Uduszeni - Beth Gardiner - ebook + książka

Uduszeni ebook

Beth Gardiner

3,3

Opis

W Polsce z jego powodu umiera kilkadziesiąt tysięcy osób rocznie. Na całym świecie zanieczyszczone powietrze zabija siedem milionów ludzi. Więcej niż palenie papierosów. Podwyższa ryzyko wystąpienia udarów, zawałów serca, nowotworów, przyczynia się do przedwczesnych porodów, występowania demencji, astmy i wielu innych schorzeń. To wszystko już teoretycznie wiemy. Ale co możemy zrobić?

Beth Gardiner - amerykańska dziennikarka, obecnie mieszkająca w Londynie, publikuje w „The New York Times”, „The Guardian”, „National Geographic”, „Time” i „The Wall Street Journal”. Zajmuje się zdrowiem, środowiskiem i zrównoważonym rozwojem.

Zwiedziła w zasadzie cały świat (w tym Kraków, któremu poświęciła osobny rozdział), by poznać temat smogu z każdej strony. Rozmawiała z naukowcami, działaczami środowiskowymi, politykami i zwykłymi ludźmi. Pokazuje, że problem zanieczyszczonego powietrza, choć wspólny dla całej ludzkości, w różnych krajach wygląda jednak inaczej, inaczej się o nim mówi i pisze. Skupia się na realistycznych rozwiązaniach i inspirujących historiach ludzi walczących o zdrowszą przyszłość.
Napisała książkę, która stanowi ważny głos w dyskusji o jednym z najistotniejszych problemów naszych czasów.

 

Około siedmiu milionów ludzi umrze przedwcześnie w tym roku z powodu zanieczyszczenia powietrza. Gardiner podróżuje do najbardziej smogowych miejsc na ziemi, aby zbadać tę ponurą statystykę i wyjaśnić, co można zrobić, aby ją zmienić. „Uduszeni” to fascynująca książka na kluczowy temat. – Elizabeth Kolbert, zdobywczyni Nagrody Pulitzera, autorka „Szóstego wymierania” 

Potężna opowieść Gardiner o tym, jak powietrze, którym oddychamy, wpływa na nasze ciała, nie mogła być bardziej aktualna. „Uduszeni” opowiadają porywającą, złożoną historię pełną niezapomnianych postaci – z udziałem jednego z najbardziej śmiercionośnych złoczyńców wszech czasów – smogiem. Naświetla niektóre niepokojące elementy rzeczywistości, ale daje nam również nadzieję, pokazując, co możemy zrobić, aby oczyścić powietrze. To niezbędna lektura. – Arnold Schwarzenegger

Gardiner jest subtelna, ale ostra w swoich osądach. Zajmuje się istotą prawdziwego życia, a także elementami, które często je niszczą. Nie można prosić o lepszy przewodnik dla zaniepokojonych obywateli. – Guardian

Poruszająca. (...) Stawiając ludzką twarz za problemem zanieczyszczenia środowiska, Gardiner pokazuje nam jego dewastację z bliska, wywołuje realny strach, ale także potrzebę poprawy życia. – Washington Post

Znakomita. (...) Ważna książka. Polecam wszystkim, których interesuje, to czym oddychają. – Science Magazine

Ponadczasowa, wymowna i niepokojąca. – Nature

 

Książkę polecają:

Polski Alarm SmogowyKrakowski Alarm SmogowyPolska Zielona Sieć,  Kwartalnik PrzekrójBlog "To tylko teoria"Stoer Media

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 472

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Beth Gardiner

Uduszeni. Toksyczna prawda o powietrzu, którym oddychamy

Tytuł oryginału: Choked. Life and Breath in the Age of Air Pollution

Copyrights © 2019 by Beth Gardiner

Copyrights for the Polish edition and translation © 2019 by Grupa Wydawnicza Relacja sp. z o.o.

Przekład: Anna Rogozińska et al.

Redakcja: Anna Dudało

Korekta: Kamila Wrzesińska

Projekt okładki: Ewelina Malinowska

ISBN 978-83-66329-71-3

Wydawnictwo Relacja

ul. Łowicka 25 lok. P-3

02-502 Warszawa

www.relacja.net

Danowi i Annie

PrologWDECHZnaczenie oddychania

Ludzki oddech zaczyna się na najdalszych obszarach mózgu, gdzie – daleko od miejsca, w którym kryje się świadomość – następuje regulacja najbardziej podstawowych i niezbędnych funkcji organizmu. Tuż pod miejscem, w którym kręgosłup łączy się z czaszką, maleńkie receptory wykrywają wzrost poziomu dwutlenku węgla i wysyłają impuls do znajdujących się w pobliżu skupisk neuronów. Od 12 do 20 razy na minutę, jakieś 20 tysięcy razy dziennie, miliony razy na rok, bez przerwy i o jeden dzień dłużej, od pierwszego krzyku noworodka do ostatniej chwili życia te neurony bombardują sygnałami mięśnie przepony i klatki piersiowej, wymuszając skurcz.

Wiadomość dotarła do adresata. Przepona o budowie przypominającej kopułę ulega spłaszczeniu, a żebra przesuwają się w górę i na boki. W miarę jak rozszerza się jama klatki piersiowej, w jej wnętrzu następuje spadek ciśnienia, wskutek czego ma miejsce napływ powietrza przez nos i usta. W dół po tylnej części gardła, ponad krtanią, powietrze podąża swoją ścieżką coraz dalej, w głąb ludzkiego ciała.

Dla nieuzbrojonego oka płuca to niewyróżniające się niczym szczególnym kawałki różowej, gąbczastej tkanki. Ich wyjątkowość ujawnia się dopiero wtedy, kiedy się rozprężają, nadmuchując przy tym jak balony, choć w znacznie szybszy i bardziej dramatyczny sposób. Na wystylizowanych ilustracjach w podręcznikach medycyny płuco przypomina odwrócone do góry nogami drzewo, w symetryczny sposób skonstruowany labirynt, którego gałęzie robią się coraz mniejsze, dzieląc się na miliony maleńkich gałązek.

Dopiero z bliska widać w pełni całą elegancką misterność tej struktury. Pierwszym, któremu udało się ją ujrzeć, był pochylony nad mikroskopem siedemnastowieczny anatom włoski, Marcello Malpighi. Do tamtej pory nawet najtęższe medyczne umysły były przekonane, że powietrze miesza się z krwią od razu po dotarciu do płuc. Odkrycie Malpighiego jest dziś biologiczną oczywistością, o której naucza się w podstawówkach: wdychane powietrze wypełnia pęcherzyki płucne, które skupiają się na końcu dróg oddechowych jak miniaturowe grona winorośli. W obu płucach znajduje się jakieś 300 milionów pęcherzyków płucnych, a ich całkowitą powierzchnię często przyrównuje się pod względem wielkości do kortu tenisowego. Oddzielone od nich nabłonkiem o grubości mniejszej niż setna część włosa, maleńkie naczynia włosowate przenoszą krew ubogą w tlen, lecz pełną dwutlenku węgla. Gazy śpieszą, by przedostać się przez barierę, a cząsteczki tlenu wiążą się z hemoglobiną, aby następnie pognać w kierunku serca, gotowe, by dostarczono je tam, gdzie ich naprawdę potrzeba.

Jak wiele innych mechanizmów ludzkiego ciała, oddychanie jest zarazem niewiarygodnie proste i cudownie złożone; znajduje się w stanie delikatnej równowagi, a jednocześnie jest niezwykle wytrzymałe. W przeciwieństwie do innych niezbędnych funkcji organizmu, takich jak bicie serce czy perystaltyka trawienia, oddech można też kontrolować w sposób świadomy, kiedy się śmiejemy, mówimy, wstrzymujemy go lub nurkujemy do wody.

Płuco jest także miejscem podatnym na ataki. I choć ma swoje mechanizmy obronne – śluz, który wyłapuje niektóre zanieczyszczenia, oraz przypominające włosy rzęski, które mają wymieść te pozostałe – to właśnie tędy świat zewnętrzny przenika do samego centrum naszego ciała. Bariery ochronne zostają w tyle, a powietrze i wszystko to, co się w nim znajduje, przedostają się aż na sam brzeg układu krwionośnego.

Pozbawieni mikroskopów i wiedzy o składzie powietrza, starożytni na próżno starali się zrozumieć, jak i dlaczego przebiega ta w tak oczywisty sposób niezbędna funkcja organizmu. Arystoteles, sam syn medyka, uważał, że proces oddychania wyzwala ciepło życiowe, którego źródłem jest wewnętrzny ogień. Musiały minąć całe tysiąclecia, by na dobre naprawić podobne błędne przekonania, ale jedno filozof i jemu współcześni rozumieli dobrze: całe nasze istnienie zależy od powietrza. „Ci, co umierają, wydychają” – pisze Arystoteles – „więc zaczynają się one [te dwie czynności, wdychanie i wydychanie] z konieczności od wdychania”1.

***

Kiedy byłam dzieckiem, nie zastanawiałam się często nad znaczeniem czy mechaniką oddechu. Do piątego roku życia mieszkałam w Fort Lee w stanie New Jersey, w mieszkaniu z widokiem na wjazd na most George’a Waszyngtona. Zawsze było to – i pozostaje nim do tej pory – cieszące się złą sławą miejsce, w którym od niepamiętnych czasów tworzyły się korki; to tutaj płatna autostrada New Jersey łączy się z wiązką innych dróg szybkiego ruchu. Mieszkańcy przedmieść w drodze do biurowców w centrum Nowego Jorku poruszali się z żółwią prędkością w sąsiedztwie ciężarówek udających się na północ drogą I-95, która przebiega wzdłuż całego Wschodniego Wybrzeża, i czekających, by przebić się przez miasto. Były wczesne lata siedemdziesiąte, narodziny świadomości ekologicznej, czas, gdy amerykańskie samochody generowały nieskończenie więcej zanieczyszczeń niż teraz, a ich paliwo pełne było ołowiu, siarki oraz innych niebezpiecznych toksyn. Wraz z moimi rówieśnikami – Jenniferami, Davidami i Lisami mieszkającymi w tym samym budynku – wdychałam to wszystko do płuc, kiedy biegaliśmy i skakaliśmy na wylanym betonem placu zabaw za domem.

Wiele lat później, kiedy przekroczyłam już dwudziestkę, przyglądałam się autobusom przecinającym miasto, które przejeżdżały chybotliwie pod moim mieszkaniem na Manhattanie, wracając z Central Parku, to znów kierując się w jego stronę. Kiedy zabierałam się za sprzątanie, brud pokrywający parapet okienny osadzał się na dużych zwitkach papierowych ręczników. Trzeba było przejechać po nim kilka razy, zużywając przy tym duże ilości detergentów, aby przywrócić biel farbie na parapecie.

W wieku 30 lat przeprowadziłam się do Londynu z uroczym Brytyjczykiem, który skradł moje serce. Przez 18 lat – ponad połowę z nich w towarzystwie naszej rozgadanej, energicznej córeczki – wdychaliśmy spaliny samochodów, które zanieczyszczają powietrze tego miasta. Smog w Londynie to tylko jeden z elementów składających się na katastrofę zdrowotną, która dotyka całą Europę, podważając reputację kontynentu, który szczyci się swoją ekologiczną postępowością. Zapach spalin czuję, kiedy wychodzę z domu załatwić sprawunki, spotkać się z koleżanką na kawę albo odprowadzić Annę do szkoły. Chmury zanieczyszczeń owiewają nasze twarze. Po kilkunastu minutach spędzonych na ruchliwej ulicy często zaczyna mnie pobolewać głowa.

Przez długi czas to paskudne powietrze powodowało co najwyżej moją irytację. Ale z czasem, kiedy zaczęłam rozumieć głębokie skutki jego oddziaływania na ludzkie ciało, moje podejście się zmieniło. Ustąpiło miejsca ciągłemu zamartwianiu się i lękowi o zdrowie mojej córki oraz mnie samej.

Oczywiście staram się ją chronić tak, jak umiem najlepiej. Ale nie potrafię przecież wpłynąć na otaczające nas powietrze ani w magiczny sposób sprawić, że przestaniemy żyć w samym środku dieslowego koszmaru. Dlatego mój lęk coraz częściej zamienia się w gniew. Czasami przybiera postać kapryśnego zaprzeczania, że zagrożenie istnieje. Dzieje się tak wtedy, kiedy rodzicielska potrzeba ochrony bezbronnego dziecka musi stawić czoła rzeczywistości, w której jest się jednostką bezradną wobec sił znajdujących się poza jej kontrolą. Właśnie to ciągłe rozchwianie emocji skierowało mnie na ścieżkę do napisania tej książki.

Dzięki temu dowiedziałam się, że nieczystości, którymi wraz z rodziną oddycham, to tylko jeden z wątków w znacznie bardziej złożonej historii. Na całym świecie, od Fort Lee po Frankfurt, od Karaczi po Kalifornię, brudne powietrze jest przyczyną siedmiu milionów przedwczesnych zgonów rocznie2. To więcej niż AIDS, cukrzyca i wypadki samochodowe razem wzięte, co sprawia, że mamy tu do czynienia z najpoważniejszym na świecie zagrożeniem środowiskowym dla zdrowia3. Nowe dane sugerują, że ta liczba może być jeszcze wyższa, umieszczając zanieczyszczenie powietrza w ścisłej czołówce światowych zabójców4. Ponad 40 procent Amerykanów wdycha ilość spalin niebezpieczną dla zdrowia5. W Wielkiej Brytanii zagrożeniem dla zdrowia większym od zanieczyszczenia powietrza jest tylko palenie papierosów – to pierwsze jest przyczyną nawet jednej piątej wszystkich zgonów w moim nowym miejscu zamieszkania6. W całej Europie wskutek oddziaływania zanieczyszczeń powietrza ginie ponad piętnaście razy więcej osób niż w wypadkach samochodowych7. Nic nie jest tak podstawowe i niezbędne dla ludzkiego życia jak powietrze, którym oddychamy. Mimo to właśnie powietrze truje nas po cichu zarówno w krajach zamożnych, jak i w tych ubogich.

Nie chodzi tylko o oczywiste dolegliwości w rodzaju astmy czy zapalenia oskrzeli. W ciągu ostatnich 15 lat bardzo szybko pogłębiło się naukowe rozumienie negatywnych skutków oddziaływania zanieczyszczeń powietrza. Silny materiał dowodowy widzi w nich dziś przyczynę długiej – i ciągle rosnącej – listy dolegliwości zdrowotnych, na której znajdziemy między innymi ataki serca, udary mózgu, uszkodzenia płodu, wiele rodzajów raka, demencję, cukrzycę oraz chorobę Parkinsona.

Niedaleko miejsca, w którym się wychowałam, choć wiele lat później, badacze wykorzystali okazję do przyjrzenia się powstałemu w sposób naturalny eksperymentowi, gdy na drogach szybkiego ruchu w stanach New Jersey i Pensylwania staromodne punkty poboru opłat, w których płaciło się gotówką pracownikowi autostrady lub wrzucało monety do skarbonki, zastąpiono nowoczesną technologią, która pobiera opłatę automatycznie w momencie przejazdu obok czujnika. Ta zamiana doprowadziła do ogromnego zmniejszenia kolejek przy punktach poboru myta, a badacze odkryli, że liczba przedwczesnych urodzeń u kobiet mieszkających w odległości do dwóch kilometrów od lokalizacji, w której znajdowały się dawne punkty poboru, zmniejszyła się o około 9 procent8. I choć jest to zmiana na lepsze, to zwróciła ona uwagę na istnienie niepokojącego związku przyczynowo-skutkowego między spalinami na drogach, którymi tak wielu z nas oddycha, a wynikiem ciąży, jaki może mieć długotrwałe konsekwencje dla dzieci urodzonych przed terminem.

Mam to szczęście, że zawsze cieszyłam się dobrym zdrowiem. Ale kiedy – wcześniej czy później – dotknie mnie choroba, nie będę wiedziała, czy nie przyczyniło się do niej zanieczyszczenie powietrza, którym oddychałam przez lata życia w wielkim mieście, czy też powinnam winić swoją miłość do słodyczy, wybór dobrej książki zamiast szybkiej przebieżki, a może jakiś złośliwy gen zagrzebany gdzieś głęboko w moim DNA, znajdujący się poza czyjąkolwiek kontrolą.

Nikt z nas tego nie wie. I ta niewidoczność w osobliwy sposób stanowi właśnie cechę charakterystyczną tego kryzysu. „Wystarczy raz być świadkiem, jak ktoś zostanie przejechany na ulicy, i nie zapomnimy tego nigdy” – zauważa poznany przeze mnie ekolog z Los Angeles. Ale „nie mrugniemy nawet okiem” na myśl o tysiącach ludzi umierających w wyniku oddziaływania zanieczyszczeń powietrza9. Ma rację. Kiedy palacze ulegają nałogowi, są świadomi tego, że chorobę sprowadziły na nich ich własne decyzje oraz działania koncernów tytoniowych dostarczające nałogowi pożywki. Mimo to w świecie napędzanym paliwami kopalnymi wszyscy przemieszczamy się z miejsca na miejsce, korzystamy z elektryczności i ogrzewamy domy, w większości wypadków nie zdając sobie sprawy z konsekwencji.

Korzyści, które przynosi czyste powietrze, są równie trudne do uchwycenia. Nie ma nawet cienia wątpliwości, że ograniczenie zanieczyszczenia powietrza ratuje życie. Ale ci, którzy zyskali dzięki temu kilka dodatkowych lat, oraz ich bliscy nigdy się o tym nie dowiedzą. Unikamy wizyt na ostrym dyżurze i oszczędzamy ciężko zarobione pieniądze, zamiast wydawać je na opiekę zdrowotną, lecz nie jest łatwo nakreślić linię łączącą wprowadzenie ograniczeń dla samochodów lub elektrowni z budżetem przeznaczonym na zdrowie.

Kiedy uświadomiłam sobie, jak wielkie jest zagrożenie, które kryje się na widoku, postanowiłam przyjrzeć się z bliska temu, jak to wygląda w różnych częściach świata. Oraz dlaczego. Czy zanieczyszczenie powietrza to niemożliwy do uniknięcia element współczesnego życia, coś, z czym musimy się po prostu pogodzić? A może to wynik oddziaływania jakichś mrocznych sił, które przywiązują nas do starych, brudnych sposobów działania, zamiast zachęcać do sięgnięcia po lepsze sposoby? I, co najważniejsze, co można by robić inaczej, by stworzyć czystszy, zdrowszy świat? Czy komuś się to udało? Czy ktoś choćby spróbował? No i jak tam dotrzeć z miejsca, gdzie się teraz znajdujemy?

Poszukując odpowiedzi na te pytania, książka opowiada historię – a może raczej historie – zanieczyszczenia powietrza i tego, jak kształtuje ono życie ludzi, których napotkałam na mojej drodze. W Stanach Zjednoczonych, dzięki dziesięcioleciom stopniowego zaostrzania przepisów, powietrze jest dziś dużo czystsze niż kiedyś. Ale ta poprawa – znajdująca się obecnie w stanie zagrożenia, bo przepisy, dzięki którym była możliwa, są przedmiotem ataku – nie jest na bieżąco z postępem nauki, która z każdym nowym raportem oświadcza coraz mocniej, że nawet stosunkowo niewielki poziom zanieczyszczeń powoduje realne szkody. W innych rejonach świata – w szybko rozwijających się krajach Azji Południowej i w Chinach, na spalającym węgiel wschodzie Europy i uzależnionym od diesla zachodzie, w Kairze, w Johannesburgu i w Lagos – sytuacja jest jeszcze poważniejsza.

W części pierwszej, zatytułowanej „Katastrofa wisi w powietrzu”, udajemy się do Delhi, strefy zerowej zanieczyszczeń powietrza, gdzie pewna matka ma koszmary o tym, co dzieje się w płucach jej dziecka, a ekscentryczny biznesmen buduje sobie bańkę wypełnioną czystym powietrzem. Oprowadzę was po Londynie, moim oknie na konsekwencje katastrofalnego romansu Europy z olejem napędowym. Opowieść o Polsce to historia węgla – napotkamy tu mężczyzn ładujących samochody worami węgla i staruszkę, która z trudem schodzi po schodach do piwnicy, by nabrać go trochę do swojego pieca. W spalonej słońcem, ubogiej części Kalifornii, San Joaquin Valley, migreny i problemy z oddychaniem rozbijają przekonanie, że mamy tu do czynienia wyłącznie z problemem wielkich miast. Widać tam też, że choć zanieczyszczone powietrze oddziałuje na każdego, kto nim oddycha, to niektórzy cierpią z tego powodu bardziej od innych, więc trzeba wziąć pod uwagę kwestie rasy, klasy społecznej oraz sprawiedliwości.

Ale nie wszędzie sprawy mają się aż tak źle. W części drugiej – „Biorąc głęboki oddech” – odnajdujemy postęp oraz nadzieję – przeszłą, obecną, przyszłą; postępującą powoli i uderzającą jak błyskawica; przypominającą niewielkie przebłyski i zmiany o sile wybuchu wulkanu. Przyjrzymy się wciąż niedokończonej jeszcze historii jednej z najważniejszych i najpotężniejszych zmian legislacyjnych w historii Ameryki, Ustawy o czystym powietrzu (Clean Air Act), oraz o tym, jak stała się ona możliwa dzięki przyjaźni, która zawiązała się ponad podziałami partyjnymi. Potem udamy się do Chin, gdzie chęć podążenia zdrowszą ścieżką pomaga zmienić świat. I wreszcie weźmiemy udział w poszukiwaniu na ulicach Berlina sposobów przedłożenia potrzeb istot ludzkich nad potrzeby samochodów, które zdominowały tak wiele z naszych miast.

Oczywiście można znaleźć ziarna zmiany i działania na rzecz postępu w zanieczyszczonych częściach świata oraz mnóstwo czynników zanieczyszczających powietrze tam, gdzie sytuacja zaczyna się już poprawiać. Mam nadzieję, że globalny zasięg tych rozdziałów zilustruje zarówno skalę problemu, jak i stojącą przed nami jedyną w swoim rodzaju okazję, by go rozwiązać.

Pod wieloma względami jest to książka o naszych wyborach. O tym, jak decydujemy, w jakim chcemy żyć świecie. Oraz o tym, jak skomplikowana jest egzystencja w czasach, gdzie rzeczy, które zmieniły nasze życie na lepsze, powodują też trudniejsze do zaobserwowania konsekwencje.

Okazuje się, że czystsze powietrze nie jest celem niemożliwym do osiągnięcia. Wiemy, jak tam dotrzeć; gdyby nam się to udało, miałoby to ogromne korzyści dla zdrowia, porównywalne pod pewnymi względami z ograniczeniem spożycia cukru lub przekonaniem wszystkich do aktywności fizycznej.

Rozumienie ukrytych zagrożeń, które niosą ze sobą zanieczyszczenia powietrza, ma jeszcze większą siłę. Największym wyzwaniem naszych czasów jest oczywiście zmiana klimatu. Ale pomimo wszystkich tych powodzi, suszy i huraganów, jej ryzyko nadal wydaje się odległe i abstrakcyjne, rachunek zawartości zanieczyszczeń w atmosferze to ułamki procent, a topiące się lodowce są odległe od nas o tysiące kilometrów. Ale zanieczyszczone powietrze – spowodowane beztroskim spalaniem tej samej ropy, gazu i węgla, które powodują globalne ocieplenie – sieje zniszczenie tu i teraz, w naszym otoczeniu. Te paliwa są wplecione w samą materię naszego społeczeństwa. Odzwyczajenie się od nich nie będzie szybkie ani proste. Ale wierzę, że kiedy przyjmiemy do wiadomości, jak katastrofalny jest ich wpływ nie tylko na siedliska niedźwiedzi polarnych, ale i na nasze serca i płuca oraz serca i płuca naszych rodziców i dzieci, wówczas dostrzeżemy wyraźniej, że inna przyszłość znajduje się w zasięgu ręki.

CZĘŚĆ PIERWSZAKATASTROFA WISI W POWIETRZU

1POJEMNOŚĆ PŁUCAOkreślanie siły zanieczyszczeń

W szpitalu, w sypialni, na macie rozłożonej na brudnej podłodze, z jękiem, z krzykiem, ostatnim wysiłkiem rodzi się dziecko. Światło, zimne powietrze i hałas to szok, który powoduje zagubienie po utracie ciepła brzucha matki. Jedno jest pewne, lecz niezbędne, nieznane, lecz pierwotne: potrzeba powietrza. Płyn, który od miesięcy wypełniał płuca, zaczyna się z nich wysączać. Teraz musi się rozpocząć ich praca – praca na całe życie, praca polegająca na podtrzymywaniu życia. Dziecko nie może już polegać na płucach matki, sercu matki, krwi matki, by dostarczyły mu niezbędnego tlenu i uniosły w siną dal dwutlenek węgla, który gromadzi się tak szybko. Jest zależne od innych niemal pod każdym pozostałym względem, ale to jedno musi zrobić samo. Jego pierwsza próba, pierwszy oddech to zachłyśnięcie się, płytkie i pełne trudności. Ale dzięki niemu następny jest już łatwiejszy, wyciska z płuc odrobinę więcej płynu, napełnia maleńkie pęcherzyki płucne, gdzie tlen przedostaje się do krwiobiegu. Choć początkowo niepewny, nowy rytm niebawem się stabilizuje; klatka piersiowa noworodka zaczyna wznosić się i opadać, a każdy oddech rozszerza płuca odrobinę bardziej. Jeszcze głębiej w ciele dziecka napływ tlenu zmniejsza ciśnienie w jego naczyniach krwionośnych. Ta zmiana kieruje krew do serca, reguluje równowagę ciśnienia i niedługo zamyka otwór, który łączył lewą część z prawą. Stara mapa zostaje nakreślona na nowo, a krew podąża nową ścieżką, na której płuca – do niedawna nieistotne, a teraz absolutnie niezbędne – są jednym z przystanków w podróży przez ciało. Oddychanie staje się prostsze, wdech, wydech i od nowa. Zaczyna się życie w cudownym, nowym świecie.

W całej południowej Kalifornii dzieci napływały do szkolnych sal gimnastycznych, bibliotek i stołówek, by jedno po drugim zacisnąć usta wokół plastikowej rurki, dmuchając w nią z całej siły. Były ich tysiące, rok w rok, w bogatych i biednych okolicach, od chłodzonych morską bryzą miasteczek na wybrzeżu Pacyfiku po gorące, duszące się smogiem doliny znane pod nazwą Inland Empire. Wśród tych dzieci była Erika Fields, która w latach dziewięćdziesiątych chodziła do szkoły średniej Long Beach Poly na przedmieściach Los Angeles. Do dziś jest osobą, która pierwsza podnosi rękę i występuje z szeregu, kiedy potrzeba ochotników. Podobało jej się, że jako jedyną z całej klasy wezwano ją, by przeszła korytarzem do cichego pokoju, gdzie na biurku stał spirometr. Podobało jej się też poczucie bycia częścią czegoś większego niż ona sama, czegoś, co naprawdę miało znaczenie dla świata.

W pustej klasie pracowniczka University of South California wręczyła jej sterylny ustnik połączony rurką ze spirometrem gotowym, by zbadać siłę jej płuc. Erika zrobiła kilka próbnych wydechów, by przyzwyczaić się do urządzenia przed tym jednym, naprawdę ważnym oddechem. „Pamiętam, jak mówiła: «Mocno, mocno, jeszcze. Wypuść z siebie całe powietrze». A potem pokazywała mi na laptopie, a ja mogłam zobaczyć na wykresie, kiedy wypuściłam powietrze najmocniej”. Następnie obserwowała, jak linia zmierza w dół, w miarę jak traciła oddech. Później trzeba było tylko wypełnić ankietę o stanie zdrowia swoim oraz rodziny, o tym, czy ktoś w domu pali, o zwierzętach domowych, diecie i ćwiczeniach, a potem Erika udawała się z powrotem do klasy, do kolegów i do znanego rytmu dnia szkolnego.

Wtedy o tym nie wiedziała, ale te krótkie, zdarzające się raz do roku przerywniki, zakłócające rutynę lekcji, pomogły stworzyć podstawy koncepcji, która miała na zawsze zmienić postrzeganie przez naukowców tego, jaki wpływ na ludzkie ciało ma zanieczyszczenie powietrza. W tych niezliczonych kolumnach rosnących liczb – rezultatów badań oddechowych Eriki Fields i tysięcy innych dzieci – zespół cierpliwych badaczy odnajdzie zarys zagrożenia, które do tamtej pory uciekało przed ich wzrokiem.

Jednym z tych naukowców był Ed Avol. Wychował się w latach sześćdziesiątych, oddychając paskudnym powietrzem L.A. Doskonale pamięta niepowstrzymane napady kaszlu, które rozbrzmiewały na placach zabaw jego dzieciństwa. Z wykształcenia inżynier, na początku swojej kariery prowadził badania w szpitalu, w których przyglądał się skutkom oddziaływania zanieczyszczonego powietrza. Wykorzystywał metodę, którą od dziesięcioleci stosowali naukowcy: wpompowywał zanieczyszczenia do niewielkich pomieszczeń i obserwował, jak ochotnicy wykonują w nich ćwiczenia fizyczne. Zespołowi naukowemu, do którego należał, nie wolno było wprowadzać w swoich laboratoriach warunków gorszych niż te, których na co dzień doświadczyliby mieszkańcy Los Angeles, ale w latach osiemdziesiątych pozwalało to nadal na dość dużą swobodę. Naukowcy monitorowali uczestników badania podczas jazdy na rowerze treningowym, mierzyli im tętno i poziom tlenu, obserwowali występowanie kaszlu, zadyszki oraz czerwonych, załzawionych oczu. W tamtej chwili wiedzieli już, że ozon – główny składnik smogu, który nadal jest plagą Los Angeles oraz tak wielu innych miast – wywiera natychmiastowy wpływ na tych, którzy go wdychają. A konsekwencje tego mogły być dużo poważniejsze niż oczywista dla Avola niewygoda badanych: kiedy ozon spowija miasto, astmatycy rzężą, zwiększa się liczba wizyt na ostrym dyżurze, nawet ci najzdrowsi zaczynają cierpieć na problemy płucne i mieć trudności z wykonywaniem swojej pracy.

Ale Avol zaczął rozważać jeszcze bardziej skomplikowaną kwestię: jeśli oddziaływanie ozonu na nasze ciało jest na krótką metę tak oczywiste, to jaki był jego długoterminowy wpływ na tych, którzy oddychali nim dzień po dniu, miesiąc po miesiącu, z roku na rok, przez całe życie? Czy jego efekty zanikały wraz z oczyszczeniem powietrza, czy też ozon – a może jakiś inny, mniej znany czynnik zanieczyszczający – powodował nieodwracalne, niewidoczne szkody, które nawarstwiały się stopniowo w oczekiwaniu na dzień, gdy kilka dziesięcioleci później uderzą znienacka?

Okazało się, że temu samemu zagadnieniu przyglądali się John Peters i Duncan Thomas, badacze na akademii medycznej USC. Kalifornijska Rada ds. Jakości Powietrza (Air Resources Board), najprężniejsza instytucja regulująca kwestię zanieczyszczeń powietrza w kraju, była zainteresowana ich wpływem na zdrowie publiczne i poprosiła dwójkę naukowców o zaprojektowanie badania długoterminowego, które raz na zawsze odpowie na to pytanie. Dołączył do nich Avol i na początku lat dziewięćdziesiątych zespół nakreślił kryteria, które miały kierować ich badaniami, aby zapewnić, że długi i powolny proces pozwoli osiągnąć niepodważalne rezultaty.

Tak nakreślony kształt badania przyciągnął kilka lat później Jima Gaudermana do projektu – znanego już wtedy pod nazwą Badanie Zdrowia Dziecka (Children’s Health Study). Gauderman jest biostatystykiem obeznanym ze złożonymi metodologiami badań, które pozwalają na wyłowienie prawd o człowieku z ogromnego oceanu liczb. O jego przydatności do tej pracy nie świadczy jednak tylko odpowiednie wykształcenie. Jim wypowiada się stonowanym głosem, dobiera słowa z rozwagą, charakteryzuje go spokój i stateczność właściwe komuś, kto zdaje sobie sprawę, że niezmordowana gorliwość to czasem jedyna droga do osiągnięcia naukowej jasności.

Gauderman był przekonany, że dopracowane pod każdym względem podwaliny, stworzone przez Avola i jego kolegów, przyniosą kiedyś jednoznaczną odpowiedź na pytanie, które także i jemu nie dawało spokoju. On też pochodził z L.A. i od czasu, gdy w młodości trenował biegi przełajowe, zastanawiał się, jakie będą ukryte konsekwencje wszystkich tych treningów wzdłuż zapchanych samochodami dróg. Wraz z Avolem byli początkowo młodszymi specjalistami w projekcie autorstwa innych badaczy, ale z czasem awansowali na jego liderów.

Naukowcy mogli się zdecydować na wiele kryteriów, ale to jedno, które wybrali, miało wyjątkowe znaczenie – w pewnym sensie oznaczało tyle, co samo życie. Z roku na rok, powtarzając to samo badanie, określali pojemność płuc dziecka. Była to miara, która –przynajmniej w sposób niejawny – zawierała w sobie prognozę, jaka będzie towarzyszyła dziecku przez całe życie. Bo nie ma wiele innych danych na temat ludzkiego ciała, które byłyby powiązane z jego zdrowiem i długością życia równie silnie jak stopień rozwoju płuc. Słabsze płuca oznaczają chorobę i kruchość organizmu, co przekłada się na krótsze życie; te silniejsze oznaczają większą żywotność i długowieczność. Acol i Gauderman mierzyli więc, w sposób bardzo dosłowny, niewidoczne granice nakreślone wokół przyszłego życia swoich badanych.

Oczywiście w przypadku dzieci te historie miały dopiero zostać napisane. Zespół badawczy zaprosił do udziału w projekcie 4 tysiące dzieci w wieku od 10 do 16 lat, z tuzina miasteczek i dzielnic równie różnorodnych co sama Kalifornia. Później dodano do badania kolejne kohorty, dzięki czemu całkowita liczba badanych przekroczyła 11 tysięcy. Najmłodsi uczestnicy dołączyli do niego w przedszkolu i wyrośli z niego w roku 2015, kiedy to ukończyli szkołę średnią.

To właśnie Gauderman dzień po dniu przedzierał się przez dane, które zaczęły zewsząd napływać. Poza corocznymi badaniami płuc każdego uczestnika mierzono i ważono oraz sprawdzano pomiary jakości powietrza w okolicach miejsca zamieszkania. Temu, kto wie, jak je odczytać, liczby układały się w zarysy życia i zdrowia dzieci, ich ciał, ich płuc oraz powietrza, którym oddychały.

Nadal było jednak za wcześnie, by znaleźć odpowiedzi na pytania, które stały się inspiracją dla tej pracy. Mijały lata, dziecięce płuca rosły, a Gauderman tylko obserwował i czekał. Na początku wypatrywał głównie błędów, które mogłyby wpłynąć na rezultaty. Czy w papierach zapisano wzrost dziecka jako 120 centymetrów, kiedy rok wcześniej mierzyło już 150? „Szliśmy do zespołu pracującego w terenie i pytaliśmy: «Jak to się stało? Wygląda na to, że ten dzieciak się skurczył o kilkadziesiąt centymetrów, która wartość jest prawdziwa?»”.

W końcu nadszedł moment, kiedy można było zacząć poszukiwać regularności. Nie było łatwo je zauważyć. Było tak oczywiście dlatego, że wszystkie te młode płuca pracowicie rosły i nabierały sił, niezależnie od tego, jak zanieczyszczone było powietrze, którym oddychały. Zadanie Gaudermana polegało na tym, by stwierdzić, czy któreś z nich rozwijały się wolniej od pozostałych. Jeśli tak było, mogło się tak dziać z rozmaitych przyczyn, od predyspozycji genetycznych po ubogą dietę lub rodzica-palacza. Nawet w najbardziej zanieczyszczonych miastach można było znaleźć wiele dzieci o silnych płucach i nawet w tych najczystszych zdarzały się takie, które walczyły o każdy oddech. Musiał sięgnąć po najbardziej wyrafinowane techniki statystyczne, a czasami wymyślać zupełnie nowe, aby odczytać znaczenie ukryte w liczbach i oddzielić to, co naprawdę ważne, od bezużytecznego szumu. Jedno tysiąclecie dobiegło końca, rozpoczęło się drugie, nowe dzieci dołączyły do badanej grupy, a stare dalej szły noga za nogą wzdłuż szkolnego korytarza, ich płuca dojrzewały, danych było coraz więcej, sygnał coraz bardziej przybierał na sile. Do chwili, kiedy nie można już było go zignorować.

Nie było momentu nagłego odkrycia, żadnego okrzyku: „Eureka!” ani dramatycznego: „Aha!” na potrzeby telewizji. To nie był ten rodzaj nauki, a Gauderman nie był tego rodzaju naukowcem. Przesłanie, które odnalazł, było inne od spodziewanego. Sprawdził je więc raz, a potem drugi, przyjrzał mu się z każdej możliwej strony, aż wreszcie zyskał pewność, że to, co ma przed oczami, jest prawdziwe. W 2004 roku odpowiedź na pytanie, które zespół postawił ponad 10 lat wcześniej, pojawiła się wreszcie na stronicach czasopisma zarezerwowanego wyłącznie dla najważniejszych przełomów w dziedzinie zdrowia – „New England Journal of Medicine”.

Nikogo nie zaskoczyło oczywiście, że oddziaływanie zanieczyszczenia powietrza jest długoterminowe – w końcu nie szukaliby potwierdzenia tego, gdyby nie wydawało im się, że tak właśnie może się okazać. Tym, co zaszokowało tych ostrożnych badaczy, była skala i ogromna siła tego oddziaływania. Okazało się, że z roku na rok, w miarę jak gromadzili coraz więcej danych, rosły też szkody dla organizmu, wznosząc mur, który na resztę życia miał determinować los tych dzieci, które znalazły się po jego złej stronie.

Kiedy najstarsi uczestnicy badania ukończyli szkołę średnią – kiedy skończył się okres gwałtownego wzrostu organizmu i konsekwencje stały się nieodwracalne – brudne powietrze odcisnęło już swoje piętno na płucach oddychających nim dzieci. Płuca te miały nigdy nie osiągnąć swoich maksymalnych możliwości. Były słabsze niż powinny, a przed dalszym rozwojem powstrzymywało je to samo powietrze, dzięki któremu mogły w ogóle funkcjonować. Zanieczyszczenia zasiały w tych dzieciach ukryte ziarno słabości, naznaczyły je niewidoczną dla oka kruchością, która skierowała ich życie na inną ścieżkę niż ta, którą podążali ich rówieśnicy. Sprawiły, że ich ciała były mniej odporne, a z czasem mogły nawet skrócić im życie.

Płuca, które są o 20 procent słabsze od normy, przypominają czerwoną chorągiewkę; to znak ostrzegawczy, który wysyła lekarza na poszukiwanie przyczyny, z nadzieją – zwłaszcza wtedy, kiedy pacjent jest młody – że uda się zdiagnozować coś uleczalnego. Badanie Zdrowia Dziecka wykazało, że dzieci oddychające najbardziej zanieczyszczonym powietrzem są niemal pięciokrotnie bardziej podatne na doświadczenie utraty funkcji płuc na takim poziomie – dotyczyło to niemal 8 procent mieszkańców miejscowości najbardziej dotkniętych zanieczyszczeniem powietrza w porównaniu do 1,6 procent osób mieszkających w tych najczystszych10. Innymi słowy, na każdą setkę dzieci, które wychowywały się w największych zanieczyszczeniach, przynajmniej sześcioro będzie się z ich powodu borykać z problemem zdrowotnym towarzyszącym im przez całe życie. Wiele więcej będzie oczywiście cierpieć na mniej poważne schorzenia, łagodniejsze urazy, które w równie istotny, choć może mniej dramatyczny sposób, pozbawią je sił życiowych. „To właśnie – jak wspomina Ed Avol – był sygnał, że czas się obudzić”.

To odkrycie, opowiada dziś Avol, rozniosło na strzępy naiwne przekonanie naukowców, że gdyby zanieczyszczenia powietrza miały jakieś poważne konsekwencje dla zdrowia, to przecież już by o tym wiedzieli. Okazało się za to, jak mi to tłumaczy, że choć oddziaływanie było bardzo silne, to jego powolne, miarowe narastanie sprawiało, że trudno było je zauważyć. „Ten jeden lub półtora procent rocznie – mówi o osłabieniu rozwoju – nie rzuca się od razu w oczy, chyba że dokonamy uważnych pomiarów, mamy dostęp do danych ze szczegółowych obserwacji i przeprowadzimy dość wyrafinowaną analizę danych”. Kiedy tego dokonano, wpływ zanieczyszczeń powietrza ukazał się w całej swojej rozciągłości.

Tak po raz pierwszy zaczęto dostrzegać przerażającą prawdę, której konsekwencje wykraczały daleko poza tereny południowej Kalifornii. Odkryty przez naukowców niewygodny fakt był bowiem taki, że w całym kraju oraz na całym świecie paliwa, na których oparliśmy swoją egzystencję (benzyna, olej napędowy i węgiel) i które spalamy, by przemieszczać się z jednego punktu do drugiego, by zapalić nasze żarówki i włączyć laptopy, by ogrzać się w zimie – zmieniają ciała naszych dzieci.

Dane zawierały jeszcze jedną niespodziankę. Od samego początku głównym podejrzanym wydawał się ozon. Jego bezpośrednie działanie było tak oczywiste, że naukowcy sądzili, iż jeśli zanieczyszczenia miałyby rzeczywiście powodować jakieś długofalowe szkody, to winny będzie właśnie ten dobrze znany, niekorzystny dla zdrowia gaz. Ale choć nie dało się zaprzeczyć, że ozon powoduje faktyczne szkody, to nie jego należy obwiniać za osłabianie młodych płuc dzieci biorących udział w badaniu. Znacznie większym zagrożeniem były maleńkie cząsteczki w powietrzu – tak zwany pył zawieszony, PM2,5 – tak niewielkie, że są w stanie wejść do krwiobiegu i trafić do kluczowych organów, w tym do mózgu. Dwutlenek azotu zaliczający się do grupy gazów znanych pod nazwą NOx wykazywał równie szkodliwe działanie. Okazało się wręcz, że wydobywa się on z samochodów osobowych, ciężarówek i statków w tak bliskiej relacji z PM2,5, że nawet modele statystyczne Jima Gaudermana nie były w stanie odseparować od siebie efektów działania obu substancji zanieczyszczających.

A to nie wszystko. Okazało się – było to być może najbardziej niepokojące odkrycie zespołu – że te polutanty negatywnie oddziaływały na zdrowie nawet wtedy, kiedy występowały na poziomie dotychczas uważanym za nieszkodliwy. W kolejnych latach konsekwencje tego niewygodnego odkrycia dały się odczuć znacznie szerzej niż tylko na stronach prestiżowych czasopism naukowych.

***

Long Beach, gdzie wychowała się Erika Fields i gdzie po ukończeniu szkoły średniej urodziła dziecko, nie zaliczało się do najbardziej zanieczyszczonych okolic uwzględnionych w Badaniu Zdrowia Dziecka, ale bez wątpienia znajdowało się po niewłaściwej stronie na skali zanieczyszczeń. Mniej więcej w tym samym czasie, kiedy urodziła syna, zaczęła cierpieć na uporczywe przeziębienia, które trwały przez wiele dni, a następnie nagle znikały bez śladu. W końcu poszła do lekarza, który zdiagnozował alergię oraz problemy z zatokami i stwierdził, że przyczyną jest najprawdopodobniej zła jakość powietrza.

Fields mieszka dziś wraz z rodziną na przedmieściach na wschód od Los Angeles. To okolica znana z okropnego powietrza, gdzie smog unoszący się nad miastem osiada na górach Santa Ana. Dziecko, które urodziła jako nastolatka, wyrosło na młodego mężczyznę z takim samym jak matka problemem z zatokami. Jej najmłodszy syn, pełen energii uczeń szkoły podstawowej, który wspina się na oparcie jej fotela, kiedy rozmawiamy na Skypie, ma astmę. Ataki nie zdarzają się zbyt często, ale kiedy mają miejsce, są naprawdę przerażające. Zaczęły się nagle, kiedy dopiero uczył się chodzić. „W kółko tylko wymiotował i robił się bardzo ospały, dyszał jak mały szczeniak, a ja nie mogłam zrozumieć, co się z nim dzieje” – opowiada matka. Później nigdy nie było już aż tak źle, ale „zdarza się, że nie jest w stanie wziąć głębokiego oddechu, a kiedy próbuje zrobić wdech, dostaje ataku kaszlu”. Nawet teraz, kiedy jest już starszy, walka z chorobą wciąż powoduje wymioty.

Po tylu latach e-maile z USC są coraz rzadsze i jest ich coraz mniej, ale Fields odpisuje na każdy. Przed naszą rozmową nie znała wyników badania, nie słyszała o przełomie, w którym sama odegrała pewną rolę. Ale nadal się cieszy, że podniosła wtedy rękę i ruszyła w dół korytarzem. „Miałam wrażenie – opowiada – że robię po prostu to, co trzeba”. Z pomocą Eriki Fields oraz wielu innych anonimowych, lecz bezcennych uczestników Badanie Zdrowia Dziecka postawiło na głowie współczesne rozumienie oddziaływania zanieczyszczeń powietrza, a badaczy na całym świecie skierowało na nową ścieżkę, która jeszcze dziś pozwala im dokonywać nowych odkryć.

***

Od momentu, kiedy rozpoczęto publikowanie wyników badania, zebrało się znacznie więcej dowodów na negatywne oddziaływanie zanieczyszczeń powietrza. To dowody, które dostarczają coraz to nowych powodów do zmartwień. Badacze donoszą, że zaledwie 5 procent ludzkości oddycha naprawdę zdrowym powietrzem11, a jeden na dziewięć zgonów jest spowodowany przez zanieczyszczenia powietrza12. W Ameryce jakość powietrza gwałtownie się poprawiła od czasów, kiedy wdychałam ciężki zapach spalin przy moście George’a Waszyngtona. Ale jak wykazali Ed Avol i Jim Gauderman, nawet niski poziom zanieczyszczeń ma poważne konsekwencje dla zdrowia. Brudne powietrze zabija więc co roku ponad 100 tysięcy Amerykanów13.

Zgony te nadchodzą 10 lat wcześniej, niż można by tego oczekiwać14 – to potworna lista urodzin i wesel, które nie nastąpią już nigdy; wnuków pozbawionych dziadków i dzieci pozbawionych rodziców – a czasami nawet rodziców pozbawionych dzieci. O każdą stratę możemy – my, którzyśmy przeżyli – obwiniać dowolną liczbę przyczyn: tłuściutki brzuch ukochanej osoby, jej niechęć do ćwiczeń, jej umiłowanie alkoholu lub papierosów. A czasami po prostu najzwyklejszego pecha. Niemal nigdy nie obwiniamy powietrza, którym oddychamy, choć często to właśnie ono nas powala.

Do 2013 roku zebrano na tyle silny materiał dowodowy, że Światowa Organizacja Zdrowia (World Health Organization, WHO) uznała zanieczyszczenia powietrza za substancje rakotwórcze. Rok później więcej niż podwoiła swój wcześniejszy szacunek liczby zgonów spowodowanych zanieczyszczeniami powietrza na całym świecie15. Dziś informuje, że zewnętrzne zanieczyszczenia powietrza zabijają 4,2 miliona ludzi rocznie, a zanieczyszczenia domowe, plaga krajów rozwijających się, gdzie często gotuje się na otwartym ogniu, skracają życie niemal 4 milionów ludzi (obie te wartości zazębiają się, wspólnie osiągając liczbę 7 milionów zgonów rocznie)16. Brudne powietrze to czwarty największy czynnik ryzyka powodujący przedwczesny zgon, plasujący się znacznie wyżej niż spożycie alkoholu czy niedostateczna aktywność fizyczna17. A niezwykle ważna nowa analiza sugeruje, że rzeczywiste wartości mogą być jeszcze wyższe – podwaja ona szacowaną przez WHO liczbę przedwczesnych zgonów spowodowanych złą jakością powietrza zewnętrznego do nawet 8,9 miliona18, co oznacza, że zanieczyszczenia powietrza kosztują nas więcej istnień niż palenie papierosów. Konsekwencje można mierzyć nie tylko umieralnością, ale także w dolarach. Według Banku Światowego brudne powietrze kosztuje światową gospodarkę ponad 5 bilionów dolarów rocznie – to tyle, co gospodarka Indii, Kanady i Meksyku łącznie19.

Dzięki nauce wiemy, że powietrze, którym oddychamy, oddziałuje nie tylko na płuca, lecz na każdą część naszego ciała, choć oczywiście sprawia, że nasila się astma, powoduje raka płuc i przyśpiesza pogorszenie się stanu osób mających problemy z oddychaniem. W rzeczywistości zanieczyszczone powietrze zabija znacznie więcej osób za pośrednictwem oddziaływania na układ sercowo-naczyniowy – stanowią one niemal trzy czwarte ofiar – niż na układ oddechowy20. Nawet kilkugodzinne wystawienie na zanieczyszczenia może mieć straszliwe konsekwencje. W dni o wysokim natężeniu zanieczyszczeń zdarza się więcej ataków serca21 i udarów mózgu22, więcej wizyt na ostrym dyżurze oraz więcej zgonów. W największym niebezpieczeństwie znajdują się dzieci, osoby starsze oraz osoby cierpiące już na inne choroby.

Nie mamy tu do czynienia jedynie z tymczasowym skokiem ryzyka. Zanieczyszczenia powietrza mają długofalowy niekorzystny wpływ na nasze serca oraz arterie. Liczby są wstrząsające. W pewnym dużym badaniu naukowcy przyjrzeli się zdrowiu dziesiątek tysięcy nieskarżących się na żadne dolegliwości Amerykanek w wieku 50, 60 i 70 lat. Okazało się, że u tych, które wdychają choćby średnie ilości cząstek pyłów zawieszonych, nawet o 24 procent zwiększa się prawdopodobieństwo wystąpienia tak zwanego „incydentu mózgowo-naczyniowego”. Tego suchego, naukowego terminu używa się na oznaczenie śmiertelnie groźnych urazów w rodzaju udaru mózgu, zawału serca czy operacji wszczepienia pomostów naczyniowych (tzw. bypassów). Co gorsza, miały one o 76 procent większe prawdopodobieństwo śmierci w wyniku takiego zdarzenia niż kobiety zamieszkujące rejony o mniejszym zanieczyszczeniu. A im brudniejsze było powietrze, którym oddychały, tym większe także i ryzyko choroby23.

Naukowcy zagłębili się też w poszukiwania ukrytych zmian fizycznych poprzedzających tego typu urazy – mechanizmów biologicznych, które naprowadzają nas na ścieżkę kryzysu. W jednym z badań naukowcy wykorzystali USG w celu zmierzenia tętnic pacjentów oddychających zanieczyszczonym powietrzem i stwierdzili, że kurczą się one już po 10 minutach24. Inny zespół badawczy wykazał, że ryzyko występowania skrzepów krwi zwiększa się o około jedną czwartą u osób wystawionych na spaliny oleju napędowego, a zmiany te utrzymywały się przez minimum 6 godzin25. Zwapnienie tętnic, poważny znak ostrzegawczy przed nadciągającą katastrofą, występuje częściej tam, gdzie zanieczyszczenia powietrza są najbardziej skoncentrowane26. Nawet badania na osobach w wieku dwudziestu kilku lat wykazały, że momenty wystawienia na oddziaływanie zanieczyszczeń zbiegały się z występowaniem uszkodzeń komórek, które stanowią wyściółkę naczyń krwionośnych27.

Badacze wciąż starają się zrozumieć, co powoduje podobne zmiany i jak to się dzieje, że brudne powietrze może dokonać takich zniszczeń. Specjaliści są dziś zdania, że u źródeł wielu dolegliwości, z którymi zmaga się nasze ciało, leży występowanie lekkich stanów zapalnych – mogą być one także kluczem do zrozumienia siły oddziaływania zanieczyszczeń powietrza. Ale istnieją również i inne możliwości. Drobiny pyłu mogą powodować zmiany w naszym systemie odpornościowym, sprawiając, że siły obronne organizmu zwracają się przeciw nam; nie da się też wykluczyć, że wyzerowują nasze geny oraz receptory, wywracając do góry nogami mechanizmy regulacji systemów znajdujących się w stanie delikatnej równowagi – na przykład wydzielania insuliny czy komunikacji między neuronami.

Ale im więcej dowiadywałam się na temat zanieczyszczeń powietrza, tym bardziej było dla mnie oczywiste, że nawet w spowitym w spaliny z silników Diesla Londynie nikt spośród moich znajomych nie porusza tematu powietrza. Tak trudno jest spojrzeć na otaczające nas ryzyko z szerszej perspektywy, nadać mu odpowiednie dla wagi problemu wymiary. Wiem, że ryzyko katastrofy lotniczej jest niezwykle małe, ale i tak nie tłumi to potrzeby wypicia kieliszka czerwonego wina, kiedy zaczynają się turbulencje. Ryzyko nagłej śmierci w zamachu bombowym jest równie niewielkie, ale to, że terroryści sieją strach także w miejscach, które znajdują się poza ich rzeczywistym zasięgiem, jest dziś tak oczywiste, że uchodzi za truizm. Jesteśmy zaprogramowani, by żywo odpowiadać na tego typu nagłe i jakże łatwe do wyobrażenia zagrożenia. Ten instynkt przysłużył się naszym przodkom w epoce, kiedy zamieszkiwali jeszcze jaskinie, ale w dzisiejszych, nowoczesnych czasach, gdy ryzyko jest często znacznie bardziej złożone i trudne do ogarnięcia, zdarza się, że prowadzi on nas na manowce.

Trochę jak tygrys, który czai się do skoku, niebezpieczeństwo stworzone przez zanieczyszczenia powietrza posuwa się w zwolnionym tempie i jest dalekie od oczywistości. Nawet kiedy uda nam się je dostrzec, trudno się zorientować, co z nim zrobić. Nie mamy nad nim kontroli, a to sprawia, że zagrożenie wywołuje szczególny niepokój. Dlatego w sytuacji, gdy nikt wokół mnie nie sprawia wrażenia, że z każdym oddechem wprowadza do swego ciała odrobinę więcej trucizny, wielokrotnie postępowałam tak, jak to zwykle robimy w obliczu podobnego zagrożenia. Kiedy to tylko możliwe, wyrzucam je z głowy i wracam do stanu błogiej ignorancji.

Ale nauka stale posuwa się do przodu, a lista schorzeń wiązanych z oddziaływaniem brudnego powietrza robi się coraz dłuższa. Dla mnie najbardziej niepokojące są szkody, które zachodzą w mózgu. Góry materiału dowodowego wskazują na to, że zanieczyszczenia powietrza powodują spadek funkcji poznawczych, demencję, a nawet zaburzenia psychiczne w rodzaju depresji. Sądzi się, że cząstki pyłu przenikają przez barierę krew-mózg i docierają do mózgu bezpośrednio po przedostaniu się do nosa, przez nerwy węchowe i drogę węchową. Badacze z Tajwanu odkryli, że tam, gdzie miało miejsce większe występowanie ozonu i cząstek zanieczyszczeń, dało się zauważyć ostry skok zachorowań na chorobę Alzheimera28.

Obrazowego materiału dowodowego dostarczył zespół naukowców, którzy zbadali mózgi szczeniaków z miasta Meksyk, które słynęło w owym czasie ze złej jakości powietrza. Zidentyfikowane przez nich wskaźniki – uszkodzenia neuronów, skupiska włókien białkowych, osadzanie się kamienia nazębnego – są identyczne jak te, na podstawie których lekarze diagnozują chorobę Alzheimera u ludzi29. Wskazywało to nie tylko na istnienie relacji między brudnym powietrzem a strasznym schorzeniem, ale i na budzącą niepokój możliwość, że na drogę do demencji wchodzimy wcale nie w podeszłym, lecz już w młodym wieku. To prawdopodobieństwo wzrosło jeszcze, kiedy neuropatolog prowadząca badanie na psach przeprowadziła liczne autopsje dzieci oraz młodych osób dorosłych, które zginęły w wypadkach samochodowych. Znalazła wczesne wskaźniki choroby Alzheimera u 40 procent ludzi żyjących w miejscach charakteryzujących się wysokim poziomem zanieczyszczeń, za to nie stwierdziła ich u nikogo, kto oddychał czystym powietrzem30. W mózgach ludzi młodych znalazła też znaki ostrzegawcze wskazujące na chorobę Parkinsona, a także zapalenia, problemy z krążeniem krwi oraz zmiany genetyczne31, które wszystkie w dobitny i wysoce niepokojący sposób wskazywały na spadek funkcji neurologicznych. Następne badanie wykazało istnienie bezpośredniego wpływu na funkcje organizmu u dzieci. Dzieciaki, które zamieszkiwały najbardziej zanieczyszczone okolice i były nosicielami genu wiązanego z występowaniem choroby Alzheimera, cierpiały na utratę pamięci krótkoterminowej, a ich iloraz inteligencji był o 10 punktów niższy niż u rówieśników32.

Takie właśnie szkody powoduje nie tylko powietrze o największym stężeniu zanieczyszczeń. Zespół badający amerykańskie kobiety w wieku 70 i 80 lat sięgnął po obrazowanie metodą rezonansu magnetycznego w celu przeprowadzania badań ich mózgów. Okazało się, że u tych, które mieszkały w miejscach o niewielkim nawet podwyższeniu poziomu zanieczyszczeń, okolica mózgu znana jako substancja biała skurczyła się tak, jak miałoby to miejsce przez rok lub dwa lata dodatkowego starzenia33. Skutki oddziaływania zanieczyszczeń były łatwe do zaobserwowania nawet bez wykorzystania drogiego sprzętu medycznego. Jeszcze inna grupa badawcza odkryła, że starsze kobiety, wystawione na średni dla Stanów Zjednoczonych poziom zanieczyszczeń powietrza, osiągnęły w testach funkcji poznawczych i badaniach pamięci wyniki charakterystyczne dla osób o dwa lata starszych34. Naukowcy zauważają takie zmiany u ludzi starszych, bo to nad nimi przeprowadzili badania. Ciągle nie daje mi spokoju myśl, czy zmiany te nie zachodzą jeszcze wcześniej. Czy mój mózg – i mózg mojego męża, córki, naszych znajomych – też się aby nie kurczy po latach oddychania londyńską mieszanką spalin z silników Diesla?

Ale tym, co niepokoi chyba najbardziej, jest to, że im więcej naukowcy dowiadują się na temat brudnego powietrza, tym bardziej oczywiste staje się, iż nie istnieje bezpieczny poziom zanieczyszczeń. Nawet w dolnych rejonach skali – nawet dużo poniżej limitów wprowadzonych przez prawodawców35 – im więcej zanieczyszczeń, tym wyższą oznacza to umieralność. W przełomowym badaniu sześciu amerykańskich miast przeprowadzonym w latach dziewięćdziesiątych XX wieku przez zespół badaczy z Harvardu okazało się, ku ich niedowierzaniu, że zanieczyszczenia powietrza skróciły życie mieszkańców najbardziej zanieczyszczonego z tych miast – Steubenville w stanie Ohio – o dwa do trzech lat, mimo że ich poziom nie przekraczał tego określonego w zaleceniach federalnych36. Można też na to spojrzeć inaczej, w sposób bardziej optymistyczny, a mianowicie że wypuszczanie do atmosfery mniejszych ilości dwutlenku azotu, ozonu oraz cząstek spalin nawet w rejonach, które są stosunkowo czyste, niemal z miejsca ratuje życie. I rzeczywiście, w 2009 roku w kolejnym badaniu przeprowadzonym przez harwardzkich badaczy okazało się, że umieralność spadła wraz z poziomem zanieczyszczeń we wszystkich badanych przez nich miastach, nawet w tych najczystszych37.

***

Beate Ritz nosi okulary o grubych, czarnych oprawkach, szyję owinęła wzorzystą apaszką, a ciemne włosy związała w kucyk. Nadal wygląda bardziej jak wyrafinowana Europejka niż ceniąca sobie przede wszystkim wygodę mieszkanka Kalifornii, choć w Ameryce spędziła już kilka dziesięcioleci. Słońce zalewa światłem jej dom we wznoszących się nad Los Angeles górach Santa Monica. Rozmawiamy na Skypie, a ona nalewa sobie filiżankę herbaty. Ritz jest epidemiologiem na UCLA. Nikt nie wie lepiej niż ona, jak trudno jest powiązać przypadłość zdrowotną jednostki z konkretną przyczyną środowiskową. Ale do pracy, która miała wpłynąć na kształt jej kariery, zmotywował ją nieustępliwy, osobisty lęk.

Smog spowijający L.A. spowodował nieprzyjemny szok, kiedy przeprowadziła się tu z rodzimych Niemiec. Oczekiwała właśnie pierwszego dziecka. Ciąża przebiegała gładko i bezproblemowo. Beate pływała regularnie aż do samego porodu. Kiedy więc jej syn przyszedł na świat z zaskakująco niską wagą urodzeniową, jedynym wyjaśnieniem, które przychodziło jej do głowy, były spaliny z ruchliwej autostrady międzystanowej I-10, przebiegającej tuż przy jej mieszkaniu. Lęk pobudził jej zainteresowanie zawodowe, więc zaczęła przedzierać się przez rozmaite pisma naukowe, szukając wskazówek, jaki wpływ na noworodka ma powietrze, którym oddychała matka. Był rok 1990 i Ritz czekał głęboki zawód, kiedy odkryła, że nie przeprowadzono dotąd niemal żadnych badań na ten temat. Poszukiwanie odpowiedzi na to pytanie miało się stać dziełem jej życia. Ale najpierw musiała chronić własną rodzinę, więc wraz z mężem znaleźli nowy dom położony daleko od pełnego smogu centrum Los Angeles. Do czasu narodzin ich drugiego syna przenieśli się do nadbrzeżnej enklawy o nazwie Tobanga. Syn przy narodzinach ważył niemal kilogram więcej od swojego starszego brata.

Drugie dziecko często jest większe od swojego starszego rodzeństwa, więc Ritz wiedziała, że nie może wyciągać na tej podstawie żadnych szerszych wniosków. „To wiedza anegdotyczna, która nie ma znaczenia z naukowego punktu widzenia” – dodaje. Dlatego, w miarę jak jej chłopcy wyrastali na młodych mężczyzn, poświęciła się ciężkiej, powolnej pracy polegającej na gromadzeniu danych, które nadałyby jej przeczuciu autorytet naukowy. Zdawała sobie bowiem sprawę, że nasze ciała są najbardziej podatne na negatywne oddziaływanie środowiska nie tylko w ostatnich latach życia, ale także na początku – a czasem nawet jeszcze wcześniej. Poszukiwała źródeł choroby w tych wczesnych miesiącach, kiedy jesteśmy osłonięci przed światem, a nasze płuca nie zaczęły jeszcze same oddychać.

Obrana przez nią ścieżka nie była łatwa i po drodze zdarzyło jej się napotkać opór. Niektórzy eksperci w jej dziedzinie wątpili w istnienie powiązania między jakością powietrza a zdrowiem płodu, że nie wspomnieć o przyszłym zdrowiu dziecka. Łatwo było się zgodzić, że zanieczyszczenia mogą mieć szkodliwy wpływ na płuca kobiet, jak stwierdzili recenzenci jednego z wczesnych wniosków o grant badawczy, o który ubiegała się Ritz, ale nie mogli uwierzyć w twierdzenie, że docierają one do głębiej położonych narządów kobiety – na tyle głęboko, by oddziaływać na dojrzewające w niej życie. Pierwsza przesłanka, że osądzający jej dzieło mogli się mylić, pojawiła się, gdy Ritz dowiedziała się, iż kolega z Pragi odnalazł ślad molekularny wszechobecnego w Europie Środkowej dymu węglowego w łożysku i w krwi pępowinowej noworodków. Skoro zanieczyszczenia z czeskiego węgla mogły dotrzeć do rozwijającego się płodu, to Ritz nie miała wątpliwości, że to samo można powiedzieć o spalinach amerykańskich samochodów. Następne pytanie brzmiało: jaki był tego efekt?

Ritz uważała, że odpowiedź można odnaleźć w aktach urodzenia dziesiątek tysięcy urodzonych w Kalifornii niemowląt oraz w stanowych rejestrach wad urodzeniowych i występowania nowotworów u dzieci. Ritz pogrupowała statystyki życiowe dzieci według adresu zamieszkania, a potem zestawiła ze sobą adresy z informacjami o poziomie zanieczyszczeń powietrza w danej lokalizacji. Powolnym komputerom z lat dziewięćdziesiątych analiza danych zajęła wiele tygodni, ale wraz z rozwojem technologii stawała się coraz szybsza.

W końcu Ritz znalazła to, czego szukała. Opowiada mi, jak stopniowo odkrywała, że jedna przypadłość za drugą występowały częściej u dzieci, których matki oddychały w czasie ciąży brudnym powietrzem. Potwierdziła się obawa, która niegdyś nakierowała ją na ścieżkę poszukiwań: niedowaga zdarza się o 10 procent częściej u dzieci kobiet mieszkających w okolicach o dużym natężeniu ruchu ulicznego. Taką samą prawidłowość dało się zauważyć w przypadku wcześniaków; co gorsza, o 80 procent zwiększało się prawdopodobieństwo tak zwanego skrajnego wcześniactwa. Te wyniki miały poważne konsekwencje, bo wcześniactwo i niska waga urodzeniowa wiążą się z występowaniem problemów zdrowotnych w późniejszych latach życia. Ritz odkryła, że wraz z poziomem zanieczyszczeń zwiększa się też ryzyko wystąpienia stanu przedrzucawkowego, który jest poważną komplikacją ciąży. Zapytana, czy wini zanieczyszczenia powietrza za niską wagę swojego syna, odpowiada ze ścisłością, która towarzyszy jej zawsze podczas praktyki badawczej: „Nie da się tego stwierdzić z całą pewnością”.

Inni badacze wiązali z zanieczyszczeniami powietrza występowanie poronień oraz niepłodności38. To ostatnie jest dla mnie szczególnie bolesne, bo przypomina o wszystkich tych niekończących się wizytach lekarskich oraz latach spędzonych na staraniu się o drugie dziecko, które zawsze sobie wyobrażałam, brata lub siostrę, których Anna nigdy się nie doczekała. To dla mnie źródło smutku, który prawie udało mi się przezwyciężyć, i tak byłam pełna wdzięczności za posiadanie zdrowego, radosnego dzieciaka. Ale jeszcze nie tak dawno był czas, kiedy natknięcie się na badanie wiążące niepłodność z zanieczyszczeniami powietrza, którymi przez lata oddychałam wraz z mężem, wywołałoby we mnie bezowocny gniew i poczucie straty. Nie da się oczywiście powiedzieć, czy londyńskie powietrze ma cokolwiek wspólnego z naszymi trudnościami, z utraconym marzeniem o upragnionym dziecku. Niektórych rzeczy, jak mówi Beate Ritz, po prostu nie da się stwierdzić z całą pewnością.

Ta niepoznawalność, ten statystyczny język, w który w sposób nieodwracalny ujęte są zagrożenia zanieczyszczeń, to oderwanie od wszelkiej rzeczywistości uderza mnie jako jeszcze jeden powód, dlaczego tak trudno jest je pojąć. Bo przecież procenty tak naprawdę wcale nas nie obchodzą. Obchodzą nas ludzie: ludzie, z którymi żyjemy, ludzie, których kochamy. Czyli zanieczyszczenia powietrza mają statystycznie znaczący związek z niepłodnością oraz chorobami układu krążenia. No i co mam z tym zrobić? Czy to dlatego mam tylko jedno dziecko, a nie dwoje? Czy to właśnie spowodowało atak serca, który tak nas kilkanaście lat temu przeraził, a po którym mój ojciec na szczęście całkowicie doszedł do siebie? Nie ma na te pytania odpowiedzi. Większość z nas to nie epidemiolodzy, przygotowani do radzenia sobie z podobną niepewnością. Ale tak wiele zagrożeń w naszym skomplikowanym świecie przedstawia się właśnie w ten sposób: są realne i dobrze udokumentowane, domagają się naszej uwagi z nagłówka artykułu, który ktoś opublikował w internecie. A zarazem niematerialne, rozproszone, niemożliwe do uchwycenia. To osobliwy, ale i bardzo nowoczesny rodzaj niepokoju.

Nie znaczy to oczywiście, że statystyki nie mają znaczenia. Jeśli chodzi o zanieczyszczenia powietrza, są niezwykle wręcz istotne, nawet kiedy niebezpieczeństwo wydaje się na pierwszy rzut oka dość niewielkie. Bo bezlitosna logika matematyki oznacza, że kiedy nawet najbardziej niewinny, jednocyfrowy wzrost ryzyka rozciąga się na całe miasto, region czy naród, to pechową kartę wyciągnie więcej osób, niż kiedy mniejsza grupa zagra w zdrowotną ruletkę, w której szanse wydają się gorsze, jak ci, którzy palą papierosy lub spożywają duże ilości alkoholu. 10 procent może i nie brzmi najgorzej, ale jeśli w zanieczyszczonych dzielnicach L.A. – albo Louisville lub Lagos – dodatkowe 10 procent wszystkich dzieci urodzi się przedwcześnie, to, jak wykazała Beate Ritz, będzie to oznaczać bardzo wiele wcześniaków. Bo jeśli wszyscy – miliardy ludzi na całej Ziemi – oddychamy zanieczyszczonym powietrzem, to nawet niewielki wzrost występowania danego schorzenia przekłada się na ogromną liczbę ofiar. Pytanie tylko, kim one są.

Kiedy przyszedł czas na prezentację pierwszych wyników badania, Ritz zamartwiała się, jak zareagują na nie jej koledzy po fachu. „Byłam przerażona, że recenzenci powiedzą mi znowu, iż płód nie oddycha, i zapytają, co ja właściwie wyprawiam” – wspomina. Okazało się, że reakcja była dokładnie przeciwna. Naukowcy zaczynali sobie uświadamiać zagrożenia towarzyszące zanieczyszczeniom powietrza i z niecierpliwością oczekiwali na to, co ona ma do powiedzenia. A kiedy Ritz przeprowadzała swoje badania, inni też zaczynali prace w podobnym kierunku. „W ciągu kilku lat pojawiło się ich bardzo dużo i na całym świecie można było przeczytać artykuły potwierdzające to, co ja zaobserwowałam w L.A.”. Wiele z tych badań przeprowadzono w Chinach, kraju, który poświęcił się bolesnym zmaganiom z oddziaływaniem brudnego powietrza na jego własne dzieci.

W miarę postępów pracy badania Ritz zaczynały budzić coraz większe obawy. Niska waga urodzeniowa i przedwczesne przyjście na świat zdarzają się stosunkowo często. Występowanie u dzieci nowotworów jest na szczęście rzadsze, więc musiała powołać się na dane z niemal dwóch dziesięcioleci, by wyciągnąć z nich zdecydowane wnioski. Skoncentrowała się na dzieciach, u których postawiono diagnozę w wieku do lat 5, czyli na przypadkach, w których łatwiej byłoby znaleźć korelację z wystawieniem na działanie szkodliwych substancji przed porodem, jeśli takowe faktycznie miało miejsce. Wyniki mroziły krew w żyłach. Białaczka wieku dziecięcego, rak nerki, nowotwory oczu oraz nowotwory zarodkowe jajników u dziewczynek i jąder u chłopców zdarzały się częściej u dzieci, których matki wdychały spaliny w okresie ciąży39. Zagłębiając się jeszcze bardziej w dane, epidemiolog odkryła też, że umieralność niemowląt – problemy z oddychaniem i niewyjaśnione tragedie nagłej śmierci łóżeczkowej – wzrastała wraz z poziomem zanieczyszczeń powietrza40. Ritz powiązała tę największą z możliwych tragedii ze spalinami wydobywającymi się z milionów rur wydechowych.

Odkryła też, że wady serca – maleńkie niedoskonałości w zastawkach i tętnicach, dziurki w ścianie serca – zdarzają się trzykrotnie częściej u dzieci matek wystawionych na zanieczyszczenia powietrza na wczesnym etapie ciąży, kiedy w rozwoju płodowym wykształca się serce41. Niedawno Ritz dodała też kolejną cegiełką do zrozumienia przyczyn autyzmu – dzięki odkryciu, że kobiety oddychające brudnym powietrzem w czasie ciąży wykazują większe prawdopodobieństwo urodzenia dziecka chorego na autyzm42.

Naukowcy badający wpływ brudnego powietrza na zdrowie dorosłych mogą się przyglądać myszom oraz innym zwierzętom laboratoryjnym, poszukując mechanizmów szkodliwego oddziaływania. Ale ciąża u tych stworzeń zbyt się różni od naszej, by pozwolić na wyciągnięcie użytecznych wniosków, niewiele więc wiemy o tym, na czym polegają szkody, które zanieczyszczenia powietrza powodują w okresie płodowym. Ich niewidoczne działanie zaczyna się dosłownie kilka dni po poczęciu, gdy dwa zestawy DNA łączą się w DNA płodu. Toksyny mogą dotrzeć do wykształcających się maleńkich organów trochę później. Albo w sposób niebezpośredni oddziałują na rozwój płodu, wywołując reakcje w układzie odpornościowym matki, które uruchamiają efekt domina w rozwijającym się ciele płodu.

Nie da się wykluczyć, że zmiany, które powodują w nas zanieczyszczenia jeszcze przed urodzeniem, prześladują nas nie tylko w wieku dziecięcym, ale i przez resztę życia. Potrzeba dziesięcioleci badań, by naświetlić takie korelacje. I oczywiście z każdym rokiem przychodzą nowe doświadczenia i oddziaływania, które przyczyniają się do powstania całkiem nowego zestawu chorób, coraz bardziej utrudniając nakreślenie bezpośredniego związku z życiem płodowym. Ale dziewięć miesięcy rozwoju płodowego oraz pierwsze lata dzieciństwa kładą podwaliny zdrowia i choroby przez resztę życia człowieka i stanowią intensywnie rozwijający się obszar badań. Naukowcy zaczynają się zastanawiać, czy toksyny obecne w powietrzu mogą oddziaływać na nas w zwolnionym tempie, tworząc ukrytą podatność, która przez całe lata pozostaje w uśpieniu, aż wreszcie uruchamia ją jakiś nowy bodziec lub uraz. Nawet tym z nas, którzy wydają się odporni na to, czym oddychamy, nie uda się więc uniknąć konsekwencji. Po prostu jeszcze ich nie odczuliśmy.

Opowiadam Ritz, jak wielkim zaskoczeniem był dla mnie szeroki repertuar chorób, które można powiązać z brudnym powietrzem, oraz straszliwa różnorodność szkód, które powodują. „Mnie to wcale nie dziwi – odpowiada. – Jeśli spojrzeć na to jako na sumę niezależnych oddziaływań na różne schorzenia, to każde z nich jest nową, szokującą wieścią. Ale jeśli spojrzeć na to szerzej i zobaczyć ludzkie ciało oraz wszystkie jego układy jako zestaw połączonych ze sobą elementów, to ma to znacznie większy sens. Jesteśmy całością. Mamy słabe punkty. Można powiedzieć, że choroba, na którą zapadamy, dopada nas wtedy, kiedy nasze słabości przewyższają nasze zdolności obronne”.

***

Pionierskie badania Eda Avola i Jima Gaudermana nie zakończyły się po otrzymaniu pierwszych przełomowych wyników, dotyczących rozwoju płuc dziecka. Obaj nadal podążają ścieżką, którą wytyczyli dziesiątki lat temu, i zgodzili się opowiedzieć mi o swojej podróży osobiście. Pewnego słonecznego, styczniowego popołudnia przechodzę więc obok drzwi biura obwieszonych mapami oraz wykresami i wchodzę do jasnej, nowoczesnej sali konferencyjnej w Keck School of Medicine na USC. Avol to żylasty mężczyzna charakteryzujący się energią właściwą biegaczowi długodystansowemu. Podczas rozmowy pochyla się do przodu, a z jego ust wylewa się nieprzerwany potok słów. Gauderman mówi wolniej, a twarz rozjaśnia mu się w szerokim, przyjaznym uśmiechu, którym błyska spod starannie przystrzyżonego wąsa. Są sympatyczni i otwarci, zwyczajni naukowcy i zawołani maniacy technologii, choć kiedy Avol podsuwa mi taką etykietkę, Gauderman dobrotliwie się przed nią broni. „Mów za siebie” – śmieje się.

Przez lata Badanie Zdrowia Dziecka zwiększyło swój zasięg, wykraczając daleko poza pierwsze pytanie badawcze i zadając dziesiątki innych. Ale nadal opiera się na tych samych podstawach, na swoim wyjątkowym zbiorze danych, czyli szczegółowych portretach tysięcy dzieci w okresie rozwoju. Ten skarbiec z czasem zaczął rozkładać się na coraz mniejsze elementy, w miarę jak badacze zeskrobywali próbki DNA z policzków uczestników, rozdawali liczniki kroków, by rejestrować aktywność fizyczną, oraz badali oddech dzieci, szukając śladów substancji chemicznej, która świadczy o obecności stanu zapalnego.

Badania „szły w rozmaitych kierunkach” – mówi Avol. „W pewnym sensie wyrośliśmy z przyglądania się zdrowiu tylko pod kątem układu oddechowego, co interesowało nas na początku, i zaczęliśmy patrzeć na układ krążenia, na układ nerwowy, na otyłość i zespół metaboliczny, na predyspozycje genetyczne, a wreszcie na epigenetykę”. Dołączyli do niego eksperci z wielu różnych dziedzin – mapowania geograficznego, toksykologii, biologii molekularnej – a nawet zespoły zajmujące się badaniem myszy w celu śledzenia ścieżek zanieczyszczeń w organizmach żywych.

To właśnie to bogactwo intelektualne, współgranie ze sobą tak wielu różnych dziedzin, podtrzymało ich zainteresowanie badaniem przez wszystkie te lata. Tak naprawdę, jak wyjaśnia Gauderman, to badanie to nie jeden, lecz wiele projektów. „I to jest właśnie kluczowe. Zaczęło się od dwunastu miast i pytania, czy zanieczyszczenia powietrza mają długotrwały wpływ na zdrowie dziecka”. To było już samo w sobie istotne, ale pojawiająca się wciąż pokusa zadawania coraz to nowych pytań sprawiała, że kwestia robiła się jeszcze bardziej fascynująca.

Jeszcze większą satysfakcję sprawia świadomość, że ich praca powoduje realne zmiany. Wczesne wyniki badań trafiły na biurka decydentów w Sacramento i Waszyngtonie – stanęli oni przed szansą wprowadzenia nowych praw i przepisów, od których zależało, czym oddychają miliony obywateli. I ci urzędnicy podeszli do tego poważnie – nie zawsze, ale na tyle często, by miało to znaczenie – podpierając się autorytetem nauki w swoich żądaniach, by samochody osobowe, ciężarówki, fabryki i elektrownie stały się czystsze.

Avol i Gauderman znajdują się dziś w tej wyjątkowej sytuacji, że zajmują się badaniem dobroczynnego wpływu zmian, które udało im się wprowadzić dzięki wcześniejszej pracy naukowej. Przez całe lata, w miarę jak powietrze w południowej Kalifornii powoli się oczyszczało, Gauderman zaczął przegrzebywać się przez stare dane, porównując wyniki pokolenia Eriki Fields z dzieciakami dojrzewającymi na początku nowego tysiąclecia. Tym razem wyniki okazały się mniej zaskakujące. Młodsza, oddychająca mniej zanieczyszczonym powietrzem kohorta jest znacznie zdrowsza – wskaźnik poważnej utraty funkcji płuc jest o ponad połowę mniejszy niż przedtem43. Kiedy zwracam uwagę, że Badanie Zdrowia Dziecka miało z tą zmianą wiele do czynienia, skromnie przyznają, że odegrali w tym pewną rolę. „Pracujemy na oddziale medycyny prewencyjnej” – mówi Gauderman, a jego partner po chwili kontynuuje tę myśl: „Mieliśmy kiedyś prezesa, który zwykł mawiać: «No dalej, idźcie i czemuś zapobiegnijcie». Lubimy więc myśleć, że udało nam się do czegoś przyczynić”.

Oczywiście jest to praca, która dotyczy ich osobiście, bo ich własne płuca rozwijały się wtedy, kiedy ostrzeżenia o poziomie smogu i zalecenia, aby zostać w domu, stanowiły część krajobrazu południowej Kalifornii w takim samym stopniu, jak gaje pomarańczowe i piaszczyste plaże.

Avol rzuca kiepski dowcip, przestrzegając mnie, bym podeszła do słów Gaudermana z przymrużeniem oka, bo „te rzeczy mają wpływ na nasze czynności poznawcze”. Ale oni sami wiedzą najlepiej, że sprawa jest poważna. Gauderman martwi się o zdrowie własnych dzieci. Wychowały się, oddychając znacznie czystszym powietrzem niż niegdyś on; wraz z żoną postanowili zamieszkać z daleka od ruchliwych autostrad. Ale jeszcze zbyt wcześnie, by stwierdzić, jakie przyszłe choroby zaszczepiło w nich być może powietrze ich dzieciństwa.

To William Wordsworth napisał, że „dziecko jest ojcem człowieka”. Dziś niechętnie przyjmujemy, że nasza droga przez życie wytyczona jest tak wcześnie. Współczesne rodzicielstwo to zamartwianie się tym, jak nasze decyzje – o wyborze szkoły, czasie spędzonym przed ekranem, ilości cukru – a nawet i nasze słowa mogą wpływać na dzieci kilkadziesiąt lat później. Czy zachęcaliśmy je na tyle, by wyrobić w nich poczucie pewności siebie i nie podważyć potrzeby niezależności? Czy pracowaliśmy na tyle długo, by zapewnić im bezpieczny dom i stać się dobrym przykładem, ale nie tak długo, że nie byliśmy przy nich, kiedy tego potrzebowały? Sama wiem, że moja powtarzana każdego wieczora kłótnia z Anną o to, czy makaron z serem i ciasteczka to zdrowy posiłek, może ukształtować jej stosunek do jedzenia, kiedy będzie dorosła, tak samo jak skłonność moich rodziców do chowania słodyczy w znanej nam wszystkim kryjówce tłumaczy pewnie moją wieloletnią fascynację czekoladą, która trwa do dziś.

Rodzicielstwo jest przesycone świadomością, że to, jak dziś wychowujemy dzieci, będzie miało kiedyś swoje konsekwencje. Mimo to niewielu z nas zdaje sobie sprawę, że na ich przyszłość może też wpływać powietrze, którym oddychają – powietrze, na które postanowiliśmy je wystawić, lub jakie wybrano za nas ze względu na okoliczności naszej pracy, możliwości finansowych i zobowiązań rodzinnych, które dyktują, jak żyjemy. Pewne powiedzenie przypisywane czasem jezuitom w nieco inny sposób oddaje to, co chciał nam przekazać Wordsworth: „Daj mi dziecko w wieku lat siedmiu, a ja pokażę ci człowieka dorosłego”. Ciekawe, jakie konsekwencje będą miały spaliny oleju napędowego, którymi nasycone było londyńskie dzieciństwo mojej córki, dla kobiety, którą się stanie?

Avol i Gauderman zdają sobie sprawę, że zmiana, do której przyczyniła się ich praca, nie jest wystarczająca. Zespół dalej prze więc do przodu. Dziś większość swojego czasu spędzają na poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie, które każdego dnia nie daje mi spokoju. Jakie szkody powodowane są nie przez chmury zanieczyszczeń unoszące się nad całym miastem lub regionem, lecz przez szczególnie wysoki poziom zanieczyszczeń wzdłuż samych dróg? Rob McConnell także należy do zespołu Badania Zdrowia Dziecka. Kiedy dołącza do nas w sali konferencyjnej, śmieje się z tego, jak był kiedyś pewien, że takie zróżnicowania nie mogą mieć żadnego znaczenia. Dawno temu wybrał się z kolegą do Chile. „Spędziliśmy całe popołudnie z inżynierami ruchu drogowego” – wspomina. „Pamiętam, że myślałem: «Ale o co chodzi? Dlaczego miałby myśleć, że ten malutki skok, który powstaje w wyniku wystawienia na zanieczyszczenia przydrożne, coś znaczy?»”.

Okazuje się, że ma on olbrzymie znaczenie. Koncentracja zanieczyszczeń na poboczu ruchliwej drogi może być dwa lub trzy razy wyższa niż nawet trzydzieści metrów dalej44. I tak, o ile na pierwszym etapie Badania Zdrowia Dziecka porównywano dzieci zamieszkujące okolice o czystym powietrzu oraz te bardziej zanieczyszczone, o tyle w kolejnych latach naukowcy drążyli dalej, przyglądając się różnicom w obrębie każdej społeczności, a nawet temu, jak jakość powietrza różniła się między jedną ulicą a drugą. Starali się odróżnić skutki mieszkania przy ruchliwej ulicy od skutków przebywania w mieście lub okolicy charakteryzującej się wysokim poziomem zanieczyszczeń. Prowadzili badania w szkołach oraz domach dzieci, a także wzdłuż ulic, po których się poruszały. Na tej podstawie Gauderman stworzył zindywidualizowany obraz powietrza, którym przez lata oddychał każdy dzieciak biorący udział w badaniu.

Robi mi się słabo, kiedy wyjaśnia, że skutki się kumulują, a kiepskiej jakości powietrze oraz bliskość ruchliwych ulic zadają podwójny cios naszemu zdrowiu. Bo tak brzmi niestety całkiem wierny opis mojego życia w Londynie, gdzie w całym mieście utrzymuje się wysoki poziom zanieczyszczeń, a nasz dom – choć położony przy cichej, ślepej uliczce – znajduje się zaledwie o kilka kroków od drogi, gdzie w godzinach szczytu codziennie stoją w korku niezliczone samochody. Szkoła Anny mieści się przy ulicy, którą przez cały dzień przejeżdżają wielkie ciężarówki i dwupiętrowe autobusy – tam jej płuca napełniają się jeszcze większą porcją spalin. Tego rodzaju wzrosty – kiedy idziemy do pracy, prowadzimy samochód, siedzimy we własnym mieszkaniu – sprawiają, że zanieczyszczenia powietrza stanowią zagrożenie nawet tam, gdzie ogólna jakość powietrza nie jest najgorsza.

Kiedy