemany Marek, bardziej interesowało ją, dlaczego, albo raczej po co, kłamie. Czy robi to podobnie jak ona, czyli na wszelki wypadek, bo po co ujawniać swoje dane osobowe i zajęcie komuś, z kim jednorazowo poszło się do łóżka, czy może chodzi o coś bardziej złożonego.

– Makler. – Marek pokiwał głową i wypił pierwszy łyk kawy. – Pracuję w domu maklerskim Pekao – dodał po chwili i zaskakująco poszerzył zakres informacji.

– Ja pracuję, a właściwie pracowałam, bo chyba już im się znudziłam, w takiej lokalnej małej agencji, Mediapol się nazywa. – Monika podała nazwę agencji, której szefem był Piotr. Na szybko niestety tylko tyle była w stanie wymyślić, ale po chwili zrobiło jej się głupio. W pewnym sensie użyła Piotra w rozmowie z facetem, z którym go zdradziła. Miała takie poczucie, pomimo że Piotr nie żył. Może poczucie wynikało z tego, że to ona go zabiła.

– Czemu bierzesz? – zapytał nagle Marek, który nie wiadomo jak miał na imię.

– Co to za pytanie w ogóle? – Monika wstała od stolika, udając wzburzenie. – Skąd ci przyszło do głowy, że biorę?

– Bo sam biorę. – Marek uśmiechnął się delikatnie, a Monika pomyślała, że coś jest w tym facecie, i to nawet mimo że na pewno nie jest tym, za kogo się podaje. A może właśnie dlatego.

– To sam sobie odpowiedz. – Monika się nie uśmiechała. – No dobra, chyba musisz lecieć, robić te swoje nieistniejące pieniądze.

– Nie muszę, ale aluzju poniał. – Marek miał na tyle dużo lat, że chował się jeszcze w świecie pełnym radzieckich elementów.

No właśnie, ile ten facet może mieć lat, czterdzieści pięć, może siedem, pomyślała Monika. Mogła zapytać, ale nie miała ochoty, bo to uruchomiłoby lawinę dalszych zacieśnień, a ona nie chciała się zacieśniać, bo chciała już tylko iść spać.

Kiedy Adam podjechał pod dom Wacka, było już dobrze po dziesiątej wieczorem. Wcześniej miał sporo roboty w firmie, potem był jeszcze ze swoją nową największą miłością w życiu, czyli z Witkiem, w kinie. Kino mogło się właściwie nie odbyć, bo i tak wciąż myślał o Monice i o tym, że musi coś zrobić, żeby wyszarpnąć ją ze szponów nałogu, ale po pierwsze, był Witek, którego za nic nie należało zaniedbywać, a po drugie, miał wrażenie, że w ciągu dnia nie do końca był sam. Ktoś, a może wielu ktosiów, towarzyszył mu do późnych godzin popołudniowych. Był policjantem, więc czuł ich obecność przez skórę, choć na razie nikogo konkretnie nie przyuważył. Tak było od jakiegoś czasu, mówił o tym na razie tylko Wareckiemu, bo tylko jemu ufał. Z reguły pod wieczór natężenie tego odczucia malało, prawdopodobnie śledzący go odpuszczali, może działali w systemie zmianowym, może na razie miał tylko ogon na pół etatu, może wieczorem tamci nie spodziewali się już z jego strony żadnych nieprzewidzianych ruchów.

Dobrze jest mieć instynkt i dar obserwacji, bo dzięki temu aspirant stał teraz przed furtką i nikt mu się już nie przyglądał.

W oknach paliło się światło, ale drzwi otworzyły się dopiero po trzecim dzwonku, może zresztą przycisk przy furtce nie kontaktował. Po minucie stał przed nim chłopak piękny jak Adonis, a Adam pomyślał, że gdyby nie Witek, to zrobiłby wiele, żeby się z nim bliżej zaprzyjaźnić.

– O co chodzi? – odezwał się mało ufnie i mało sympatycznie Adonis, więc wyglądało na to, że Adam nie miał u niego i tak przesadnych szans.

– Nazywam się Adam Wójcik, jestem współpracownikiem Moniki Brzozowskiej z komendy stołecznej – mówił, a wyraz twarzy tamtego kompletnie się nie zmieniał, więc w końcu wyciągnął swoją legitymację służbową. – Aspirant Adam Wójcik. Mogę wejść?

Adonis nie odpowiedział, ale otworzył furtkę i ruszył w stronę wejścia do domu.

– Czy jest Wacek? – zapytał Adam, kiedy już stali w obszernym salonie, obwieszonym czarno-białymi zdjęciami chłopaków prawie tak przystojnych jak jego rozmówca.

– Nie ma, zresztą powinien pan chyba wiedzieć. – Tamten ruszył w stronę barku stojącego na środku pokoju.

Teraz Wójcik się zorientował, że oczy Adonisa były delikatnie przekrwione, a chód nie do końca stabilny.

– Wiedzieć co? – zapytał.

– Wiedzieć, że nie ma, bo zgłosiłem jego zniknięcie. – Narzeczony Wacka nalał sobie dość dużo i zerknął pytająco na Adama.

Wójcik, choć kusiło go ogromnie, żeby wypić kilka drinków z tym mężczyzną, pokręcił głową odmownie. Poczucie obowiązku i wierność zasadom znów przeważyły w nim pokusę.

– Kiedy? – zapytał i odruchowo rozejrzał się po wnętrzu.

Przyczyna zaginięcia osób, wedle statystyk, w sześćdziesięciu procentach była związana z osobami zgłaszającymi.

– Dwa dni temu – odpowiedział piękny i pociągnął ze szklanki tak dużego łyka, że aż lekko siorbnął, co definitywnie odebrało Adamowi chęć do flirtu.

– Gdzie pan zgłosił? – Adam przestał rozglądać się po wnętrzu i patrzył teraz prosto w oczy mężczyzny.

– Na komendę na Targówek, na Chodecką czy Chotecką, a co? – Chłopak chyba poczuł, że Adam próbuje być podejrzliwy, i wyraźnie go to wnerwiło. – Myśli pan, że go stuknąłem i zakopałem w ogródku?

– Nic nie myślę. – Wójcik nie dawał się sprowokować. – Sprawdzę tę Chodecką, może jeszcze nie ruszyli z poszukiwaniami, mają siedemdziesiąt dwie godziny przy osobie dorosłej.

Przez chwilę stali i żaden nie miał pomysłu na to, co ma się wydarzyć dalej.

– W jakich okolicznościach zniknął? – zapytał Adam, który jako policjant miał w zanadrzu sekwencję pytań nieomal automatycznych.

– Nie wrócił z pracy, dwa dni temu – zaczął tamten, jego oczy stawały się tymczasem coraz bardziej czerwone, a mowa powoli się rozluźniała. Adam nie był pewien, czy dlatego, że mężczyzna zaczynał mu ufać, czy może raczej dlatego, że robił się coraz bardziej wlany. – Najpierw dzwoniłem na komórkę, potem pojechałem do kliniki…

– Do kliniki? – wtrącił się Adam.

– Wacek prowadzi klinikę dla zwierząt, jest weterynarzem, Brzozowska nie mówiła? – zdziwił się przystojny.

– Nie pytałem. – Adam pokręcił głową. – Co było dalej?

– Dalej? – Mężczyzna nagle się rozkleił. – Dalej nic nie było, nie ma go tam, nie odbiera, jego matka nic nie wie, po prostu zniknął, a za chwilę zniknę ja.

– Czemu? – zdziwił się Wójcik.

– Bo jestem zależny. – Mężczyzna spojrzał na Adama z wyrzutem, jakby nie rozumiał, dlaczego ma tak mało empatii albo może brak mu zwykłej rezolutności. – Bo nic nie zarabiam, nic nie mam, nie mamy zalegalizowanego związku, więc zaraz będę musiał stąd iść, i co dalej? Z powrotem na dworzec?

Mężczyzna zaczął płakać.

– Na dworzec już na pewno nie… – Adam zbliżył się i otoczył go ramieniem. Wreszcie chociaż w ten sposób mógł dać upust swemu uwielbieniu dla piękna.

Na komendzie przy Chodeckiej, zgodnie z przewidywaniami Adama, nie rozpoczęto jeszcze nawet procedury poszukiwań osoby zaginionej. Taka procedura sprowadzała się zresztą głównie do tego, że osoba zgłoszona była wrzucana na tak zwany bęben, czyli do systemu informatycznego dostępnego dla każdego policjanta w każdym dowolnym miejscu w kraju. Później, po kilku dniach, personalia z automatu trafiały jeszcze do Krajowego Systemu Informacji Policji. Więcej z reguły komenda, do której zgłoszono zaginięcie, nie robiła, chyba że sprawa dotyczyła zaginięcia dziecka: wtedy procedury były znacznie ostrzejsze i bardziej wymagające. Wacek jednak dzieckiem od dość dawna już nie był. Wójcik, nauczony przypadkiem Moniki, która w swoim czasie wykorzystała do poszukiwania swojego własnego telefonu nakaz prokuratorski i źle się to dla niej później skończyło, zrobił inaczej. Od razu poszedł drogą nieformalną i o pomoc poprosił zakochaną w nim wciąż i niezmiennie Elwirę pracującą w sieci Orange. Telefon Wacka nie był wprawdzie zarejestrowany w tej sieci, ale to na szczęście Elwirze nie utrudniało za wiele, ponieważ operatorzy często współpracowali i pomagali sobie, świadcząc wzajemnie takie nieoficjalne usługi.

Telefon Wacka w momencie kiedy namierzała go Elwira, już nie działał, co nie było najlepszym zwiastunem, ale o niczym jeszcze nie przesądzało. Przykładowo: mogło być tak, że Wacek, uzależniony od heroiny, wrócił do zabójczego nałogu i wpadł w ciąg, a wtedy prawdopodobnie ładowanie telefonu przestałoby z automatu należeć do jego priorytetów. Gorzej, że ostatnie logowanie telefonu umiejscowiono w okolicach Jeziorka Czerniakowskiego, i to na jego północnym krańcu, czyli w rejonie, gdzie nie było żadnych zabudowań. Najgorsze jednak okazało się to, że telefon nad brzegiem jeziorka po raz ostatni zalogował się do BTS-ów o godzinie drugiej nad ranem.

Chyba nie zrobimy tego po cichu? – Adam zaczął rozmowę z Wareckim zaraz po tym, jak ten pojawił się w pubie Tola na Polu Mokotowskim.

Pub Tola był miejscem, gdzie zawsze, a w każdym razie – przeważnie, Adam widywał się z Moniką na spotkaniach nie do końca oficjalnych, gdy była ona jeszcze aktywna zawodowo i życiowo. Dlatego w sytuacji awaryjnej panowie, zgodnie ze scenariuszem uzgodnionym wcześniej, spotkali się wyjątkowo nie nad Wisłą, ale właśnie tutaj.

– Potrzebujemy nurków. Nawet gdy weźmiemy z jakiegoś klubu, to i tak jeśli coś znajdą, będzie trzeba zgłosić, a wtedy wyjdzie, że bez powiadamiania szukaliśmy zwłok – dokończył Wójcik.

– Pytanie, czy zawiadamiamy twoich, czy moich? – zastanowił się kapitan Warecki.

– Jeden pies, i tak jak dowiedzą się jedni, to zaraz będą wiedzieli drudzy. – Adam wzruszył ramionami i przywołał kelnerkę chodzącą wśród stolików.

– Tak będzie, ale… można coś ugrać, rozegrać, czy ja wiem. – Kapitan wypił łyk zamówionego wcześniej piwa.

– W takim razie dam to szefowi, może w ten sposób przynajmniej nie stracę roboty do końca miesiąca – uśmiechnął się Wójcik.

– Widzisz, wszystko można jakoś rozegrać. – Warecki chciał coś jeszcze dodać, ale pojawiła się kelnerka.

Pół godziny później Adam pojechał prosto z pubu do fabryki, gdzie od razu po przybyciu, z pominięciem drogi formalnej, wtargnął do gabinetu Mateckiego. Oczywiście pominięcie procedur nie mogło oznaczać pominięcia sekretarki pani Eli, której zameldował, że sprawa jest najwyższej wagi, i poprosił ją grzecznie o wprowadzenie do Mateckiego, pomimo że był on zajęty przygotowaniami do narady z innymi komendantami z województwa.

– Myślę, że to, co chcę powiedzieć, jest na tyle ważne, że wzbogaci też naradę, do której pan się szykuje – zaczął Wójcik, po tym jak Matecki pomimo protekcji i wsparcia pani Eli poprosił go w prostych żołnierskich słowach o natychmiastowe opuszczenie gabinetu.

– Czyli? – Matecki zawibrował głosem w najniższej dlań osiągalnej tonacji. Jako że nie był zbyt wysoki ani przesadnie dobrze zbudowany, niski głos stanowił tak naprawdę jedyne właściwie uzewnętrznienie jego autorytetu.

– Czyli zniknął najważniejszy świadek w sprawie pedofilskiej, którą odkryła Brzozowska. – Adam wyrecytował jednym tchem, jednocześnie starając się swój głos delikatnie podnieść, żeby pozostać w odpowiednim głosowym stosunku służbowym. Szczęśliwie Bozia nie wyposażyła go w bas, z urodzenia czy raczej z mutacji był tenorem, ale teraz spróbował wspiąć się jeszcze odrobinę wyżej.

– Jak zniknął? – zainteresował się Matecki.

– Po prostu jego chłopak, to znaczy partner… – Adam przypomniał sobie, że Matecki mentalnie był zakorzeniony głęboko w czasach, gdy mężczyźni nie mieli chłopaków – …zgłosił dwa dni temu do miejskiej na Chodeckiej zaginięcie: Wacław Stelmaszyk nie wrócił z pracy.

– No i co z tego? Może go rzucił – przytomnie zauważył inspektor.

– Może i rzucił, ale nie rzuciłby własnego domu, dobytku, matki i firmy. Od tamtej pory nie pojawił się nigdzie i nikt z nim nie miał kontaktu. – Adam wiedział oczywiście znacznie więcej, choćby to, że komórka Stelmaszyka pojawiała się po raz ostatni w nocy nad jeziorkiem, ale tego Mateckiemu ujawnić nie mógł, bo te informacje pochodziły z nielegalnego źródła.

– Sprawdźcie po logowaniach telefonu. Wypisz raport i zapotrzebowanie, ja ci podbiję, potem się zawiezie do sędziego – rozsądnie zaproponował Matecki. – Ale rewelacji mi tu żadnej nie przyniosłeś na wzbogacenie narady.

– Ale narada jest dopiero jutro – uśmiechnął się nieco tajemniczo Adam.

– Znowu wiesz coś, czego mi nie mówisz. Ja nie mogę z wami pracować. To jest jakiś tajny klub, kurwa, jakaś sekta, a nie komenda stołeczna. Tu wszyscy coś wiedzą, coś knują, chodzą pod ścianami, co to za załoga jest? – Matecki, który komendantem stołecznym był od niedawna, rzeczywiście nie cieszył się, przynajmniej na razie, wśród kolegów Adama przesadnym zaufaniem, więc wrażenie, które odnosił i które teraz z wściekłością mu referował, było prawdopodobnie uzasadnione.

– Czy mogę się odmeldować? – zapytał Adam dopiero kilka sekund po tym, jak szef, czerwony na twarzy, lekko się uspokoił.

– Spierdalaj. – Inspektor Remigiusz Matecki żegnał się w ten sposób z wszystkimi podwładnymi, oprócz oczywiście pani Eli, która w tym momencie stanęła właśnie w drzwiach.

– Panie komendancie – powiedziała z wyrzutem – jak tak można?

– Oczywiście, pani Elu, nie można, przepraszam, ale nerwy tu mam straszne – usprawiedliwił się Matecki, a Adam zauważył przy okazji, że do pani Eli nie zwracał się też wcale basem.

Po chwili komendant raz jeszcze zerknął na Adama, a jego wzrok mówił dokładnie to samo, co przed chwilą, i to basem.

W czasie gdy Adam biegał po korytarzach i zbierał podpisy, żeby sieć komórkowa oficjalnie potwierdziła to, co już i tak wiedzieli od Elwiry, kapitan Warecki dojeżdżał właśnie pod adres w podwarszawskiej Wildze. To tutaj mieszkał drugi z trójki świadków, których Monice udało się zwerbować za pośrednictwem Wacka. W jego przypadku sprawa była jednak nieco bardziej skomplikowana niż ze Stelmaszykiem, bo oprócz adresu nie mieli do niego żadnego kontaktu. Wiedzieli jedynie, że ma na imię Józek i że mieszka w Wildze przy skręcie do Rodzinnego Parku Rozrywki „Wodna Kraina”. Namiar był trochę mało precyzyjny, na szczęście Warecki miał ze sobą zdjęcie Józka, które Monika zrobiła, gdy była w Wildze przed dwoma miesiącami, czyli zanim Matecki wysłał ją na przymusowy urlop.

Monika obudziła się dziesięć po drugiej po południu, bo po nocy z przygodnym Markiem potrzebowała trochę więcej odpoczynku. Do komputera nie usiadła od razu. Najpierw wzięła prysznic, podczas którego przyglądała się swojej figurze trochę bardziej niż zwykle. Doszła do wniosku, że może nie była już tak jędrna jak dwadzieścia lat wcześniej, ale za to udało jej się ostatnio uzyskać absolutne optimum, jeśli chodzi o proporcje wszystkiego do wszystkiego, a jej skóra wciąż była świeża i spragniona dotyku. Nie zajrzała do komputera także w trakcie śniadania, ale myśl o tym, żeby to zrobić, cały czas kręciła jej się gdzieś z tyłu głowy. „Marek Araszkiewicz Bank Pekao” – gdy te cztery słowa wpisywała w okienko wyszukiwarki, była przekonana, że albo nie dostanie żadnego rezultatu, albo co najwyżej coś, co nijak nie będzie łączyło tego człowieka z tą instytucją. Jakież było jej zaskoczenie, gdy okazało się, że jest jednak inaczej. Marek Araszkiewicz, podpisany i ze zdjęciem, widniał przed nią jako żywo na stronie domu maklerskiego Pekao, wraz z adresem poczty elektronicznej i numerem telefonu kontaktowego.

– To mnie pan zaskoczył, panie Marku. – Monika uśmiechnęła się do siebie, popijając suchą już nieco, bo wczorajszą, kajzerkę łykiem rozpuszczalnej kawy, po czym popadła w zamyślenie.

Jaki to wszystko ma sens właściwie? Dlaczego tak bardzo przestała się interesować całą tą sprawą? Odsunęli ją, to fakt, ale wcześniej nie dość, że ją odsunęli, to do tego jeszcze ją ścigali, a ona miała siłę i chęć ciągnąć sprawę, żeby dojść do prawdy. No właśnie, „prawda” – może to o nią chodziło w tym wszystkim? Wcześniej chciała dojść do prawdy na temat tego, czy sama zabija, czy ktoś ją wrabia, a jeśli tak, to dlaczego. Doszła. Okazało się, że zabijał jej narzeczony, który na domiar złego kiedyś, pod innym wprawdzie imieniem, był nawet jej mężem, czego ona nie pamiętała. Mąż zabijał, narzeczony ją wrobił, zabiła ich obu w jednej osobie, prawda została odkryta i od razu w tej samej niemal chwili zlikwidowana. Co więcej mogło ją zainteresować po czymś takim? Kto wynajmował narzeczonego, kto wykorzystywał go jako cyngla, dlaczego tak długo on sam pozostawał na usługach tego kogoś, skoro z drugiej strony próbował ją chronić? Wszystko to ciekawe, ale nie dość motywujące, żeby podnieść się po tym, co przeżyła. Poza tym sprawa zdawała się już teraz toczyć właściwym torem. Może wprawdzie nadal różne osoby w policji i pewno też wyżej próbowały coś tuszować, ale – o czym była przekonana w stu procentach – Wójcik i Warecki, który okazał się nawet dosyć przyzwoitym gościem, na pewno wyjaśnią sprawę i posadzą za kraty winnych. Oskarżenie miało bardzo silne podstawy w postaci zeznań świadków, a nade wszystko nikt już nie był zagrożony śmiercią. Tak, to też było ważne. Monika lubiła funkcjonować w sytuacjach zagrożeń, miała taki swoisty syndrom pola walki, który wyniosła jeszcze prawdopodobnie z czasów, gdy każdy dzień na narkotykowym bajzlu mógł być jej życia dniem ostatnim. Papierki, zbieranie dowodów, zeznań, mozolne składanie puzzli: nie, to wszystko nie było dla niej.

Warecki pokazywał zdjęcia świadka tak długo, aż ustalił w końcu, gdzie dokładnie mieszkał, a nawet i to, że nazywał się Józef Waluś. Niestety – na miejscu okazało się, że Józek, syn obecnego gospodarza, wyjechał do pracy do Niemiec i odwiedzał dom rodzinny dwa, góra trzy razy do roku. Ojciec, trochę niechętnie, ale w końcu przekazał numer do syna. Kiedy Warecki zadzwonił, po drugiej stronie zgłosiła się niemiecka sekretarka automatyczna. Nagrał się więc, i to nawet dwukrotnie: poprosił o kontakt pod numerem, który podał. Jednak do wieczora nikt nie oddzwonił.

Kiedy Warecki szukał Józka, Adam w kilka godzin zorganizował nakaz sądowy na numer Wacława. Prześledzenie logowań trwało moment i dało oczywiście te same wyniki, które znali już wcześniej. Tym razem jednak Wójcik mógł je już przedłożyć Mateckiemu. Prewencja z psami i nurkowie dojechali nad Jeziorko Czerniakowskie kolejnego ranka. Poszukiwania trwały osiem godzin. Najpierw znaleziono but, który jako należący do Wacława rozpoznał jego narzeczony, piękny Adonis, ściągnięty na miejsce specjalnie przez Adama. Później w kępie drzew po zachodniej stronie akwenu psy natrafiły na ślady krwi, i to w dużej ilości. W końcu pod wieczór nurkowie przeczesujący dno odnaleźli ciało. Po wydobyciu go na brzeg było widać już na pierwszy rzut oka, że oprócz śladów kilkunastu ciosów zadanych nożem lub innym długim i ostrym narzędziem na ciele było też mnóstwo krwawych wybroczyn, przypaleń papierosami i innych ran świadczących o tym, że ofiara przed zamordowaniem była najprawdopodobniej także torturowana. Po zakończeniu wstępnych oględzin zwłok Adam przysiadł na brzegu jeziora. Czuł się okropnie, bo wydawało mu się, że w jakimś sensie był odpowiedzialny za śmierć tego człowieka. Nie on wprawdzie bezpośrednio nakłonił go do tego, by złożył zeznania, ale wiedział o tym, kontaktował się z Wackiem wielokrotnie, przywoził go na komendę, spotykał się w różnych miejscach, słowem: uczestniczył w procesie pozyskiwania od niego zeznań, których – nawiasem mówiąc – „na papier”, czyli oficjalnie, uzyskać się nie udało. Umówieni byli, na prośbę Wacka, który być może miał już jakieś złe przeczucia, że spotkają się raz jeszcze u niego w domu i Adam nagra przynajmniej jego zeznania na dyktafon. Kiedy zjawił się u niego tamtego wieczora, oprócz rozmowy o problemach z Moniką chciał też właśnie mieć to nagranie. Niestety już go nie zastał. Wyrzuty sumienia? Podobno w miarę upływu lat kolegom śledczym wyrzuty sumienia już aż tak nie doskwierają. Być może instynkt samozachowawczy w ten sposób ratuje ich przed obłędem. Adam patrzył w wodę pod stopami, na swoje odbicie, myślał o człowieku, którego pokiereszowane ciało leżało kilka metrów za jego plecami. W końcu wstał, wyciągnął z kieszeni telefon, podszedł do ciała i ku zaskoczeniu kryminalistyka i fotografa pracujących już na miejscu zrobił telefonem kilka zdjęć. Potem odszedł kawałek, zdjęcia wysłał pod znany sobie numer, a następnie wyrzucił je z telefonu i ruszył w stronę samochodu, w którym czekał już na niego Warecki.

Monika słyszała dźwięk przychodzącego SMS-a, ale nie odebrała go od razu, bo w świecie, w którym się znajdowała, SMS-y nie miały prawa bytu. Patrzyła teraz w czerń nieboskłonu rozświetloną lampami miasta i bardzo jej się to podobało. Makler giełdowy Marek miał przyjść za godzinę albo za pół, albo… to też nie miało w tej chwili żadnego znaczenia. Po dziesięciu minutach, kiedy niebo przestało być taką rewelacją, to znaczy nadal nie było złe, ale już bez porównania, Monika wyjęła w końcu aparat z kieszeni. Przede wszystkim chciała sprawdzić, która jest godzina, jak długo jej nie było i za ile przyjdzie Marek. Przy okazji zobaczyła powiadomienia o SMS-ach i przypomniała sobie, jak wcześniej brzdąkały tym przemiłym, niebiańskim wręcz dźwiękiem. Komisarz pomyślała nawet wtedy o trąbach jerychońskich, choć za nic nie mogła sobie przypomnieć, o co z nimi chodziło. Otworzyła najpierw jednego SMS-a, który okazał się MMS-em, potem kolejne cztery. Na ostatni patrzyła dłużej, a potem przypomniała sobie, co to były trąby jerychońskie, i zaczęła wymiotować.

Zwłoki Wacka jeszcze tego samego dnia trafiły na stół w zakładzie medycyny sądowej na Oczki. O ile do tej pory ciągnięcie sprawy nie było nikomu na rękę, o tyle teraz, w momencie gdy główny świadek zginął, i to w okolicznościach niepozostawiających wątpliwości co do udziału osób trzecich, dalsze próby zamiatania sprawy pod dywan oznaczałyby prawdopodobnie szereg szybkich dymisji wśród znaczących policjantów, w tym zwolnienie samego Mateckiego. Inspektor może nie był najlepszym policjantem, ale odznaczał się genialną zdolnością wyczuwania wszelkich fluktuacji, a najczęściej udawało mu się je wyczuwać wcześniej niż innym. Na tym polegał tak naprawdę jego geniusz. Fakt, że wcześniej nie naciskał w sprawie śledztwa przeciw grupie pedofilskiej, że nie powołał specjalnej grupy i nie zmusił swoich podwładnych do działania, nie wynikał z tego, że sam miał w tym jakiś interes. Chodziło raczej o coś innego: inspektor Matecki wyczuwał, że mają w tym swój interes ludzie, od których zależała jego przyszłość. Tak naprawdę nie potrafiłby ich wskazać nawet z nazwiska, bo to, iż komendant główny nie naciskał, też przecież wcale nie oznaczało, że miał w tym interes osobisty. Jego sytuacja mogła być analogiczna do sytuacji Mateckiego, tyle że podniesiona o jedno oczko wyżej na drabinie zawodowej hierarchii, po której z mozołem pięli się obaj. Po znalezieniu zmasakrowanych zwłok Wacława Stelmaszyka w Jeziorze Czerniakowskim do sprawy włączyły się niestety media, a kiedy tak się działo, interesy grup zmieniały się diametralnie. Teraz przede wszystkim trzeba było się wykazać dynamizmem i inicjatywą. Policja musiała działać ze zdwojoną mocą. Efektem tej mocy było jak na razie to, że Adam, Warecki i jeszcze kilku funkcjonariuszy z wydziału zabójstw i terroru kryminalnego stali teraz wokół kamiennego stołu, na którym leżało ciało nieprzypominające w najmniejszym stopniu człowieka, do którego należało jeszcze kilkadziesiąt godzin wcześniej.

– Przypuszczalny czas zgonu: od dwudziestu do dwudziestu pięciu godzin temu. – Doktor Walińska rozglądała się po zebranych, zdziwiona tym, że nie widzi wśród nich komisarz Brzozowskiej. – A gdzie Monika?

– Na przymusowym urlopie – odpowiedział Adam.

– Po co mam wam to opowiadać, jak i tak potem będę musiała to opowiedzieć jej? – Popiół z papierosa tkwiącego w kąciku jej ust oderwał się i spadł, omijając o centymetry kamienny blat, na którym leżał najważniejszy i jedyny jak do tej pory dowód w sprawie zabójstwa Wacława, czyli jego własne ciało.

– Ona nie chce prowadzić tej sprawy, zajęta jest swoim odlotem – odezwał się podkomisarz Laskowski, na oko czterdziestoletni policjant z wąsem, stojący przy ścianie i oglądający eksponaty w pordzewiałej szklanej szafce.

– Co ty pierdolisz? – buńczucznie odpowiedział mu pytaniem Adam.

Mężczyzna odepchnął się od szafki i podszedł blisko do Adama, którego przewyższał wzrostem o półtorej głowy, a masą o jeszcze więcej.

– Mam swoje źródła, gówniarzu. – Mężczyzna stał na tyle blisko, że Adam czuł przetrawiony alkohol w jego oddechu.

W tym momencie od drugiej strony stołu podszedł do nich Warecki. On nie był już o półtorej głowy niższy od tamtego, choć masą ciała nie mógł się z nim równać. Kapitan położył dłoń w przyjaznym geście na ramieniu podkomisarza.

– Przestań, Janusz. – Uśmiechnął się.

– Nie nazywam się Janusz, synku. – Duży spróbował strząsnąć rękę Wareckiego ze swojego ramienia, ale nie mógł.

– Nie? A wyglądasz. – Warecki w tym momencie zwarł uścisk dłoni i mężczyzna najpierw syknął z bólu, a po chwili lekko przyklęknął.

Kiedy Warecki go puścił, poderwał się jednak natychmiast i ruszył w jego stronę.

– Co jest, kurwa?! – Nikt z obecnych nigdy wcześniej nie miał pojęcia, że głos doktor Walińskiej jest tak donośny. Wszyscy zamarli w bezruchu, jak na stop-klatce. – Gdzie wy, do cholery, jesteście?! W jakimś swoim chińskim barze dla lumpów czy w moim laboratorium?! Spokój, bo was wszystkich stąd… – w końcu Walińska przypomniała sobie, że przecież jest damą, i to w słusznym wieku – …wyrzucę za drzwi!

– Masz przesrane, garniturku. – Laskowski jeszcze popatrzył groźnie na Wareckiego, ale nie zrobił już w jego kierunku nawet kroku. Wynikało to zresztą z dwóch powodów. Po pierwsze, nie był tak głupi, na jakiego wyglądał, i doskonale zdawał sobie sprawę, że konfrontacja z Wareckim źle by się dla niego skończyła, i to w obecności kolegów. Drugi powód, raczej potraktowany przez niego w tym momencie czysto użytkowo, był natomiast taki, że Walińska miała donośny głos. Słowem: Lucyna uratowała go przed blamażem.

Doktor zgasiła papierosa w słoiku, który był tak pełny kiepów, że wyglądał jak trofeum kolekcjonerskie palacza z ostatnich dwudziestu lat, po czym popatrzyła chwilę na nich wszystkich.

– Gówno wam powiem, przekażcie Mateckiemu, że albo sprowadza policjantkę, która będzie potrafiła to rozkminić, albo niech se zmieni patologa. – Doktor zdjęła gumowe rękawice. – Bo szkoda mi na was tracić czas.

Adam popatrzył po kolegach, po czym pierwszy ruszył w stronę drzwi, a gdy miał ich już wszystkich za plecami, delikatnie się uśmiechnął.

Monika siedziała na ławce. Teraz nie patrzyła na rozświetlone niebo, tylko na śmiecie pod stopami.

– Co potrzeba? – Głos sympatycznego chudzielca, którego imienia nie zapamiętała nigdy, bo uznała to za kompletnie bezcelowe, doszedł do niej gdzieś z oddali.

– Muszę się uspokoić – powiedziała, nie podnosząc nawet głowy. – Browna masz?

– Może się znajdzie – odpowiedział tamten i usiadł koło niej.

– Nie mam czasu na „może”. – Wciąż nie patrzyła na niego. – Masz czy nie?

– Mam. – Chudzielec sięgnął do kieszeni, ale przy okazji odsunął się też nieco od Moniki, wyrażając w ten sposób brak akceptacji dla jej obcesowości. Następnie wyjął torbę z brązowawą substancją, do złudzenia przypominającą kolorem i konsystencją lekko zwilgotniały cukier trzcinowy. Na palcach pokazał cenę i czekał. Wymiana handlowa odbyła się w milczeniu, po czym chudzielec wstał i chciał odejść.

– Jak ty masz w ogóle na imię? – Monika teraz zwróciła się do niego już zupełnie innym tonem, próbując w ten sposób zmazać wcześniejsze wrażenie szorstkości czy wręcz obcesowości.

– Daniel – uśmiechnął się chłopak.

– Długo walisz po kablach? – Monika popatrzyła na jego wpadnięte oczy i twarz wychudzoną do niemożliwości.

– Skąd wiesz, że walę po kablach? – zaprotestował chłopak.

Monika, zamiast odpowiadać, wskazała głową w kierunku jego stóp. Daniel nie miał skarpetek. Między nogawką a cholewką buta była wąska przerwa, w tej przerwie widać było kilka czarnych kropek, śladów po nakłuciach.

– A ty co, w policji robisz? – Uśmiechnął się, po czym dodał po chwili: – Od trzech lat.

– Kurwa – skomentowała krótko Brzozowska. – Zacząłeś od browna – wskazała głową na plastikową torebkę, którą wciąż trzymała w dłoni – potem nie było już co ukraść od starych z domu ani skąd wziąć hajsu, więc przepiąłeś się na kompot, teraz masz kieszenie wypchane tym gównem, ale nie tkniesz, bo cię stukną, więc dalej walisz to błoto do żył. Zgadza się?

– Jesteś z policji czy z Monaru? – Daniel już się nie uśmiechał.

– A co wydaje ci się bardziej prawdopodobne? – odpowiedziała pytaniem na pytanie.

Drugi ze świadków z listy, którą stworzyła Monika razem z Wackiem, zanim jeszcze została wysłana na przymusowe wczasy, które spędzała dotychczas na narkotykowym haju, mieszkał samotnie w Radomiu. Warecki i Adam wyruszyli do niego następnego dnia po feralnej sekcji zwłok na Oczki. Notatki, w których Monika spisała namiary przekazane później Wójcikowi, miejscami były nie do końca jasne. Adres Witolda z Radomia, podobnie zresztą jak miejsce zamieszkania Józka z Wilgi, był właśnie zapisany takim nieco szyfrowanym językiem. Adam dzwonił do niej od poprzedniego wieczora, żeby uściślić dyrektywy, ale Monika nie odbierała, a jechać do niej do domu nie miał ochoty. Właściwie wszystko, co miał jej do powiedzenia, przekazał już poprzednim razem, a jako kodę do tego wysłał jeszcze zdjęcia znad jeziora. Kiedy był u niej, zabawiła się z nim trochę w kotka i myszkę, a on nie lubił, gdy bawiono się z nim, a właściwie bardziej nim. Myślał o niej dużo, martwił się, ale uznał, że dopóki ona sama nie wychynie z norki, w której się zaszyła, wszelkie działania z zewnątrz i tak nie przyniosą żadnych rezultatów.

Takie było spojrzenie na sprawę Wójcika, ale Matecki nie był psychologiem, a meandry emocjonalnych stanów komisarz Brzozowskiej miał w poważaniu i w związku z tym od siódmej rano tego samego dnia do jej drzwi waliło już trzech kolegów z prewencji. Nie przyniosło to jednak żadnego skutku, bo Monika była wprawdzie w środku z nowo poznanym Markiem z Pekao, ale otwierać nie miała ochoty, a na policyjnych procedurach znała się na tyle, że wiedziała, iż koledzy przynajmniej na razie do mieszkania siłowo nie wejdą, bo potrzeba na to kwitka, którego tak łatwo się nie dostaje.

Kiedy Adam z Wareckim przyjechali do komendy wojewódzkiej w Radomiu, nad rozszyfrowaniem notatki pracował już cały zespół lokalnych funkcjonariuszy. Wyglądało na to, że sprawa, ze spychanej pod dywan, stała się w ciągu zaledwie dwóch dni jedną z najbardziej priorytetowych. Nie tylko zresztą dla policji sprawa była priorytetowa, lecz także dla ministerstwa, i stąd niesformalizowana do tej pory obecność Wareckiego stała się już oficjalna. Szef ABW wydelegował go do pracy w zespole łączącym siły Agencji z siłami policji i z różnymi jeszcze innymi zresztą siłami podlegającymi resortowi spraw wewnętrznych.

A my nie możemy tej całej Brzozowskiej zapytać po prostu, zamiast się tu głowić? – zapytał jeden z lokalnych śledczych.

– Nie możemy, bo nie odbiera telefonów, a nie wiemy też, gdzie jest – lapidarnie odpowiedział Wójcik.

– Znikła wam koleżanka? – bardziej stwierdził sarkastycznie, niż zapytał tamten.

– Tak – odpowiedział Warecki, co zamknęło dyskusję, bo w Radomiu na stawianie się ludziom z ABW nikt nie miał odwagi.

W notatkach Moniki