Udręka i ekstaza - Irving Stone - ebook + audiobook
Opis

Powieść wszech czasów!

Zbeletryzowana biografia jednego z najbardziej znanych artystów stworzona przez mistrza pióra

Udręka i ekstaza” to powieść o życiu i twórczości Michała Anioła. By ją napisać, Irving Stone na kilka lat przeniósł się do Włoch, gdzie z sumiennością szperacza i fascynacją pasjonata Renesansu podążał śladami swojego bohatera i jego wielkich dzieł.

Dzięki tym poszukiwaniom i niebywałemu talentowi narratorskiemu Stone'a towarzyszymy Michałowi Aniołowi w życiu i podczas pracy, razem z nim mieszamy farby i sprawnie uderzamy dłutem w marmur, dowiadując się, jak powstały jego mistrzowskie freski, harmonijne rzeźby, cudowne płaskorzeźby i wspaniałe obrazy…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 1244

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 38 godz. 9 min

Lektor: Janusz Zadura

Popularność


Tytuł oryginału: The Agony and the Ecstasy

Projekt okładki: Wojciech Jankowski

Projekt serii: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Redaktor prowadzący: Ewa Orzeszek-Szmytko

Redakcja techniczna i skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta:Ewa Rudnicka

Na okładce wykorzystano fresk Michała Anioła z Kaplicy Sykstyńskiej,

Ignudo, wykonany w 1509 r.

Copyright © 1961, renewed 1989 by Doubleday,

a division of Random House, Inc.

This translation published by arrangement with Doubleday,

an imprint of The Knopf Doubleday Publishing Group,

division of Random House, Inc. All rights reserved

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 1998, 2018

© for the Polish translation by Jadwiga Szpakowska

ISBN 978-83-287-1113-6

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Warszawa 2018

Nic mistrz najlepszy pomyśleć nie zdole

Poza tym, co już w marmurze spoczywa

W pełnym zarysie i co wydobywa

Jeno dłoń, ducha spełniająca wolę.

*

Jak może, pani, być, co z doświadczenia

Znane, że dłużej przetrwa rzeźba żywa,

Którą dłoń z głazu twardego wyrywa,

Niż twórca, co go czas w popiół zamienia?

*

Jeśli dla pięknej sztuki (którą duchy

Z nieba przynoszą i która pokona

Naturę, kto się odda jej trudowi)

Jam się urodził ni ślepy, ni głuchy,

Pięknu pokrewny ogniem mego łona –

Winien ten, co mnie przeznaczył ogniowi.

MICHELANGELO BUONARROTI

Księga pierwszaPracownia

1

Siedział przed lustrem w sypialni na piętrze i szkicował swą szczupłą twarz, wystające kości policzkowe, ciężkie powieki nad szeroko rozstawionymi oczyma koloru bursztynu i ciemne kędziory, bezładnie spływające na szerokie, płaskie czoło.

„Źle mnie zaprojektowano – rozmyślał trzynastolatek w poważnym skupieniu. – Głowa nieprawidłowa, za duże czoło na te usta i brodę. Należało użyć miary murarskiej”.

Uniósł lekko swoje gibkie ciało, tak by nie obudzić czterech braci, którzy z nim spali, i nastawił ucha w stronę Via dell’Anguillara, nasłuchując gwizdu przyjaciela, Granacciego. Szybkimi ruchami kredki zaczął poprawiać swoją podobiznę, poszerzać oczy, uwypuklać czoło, zaokrąglać policzki, wypełniać wargi i powiększać brodę. „No – pomyślał – teraz lepiej wyglądam”.

Przez wysokie, trzymetrowe okno, które otworzył na chłodny ranny powiew, wpadły tony ptaszęcej pieśni. Ukrył rysunek pod wezgłowiem łóżka i krętymi kamiennymi schodami bezszelestnie zszedł na ulicę.

Jego przyjaciel Francesco Granacci młodzieniec dziewiętnastoletni, o głowę od niego wyższy, o włosach koloru siana i żywych niebieskich oczach, od roku zaopatrywał Michała Anioła w papier i materiały rysunkowe, udzielał mu schronienia w domu swych rodziców na Via dei Bentaccordi, a także dostarczał rysunków, wypożyczanych ukradkiem z pracowni Ghirlandaia. Chociaż rodzina Granacciego była zamożna, Francesco już jako dziesięcioletni chłopiec został uczniem Filippina Lippiego, mając lat trzynaście pozował do nieukończonego przez Masaccia fresku w Santa Maria del Carmine Święty Piotr wskrzesza cesarskiego synowca jako centralna figura – wskrzeszony młodzieniec. Obecnie terminował u Ghirlandaia. Granacci nie traktował własnego malarstwa poważnie, ale bystrym okiem dostrzegał talent u innych.

– Tym razem naprawdę idziesz ze mną? – dopytywał się w podnieceniu.

– To mój urodzinowy podarek dla samego siebie.

– Dobrze.

Ujął pod rękę młodszego chłopca i prowadził go krętą Via dei Bentaccordi, biegnącą przez teren starożytnego rzymskiego Koloseum, za wysokimi murami więzienia Stinche.

– Pamiętaj, co ci mówiłem o Domenicu Ghirlandaio. Terminuję u niego pięć lat i dobrze go znam. Bądź pokorny. On lubi, żeby uczniowie okazywali mu szacunek.

Znajdowali się już na Via Ghibellina, powyżej Bramy Ghibellińskiej, która znaczyła koniec drugiego muru miasta. Na lewo mieli wyniosły, kamienny gmach Bargello, z barwnym dziedzińcem zarządcy. Zboczyli na prawo w ulicę Prokonsula i mijali pałac Pazzich. Młodszy chłopiec czule gładził nieregularne i z gruba ciosane bloki pałacowego muru.

– Pospieszmy się – nalegał Granacci. – To najlepszy moment, nim Ghirlandaio zabierze się do rysowania.

Wielkimi susami przemierzali wąskie uliczki. Minęli ulicę Stare Kajdany z pałacami z kamienia i zewnętrznymi kondygnacjami rzeźbionych schodów, które prowadziły do wystających nad ulicą pięter. Szli Via del Corso i w wąskim przelocie leżącej na prawo od nich Via dei Tedaldini mignął im segment krytego czerwoną dachówką Duomo, a gdy przeszli nieco dalej, ujrzeli na lewo Palazzo della Signoria. Na bladym porannym błękicie florenckiego nieba rysowała się wyraźnie wieża z kamienia piaskowego koloru, z oknami, arkadami i rzeźbionym szczytem. Aby znaleźć się w pracowni Ghirlandaia, musieli przejść przez Stary Rynek, gdzie przed jatkami rzeźników wisiały na hakach świeżo ubite, rozcięte wzdłuż woły. Stamtąd już tylko kawałek ulicą Malarzy do rogu Via dei Tavolini, i ujrzeli otwarte drzwi pracowni.

Michał Anioł przystanął, by przyjrzeć się marmurowemu Świętemu Markowi Donatella, stojącemu w wysokiej niszy Or San Michele.

– Rzeźba to największa ze sztuk! – wykrzyknął ze wzruszeniem.

Granacci zdziwił się, że w ciągu dwóch lat ich przyjaźni chłopiec krył się ze swym zachwytem dla rzeźby.

– Nie zgadzam się z tobą – oświadczył spokojnie. – Ale przestań się gapić, trzeba załatwić naszą sprawę.

Michał Anioł westchnął głęboko. Razem weszli do pracowni Ghirlandaia.

2

Pracownia Ghirlandaia był to duży i wysoki pokój przesiąknięty ostrym zapachem farb i węgla drzewnego. Na środku znajdował się nieheblowany stół na kozłach, a wokół niego kuliło się na stołkach kilku zaspanych młodych uczniów. W jednym kącie jakiś mężczyzna ucierał farbę w moździerzu. Przy bocznych ścianach widać było pliki kartonów ukończonych fresków: Ostatniej Wieczerzy z kościoła Ognissanti i Powołania pierwszych apostołów dla Kaplicy Sykstyńskiej w Rzymie.

W dalszym kącie, na wzniesieniu, siedział mężczyzna lat około czterdziestu. Jego stół o szerokim blacie był jedynym miejscem w pracowni, gdzie panował porządek: równymi rzędami leżały tu ołówki, pędzle, bloki rysunkowe, na haczykach wisiały nożyce i inne przybory, a z tyłu na półkach widniały stosy iluminowanych manuskryptów.

Granacci stanął przed swoim mistrzem.

– Signor Ghirlandaio, oto jest Michał Anioł, o którym wam mówiłem.

Michał Anioł poczuł, jak przeszywa go spojrzenie oczu, o których powiadano, że potrafią w jednym błyśnięciu zobaczyć i zapamiętać więcej niż oczy któregokolwiek innego artysty w całej Italii. Lecz chłopiec również użył swych oczu niby dwu sztyftów srebrnych, by utrwalić w szkicowniku pamięci postać siedzącego przed nim artysty w niebieskim kaftanie, z czerwonym płaszczem narzuconym na ramiona przeciw marcowym chłodom; jego wrażliwą twarz o pełnych purpurowych wargach, wydatnych kościach policzkowych, zapadniętych policzkach; bujne czarne włosy rozdzielone pośrodku głowy i spływające na ramiona; długie palce prawej ręki, które obejmowały szyję. Przyszło mu na myśl opowiadanie Granacciego, jak to przed paru zaledwie dniami Ghirlandaio zawołał: „Teraz, gdy zaczynam pojmować tę sztukę, żałuję, że nie wolno mi pokryć freskami wszystkich murów opasujących Florencję”.

– Kto jest twym ojcem?

– Lodovico di Lionardo Buonarroti-Simoni.

– Słyszałem o nim. Ile masz lat?

– Trzynaście.

– Przyjmujemy uczniów w wieku lat dziesięciu. Gdzie byłeś przez ostatnie trzy lata?

– Marnowałem czas w szkole gramatyki Francesco da Urbino, ucząc się łaciny i greki.

Kąciki warg koloru czerwonego wina zadrgały, widać malarzowi przypadła do gustu ta odpowiedź.

– Czy umiesz rysować?

– Potrafię się nauczyć.

Granacci, chcąc pomóc przyjacielowi, a nie mogąc wyjawić, że pożyczał mu do kopiowania rysunki Ghirlandaia, rzekł:

– Ma zręczną rękę. Rysował na ścianach domu swego ojca w Settignano. Jest tam jeden satyr…

– A, malarz ścienny, rywal dla mnie na stare lata… – zażartował Ghir­landaio.

Michał Anioł był tak przejęty, że wziął te słowa na serio.

– Nigdy nie próbowałem koloru. To nie moja specjalność.

Ghirlandaio miał już gotową odpowiedź na ustach, ale się pohamował.

– Nie grzeszysz nadmiarem skromności. Nie brak talentu przeszkodzi ci zostać moim rywalem, ale fakt, że nie dbasz o barwy.

Michał Anioł wyczuł raczej, niż usłyszał jęk Granacciego.

– Nie to miałem na myśli.

– Mały jesteś na trzynaście lat. Wydajesz mi się za delikatny na ciężką pracę u mnie.

– Żeby rysować, nie trzeba muskułów.

Zdał sobie sprawę, że znowu powiedział coś niewłaściwego i że w dodatku podniósł głos. Uczniowie, słysząc tę wymianę zdań, nastawili uszu. Lecz po chwili dobra natura Ghirlandaia zwyciężyła.

– Może byś coś narysował? Ale co?

Oczy Michała Anioła poczęły wędrować dookoła, chłonąc wrażenia tak łapczywie, jak wargi wiejskich chłopaków w czasie winobrania chłoną słodycz owocu.

– Może pracownię?

Ghirlandaio, jakby wybawiony z trudnej sytuacji, zaśmiał się krótko, wzgardliwie.

– Granacci, daj Buonarrotiemu papier i węgiel. A teraz, jeśli nie macie nic przeciw temu, wracam do swojej roboty.

Michał Anioł znalazł sobie koło drzwi dogodne miejsce, skąd widział całą pracownię, i zasiadł na ławie, by rysować. Granacci ociągał się z odejściem.

– Czemuś zaproponował taki trudny temat? Nie spiesz się, on zapomni, że tu jesteś.

Oczy i ręka rysującego dobrze współpracowały, chwytając, co istotne: stół, ustawiony na środku pokoju, siedzących po obu jego stronach uczniów, Ghirlandaia pod północnym oknem, na podium. Oddech chłopca, niespokojny od chwili wejścia do pracowni, stał się normalny.

Nagle poczuł, że ktoś zagląda mu przez ramię.

– Jeszcze nie skończyłem – powiedział.

– Wystarczy.

Ghirlandaio wziął rysunek i przyglądał mu się przez chwilę.

– Musiałeś się u kogoś uczyć! Czy u Rossellego?

Michał Anioł wiedział o niechęci, jaką Ghirlandaio żywił do Rossellego, który – jedyny z malarzy poza nim samym – prowadził szkołę we Florencji. Przed siedmiu laty papież Sykstus IV wezwał do Rzymu Ghirlandaia, Botticellego i Rossellego, aby pokryli freskami ściany świeżo wykończonej Kaplicy Sykstyńskiej. Rosselli użył najjaskrawszej czerwieni i ultramaryny, ozłocił każdą chmurkę, draperię i drzewo, co spodobało się papieskiemu oku, i zdobył łakomą nagrodę pieniężną. Michał Anioł zaprzeczył ruchem głowy.

– Rysowałem w szkole, kiedy mistrz Urbino nie patrzył. Kopiowałem też Giotta w Santa Croce i Masaccia w Carminie.

Ułagodzony Ghirlandaio oświadczył:

– Granacci nie mylił się: masz zręczną rękę.

Michał Anioł wyciągnął rękę przed siebie, dłonią do góry.

– To ręka kamieniarza – rzekł dumnie.

– Nie potrzebujemy kamieniarzy w pracowni fresków. Przyjmę cię na ucznia, ale na tych samych warunkach co chłopca dziesięcioletniego. Przez pierwszy rok będziesz mi płacił sześć florenów.

– Nie mogę nic płacić.

Ghirlandaio rzucił mu surowe spojrzenie.

– Rodzina Buonarrotich to nie jakaś biedota. Skoro twój ojciec życzy sobie, byś u mnie terminował…

– Mój ojciec bije mnie, ilekroć wspomnę o malowaniu.

– Ale na to, żebym cię przyjął, musi podpisać kontrakt Cechu Doktorów i Aptekarzy. Czyż nie zacznie cię bić, gdy mu o tym powiesz?

– Obroni mnie to, że jesteście gotowi przyjąć mnie i że będziecie mu płacić sześć florenów w pierwszym roku, osiem w drugim i dziesięć w trzecim.

Oczy Ghirlandaia zapłonęły.

– To niesłychane! Płacić za przywilej uczenia ciebie!

– W przeciwnym razie nie będę mógł przyjść tu pracować. To jedyny sposób.

Mężczyzna ucierający farby przypatrywał się przez ramię tej scenie, obracając leniwie tłuczkiem w powietrzu. Chłopcy przy stole nawet nie udawali, że pracują. Mistrz i kandydat na jego ucznia zmienili się rolami, jak gdyby to Ghirlandaio potrzebował Michała Anioła i posłał po niego. Chłopiec widział, jak na wargach malarza zaczyna się formować słowo: „Nie”.

Stawił mu czoło i w poczuciu godności własnej, ale i z należnym starszemu szacunkiem, patrzył mistrzowi wprost w oczy, jak gdyby mówiąc: „Powinien pan to zrobić. Nie pożałuje pan tego”.

Gdyby zdradził najmniejszą słabość, Ghirlandaio odwróciłby się od niego, ale nieugięta postawa chłopca wzbudziła w nim zawistny podziw. Okazał się godny przydomka: „Dający się kochać i kochany” i rzekł:

– Ależ to oczywiste, że bez twej nieocenionej pomocy nie ukończymy nigdy chóru Tornabuonich. Przyprowadź ojca.

Gdy znaleźli się znowu na Via dei Tavolini, o tej porannej godzinie pełnej przekupniów i sklepikarzy, Granacci serdecznie objął ramieniem swego młodego towarzysza.

– Postępowałeś wbrew wszelkim zasadom, ale przyjął cię.

Michał Anioł obdarzył przyjaciela jednym ze swych rzadkich, gorących uśmiechów. Bursztynowe oczy o żółtych i niebieskich cętkach rzucały iskry. Uśmiech dokonał przemiany, jaką rankiem nakreślił przed lustrem kredkami: jego wargi, rozchylone uśmiechem szczęścia, były pełne i ukazywały mocne białe zęby, a wysunięta naprzód broda tworzyła symetryczną całość z górą twarzy.

3

Droga koło rodzinnego domu poety Dantego Alighieri i kamiennego kościoła Badia była dla Michała Anioła niczym spacer przez galerię sztuki. Toskańczyk bowiem odnosi się do kamienia z taką czułością, jaką kochanek darzy swą wybrankę. Od czasu swych etruskich przodków lud Fiesole, Settignano i Florencji wydobywał kamień w górach, zwoził go wołami na swoją ziemię, ciął, ciosał, nadawał mu pożądany kształt, budował z niego domy i pałace, kościoły i loggie, twierdze i mury. Kamień był jednym z najcenniejszych płodów toskańskiej ziemi. Jej mieszkańcy od dzieciństwa znali jego dotyk i zapach, aromat zewnętrznej skorupy, jak również jego wnętrze, wiedzieli, jaki jest podczas upału, deszczu, pełni księżyca czy lodowatych podmuchów tramontana. Przez półtora tysiąca lat ich przodkowie obrabiali ojczysty pietra serena, jasny kamień, wznosząc miasto tak zachwycająco piękne, że Michał Anioł i wielu przed nim wołało:

– Nie chcę nigdy żyć z dala od Duomo!

Doszli do warsztatu stolarza, zajmującego parter domu, który rodzina Buonarrotich wynajmowała na Via dell’Anguillara.

– A rivederci, jak powiedział lis do kuśnierza! – zaśmiał się Granacci.

– No, dobiorą mi się do skóry, ale jednak nie zginę jak ten lis – odparł ponuro Michał Anioł. Skręcił za róg Via dei Bentaccordi, pomachał ręką dwóm koniom, których łby wystawały przez zagrodzenie stajni po drugiej stronie ulicy, i wszedł tylną klatką schodową do kuchni.

Macocha już szykowała swą ulubioną torta. Wcześniej tego ranka upiekła na oliwie kurczęta, zmełła je, dodała cebuli, pietruszki, jaj, szafranu i nadziała tym kiszkę. Z szynki, wieprzowiny, sera, mąki, przyprawionych goździkami i imbirem, zrobiła ravioli i razem z owym kurzym pasztetem ułożyła między warstwami ciasta, daktyli i migdałów. Przykrywała właśnie całość surowym ciastem, tworząc pieróg, który miał być upieczony na żarzących się węglach.

– Dzień dobry, madre mia.

– Ach, to Michał Anioł! Przygotowałam dziś dla ciebie przysmak: sałatkę, po której ma się niebo w gębie.

Imię i nazwisko Lukrecji di Antonio di Sandro Ubaldini da Gagliano zajmowało więcej miejsca na papierze niż spis rzeczy, jakie wniosła mężowi w posagu. Gdyby było inaczej, dlaczego miałaby kobieta tak młoda poślubiać czterdziestotrzyletniego siwiejącego wdowca z pięciorgiem dzieci i gotować dla dziewięcioosobowej rodziny Buonarrotich?

Wstawała co dzień o czwartej rano, aby znaleźć się na rynku razem z licznymi contadini, których kucyki ciągnęły przez brukowane kocimi łbami ulice wózki pełne świeżych owoców i jarzyn, jaj i serów, mięsa i drobiu. Jeśli nawet dosłownie nie pomagała wieśniakom rozładowywać wózków, to przynajmniej ujmowała im ciężaru, wybierając produkty w powietrzu, nim złożono je na straganach: najdelikatniejszą drobną fasolkę i pisselli, groszek, figi i gruszki bez plamki.

Michał Anioł i jego czterej bracia nazywali ją Il Migliore, „co najlepsze”, każdy bowiem składnik gotowanych przez nią posiłków musiał być „najlepszy”. O świcie wracała do domu z piętrzącą się w koszykach zdobyczą. Niewiele poświęcała uwagi sukniom, nie dbała o swą twarz, pospolitą, o ciemnej cerze, z zarysowującymi się leciutko bokobrodami i wąsem, ani o włosy, matowe, mocno ściągnięte do tyłu. Ale gdy Michał Anioł obserwował, jak z zarumienionymi policzkami i podnieceniem w oczach dogląda pieczenia swej torta, jak z godnością i wdziękiem przesuwa się między piecem a majolikowymi naczyniami pełnymi przypraw korzennych, by posypać ciasto delikatnym pyłem cynamonu i gałki muszkatołowej, i zawsze wie najdokładniej, co winna robić w każdej sekundzie z siedmiu godzin poranka – widział bijący od niej blask.

Wiedział, że macocha jest potulnym stworzeniem w małżeństwie, ale nie przy kuchni: tutaj stawała się walczącą lwicą, zgodnie z najlepszymi tradycjami Marzocco, opiekuńczego lwa Florencji. Do bogatego miasta sprowadzano z całego świata egzotyczne przysmaki: aloes, kardamon, cytwar, tymianek, majeranek, grzyby i trufle, mielone orzechy, galinga. Niestety! By to kupować, potrzeba było pieniędzy. Michał Anioł, który wraz z czterema braćmi zajmował pokój przyległy do sypialni rodziców, nieraz o brzasku, gdy macocha wybierała się na targ, słyszał ich spory.

– Co dzień chcesz mieć beczkę śledzi i setkę pomarańcz!

– Lodovico, nie obcinaj wydatków nożem do sera! Należysz do tych, u których pieniądze w sakiewce, a w brzuchu głód.

– Głód! W ciągu trzystu lat żaden z Buonarrotich nie przeżył dnia bez obiadu! Czyż co tygodnia nie przynoszę ci z Settignano świeżej cielęciny?

– A czemu mamy co dzień jadać cielęcinę, skoro na targu pełno prosiąt i gołębi!

W te dni, kiedy Lodovico ustąpił żonie, siadał zasępiony nad księgami rachunkowymi, pewien, że nie zdoła przełknąć ni kęsa bramangierie z drobiu, migdałów, słoniny, cukru, goździków i drogiego ryżu, czym doprowadza go do ruiny jego młoda, pozbawiona poczucia odpowiedzialności żona. W miarę jednak, jak przez drzwi kuchni i jadalni przenikały do jego gabinetu smakowite zapachy, obawy jego bladły, gasł gniew, ustępowało zniechęcenie. O jedenastej bywał już straszliwie głodny.

Zjadał suty obiad, odsuwał od stołu krzesło, klepał się dłonią po wydatnym brzuchu i wykrzykiwał słowa, bez których dzień Toskańczyka byłby posępny i jałowy:

– Ho mangiato bene! Dobrze sobie podjadłem!

Otrzymawszy ten hołd, Lukrecja odkładała resztę jedzenia na lekką kolację, zapędzała sługę do zmywania talerzy i szorowania garnków, a sama szła na górę i spała do zmroku, miała już bowiem za sobą radości dnia.

Tymczasem Lodovico przechodził przez proces odwrotny do porannego uwiedzenia. Z upływem godzin, gdy jedzenie zostawało przetrawione, gdy rozwiewało się wspomnienie rozkosznego smaku, poczynało nękać go pytanie, ile też musiał kosztować tak wyszukany obiad, i znowu ogarniał go gniew.

Michał Anioł przeszedł przez pustą jadalnię, gdzie naprzeciw kominka stała ciężka dębowa ława i długie, prawie dwumetrowe miechy, podparte kamieniem, a przy ścianach obite skórą krzesła. To były wszystkie luksusowe przedmioty, jakie pozostawił założyciel rodu. Następny pokój – również z widokiem na Via dei Bentaccordi, a także na stajnie – był gabinetem ojca. Lodovico kazał sobie zrobić u mieszkającego na parterze stolarza trójkątne biurko, by wypełniło róg pokoju u zbiegu dwu ulic nad zakrętem murów starożytnego Koloseum. Tutaj siadywał, skulony, nad pożółkłym pergaminem ksiąg rachunkowych. Nigdy – jak zdołał sięgnąć pamięcią Michał Anioł – ojciec nie zajmował się niczym innym prócz obmyślania sposobów uniknięcia wydatków i utrzymania skromniutkiej resztki dawnych dóbr Buonarrotich, pochodzących z roku 1250, a obecnie ograniczających się do dziesięcioakrowego gospodarstwa w Settignano i domu z kwestionowanym tytułem własności, znajdującego się opodal tego, który wynajmowali.

Lodovico usłyszał wchodzącego syna i uniósł głowę. Natura nie poskąpiła mu jednego tylko: włosów. Ponieważ rosły bujnie, wypielęgnował wspaniałego wąsa, który spływał mu na brodę, kwadratowo ściętą, długą na dziesięć centymetrów. Włos srebrzył się gdzieniegdzie, czoło marszczyło się w cztery głębokie poziome bruzdy, wyżłobione przez lata upartego ślęczenia nad księgami rachunkowymi i zapiskami rodzinnymi. To ciągłe wspominanie przepadłej fortuny Buonarrotich nadało jego małym, piwnym oczom wyraz melancholii. Michał Anioł wiedział, że jego ojciec jest człowiekiem przezornym, który zamyka drzwi na potrójne zamki.

– Dzień dobry, messer padre.

Lodovico westchnął.

– Za późno się urodziłem. Sto lat temu winną latorośl Buonarrotich podwiązywano kiełbasami.

Michał Anioł obserwował ojca, gdy ten pogrążał się w marzeniu – pracy nad kroniką Buonarrotich, tym Starym Testamentem swego życia. Lodovico wiedział z dokładnością do jednego florena, ile wynosił majątek każdego pokolenia Buonarrotich w należącej do nich ziemi, domach, przedsiębiorstwach, złocie; zajęciem jego było poznawanie historii rodzinnej, a każdy z synów po kolei musiał się uczyć tej legendy.

– Byliśmy zacnymi mieszczanami – pouczał ich Lodovico. – Nasz ród jest równie stary jak Medicich, Strozzich i Tornabuonich. Nazwisko Buonarrotich przetrwało trzy stulecia. – W głosie jego brzmiała energia i duma. – Od trzech stuleci płacimy Florencji podatki.

Michałowi Aniołowi nie wolno było bez pozwolenia siadać w obecności ojca, a gdy otrzymał jakieś polecenie, musiał składać ukłon. Z obowiązku, a nie z ciekawości dowiadywał się, że w połowie XIII wieku, kiedy gwelfowie doszli do władzy we Florencji, znaczenie rodziny nagle wzrosło. W roku 1260 jeden z Buonarrotich był członkiem rady armii gwelfów, drugi w 1332 kapitanem stronnictwa gwelfów, a w latach 1343–1463 godność członka florenckiej Priori, czyli rady miejskiej, najwyższa godność w mieście, dziesięciokrotnie przypadła Buonarrotim; między 1326 a 1475 ośmiu Buonarrotich było gonfalonierami, czyli burmistrzami dzielnicy Santa Croce, w latach 1375–1473 dwunastu należało do buonuomini, czyli Rady Santa Croce, a między nimi Lodovico i jego brat Francesco, którzy zostali wybrani w 1473. Ostatnie oficjalne uznanie złożone podupadającej rodzinie Buonarrotich miało miejsce trzynaście lat temu, w 1474 roku, kiedy Lodovico został mianowany podestą, czyli wizytującym burmistrzem, Caprese w dolinie Tybru i Chiusi di Verna, wysoko w skalistych Apeninach. W Caprese, w wiejskim pałacyku, gdzie przez sześć miesięcy rezydowała jego rodzina, przyszedł na świat Michał Anioł.

Ojciec uczył go, że szlachetnie urodzonemu mieszczaninowi nie przystoi praca, lecz syn sam spostrzegł, że Lodovico więcej trudu wkłada w obmyślanie, jak uniknąć wydania pieniędzy, niż włożyłby w ich zarobienie. Z fortuny Buonarrotich pozostało jeszcze nieco zasobów i Lodovico mógłby przejść przez życie jako szlachetnie urodzony, jeśliby nic nie wydawał. Lecz choć poświęcał temu zadaniu wszystkie swe zdolności i siły, kapitał topniał.

Chłopiec stał w głębokiej wnęce dwuipółmetrowego okna; słabe promienie marcowego słońca grzały jego szczupłe ramiona, ale myślami był w dawnym domu w Settignano, nad doliną Arno, gdzie mieszkali za życia matki. Tam panowała miłość i radość. Ale matka zmarła, gdy miał sześć lat, a zrozpaczony ojciec zamknął się jak w warowni w swoim gabinecie. Przez cztery następne lata, gdy domem kierowała ciotka Cassandra, Michał Anioł czuł się samotny i niepotrzebny nikomu, z wyjątkiem przebywającej z nimi babki, monny Alessandry, i rodziny kamieniarzy mieszkających za górą. To właśnie żona kamieniarza wykarmiła go, gdyż jego własna matka była za słaba.

W ciągu tych czterech lat, nim ojciec ponownie się ożenił i Lukrecja wymogła, by przenieśli się do Florencji, przy każdej sposobności uciekał do Topolinów. Wędrował pszenicznymi łanami wśród srebrzystozielonych oliwek, a przebywszy graniczny strumyk, wspinał się winnicami na sąsiednią górę, aż na ich podwórzec. Tutaj w milczeniu zabierał się do pracy i ciął pietra serena z pobliskiego kamieniołomu na bloki, przeznaczone na budowę nowego pałacu we Florencji. Swój żal i smutek wyładowywał w uderzeniach, których dokładności uczył się na tym podwórzu od chwili, kiedy jako małe dziecko otrzymał od kamieniarza – podobnie jak jego rodzeni synowie – młotek i dłutko do obrabiania kamiennych odpadków.

Oderwał się myślą od podwórca kamieniarza w Settignano i wrócił do kamiennego domu na Via dell’Anguillara.

– Ojcze, przychodzę wprost od Domenica Ghirlandaia, który zgodził się przyjąć mnie na ucznia.

4

W ciszy, jaka zapadła, słychać było tylko, jak rży koń po drugiej stronie ulicy, jak Lukrecja grzebie w popiele kuchennego paleniska. Lodovico, oparłszy się na obu rękach, wstał, by mówiąc górować nad synem, którego niepojęte pragnienie, by zostać rzemieślnikiem, mogłoby zadać ostateczny cios zachwianej pozycji Buonarrotich i strącić ich w społeczne niziny.

– Synu mój, przykro mi, że pod naciskiem konieczności oddałem cię do Cechu Wełniarzy, zmuszając, byś został raczej kupcem niż panem. Posłałem cię jednak do kosztownej szkoły, płaciłem za twą naukę ponad własne możliwości, abyś miał wykształcenie i mógł zdobyć poważanie w cechu, nim posiądziesz własne warsztaty i sklepy. Tak właśnie powstawały największe florenckie fortuny, nawet Medicich.

Lodovico podniósł głos.

– Myślisz, że teraz się zgodzę, byś zmarnował sobie życie, zostając malarzem? Byś okrył rodzinę niesławą? Od trzechset lat żaden Buonarroti nie upadł tak nisko, by żyć z pracy rąk.

– To prawda. Byliśmy lichwiarzami – rzucił gniewnie chłopak.

– Należymy do cechu bankierów, bardzo szanowanego we Florencji. Pożyczanie pieniędzy to zaszczytny zawód.

Michał Anioł szukał ratunku w dowcipie.

– Czy widziałeś kiedy, ojcze, jak stryj Francesco zwijał swój kram przy Or San Michele, kiedy zaczyna padać? Trudno znaleźć kogoś, kto szybciej pracowałby rękoma.

Usłyszawszy to, stryj Francesco wbiegł do gabinetu. Miał okazalszą postać i inteligentniejszą twarz niż Lodovico i w spółce dwu braci on był partnerem, który pracował. Przed dwoma laty uniezależnił się od brata, zarabiał dużo pieniędzy, kupował domy, żył na wysokiej stopie, ale dał się namówić na ulokowanie kapitału w zagranicznej walucie, stracił wszystko i musiał się na powrót przenieść do domu brata. A teraz, gdy padało, zgarniał aksamitne nakrycie ze składanego stołu, chwytał sakiewkę z pieniędzmi leżącą u jego stóp i przez mokre ulice pędził do przyjaciela sukiennika, Armatore, który pozwalał mu rozstawiać stół pod osłoną od deszczu.

Francesco rzekł ochrypłym głosem:

– Michale Aniele, nie dostrzegasz czarnego kruka w misce mleka. Jakąż to przewrotną przyjemność daje szkalowanie imienia Buonarrotich!

Chłopca rozwścieczyło to oskarżenie.

– Dumny jestem z naszego nazwiska, jak każdy z nas! Dlaczego nie wolno mi nauczyć się robić rzeczy pięknych, które będą chlubą Florencji, tak jak drzwi Ghibertiego, rzeźby Donatella i freski Ghirlandaia? Florencja to miasto artystów!

Lodovico położył rękę na ramieniu chłopca, nazywając go spieszczonym imieniem Michelagnolo. Był jego ulubieńcem spośród pięciu synów, z nim wiązał najżywsze nadzieje i dlatego odważył się przez trzy lata wydawać pieniądze na jego kształcenie w szkole mistrza Urbino. Duma mistrza nie pozwalała mu donieść ojcu, że jego rzekomo bystry syn woli rysować niż kreślić litery ze zbiorów greckich i łacińskich manuskryptów. Jeśli zaś chodzi o retorykę, chłopiec miał własne zasady logiki, których wymowny Urbino nie zdołał zmienić.

– Michelagnolo, to, co mówisz o artystach, jest równie prawdziwe jak słowa ulicznego mówcy. Tak mnie rozgniewałeś swoją głupotą, że mam ochotę cię zbić. Ale masz już trzynaście lat, płaciłem, by nauczono cię logiki, spróbuję więc posłużyć się logiką. Ghiberti i Donatello zaczęli i skończyli jako rzemieślnicy. To samo czeka Ghirlandaia. Ta praca ani na jedno braccio, jeden łokieć, nie podniosła ich pozycji społecznej, a Donatello u schyłku życia był tak ubogi, że Cosimo de’Medici musiał dawać mu zapomogę!

Chłopiec rozgorzał na ten atak.

– Bo Donatello włożył wszystkie swoje pieniądze w druciany koszyk i zawiesił go u sufitu, żeby każdy jego pomocnik czy przyjaciel mógł brać, gdy mu trzeba. Ghirlandaio robi fortunę.

– Sztuka jest jak mycie ługiem łba osła: strata i pracy, i ługu – zauważył Francesco, bowiem mądrość Toskańczyka utkana jest z przysłów. – Każdy myśli, że odłamki skały zamienią się w złoto w jego ręku. Cóż to za marzenia?

– Moje jedyne marzenia! – wykrzyknął Michał Anioł. Zwrócił się znów do ojca: – Miłość do sztuki to krew moich żył, wytoczcie ją ze mnie, a nie pozostanie mi w ciele wilgoci nawet na jedno splunięcie!

– Przepowiadałem, że mój Michał Anioł odwróci koło fortuny! – krzyknął Lodovico. – Należało być pokorniejszym. No, dostaniesz za wulgarność!

Sztywno zgiętą w łokciu prawą ręką, niby maczugą, począł grzmocić syna. Francesco, nie chcąc zawieść bratanka w krytycznym momencie życia, także go bił, uderzając w ucho napięstkiem.

Michał Anioł pochylił głowę jak nieme zwierzę w czasie burzy. Nie było sensu uciekać, bo potem trzeba by podjąć spór na nowo. W myśli powtarzał słowa babki: „Pazienza! Cierpliwości! Praca każdego człowieka przychodzi z nim razem na świat”.

Kątem oka dojrzał wypełniającą drzwi postać ciotki Cassandry. Grubokościstej owej niewieście nawet wdychane przez nią powietrze przydawało tuszy. Cassandra, o ogromnych udach, pośladkach i biuście, o głosie stosownym do kształtów, czuła się nieszczęśliwa i bynajmniej nie uważała za swój obowiązek rozsiewania szczęścia.

– Szczęście – głosiła ciotka Cassandra – będzie na tamtym świecie.

Głęboki bas ciotki Cassandry, żądającej wyjaśnień, co się tu dzieje, raził jego uszy dotkliwiej niż ręka jej męża. Nagle ustały ciosy, zaległa cisza: domyślił się, że weszła babka. Ta samotna kobieta w czerni, nieurodziwa, ale o bardzo kształtnej głowie, posługiwała się swym autorytetem najstarszej w rodzie tylko w momentach rodzinnego kryzysu. Lodovico nie chciał obrazić matki. Ciężko opadł na krzesło.

– Koniec dyskusji – oznajmił. – Nie na to cię wychowałem, byś rzeźbił. Wystarczy, żebyś umiał robić pieniądze i przysłużył się dobremu imieniu Buonarrotich. Niechaj już więcej nie słyszę o terminowaniu u artystów.

Michał Anioł rad był, że macochę zbyt pochłania jej torta, by mogła opuścić kuchnię. Pokój nie pomieściłby więcej widzów.

Monna Alessandra podeszła do syna.

– A co za różnica, czy wstąpi do Cechu Wełniarzy i będzie skręcał wełnę, czy też do Cechu Aptekarzy i będzie mieszać farby? Ty nie pozostawisz po sobie dość pieniędzy na wyżywienie pięciu gęsi, a cóż dopiero pięciu synów… – Nie mówiła tego w tonie wymówki, bo wszak to jej własny mąż, Lionardo Buonarroti, przez brak orientacji i szczęścia pierwszy umniejszył znaczenie rodziny. – Wszyscy chłopcy będą musieli zarabiać na życie. Niechaj więc Lionardo idzie do klasztoru, jak pragnie, a Michał Anioł do pracowni. Skoro nie możemy im pomóc, nie powinniśmy im przeszkadzać.

– Będę terminować u Ghirlandaia, ojcze. Musisz podpisać ten papier. Przysłużę się całej rodzinie.

Lodovico ze zdumieniem spojrzał na syna. Czy zły duch go opętał? Może powinien zabrać go do Arezzo i prosić o odprawienie nad nim egzorcyzmów?

– Michale Aniele, twoje słowa tylko zwiększają mój gniew. – Jeszcze ostatni druzgocący strzał. – Nie stać nas na zapłacenie nawet jednego skuda za twoją naukę u Ghirlandaia.

Na to tylko czekał Michał Anioł. Ze spokojem oświadczył:

– Pieniądze nie będą potrzebne, padre. Ghirlandaio będzie ci płacić, jeśli pozwolisz mi terminować u niego.

– On będzie mi płacić! – Lodovico poderwał się z krzesła. – Miałby mi płacić za przywilej uczenia ciebie?

– Bo uważa, że mam zręczną rękę.

Po dłuższej chwili milczenia Lodovico z wolna opadł na obite skórą oparcie krzesła.

– Zginiemy niechybnie, jeśli nas Bóg nie uratuje. Słowo daję, nie wiem, skąd ty się wziąłeś! Z pewnością nie pochodzisz od Buonarrotich! Wszystko to z linii twej matki, Rucellaich.

Splunął, jakby chciał wypluć to nazwisko niby kęs zrobaczywiałego jabłka. Michał Anioł pierwszy raz usłyszał nazwisko matki wymówione głośno w domu Buonarrotich.

Lodovico przeżegnał się, bardziej z zakłopotania niż z pobożności.

– Doprawdy, muszę więcej walczyć ze sobą niż niejeden święty.

5

Nie było podówczas w całych Włoszech pracowni malarskiej, która by tak pulsowała życiem i cieszyła się takim powodzeniem jak bottega Domenica Ghirlandaia. W ciągu najbliższych dwu lat – bo tyle pozostało jeszcze z pięcioletniego kontraktu – malarz miał ukończyć dwadzieścia pięć owalnych i prostokątnych fresków na chórze Tornabuonich w Santa Maria Novella, a oprócz tego podpisał był umowę na obraz Pokłon Trzech Króli do Ospedali degli Innocenti i na mozaikę nad portalem katedry. Co parę dni jechał konno do sąsiedniego miasteczka, którego mieszkańcy pragnęli, by malował tam wszystko: od małego obrazu w ołtarzu do sieni książęcego pałacu. Ghirlandaio, choć nigdy nie zabiegał o zamówienia, nie potrafił nigdy odmówić ich przyjęcia. Pierwszego dnia powiedział Michałowi Aniołowi:

– Jeśli wieśniaczka przyniesie ci swój koszyk i będzie chciała, byś go ozdobił, zrób to najpiękniej, jak umiesz, bo na skromną skalę jest to równie ważne jak fresk na ścianie w pałacu.

W bottedze, jak przekonał się Michał Anioł, panowała atmosfera pracy i życzliwości. Pieczę nad uczniami sprawował dwudziestoośmioletni Sebastiano Mainardi. Miał pociągłą twarz, wydatny kościsty nos, wystające zęby i nosił czarne włosy krótko obcięte na wzór Ghirlandaia. Został jego szwagrem, choć – jak uporczywie twierdził Jacopo dell’Indaco, złośliwy syn piekarza – bynajmniej nie z własnej woli.

– Ghirlandaio ożenił go ze swą siostrą dlatego, aby pracował dla rodziny – mówił Jacopo do Michała Anioła. – A więc strzeż się.

Podobnie jak w innych złośliwościach Jacopa, i w tej tkwiło ziarno prawdy. Ghirlandaiowie byli rodziną artystów. Domenico i jego bracia kształcili się w pracowni ojca, znakomitego złotnika, twórcy modnego wieńca, zwanego girlandą, jakim kobiety Florencji zdobiły włosy. Dwaj młodsi bracia Domenica, Dawid i Benedetto, również byli malarzami. Benedetto, miniaturzysta, lubował się w cyzelowaniu precyzyjnej kobiecej biżuterii i kwiatów. Dawid, najmłodszy, przyjął wspólnie z Domenikiem zamówienie do Santa Maria Novella.

Z warsztatu swego ojca Domenico Ghirlandaio przeszedł do pracowni Baldovinettiego, mistrza mozaiki, i pozostał tam do ukończenia dwudziestego pierwszego roku życia, kiedy to, acz z niechęcią, opuścił jego pracownię, by założyć własną. „Malarstwo to rysunek – głosił – a prawdziwie nieśmiertelne malarstwo to mozaika”. Niewielu było jednak amatorów mozaiki, zwrócił się więc ku freskom i stał się największym eklektykiem w Italii. Nauczył się wszystkiego, co mieli mu do przekazania jego poprzednicy, począwszy od czasów Cimabuego, i dodał własny wspaniały wkład. Ghirlandaio istotnie chętnie przyjął za szwagra Mainardiego, gdy ów nowicjusz pomógł mu w malowaniu wspaniałych fresków w kościele w pobliskim San Gimignano, mieście siedemdziesięciu sześciu wieżyc. Mainardi, który wziął teraz pod opiekę Michała Anioła, zdumiewająco przypominał Ghirlandaia: dobroduszny, utalentowany, miał za sobą praktykę w pracowni Verrocchia, nade wszystko lubił malować i zgadzał się z Ghirlandaiem, że najważniejsze we freskach jest piękno i wywoływane przez nie wrażenie. Malowidło winno przedstawiać historię z Biblii albo z mitologii greckiej, ale nie jest rzeczą malarza doszukiwanie się w niej nowego znaczenia, ocenianie jej wartości ani jej uzasadnianie.

– Celem malarstwa – tłumaczył Mainardi nowemu uczniowi – jest dekoratywność, nadawanie życia opowieści, czynienie ludzi szczęśliwymi. Tak, uszczęśliwianie ich, nawet przez smutne obrazy męczeństwa świętych. Pamiętaj o tym, Michale Aniele, a zostaniesz sławnym malarzem.

Wkrótce Michał Anioł zorientował się, że podobnie jak Mainardi jest majordomem terminatorów, tak szesnastoletni Jacopo o małpiej twarzy jest ich prowodyrem. Umiał on wywoływać wrażenie, że pilnie pracuje, choć nic nie robił. Powitał trzynastoletniego przybysza ostrzeżeniem:

– Poświęcanie wszystkich sił i czasu ciężkiej pracy jest niegodne dobrego chrześcijanina. – Zwracając się do stołu, przy którym siedzieli uczniowie, dodał triumfalnie: – We Florencji mamy przeciętnie dziewięć świąt w miesiącu. Dodajcie do tego niedziele, a okaże się, że pracujemy tylko co drugi dzień.

– Nie sądzę, aby sprawiało ci to specjalną różnicę, Jacopo – zauważył Granacci w rzadkim przypływie złośliwości. – Wszak nie pracujesz i w dni robocze.

Upłynęły dwa tygodnie i zaświtał cudowny dzień podpisania kontraktu i pierwszej wypłaty. Michał Anioł nagle uprzytomnił sobie, jak niewiele zrobił, by zasłużyć na dwa złote floreny, które stanowić miały pierwszą zaliczkę. Zatrudniano go dotychczas w charakterze chłopca na posyłki, przynosił z apteki farby, polecano mu przesiewać piasek i przemywać go w beczce, do której doprowadzona była bieżąca woda.

Obudził się, kiedy było jeszcze ciemno, i wyskoczył z łóżka ponad śpiącym mocno bratem Buonarrotem. Na stojącej obok ławie znalazł swe długie pończochy i sięgającą kolan koszulę. Przy Bargello minął trupa zwisającego z haka na gzymsie; musiały to być zwłoki człowieka, którego powieszono przed dwoma tygodniami. Nie umarł on od razu, lecz wypowiadał tak mściwe słowa, że ośmiu priorów postanowiło ponownie dokonać egzekucji.

Ghirlandaio zdziwił się, ujrzawszy tak wcześnie chłopca, i powitał go krótkim buon giorno. Już od wielu dni pracował nad studium Chrzest w Jordanie i humor mu nie dopisywał, ponieważ nie mógł sobie stworzyć jasnej koncepcji postaci Jezusa. Jeszcze bardziej się zdenerwował, kiedy jego brat, Dawid, przerwał mu pracę, przedstawiając plik rachunków, jakie należało uregulować. Domenico szorstkim ruchem lewej ręki odsunął papierki, a prawą ręką w dalszym ciągu z irytacją rysował.

– Czyż nie mógłbyś, Dawidzie, sam załatwić sprawy bottegi, a mnie pozostawić w spokoju, bym mógł malować?

Michał Anioł z obawą patrzył na tę scenę: czyżby zapomnieli, co to za dzień? Granacci dostrzegł wyraz twarzy przyjaciela. Ześliznął się z ławy, podszedł do Dawida i szepnął mu coś do ucha. Dawid sięgnął do skórzanej sakiewki, zawieszonej u szerokiego pasa, podszedł do Michała Anioła, wręczył mu dwa floreny i książkę kontraktową. Michał Anioł szybko złożył podpis pod pierwszą zapłatą, zgodnie z postanowieniem umowy Doktorów i Aptekarzy, a potem napisał datę: 16 kwietnia 1488 roku.

Na myśl o chwili, kiedy te floreny wręczać będzie ojcu, serce jego przepełniła radość. Dwa floreny to, co prawda, nie bogactwo Medyceuszów, ale powinny rozjaśnić ponurą atmosferę domu Buonarrotich. Nagle zdał sobie sprawę z wesołego zgiełku wśród uczniów i usłyszał głos Jacopa:

– A więc ustalone, rysujemy z pamięci gnoma na ścianie zaułka za bottegą. Kto najdokładniej go narysuje, zwycięża i stawia obiad. Cieco, Baldinelli, Granacci, Bugiardini, Tedesco, czyście gotowi?

Michał Anioł poczuł tępy ból w piersiach: pominięto go. Jego dzieciństwo było tak samotne, nie miał przyjaciela, póki Granacci nie odkrył w małym chłopcu z sąsiedztwa talentu malarskiego. Jakże często wykluczano go z zabaw! Dlaczego? Czy dlatego, że był mały i chorowity? A może dlatego, że za mało się śmiał? Że z trudnością nawiązywał kontakt z innymi? Tak rozpaczliwie pragnął, by ci młodzi przyjęli go do siebie, ale to nie przychodziło łatwo. Pod koniec pierwszego tygodnia Granacci musiał go pouczać, jak należy postępować z rówieśnikami.

Trzynastoletni, grubokościsty Giuliano Bugiardini, prostoduszny chłopak, który od pierwszej chwili okazywał przyjaźń Michałowi Aniołowi, rysował kiedyś grupę kobiet. Bugiardini nie umiał rysować postaci ludzkich i nie interesował się tym. – Na co to się komu przyda? – mawiał. – I tak pokazujemy tylko ręce i twarze.

Widząc te workowate figury, Michał Anioł bez namysłu chwycił tępe pióro i wykonał nim parę szybkich posunięć, i od razu stało się jasne, że pod sukniami znajduje się ciało, i to ciało w ruchu. Bugiardini zamrugał ciężkimi powiekami widząc, jak jego rysunki nabierają życia. Nie był zazdrosny i nie czuł żalu o poprawki. Ale trzynastoletni Cieco, którego oddano do Ghirlandaia w przepisowym wieku lat dziesięciu, rozgniewał się, a że był cięty w języku, zawołał:

– Uczyłeś się na nagich modelkach!

– Przecież nie ma ich we Florencji! – protestował Michał Anioł.

Tedesco, chudzielec o rudych włosach, przywodzących na myśl obce najazdy, którym ongiś ulegała Florencja, zapytał nieprzyjaznym tonem:

– A więc skąd wiesz, jak wyglądają w ruchu kobiece piersi i uda? Skąd umiesz rysować żywe postaci pod ubraniem?

– Przyglądałem się, jak kobiety zbierają fasolę w polu, jak idą drogą z koszem chrustu na głowie. Co oko dostrzega, ręka narysuje.

– Tego Ghirlandaio na pewno nie pochwali! – zapiał wesoło Jacopo.

Owego wieczoru Granacci powiedział mu w zaufaniu:

– Uważaj, by nie wzbudzać zazdrości. Cieco i Tedesco uczą się tu od dawna. Czyż mogą uznać za sprawiedliwe, że ty instynktem potrafisz lepiej rysować niż oni po latach nauki? Chwal ich prace. Swoje zachowaj dla siebie.

A teraz przy stole uczniów Jacopo szczegółowo wymieniał warunki zawodów:

– Czas: dziesięć minut. Zwycięzca zyska tytuł mistrza i gospodarza.

– Dlaczego ja nie biorę udziału, Jacopo? – zawołał Michał Anioł.

Jacopo skrzywił się.

– Jesteś początkujący, nie masz szans, byś zwyciężył ani płacił. To byłoby niesprawiedliwe w stosunku do nas.

Dotknięty do żywego Michał Anioł poprosił:

– Pozwól mi się przyłączyć, Jacopo, zobaczysz, nie będzie ze mną tak źle.

– No dobrze – Jacopo ustąpił z niechęcią. – Ale nie damy ci więcej czasu. Wszyscy gotowi?

W podnieceniu Michał Anioł chwycił kredę i papier i począł śpiesznie kreślić zarys powykręcanej figury pół młodzieńca, pół satyra, którego oglądał kilkakrotnie na tylnym kamiennym murze. Odtwarzał z pamięci linie, podobnie jak uczniowie w szkole Urbina w zdumiewający sposób odtwarzali na żądanie mistrza wersety Iliady Homera czy Eneidy Wergilego.

– Dosyć – zawołał Jacopo. – Połóżcie wasze rysunki na środku stołu.

Michał Anioł podbiegł do stołu, położył swój rysunek w szeregu, rzucił okiem na prace towarzyszy. Zdziwił się, że są tak niepodobne, nie pokończone. Jacopo patrzył na niego z szeroko otwartymi ustami.

– Nie wierzę własnym oczom! Patrzcie, Michał Anioł zwyciężył!

Posypały się gratulacje. Cieco i Tedesco uśmiechnęli się do niego po raz pierwszy od czasu sprzeczki. Płonął dumą. Oto on, najmłodszy uczeń, zdobył prawo, by zafundować im wszystkim obiad…

Zafundować im wszystkim obiad! Poczuł się tak, jakby dwa złote floreny stanęły mu w gardle. Policzył kolegów. Siedmiu. Na pewno wypiją ze dwa litry czerwonego wina, zjedzą zupę wiejską, pieczeń cielęcą, owoce… I zrobią pokaźną wyrwę w jednym z dwu złotych florenów, które tak pragnął oddać ojcu.

Gdy szedł do osterii, a oni biegli przed nim, zaśmiewając się, coś mu zaczęło świtać w głowie. Pomyślał przez chwilę i zbliżył się do Granacciego:

– Dałem się wystrychnąć na dudka, no nie?

– Tak.

– Czemuś mnie nie ostrzegł?

– To należy do ceremoniału przy przyjęciu nowego.

– Cóż powiem ojcu?

– A gdybyś wiedział, czy rysowałbyś źle?

Michał Anioł uśmiechnął się.

– Byli pewni wygranej!

6

W pracowni Ghirlandaia nie obowiązywała żadna formalna metoda nauczania. Podstawową filozofię wyrażała plakieta, którą Ghirlandaio przybił do ściany nad swym biurkiem.

„Najdoskonalszym przewodnikiem jest natura. Rysuj stale, nie zaniedbuj ani jednego dnia”.

Michał Anioł miał uczyć się na pracach innych. Nic przed nim nie ukrywano. Do Ghirlandaia należało rzucenie ogólnego wzoru, kompozycji każdego malowidła i wzajemne ich zharmonizowanie. Wykonywał większość ważnych postaci, ale sto pozostałych rozdzielano w pracowni, czasem kilku uczniów pracowało nad jedną postacią i nad jednodniowym rozłożeniem tynku. Części fresku, najbardziej widoczne z kościoła, Ghirlandaio malował sam. Inne ważne partie malowali: Mainardi, Benedetto, Granacci i Bugiardini. Na bocznych lunetach, słabo widocznych, pozwolił ćwiczyć trzynastoletnim terminatorom, Ciecowi i Baldinellemu.

Michał Anioł przechodził od stołu do stołu, wykonując pomocnicze prace. Nikt nie miał czasu, aby przerwać swe zajęcia i uczyć go. Przyglądał się, jak Ghirlandaio wykańcza portret Giovanny Tornabuoni, malowany na specjalne zamówienie, a potem przerysowuje go na karton do fresku, mającego przedstawiać Nawiedzenie.

– Malarstwo olejne to robota dla kobiet – rzucił sarkastycznie Ghirlandaio. – Ale ta postać dobrze wyjdzie na fresku. Nie próbuj nigdy wymyślać ludzkich postaci, przenoś na obraz tylko te, które malowałeś z natury.

Dawid, Benedetto i Mainardi pracowali przy wspólnym długim stole w odległym kącie pokoju. Benedetto nigdy nie rysował od ręki. Michał Anioł odnosił wrażenie, że większą zwraca uwagę na podziałkę na leżącym przed nim papierze niż na indywidualny charakter portretowanej osoby. Był jednakże ekspertem w operowaniu przyrządami geometrycznymi. Pouczał Michała Anioła:

– Pamiętaj, że twarz dzieli się na trzy równe części: pierwsza to włosy i czoło, druga to nos, a trzecia to broda i usta. A teraz weź proporcje postaci mężczyzny. Pomijam tu kobiety, ponieważ żadna z nich nie posiada idealnych proporcji. Ramię wraz z dłonią sięga do połowy uda… tak. Wysokość mężczyzny to osiem długości twarzy. Jest to zarazem jego szerokość, gdy rozpostrze ramiona. Nie zapominaj, że mężczyzna ma po lewej stronie o jedno żebro mniej niż kobieta.

Michał Anioł próbował rysować zgodnie z geometrycznymi wytycznymi Benedetta, z pionem i cyrklem, ale to ograniczenie było trumną, do której mógł wcisnąć tylko martwe ciało.

Mainardi miał dokładną rękę i pewność siebie, potrafił tchnąć życie w rysowane postacie. Wymalował ważne części obu lunet i wszystkich panneau i opracowywał kolorystycznie karton Pokłon Trzech Króli. Pokazał Michałowi Aniołowi, jak nadać ciału temperą właściwy odcień, dwukrotnie malując nagie partie.

– Do pierwszego podkładu koloru, zwłaszcza do postaci młodych o świeżej karnacji, musisz brać żółtka jaj kury miejskiej. Mocne żółtka kur wiejskich przydadzą się tylko przy malowaniu ludzi starych lub o śniadym ciele.

Mainardi nauczył Michała Anioła rozprowadzać cielistą barwę ledwo widoczną zielenią, kłaść nad brwiami i na czubku nosa odrobinę czystej bieli, zaznaczać czernią kontury powiek i rzęsy.

Jacopo natomiast wtajemniczał go nie w technikę malarską, ale w życie miasta. Nie skryła się przed nim żadna niegodziwość. Mógłby całe życie iść obok cnoty i nie zauważyć jej, lecz brzydkie strony natury ludzkiej wyczuwał tak instynktownie, jak wróbel wyczuwa, gdzie znaleźć łajno. Był zbieraczem i heroldem miejskich plotek, odbywał codziennie obchody gospód, winiarni, balwierni, dzielnic domów publicznych, kamiennych ławek przed pałacami, gdzie przesiadujący grupkami starcy najhojniej zaopatrywali go w skandaliczne opowiastki z życia Florencji.

Każdego ranka udawał się do pracy okrężną drogą, tak że mógł czerpać ze wszystkich swych źródeł, i przychodził do pracowni z koszykiem pełnym najświeższego towaru, z różnymi nowinkami z nocy: komu przyprawiono rogi, który z artystów otrzymać ma takie to a takie zlecenie, kogo dziś osadzą w dybach przed pałacem Signorii.

Ghirlandaio posiadał odpis traktatu o malarstwie Cenniniego, a choć Jacopo nie potrafił przeczytać ani słowa, siadał po turecku na stole uczniów, udając, że sylabizuje ustęp, który znał na pamięć: „Będąc artystą, powinieneś prowadzić równie uregulowany tryb życia, jak gdybyś studiował teologię, filozofię lub inną gałąź wiedzy, a to oznacza: jeść i pić z umiarem przynajmniej dwa razy na dzień… chronić i oszczędzać rękę, nie dopuszczając do zmęczenia wywołanego rzucaniem kamieni lub sztabami żelaza. Jest jeszcze jedna okoliczność, której nawroty mogą uczynić twą rękę chwiejną, iż będzie drżeć i trzepotać bardziej niż liście pod podmuchem wiatru, a jest nią zbyt częste bawienie się w towarzystwie kobiet…”.

Jacopo odrzucił do tyłu głowę i zaśmiał się, prychając śliną w sufit, a potem zwrócił się do zaskoczonego tym Michała Anioła, który o kobietach wiedział nie więcej niż o systemie astronomicznym Ptolemeusza.

– Pojmujesz teraz, Michale Aniele, dlaczego nie maluję więcej: nie chcę, by freski Ghirlandaia drżały i trzepotały jak liście pod podmuchem wiatru!

Przyjemny, miły w obejściu Dawid posiadał umiejętność dokładnego powiększania poszczególnych fragmentów i przenoszenia ich na właściwy karton, dokładnie wielkości panneau w kościele. Nie była to praca twórcza, ale wymagała biegłości. Demonstrował, jak należy dzielić obrazek na kwadraciki, a potem karton na taką samą liczbę większych kwadratów, jak przenosić zawartość każdego kwadracika na odpowiadający mu kwadrat kartonu. Wykazywał, jak błędy, niemal niedostrzegalne w małym rysunku, stają się oczywiste po powiększeniu do wielkości kartonu.

Przyciężki, niezdarny Bugiardini, który miałby zapewne wiele kłopotu z pobieleniem ojcowskiej obory, zdołał jednakże tchnąć jakieś duchowe napięcie w postaci Nawiedzenia, choć posiadały one usterki anatomiczne. Kiedyś przez całą przerwę obiadową rysował Michała Anioła. Po dwóch godzinach powiedział do niego:

– Spójrz, oto twój portret. Udało mi się uchwycić wyraz.

Michał Anioł roześmiał się.

– Bugiardini jedno moje oko umieściłeś na skroni! Spójrz!

Bugiardini przyjrzał się twarzy Michała Anioła, a potem swemu rysunkowi.

– Wydaje mi się, że twoje oko jest dokładnie takie, jakie narysowałem. I tak samo twarz.

– W takim razie to błąd natury.

Wracając dalszą drogą do domu, Michał Anioł i Granacci znaleźli się na Piazza della Signoria, gdzie zgromadził się duży tłum, i weszli na stopnie Loggia della Signoria. Mogli stąd patrzeć na dziedziniec pałacu, gdzie ambasador sułtana tureckiego, przybrany w powłóczyste zielone szaty i turban w kształcie skorupki jaja, ofiarowywał członkom Signorii żyrafę. Michał Anioł pragnął narysować tę scenę, ale wiedział, że jest dla niego zbyt skomplikowana, więc zdołałby oddać tylko niewielką jej część. Poskarżył się Granacciemu, że jest jak szachownica, z przeplatającymi się czarnymi kwadratami umiejętności i białymi – ignorancji.

Następnego dnia w południe zjadł nieco upieczonej przez Lukrecję cielęciny i powrócił do pracowni pustej podówczas, gdyż towarzysze jego pogrążyli się w riposo, w popołudniowej drzemce. Postanowił obejrzeć rysunki mistrza. Pod jego stołem znalazł rolkę papierów z napisemRzeź niewiniątek; wziął ją, rozłożył na stole uczniów arkusze: dziesiątki szkiców do fresku. Kiedy przypatrywał się ukończonemu freskowi, wydawało mu się, że Ghirlandaio nie potrafi oddać ruchu, gdyż ci żołnierze z podniesionymi mieczami, te uciekające matki i dzieci tworzyły chaos i budziły w nim zamęt uczuć. Ale w tych wstępnych szkicach uderzała prawda i prostota. Zaczął je pospiesznie kopiować i przerysował już kilka z nich, kiedy poczuł, że ktoś za nim stoi. Odwrócił się i dojrzał grymas niezadowolenia na twarzy Ghirlandaia.

– Dlaczego wścibiasz nos w te papiery? Kto ci pozwolił?

Michał Anioł, przestraszony, odłożył węgiel.

– Nie wiedziałem, że to tajemnica. Chcę się uczyć. – Odzyskał spokój. – Im prędzej się nauczę, tym prędzej będę przydatny. Chcę zasłużyć na te złote floreny.

Zapał w oczach chłopca skuteczniej złagodził gniew Ghirlandaia niźli ten apel do logiki.

– A więc dobrze. Poświęcę ci trochę czasu.

– Proszę mnie nauczyć, jak używać pióra.

Ghirlandaio zaprowadził go do swego stołu, uprzątnął blat, rozłożył na nim dwa jednakowe arkusze papieru, wręczył swemu uczniowi tępo zakończone pióro, a drugie wziął sam do ręki i począł kreskować.

– Oto mój alfabet: koło na oczy, a na czubku nosa zakończenie takie jak to. Krótkiego pióra używaj do uwydatnienia ust i podkreślenia dolnej wargi.

Michał Anioł szybkimi ruchami ręki gonił za mistrzem. Zauważył, że kreśląc jakąś postać, Ghirlandaio nigdy nie trudzi się rysowaniem nóg do końca, ale stopniowo gubi ich linię. Potrafi paroma śpiesznymi poruszeniami pióra zasugerować układ szat na ludzkiej postaci, stworzyć kobietę, delikatnie i z wdziękiem unoszącą kraj sukni, osiągnąć liryzm w liniach ciała, a jednocześnie ukazać indywidualność i charakter.

Na twarzy Michała Anioła odmalowało się uniesienie. W takich momentach bywał najszczęśliwszy. Mając pióro w ręku, był artystą, myślał głośno, sondował swą duszę, badał, co czuje jego serce, co jego ręka umie powiedzieć o znajdującym się przed nią przedmiocie. Pragnąłby godzinami pracować przy tym stole, po stokroć rysować swe modele, oglądane wciąż pod innym kątem.

Ghirlandaio dostrzegał zapał w jego twarzy, podniecenie w ruchach ręki.

– Michale Aniele, nie wolno ci rysować dla samego rysowania. Ta figura jest nieprzydatna do fresku.

Widząc, jak dobrze naśladuje go uczeń, Ghirlandaio wziął ze stołu jeszcze dwa rysunki. Pierwszy był to plastycznie nakreślony, niemal naturalnej wielkości szkic głowy młodego, niespełna trzydziestoletniego mężczyzny o okrągłej twarzy, gładkich policzkach, ogromnych, zamyślonych oczach i wyszukanej fryzurze. Drugi odznaczał się pięknem kompozycji i przedstawiał chrzest mężczyzny na chórze rzymskiej bazyliki.

– Wspaniale! – wyszeptał Michał Anioł, sięgając po szkic. – Nauczyliście się wszystkiego, czego Masaccio mógł nauczyć!

Ze śniadej twarzy Ghirlandaia spłynęła wszystka krew. Czyżby mu ubliżono, uznano jedynie za naśladowcę? Ale w głosie chłopca brzmiała duma. Ubawiło to Ghirlandaia: oto najmłodszy uczeń prawi komplementy mistrzowi. Wziął od niego rysunki.

– Szkice nic nie znaczą, tylko ukończone freski się liczą. Zniszczę to.

Dobiegły ich z dworu głosy Ciecca i Baldinellego. Ghirlandaio podniósł się, Michał Anioł porwał swój papier i nowe pióro, pospiesznie zwinął Rzeź niewiniątek, związał rolkę i postawił na dawnym miejscu, w rogu, nim chłopcy weszli.

W dużej szufladzie swego stołu Ghirlandaio trzymał w zamknięciu tekę z rysunkami, do których zaglądał i z których szkicował, gdy tworzył nowe panneau. Granacci powiedział Michałowi Aniołowi, że Ghirlandaio gromadził te rysunki przez długie lata. Wyszły one spod ręki ludzi, których uważał za mistrzów, a należeli do nich między innymi: Taddeo Gaddi, Lorenzo Monaco, Fra Angelico, Paolo Ucello, Pollaiuolo, Fra Filippo Lippi. Michał Anioł spędzał wiele godzin, patrząc w zachwycie na ich ołtarze i freski, których było wiele we Florencji, ale nigdy nie widział szkicu roboczego.

– Oczywiście, że nie – rzucił szorstko Ghirlandaio, gdy Michał Anioł zapytał go, czy może obejrzeć zawartość teczki.

– Ale dlaczego? – krzyknął chłopiec z rozpaczą. Była to cudowna okazja, by poznać sposób myślenia i technikę najlepszych rysowników Florencji.

– Każdy artysta – odparł Ghirlandaio – zbiera swoją własną teczkę, zależnie od swych gustów i sądów. Moją zbierałem ponad dwadzieścia pięć lat. I ty też dorobisz się swojej.

W parę dni później, kiedy Ghirlandaio studiował szkic Benozza Gozzolego, przedstawiający nagiego młodzieńca z dzidą, zjawili się trzej wysłannicy z sąsiedniego miasta i poprosili go, aby zechciał z nimi pojechać. Mistrz, wstając, zapomniał zamknąć rysunku w szufladzie.

Michał Anioł poczekał, aż wszyscy wyjdą na obiad, podszedł do stołu Ghirlandaia i wziął rysunek. Po kilkunastu próbach udało mu się zrobić kopię, którą uznał za wierną, a wtedy błysnęła mu szalona myśl. Czy mógłby zwieść Ghirlandaia tą kopią? Rysunek miał trzydzieści lat, papier był poplamiony i pożółkły ze starości. Chłopiec zabrał trochę ścinków papieru na tylne podwórze, przejechał dłonią po ziemi i próbował wcierać brud z ręki wzdłuż żyłkowania papieru. Po chwili przyniósł na podwórze swą kopię i poddał ją temu samemu procesowi.

Stary arkusz miał jakby przydymione brzegi. Michał Anioł powrócił do pracowni, gdzie płonął ogień na kominku, potrzymał przez chwilę nad ogniem skrawki papieru, a potem swą kopię młodzieńca z dzidą. Następnie położył kopię na stole Ghirlandaia, a oryginał schował.

Przez tygodnie śledził każde poruszenie Ghirlandaia, a kiedy jego nauczyciel zapomniał schować do teczki jakiś szkic, Castagna, Signorellego czy też Verrocchia, chłopiec pozostawał w pracowni, by zrobić kopię. Jeśli zdarzyło się to późnym popołudniem, zabierał arkusz do domu i gdy reszta rodziny spała, rozpalał na dole ogień na kominku i nadawał właściwy kolor papierowi. Pod koniec miesiąca miał już w teczce dwanaście wspaniałych rysunków. Gdyby dalej miało iść w tym tempie, jego teczka z rysunkami mistrzów stałaby się wkrótce równie gruba jak Ghirlandaia.

Ghirlandaio od czasu do czasu przychodził wcześniej z obiadu i uczył swego terminatora, jak używać czarnej kredy, jak posługiwać się srebrnym sztyftem, a potem wzmacniać efekt białą kredą. Michał Anioł zapytał, czy mógłby kiedy rysować nagie modele.

– Dlaczego chcesz wprawiać się w malowaniu nagich ciał, skoro musimy je zawsze malować okryte szatą? – pytał Ghirlandaio. – Nie ma aż tylu nagich postaci w Biblii, żeby warto było się tego uczyć.

– A święci? – odparł chłopiec. – Muszą być prawie nadzy, kiedy obrzucają ich strzałami lub palą na stosie.

– Owszem, ale komu potrzeba prawidłowej anatomii w postaciach świętych? To przeszkadza w sprawach ducha.

– Czy nie pomogłoby to w oddaniu ich charakteru?

– Nie. Wszystko, co chcemy powiedzieć o charakterze, da się wyrazić w twarzy… no, może i w rękach. Nikt nie tworzy aktów od czasów pogańskich Greków. My malujemy dla chrześcijan. Poza tym ciała nasze są brzydkie, nieproporcjonalne, pełne czyraków, zapaleń, ekskrementów. Gaj palm i cyprysów, drzewo pomarańczowe okryte kwieciem, architektoniczny obraz ściany z kamienia ze schodkami prowadzącymi nad brzeg morza – to jest piękno. Piękno bezsporne. Malarstwo powinno być odświeżające, pełne czaru i uroku, a któż mógłby tak określić ludzkie ciało? Lubię rysować ludzi przechadzających się wdzięcznie w swych szatach…

– A ja chciałbym ich malować takimi, jakim Bóg stworzył Adama.

7

Z nadejściem czerwca rozpoczęły się upały. Chłopiec odłożył swoje calzoni, długie pończochy, wsunął sandały na bose nogi i ubrał się w lekką bawełnianą suknię. Otwarto tylne drzwi pracowni i stoły przesunięto na podwórze, pod zielone korony drzew.

Na uroczystość San Giovanni bottega została zamknięta na cztery spusty. Michał Anioł wstał wcześnie i udał się wraz z braćmi nad Arno, aby – nim spotka się z kolegami na tyłach Duomo – popływać i poigrać w brunatnych wodach przepływającej przez miasto rzeki.

Piazza osłonięta została szeroką niebieską markizą usianą złotymi gwiazdami, a oznaczającą niebiosa. Każdy cech zbudował sobie własną chmurę, w której – wysoko na drewnianym wzniesieniu, grubo pokrytym wełną, otoczonym światłami i cherubinami i posypanym gwiazdami z szychu – siedział jego święty patron. Na niżej umieszczonych żelaznych prętach, przywiązane do nich w pasie, znajdowały się dzieci przebrane za aniołki.

Na czele procesji niesiono krzyż z katedry Santa Maria del Fiore, a za nim postępowały ze śpiewem kompanie włókniarzy, szewców, grupy ubranych na biało chłopców, olbrzymy o szczudłach na sześć łokci wysokich, w fantastycznych maskach i kapturach. Dalej wieziono dwadzieścia dwie wieże z aktorami, przedstawiającymi żywe obrazy z Biblii: na Wieży Św. Michała z bitwą aniołów pokazywano strącenie Lucypera z nieba; na Wieży Adama – stworzenie Adama i Ewy i pojawienie się węża; na Wieży Mojżesza odgrywano otrzymanie tablicy Dziesięciorga Przykazań.

Michał Anioł miał wrażenie, że żywym obrazom nie będzie końca. Nigdy nie lubił sztuk biblijnych i chciał odejść, ale Granacci, oczarowany dekoracjami, nalegał, by pozostali do końca. Potem, gdy w Duomo zaczynała się suma, złapano jakiegoś Bolończyka, jak kradł wiernym, zgromadzonym tłumnie przed amboną, sakiewki i złote skuwki od pasków. Tłum w kościele i na Piazza w porywie gniewu krzyczał: – Powiesić go! – Fala ludzka uniosła uczniów w pobliże siedziby kapitana gwardii, u którego w oknie niezwłocznie powieszono złodzieja.

Później tego dnia rozszalała się w mieście wichura i burza, a grad zniszczył budy i zamienił w bagno tor wyścigowy. Bugiardini, Cieco, Baldinelli i Michał Anioł schronili się we wnęce drzwi baptysterium.

– Ta burza przyszła dlatego, że ten przeklęty Bolończyk kradł w święto – rzekł Cieco.

– Nie, wprost przeciwnie – zaprotestował Bugiardini. – Ta burza to kara boska na nas za powieszenie człowieka w dniu świątecznym.

Zwrócili się do Michała Anioła, zatopionego w oglądaniu złotych płaskorzeźb na drugich drzwiach Ghibertiego: dziesięć wspaniałych płaskorzeźb, ukazujących kolejno ludy, zwierzęta, miasta, góry i pałace Starego Testamentu.

– Co ja myślę – odrzekł Michał Anioł. – Myślę, że te drzwi to wrota raju.

W pracowni Ghirlandaia kartony fresku Narodziny św. Jana były już gotowe do przeniesienia na ściany Santa Maria Novella. Choć Michał Anioł wcześnie przyszedł do pracowni, okazało się, że przybył ostatni. Szeroko otworzył oczy widząc, jak się wszyscy krzątają, zbierają kartony, zwoje szkiców, pędzle, miseczki i butelki z farbami, wiaderka, worki piasku i wapna, woreczki węgla drzewnego. Załadowano to wszystko na mały wózek, zaprzężony w jeszcze mniejszego osiołka, i cała pracownia ruszyła w drogę. Ghirlandaio, niczym generał, kroczył na przedzie, a Michał Anioł, jako ostatnio przyjęty uczeń, prowadził wózek przez Via dei Sole do Znaku Słońca, gdzie zaczynała się parafia Santa Maria Novella. Skierował osiołka na prawo i znalazł się na Piazza Santa Maria Novella, na jednym z najstarszych i najpiękniejszych placów Florencji.

Ściągnął uzdę osła: przed nim wynurzył się kościół. Od roku 1348 stał niewykończony aż do chwili, gdy Giovanni Rucellai, wuj Michała Anioła, wpadł na szczęśliwą myśl, by powierzyć Leonowi Battiście Albertiemu zaprojektowanie fasady z przepięknego czarnego i białego marmuru. Michałowi Aniołowi żywiej biło serce, gdy myślał o rodzinie Rucellaich, a to tym bardziej, że w domu Buonarrotich nie pozwalano mu wspominać tego nazwiska. Nigdy nie był w ich pałacu na Via della Vigna Nuova, ale mijając go zawsze zwalniał kroku, by zajrzeć do przestronnego parku, gdzie stały starożytne rzeźby greckie i rzymskie, i przyjrzeć się fasadzie Albertiego, który projektował tę pańską rezydencję.

Chudy jak tyka Tedesco dowodził przy wyładowywaniu, z satysfakcją komenderując trzynastolatkami w tym momencie władzy. Michał Anioł, trzymając zwój szkiców w rękach, wszedł przez drzwi z brązu i stał, wdychając chłodne, ciężkie od kadzideł powietrze. Kościół rozciągał się przed nim w formie egipskiego krzyża, długiego na sto metrów, miał trzy ostrołukowe sklepienia i trzy rzędy majestatycznych kolumn, zbliżających się stopniowo ku sobie, w miarę jak zbliżały się do głównego ołtarza, za którym zespół Ghirlandaia pracował już od trzech lat. Boczne ściany kościoła pokrywały malowidła ścienne o żywych barwach, a tuż nad głową Michała Anioła znajdował się drewniany krucyfiks Giotta.

Wolno posuwał się główną nawą, a każdy krok wprawiał go w nowy zachwyt. Była to jakby wędrówka po galerii sztuki włoskiej.

Tu Giotto, malarz, rzeźbiarz i architekt. Jak głosiła legenda, Cimabue dostrzegł talent w małym pastuszku rysującym na skałach, zabrał go do swej pracowni i Giotto wyzwolił malarstwo z bizantyjskiej sztywności. A potem przez dziewięćdziesiąt lat naśladowano Giotta, aż wreszcie – tu oto, po lewej stronie kościoła, ukazywała to płomiennie i niezbicie jego Trójca Święta – pojawił się nie wiadomo skąd Masaccio i sztuka florencka narodziła się na nowo.

Poprzez nawę, na lewo, widział krucyfiks Brunelleschiego, kaplicę rodziny Strozzich z freskami i rzeźbami braci Orcagna; front głównego ołtarza z brązami Ghibertiego i dalej, niby miniaturę wszystkich tych wspaniałości, kaplicę Rucellaich wzniesioną przez rodzinę jego matki w połowie trzynastego wieku, kiedy to zrobili fortunę dzięki temu, że jeden odkrył gdzieś na wschodzie, jak wyrabiać piękną czerwoną farbę.

Michał Anioł nigdy nie mógł wejść po tych paru schodkach prowadzących do kaplicy Rucellaich, mimo iż zawierała ona największe artystyczne skarby Santa Maria Novella. Powstrzymywała go lojalność wobec rodzinnej waśni. Ale teraz, gdy oderwał się od rodziny i będzie pracował w Santa Maria Novella, czyż nie zdobył sobie prawa, by wejść? Wejść i nie czuć się intruzem wśród członków tej linii jego rodziny, która po śmierci jego matki zerwała z nimi wszelki kontakt, nie dbając o to, co się dzieje z pięcioma synami Franceski Rucellai del Sera, córki Marii Bonda Rucellai.

Odłożył niesiony przez siebie zwój i wolno wszedł po schodach. Znalazłszy się w kaplicy, gdzie widniała Madonna Cimabuego, upadł na kolana; w tej właśnie kaplicy matka jego matki modliła się przez całą swoją młodość, a jego matka w radosnych dniach pojednania rodzin. Łzy go piekły pod powiekami i napłynęły do oczu. Uczono go pacierza, lecz dawniej tylko klepał słowa, które teraz, niewołane, same spłynęły mu na wargi. Modlił się do tej pięknej Madonny, a może do własnej matki. Czy istniała między nimi różnica? A czyż matka nie była tak bardzo podobna do tej Madonny? Wszystkie mgliste wspomnienia matki zlały się w jedno z obrazem Matki Bożej.

Wstał, podszedł do Najświętszej Dziewicy, czule przesunął dłonią po marmurze draperii. A potem odwrócił się i opuścił kaplicę. Przystanął na chwilę na najwyższym stopniu schodów, uderzony myślą o kontraście swych dwu rodzin. Rucellai zbudował tę kaplicę koło roku 1265, to jest w tym samym okresie, kiedy i Buonarroti się wzbogacili.

Artyści, którzy znaleźli uznanie u Rucellaich, dokonali przewrotu w swych sztukach: Cimabue w malarstwie gdzieś pod koniec trzynastego wieku i Nino Pisano w 1365 roku. Nawet i teraz, w roku 1488, trwało ich przyjazne współzawodnictwo z Medyceuszami o najlepsze marmurowe rzeźby, jakie wykopano w Grecji, na Sycylii i w Rzymie.

Żaden z Buonarrotich nigdy nie ufundował kaplicy, choć czyniły to inne rodziny równie zamożne. Dlaczego więc oni nie ufundowali?

Spostrzegł, że jego koledzy kładą na rusztowaniu przyniesione przez siebie rzeczy.

Czy wystarczy stwierdzić, że nie ufundowali żadnej kaplicy, ponieważ żaden z nich nie odznaczał się religijnością? Wypowiedzi Lodovica naszpikowane były religijnymi zwrotami, ale monnaAlessandra raz tak powiedziała o swym synu:

– Lodovico pochwala wszystkie prawa Kościoła nawet wtedy, gdy się do nich nie stosuje.

Buonarroti byli ludźmi twardymi, gdy w grę wchodził floren. Posiadali wrodzony Toskańczykom spryt w sprawach finansowych i umieli strzec swych funduszy. Czyżby to chęć inwestowania wyłącznie w domach i ziemi, jedynym rzeczywistym źródle bogactw Toskańczyka, nie pozwalała Buonarrotim trwonić ani skuda na sztukę? Michał Anioł nie mógł sobie przypomnieć, by kiedykolwiek widział w domu najskromniejszy choćby obraz lub rzeźbę. Zdumiewało po prostu, że obywali się bez tego, będąc rodem tak bogatym i mieszkając od trzechset lat w najbardziej twórczym artystycznie mieście świata, gdzie nawet średnio zamożne domy posiadały dzieła sztuki religijnej, przechodzące z pokolenia na pokolenie.

Odwrócił się, by spojrzeć raz jeszcze na freski kaplicy Rucellaich, i z najgłębszym smutkiem uświadomił sobie, że Buonarroti byli nie tylko skąpcami, ale także i wrogami sztuki, pogardzali bowiem tymi, którzy ją tworzyli.

Stojący na rusztowaniu Bugiardini zawołał go. Ghirlandaio i jego pomocnicy pracowali już bardzo sprawnie. Poprzedniego dnia Bugiardini położył grubą warstwę intonaco na ścianie, tworząc surową powierzchnię, a teraz kładł przygotowaną zaprawę z wapna na ten kawałek, który miał być tego dnia zamalowany. Cieco, Baldinelli i Tedesco pomogli mu podnieść karton i razem przyłożyli go do wilgotnego panneau. Ghirlandaio za pomocą woreczka z węglem odbił zarys postaci na świeżym intonaco, po czym dał znak, by karton zabrano. Młodzi terminatorzy zleźli z rusztowania, ale Michał Anioł został, przyglądając się, jak mistrz miesza barwniki mineralne w dzbanuszkach z wodą, wyjmuje pędzel i zaczyna malować.

Musiał malować szybko i pewnie i skończyć swą pracę przed wieczorem, nim wyschnie zaprawa. Jeśliby się spóźnił, na niepomalowanej powierzchni utworzyłaby się skorupa wskutek prądów powietrznych przepływających przez kościół i te partie miałyby plamy i nierówności. Gdyby źle wyliczył, ile namaluje tego dnia, następnego rana trzeba by zdzierać niezamalowany suchy tynk, co pozostawiłoby widoczny szew. Wszelkie poprawianie było niedopuszczalne, ponieważ farby, kładzione później, muszą zawierać klej, co psuje koloryt malowidła, zaczernia je.

Michał Anioł stał na rusztowaniu z wiadrem wody i tuż pod rozbieganym pędzlem mistrza spryskiwał tynk, aby był wilgotny. Po raz pierwszy zrozumiał, jak prawdziwe jest powiedzenie, że nigdy żaden tchórz nie weźmie się do fresków. Patrzył, jak Ghirlandaio śmiało posuwa się naprzód, jak maluje dziewczynę z koszem dojrzałych owoców na głowie, odzianą w szeroką, wzdymającą się suknię, które to suknie modne były podówczas we Florencji i w których młode dziewczęta wyglądały jak kobiety w ciąży. Obok niego stał Mainardi, malując dwie starsze, spokojne i łagodne ciotki z rodziny Tornabuonich, odwiedzające Elżbietę.

Najwyżej na rusztowaniu stał Benedetto, malując wypracowany sufit z poprzecznymi belkami. Granacciemu przypadła centralna postać drugoplanowa, służebna, niosąca Elżbiecie tacę. Dawid pracował nad postacią Elżbiety, która opierała się o bogato rzeźbione łoże. Bugiardini, któremu powierzono okno i framugi drzwi, przywołał do siebie Michała Anioła, trzepocąc palcami na znak, by mu spryskał wapno wodą, a potem odsunął się z zachwytem o krok od ukończonego przez siebie w tej chwili okienka nad głową Elżbiety i zapytał:

– Widziałeś kiedykolwiek równie piękne okno?

– Wspaniałe, Bugiardini – odparł zapytany. – Zwłaszcza otwarta przestrzeń, którą za nim widać.

Bugiardini przyjrzał się swej pracy, zaskoczony, ale dumny.

– I ta partia też ci się podoba? Ciekawe, jeszcze jej przecież nie wymalowałem.

Nadszedł moment najważniejszy. Ghirlandaio z pomocą Mainardiego zaczął prześliczną młodą Giovannę Tornabuoni, przybraną w wymyślne stroje z najpiękniejszego florenckiego jedwabiu i najbogatsze klejnoty i spoglądającą wprost na malarza, niezainteresowaną w najmniejszym stopniu ani Elżbietą spoczywającą na łożu o wysokim oparciu, ani małym Janem ssącym pierś innej piękności z rodu Tornabuonich, usadowionej na ławie przy łożu.

Panneau zabrało pięć dni wytężonej pracy. Jedynie Michałowi Aniołowi nie pozwolono kłaść farb. Przeżywał rozterkę. Czuł, że choć dopiero od trzech miesięcy zalicza się do uczniów Ghirlandaia, potrafiłby pracować nad freskiem równie dobrze jak jego rówieśnicy.

Jednocześnie zaś jakiś wewnętrzny głos mówił mu, że cała ta gorączkowa działalność to nie jego sprawa. Nawet w momentach, kiedy najbardziej rozpaczał, że jest z tego wyłączony, chciał wybiec z chóru, z pracowni, by znaleźć się we własnym świecie.

Pod koniec tygodnia zaprawa zaczęła schnąć. Palone wapno pobrało z powietrza kwas węglowy, co utrwaliło kolory. Michał Anioł przekonał się, iż mylił się sądząc, że wilgotna zaprawa pochłonie barwniki; pozostały one na wierzchu, pokryte krystaliczną powłoką węglanu wapnia, który był dla nich tak stosowną osłoną, jak skóra młodego atlety dla jego mięśni i krwi. Całe panneau pokryła metaliczna glazura, która miała je chronić przed gorącem, chłodem i wilgocią. Ale co zdumiewało najbardziej, to fakt, że każdy odcinek, schnąc, kolejno ukazywał właśnie takie kolory, jakie Ghirlandaio stworzył w swej pracowni.

A jednak, kiedy następnej niedzieli Michał Anioł udał się samotnie na mszę do Santa Maria Novella i przesuwał się wśród rozmodlonych Florentyńczyków w krótkich aksamitnych kabatach, farcetti, szerokich płaszczach z kamlotu, przybranych białym futrem, i wysokich kapeluszach – poczuł przygnębienie, spostrzegłszy, że we freskach zatraciło się wiele świeżości i tężyzny oryginału. Osiem kobiet zdawało się raczej martwą naturą czy mozaiką, jakby były zrobione z twardych odłamków kolorowych kamieni. A już z pewnością nie były to narodziny Jana w skromnej rodzinie Elżbiety i Zachariasza, ale towarzyskie zebranie włoskiego księcia kupców, zupełnie pozbawione religijnego ducha czy treści.

Stojąc przed wspaniałym freskiem, chłopiec zrozumiał, że Ghirlandaio kochał Florencję. To miasto było mu religią. Życie całe spędzał na malowaniu jego mieszkańców, pałaców, ich wytwornie urządzonych wnętrz, architektury Florencji, ulic tętniących życiem, religijnych i politycznych obchodów w mieście. A cóż za oko posiadał! Nic mu nie uszło! Ponieważ nikt nie zamawiał u niego obrazu Florencji, uczynił z Florencji Jerozolimę. Pustynię palestyńską zastępowała Toskania, a wszystkie postacie biblijne przedstawiały współczesnych Florentyńczyków. Że zaś Florencja była bardziej pogańska niż chrześcijańska, wszystkim podobały się bałamutne obrazy Ghirlandaia.

Michał Anioł wyszedł z kościoła przygnębiony. Forma była doskonała, ale gdzie była treść? Oczy jego przysłoniła mgła, gdy próbował sformułować słowa zdolne wyrazić myśli tłukące mu się po głowie.

On także chciał się nauczyć rysować dokładnie to, co widzi. Ale zawsze będą dla niego ważniejsze uczucia wywołane tym, co widzi.

8

Dał się ponieść fali ludzkiej do Duomo, gdzie na chłodnych marmurowych schodkach przystawali młodzi ludzie, aby się pośmiać i popatrzeć na rozgrywające się przed ich oczyma widowisko. Każdy dzień we Florencji był jarmarkiem, a w niedzielę mieszkańcy najbogatszego miasta w Italii, które wydarło Wenecji jej handel z Orientem, wychodzili na ulice, by dowieść, że trzydzieści trzy florenckie banki-pałace dostarczają bogactwa wszystkim. Florenckie dziewczęta były szczupłe, nosiły głowy do góry, a na złotoblond włosach upinały kolorowe stroiki.

Miały suknie pod szyję, z długimi rękawami, przy czym spódnice były fałdziste, szerokie, staniki zaś z delikatniejszej tkaniny i subtelniejszej barwy. Starsi mężczyźni nosili ciemne płaszcze, ale młodzi synowie znakomitych rodzin tworzyli barwną plamę między stopniami Duomo a baptysterium. Każda nogawka ich calzonibyła odmiennego koloru. Ozdabiano je stosownie do rodzinnego herbu. Towarzyszyli im służący w takich samych strojach.

Jacopo siedział na jednym z kilku rzymskich sarkofagów przed frontem katedry. Stąd nieprzerwanie czynił komentarze na temat mijających go dziewcząt, goniąc uwłaczającym spojrzeniem te, które obdarzał swą największą aprobatą.

– Mieć taką kochankę!

Michał Anioł zbliżył się do Jacopa, pogładził ręką sarkofag, wyczuwając pod palcami walczących ludzi i konie.

– Patrz, jak te marmurowe figury wciąż jeszcze tchną życiem!

W głosie chłopca brzmiało takie uniesienie, że koledzy odwrócili się, by spojrzeć na niego. W przedwieczornym zmierzchu, pod kopułą Duomo, płonącą żarem gasnącego słońca, wybuchnął trawiący go głód i Michał Anioł wyznał Florencji swą tajemnicę.

– Bóg był pierwszym rzeźbiarzem. To on stworzył pierwszą figurę: człowieka. A kiedy chciał ogłosić swe prawa, jakiego użył materiału? Kamienia. Na kamiennych tablicach wyrył Mojżeszowi Dziesięć Przykazań. Z czego były pierwsze narzędzia człowieka? Z kamienia. A czy wielu spośród nas, malarzy, przesiadujących na schodach katedry, poświęci się rzeźbie?

Wybuch ten zdumiał kolegów z pracowni. Nawet Jacopo przestał interesować się dziewczętami. Nigdy nie słyszeli, by przemawiał tak gorąco, nie widzieli w jego bursztynowych oczach takiego ognia, jaki w nich płonął teraz, w zapadającym mroku. Michał Anioł wyjaśnił im, dlaczego, jego zdaniem, coraz mniej jest rzeźbiarzy: rzeźbienie wymaga siły, wyczerpuje zarówno umysł, jak ciało, podczas gdy malarz bez trudu posługuje się pędzlem, ołówkiem i kredą.

Jacopo począł gwizdać z niezadowoleniem, Granacci odpowiedział młodemu przyjacielowi:

– Jeśli wielkość zmęczenia stanowi kryterium sztuki, to powinno się uważać kamieniarzy, którzy klinami i ciężkimi łomami wydobywają marmur z głębi gór, za wartościowszych od rzeźbiarzy, kowali za większych od złotników, a murarzy za ważniejszych od architektów.

Rumieniec okrył twarz Michała Anioła. Zły zrobił początek. Spojrzał na uśmiechającego się złośliwie Jacopa, Tedesca i dwóch trzynastolatków.

– Ale musicie przecież zgodzić się ze mną, że im szlachetniejsze jest dzieło sztuki, tym więcej jest w nim prawdy? A rzeźba bliższa jest prawdziwej formy, bo przy obróbce marmuru figura wynurza się z czterech stron…

Choć zwykle był powściągliwy w mówieniu, teraz słowa płynęły potokiem z jego ust.

– Malarz