Uczennica - Osamu Dazai - ebook
Opis

Uczennica została napisana na samym początku literackiej kariery Osamu Dazai. Szybko jednak zyskała rozgłos – przede wszystkim dzięki mistrzowskiemu użyciu języka. Był to styl, który z powodzeniem mógłby znaleźć się w dzienniku nastoletniej dziewczyny, a jednocześnie – bardzo malowniczy i sugestywny. Dziś widzimy w tej opowieści ironiczny opis społeczeństwa i walkę jednostki o wolność. To tematy, które Dazai eksplorował nie tylko w swojej twórczości, ale które były też wiodącymi wątkami w jego krótkiej i burzliwej biografii.

Osamu Dazai (właśc. Shūji Tsushima; 1909-1948) to jedna z najważniejszych postaci w literaturze japońskiej. W czasie swojego burzliwego – bo naznaczonego uzależnieniami i licznymi próbami samobójczymi – życia zasłynął jako mistrz nowego stylu, świetnie władający językiem, potrafiący głośno wyrazić stany uczuciowe kolejnych pokoleń młodych Japończyków.

Młoda narratorka „Uczennicy” nadal jest na etapie odkrywania siebie, a stworzona przez Dazai kronika jej emocjonalnych przemian jest arcydziełem.

J. Thomas Rimer, University of Pittsburgh

Chociaż przedstawione w konkretnym czasie, miejscu i kulturze, przesłanie i przestroga od Dazai mają wydźwięk uniwersalny.

David Stahl, Binghamton University SUNY

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 59

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału:
Redakcja i korekta: ANNA ZIELIŃSKA-HOŞAF
Skład i łamanie: ROCH Wojciech Ochocki
Projekt okładki: SERVET HOŞAF
Na okładce wykorzystano zdjęcie: piyato \ iStock
Copyright © for the Polish edition by Wydawnictwo Akademickie DIALOG, 2019
ISBN e-pub 978-83-8002-833-3
ISBN mobi 978-83-8002-834-0
Wydanie elektroniczne, Warszawa 2019
Wydawnictwo Akademickie DIALOG Spółka z o.o. 00-112 Warszawa, ul. Bagno 3/218 tel./faks (+48 22) 620 87 03 e-mail:redakcja@wydawnictwodialog.pl WWW:www.wydawnictwodialog.pl
Konwersja:eLitera s.c.

Osamu Dazai, Uczennica

Kiedy budzi mnie ranek, czuję się dziwnie. Jak podczas zabawy w chowanego, kiedy kucam nieruchomo w najciemniejszym kącie szafy, aż tu nagle Deko z hukiem przesuwa drzwi, wdziera się światło, Deko krzyczy: „Znalazłam!”, a ja, oślepiona i jeszcze zmieszana, z walącym sercem poprawiam ubranie – trochę, niepewnie, wychodzę z szafy i nagle czuję ucisk w żołądku, chociaż nie, inaczej – to jednak nie jest to uczucie, to coś jeszcze bardziej nieznośnego. Kiedy otwieram pudełko, a w nim znajduje się mniejsze pudełko, i kiedy otworzę to mniejsze pudełko, to w nim znajdę jeszcze mniejsze pudełko, jak je otworzę – to znowu, znowu jest w nim mniejsze pudełko, a jak otworzę to jeszcze mniejsze, znów ukazuje się pudełko... i tak otwieram siedem albo osiem, aż pod koniec pojawia się pudełko mniej więcej wielkości kostki do gry; otwieram je ostrożnie i nic, pusto... To raczej takie uczucie, a przynajmniej trochę podobne.

Nieprawda, że budzimy się w mgnieniu oka. Najpierw oczy są mętne, mętne, powoli osad opada, ciecz staje się klarowna i zmęczone zaczynają się otwierać. Poranki są takie, jak by to powiedzieć, bezczelne. Nie mogę znieść tego mnóstwa smutnych spraw, które mnie wtedy przytłaczają. Nie mogę! Nie mogę! Rano jestem najbrzydsza. Nogi mam ciężkie ze zmęczenia i już nic nie chce mi się robić. To pewnie dlatego, że nie śpię głęboko. „Kto rano wstaje...” – bzdura. Rano jest szaro. Zawsze, zawsze tak samo. Pustka. Kiedy rano leżę pod kołdrą, dopadają mnie czarne myśli. Nic mi się nie podoba. Same przeróżne, nieznośne rozczarowania, wszystkie na raz, wlewają się we mnie, doprowadzają do agonii.

Ranki są podłe.

„Tato” – próbuję wołać cicho. Dziwnie zawstydzona, szczęśliwa, wstaję i szybko składam materac. Podnosząc go, stęknęłam i osłupiałam. Do tej pory nie uważałam się za kobietę, która stęka i wydaje równie prostackie dźwięki. Stękanie i inne babcine sposoby na dodawanie sobie otuchy są obrzydliwe. Czemu to mi się wymsknęło? Zemdliło mnie na myśl, że gdzieś w moim ciele tkwi staruszka. Muszę się pilnować. To tak samo potwornie przygnębiające, jak kiedy z pogardą patrzysz na czyjś prostacki sposób chodzenia, a za chwilę orientujesz się, że sama tak chodzisz.

Każdego ranka brakuje mi pewności siebie. Jeszcze w koszuli nocnej siadam przed toaletką. Kiedy bez okularów wpatruję się w lustro, moja twarz jest niewyraźna i wygląda świeżo. Najbardziej nie znoszę w niej okularów, ale te mają zalety, o których inni nie wiedzą. Lubię zdjąć okulary i patrzeć w dal. Wszystko jest rozmyte jak we śnie, jak przez zoetrop, wspaniałe. Nie widać żadnych brudów ani nic takiego. Widoczne jest tylko to, co duże, wyraźne, w mocnych barwach, jasne. Bez okularów lubię też obserwować ludzi. Wszystkie twarze wyglądają łagodnie, pięknie, wesoło. W dodatku jak nie mam okularów, nawet nie przychodzi mi do głowy, żeby się z kimś pokłócić albo powiedzieć coś złego. Po prostu milczę, zamyślona. A jak sobie jeszcze pomyślę, że w takich momentach mogę się innym wydawać milsza, odprężam się jeszcze bardziej, chcę być rozpieszczana i bardzo łagodnieję.

Mimo wszystko okulary są beznadziejne.  Kiedy je zakładam, moja twarz przestaje być twarzą. Wszystko, co się na niej rodzi, różne emocje, romantyzm, piękno, zachwyt, gwałtowność, słabość, niewinność, smutek, wszystko zakrywają okulary. To aż śmieszne, jak zupełnie niczego nie mogę wyrazić oczami.

Okulary straszą.

Pewnie przez to, że tak ich nienawidzę, wydaje mi się, że piękno oczu jest uznawane za największą zaletę. Mogłabym nie mieć nosa, zasłonić usta, ale oczy... Cudownie by było mieć takie oczy, w które jak się popatrzy, to można pomyśleć, że zasługuje się na piękniejsze życie. Ale moje oczy są po prostu duże – i nic więcej.

Ile razy się w nie wpatruję, jestem rozczarowana. Nawet mama mówi, że są nijakie. Pewnie właśnie takie oczy nazywa się pozbawionymi blasku. Jak bryła węgla, co za nuda. Dokładnie tak. Okropne. Za każdym razem, gdy spojrzę w lustro, nabieram przekonania, że chciałabym mieć oczy z tym błyskiem, piękne. Oczy jak błękit jeziora, oczy, które wyglądają jakbym leżąc na zielonej łące, patrzyła w bezkres nieba, oczy, w których raz po raz odbijają się przepływające chmury. W których wyraźnie odbijają się nawet ptaki. Chcę spotkać jak najwięcej osób o pięknych oczach.

Dziś zaczął się maj. Na samą myśl zrobiło mi się trochę weselej. Poczułam się wręcz szczęśliwsza. Lato też już blisko. Kiedy wyjdzie się do ogrodu, wzrok przyciągają kwiaty truskawek. Fakt, że tata nie żyje, staje się nieprawdopodobny. Ciężko jest zrozumieć, że jak umierasz, przestajesz istnieć. To nie ma sensu. Tęsknię za siostrą, za ludźmi, z którymi się rozstałam i których dawno nie widziałam. Dlaczego rano wszystko to, co minęło, i ludzie, których nie ma, nawiedzają mnie namolnie, niczym zapach kiszonej rzodkwi?

Dżapi i Kali (wołamy tak na niego, bo jest godny politowania), nierozłączne, podbiegły do mnie. Siedziały przede mną, a ja głaskałam tylko Dżapiego. Ma piękną, białą, lśniącą sierść. Kali jest brudny. Wiem, że jak będę głaskać tylko Dżapiego, Kali będzie patrzył na mnie takim wzrokiem, jakby miał się zaraz popłakać. Wiem, że jest kaleką. Nie lubię go, bo jest nieszczęśliwy. Już nie mogę znieść tego użalania się nad nim i specjalnie się nad nim znęcam. Wygląda jak bezpański, nie wiem, pewnie w końcu ubije go jakiś hycel. Z takimi łapami pewnie nie dałby rady uciec. Kali, dalej, idź gdzieś zdychaj. Nikt cię nie kocha; im szybciej umrzesz, tym dla ciebie lepiej. Jestem taka nie tylko dla tego psa, dla ludzi też. Wprawianie ludzi w zakłopotanie przynosi mi satysfakcję. Jestem potwornym dzieckiem. Kiedy tak siedziałam na werandzie, głaskałam Dżapiego po głowie, a zieleń liści drażniła moje oczy, zrobiłam się nieszczęśliwa i zachciało mi się usiąść na ziemi, jak dziecku.

Spróbuję się popłakać. Pomyślałam, że jak wstrzymam oddech, aż przekrwią mi się oczy, to poleci mi chociaż łza, ale nic z tego nie wyszło. Chyba stałam się kobietą niezdolną do łez.

Dałam spokój i zaczęłam sprzątać w pokoju. Sprzątając, nagle zacząłem śpiewać Tojin Okichi. Rozejrzałam się, jakbym sprawdzała, czy nikt mnie nie słyszy. To ciekawe, przecież podobno uwielbiam muzykę Mozarta i Bacha, a tu nieświadomie zaczynam śpiewać Tojin Okichi. Stękam jak chowam materac do szafy, nucę Tojin Okichi w czasie sprzątania – nie ma dla mnie nadziei. W takim razie co za bzdury muszę wygadywać przez sen?! Tak mnie samą to rozbawiło, że upuściłam miotłę.

Założyłam nową, wczoraj uszytą bieliznę. Na piersiach wyhaftowałam sobie małą, białą różę. Nie będzie widoczna, jak założę bluzkę. Nikt się o niej nie dowie. Podoba mi się to.

Mama, strasznie zajęta aranżowaniem czyjegoś małżeństwa, wyszła wcześnie rano. Jestem do tego przyzwyczajona, bo odkąd byłam mała, poświęcała się innym, ale i tak nie mogę się nadziwić, że bezustannie potrafi być w ruchu. Podziwiam ją. Tata w zasadzie zajmował się tylko nauką, więc mama przejęła też jego obowiązki. Tata nie był nigdy szczególnie towarzyski, za to mama to mistrzyni miłych spotkań. Wiele ich różniło, ale chyba się wzajemnie szanowali. To pewnie o takich mówi się: „Co za wspaniała, piękna i spokojna para”. No dobra, za dużo sobie pozwalam.

Czekając, aż zupa miso się podgrzeje, usiadłam w drzwiach kuchennych i bezmyślnie patrzyłam na zagajnik przede mną. Wtedy naszło mnie wrażenie, że już kiedyś i jeszcze kiedyś, tak samo, siedząc w drzwiach do kuchni w takiej pozycji, myśląc dokładnie o tych samych rzeczach, patrzyłam się i będę się patrzeć na zagajnik przede mną. W jednej chwili poczułam przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Zdarzają się takie sytuacje. Siedzę i rozmawiam z kimś w pokoju. Błądzę wzrokiem, który nagle zatrzymuje się na kancie stołu. Poruszam tylko ustami. W takich chwilach przychodzi dziwne złudzenie. Nachodzi mnie uczucie głębokiego przekonania, że to już kiedyś się wydarzyło – identyczna sytuacja, w czasie rozmowy o tych samych rzeczach tak samo wpatrywałam się w kant stołu; i kiedyś ponownie to, co dzieje się teraz, jeszcze raz się wydarzy. Albo choćbym szła polną drogą po nie wiem jak odległej wsi, na pewno pomyślę, że już kiedyś nią szłam. Idąc, zupełnie bez zastanowienia zerwę liść rosnącej przy drodze fasoli i wtedy właśnie pomyślę, że dokładnie w tym miejscu, na tej drodze, już kiedyś zerwałam ten liść. Albo jeszcze inna sytuacja. Raz siedząc w wannie, przelotnie spojrzałam na swoje ręce. Pomyślałam, że jeszcze kiedyś na pewno, ile lat by nie minęło, to podczas kąpieli znowu mimochodem na nie popatrzę i na pewno przypomni mi się to nagłe uczucie, które ogarnęło mnie, jak kiedyś patrzyłam na swoje ręce. Jakoś przygnębiła mnie ta myśl. Albo któregoś wieczora, kiedy przekładałam ryż do szafla, doznałam olśnienia... No, może to za dużo powiedziane – poczułam, jak coś przeszywa mnie... jak by to określić? Może jako zapowiedź nowej filozofii? Ogarnia mnie całą – głowę, piersi, każdy zakątek mojego ciała staje się przejrzysty, jakbym spokojnie opadła w istnienie, cichutko i bezszelestnie, sprężysta jak galaretka tokoroten, i odtąd dryfowała bez końca przez piękne i lekkie życie. Filozofia to za dużo powiedziane.

Przeczucie, że będę żyła bezszelestnie, jak bezpański kot, nie było przyjemne, raczej przerażające. Chyba jak człowiek przez dłuższy czas tkwi w takim stanie, to całkowicie poświęca się Bogu. Chrystus. Ale Chrystus-kobieta? To nieprzyzwoite.

Co by nie mówić, ja nie narzekam na brak wolnego czasu i nadmiar zmartwień, więc pewnie dlatego przestałam być odporna na te setki, tysiące spraw, które widzę i słyszę każdego dnia; trwam sobie bezmyślnie, a one przybierają postać jakichś zjaw i zaczynają mnie otaczać.

Sama jem śniadanie w jadalni. Pierwszy raz w tym roku są ogórki. Wraz z ich zielenią przychodzi lato. W zieleni majowych ogórków jest cierpienie, które tworzy spustoszenie w sercu, bolesne, dokuczliwe. Kiedy jem sama w jadalni, mam ochotę wyjechać. Wsiąść do pociągu. Czytam gazetę. Jest zdjęcie Konoego. Czy to fajny facet? Ja nie lubię takich twarzy. Okropne czoło. Najbardziej lubię rubrykę o książkach. Chyba za jeden znak biorą w niej sto albo dwieście jenów, więc ci, co do niej piszą, bardzo się starają. Każdy znak, każde słowo musi być absolutnie trafione, zaakceptowane, więc pewnie rodzi się w strasznych męczarniach. Chyba mało jest na świecie takich drogich zdań. Coś mi się w nich podoba. Potworność.

Kończę jeść, zamykam