Układ Dodruk - Elle Kennedy - ebook
Opis

  Najlepszy romans 2015 w iBooks Store

Jedna z najchętniej czytanych powieści 2015 roku przez użytkowniczki największego portalu literackiego Goodreads

Ona ma właśnie pójść na pewien układ z niegrzecznym studentem…

Hannah Wells w końcu znalazła chłopaka, który rozbudził jej namiętność. Wydaje się, że jest pewna siebie w każdym aspekcie życia, ale jeśli chodzi o seks i uwodzenie okazuje się, że ciągnie za sobą dotkliwy bagaż doświadczeń. Żeby zwrócić uwagę swojego wybranka, będzie musiała zainteresować go sobą. Chcąc osiągnąć swój cel, gotowa jest pójść na pewien układ i w zamian za udzielenie korepetycji nieznośnemu, wkurzającemu i zadufanemu w sobie kapitanowi drużyny hokejowej, idzie na fałszywa randkę…

On dla kariery sportowej przyjmuje niemoralną propozycję…

Garrett Graham od zawsze marzył o zawodowej karierze w hokeju, ale gdy średnia jego ocen na studiach gwałtownie spada, grozi mu katastrofa. Decyduje się pomóc pewnej brunetce, która chce  wzbudzić zazdrość w innym chłopaku. Ona z kolei pomoże Garrettowi w nauce. Ale jeden  nieoczekiwany pocałunek rozpala żar dwojga ciał i hokeista szybko uświadamia sobie, że udawanie nie wchodzi w grę. Musi teraz przekonać Hannah, że mężczyzna o którym marzy, wygląda dokładnie tak jak on…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 486

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Elle Kennedy Układ ISBN: 978-8-7785-895-0 TYTUŁ ORYGINAŁU: The Deal: An Off-Campus Novel Copyright © Elle Kennedy, 2015 All rights reserved Copyright © for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., 2016 ILUSTRACJA NA OKŁADCE: Shutterstock Wydanie I PROJEKT OKŁADKI: Tobiasz Zysk REDAKCJA: Witold KowalczykZysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67, faks 61 852 63 26 Dział handlowy, tel./faks 61 855 06 [email protected] Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

Rozdział 1

Hannah

On nawet nie wie, że istnieję.

Milionowy raz w ciągu czterdziestu pięciu minut zerkam w kierunku Justina Kohla i aż mnie skręca na widok tego pięknego faceta. Chociaż powinnam pewnie wymyślić jakiś inny przymiotnik — wszyscy moi koledzy uparcie twierdzą, że żaden mężczyzna nie lubi być określany jako piękny.

Tyle że, do jasnej cholery, nie ma innego sposobu, by opisać te dostojne rysy twarzy i głębokie, brązowe oczy. Dzisiaj ma na sobie czapkę bejsbolową, ale dobrze wiem, co się pod nią kryje: gęste, ciemne włosy wyglądające na jedwabiste w dotyku i sprawiające, że masz ochotę zanurzyć w nie palce.

W ciągu pięciu lat od gwałtu moje serce zabiło mocniej tylko dla dwóch chłopaków.

Pierwszy mnie rzucił.

A ten nie zwraca na mnie najmniejszej uwagi.

Na mównicy auli profesor Tolbert wygłasza coś, co nazywam „orędziem rozczarowania”. Po raz trzeci w ciągu sześciu tygodni.

— Proszę państwa, co za niespodzianka: siedemdziesiąt procent grupy zaliczyło test kwartalny na marne dostateczny plus lub niżej.

A ja? Mnie akurat poszło świetnie. I skłamałabym, gdybym stwierdziła, że tłusta czerwona piątka z wykrzyknikiem, widniejąca na górze mojego testu, zupełnie mnie nie zaskoczyła. Mój mistrzowski wyczyn polegał przecież jedynie na wypełnieniu arkusza po brzegi strumieniem kompletnych bzdur.

Etyka filozoficzna miała być wytchnieniem. I tak było za czasów ostatniego profesora, który rozdawał nam niewymagające myślenia testy wyboru, a na egzaminie końcowym musieliśmy ustosunkować się pisemnie do podanego przez niego dylematu moralnego.

Ale na dwa tygodnie przed początkiem semestru profesor Lane zmarł na atak serca. Słyszałam, że jego sprzątaczka znalazła go na podłodze w łazience — nagusieńkiego. Biedaczysko.

Na szczęście (tak, tak, to całkowity sarkazm) na horyzoncie pojawiła się Pamela Tolbert i przejęła grupę profesora Lane’a. Na Uniwersytecie Briar jest nowa i należy do tego rodzaju wykładowców, którzy pragną, by student „poczuł” i „zaangażował się” w materiał. Gdyby chcieć nakręcić o tym film, to z pewnością stworzono by rolę młodej, ambitnej nauczycielki, która ni stąd, ni zowąd pojawia się w podupadłej śródmiejskiej szkole i zdobywa serca wszystkich napotkanych tam popaprańców, i nagle każdy odkłada na bok swój gnat, chwyta za długopis, a szybujące w górę oceny na świadectwach ogłaszają, że wszystkie dzieciaki dostaną się do Harvardu czy innego szajsu.

Murowany Oscar dla Hilary Swank.

Ale to nie jest żaden film, co oznacza, że pani Tolbert udało się rozbudzić w swoich studentach wyłącznie nienawiść. I jak Boga kocham, ta kobieta nie może załapać, dlaczego w jej grupie nie ma prymusów.

Podpowiedź: to dlatego, że na zadawane przez nią pytania można by napisać pieprzoną magisterkę.

— Jestem skłonna zaproponować egzamin poprawkowy wszystkim tym, którzy nie zdołali zdobyć zaliczenia lub uzyskali ocenę dostateczną minus. — Nos profesor Tolbert mar szczy się, jakby nie pojmowała, że to po prostu konieczne.

I jak to ujęła? „Jestem skłonna”? No tak, wszystko się zgadza. Słyszałam, że mnóstwo studentów skarżyło się na nią swoim opiekunom, i podejrzewam, że to administracja przycisnęła ją, by dała każdemu szansę na poprawkę. Nie stawia to uczelni Briar w najlepszym świetle, gdy ponad połowa grupy ma problem z zaliczeniem przedmiotu, szczególnie że nie chodzi jedynie o samych obiboków. Taka na przykład Zawsze Piątkowa Studentka jak Nell, co siedzi teraz nadąsana obok mnie, również zawaliła test.

— Ci z państwa, którzy zdecydują się podejść do poprawki, uzyskają ocenę końcową będącą średnią z obu zaliczeń. Jeśli zaś osiągną państwo gorszy wynik, to będzie się liczyć tylko pierwsza ocena — kończy Tolbert.

— Nie wierzę, że dostałaś piątkę — szepcze do mnie Nell.

Wygląda na tak nieszczęśliwą, że aż poczułam coś w rodzaju współczucia. Nie jesteśmy z Nell najlepszymi kumpelkami, ale siedzimy obok siebie od września, więc siłą rzeczy poznałyśmy się trochę lepiej. Wybrała kurs medyczny i wiem, że pochodzi z przesadnie ambitnej rodziny, która urządziłaby jej publiczny lincz, gdyby się dowiedziała o oblaniu zaliczenia.

— Ja też w to nie wierzę — odszeptuję. — Serio. Sama przeczytaj moje odpowiedzi. To same głupoty.

— Naprawdę mogę? — Ożywiła się nagle. — Jestem bardzo ciekawa, co Pani Tyran uważa za materiał na piątkę.

— Zeskanuję ci ten arkusz i wyślę mailem — obiecuję.

Jak tylko Tolbert ogłasza koniec zajęć, sala wykładowa rozbrzmiewa pomrukiem: „Wynośmy się stąd gdzie pieprz rośnie”. Laptopy zamykają się z trzaskiem, zeszyty wślizgują się do plecaków, a studenci szurają krzesłami.

Justin Kohl ociąga się przy drzwiach, by z kimś porozmawiać. Nie mogę oderwać od niego wzroku. On jest piękny.

Czy wspominałam już, jaki on jest piękny?

Stoję tak i gapię się na ten jego cudowny profil, aż zaczynają mi się pocić dłonie. Na Briar studiuje dopiero od tego roku, ale nie jestem pewna, z którego uniwerku się przeniósł, i chociaż gwiazdą drużyny futbolu amerykańskiego stał się jakby mimowolnie, nie przypomina innych sportowców tej uczelni. Nie maszeruje napuszony przez dziedziniec z przyklejonym durnowatym uśmieszkiem w stylu „oto ja, dar niebios dla tego świata” ani nie paraduje codziennie z inną panienką u boku. Widywałam go śmiejącego się i żartującego z kumplami z drużyny, tyle że od niego bije inteligentna, intensywna aura, która każe mi wierzyć, że w tym chłopaku kryją się znacznie głębsze pokłady. Tym bardziej więc desperacko pragnę go poznać.

Jakoś dotąd sportowe typy mało mnie interesowały, ale to „coś” w tym akurat chłopaku totalnie rozmiękczyło mi mózg.

— Znów się gapisz.

Na drwiący głos Nell moje policzki reagują rumieńcem. Już parę razy przyłapała mnie na ślinieniu się na widok Justina. To jedna z niewielu wtajemniczonych osób, którym przyznałam się, że jestem w nim zabujana.

Moja współlokatorka Allie też wie, ale reszta przyjaciół? Ależ skąd! Większość z nich ma się za znawców muzyki i teatru, co pewnie czyni z nas pseudoartystyczną ekipę. Albo raczej mają nas za emo. Oprócz Allie, która od pierwszego roku studiów tkwi w związku pt. „Rozstania i powroty” z chłopakiem należącym do bractwa, moi znajomi zostali wykopani z badziewnej elity Briar. Zwykle trzymam się z dala od takich klimatów (lubię wierzyć, że plotkowanie mnie nie dotyczy), ale… spójrzmy prawdzie w oczy. Większość tych popularnych dzieciaków to totalne dupki.

Weźmy na przykład takiego Garretta Grahama, kolejną sportową gwiazdę w tej grupie. Koleś łazi wte i wewte, jakby cały uniwerek należał do niego. W pewnym sensie tak chyba jest. Wystarczy, że pstryknie palcami, i od razu jakaś napalona laska pojawia się u jego boku. Albo wskakuje mu na kolana. Albo wciska jęzor do jego gardła.

Co prawda dzisiaj wcale nie wygląda na ważniaka. Prawie wszyscy zdążyli się już zmyć, z Tolbert włącznie, ale Garrett pozostał na swoim miejscu, zaciskając dłonie na brzegach kartek z testem.

Pewnie też oblał, ale tego chłopaka to mi nawet nie żal. Uczelnia Briar słynie z dwóch rzeczy: hokeja i futbolu amerykańskiego. Właściwie nie powinno to nikogo szokować, zważywszy na to, że w stanie Massachusetts grają zarówno New England Patriots, jak i Boston Bruins. Sportowcy reprezentujący Briar niemal zawsze robią profesjonalną karierę i podczas nauki tutaj dostają wszystko podane na srebrnej tacy — łącznie z ocenami.

No więc OK, być może wychodzę na małą wredotę, ale odczuwam mściwą satysfakcję, że Tolbert oblała kapitana mistrzowskiej drużyny hokejowej równo z wszystkimi innymi.

— Chcesz coś z Coffee Hut? — pyta Nell, pakując książki.

— Dzięki, ale nie dam rady. Za dwadzieścia minut mam próbę. — Wstaję, ale nie idę za nią do drzwi. — Idź, nie czekaj na mnie. Zanim wyjdę, muszę sprawdzić plan. Nie pamiętam, kiedy dokładnie mam następne seminarium.

Kolejny „bonus” z bycia w grupie u Tolbert, obok cotygodniowych wykładów, to obowiązek uczestniczenia w dwóch trzydziestominutowych seminariach w tygodniu. Na pociechę musi wystarczyć to, że zajęcia prowadzi asystentka Dana, posiadająca wszystkie te cechy, których brakuje pani profesor Tolbert. Na przykład poczucie humoru.

— No dobra — odzywa się Nell. — Do zobaczenia później.

— Do zobaczenia — powtarzam za nią.

Na dźwięk mojego głosu Justin zatrzymuje się w drzwiach i odwraca głowę.

O. Mój. Boże.

Niemożliwe, bym zdołała powstrzymać rumieniec oblewający mój policzek. Po raz pierwszy w życiu nawiązujemy kontakt wzrokowy i nie mam pojęcia, jak się zachować. Powiedzieć „cześć”? Pomachać? Uśmiechnąć się?

Koniec końców decyduję się na dyskretne, pozdrawiające skinienie głową. Proszę bardzo. Z luzem i zwyczajnie, jak przystało na wyrafinowaną studentkę.

Moje serce zamiera w bezruchu, kiedy kąciki jego ust unoszą się w słabym uśmiechu. Odpowiada skinieniem, a potem znika.

Gapię się na opustoszałe wejście do auli. Czuję galopujący szaleńczo puls, ponieważ, jasna cholera, po sześciu tygodniach oddychania tym samym powietrzem w dusznej auli on w końcu mnie zauważył.

Szkoda, że nie jestem wystarczająco odważna, by za nim pomknąć. Mogłabym zaproponować kawę. Albo kolację. Albo drugie śniadanie — ej, zaraz, czy ludzie w naszym wieku w ogóle jedzą drugie śniadania?

Ale moje stopy przykleiły się do błyszczącej, laminowanej podłogi.

Jestem tchórzem. Tak, tak, totalnym, gównianym cykorem. Przeraża mnie, że mógłby powiedzieć „nie”, ale wprost umieram ze strachu na myśl, że powie „tak”.

Studia zaczęłam w dobrym momencie. Zostawiłam daleko w tyle swoje problemy, okiełznałam lęk. Poczułam się znów gotowa na umawianie się na randki, co zresztą robiłam. Spotykałam się z kilkoma chłopakami, odmiennymi niż mój eks, Devon, ale żaden z nich nie przyprawiał mnie o zawrót głowy, tak jak Justin Kohl, i to mnie doprowadza do szału.

Małe kroczki.

No właśnie. Małe kroczki. To była ulubiona rada mojej terapeutki i muszę uczciwie przyznać, że ta strategia bardzo mi pomogła. „Skup się na małych zwycięstwach”, radziła mi zawsze Carole.

A więc… dzisiejsze zwycięstwo… skinęłam głową, a Justin uśmiechnął się do mnie. Może na następnych zajęciach odwzajemnię się uśmiechem. A jeszcze na następnych być może zaskoczę go propozycją kawy, kolacji lub drugiego śniadania.

Biorę oddech i pokonuję stopnie między rzędami, trzymając się kurczowo poczucia zwycięstwa, nieważne, jak małego.

Małe kroczki.

Garrett

Zawaliłem.

Jasna cholera, zawaliłem.

Przez piętnaście lat Timothy Lane rozdawał piątki na prawo i lewo. Ale oczywiście co dzieje się na roku, gdy to ja zapisuję się na ten przedmiot? Serducho Lane’a przestaje tykać, a ja utknąłem z Pamelą Tolbert.

Mogę to ogłosić oficjalnie. Ta kobieta to mój wróg numer jeden. Już sam widok jej ozdobnego pisma, wypełniającego każdy centymetr dostępnej przestrzeni na marginesie mojej pracy, sprawia, że mam ochotę przeistoczyć się w Niesamowitego Hulka i rozerwać ten papier na strzępy.

Generalnie wymiatam piątki z większości przedmiotów, ale laczek z etyki filozoficznej w połączeniu z dostatecznym plus z historii Hiszpanii sprawia, że moja średnia spadła właśnie do dostatecznej minus.

Żeby móc dalej grać w hokeja, muszę mieć średnią minimum trzy plus.

Normalnie nie mam żadnych problemów z utrzymaniem średniej. Wbrew temu, w co wierzy większość ludzi, wcale nie jestem tępym osiłkiem. Ale, hej, nie żebym miał coś przeciwko temu, że tak myślą. Kobiety w szczególności. Przypuszczam, że kręci je myśl, że mogą się pieprzyć z krzepkim i muskularnym jaskiniowcem, nadającym się właściwie tylko do tego, ale póki nie szukam niczego poważnego, niezobowiązujące zbliżenia z laskami, którym zależy jedynie na moim kutasie, doskonale mi pasują. Daje mi to więcej czasu, by skupić się na hokeju.

Ale nie będzie żadnego hokeja, jeśli nie poprawię tej oceny. Najgorsza rzecz, jeśli chodzi o Briar? Nasz dziekan wymaga doskonałości — akademickiej oraz sportowej. Podczas gdy inne uczelnie potrafią nieco łagodniej obchodzić się ze sportowcami, polityka Briar to zero tolerancji.

Pieprzona Tolbert. Kiedy przed zajęciami zagadnąłem ją o dodatkowe punkty, oznajmiła mi tym swoim nosowym głosem, bym chodził na seminaria i uczestniczył w zajęciach koła naukowego. Zdążyłem już skorzystać z obu rad. Jeśli więc nie znajdę jakiegoś genialnego gówniarza, który mógłby w masce z moją podobizną zaliczyć test poprawkowy, to… mam przejebane.

Moja frustracja objawia się światu w formie słyszalnego jęku i kątem oka widzę, że ktoś odwrócił się ze zdziwieniem.

Ja też się odwracam, bo myślałem, że pogrążyłem się w mej beznadziei bez świadków. Ale dziewczyna, która siedzi w tylnym rzędzie, została dłużej i teraz powoli idzie w kierunku biurka profesor Tolbert.

Mandy?

Marty?

Nie mogę sobie przypomnieć jej imienia. Pewnie dlatego, że jej o nie nigdy nie zapytałem. A przecież to taka ślicznotka. Do cholery, śliczniejsza, niż sądziłem. Ładna twarz, ciemne włosy, zajebista figura — kurde, jakim cudem dotąd nie zauważyłem tego ciała?

Ale teraz widzę je wyraźnie. Rurki przylgnęły do okrągłego, jędrnego tyłka, wrzeszczącego „ściśnij mnie!”, a jej sweter z dekoltem w serek otula cycki, które naprawdę robią wrażenie. Nie mogę jednak dłużej rozkoszować się widokiem ani jednego, ani drugiego, ponieważ dziewczyna łapie mój wzrok i marszczy czoło.

— Wszystko w porządku? — pyta, rzucając mi znaczące spojrzenie.

Coś tam bełkoczę pod nosem. Nie jestem w nastroju na pogaduszki z kimkolwiek.

Jedna ciemna brew unosi się lekko.

— Nie dosłyszałam, mówiłeś coś?

Zwijam zaliczenie w rulon i odsuwam krzesło.

— Powiedziałem, że wszystko gra.

— No to w takim razie OK. — Wzrusza ramionami i kontynuuje marsz po stopniach.

Kiedy bierze do rąk tablicę, na której umieszczony jest plan naszych seminariów, narzucam na siebie kurtkę z logo Briar Hockey, wpycham żałosny test do plecaka i go zapinam.

Ciemnowłosa dziewczyna kieruje się do drzwi. Mona? Molly? Wydaje mi się, że jej imię zaczyna się na M, ale cała reszta to tajemnica. W dłoni trzyma pracę zaliczeniową, nawet nie próbuję sprawdzić, co dostała, bo wychodzę z założenia, że oblała jak cała reszta.

Przepuszczam ją w przejściu. Mógłbym pewnie powiedzieć, że jestem typem dżentelmena, ale to byłoby kłamstwo. Chcę po prostu jeszcze raz zerknąć na jej tyłek, bo to cholernie seksowny tyłeczek, i skoro mogłem się już raz o tym przekonać, nie mam nic przeciwko, by popatrzeć sobie jeszcze. Podążam za nią do wyjścia i nagle uświadamiam sobie, że ta dziewczyna jest cholernie drobna — jestem o stopień wyżej niż ona i wciąż widzę czubek jej głowy.

Właśnie gdy dochodzimy do drzwi, ona potyka się nie wiadomo o co i wszystkie książki trzymane w dłoniach rozsypują się na podłodze.

— Kurde. Ale ze mnie niezdara.

Pada na kolana, no więc ja też, ponieważ w przeciwieństwie do tego, co przyznałem przed chwilą, potrafię być dżentelmenem, kiedy chcę nim być, a dżentelmeńskie zachowanie w takiej sytuacji nakazuje pomoc w pozbieraniu książek.

— Dzięki, ale nie musisz tego robić. Dam sobie radę — upiera się.

Ale moje dłonie właśnie spoczęły na jej zaliczeniu i normalnie opadła mi szczęka, gdy zobaczyłem, co dostała.

— Ja pierdolę. Zaliczyłaś to? — pytam oskarżająco.

Uśmiecha się nieporadnie.

— Dobra, nic nie mów. Sama jestem w szoku, że nie oblałam.

— Jasna cholera. — Mam wrażenie, jakbym właśnie wpadł na pieprzonego Stephena Hawkinga machającego mi przed nosem kluczem do sekretów wszechświata. — Mogę zerknąć na twoje odpowiedzi?

Jej brwi znów wyginają się dziwacznie.

— Nie tracisz czasu na konwenanse, co? Przecież nawet się nie znamy.

Wywracam oczami.

— Słuchaj, kochanie, przecież nie proszę, byś ściągnęła ciuchy. Chcę po prostu zajrzeć do twojej pracy.

— „Kochanie”? Żegnajcie, konwenanse — witaj, bezczelności.

— Wolałabyś „panienko”? A może „proszę pani”? Użyłbym twojego imienia, ale go nie znam.

— Oczywiście, że nie — wzdycha. — Nazywam się Hannah. — Potem przez chwilę milczy znacząco. — Kolego Garrett.

Dobra, dobra, z tym M to było wielkie pudło.

Oczywiście, nie umknęło mi, w jaki sposób wycedziła moje imię, zupełnie jakby chciała powiedzieć: „Ha! A ja wiem, jak ci na imię, dupku!”.

Zbiera resztę książek i wstaje, ale nie oddaję jej pracy semestralnej.

Zamiast tego zrywam się na równe nogi i zaczynam ją przeglądać. Skanuję wzrokiem odpowiedzi i mój humor siada zupełnie, bo jeśli Tolbert liczy na analizę w tym stylu, no to już po mnie. Nie bez powodu wybrałem historię, do jasnej cholery — obchodzą mnie fakty. Czarno na białym. To i to przydarzyło się tej, a nie innej osobie, i rezultat jest taki, a nie inny.

Odpowiedzi Hannah skupiają się na teoretycznym gównie i rozważaniach o tym, jak filozofowie ustosunkowaliby się do różnych dylematów moralnych.

— Dzięki. — Oddaję arkusz, a potem wtykam kciuki w szlufki swoich dżinsów. — Hej, posłuchaj. Czy ty… rozważyłabyś… — Wzruszam ramionami. — No wiesz…

Jej usta zadrżały, jakby próbowała powstrzymać śmiech.

— Prawdę mówiąc, to nie wiem.

Oddycham głęboko.

— Udzielisz mi korepetycji?

W jej zielonych oczach — najciemniejszy odcień zieleni, jaki widziałem w życiu, otoczony gęstymi, czarnymi rzęsami — zdziwienie zamienia się w sceptycyzm zaledwie w ciągu kilku sekund.

— Zapłacę ci — dodaję pospiesznie.

— Och. Hm. No, oczywiście, spodziewałabym się, że zapłacisz. Ale… — Potrząsa przecząco głową. — Przykro mi, ale nie mogę.

Przełykam rozczarowanie.

— Słuchaj, proszę o przysługę. Jeśli zawalę tę poprawkę, moją średnią szlag trafi. Proszę… — Posyłam jej uśmiech, ten z dołeczkami, na którego widok laski zawsze wymiękają.

— Czy to zawsze działa? — pyta zaciekawiona.

— Co?

— Ten uśmiech „ojejku” małego chłopca… Czy pomaga ci dopiąć swego?

— Zawsze — odpowiadam bez wahania.

— Prawie zawsze — poprawia mnie. — Widzisz, przykro mi, ale naprawdę nie mam kiedy. Już teraz miotam się, by pogodzić naukę z pracą, a mam jeszcze mniej czasu, bo zbliża się zimowy popis.

— Zimowy popis? — pytam w osłupieniu.

— No tak. Zapomniałam. Coś, co nie jest związane z hokejem, nie znajdzie się na twoim radarze.

— I kto teraz jest bezczelny? Nawet mnie nie znasz.

Zalega cisza, a potem Hannah wzdycha.

— Muzyka to mój główny przedmiot, tak? Wydział artystyczny przygotowuje dwa najważniejsze występy w roku, popisy zimowy i wiosenny. Zwycięzca dostaje pięć tysięcy dolarów stypendium. To naprawdę poważna sprawa. Z całego kraju przylatują ludzie z branży, by to zobaczyć. Agenci, producenci płyt, łowcy talentów… A więc, chociaż bardzo bym chciała ci pomóc…

— To mi nie pomożesz — burczę. — Zresztą, wyglądasz, jakby od tej rozmowy działa ci się krzywda.

Wzrusza ramionami w stylu „no to już wiesz”, czym wkurza mnie do reszty.

— Muszę iść na próbę. Przykro mi, że nie dostałeś zaliczenia, ale jeśli to cię pocieszy, cała reszta też oblała.

Mrużę oczy.

— Ty nie.

— Nic na to nie poradzę. Widać na Tolbertową działają moje brednie. To taki dar.

— No to chciałbym mieć twój dar. Proszę, mistrzyni, naucz mnie bredzić.

Jeszcze dwie sekundy i padnę na kolana, by błagać ją na klęczkach, ale ona przesuwa się do drzwi.

— Wiesz, że działa koło naukowe, tak? Mogę dać ci numer do…

— Już się zapisałem — mruczę.

— W takim razie już nic nie mogę dla ciebie zrobić. Powodzenia na poprawce, kochanie.

Wybiega przez drzwi, a ja zostaję sam ze wzrokiem utkwionym w pustkę i przepełniony frustracją. Nie do wiary. Każda jedna dziewczyna na tym uniwersytecie dałaby sobie odciąć pieprzoną rękę, byleby tylko mi pomóc. A ta? Uciekła stąd, jakbym co najmniej poprosił ją o zamordowanie kota i złożenie go w ofierze szatanowi.

I znalazłem się w punkcie wyjścia, dokładnie tam, gdzie byłem, zanim „Hannah o imieniu jednak nie na M” dała mi iskierkę nadziei.

Mam przejebane na całej linii.

Rozdział 2

Garrett

Po zajęciach koła naukowego wracam do domu i znajduję współlokatorów w salonie już nieźle zalanych. Na stoliku kawowym piętrzą się puste puszki po piwie i prawie opróżniona butelka jacka daniel’sa, która z całą pewnością należy do Logana, ponieważ wyznaje on filozofię, że „piwo jest dla mięczaków”. To jego słowa jakby co.

W tej chwili Logan i Tucker toczą ze sobą zażartą walkę w grze Ice Pro; z przyklejonym do ekranu wzrokiem klikają zaciekle w przyciski kontrolerów. Logan dostrzega mnie w drzwiach, przesuwa nieznacznie spojrzenie i ten ułamek sekundy rozproszenia wiele go kosztuje.

— Mam cię, do diabła! — wydziera się Tuck, gdy jego obrońca jednym strzałem z nadgarstka umieszcza krążek w bramce Logana i tablica z wynikami się rozświetla.

— Oż kurde, jasna dupa! — Logan zatrzymuje grę i mierzy mnie gniewnym spojrzeniem. — Co jest, do diabła, G? Przez ciebie właśnie oberwałem.

Nie odpowiadam, ponieważ teraz to ja jestem rozproszony przez półnagą sesję rozgrywającą się w kącie pokoju. To Dean, rozebrany do pasa i na boso, siedzi rozwalony na fotelu, podczas gdy jakaś blondynka odziana jedynie w koronkowy stanik i wcinające się w tyłek gacie, usadowiwszy się na nim okrakiem, ugniata jego krocze.

Ciemnoniebieskie oczy zerkają zza ramienia laski i Dean szczerzy się w moim kierunku.

— Graham! Gdzieś ty przepadł, człowieku! — bełkocze.

Wraca do całowania się z blondyną, zanim zdążę odpowiedzieć na to pijackie pytanie.

Z jakichś powodów Dean lubi się pieprzyć wszędzie, tylko nie w swoim pokoju. Serio. Za każdym razem, kiedy się zjawiam, jest w środku jakiejś rozpustnej akcji. Na blacie kuchennym, na kanapie w salonie, na stole w kuchni — koleś zrobił to już w każdym dostępnym miejscu domu, który wynajmujemy w czwórkę. To dziwkarz do kwadratu, i ma to gdzieś.

Przyznaję, w tej kwestii nie powinienem zabierać głosu. Nie jestem świętoszkiem, Logan i Tuck też nie. Co mogę powiedzieć? Hokeiści to napalone skurczybyki. Kiedy nie jesteśmy na lodzie, zwykle ujeżdżamy jakiegoś króliczka lub dwa. Albo trzy, jeśli nazywasz się Tucker i rozmawiamy o imprezie sylwestrowej z zeszłego roku.

— Od godziny wypisuję do ciebie esemesy — informuje mnie Logan.

Kuli masywne ramiona, sięgając po butelkę whisky ze stolika. Logan to kawał mięśniaka, obrońca, jeden z najwybitniejszych, z jakimi grałem do tej pory, a do tego mój najlepszy kumpel. Na pierwsze ma John, ale nazywamy go Logan, bo tak łatwiej odróżnić go od Tuckera, który też ma na imię John. Na szczęście Dean to Dean, więc nie musimy zwracać się do niego, używając tego jego nazwiska bez końca: Heyward-Di Laurentis.

— Serio pytam, gdzieś ty się szwendał? — gdera Logan.

— Koło naukowe. — Chwytam puszkę bud lighta ze stołu i otwieram. — O jakiej niespodziance nawijałeś mi w kółko?

Zawsze potrafię powiedzieć, jak bardzo pijany jest Logan, patrząc na pisownię jego esemesów. I dziś wieczorem urżnął się na całego, bo musiałem zamienić się w Sherlocka, by rozszyfrować jego wiadomości. „Nisp” oznaczało niespodziankę. Na odkodowaniu „Birzdupchat” zeszło mi trochę więcej czasu, ale myślę, że chodziło o „bierz dupę w troki i zwijaj się do chaty”. Ale z Loganem to nigdy nic nie wiadomo na pewno.

Usadowił się na sofie i szczerzy się radośnie — to normalnie cud, że szczęki nie wyskoczyły mu z zawiasów. Macha kciukiem w kierunku sufitu.

— Idź na górę i sam zobacz.

Mrużę oczy.

— Po co? Kto tam jest?

Logan parska śmiechem.

— Gdybym ci powiedział, nie byłoby niespodzianki.

— Czemu mam przeczucie, że coś kombinujecie?

— O matko, człowieku — włącza się Tucker. — Masz jakieś poważne problemy z zaufaniem, G.

— I to mówi dupek, który zostawił żywego szopa w moim pokoju pierwszego dnia semestru.

Tucker szczerzy się.

— E, daj spokój. Bandit był zajebiście uroczy. Taki prezent dla ciebie z okazji powrotu do szkoły.

Pokazuję mu środkowy palec.

— Ta, pewnie, tego twojego prezentu za cholerę nie mogłem się pozbyć. — Teraz to ja gromię go wzrokiem, bo wciąż pamiętam te trzy ekipy deratyzacyjne, które użerały się, by „odszopować” mój pokój.

— Do kurwy nędzy — krzywi się Logan. — Po prostu idź na górę. Zaufaj mi, będziesz nam później za to dziękował.

Wymieniają znaczące spojrzenia i uspokajam się nieco. Tak jakby. Chodzi o to, że nie stracę pełnej czujności, nie przy tych dupkach.

Zwijam dwie kolejne puszki piwa w drodze na górę. W ciągu sezonu nie piję dużo, ale trener dał nam tydzień wolnego, byśmy pouczyli się do sesji, zostały nam jeszcze dwa dni tej wolności. Moi współlokatorzy, fuksiarze — jak się wydaje — nie mają problemów z opróżnianiem dwunastu puszek piwa i śmiganiem po lodzie w mistrzowskim stylu następnego dnia. A ja? Ledwo się wstawię, a na drugi dzień pęka mi głowa i na lodowisku zachowuję się jak dzieciak, który pierwszy raz ma na nogach łyżwy marki Bauer.

Gdy tylko wrócimy do sześciu treningów w tygodniu, moja alkoholowa konsumpcja spadnie do zwyczajowego limitu jeden/pięć. Maksymalnie jeden drink po treningu, pięć po meczu. Żadnych wyjątków.

Zamierzam w pełni wykorzystać czas, który mi jeszcze pozostał.

Uzbrojony w piwo ruszam na górę do swojego pokoju. Do sypialni mistrza. Tak, nie zawahałem się użyć argumentu „jestem waszym kapitanem”, ale uwierzcie mi, że było warto. Prywatna łazienka, kochanie.

Drzwi do sypialni są uchylone i ten widok natychmiast rozbudza moje podejrzenia. Ostrożnie zerkam na framugę, by się upewnić, że nikt nie zawiesił u góry wiadra z krwią, a potem nieznacznie pcham drzwi do przodu. Otwierają się szerzej, a ja wkradam się do środka w pełni przygotowany na czekającą zasadzkę.

I faktycznie coś czeka.

Tyle że to bardziej zasadzka dla oczu, bo, jasna cholera, dziewczyna na moim łóżku wygląda, jakby wyszła prosto z katalogu Victoria’s Secret.

Teraz jestem facetem. Nie znam nazw połowy tych fatałaszków, które ma na sobie. Widzę jedynie białą koronkę, różowe kokardki i mnóstwo skóry. I jestem szczęśliwy.

— Guzdrałeś się niemiłosiernie. — Kendall obdarza mnie seksownym uśmiechem, który mówi „ale masz fart, chłopcze”, i mój fiut reaguje stosownie do sytuacji, twardniejąc pod rozporkiem. — Właśnie miałam ci dać ostatnie pięć minut i stąd spadać.

— No to zdążyłem na czas. — Omiatam wzrokiem jej apetyczny strój, a potem odzywam się, przeciągając samogłoski: — Och, kochanie, czy to wszystko naprawdę dla mnie?

Jej niebieskie oczy ciemnieją uwodzicielsko.

— Dobrze wiesz, ty flirciarzu.

Mam pełną świadomość, że brzmimy jak bohaterowie tandetnego pornola. Dajcie jednak spokój, co robi facet, gdy w sypialni znajduje tak wyglądającą kobietę? Odegra chętnie każdą jedną kiczowatą scenkę, której kobieta sobie zażyczy, nawet jeśli ma to być rola dostawcy pizzy dla jakiejś MILF.

Spiknęliśmy się z Kendall po raz pierwszy latem podczas przerwy semestralnej, raczej z czystej wygody, ponieważ akurat oboje znaleźliśmy się w tej samej okolicy. Parę razy poszliśmy do baru, jedna rzecz poprowadziła do drugiej i nagle okazuje się, że kręcę z seksowną laską należącą do żeńskiego stowarzyszenia. Ale romans wygasł przed początkiem kolejnego semestru i widzę Kendall po raz pierwszy od tamtego czasu.

— Tak sobie wykombinowałam, że przyda ci się trochę zabawy, zanim znów zaczniesz treningi — mówi, a jej wymanikiurowane palce bawią się różową kokardką w środku stanika.

— Dobrze sobie wykombinowałaś.

Uśmiech wykrzywia jej usta, a ona sama unosi się i klęka. Jasny gwint, jej cycki praktycznie wylewają się z tego koronkowego czegoś, co ma na sobie. Wskazuje na mnie palcem.

— No chodź.

Nie marnuję ani chwili i pędzę do niej. No bo przecież… mówiłem już… jestem facetem.

— Uważam, że masz nieco za dużo ciuchów na sobie — zauważa, potem chwyta za pasek moich dżinsów i gmera przy guziku. Rozsuwa zamek i chwilę później mój kutas wyskakuje prosto do jej oczekującej dłoni. Od tygodni nie robiłem prania, więc obywam się bez bielizny, dopóki nie ogarnę tego szajsu, ale sądząc po gorącym błysku w jej oczach, mogę powiedzieć, że pochwala tę całą bezgaciową sprawę.

Owija mnie palcami, a z mojego gardła uwalnia się jęk. O tak. Nie ma nic lepszego, niż poczuć dłoń kobiety na swoim fiucie.

O nie, przepraszam bardzo. W ruch idzie język Kendall i, jasna dupa, to jest o niebo lepsze niż jej dłoń.

* Godzinę później Kendall przytula się do mnie i kładzie głowę na mojej klatce piersiowej. Jej bielizna i moje ciuchy walają się po podłodze razem z pustą paczką prezerwatyw i opakowaniem żelu intymnego, którego nie musieliśmy otwierać.

To całe przytulanie trochę mnie niepokoi, ale nie mogę jej tak po prostu odepchnąć i pokazać drzwi, nie, gdy najwyraźniej włożyła dużo wysiłku w to uwodzenie.

Ale to też mnie martwi.

Kobiety nie stroją się w drogą bieliznę tylko po to, by się bzyknąć, prawda? W myślach odpowiadam sobie „nie”, a kolejne słowa Kendall tylko potwierdzają moje niespokojne myśli.

— Tęskniłam za tobą, kochanie.

Pierwsze, co mi przychodzi na myśl, to „ja pierdolę”.

Drugie, co mi przychodzi na myśl, to „dlaczego?”.

Przez cały ten czas, kiedy kręciliśmy ze sobą, Kendall nie włożyła żadnego wysiłku, by mnie poznać. Jeśli się nie seksiliśmy, to w kółko nawijała o sobie. Mówię serio, nie przypominam sobie, by od chwili naszego poznania zadała mi choć jedno osobiste pytanie.

— Eee — próbuję znaleźć słowa, jakąkolwiek sekwencję słów, która nie składa się z „tęskniłem za tobą” oraz „ja też”. — Byłem bardzo zajęty. Sama wiesz, sesja.

— Oczywiście. Uczymy się przecież na tym samym uniwerku. Ja też się uczyłam. — W jej tonie czuć teraz napięcie. — Tęskniłeś za mną?

Ja pieprzę. I co mam jej niby powiedzieć? Nie będę kłamać, bo to ją tylko rozkręci. Ale nie mogę być totalnym kutasem i przyznać się, że ani razu nie przemknęła mi przez myśl.

Kendall siada na łóżku i mruży oczy.

— To proste pytanie, Garrett, odpowiedz „tak” lub „nie”. Czy tęskniłeś za mną? — pyta, robiąc pauzę po każdym słowie.

Uciekam wzrokiem do okna. Dokładnie tak, jestem na piętrze i rozważam wyskoczenie przez to pieprzone okno. Bo tak bardzo chciałbym uniknąć tej rozmowy.

Ale moje milczenie mówi, a raczej wrzeszczy samo za siebie i nagle Kendall zrywa się z łóżka, jej blond włosy smagają powietrze na wszystkie strony, a ona szamocze się ze swoimi ciuchami.

— O mój Boże. Ale z ciebie dupek, do kwadratu! W ogóle ci na mnie nie zależy, prawda, Garrett?

Wstaję i sięgam po porzucone dżinsy.

— Zależy mi na tobie — protestuję. — Ale…

Wściekle naciąga na siebie majtki.

— Ale co?

— Ale myślałem, że oboje wiedzieliśmy, o co nam chodzi. Ja nie chcę niczego poważnego. — Rzucam jej znaczące spojrzenie. — Powiedziałem ci na samym początku.

Wyraz jej twarzy łagodnieje, gdy przygryza wargę.

— Wiem, ale… pomyślałam sobie tylko…

Dobrze wiem, co sobie pomyślała, że w końcu zakocham się w niej szaleńczo i przelotny związek przeistoczy się w scenariusz Pamiętnika.

Szczerze mówiąc, to sam nie wiem, po co w ogóle zawracam sobie jeszcze głowę ustalaniem zasad gry na początku. Z mojego doświadczenia wynika, że żadna kobieta nie wchodzi w związek, wierząc, że to będzie jedynie przelotny romans. Może i mówi coś innego, może nawet sama siebie przekona, że chce tylko poświętować seksualnie bez zobowiązań, ale gdzieś w środku ma nadzieję i modli się, że to doprowadzi do czegoś głębszego.

A potem bohater jej osobistej komedii romantycznej wkracza do akcji i przebija tę bańkę z marzeniami, mimo że nigdy nie ukrywał prawdziwych intencji ani nie ściemniał, choćby nawet przez sekundę.

— Hokej to całe moje życie — mówię szorstko. — Trenuję sześć razy w tygodniu, rozgrywam dwadzieścia meczów w roku albo i więcej, jeśli gramy poza sezonem. Nie mam czasu na stały związek, Kendall. A ty, do cholery, zasługujesz na dużo więcej, niż mogę ci zaoferować.

Rozpacz zamgliła jej oczy.

— Nie chcę już tylko przelotnego związku. Chcę być twoją dziewczyną.

Kolejne „dlaczego?” prawie wylatuje mi z ust, ale gryzę się w język. Gdyby wykazała jakiekolwiek zainteresowanie mną, poza aspektem fizycznym, mógłbym jej uwierzyć, ale skoro tego nie zrobiła, zastanawiam się, czy jedynym powodem, dla którego chce się ze mną związać, jest to, że widzi we mnie kolesia o odpowiednim statusie.

Tłumię frustrację i proponuję kolejne niezręczne przeprosiny.

— Przykro mi. Ale właśnie tak wygląda moje życie w tym momencie.

Zapinam rozporek, a ona z powrotem skupia się na włożeniu ubrania. Chociaż słowo „ubranie” brzmi przesadnie — wszystko, co Kendall ma na sobie, to bielizna i trencz. Co tłumaczy, dlaczego Logan i Tucker szczerzyli się jak idioci, gdy wróciłem. Kiedy dziewczyna pojawia się w twoim domu w trenczu, to, do cholery, dobrze wiesz, że nie ma za dużo na sobie.

— Nie mogę się już z tobą spotykać — odzywa się w końcu, przyciągając moje spojrzenie. — Jeśli nadal będziemy postępować… w ten sposób… przywiążę się jeszcze bardziej.

Z tym akurat nie mogę dyskutować, więc nawet nie próbuję.

— Ale fajnie się bawiliśmy, prawda?

Po krótkiej chwili uśmiecha się.

— Uhm, fajnie było.

Pokonuje dystans między nami i staje na palcach, by mnie pocałować. Odpowiadam pocałunkiem, ale z mniejszym żarem niż poprzednio. Na luzie. Uprzejmie. Przelotny związek dobiegł końca i nie mam zamiaru znów jej zwodzić.

— Skoro już wszystko wiemy… — Jej oczy migoczą złowieszczo. — Daj mi znać, jak zmienisz zdanie na temat stałej dziewczyny.

— Będziesz pierwsza, do której zadzwonię — obiecuję.

— Dobrze.

Cmoka mnie w policzek i podchodzi do drzwi, zostawiając mnie w oszołomieniu, że poszło jak z płatka. Już szykowałem się na bitwę, ale poza tym początkowym wybuchem złości Kendall zaakceptowała sytuację niczym profesjonalistka.

Gdyby tylko wszystkie kobiety zgadzały się tak łatwo jak ona.

Dokładnie tak, piję tutaj do tej Hannah.

Seks zawsze zaostrza mi apetyt, więc schodzę na dół w poszukiwaniu żywności i z radością odkrywam resztki ryżu i smażonego kurczaka. To dzięki uprzejmości Tucka, który jest naszym nadwornym kucharzem, bo reszta nie potrafi nawet ugotować wody tak, by jej nie przypalić. Tuck zaś dorastał w Teksasie z samotną matką, która nauczyła go gotować, kiedy jeszcze nosił pieluchy.

Zasiadam przy kuchennym blacie i wpycham do ust kawałek kurczaka, gdy do kuchni ładuje się Logan ubrany jedynie w bokserki w szkocką kratę.

Na mój widok unosi brwi.

— Hej. Nie sądziłem, że się jeszcze dziś zobaczymy. Myślałem, że będziesz BZP.

— BZP? — pytam między kęsami jedzenia. Logan lubi wymyślać różne skrótowce, mając nadzieję, że to będzie nasz slang, ale na ogół nie rozumiem połowy z tej jego paplaniny.

— Bardzo Zajęty Pieprzeniem — szczerzy się.

Wywracam oczami i połykam porcję dzikiego ryżu.

— Serio pytam, Blondie już się zmyła?

— No. — Przeżuwam jedzenie, zanim dokańczam zdanie. — Zna zasady. — A zasady to żadnych stałych dziewczyn i przede wszystkim żadnych nocowanek.

Logan opiera ręce o blat, jego niebieskie oczy lśnią, gdy zmienia temat.

— Nie mogę się, kurde, doczekać meczu z Saint Anthony w ten weekend. Słyszałeś już? Odwiesili Braxtona.

To przyciąga moją uwagę.

— Nie pieprz. Gra w sobotę?

— No pewnie, że tak. — Na twarzy Logana maluje się jawne rozradowanie.

— Z radością rozkwaszę twarz tego dupka o bandę.

Greg Braxton jest lewoskrzydłowym, gwiazdą Saint Anthony i skończonym dupkiem. Facet ma sadystyczny pierwiastek, którego nie boi się ujawnić na lodzie, i kiedy nasze drużyny starły się przed sezonem, wysłał jednego z naszych na oddział ratunkowy ze złamaną ręką. Dlatego zawiesili go na trzy mecze, chociaż gdyby to ode mnie zależało, ten debil dostałby dożywotni zakaz grania w drużynie uniwersyteckiej.

— Musisz stanąć do walki, a ja będę tam z tobą — obiecuję.

— Trzymam cię za słowo. Aha, a w przyszłym tygodniu na drodze staje nam Eastwood.

Naprawdę powinienem więcej uwagi przywiązywać do grafiku meczów. Eastwood College to numer dwa w naszej konferencji (po nas, oczywiście) i nasza rywalizacja zawsze trzyma w napięciu.

I, kurde, nagle do mnie dociera, że jeśli nie zaliczę poprawki z etyki, nie wystąpię w meczu z Eastwood.

— Kurwa — mamroczę.

Logan zmiata kawałek kurczaka z mojego talerza i ładuje go sobie do ust.

— O co chodzi?

Nie mówiłem jeszcze współlokatorom o mojej sytuacji z ocenami, ponieważ miałem nadzieję, że to zaliczenie za bardzo mi nie zaszkodzi, ale wygląda na to, że nie uniknę przyznania się, na czym stoję.

Wzdycham, a potem opowiadam Loganowi o laczku z etyki i co to oznacza dla drużyny.

— Zrezygnuj z tego przedmiotu — mówi natychmiast.

— Nie mogę. Już po terminie.

— Do dupy.

— Dokładnie.

Wymieniamy ponure spojrzenia, a potem Logan opada ciężko na taboret obok i przeczesuje włosy dłonią.

— To musisz się z tego podciągnąć, stary. Zapierdalaj do roboty i zalicz to skurwysyństwo. Jesteś nam potrzebny, G.

— Wiem. — Z frustracji ściskam widelec, potem odkładam go, tracę apetyt. To mój pierwszy sezon w roli kapitana, a to wielkie wyróżnienie, zważywszy na to, że jestem dopiero na trzecim roku. Oczekuje się ode mnie, że pójdę w ślady mojego poprzednika i poprowadzę drużynę do kolejnego mistrzostwa, ale jak, do diabła, mam to zrobić, jeśli nie będę mógł wyjść na boisko?

— Mam już korepetytorkę — zapewniam kumpla z drużyny. — To pieprzona geniuszka.

— To dobrze. Zapłać tyle, ile będzie chciała. Dołożę coś od siebie, jeśli chcesz.

Nie mogę powstrzymać uśmiechu.

— Wow! Proponujesz podzielić się tą swoją słodką, słodziutką forsą? Chyba naprawdę chcesz, żebym zagrał.

— Jak cholera. Chodzi o marzenia, stary. Ty i ja w koszulkach Boston Bruins, pamiętasz?

Muszę przyznać, to zajebiście miłe marzenie. Gadamy o tym z Loganem, odkąd zostaliśmy współlokatorami na pierwszym roku. Nie mam najmniejszych wątpliwości co do tego, że po skończeniu studiów przejdę na zawodowstwo. I nie mam wątpliwości, że Logan też zostanie wybrany w drafcie. Facet jest szybszy niż błyskawica, to cholerna bestia na lodzie.

— Popraw tę pieprzoną ocenę, G — rozkazuje. — Inaczej skopię ci tyłek.

— Trener skopie go mocniej. — Wymuszam uśmiech. — Nie martw się. Zajmę się tym.

— To dobrze. — Logan kradnie kolejny kawałek kurczaka z mojego talerza, zanim wychodzi z kuchni.

Wcinam resztę jedzenia, a potem wracam na górę, by znaleźć telefon. Czas przycisnąć „Hannah nie na M”.

Rozdział 3

Hannah

— Naprawdę myślę, że ostatnim dźwiękiem powinno być „e” — upiera się Cass. Jest jak zacięta płyta i wyskakuje z tą samą bezsensowną sugestią za każdym razem, gdy kończymy ćwiczyć nasz duet.

Ale ja jestem pacyfistką. Nie wierzę w skuteczność pięści jako metody rozwiązywania problemów. Zorganizowane walki uważam za barbarzyństwo, a sama myśl o wojnie przyprawia mnie o mdłości. A mimo to jestem o włos, by walnąć Cassidy’ego Donovana w twarz.

— To będzie dla mnie za nisko — mówię opanowanym tonem, ale nie udaje mi się ukryć złości.

Cass z rozdrażnieniem przeczesuje falowane, ciemne włosy dłonią i odwraca się do Mary Jane, która wierci się niezręcznie na taborecie przy pianinie.

— Wiesz, że mam rację, MJ — zwraca się do niej błagalnym tonem. — Dalibyśmy czadu, gdybyśmy z Hannah skończyli tym samym dźwiękiem, zamiast robić harmonię.

— Nie, większe wrażenie zrobi właśnie harmonia — upieram się.

Jestem gotowa wyrwać sobie włosy z głowy. Dobrze wiem, do czego zmierza Cass. Chce zakończyć piosenkę, tak by jego głos się wyróżniał, a mój został zepchnięty na drugi plan. Wykręca mi ten gówniany numer, odkąd podjęliśmy decyzję o stworzeniu duetu na zimowy występ.

Gdybym tylko wiedziała, co za pieprzona primadonna z tego Cassa, w życiu nie zgodziłabym się na duet, ale ten dureń zdecydował się pokazać swoje prawdziwe oblicze dopiero po rozpoczęciu prób i teraz jest już za późno, by się wycofać. Zainwestowałam w ten duet zbyt dużo czasu i, szczerze mówiąc, naprawdę pokochałam tę piosenkę. Mary Jane napisała niesamowity utwór i jakaś część mnie naprawdę nie chce jej zawieść. Poza tym mam całkowitą pewność, że kadra woli występy w duecie niż solowe, ponieważ ostatnie cztery stypendia trafiły do duetów. Sędziowie dostają bzika, słysząc skomplikowane harmonie, a ta kompozycja ma ich całe mnóstwo.

— MJ? — dopytuje się Cass.

— Eee…

Widzę, jak ta drobna blondynka topi się pod jego magnetycznym spojrzeniem. Cass tak działa na kobiety. Jest irytująco przystojny i zdarza się, że jego głos brzmi fenomenalnie. Niestety, jest świadom obu atutów i nie ma żadnych skrupułów, by wykorzystywać je na swoją korzyść.

— Może Cass ma rację — mruczy MJ, unikając mojego wzroku podczas tej zdrady. — Może spróbujemy skończyć na „e”, Hannah? Tylko raz, przekonajmy się, co wychodzi lepiej.

„Benedict Arnold!”1 — mam ochotę wrzasnąć, ale gryzę się w język. Podobnie jak ja MJ, jest zmuszona radzić sobie z oburzającymi żądaniami i „znakomitymi” pomysłami Cassa już od tygodni i nie mogę mieć do niej pretensji, że próbuje znaleźć kompromis.

— Dobrze — burczę. — Spróbujmy.

Triumf rozświetla oczy Cassa, ale nie pozostaje tam długo, ponieważ po odśpiewaniu utworu ponownie staje się jasne, że jego sugestia jest do niczego. Zakończenie jest dla mnie o wiele za niskie i zamiast podkreślić cudowny baryton Cassa, mój głos brzmi tak niezręcznie, że odciąga od niego całą uwagę.

— Myślę, że Hannah powinna się trzymać pierwotnej wersji. — Mary Jane spogląda na Cassa i przygryza wargę, jakby bała się jego reakcji.

Ale chłopak, choć arogancki, nie jest głupi.

— Dobra — prycha. — Zrobimy to po twojemu, Hannah.

Zaciskam zęby.

— Dziękuję.

Na szczęście nasza godzina dobiega końca, co oznacza, że salę prób zajmie za chwilę któraś grupa z pierwszego roku. Nade wszystko chcę stąd wyjść, zbieram więc szybko swoje nuty i wślizguję się w dwurzędowy płaszcz. Im mniej czasu muszę spędzić z Cassem, tym lepiej.

Boże, nie znoszę go.

Co za ironia, śpiewamy razem głęboko emocjonalną piosenkę o miłości.

— Ta sama godzina jutro? — przygląda mi się wyczekująco.

— Nie, jutro o szesnastej, pamiętasz? We wtorki wieczorem pracuję.

Niezadowolenie wyostrza jego rysy twarzy.

— Wiesz, że moglibyśmy już dawno wyćwiczyć ten utwór, gdyby twój grafik nie był taki… niedogodny.

Wyginam brwi w łuk.

— Mówi to facet, który odmawia prób w weekendy. A tak się składa, że akurat jestem wolna zarówno w soboty, jak i w niedziele.

Zaciska wargi, a potem wychodzi bez słowa.

Palant.

Za moimi plecami rozlega się ciężkie westchnienie. Odwracam się i uświadamiam sobie, że MJ nadal siedzi przy pianinie i wciąż przygryza wargę.

— Przepraszam, Hannah — mówi cicho. — Kiedy poprosiłam was, byście razem zaśpiewali mój utwór, nie zdawałam sobie sprawy, że Cass będzie taki trudny.

Moja złość topnieje, gdy dostrzegam, jak bardzo MJ jest zdenerwowana.

— Hej, to nie twoja wina — zapewniam ją. — Też się nie spodziewałam, że będzie tak świrował, ale śpiewa niesamowicie, więc po prostu skupmy się na tym, OK?

— Ty też śpiewasz niesamowicie. Dlatego wybrałam was oboje. Nie wyobrażałam sobie, by ktokolwiek inny mógł tchnąć życie w tę piosenkę, wiesz?

Uśmiecham się do niej. To naprawdę słodka dziewczyna, nie wspominając już o tym, że jest najbardziej utalentowaną autorką piosenek, jaką kiedykolwiek spotkałam. Każdy utwór zaprezentowany na popisie musi być skomponowany przez studenta, którego głównym przedmiotem jest pisanie piosenek, i zanim MJ zwróciła się do mnie, planowałam poprosić ją, bym mogła wykorzystać jeden z jej kawałków.

— Obiecuję ci, że zaśpiewamy twoją piosenkę cholernie dobrze, MJ. Ignoruj pieprzone humory Cassa. Myślę, że on po prostu lubi się kłócić.

Śmieje się.

— Tak, pewnie tak. Widzimy się jutro?

— Uhm. Punkt szesnasta.

Macham do niej, a potem opuszczam salę prób i wychodzę na zewnątrz.

Jedną z największych zalet Uniwersytetu Briar jest kampus. Budynki, stare i pokryte plątaniną bluszczu, są ze sobą połączone wybrukowanymi ścieżkami, wzdłuż których rozciągają się rozłożyste wiązy i ławki z kutego żelaza. Uniwersytet jest jednym z najstarszych w kraju i na liście absolwentów znajdują się dziesiątki wpływowych ludzi, a wśród nich niejeden prezydent.

Ale najlepsza rzecz w Briar to bezpieczeństwo. Naprawdę, nasz wskaźnik przestępczości jest bliski zeru, co najprawdopodobniej ma duży związek z uwagą, jaką sprawom bezpieczeństwa studentów poświęca dziekan Farrow. Szkoła inwestuje mnóstwo pieniędzy w monitoring i ochroniarzy, którzy patrolują teren przez dwadzieścia cztery godziny na dobę. Nie żeby to było więzienie. Ochroniarze są życzliwi i nie rzucają się w oczy. Ledwo co ich zauważam, kiedy wędruję po kampusie.

Mój akademik jest pięć minut drogi od budynku, w którym mamy próby, i oddycham z ulgą, przechodząc przez masywne, dębowe drzwi Bristol House. To był długi dzień i jedyne, o czym marzę, to prysznic i zagrzebanie się w łóżku.

Przestrzeń, którą dzielę z Allie, przypomina raczej apartament niż normalny pokój w akademiku, co jest jedną z największych zalet bycia studentem wyższego roku. Mamy dwie sypialnie, małą przestrzeń wspólną i jeszcze mniejszą kuchnię. Jedynym minusem jest łazienka dzielona z czterema innymi dziewczynami na piętrze, ale na szczęście żadna z nas nie jest brudasem, więc toalety i prysznice pozostają nieskazitelnie czyste.

— Hej. Późno wróciłaś. — Współlokatorka wtyka głowę do mojego pokoju i ssie słomkę wystającą ze szklanki. Pije coś zielonego i grudowatego o kompletnie ohydnym wyglądzie, ale to widok, do którego zdążyłam się już przyzwyczaić. Allie od dwóch tygodni „wyciska soki”, co oznacza, że każdego ranka budzi mnie ogłuszający hałas blendera, kiedy przygotowuje te swoje wstrętne płynne posiłki na dzień.

— Miałam próbę. — Ściągam buty kopniakiem i rzucam płaszcz na łóżko, a następnie rozbieram się do bielizny, nie zważając na to, że Allie wciąż stoi w drzwiach.

Dawno, dawno temu byłam zbyt nieśmiała, by rozebrać się przed nią. Kiedy dzieliłyśmy jeden dwuosobowy pokój na pierwszym roku, przez pierwsze kilka tygodni ubierałam się pod kołdrą albo czekałam, aż Allie wyjdzie. Ale jeśli chodzi o uniwerki, to nie istnieje coś takiego jak prywatność i prędzej czy później każdy musi to zaakceptować. Wciąż pamiętam to zawstydzenie, które poczułam, gdy po raz pierwszy zobaczyłam gołe piersi Allie, ale ta dziewczyna nie ma za grosz skromności i kiedy przyłapała mnie na gapieniu się, po prostu mrugnęła okiem i powiedziała: „Mam co trzeba, prawda?”.

Po tym zdarzeniu przestałam się już przejmować tym całym rytuałem pod kocem.

— Słuchaj, tylko…

Jej luzacki wstęp wzbudza moją czujność. Mieszkam z Allie od dwóch lat. Wystarczająco długo, by wiedzieć, że jeśli zaczyna zdanie od „Słuchaj, tylko…”, to zwykle następuje po tym coś, czego wcale nie chcę usłyszeć.

— Hmm? — mówię, chwytając swój szlafrok wiszący na drzwiach.

— W środę wieczorem stowarzyszenie Sigma urządza imprezę u siebie. — Jej niebieskie oczy wypełniają się surowym błyskiem. — Idziesz ze mną.

— Impreza organizowana przez stowarzyszenie studentów? — Jęczę. — Nie ma mowy.

— Jest mowa. — Krzyżuje ręce na piersiach. — Pierwsza sesja za nami, więc nie próbuj użyć tego jako wymówki. I obiecałaś, że w tym roku postarasz się więcej udzielać towarzysko.

Rzeczywiście, obiecałam to, ale… jest pewien problem. Nie lubię imprez.

Na imprezie zostałam zgwałcona.

Boże, jak ja nienawidzę tego słowa. Gwałt. To jedno z niewielu słów, od którego człowieka aż skręca. Jest jak uderzenie w twarz albo wylanie lodowatej wody na głowę. Jest ohydne i demoralizujące. Bardzo się staram, by nie kontrolowało mojego życia. Przepracowałam to, co mi się przydarzyło. Uwierzcie mi, że przepracowałam.

Wiem, że to nie była moja wina. Wiem, że się o to nie prosiłam ani nie zrobiłam nic, by to sprowokować. To nie skradło mojej zdolności ufania ludziom ani nie spowodowało, że obawiam się każdego mężczyzny, który stanie na mojej drodze. Lata terapii pomogły mi zrozumieć, że ciężar winy spoczywa całkowicie na oprawcy. Nie na mnie. Nigdy. I najważniejsza lekcja, której się nauczyłam, to ta, że nie jestem ofiarą — przetrwałam i ocalałam.

Ale nie można powiedzieć, że ta napaść mnie nie zmieniła. Zmieniła mnie całkowicie. Nie bez powodu noszę w torebce gaz pieprzowy, a na numer alarmowy mogę zadzwonić z komórki, używając klawisza skrótu, jeśli idę gdzieś sama w nocy. Nie bez powodu odmawiam picia w miejscach publicznych i nie przyjmuję napojów od kogokolwiek, nawet od Allie, ponieważ zawsze istnieje ryzyko, że mogłaby nieświadomie podać mi drinka, przy którym ktoś coś zmajstrował.

I nie bez powodu staram się nie chodzić na zbyt wiele imprez. Przypuszczam, że to moja wersja zespołu stresu pourazowego. Dźwięk, zapach lub przelotne spojrzenie na coś nieszkodliwego sprawiają, że moje wspomnienia wypływają na powierzchnię. Słyszę ryczącą muzykę, głośną paplaninę i wrzaskliwy śmiech. Czuję zapach nieświeżego piwa i potu. Jestem w tłumie ludzi. I nagle znów mam piętnaście lat i znajduję się z powrotem na imprezie Melissy Mayer, złapana w pułapkę przez swój osobisty koszmar.

Twarz Allie łagodnieje, gdy dostrzega moje zaniepokojenie.

— Robiłyśmy to już wcześniej, Hannah. Będzie jak wtedy. Ani na chwilę nie spuszczę cię z oczu i żadna z nas nie wypije ani kropelki. Obiecuję.

Wstyd ściska mnie w żołądku. Wstyd i żal oraz odrobina szacunku, ponieważ ona jest naprawdę niesamowitą przyjaciółką. Nie musi przecież pozostać trzeźwa i czujna tylko dlatego, bym czuła się bezpiecznie, ale robi tak za każdym razem, kiedy wychodzimy, i bardzo mocno ją za to kocham.

Ale nie znoszę tego, że musi to robić.

— OK — ustępuję, nie tylko ze względu na nią, ale i na siebie. Obiecałam jej, że będę bardziej towarzyska, ale sobie również obiecałam, że wysilę się i spróbuję nowych rzeczy w tym roku. Że zredukuję czujność i przestanę się tak cholernie bać tego, co nowe. Przyjęcie organizowane przez elitę to nie mój sposób na miłe spędzenie czasu, ale kto wie, być może na samym końcu okaże się, że miałam frajdę.

Twarz Allie się rozjaśnia.

— Juhuu! Słuchaj, nawet nie musiałam wyciągać asa z rękawa.

— Jakiego asa? — pytam podejrzliwie.

Kąciki jej ust unoszą się w uśmiechu.

— Justin też tam będzie.

Mój puls przyspiesza.

— Skąd wiesz?

— Ponieważ wpadliśmy na niego z Seanem w jadalni i sam powiedział, że tam będzie. Przypuszczam, że cała masa mięśniaków zaplanowała, że się pojawi.

Patrzę na nią gniewnie.

— On nie jest mięśniakiem.

— Och, sama tylko zobacz, jaka jesteś słodka, bronisz futbolisty. Poczekaj tylko, sprawdzę, czy mi kaktus wyrósł na ręce.

— Ha, ha.

— Serio, Han, to dziwne. Tylko nie zrozum mnie źle. Całą sobą popieram, że się w kimś zabujałaś. Przecież minął już chyba rok od zerwania z Devonem? Tyle że ja po prostu nie rozumiem, dlaczego akurat ty zadurzyłaś się w sportowcu.

Cała aż sztywnieje.

— Justin jest… on nie jest jak cała reszta. On jest inny.

— I mówi to dziewczyna, która nie zamieniła z nim jednego słowa.

— On naprawdę jest inny — obstaję przy swoim. — Jest spokojny, poważny i z tego, co widziałam, nie leci na wszystko, co nosi spódnicę, jak jego kumple. Och, a do tego jest mądry. Widziałam, jak czytał Hemingwaya na dziedzińcu w zeszłym tygodniu.

— Najprawdopodobniej to była lektura.

— Wcale nie.

Mruży oczy.

— A skąd niby wiesz?

Czuję, że moje policzki zalewają się rumieńcem.

— Jakaś dziewczyna zapytała go o to na zajęciach i powiedział jej, że Hemingway to jego ulubiony autor.

— O mój Boże. Podsłuchujesz jego rozmowy? Te twoje metody. — Allie wzdycha głęboko. — No dobra, to by było na tyle. W środę wieczorem przeprowadzisz prawdziwy dialog z tym facetem.

— Może — mówię wymijająco. — Jeśli nadarzy się okazja…

— Już ja się postaram, żeby się nadarzyła. Mówię poważnie. Nie wyjdziemy stamtąd, póki nie zagadasz do Justina. Nawet jeśli będzie to po prostu: „Hej, jak się masz?”. Będziesz z nim gadać. — Wystawia palec w powietrze. — Kapujesz?

Cicho chichoczę.

— Kapujesz? — powtarza ostrym tonem.

Po krótkiej chwili wzdycham pokonana.

— Kapuję.

— To dobrze. A teraz pospiesz się, weź prysznic i obejrzyjmy kilka odcinków Mad Men, zanim zaśniemy.

— Jeden odcinek. Jestem zbyt zmęczona na więcej. — Szczerzę się do niej. — Kapujesz?

— Kapuję — mruczy niezadowolona, zanim tanecznym krokiem opuści mój pokój.

Podśmiewając się pod nosem, zbieram resztę przyborów pod prysznic, ale coś znowu mnie rozprasza — ledwo co zrobiłam dwa kroki do drzwi, a z mojej torebki dobiega kocie miauczenie. Wybrałam to przenikliwe zawodzenie na sygnał przychodzących wiadomości, ponieważ jako jedyny był na tyle denerwujący, że przykuwał moją uwagę.

Odkładam kosmetyczkę na komodę, przetrząsam torebkę, aż trafiam na komórkę i przebiegam wzrokiem po wyświetlaczu.

Hej. Tu Garrett. Chciałem uzgodnić detale dotyczące korków.

O kurde.

Sama nie wiem, czy mam się śmiać, czy płakać. Ten chłopak jest nieustępliwy, to muszę mu przyznać. Wzdychając, szybko odpowiadam, krótko i ani trochę słodko.

Ja: Skąd masz mój numer?

On: Z listy członków koła naukowego.

Kurde. Zapisałam się do tej grupy na początku semestru, zanim Cass zdecydował, że musimy ćwiczyć w poniedziałki i środy, dokładnie w tych godzinach, kiedy spotyka się koło.

Kolejna wiadomość wyskoczyła, zanim zdążyłam odpowiedzieć, i ktokolwiek stwierdził, że niemożliwością jest odgadnięcie tonu głosu, jakim autor wiadomości wygłosiłby swój tekst, mylił się całkowicie. Ton Garretta jest pełen irytacji.

On: Gdybyś się pojawiła na zebraniu, nie musiałbym do ciebie pisać.

Ja: Wcale nie musisz do mnie pisać. Właściwie to wolałabym, żebyś tego nie robił.

On: Co jeszcze musi się stać, żebyś powiedziała „tak”?

Ja: Absolutnie nic.

On: Świetnie. Więc się zgadzasz? Uwalniam powstrzymywany dotąd jęk.

Ja: Nie ma takiej opcji.

On: Jutro wieczorem? Jestem wolny od ósmej.

Ja: Nie mogę. Mam hiszpankę. Bardzo zaraźliwa. Właśnie uratowałam ci życie, kolego.

On: Oj. Doceniam troskę. Ale jestem odporny na zarazę, która wykończyła miliony ludzi pomiędzy rokiem 1918 a 1919.

Ja: Niby skąd tyle wiesz o pandemiach?

On: Historia to mój główny przedmiot, kochanie. Znam całe tony bezużytecznych faktów. Fuj, znowu to „kochanie”? W porządeczku. Najwyraźniej czas z tym skończyć, zanim przejdzie do flirtu.

Ja: No nic, miło się gawędziło. Powodzenia na poprawce. Mija kilka sekund i gdy Garrett nie odpowiada, gratuluję sobie, że udało mi się go spławić.

Już prawie wychodzę z pokoju, gdy mój telefon oznajmia miauczeniem przyjście ememesa. Wbrew przeczuciom załadowuję zdjęcie i moment później goła klatka piersiowa wypełnia ekran. Aha. Mówię o gładkiej, opalonej skórze, wyrzeźbionych mięśniach piersiowych i najbardziej napiętym kaloryferze na brzuchu, jaki w życiu widziałam.

Nie potrafię powstrzymać głośnego prychnięcia.

Ja: Kurwa mać. Czyś ty mi przysłał zdjęcie swojej klatki piersiowej?

On: Aha. Podziałało?

Ja: Jeśli miało mnie obrzydzić, to tak. Pełen sukces!

On: Miało cię przekonać. Próbuję się podlizać.

Ja: Idź się podlizywać komuś innemu. PS: Udostępnię to zdjęcie na moim bri. Oczywiście chodzi mi o MyBriar, nasz uczelniany odpowiednik Facebooka, na którym siedzi dziewięćdziesiąt pięć procent studentów.

On: Nie krępuj się. Uszczęśliwisz mnóstwo lasek.

Ja: Zapomnij o tym numerze telefonu, kolego. Mówię poważnie. Nie czekam na odpowiedź. Po prostu rzucam telefon na łóżko i idę wziąć prysznic.

Benedict Arnold — uczestnik wojny o niepodległość Stanów Zjednoczonych, generał armii kontynentalnej; symbolizuje zdradę, w której wyniku doszło do poddania Brytyjczykom fortu w West Point (przyp red). [wróć]

Rozdział 4

Hannah

Uniwersytet Briar jest oddalony o osiem kilometrów od miasteczka Hastings w stanie Massachusetts, które ma jedną główną ulicę i zaledwie ze dwa tuziny sklepów i restauracji. Miasto jest maleńkie — to cud, że zdołałam tam zdobyć pracę na pół etatu, za co codziennie dziękuję moim szczęśliwym gwiazdom, ponieważ większość studentów zmuszona jest odbywać godzinną podróż samochodem do Bostonu, jeśli chcą pracować w trakcie roku akademickiego.

W moim wypadku to albo dziesięciominutowa jazda autobusem, albo pięciominutowa przejażdżka samochodem i już jestem w Della’s, taniej restauracji, w której pracuję jako kelnerka od pierwszego roku studiów.

Dzisiaj mam szczęście i jadę samochodem. Dogadałam się w tej kwestii z Tracy, jedną z dziewczyn mieszkających na tym samym piętrze w akademiku. Mogę brać jej samochód za każdym razem, gdy ona go nie używa, pod warunkiem że oddam go z pełnym bakiem. To słodki układ, szczególnie w zimie, gdy cała okolica zamienia się w pokryte śniegiem lodowisko.

Nieszczególnie lubię swoją pracą, ale to nie znaczy, że jej nienawidzę. Jest dobrze płatna i blisko kampusu, więc tak naprawdę nie mogę narzekać.

Odwołuję ostatnie słowa: dziś wieczorem mogę narzekać, ponieważ trzydzieści minut przed końcem zmiany przy jednym z moich stolików spotykam Garretta Grahama.

Nie żartuję.

Czy ten facet kiedykolwiek się poddaje?

Nie pali mi się, by do niego podejść i go obsłużyć, ale nie mam wyboru. Lisa, inna kelnerka na zmianie, zajmuje się obsługiwaniem członków wydziału siedzących przy stoliku po drugiej stronie sali, a szefowa, Della, uwija się za błękitnym bufetem z plastikowego laminatu i serwuje kawałki ciasta z orzechami pekan trzem dziewczynom z pierwszego roku siedzącym na wysokich, obrotowych taboretach.

Zaciskam szczęki i maszeruję do Garretta, dając jasno do zrozumienia swoją niechęć, kiedy spotykam jego błyszczące, szare oczy. Przesuwa dłonią po krótko przyciętych włosach i uśmiecha się półgębkiem.

— Hej, Hannah. Co za niespodzianka spotkać cię tutaj.

— Taa, niespodzianka — mamroczę, wyszarpując notatnik z kieszeni fartucha. — Co zamawiasz?

— Korepetytorkę.

— Przykro mi, nie mamy tego w menu. — Uśmiecham się słodko. — Serwujemy za to świetne ciasto z orzechami pekan.

— Wiesz, co robiłem wczoraj wieczorem? — pyta, nie zwracając uwagi na sarkazm.

— Tak. Nękałeś mnie esemesami.

Przewraca oczami.

— Przed tym.

Udaję, że się nad tym zastanawiam.

— Hm… Bzyknąłeś się z cheerleaderką? Nie, spiknąłeś się pewnie z dziewczynami z żeńskiej drużyny hokejowej. Nie, czekaj, one nie są dla ciebie wystarczająco głupiutkie. Będę się trzymać pierwszej myśli — cheerleaderka.

— Członkini stowarzyszenia, tak naprawdę — mówi zadowolony z siebie. — Ale mnie chodzi o to, co robiłem jeszcze wcześniej. — Podnosi jedną ciemną brew. — Ale intrygujące jest to twoje zainteresowanie moim życiem seksualnym. Chętnie podzielę się z tobą szczegółami innym razem, jeśli chcesz.

— Nie chcę.

— Innym razem — powtarza z lekceważeniem, krzyżując dłonie na obrusie w niebiesko-białą kratkę.

Ma duże dłonie z długimi palcami, krótkie paznokcie i zaczerwienione, popękane knykcie. Zastanawiam się, czy uczestniczył niedawno w bójce, ale potem uświadamiam sobie, że zniszczone knykcie to prawdopodobnie sprawka hokeja.

— Wczoraj poszedłem na zajęcia koła naukowego — informuje mnie. — Przyszło tam osiem osób i wiesz może, jaka była najwyższa ocena w grupie? — Wyrzuca z siebie odpowiedź, zanim zdążę zaryzykować strzał. — Dostateczny plus. A nasza wspólna średnia wynosiła poniżej progu zaliczenia. Jak niby mam zdać poprawkę, jeśli będę się uczył z ludźmi tak samo tępymi jak ja? Potrzebuję cię, Wellsy.

Wellsy? Czy to przezwisko? I skąd, do diabła, on wie, że nazywam się Wells? Nigdy mu nie mówiłam… ech. Ta pieprzona lista z zapisami.

Garrett zauważa moje zdziwione spojrzenie i ponownie wygina brew.

— Dużo się o tobie dowiedziałem na zajęciach koła. Dostałem twój numer telefonu, pełne imię, a nawet wiem, gdzie pracujesz.

— Gratuluję, jesteś rasowym stalkerem.

— Nie, jestem po prostu skrupulatny. Lubię wiedzieć, z czym muszę się zmierzyć.

— Jezusie miłosierny! Nie będę ci dawać korepetycji, dobra? Idź zawracać głowę komuś innemu. — Wskazuję na menu przed nim. — Zamawiasz coś? Bo jeśli nie, to odejdź, proszę, i pozwól mi pracować w spokoju.

— Jezusie miłosierny? — Garrett parska śmiechem, zanim sięga po zalaminowaną kartę menu i rzuca na nią pobieżnie okiem. — Podwójna kanapka z indykiem. — Odkłada menu, potem chwyta je ponownie. — I cheeseburger z podwójnym bekonem. Bez frytek. A właściwie zmieniam zdanie, z frytkami. I dodatkowo talerz z krążkami cebulowymi.

Omal mi szczęka nie opadła na podłogę.

— Naprawdę chcesz to wszystko zjeść?

— Oczywiście — szczerzy się. — Przecież jestem chłopcem i wciąż rosnę.

Chłopcem? Z całą pewnością nie. Dopiero teraz to dostrzegam — prawdopodobnie dlatego, że dotąd głównie skupiałam się na jego nieznośnym zachowaniu — ale Garrett Graham jest w pełni mężczyzną. Nie ma w nim nic chłopięcego, nie w tych wyrzeźbionych, atrakcyjnych rysach ani w wysokiej sylwetce czy masywnej klatce piersiowej, która nagle staje mi przed oczami, bo przypominam sobie wczorajsze zdjęcie.

— Wezmę jeszcze kawałek ciasta z orzechami pekan, a do picia napój Dr Pepper. A, i trochę korepetycji.

— Tego nie ma w menu — odpowiadam wesoło. — A cała reszta będzie za chwilę.

Zanim zdąży zaoponować, opuszczam jego stolik i idę przekazać zamówienie Julio, naszemu dzisiejszemu kucharzowi. Nanosekundę później przybiega do mnie Lisa i mówi przyciszonym głosem:

— O mój Boże, czy wiesz, kto to jest?

— No.

— To Garrett Graham.

— Wiem — odpowiadam oschle. — Dlatego powiedziałam „no”.

Lisa wygląda na oburzoną.

— Co z tobą nie tak? Dlaczego nie skaczesz do nieba? Garrett Graham siedzi właśnie przy twoim stoliku. Rozmawiał z tobą.

— Jasna cholera, naprawdę? To znaczy widziałam, że porusza ustami, ale nie zdawałam sobie sprawy, że mówił.

Wywracam oczami i podchodzę do stoiska z napojami, by przygotować zamówienie Garretta. Nie patrzę w jego kierunku, ale czuję, jak te szarodymne oczy śledzą każdy mój ruch. Najprawdopodobniej wysyła mi telepatycznie rozkazy, bym dała mu korepetycje. Cóż, ma facet pecha. Nie ma szans, bym marnowała tę odrobinę wolnego czasu na zawodnika uniwersyteckiej drużyny hokeja, któremu się wydaje, że jest gwiazdą rocka.

Lisa podąża za mną, nie zważając na mój sarkazm, i wciąż nawija o Grahamie.

— On jest taki cudowny. Po prostu niesamowicie cudowny. — Zniża głos do szeptu. — I słyszałam, że jest niesamowity w łóżku.

Parskam śmiechem.

— Pewnie sam zaczął rozsiewać te plotki.

— Nie, powiedziała mi Samantha Richardson. Spiknęła się z nim w zeszłym roku na piwnej imprezie Theta. Mówiła, że to był najlepszy seks w jej życiu.

Nie znajduję odpowiedzi, ponieważ życie seksualne jakiejś dziewczyny nie obchodzi mnie w najmniejszym stopniu. Zamiast tego wzruszam ramionami i podaję jej puszkę z napojem Dr Pepper.

— Wiesz co? Może to ty zaniesiesz mu to do stolika?

Lisa zasapała w taki sposób, jakbym właśnie wręczyła jej czek na pięć milionów dolarów.

— Jesteś pewna?

— Aha. Jest cały twój.

— O mój Boże. — Robi krok do przodu, przez chwilę zastanawia się, czy mnie nie objąć, ale potem szybuje spojrzeniem w stronę Garretta i wydaje się, że przemyślała zamiar zaafiszowania swej okropnie bezzasadnej radości.

— Jestem ci za to bardzo wdzięczna, Han.

Mam ochotę powiedzieć jej, że właściwie wyświadcza mi przysługę, ale ona już pędzi do stolika, by czekać na rozkazy księcia. Obserwuję z rozbawieniem, jak Garrett chmurzy się na widok Lisy. Unosi szklankę, którą postawiła przed nim, potem spotyka mój wzrok i przechyla głowę, jakby mówił: „Nie pozbędziesz się mnie tak łatwo”.

Garrett

Nie pozbędzie się mnie tak łatwo.

Najwyraźniej Hannah Wells nie miała do czynienia ze sportowcami. Jesteśmy bardzo uparci. Co jeszcze łączy nas wszystkich? Otóż nigdy, przenigdy się nie poddajemy.

Pomóż mi, Boże, bo zamierzam przekonać tę dziewczynę, by mi dała korki, choćbym miał umrzeć.

Wprawdzie teraz, gdy Hannah zamieniła się z inną kelnerką, minie sporo czasu, zanim znów będę miał sposobność bronić swojej sprawy. Przez następne dwadzieścia minut znoszę ewidentny flirt i nieskrywane zainteresowanie brunetki z lokami, która mnie obsługuje. Zachowuję się w stosunku do niej uprzejmie, ale nie odpowiadam flirtem, ponieważ jedyną osobą, którą się interesuję dziś wieczorem, jest Hannah. Moje spojrzenie przywarło do niej niczym klej, kiedy dziewczyna uwija się, obsługując klientów. Nie mam pewności, że gdy spuszczę z niej wzrok, natychmiast nie rzuci się do ucieczki.

Jej mundurek jest nawet seksowny, jeśli mam być szczery. Bladoniebieska sukienka z białym kołnierzykiem, duże guziki z przodu i krótki biały fartuszek dookoła talii. Wygląda jak kostium wzięty prosto z filmu Grease, co, jak sądzę, ma sens, biorąc pod uwagę, że Della’s to knajpka w stylu lat pięćdziesiątych. Łatwo mi sobie wyobrazić Hannah Wells wpasowującą się w tamte czasy. Ma ciemne, lekko falowane włosy do ramion, a zaczesaną na bok grzywkę spięła niebieską spinką, co nadaje całej fryzurze staromodny charakter.

Obserwując ją w pracy, zastanawiam się, jaka jest jej historia. Rozpytywałem w kole naukowym, ale nikt nie wiedział o niej zbyt dużo. Jeden chłopak powiedział, że Hannah pochodzi z małego miasta na Środkowym Zachodzie. Ktoś inny mówił, że chodziła z jakimś chłopakiem z zespołu przez cały drugi rok. Poza tymi dwoma mizernymi detalami jest dla mnie całkowitą tajemnicą.

— Czy mogę zaproponować coś jeszcze? — pyta gorliwie moja kelnerka.

Patrzy na mnie tak, jakbym był jakimś celebrytą albo innym szajsem, ale jestem przyzwyczajony do poświęcanej mi pełnej uwielbienia uwagi. Fakt: jeśli jesteś kapitanem drużyny hokejowej z pierwszej ligi, która wygrała dwa razy z rzędu krajowe tytuły, to ludzie wiedzą, kim jesteś. A kobiety chcą cię pieprzyć.

— Nie, dzięki. Rachunek proszę.

— Och. — Jej rozczarowanie jest oczywiste. — Pewnie. Zaraz przyniosę.

Zanim odchodzi, zwracam się do niej z oschłym pytaniem.

— Wiesz może, kiedy Hannah kończy zmianę?

Rozczarowanie na jej twarzy zamienia się w niedowierzanie.

— Dlaczego pytasz?

— Jesteśmy razem w grupie. Chciałbym z nią porozmawiać o zadaniu.

Twarz brunetki odpręża się, ale w jej oczach wciąż widać cień podejrzliwości.

— Skończyła już, ale nie może wyjść, dopóki jej stoliki nie opustoszeją.

Spoglądam na jedyny zajęty stolik w knajpie, przy którym siedzi para w średnim wieku. Mężczyzna właśnie wyjął portfel, a jego żona zerka na rachunek przez okulary w rogowej oprawie.

Płacę za jedzenie, żegnam moją kelnerkę i kieruję się na zewnątrz, by zaczekać na Hannah. Pięć minut później starsza para opuszcza restaurację tanecznym krokiem. Minutę potem ukazuje się Hannah i jeśli dostrzega mnie czającego się przy drzwiach, nie daje tego po sobie poznać. Po prostu zapina płaszcz i rusza wzdłuż budynku.

Nie tracę ani chwili i pędzę za nią.

— Wellsy, poczekaj.

Odwraca się przez ramię i marszczy czoło.

— Na miłość boską, nie udzielę ci tych lekcji!

— Oczywiście, że udzielisz. — Wzruszam ramionami. — Muszę się tylko dowiedzieć, co chcesz w zamian.

Hannah okręca się niczym ciemnowłose tornado.

— Chcę nie udzielać ci korepetycji. Tego właśnie chcę.

— No dobra, to jasne, że nie interesują cię pieniądze — dumam na głos, jakby się nie odezwała. — W takim razie musi być coś innego. — Rozważam to przez chwilę. — Alkohol? Trawka?

— Nie i nie, odwal się.

Znów zaczyna maszerować, jej białe trampki uderzają o chodnik, gdy zmierza w kierunku placu wysypanego żwirem obok restauracji. Najkrótszą drogą zmierza ku srebrnej toyocie z nadwoziem typu hatchback, zaparkowanej tuż obok mojego jeepa.

— No dobra, coś mi się wydaje, że narkotyki to nie twoja bajka.

Podchodzę za nią do drzwi od strony kierowcy, ale ona mnie kompletnie ignoruje; otwiera samochód i rzuca torebkę na siedzenie pasażera.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki