Uczeń Nekromanty - E. Raj - ebook
Opis

Młody chłopak, naznaczony od narodzin przerażającym piętnem, zostaje wzięty pod opiekę mrocznego maga. Rothgar, mistrz nekromancji, szkoli go w sztuce władzy nad nieumarłymi. Nie wie jednak, co drzemie w duszy niepokornego ucznia, obdarzonego potężną, zakazaną magią. Już wkrótce jego szokująca tajemnica wstrząśnie posadami świata.

Każdy akt, z którego rodzi się nekromanta, musi być z definicji aktem nieprawości, aktem gwałtu i zepsucia. Pan Ciemności nie daje swojej mocy pierwszemu lepszemu przybłędzie, któremu roją się marzenia o mocy nad życiem i śmiercią! Wielu zdolnych magów próbowało i większość poniosła sromotną porażkę. Nie – prawdziwy nekromanta rodzi się ze zła i z jego piętnem kroczy swoją ścieżką. Ale tylko prawdziwie Wielcy nekromanci rodzą się z Wielkiego zła, Wielkiego zepsucia i najwyższego naruszenia Boskich Praw.

www.uczennekromanty.pl
Dla tych, którzy przeczytali powieść - niespodzianka! Dodatkowy rozdział powieści.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 1186

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


PROLOG

Wychyliła się przez okno, a wiatr uderzył w jej twarz z wielką siłą, unosząc w powietrze włosy, jak czarne, cienkie wstążki. Spojrzała w dół. Dziedziniec nie wydawał się tak odległy, jak sądziła, ale wiedziała, że nawet taka wysokość w zupełności wystarczy. Z widocznym trudem wspięła się na parapet, pomimo że jej duży, wydęty brzuch przeszkadzał w każdym ruchu. Gdy stanęła na gzymsie, zadrżała z chłodu, przeniknięta lodowatym wiatrem. Skuliła drobne ramiona jak smagnięte pejczem dziecko, przycisnęła dłonie do mokrej od łez twarzy, a jej usta wykrzywił bolesny uśmiech. Miała ochotę równocześnie śmiać się, płakać i krzyczeć, zupełnie jakby rozpadała się na drobne kawałki, z których każdy wydawał się żyć niezależnym, obcym życiem.

– Wyrzekam się was wszystkich! – zawołała donośnie, niespodziewanie podnosząc głowę, a jej jasne, przejrzyste oczy przypominały szare niebo nad oceanem.

Ludzie spacerujący dziedzińcem dostrzegli ją dopiero w tym momencie i od razu zapanował między nimi harmider. Ktoś krzyczał, ktoś inny pokazywał ją palcem. Część ruszyła biegiem w stronę budynku, aby dotrzeć do komnaty, którą zajmowała…

– Bądźcie przeklęci… – wyszeptała, patrząc na blade, strzępiaste obłoki sunące po stalowym, obojętnym niebie. – Bądźcie przeklęci, na wieki… – powtórzyła wolniej, delektując się własnym patetyzmem, wskazując palcem jakiś nieokreślony punkt w oddali.

Zanosiło się na deszcz i mogła już odczuć na skórze pierwsze jego krople. Delikatne, miękkie, pasywne. Chłód nieubłaganie przenikał przez jej cienką, śnieżnobiałą sukienkę, szarpaną dmącym wiatrem. Rozłożyła szeroko ramiona, jakby chciała wzbić się na nich w powietrze niczym na skrzydłach i odlecieć na falach wiatru gdzieś daleko, bardzo daleko stąd. A potem zrobiła krok do przodu – stając na samej krawędzi parapetu.

Jej dziecinna, drobna twarzyczka wykrzywiła się bólem – tak silnym i przytłaczającym… że nie pozostawiał po sobie już niczego, co mogłoby stać się fundamentem jej wybawienia. Ostatnie łzy, czyste i przeźroczyste jak kryształ, potoczyły się po policzkach, spadając na brzemienne łono. Zamknęła powieki i w absolutnej ciszy – skoczyła.

Kiedy krople deszczu otoczyły ją migotliwą, srebrną chmurą, a niebo zawirowało jak gładki, dziecięcy bączek, nie czuła już zimna ani bólu.

Przez chwilę była nawet szczęśliwa.

Ramiona matki ziemi wyciągnęły się ku niej łaskawe, choć surowe…

W locie jej ciało zaczepiło o gałęzie rosnących na skraju dziedzińca drzew, spowalniając nieco pęd, ale nie na tyle, by ocalić młode życie. Upadła na plecy, uderzając głową o kamienne, omszałe płyty dziedzińca. Gdy rozkrzyczani, przerażeni ludzie zebrali się dokoła, zobaczyli tylko jej piękną twarz – już spokojną i gładką, białą jak porcelana. A oczy… nieruchome, nagie i szeroko otwarte – wpatrywały się w milczące niebo. Odbijały się w nich odległe senne obłoki i ciekawskie, wykrzywione twarze gapiów. Dokoła ciała, niczym materialna aureola, rozszerzał się powoli ciemnoczerwony krąg krwi. Wyglądała trochę jak piękny leśny kwiat o czerwonych, połyskliwych płatkach, z białym, nieskalanym wnętrzem. Zerwany, połamany kwiat.

 

 

1. CHŁOPIEC

„Każdy akt, z którego rodzi się nekromanta, musi być z definicji aktem nieprawości, aktem gwałtu i zepsucia. Pan Ciemności nie daje swojej mocy pierwszemu lepszemu przybłędzie, któremu roją się marzenia o mocy nad życiem i śmiercią! Wielu zdolnych magów próbowało i większość poniosła sromotną porażkę. Nie – prawdziwy nekromanta rodzi się ze zła i z jego piętnem kroczy swoją ścieżką. Ale tylko prawdziwie Wielcy nekromanci rodzą się z Wielkiego zła, Wielkiego zepsucia i Najwyższego naruszenia Boskich Praw”.

Z zapisków maga-kronikarza Zevrana z Velenzji,„Narodziny zła”, vol. 2

 

 

Rok 39 po Rewolucji Światłości

W głębokim cieniu rzucanym przez pokryty pnączami budynek przemykał ostrożnie mały, skulony chłopiec. Drobne dłonie trzymał zaciśnięte, a na jego bladej buzi malowało się skupienie i determinacja. Światło słoneczne, z rzadka przenikające przez zieloną zasłonę drzew, kreśliło na jego twarzy malowniczy labirynt mroku i jasności. Ostre kontrasty ustępowały miejsca łagodnym szarościom, a sporadyczne refleksy szybko gasły, zamieniając się w czarne smugi cienia.

W dziecięcym umyśle chłopca nie było wtedy jeszcze niczego ohydnego i bluźnierczego. To musiało poczekać, wyklarować się, nabrać smaku. Na razie z jego policzków spoglądała biało-różowa niewinność, a wrażliwość mieszała się z dziecięcą prostodusznością. Także żyjące w nim pragnienie rozwiązania tajemnicy Mistrza – szło w parze z dławiącym uczuciem strachu i niepokojącą słabością w okolicy pęcherza.

Tego dnia w orszaku uczuć, które towarzyszyły chłopcu, znajdowało się również dość jeszcze naiwne poczucie winy i pierwotny lęk przed naruszeniem tabu. Tajemnica Mistrza, jak każda inna – była kusicielką. Czekała na swoje rozwiązanie i odpłacała się w nawiązce słuszną dawką rozkołysanych emocji.

Zagadkowy budynek stał w pewnym oddaleniu od posiadłości Mistrza, w zapuszczonym ogrodzie, rozciągającym się nad łagodnym brzegiem Czarnej Rzeki. Ukryty w cieniu starych, omszałych drzew, zatopiony bez reszty w miękkich girlandach dzikich pnączy, stanowił przewrotne wcielenie wszystkich sekretów dziecięcego świata. Chłopiec, odkąd był w stanie myśleć na własny rachunek, pragnął poznać prawdę o swoim opiekunie, rozwikłać wszystkie jego mroczne tajemnice i przede wszystkim odkryć powód, dla którego zakazano mu odwiedzać to szczególne miejsce.

Aby oddać sprawiedliwość sytuacji, trzeba także wspomnieć, że malec był zwyczajnie rozpieszczony i uważał, że nie istnieją rzeczy, które byłyby dla niego nierealne, jeśli tylko włoży w nie trochę wysiłku… Bezkarność, jeszcze nieświadomie, równoznaczna była dla niego z ukryciem grzechu. To, o czym nikt się nie dowiedział, nie pociągało za sobą kary – przestępstwa zatem nader gładko przestawały być przestępstwami, występki roztapiały się w nicości, a nieposłuszeństwa pogrążały w zapomnieniu…

Na domiar złego przypłacił swoją ciekawość wieloma nieprzyjemnymi doświadczeniami. Po drodze poparzyły go złośliwe pokrzywy, wdepnął butem w cuchnący strumyczek płynący z rury w ścianie budynku, a jakby tego było mało – łapiąc przy tym równowagę, złamał paznokieć! Bolało. Tak, a to znaczyło, że nagroda była bardzo blisko. Wyczuwał to.

Los uśmiechnął się do niego ponownie, gdy okazało się, że żelazne, kratowane drzwi do budynku ktoś zostawił niedbale uchylone. Rzecz niespotykana, jeśli wziąć pod uwagę drobiazgowość Mistrza. Niedorzeczne byłoby wszakże przepuszczenie tak nieprawdopodobnej okazji.

Wstrzymując oddech, pchnął bardzo powoli ciężkie odrzwia, wsłuchując się w każdy odgłos. Nie musiał otwierać ich zbyt szeroko. Jego drobne ciało z łatwością zmieściło się w powstałej szczelinie. Wewnątrz panował półmrok, pachniało niezwykle intensywnie: pleśnią, kurzem i czymś jeszcze – bardzo wyrazistym, kojarzącym się z dłońmi Mistrza; cierpkim i drażniącym. Zapach nieprzyjemnie oszołomił chłopca, który stał przez chwilę, zastanawiając się, czy słusznie postępuje. Niedługo jednak trwał w tym wahaniu, za daleko już zawędrował, zbyt wiele zyskał… i nie widział – nie chciał widzieć? – możliwości odwrotu.

Przedsionek był krótki i prowadziły z niego trzy pary ciemno pomalowanych drzwi, z których żadne nie były oznaczone. Nieśmiało przysunął głowę do pierwszych z lewej. Przykleił ucho i wstrzymał oddech, ale odpowiedziała mu tylko niezgłębiona cisza. Przy drugich drzwiach trwał nieco dłużej – wydawało mu się, że słyszy dźwięk przelewającej się wody, a po chwili lekkie bulgotanie, jakby ktoś gotował tam jakiś płyn. Ponieważ jednak drzwi były zamknięte na głucho, jedyną logiczną alternatywą pozostały te ostatnie, najdalsze – trzecie.

Gdy tylko przyłożył do nich ucho, lekko się poruszyły, wzbudzając nerwowe drgnięcie jego serca. Przez powstałą szparę dobiegł go cichy szelest, potem zgrzytnięcie i na koniec delikatny szum wody. Miał wrażenie, że słyszy coraz mniej, bo wszystko zagłuszało pełne paniki dudnienie serca i własny, przyśpieszony oddech. W końcu zebrał się na odwagę i skorzystał ze zmysłu pozwalającego uzyskać zdecydowanie najwięcej informacji: przyłożył do cienkiej szczeliny swoje oko.

Tak, Mistrz Rothgar tam był.

Wysoki, chudy, lekko pochylony – odziany na czarno. Wyglądał trochę na stereotypowego nekromantę z ludowych wyobrażeń, tylko z nieco mniejszą liczbą fantastycznych straszaków, w rodzaju czerwonych oczu, długich pazurów czy łysej czaszki. Nie, Rothgar przypominał po prostu odzianego na ciemno mężczyznę, który przekroczył już czterdziestkę i posiadał nietypowe zamiłowanie do przesiadywania w prosektoriach. Zupełnie… nieszkodliwą słabość. Na dłoniach nosił ciemne rękawice, a nad jego głową unosił się magiczny świetlik, wydobywając z mroku woskowy odcień zmęczonej cery. Chłopiec także potrafił już tworzyć świetliki, ale oczywiście nie tak jasne i nie tak stabilne. Twarz Mistrza, pomimo że wychudzona i pociągła, o mocno podkrążonych oczach, nosiła jednak uderzające podobieństwo do dziecinnej twarzy chłopca. Uwidaczniało się ono szczególnie w upartym zarysie ust i w bladym, stalowym kolorze tęczówek.

Malec na chwilę wstrzymał oddech. Przez wiele kolejnych miesięcy miał żałować, że zdecydował się spojrzeć na to, czym zajmował się Mistrz. Wieczorami wracało to do niego pod wieloma postaciami i na wiele sposobów, jęcząc, prosząc i wyjąc ze strachu. Trawiło to jego umysł w subtelny sposób, drążąc robaczywe kanały i nicując beztroską przeszłość. I tylko za tym pierwszym razem to coś pozostało całkiem nieruchome…

Mistrz Rothgar dokonywał właśnie precyzyjnego cięcia. Ruchy miał powolne, dokładne, rzeźbiarskie. Chłopiec miał się potem dowiedzieć, że cięcie to wykonywane było na kształt litery Y i wymagało użycia sporej siły, tak by przebić się przez tkankę i żylaste mięśnie. Dłoń Mistrza poruszała się płynnie, niemal czule, rysując linię od przodu każdego ramienia aż do dolnego końca mostka. Z wprawą oddzielił mięśnie i tkanki od żeber nieboszczyka, a luźny płat skóry odciągnął, kładąc go na brodę pacjenta. Na jego własnym obliczu odmalowało się teraz zadowolenie i głęboka satysfakcja. Wszystko poszło idealnie. Mistrz umiał docenić takie drobne przyjemności, jak wykonanie symetrycznego cięcia, zrodzonego z jednego, eleganckiego ruchu.

Chłopiec przełknął ślinę i dokładniej przyjrzał się obiektowi pracy Mistrza. Martwy był chudym, starym mężczyzną o gruzłowatej skórze i skąpym owłosieniu. Wydatny nos sterczał drapieżnie, a otwarte usta ukazywały popsute, wybrakowane zęby. Jego prawa ręka zwieszała się poza obszar stołu, bujając się lekko, w miarę jak Mistrz zanurzał narzędzia w głębi tułowia.

Chłopiec patrzył na tę kołyszącą się rękę z jakąś dziwną fascynacją. Ręka była koścista i spracowana, miała kolor popielato-piaskowy. Końcówki palców były ciemne, niemal bordowe, a paznokcie dość długie i całkiem czarne. Jeden z nich złamano tuż przy obrąbku, tak że jego płytka odstawała pod kątem dziewięćdziesięciu stopni. Zakrzepła brunatna krew pokrywała cały palec. Chłopiec doznał nieprzyjemnego wrażenia, że palec został w ten sposób potraktowany jeszcze za życia mężczyzny.

Drgnął na całym ciele, słysząc nieprzyjemne chrupnięcie. Rothgar, za pomocą narzędzia podobnego do zakrzywionego sekatora, oddzielał właśnie mostek razem z częścią żeber, tak by odsłonić organy wewnętrzne. Gdy podniósł go triumfalnie do góry, podobnego do krwisto-szarego, połyskującego pająka, chłopiec nie wytrzymał. Zawartość jego żołądka powędrowała w górę, wzdłuż przełyku, i wypłynęła na ziemię, w monochromatycznej, dynamicznej fontannie na wpół przetrawionych bułeczek, mleka i jajecznicy. I kilku chyłkiem zwędzonych z kuchni brzoskwiniowych ciasteczek.

Zgiął się w pół i dość teatralnie wykaszlał resztę. Druga fala wymiotów wydostała się także przez nos, wywołując nieprzyjemne łzawienie w oczach i pieczenie w tyle gardła.

Dłoń, która spoczęła ciężko na jego ramieniu, wcale go nie zaskoczyła. Spodziewał się jej, a drgnięcie, jakie wywołała, było tylko surowym odruchem jego ciała, nad którym nie miał teraz żadnej kontroli.

– No, no…

To było wszystko, co na powitanie miał mu do powiedzenia Mistrz. Załzawione oczy wychowanka uniosły się do góry i spoczęły na twarzy mężczyzny. Szare tęczówki chłopca przypominały połyskliwe tarcze, wzniesione w obronnym geście. Starszy mężczyzna przysunął się bliżej i swą drugą dłoń położył na czarnych, jedwabistych włosach dziecka, opadających w nieładzie na drobną buzię. Gest ten, niemal czuły, zawierał w sobie obietnicę ostatecznego rozproszenia mroków tajemnicy, jaka go otaczała, i choć tak prosty, wlał nadzieję w serce dziecka. Czyżby kara oddalała się, a nadchodziła nagroda?

– Mistrzu, ja… – głos chłopca był bardziej drżący niżby sobie tego życzył, ale, z czego nawet nie zdawał sobie sprawy, zabrzmiało w nim silne pragnienie odkupienia winy, zmniejszając odrobinę natężenie gniewu Mistrza.

– Norgal, no cóż. I tak wszystko powoli do tego zmierzało. Wielu chłopców młodszych od ciebie zaczyna już terminować. Poza tym… ciekawość dziecka jest tak samo odwieczna jak wojna między Panem Światłości a Panem Ciemności, dlatego nie dziwi mnie twoja obecność w tym miejscu… – Jednak w trakcie gdy mówił te kojące słowa, palce stopniowo zaciskał na ramieniu Norgala, coraz mocniej i mocniej, w jakiś nienaturalny sposób zaprzeczając łagodnemu wydźwiękowi tego, co mówił, a na twarz wpłynął mu złośliwy, lekko sadystyczny uśmiech.

Oblicze chłopca pozostało jednak całkowicie niewzruszone – jego oczy patrzyły prosto w srebrne źrenice starszego mężczyzny. Gdy siła ucisku urosła na tyle, by zacząć zadawać mu ból, usta malca leciutko drgnęły i zacisnęły się, wciąż jednak pozostając nieme. Z bliska chłopiec dostrzegał sieć drobnych zmarszczek pokrywających kości policzkowe jego opiekuna i niezdrowo powiększone pory skórne. Ten obraz miał mu się zapisać w pamięci na długi czas. Jego umysł w jakimś niezrozumiałym odruchu sięgnął w stronę umysłu nauczyciela, jakby chcąc połączyć się z nim i zatrzymać to, co się właśnie rozgrywało, ale… napotkał tylko mur nieprzeniknionej ciszy.

Tymczasem Mistrz z niebywałą uwagą obserwował subtelną grę uczuć widoczną na twarzy wychowanka. Ciemne brwi mężczyzny zbliżyły się do siebie, niemal łącząc się ponad nosem. Przyśpieszony oddech Mistrza był doskonale słyszalny w absolutnej ciszy panującej w pomieszczeniu. Sekundy mijały, dla chłopca przeciągając się w nieznośne minuty. Malec czuł, że jego własne dłonie zaciśnięte w pięści robią się nieprzyjemnie mokre i chłodne. I wtedy, dokładnie w tej chwili, na samym dnie jego umysłu coś drgnęło, po raz pierwszy…

Coś nieokreślonego, obcego, drapieżnego.

Podniosło głowę, przebudzone, biorąc pierwszy, niełatwy oddech. Chłopiec zauważył wówczas, że w miejsce strachu, jaki do tej pory odczuwał, powoli ogarnia go gniew. Surowy, pierwotny, bezlitosny. Jak fala powodzi – narasta w nim i potężnieje z każdą upływającą sekundą…

– Nie poddawaj się! Nie poddawaj się nigdy! – rozszeptał się tajemniczy głos w jego głowie. – Nigdy… Nigdy – powtarzał jak leśne echo.

Chłopiec zastygł zatem jak spiżowy rycerz, nieugięty, zawzięty, gotów wytrzymać ten dziwny pojedynek bez poruszenia się, choćby palce Mistrza miały zgnieść jego drobne ramię aż do kości.

Nie potrafił ocenić, jak długo to trwało, nim Mistrz niespodziewanie cofnął swoją rękę.

Kontakt, który mężczyzna nawiązał ze swoim wychowankiem, sięgał jednak o wiele głębiej, niż chłopiec mógłby przypuścić. Jak każdy mag o jego profesji, Mistrz w bliskim kontakcie fizycznym zyskiwał największą władzę nad dotykanym obiektem i choć teraz nie musiał jej używać, wyuczony nawyk okazał się silniejszy niż realna potrzeba.

I mimo tego, że nawet specjalny talent Mistrza nie dał mu możliwości, by usłyszeć tajemniczy głos, który rozbrzmiewał w umyśle chłopca, czy wyczuć narastający w nim gniew – to pozwolił mu on zdobyć informacje o mocy, która wypełniała małe ciałko dziecka, czekając na nauczyciela, który nada jej stosowne ramy i pomoże rozkwitnąć…

W trwającej ciszy słychać było rytmiczne kapanie wody, gdzieś daleko, za ścianą. Malec wypuścił z płuc powietrze, a przez jego twarz przebiegła fala lekkich tików. Konfrontacja dobiegła końca, tajemniczy głos ucichł, a gniew stopniowo przygasł. Wycofał się rakiem i przyczaił na dnie jego umysłu, aby rosnąć tam niczym chorobliwy guz ukryty w bezpiecznej niszy i stopniowo nabierać mocy…

Tymczasem starszy mężczyzna rozprostował zbielałe z wysiłku palce i pokiwał głową, jakby odpowiadając sobie na jakieś wewnętrzne pytanie. Chłopiec przetrwał próbę bez ruchu i bez słowa protestu. To był dobry omen.

Wyprostował się powoli, rozprężając ramiona, i pchnął szerzej drzwi, tak aby wpuścić malca do środka prosektorium. Tak – miał w planie ukarać dziecko za nieposłuszeństwo w bardziej tradycyjny sposób, ale w obecnej chwili znajdował się w mało pedagogicznym nastroju. Jego badania przebiegały satysfakcjonująco, a wymierzanie ciekawskiemu dzieciakowi dalszej kary wydało mu się zwykłą stratą czasu. Przynajmniej na tamtą chwilę.

Położył dłoń na głowie leżącego nieboszczyka i chwilę dumał nad zabawną dramaturgią tej sceny, która miała właśnie nastąpić. Na jego twarzy nie było już śladu po poprzednim akcie sadyzmu. Dziwaczna rozgrywka, jaka miała miejsce między nim a chłopcem – uleciała już z jego umysłu, jak coś błahego, niewartego uwagi.

Uśmiechnął się tylko lekko pod nosem, spodziewając się wywrzeć na swoim wychowanku piorunujący efekt. Wykonał nawet teatralny gest wolną dłonią, zataczając nią niewiele mówiący krąg.

– Jestem nekromantą, Norgalu. To, co tu widzisz, jest dokładnie tym, na co wygląda. – Odczuwał teraz pewien rodzaj podniosłego wewnętrznego zadowolenia, jak zawsze, gdy zdradzał komuś tajemnice swojego zawodu, a nie zdarzało się to często.

Ku jednak pewnemu rozczarowaniu Mistrza, chłopiec nie zapewnił mu spodziewanej reakcji. Zmrużył tylko lekko oczy i uśmiechnął się tajemniczo. Z opadającymi na ramiona, czarnymi pasmami włosów i wielkimi, przejrzystymi oczyma, wyglądał trochę jak mała, krnąbrna dziewczynka, która ma ochotę pokazać mu język. Mimo że ramię musiało doskwierać, nie poruszył nim ani nie wykonał żadnego innego gestu zdradzającego odczuwany ból. Już wtedy niechętnie okazywał przed Mistrzem słabość. Odpowiedział za to stosunkowo cicho, ale dość aroganckim tonem:

– No tak… Słyszałem, jak służba o tym plotkuje.

– Ooo! – Mistrz przekrzywił lekko głowę. – Co takiego mówią?

Chłopiec przybrał tajemniczą minkę. Jego pięknie wykrojone usta złożyły się do subtelnego uśmiechu.

– Wiele bardzo ciekawych rzeczy. Na przykład, że jesteś królewskim bastardem, podobnie jak Mistrzyni. A wasza matka była złą czarownicą.

Zawahał się na chwilę, nim na nowo podjął temat.

– Myślałem tylko – dorzucił z udawanym rozczarowaniem – że jesteś prawdziwym malefikiem i… ożywiasz tu ludzi…

Brwi Mistrza Rothgara powędrowały do góry tak wysoko, że niemal połączyły się z linią gęstych włosów. Mężczyzna pochylił się w stronę chłopca i wyszeptał bardzo cicho:

– To jest właśnie dokładnie to, czym się zajmuję… A nawet więcej. – Uśmiech zadowolenia pojawił się na jego twarzy.

Gdy jego oczy ponownie spotkały się ze stalowymi tęczówkami chłopca, dostrzegł w nich błysk zrozumienia. Błysk aprobaty. Zwiastun potencjału… Zapowiedź słodkiego plonu – dla każdego mistrza.

– Chciałbyś spróbować? – Lekkim ruchem głowy skierował uwagę Norgala w stronę nieboszczyka, dając mu do zrozumienia, o co pyta.

Chłopiec odpowiedział skinieniem. Wyciągnął drobną rączkę w stronę Rothgara, który z powagą włożył w nią skalpel, w pewien sposób celebrując tę historyczną chwilę.

Na filigranowym, białym jak porcelana obliczu dziecka pojawił się błysk szczerego zachwytu. Źrenice rozszerzyły się, pochłaniając niemal bez reszty szarą taflę tęczówek.

Nekromanta przypatrywał się malcowi z uwagą i fascynacją, mile zaskoczony tym, co okazało się drzemać w głowie jego wychowanka. Norgal, pomimo swoich ośmiu lat, wyglądał młodziej, co było zasługą wiotkiej budowy ciała i wielkich, niewinnych oczu. Z pewnością niewielu ludzi skłonnych byłoby przypisać mu jakiekolwiek mroczne instynkty.

Chwilowo zostawiając na boku swoje rozważania, Mistrz sprawnie podsadził chłopca do stołu, tak by mógł on po raz pierwszy w życiu zobaczyć wnętrze ludzkiego ciała. Oczy chłopca z zainteresowaniem prześlizgiwały się po połyskujących, lekko wzdętych organach. Mimo że przepona zasłaniała jeszcze dolną ich część, widoczne były już obydwa płaty płuc i nieruchome serce nieboszczyka. Niegdyś napełniało się różnorodnością uczuć, pulsując wiernie w jego piersi i nasycając ciało magią życia. Kiedyś. Teraz było tylko zastygłym, zimnym kawałkiem zużytego mięśnia. I dokładnie w taki sposób postrzegał je chłopiec.

– Czy elfy i orki wyglądają tak samo, gdy się im zagląda do brzuchów?

Niewiele brakowało, by Mistrz roześmiał się, psując powagę tej chwili.

– Podobnie, bardzo podobnie, choć oczywiście niektóre organy różnią się proporcją.

Chłopiec z zadumą pokiwał głową i ostrożnie zerknął na plamę wymiocin, ciągle widoczną na progu prosektorium. Czuł się tak, jakby żegnał się z częścią siebie, częścią swojego dawnego życia, które odrzucił w tym bezbronnym i niewinnym odruchu. Jednym z ostatnich, jakie stały się jego udziałem. Była żółta i pachniała kwaśno. Nie było w niej nic godnego uwagi, dlatego… malec szybko o niej zapomniał. Cały nowy świat czekał przecież na niego, bliski i kuszący – na wyciągnięcie ręki, której skalpel stał się teraz połyskliwym przedłużeniem.

A potem swoją drobną dłonią, dzierżącą narzędzie jak broń, nacisnął lewy płat płuca. Zbyt słabo, by wykonać głębsze cięcie, jednak na tyle mocno, by poczuć, jak tkanka ustępuje pod naciskiem ostrza. Było to dziwne, specyficzne uczucie. Na chwilę uniósł rękę i popatrzył na swoje dzieło z wahaniem, jakby dawał nieboszczykowi czas, by ten mógł zaprotestować. Martwy pozostał jednak nieruchomy i tylko zamglonymi oczyma wpatrywał się w zacienioną powałę, całkowicie obojętny na to, co działo się z jego doczesnymi szczątkami. Samo cięcie także nie wyglądało szczególnie przerażająco. Nieprzyjemne, mdłe uczucie z wolna opuszczało chłopca, zamieniając się w ulgę i radość.

– Mistrzu, a powiesz mi, jak one się nazywają? Te… wszystkie rzeczy tu w środku? I do czego służą?

Rothgar tylko się uśmiechnął.

Tego dnia zyskał nowego ucznia.

2. MNICH

„Dwa liście, trzy kiście, dwie kiście, trzy liście, a wszystko to z jednego drzewa – oczywiście!”.

Fragment ludowej piosenki

 

Ogród, który należał do zakonu kontemplacyjnego Trzech Księżyców, uznawany był za jeden z najpiękniejszych, a zarazem najsurowszych w Syllonie. Wijące się ścieżki wyłożono białymi, drobnymi otoczakami, własnoręcznie przyniesionymi przez mnichów z górskich potoków. Naturalnie występujące skały i wzniesienia umiejętnie wkomponowano w krajobraz, upodabniając je do wysp spoczywających na miękkich, zielonych falach oceanu. Na szatę roślinną składały się okazy górskich sukulentów, które układały się w grupki ciemnej zieleni rozrzucone w pozornym chaosie, oraz wytrzymała, niska turzyca o biało-zielonych liściach, tworząca gęstą, upartą murawę. W ogrodzie posadzono też kilkanaście sztuk srebrzystej sosny, miejscami łączących się w niewielkie zagajniki, zwykle wyposażone w przynajmniej jedną, kamienną ławeczkę.

Brat Mecjusz spędzał w ogrodzie znaczną część swojego czasu poświęconego na medytację. Czasem spacerował ścieżkami, czasem zatrzymywał nad niewielkimi, połyskującymi wśród skalniaków oczkami wodnymi i spokojnie przyglądał się pływającym w nich tęczowym rybom. Czasem także siedział na wapiennym murze, który okalał klasztor – zupełnie zresztą symbolicznie, bo zlokalizowano go na płaskim wierzchołku stromej góry stołowej, rozciągającej się majestatycznie ponad łagodnymi nizinami Syllonu schodzącymi aż do wybrzeża oceanu.

Góra posiadała dwa stopnie: niższy, wznoszący się na blisko trzysta metrów ponad poziom morza, gdzie zbudowano zespół szkół przyklasztornych, oraz wyższy, rozciągający się na wysokości blisko pięciuset metrów, gdzie ulokowany był już tylko właściwy klasztor. Dotarcie na szczyt możliwe było tylko od tej strony, po której znajdowała się główna brama klasztoru.

Odpoczywając na murze, Mecjusz kontemplował rozciągającą się u stóp góry stolicę Syllonu. Z miejsca, w którym lubił zasiadać, widział zwodniczo piękną panoramę – kolorowe ciało miasta spoczywało jak rozłożysta suknia na dwóch brzegach wijącej się Czarnej Rzeki, uchodzącej do Wielkiego Oceanu. Na rzece, kilka kilometrów od ujścia, znajdowała się duża rzeczna wyspa, na której czystą, śnieżną bielą jaśniał świątynny budynek Sióstr Światłości, otoczony własnymi kwiecistymi ogrodami. Nawet z tej odległości powierzchnia rzeki mieniła się granatem, bielą i czernią, a ocean lśnił jak polerowane stalowe lustro.

W głębi miasta znajdowało się wzgórze pałacu królewskiego, zieleniejące się jak szmaragd w morzu ścielących się u jego stóp budynków dzielnicy Wysokiej. Widoczna była także doskonale czarna, monolityczna iglica Inkwizytorium oraz niższe, bardziej skaliste wzniesienie pałacu Regenta.

Mnich lubił te spokojne chwile.

Jego myśli były wtedy czyste jak lekkie niebo nad klasztorem, a serce biło w piersi niezakłóconym, głębokim rytmem. Miasto żyło niezależne, tam, daleko w dole. Jego intensywny, skażony i nerwowy puls – był tu jednak dla większości mnichów niewyczuwalny. Na wzgórzu Trzech Księżyców odczuwało się tylko łagodne fale wiatru i cichy szum skalnych sosen. Te dwa światy pozostawały pozornie oddzielone, lecz mimo że obce sobie jak dwa bieguny, połączone były ze sobą niezliczoną liczbą subtelnych zależności…

– Bracie Mecjuszu.

Mnich spojrzał na nowicjusza Dalena, który cicho zbliżył się do niego. Młodzieniec, który kilka tygodni wcześniej przestał być postulantem i dopiero obecnie dostąpił zaszczytu bywania w ogrodach klasztornych, skłonił lekko głowę w formie oficjalnego pozdrowienia. Jeszcze niedawno był uczniem w przyklasztornej szkole, znajdującej się na niższym piętrze góry Trzech Księżyców, obecnie jednak spełniał różne użyteczne funkcje na terenie właściwego klasztoru – funkcje, które miały pomóc mu zaaklimatyzować się w mniszej społeczności.

– Nowicjuszu Dalenie. – Mnich skinął poważnie głową.

Nauczając od wielu lat w szkole, doceniał i lubił tego młodego Hezryńczyka. Był on jednym z niewielu krajanów Mecjusza, którzy zamieszkiwali klasztor. Hezryńczycy niechętnie przyjeżdżali do Syllonu, z którym łączyły ich długoletnie spory terytorialne. Ci nieliczni, poszukujący innej, głębszej ścieżki duchowej, przybywali do klasztoru, którego apolityczne środowisko pozwalało na praktykę każdemu chętnemu przyjąć nauki Trzech Księżyców. W Hezrynie znajdował się wprawdzie jeden klasztor ich reguły, ale znacznie mniejszy niż ten sylloński i pozbawiony liczącej się przyklasztornej szkoły.

Niewielu syllońskich uczniów wyróżniało się taką pokorą i pilnością jak Dalen. Wielu z nich było zepsutych, już niemal od kołyski, i niewyobrażalnie krnąbrnych, tak że praca z nimi stanowiła dla każdego duchowego nauczyciela prawdziwe wyzwanie.

Jak wielu mieszkańców Hezrynu – obaj mężczyźni posiadali naturalny dar łączenia się z umysłami innych ludzi i przekazywania im swoich myśli i uczuć. Dzięki tej subtelnej zdolności udawało im się nawiązywać o wiele bliższe i mocniejsze więzi – a pełna szczerość była u nich czymś naturalnym i oczywistym. Umysły Syllończyków, którzy niezwykle rzadko posiadali takie zdolności, były dla nich skurczone w sobie i pełne krętych, brudnych labiryntów, w które niechętnie się zapuszczali.

– Przybyli do brata goście, oczekują w wirydarzu – zakomunikował krótko Dalen.

Pomiędzy mnichami przyjęta była ściśle określona konwencja rozmowy. Unikano zbędnych wyjaśnień, nie zadawano niepotrzebnych pytań. Prostota wypowiedzi doceniana była bardziej niż kwiecista elokwencja.

Mecjusz spokojnie skinął głową. Rzucił ostatnie spojrzenie na miasto i zadziwiająco zwinnie zeskoczył z muru. Mimo że wiekiem zbliżał się już do dziesięciu dekad, żywotnością i wigorem wciąż przypominał sześćdziesięciolatka, co było zasługą jego specyficznego stylu życia, a także wypracowanego stanu umysłu.

Mnisi wspólnie udali się do wirydarza, w którym podczas ciepłych letnich dni podejmowano ważnych gości. Oczywiście przybysze z zewnątrz nie mogli odwiedzać wszystkich braci, gdyż przynosiliby ze sobą niepotrzebny harmider, zakłócając praktykę kontemplacyjną innych mnichów. Trzeba było spędzić w klasztorze co najmniej dwanaście lat, by otrzymać takie pozwolenie, a korzystanie z niego uznawane było bardziej za przywilej niż prawo. Szczególna pozycja Mecjusza, który niejednokrotnie wzywany bywał jako doradca na dwór królewski, pozwalała mu jednak na dość elastyczne dopasowanie grafiku wizyt gości.

Dalen pozostał wewnątrz zabudowań, nie chcąc przeszkadzać Mecjuszowi w rozmowie z przybyłymi osobami, wiedziony jednak młodzieńczą ciekawością podszedł do okna, by przyjrzeć się dwójce gości. Wszyscy wiedzieli o koligacjach Mecjusza, ale szczegóły jego relacji z dworem nie były znane ogółowi braci. Młodzieniec przysunął czoło do szyby i odszukał dwie sylwetki stojące w cieniu kilku ozdobnych drzew, rosnących w wirydarzu.

Jedna z nich była starszą kobietą – nie ulegało wątpliwości, że widok niewiasty był rzadkością na terenie klasztoru. Jej ciągle młodzieńczo wyprostowana, smukła sylwetka przyciągała oko. Bogaty strój sugerował przynależność do arystokracji. Obok niej stało ciemnowłose dziecko, nie więcej niż ośmioletnie, nieznanej płci.

– Czyżby nowy uczeń przyprowadzony do naszej szkoły? – zamruczał pod nosem nowicjusz Dalen. Zdziwił się tym bardziej, gdy zobaczył, że kobieta ciepło obejmuje Mecjusza i ściska jego dłonie w gorącym powitaniu. Zaskoczyła go silna fala pozytywnych emocji, którą wyczuł od starego mnicha. Pokręcił z niedowierzaniem głową. Klasztor miał swoje tajemnice.

3. NOWY UCZEŃ

„Magia uważana jest za mistyczną siłę, która dana jest tylko wybrańcom. Ja jednak uważam ją za mechaniczną właściwość naszego świata”.

„Obalanie mitów” autorstwa matematyka i przyrodnika – Seviusa

 

Podejrzenia Dalena okazały się prawdziwe. Do klasztoru faktycznie zawitał nowy uczeń i już następnego dnia Mecjusz powitał go w klasie dla początkujących. Mimo swojej wysokiej pozycji, która dawała mnichowi prawo odstąpienia od obowiązku nauczania, już wiele lat temu zdecydował o kontynuowaniu swej pracy z młodzieżą, podążając za swoim nauczycielskim powołaniem. Uczył ścieżki Trzech Księżyców zarówno najmłodszych, jak i najstarszych uczniów, przyglądając się ich potencjałowi i umiejętnie, z ogromną dozą intuicji, wskazując tych, którzy przejawiali największe zaangażowanie oraz mieli wrodzone predyspozycje do mniszego życia.

Nowy uczeń zasiadł w pustej ławce na końcu sali i z ciekawością rozglądał się dokoła, wodząc swoimi wielkimi, jasnymi oczyma po ścianach pokrytych ascetycznymi, ale pięknymi w kształtach mandalami. Największa z nich przedstawiała ich macierzystą planetę, otoczoną trójką olbrzymich księżyców i szesnastoma księżycami miniaturowymi. Układ ten ukazano w uproszczonej, geometrycznej formie, gdzie największe księżyce ustawiono na wierzchołkach równobocznego trójkąta, którego centrum zajmowała planeta. Całość ujęta była w wielkie koło, na które nanizane były pozostałe, maleńkie księżyce.

Chłopiec drgnął lekko, gdy Mecjusz niespodziewanie stanął obok niego i położył mu rękę na drobnym ramieniu.

– Zaintrygował cię ten obraz, Marcosie? Widzę, że mu się uważnie przyglądasz…

Twarz chłopca przybrała spłoszony wyraz i dopiero po chwili kiwnął potwierdzająco ciemnowłosą głową.

– Ten obraz jest źródłem wielu z naszych poglądów… Część z nich poznasz na późniejszych etapach twojej nauki, ale już dziś mogę ci powiedzieć, że widzisz przed sobą przyczynę, dla której – jak wierzą mnisi naszego zakonu – na naszej planecie istnieje magia…

Szare oczy dziecka podniosły się w górę i spojrzały prosto w lazurowe oczy starego mnicha.

– Myślałem, że to bogowie dają nam magię…

Mnich uśmiechnął się z wyrozumiałością. W Syllonie, od czasu, gdy niemal pół wieku temu zakazano kultu Pana Ciemności, a na dominującej pozycji w panteonie bogów ustanowiono Pana Światłości, zabronionych zostało wiele funkcjonujących wcześniej naukowych poglądów na temat magii. Były zbyt niewygodne – nie pasowały do teologii wiążącej się z promowanym przez królestwo bogiem, dlatego sukcesywnie usuwano ich ślady z podręczników szkolnych, a część popularnych dzieł naukowych wciągnięto na indeks ksiąg zakazanych.

– Spora grupa Syllończyków tak myśli, Marcosie… Ten pogląd intensywnie rozpowszechniają kapłanki Pana Światłości, które stoją na straży jego kultu… to także część oficjalnego stanowiska państwa w tej sprawie. Dzięki temu wszyscy ludzie, którzy korzystają na co dzień z magii, żyją w przekonaniu, że zawdzięczają to łasce boga, zamiast swoim własnym, wrodzonym talentom i pracy. Wierzą, że bez oddawania czci bogu magia by ich opuściła, dlatego Świątynie Pana Światłości są obecne właściwie wszędzie, a jedna z ważniejszych kaplic znajduje się w głównym budynku Akademii Magii.

– A wy? Jak myślicie? Skąd bierze się magia? – zapytał cicho chłopiec, delikatnie gładząc dłonią porysowaną powierzchnię ławki.

– My wierzymy, że magia nie ma nic wspólnego z bogami. To niezwykły rezonans, który istnieje pomiędzy naszą planetą a jej trzema symetrycznie rozlokowanymi księżycami, jest bezpośrednią przyczyną potężnej energii, która przenika nasz świat i którą wielu z nas potrafi wykorzystać, przetworzyć w sobie…

– Kim… w takim razie są bogowie? – dopytywał się nowy uczeń. Jego buzia była jasna i dziecinna, a jej wyraz stanowił perfekcyjne połączenie naiwności i niewinności.

Mecjusz uśmiechnął się ciepło i poklepał malca po głowie.

– Można powiedzieć, że… pasożytami… na tej magii. My, ludzie, zrodziliśmy ich z naszych umysłów w chwilach lęku i potrzeby… a magia oblekła nasze wyobrażenia w nasycone energią kształty!

Tuż po wygłoszeniu tego znaczącego poglądu odwrócił się i podszedł do okna, tak by wyjrzeć na szkolny dziedziniec, bacznie przy tym śledzony szarym spojrzeniem nowego ucznia.

Bawiąca się w berka grupka najmłodszych dzieci stała się przez chwilę dla Mecjusza ucieleśnieniem jego bezbronnych, ludzkich przodków, którzy, wystraszeni i bezsilni wobec bezlitosnego żywiołu natury, wznosili naiwne modły, prosząc o opiekę potężniejsze istoty… Wierząc, że musi istnieć jakiś większy Ojciec… Większy – od tego śmiertelnego, tutaj, na ziemi. Ich umysły, sprzężone z potężną energią macierzystej planety, posiadały równie potężną moc stwórczą… I w ten sposób tysiące lat temu powołali do życia tych – w których pragnęli wierzyć. Tych, których nazwali potem bogami i przypisali im wszystkie te cechy, jakich zabrakło im samym… choć oczywiście stopniowane do formy najwyższej. Sukcesywnie nasycali te wyobrażenia energią, nadając im kształt i realny wymiar, aż stały się one faktycznymi, świadomymi bytami, zależnymi jednak ciągle od dopływu energii swoich wyznawców…

– Zrodzili się z nas… z naszych umysłów, z naszych lęków. I to od naszej wiary zależą – powiedział Mecjusz, wciąż stojąc tyłem do klasy. – Nie są odwieczni, istnieją tak długo, jak istnieje zorganizowana ludzka społeczność, i aby kontynuować swoje istnienie, muszą pozostawać zasilani energią naszych wierzeń… – uzupełnił swoją wypowiedź. Oparł dłoń na cienkiej, szklanej tafli dzielącej klasztorną klasę od zewnętrznego świata.

Gdy wiele lat temu doznał swojego prywatnego objawienia, sam był zagubionym, pozbawionym perspektyw człowiekiem, którego świat zawalił się w dniu, gdy utracił swoją ziemską pozycję i tytuły. Opuścił Hezryn w niesławie, szukając dla siebie nowej, lepszej drogi; prawdziwe schronienie znalazł jednak dopiero w klasztorze Trzech Księżyców. Wiele lat medytacji, wglądu w swoje pokrzywione ego, wglądu w naturę tego, co stanowiło żywą tkankę tego świata, zmieniło jego podejście do życia na bardzo wielu płaszczyznach. Udało mu się dostrzec imponderabilia, które umykały innym, choć nigdy nie uczynił z tego powodu do dumy. Swoją przemianę traktował jak naturalną ścieżkę każdego człowieka, który zamiast zadawać pytania, zaczyna słuchać odpowiedzi udzielanych przez samo życie, i który zamiast patrzeć we wskazanym kierunku, po prostu pozwala, aby jego oczy były otwarte. Nieważne, co zobaczy i jak bardzo miałoby to wstrząsnąć jego poprzednim poglądem – nurt tego, co właściwe, objął jego życie i niósł go ze sobą w niezbadaną przyszłość.

Obowiązki nauczycielskie także były jednym z jego wyzwań.

Odwrócił się zatem w stronę klasy i wykonał krótki gest dłonią.

– Nasza ścieżka, Marcosie, jeśli tylko zechcesz, podpowie ci, jak ominąć ich moc. Jak się uwolnić od krępujących umysł wyobrażeń. Zobaczyć rzeczywistość w jej niepokojącej, ale wyzwalającej nagości. – Uśmiechnął się lekko, sam zdziwiony, w jak podniosłą formę ułożyły się jego słowa.

Westchnął i dodał:

– Jednak na żadnym etapie nie powinieneś traktować jej jako cudownego środka na osobiste wyzwolenie. Taki środek po prostu nie istnieje, a jeśli ktoś ci kiedyś obiecał, że odnajdziesz go w tym klasztorze, to skłamał. Ważne, abyś na tyle rozwinął swoją świadomość rozróżniającą, by podejmować decyzje niezależnie od boskich nakazów… a także… a może przede wszystkim – niezależnie od nas. – Uśmiechnął się, refleksyjnie wznosząc wzrok na rząd rozwieszonych na ścianach mandali.

Chłopiec słuchał, milcząc, podobnie jak reszta klasy, która znała już tę część nauk Trzech Księżyców na pamięć. Nie sposób było odgadnąć, czy zrozumiał choćby jedno słowo z wypowiedzi mnicha, ale to nie miało teraz znaczenia, ponieważ Mecjusz wiedział, że pewne słowa powinny zostać wypowiedziane, niezależnie od okoliczności. Mnich rzucił mu jeszcze jedno spojrzenie tylko po to, by zauważyć, że oczy chłopca wcale nie były szare, jak początkowo sądził. Były niebieskie i opalizujące niczym niebo po wschodzie słońca. Przejrzyste jak jaśniejący kryształ.

Przez chwilę patrzyli sobie w oczy, a Mecjusz zadziwił się nietypowym kontrastem, który odnalazł w chłopcu. Jego twarz i oczy były otwarte jak czysta księga, ale umysł… był dla mnicha właściwie niewyczuwalny.

Rzadka właściwość – pomyślał starzec – zwłaszcza u kogoś, w kogo żyłach nie płynęła ani kropla hezryńskiej krwi… Westchnął w zadumie, a potem już bez zwlekania powrócił na podium, z którego zwykle prowadził zajęcia. Czas płynął, a on miał jeszcze zaplanowane na dzisiejszej lekcji poruszenie kilku ważnych tematów.

Miękkim ruchem otworzył grubą księgę spoczywającą na biurku i popatrzył na swoją klasę. Zanim jednak podjął przerwaną lekcję, niespodziewanie poczuł na plecach delikatny dreszcz. Wsłuchał się w siebie i jego wyostrzony, siódmy zmysł przez ułamek sekundy ukazał mu obraz rzeczywistości w jej nagiej formie, pozbawionej kojącej zasłony iluzji, i była ona… wstrząsająca. Ktoś inny być może krzyknąłby albo uciekł. Lub zrobił coś innego, bardzo nieodpowiedzialnego… Ale Mecjusz miał już tego typu reakcje poza sobą. Zrozumiał. I nic więcej nie miało znaczenia. Uśmiechnął się tylko łagodnie.

– A zatem do rzeczy, moje dzieci…! – Potoczył spojrzeniem po jasnych twarzach swoich uczniów.

– Dzisiaj zaczniemy przerabiać „Przepowiednie końca świata”, spisane przez mnicha Astoraha, ostatniego z arcykapłanów Mor’tyra, Pana Ciemności. Czy przeczytaliście pierwszy rozdział, tak jak wam poleciłem? – Znów rozejrzał się po klasie, marszcząc brwi w wystudiowanym grymasie. Rolę surowego belfra miał opanowaną znakomicie, choć jak każda inna, którą odgrywał – stanowiła dla niego jedynie środek do celu.

Odpowiedziały mu speszone spojrzenia i pracowite kartkowanie leżących przed uczniami kopii książek.

– Kto zechce własnymi słowami opowiedzieć o zapowiadanym przez Astoraha Upadku Starych Bogów? Hmmm?

Do góry wzniosła się tylko jedna drobna rączka. Nowy uczeń uśmiechał się, pokazując rząd perłowych, doskonałych ząbków. Nie sposób było przy tym zignorować wyzywającego spojrzenia jego lazurowych oczu. To jednak, co całą resztę uczniów zaskoczyło najbardziej, to fakt, że mimo iż nigdy nie czytał wymaganej lektury, znał odpowiedzi na wszystkie pytania. I tylko Mecjusz nie okazał zdumienia.

Gdy młody uczeń wygłaszał historię spisaną przed półwieczem przez arcykapłana Astoraha, mnich słuchał go swoim wewnętrznym zmysłem. Jego nadludzka intuicja, oczyszczona i rozwinięta przez lata medytacji, okazała się narzędziem ostrzejszym niż brzytwa. Choć to, co zobaczył, było trudne do uwierzenia, niemal nieprawdopodobne – wiedział, że nic nie wydarzyło się tu przypadkowo.

Pochylił głowę i po prostu to zaakceptował. Wyzwania w życiu nigdy nie pojawiały się po to, aby go zniszczyć, ale po to, by się z nimi zmierzył.

4. WSKRZESZENIE

„Ktoś kiedyś powiedział, że nekromanta to asceta, który spędza swoje życie w cuchnących katakumbach, rozgrzebując przegniłą padlinę, i nie ma czasu na żądze cielesne… Skąd jednak na świecie tylu dewiantów i szaleńców? Rodzą się z przyzwoitych obywateli? Oczywiście, że te ohydne kreatury się mnożą, bo żadne obrzydliwe chucie nie są im obce! Nie uszanują niczego, co święte! Miejcie oczy szeroko otwarte, a wasze kobiety zamknięte pod kluczem, bo to, co nam jawi się jako upodlający akt, im może wydać się zaledwie pikantną odmianą…”.

Vimar z Ludens, Przestroga klechy

 

Gdy Mistrz wszedł do komnaty, w której leżała zmarła, zastał ją zamkniętą w specjalnej szklanej trumnie – kapsule, która znana była ze swojego działania, zatrzymującego upływ czasu.

Wezwano go tu w wielkim pośpiechu, zrywając z łóżka w samym środku nocy. Zrzędził przy tym i prychał jak rozsierdzony kot, ale cząstka jego wiecznie niezaspokojonego ego otrzymała swoją ulubioną karmę. Po raz kolejny – poczuł się niezbędny, a to rzadko kiedy bywa przykre uczucie. Jego szczególne zdolności cieszyły się ogromnym powodzeniem, choć była w tym pewna przewrotność losu, zważywszy, że od kilku dekad nekromanci byli oficjalnie potępiani przez państwo.

W przypadku tego zlecenia mógł skorzystać z magicznego portalu, który posiadał w piwnicy swojego dworu, ponieważ jego zleceniodawca również był właścicielem jednego z nich, co pozwalało na stworzenie magicznego systemu teleportacji. Oczywiście w bardziej tradycyjnych okolicznościach podróżował na koniu albo przysyłano po niego specjalne powozy. Nie wszyscy jego klienci byli aż tak obrzydliwie zamożni, aby stać ich było na prywatny portal komunikacyjny.

Jeden z zaufanych lokajów opisał szczegóły wydarzenia, z powodu którego został tutaj wezwany, szepcząc mu je do ucha spiętym, rwącym się głosem. Pozostała część służby wycofała się dyskretnie, zaraz po odprowadzeniu Mistrza do rozległych piwnic, w których spoczywało ciało zmarłej. Ich podejrzliwe spojrzenia wiele mówiły o stosunku prostych ludzi do nekromantów. Dyskretnie wykonywane znaki symbolizujące Pana Światłości i spluwanie ponad lewym ramieniem – były wciąż tylko bardzo umiarkowanymi objawami niechęci.

Poprzedni król, który rządził królestwem Syllonu – Naramir II zwany Okrutnym – znajdował się pod przemożnym wpływem swojej olśniewająco pięknej żony Vanelis, byłej kapłanki Pana Światłości. Za jej namową wydał akt zakazujący kultu jego antagonisty – Mor’tyra, Pana Ciemności, uznawanego za duchowego opiekuna wszystkich nekromantów. Akt ten przeszedł do historii jako Rewolucja Światłości, rozpoczynając ustanowienie w Syllonie nowego kalendarza. Razem ze zniszczeniem świątyń i skazaniem na śmierć większości oficjalnych kapłanów, wszyscy ci, którzy wzywali imię Mor’tyra w swoich inwokacjach – stali się wrogami państwa. Na straży nowego porządku stanęło potężne Inkwizytorium, którego zadaniem było niszczenie wszelkich pozostałości po kulcie mrocznego boga i ściganie ukrywających się nekromantów. Pomimo jednak narastającego powszechnego potępienia dla tego zawodu, w pewnych dramatycznych okolicznościach nawet uprzedzeni do nekromancji ludzie gotowi byli wezwać znienawidzonego malefika, aby przeprowadził dla nich jeden odrażający, bluźnierczy rytuał…

A wszystko to oczywiście za… gigantyczną ilość złota.

Mistrz zamknął za sobą drzwi pomieszczenia, w którym czekało na niego jego zadanie. Zaskrzypiały donośnie, przesuwając się z oporem. W nozdrza wdzierał mu się zapach zetlałych kadzidełek oraz czegoś jeszcze, lepkiego, nieprzyjemnego, trudnego do sprecyzowania.

Z jednej strony oficjalnie zakazane było uprawianie nekromancji, a z drugiej – zapotrzebowanie na ich usługi jakoś nie chciało spadać… Wytworzyło to fenomen, w którym tak zwany Podziemny Krąg składający się z nekromantów ciągle funkcjonował, zasilany nieustającym dopływem złota od zrozpaczonych klientów szukających pomocy, podczas gdy na powierzchni wchodziły w życie coraz bardziej surowe dekrety i rozporządzenia potępiające ich działalność, ścigające tych, którzy korzystali z ich usług, a nawet biorące pod lupę te odmiany magii, które choćby w najmniejszym stopniu ocierały się o nekromancję.

Rothgar, szczęśliwie, miał koligacje w najwyższych sferach i nie musiał obawiać się płonącego stosu tak bardzo, jak jego niżej urodzeni koledzy po fachu, którzy schronienie mogli obecnie znaleźć tylko w podziemnym świecie Syllonu lub na emigracji. Mimo to doskonale wiedział, że jeśli będzie świadczył swoje usługi niewłaściwym klientom, jego przyszłość także będzie zagrożona. Odkąd rozpoczął swoją praktykę, starał się ograniczać działalność do pewnych ludzi, tych najbardziej zamożnych i godnych zaufania, którzy mieli przy tym tak samo wiele do stracenia jak on, już przez sam fakt korzystania z usług malefika. A klient, który wezwał go dzisiaj do siebie, z całą pewnością zaliczał się do tej grupy…

Mężczyzna rozejrzał się dokoła. W głębokim cieniu pod ścianą dostrzegł młodą kobietę, która, jak mu powiedziano, była odpowiedzialna za stworzenie szklanej kapsuły.

Rzucił jej zdumione spojrzenie, bo szata, jaką na sobie nosiła, wskazywała na związek kobiety z Siostrami Światłości, choć – o ile mógł to ocenić – nie była wyświęconą kapłanką. Przebywanie w jednej komnacie z kimś, kogo można było uznać za sługę ich wroga, Pana Ciemności, musiało być dla niej specyficznym doznaniem.

Mimo że nekromanci nie byli oficjalnymi kapłanami Mor’tyra, to uważano, że to właśnie moc tego największego przeciwnika Światłości wykorzystują oni do swoich czarnych rytuałów. I choć nie wyświęcano ich jak akolitów, naturalnym biegiem rzeczy – nazywani byli naczyniami mocy mrocznego boga na ziemi. W ich stosunku do Mor’tyra było mniej szacunku niż u konwencjonalnych kapłanów, a więcej partnerstwa, może jednak właśnie z tego powodu ich obraz był podwójnie negatywny. W oczach każdego pokornego wyznawcy Pana Światłości jawili się bowiem jako zuchwali bluźniercy i heretycy.

Rothgar okrążył szklaną trumnę, obserwując jednak spod oka tajemniczą nieznajomą. Zauważył, że kobieta dość zdecydowanie odbiegała od powszechnie przyjętego stereotypu kapłanki.

Była mianowicie… prawdziwą pięknością. Miała włosy w kolorze czystego miodowego złota, wielkie turkusowe oczy i delikatną, perfekcyjnie gładką cerę. Nawet Mistrz musiał przyznać, że taka cera nie zasługiwała na garbowanie solami chromu… Niech sobie jeszcze pożyje w swojej naturalnej postaci i nacieszy niejedno męskie oko! – pomyślał z obrzydliwym uśmiechem pod nosem.

– Jak dawno… to się wydarzyło? – spytał po krótkiej pauzie suchym, urzędowym tonem, starając się chwilowo odłożyć na bok ewidentne światopoglądowe różnice, widoczne gołym okiem, choćby tylko w ich strojach.

Kobieta zachowała równie profesjonalny ton, widocznie ona także nie była w nastroju do dyskusji.

– O pierwszej dziewiętnaście – odpowiedziała rzeczowo. – Wezwano mnie przez portal Sióstr Światłości już o pierwszej dwadzieścia jeden. Byłam tam wówczas jedyną osobą potrafiącą przeprowadzić rytuał kapsuły czasu, bo reszta sióstr uczestniczyła w ceremonii Ustanowienia Właściwego Porządku.

– Rozumiem – krótko skwitował jej wypowiedź.

Kobieta, która nie jest kapłanką, a zna rytuał kapsuły? Jeden z najbardziej sekretnych i świętych rytuałów, które przeprowadzały Siostry Światłości? Tak, to prawda – w swojej bardziej krwawej odmianie, wymagającej użycia żywej ofiary, znali go także nekromanci. Zdolni maleficy niejednokrotnie używali podobnych szklanych trumien do zatrzymywania procesu rozkładu, ale z pewnością nie była to popularna sztuczka magiczna, dostępna byle adeptowi magii lub świeckiemu pracownikowi świątyni, a na takie stanowisko wskazywał jej niebieski habit…

Rothgar niechętnie zdjął biały welon spoczywający na szklanym wieku kapsuły i spojrzał na bladą twarz nieboszczki, odkładając chwilowo na bok swoje przemyślenia.

Westchnął, rozpoznając leżącą przed nim zmarłą osobę. Fala wielkiej przykrości, rezygnacji i smutku przepłynęła przez jego twarz. Cofnął się o pół kroku i przez chwilę trawił tę niespodziewaną rewelację.

Śmierć musiała być gwałtowna, ponieważ ręce skręcone były w silnym skurczu, a wargi i dziąsła – podbarwione na sino. Mimo że wiedział, czego dotyczy wezwanie, do ostatniej chwili liczył, że to jednak nie będzie… ona. Czubkami palców dotknął szklanej powierzchni trumny, wpatrując się w nieruchome oblicze widoczne za przejrzystą taflą. Spała… tak spokojnie! Na moment udało jej się uciec od tego piekła, jakie stanowiło jej życie. Wyzwoliła się… tylko na chwilę, krótką chwilę, zanim on nie został wezwany, znowu, znowu, znowu… po to, by przywrócić ją do świata żywych… Który to już raz? Piąty? Szósty?

Mimo że serce Rothgara było zahartowane przez lata specyficznego trybu życia – to widząc ją w takim stanie, musiał przywołać wszystkie siły, aby nie poddać się widocznemu przygnębieniu. Jego i zmarłą łączyły niegdyś bardzo bliskie więzi, których natury nie chciał ujawniać nikomu postronnemu.

Po długiej pauzie, w trakcie której mobilizował się do działania i porządkował sobie niepokorne emocje, rzucił quasi-kapłance znaczące spojrzenie. Kobieta obserwowała go z ogromną uwagą, a dzięki dużemu doświadczeniu w odczytywaniu ludzkich serc – udało jej się odnotować niezwykłą reakcję mężczyzny na widok twarzy zmarłej. Nie wiedziała, skąd wzięło się jego zachowanie, ale domyśliła się, że ta dwójka ludzi nie mogła być sobie obca.

– Będziesz musiała teraz opuścić komnatę. To nie będzie miły widok. Nie dla ciebie – powiedział cicho, po raz pierwszy dając jej do zrozumienia, że dostrzega przepaść, jaka ich dzieliła. Przybrał przy tym możliwie najuprzejmiejszy wyraz twarzy, tak aby nie odczuła nutki protekcjonalności, która zabrzmiała w jego słowach.

Ku jego zdziwieniu kobieta ani myślała odejść. Drobne dłonie przycisnęła do ściany za swoimi plecami i hardo uniosła podbródek.

– Wiem, jaki to rytuał. Zanim pozbawiono mnie rangi kapłanki, zapewne byłoby to dla mnie wstrętne i plugawe – wygłosiła nieoczekiwanie. – Ale obecnie nic nie jest w stanie pozbawić mnie złudzeń co do… tego, co się dzieje na tym świecie… – Oczy kobiety błysnęły wyzywająco.

Po raz pierwszy odniósł wrażenie, że kobieta jest starsza, niż wyglądała. Jej świeży, dziewczęcy wygląd musiał być zasługą czegoś zupełnie innego niż młody wiek. Dojrzałość w wyrazie jej oczu i napięciu ust powiedziała mu, że to, ile lat chodzi po świecie, jest niemożliwe do ocenienia, patrząc tylko na jej powierzchowność. Tajemnica, dlaczego pozostała tak dziewczęco młoda, nie interesowała jednak Rothgara na tyle, by o nią zapytać.

– Czarno-magiczne rytuały, abominacje kroczące między żywymi i demony obleczone w słodkie uśmiechy… Cały ten niestrawny fałsz… – kontynuowała z goryczą. – To wszystko bujnie się pleni pod cienką powłoczką państwowego kultu Światłości… i tak zwanego kanonicznego prawa.

Jej tęczówki pociemniały z emocji.

– A ty…? Ty jesteś przynajmniej tym, kim jesteś, i nie udajesz nikogo innego! – dodała z pasją, robiąc krótką pauzę.

Turkusowe oczy byłej kapłanki przypominały mu dwa owalne oceany otoczone alabastrową plażą powiek. Odpowiedział jej przeciągłym, wieloznacznym spojrzeniem, które przez chwilę połączyło ich w jakimś nieoczekiwanym porozumieniu. Niezwykła twarz kobiety nosiła ślady głębokiego cierpienia, które nie zdołało odebrać jej piękna, a może nawet nadawało mu bardziej mistyczny, głęboki wymiar, czyniąc kobietę w jakiś sposób podwójnie interesującą. Fakt, że postrzegała otaczający ich świat w sposób pozbawiony złudzeń, stanowił też dowód jej inteligencji i generalnie – zdrowego rozsądku. Mimo że formułowała swe poglądy z pasją godną neofity, którego głowa ciągle jeszcze wrzała od świeżo odkrytych „prawd objawionych”, stanowiła z pewnością ciekawą odmianę od powszechnego, bezrefleksyjnego typu wyznawców Pana Światłości, których na co dzień spotkał Mistrz.

Bardzo ostrożnie spróbował sięgnąć w jej stronę umysłem, ale gdy tylko natknął się na chaotyczną, przenikniętą bólem i rozpaczą plątaninę emocji, głęboko zakorzenioną w jakichś wydarzeniach z przeszłości – natychmiast się wycofał. Nigdy nie lubił takiej formy kontaktu i raczej jej unikał. Na dodatek nie chciał teraz ryzykować utraty koncentracji niezbędnej do przeprowadzenia efektywnego rytuału.

– Wszystko jest dla mnie zatem jasne – westchnął, czyniąc przy tym jakiś nieokreślony gest, który w zamyśle miał wyrażać pełne zrozumienie dla jej zagadkowego oświadczenia.

Oczywiście nie miał pojęcia, co faktycznie chciała zasugerować. Domyślał się jedynie, że z jakichś tajemniczych przyczyn została wykluczona z szeregów wyświęconych kapłanek, a okoliczności towarzyszące temu wydarzeniu pozbawiły ją złudzeń co do natury tego świata. Chętnie poznałby te okoliczności… bo miał ciekawską naturę badacza, ale atmosfera, która panowała w piwnicach, nie sprzyjała zwierzeniom.

– Może w takim razie mogłabyś pomóc mi w rytuale, udzielając odrobiny swojej energii? – dodał po niedługiej, ale krepującej pauzie. – Potrwa on znacznie krócej i będzie bardziej stabilny…

– W porządku, pomogę. – Jej anielskie oblicze tchnęło już tylko spokojną rezygnacją, zupełnie jakby wyrzuciła z siebie przed chwilą jakiś niezdrowy nadmiar negatywnych emocji.

Rothgar nadal obserwował ją spod oka, rozkładając na ziemi swój „przybornik nekromanty”, jak go czasem żartobliwie nazywał.

Miał przy sobie sporo przydatnego sprzętu, który stanowił jego zabezpieczenie, w razie gdyby coś poszło nie tak, jak się spodziewał. Jego bliźniacza siostra, Mistrzyni Alchemii Rothanna, dostarczała mu zioła i specyfiki potrzebne w sytuacjach, gdy przywrócenie zmarłego nieboszczyka wiązało się na przykład z koniecznością zdjęcia z niego uroków czy przekleństw lub uzdrowienia uszkodzeń ciała, wywołanych przez trujące substancje.

Najważniejszy element rytuału został mu jednak dostarczony przez zaufanego. Katalizator zaklęcia znajdował się w zamkniętej malachitowej misie, opakowanej dodatkowo w szkarłatny, drogocenny materiał. Rothgar nie widział powodu do wyjmowania go przy kapłance, zwłaszcza że jego moc i bez tego mogła być skutecznie zaczerpnięta… Z enigmatyczną miną postawił misę pod stołem, na którym umieszczono szklaną trumnę, i westchnął głęboko, prostując grzbiet.

– Przystąpmy zatem do dzieła. Asystuj mi… – Zasugerował gestem, czego od niej oczekuje.

Treść inkantacji znał na pamięć, bo powtarzał ją tak wiele razy i przy tak wielu okazjach, że mógłby recytować ją nawet od końca. Kobieta stanęła za jego plecami i położyła jedną rękę na ramieniu nekromanty. Nawet gdy zaczął inkantować swoim chrapliwym, donośnym tonem, ani przez chwilę nie udało mu się wyczuć w niej jakiegokolwiek wahania lub lęku. Mimo aktywnego bólu zamkniętego w głębinach umysłu, na zewnątrz stanowiła wcielenie inercji. Wzniósł ręce do góry i zacisnął powieki, zaczerpując z siebie i kapłanki dużą dawkę niezbędnej do rytuału energii, tak że ich skóra szybko pokryła się zimnym potem, a odczucie przejmującego, osłabiającego chłodu przeniknęło ich na wylot. Pomimo że ciało zmarłej zadrżało niespokojnie, kapłanka stała wciąż nieruchoma i cicha, jakby bieżące wydarzenia w najmniejszym stopniu nie dotyczyły jej ani nie dotykały. To, co niegdyś pozbawiło ją złudzeń, musiało swoją skalą przekraczać nawet potworność rozgrywającego się obecnie rytuału, który dla człowieka z ulicy byłby z pewnością życiowym wstrząsem.

Nekromanta jednym uderzeniem rozbił szklaną taflę kapsuły i szybko położył dłoń na ustach ożywianej. Zacisnął powieki i wyszeptał kilka słów w tajemnym języku magii nekromantów – zwanym nekronimusem.

Po chwili odsunął dłoń i ciemną, spienioną substancję, która się w niej teraz znajdowała, wytarł w skrawek leżącego nieopodal welonu.

Potem stanął za głową kobiety i położył dłoń na jej czarnych, pięknych włosach.

– Witaj ponownie w świecie żywych… – wyszeptał niemal tkliwie.

Ona kaszlała tylko przeciągle, a jej ciało dygotało, jakby zaatakowała ją bagienna gorączka. Gdy jednak wreszcie otwarła szare oczy, natychmiast rozpoznała Mistrza i dwie perłowe łzy spłynęły po jej bladych policzkach.

– Dlaczego, Rothgar, dlaczego? Dlaczego nie chcesz dać mi odejść?! – Głos miała lekko zachrypnięty, zupełnie jakby struny głosowe uległy częściowemu przepaleniu przez zażytą truciznę.

– Wiesz, że to nie jest moja decyzja, maleńka. – Głaskał ją przez chwilę po włosach. – Musisz to rozwiązać z nim i tylko z nim. Ja, póki co, jestem zaledwie… sługą.

Podniósł głowę i spojrzał na byłą kapłankę, która przysłuchiwała się tej rozmowie bez zdziwienia.

Jej turkusowe oczy płonęły jakimś niezdrowym ogniem.

– Błagam cię, zlituj się nade mną, Rothgar… Jeśli kiedykolwiek mnie kochałeś… pozwól mi odejść!

Oczy Rothgara pociemniały z nadmiaru emocji, a może z tłumionego gniewu, który powrócił do niego falami. Zacisnął drgające powieki i szepnął:

– Wiesz, dlaczego nie mogę! On… wiesz kto… zostałby wówczas zabity. Ten sukinsyn trzyma nas oboje w szachu, a ja jestem bezradny!

Pochylił się nad głową kobiety i dotknął ustami jej białego czoła, a potem szepnął – bardzo cicho, tak aby jego słowa nie dotarły do uszu kapłanki:

– Mam jednak pewien plan, moja droga, plan, którego realizacja potrwa jeszcze chwilę, więc musisz być cierpliwa. Cena, jaką zapłacę za ten plan, może wiązać się z tym, że… utracę w ostatecznym rozrachunku także… ciebie. I nie będziesz chciała mnie znać. Ale będziesz przynajmniej wolna! Pewnego dnia, obiecuję ci to: będziesz wolna. Masz na to moje słowo. – Wyprostował się powoli.

Kobieta tak mocno zacisnęła powieki, że policzki dosłownie spłynęły potokami jej łez, mocząc jedwabną poduszkę, na której spoczywała.

Potem po raz ostatni przesunął dłonią po długich pasmach czarnych włosów przywróconej do życia, a następnie odwrócił się i zajął pakowaniem swoich przyborów. Odkąd wiele lat temu uzyskał pewność, że nie będzie miał jej na własność – musiał nauczyć się przybierać maskę obojętności na wydarzenia z jej życia, nieważne, jak tragiczne się okazywały. Doskonale wiedział, że tylko jego psychiczna odporność pomaga mu przesypiać noce spokojnie, bez uporczywych koszmarów, i dlatego nie mógł sobie pozwolić na żadne dylematy moralne. Przeszłość miała pozostać w przeszłości, zamknął ją w szczelnej skrzynce na samym dnie umysłu, metaforyczny klucz chowając na lepsze czasy. Nauczył się boleśnie mocno, niemal obsesyjnie koncentrować się na teraźniejszości i tylko dlatego zachował siły do dalszego życia i pracy. A czasem nawet bywał szczęśliwy – tym pełnym rezygnacji stanem szczęścia okazjonalnie doświadczanym przez ludzi, którzy wyzbyli się resztek młodzieńczego hurraoptymizmu.

Odetchnął głęboko, starając się pozbyć negatywnych myśli, i zacisnął mocno sznurek sakwy, w której ukrył swoje przybory. Zawsze potrafił się opanować, jeśli wymagały tego okoliczności. Tym razem nie było inaczej. Znał trochę technik stosowanych przez magów chaosu, które pozwalały na dowolną zmianę stanu umysłu, nawet z uwzględnieniem jego skrajności – rozpacz gładko przechodziła w radość, smutek w euforię… Wstał, a gdy się wyprostował, oblicze miał już spokojne i wygładzone. Walka o zmianę obecnego stanu rzeczy w perspektywie nie miała na razie widoków na sukces, a Mistrz był ponad wszystko – realistą.

Malachitową misę zostawił pod stołem. Nie zamierzał obarczać się przykrym zadaniem usunięcia jej szokującej zawartości, zwłaszcza że zadanie, które wypełnił – nie należało do przyjemnych. Jego klient otrzymał to, o co prosił, teraz także on będzie musiał posprzątać niewygodne dowody zakazanego rytuału…

Tymczasem ekskapłanka przypatrywała się osobie leżącej na katafalku. Wolno, niemal niechętnie podeszła do niej, ramiona mając bezsilnie zwieszone, co upodabniało ją do ogromnej szmacianej kukły, poruszanej tylko wolą i kaprysem niewidzialnego lalkarza.

Kobiety przez chwilę mierzyły się spojrzeniami; pojawił się w nich jakiś dziwny błysk, który umknął uwadze Rothgara. Kapłanka delikatnie pochyliła się nad czarnowłosą i szepnęła jej do ucha:

– Lepiej, jeśli są po prostu źli. Gorzej, gdy są potworami, skrytymi pod pięknym pozorem…

Czarnowłosa nie odpowiedziała, mimo że zdawała się rozumieć tę zagadkową enuncjację. Po jej obliczu, równie pięknym jak twarz byłej kapłanki, spłynęła tylko kolejna łza, błyszcząca jak zwodniczy klejnot. Patrzyły na siebie tak, jak mogą patrzeć na siebie wyłącznie dwie istoty, których piękność stała się zarazem ich przekleństwem, w trywialny, przewidywalny sposób upodabniając do siebie ich losy. Potem przywrócona do życia wolno odwróciła głowę i zakryła twarz dłońmi, jakby nie chciała mieć już nic wspólnego z dwójką przebywających obok niej ludzi…

Gdy Rothgar i jego tymczasowa asystentka opuścili komnatę, w której odbył się zakończony sukcesem mroczny rytuał, minął ich nerwowy korowód śpieszących na pomoc wskrzeszonej kobiecie służących, dotąd przez cały czas dyskretnie oczekujących w sąsiednim pomieszczeniu. Dziwaczna dwójka szła przez chwilę długim piwnicznym korytarzem, pogrążona w przygnębiającym milczeniu. Rothgar odczuwał teraz intensywną potrzebę przeżycia jakiegoś pozytywnego doświadczenia, nawet za cenę zrobienia czegoś nieodpowiedzialnego, szalonego, czegoś zupełnie dla siebie nietypowego.

Chciał nadpisać dzisiejszy dzień, potrzebował zapomnieć, potrzebował oderwać się od sytuacji, potrzebował… zmiany.

Gdy zbliżyli się do schodów prowadzących na parter, mężczyzna zatrzymał się i zwrócił w stronę kobiety, skłaniając ją do zatrzymania się w pół kroku. Jego szare oczy były teraz tak ciemne, że wydawały się niemal czarnografitowe. Niespodziewanie ujął drobną dłoń niedawnej asystentki i rzekł cicho:

– Wiem, że zabrzmi to dziwnie, i zapewne tego, co powiem, ludzie nie spodziewają się usłyszeć od zwyczajowo postrzeganego nekromanty, ale… mnie daleko do powszechnie przyjętych standardów. – Uśmiechnął się, nie było jednak w tym nic usprawiedliwiającego, tylko wręcz przeciwnie: coś drapieżnego i prowokującego.

Uścisk jego dłoni wzmocnił się nieco, gdy składał kobiecie swoją propozycję:

– Nie chciałabyś poświęcić mi… chwili swojego czasu? Prywatnego czasu, jeśli wiesz, co mam na myśli?

Była kapłanka nie wyglądała na zaskoczoną. Uśmiechnęła się dziwnym, groteskowym uśmiechem i bez słowa obróciła się do Mistrza. Pociągnęła go w stronę jednej z pustych komnat, które wcześniej mijali, a potem objęła ramionami za szyję.

– Nie boisz się, że mój dotyk cię skala…? – spytał Mistrz z krzywym uśmiechem, powoli przesuwając rękoma po wąskiej kibici. Ta prowokacja pojawiła się w jego ustach całkowicie świadomie, pomimo że odkrycie motywów kobiety nie było dla niego żadnym priorytetem.

Pochylił przy tym głowę w stronę jej szyi – białej i pulsującej kapryśnym życiem, od którego, już od lat… tak rozpaczliwie uciekał… Gdy tylko dotknął gładkiej, gorącej skóry, poczuł się przez chwilę tak, jakby opuścił swoje ciało i znalazł się w jakiejś sennej, mglistej krainie, w której nie pamięta się swoich imion i nie widzi swoich twarzy.

– Nie mogę być już bardziej skalana, uwierz mi. Zrobił mi to już jeden potwór, czy myślisz że nekromanta uczyni wielką różnicę? – wyszeptała, a jej gorący oddech owionął jego usta.

Mimo że Mistrz nie miał pojęcia, co mogą oznaczać te słowa, nie podjął wysiłku, by zapytać. Jego umysł angażował się teraz w coś zupełnie innego.

– Nic już i tak nie ma znaczenia. Nic już nie ma dla mnie znaczenia… – powtórzyła, a niezdrowy błysk w jej oczach wydał mu się teraz lekko szalony. Odchyliła głowę do tyłu i osunęła się całym ciężarem w jego ramiona.

Trzymając ją mocno, przesunął w stronę starej pryczy, na której podczas zmiany warty sypiali zapewne dworscy strażnicy, i pozwolił kobiecie na nią opaść. Leżała tam chwilę bez ruchu, a turkusowe oczy wbiła nieruchomo w powałę.

Widząc ją w takim stanie, zawahał się, ponieważ, mimo że był nekromantą, nie był ani trochę nekrofilem i oczekiwał od swoich partnerek o wiele więcej zaangażowania w akt seksualny. Pasywność partnerki jawiła mu się od zawsze jako obelga dla jego osoby i odtrącenie starań, a nekromanta miał pokaźne ego. Kapłanka jednak, jakby odczytując wątpliwości Mistrza, wyciągnęła swą drobną dłoń, kładąc ją na jego biodrze. Drugą chwyciła za fałdy swojej sukni i wolno pociągnęła do góry, rozsuwając przy tym nogi w zapraszającym, wulgarnie jednoznacznym geście. Ta zachęta była dla niego w zupełności wystarczająca, a biel i gładkość smukłych ud obudziły niespodziewanie silne pożądanie. Usiadł koło niej, czując pulsowanie krwi w skroniach i dojmującą potrzebę, by ujrzeć więcej niż tylko skrawek ponętnych ud. Aby jednak tak się stało, znowu musiał działać całkowicie samodzielnie. Z wysiłkiem pozbawił kobietę reszty odzienia, a ona nie protestowała i nie przeszkadzała, ulegle pozwalając mu zszarpywać z siebie kolejne części bielizny. Nie wiedział, czy to rytuał pozbawił ją części sił, czy też jej życie było pod pewnym względem o wiele bardziej tragiczne niż życie tej, która je przed chwilą na nowo odzyskała. Podchodziła teraz do bieżących wydarzeń z rezygnacją i całkowitą biernością, przyjmując bez protestu to, co ją spotykało.

Gdy wreszcie także siebie uwolnił z ciężkiego habitu, napotkał wzrok kapłanki, prześlizgujący się po jego żylastej klatce piersiowej, pokrytej rozległymi, czarno-czerwonymi tatuażami, których znaczenia lepiej było nie dociekać. Potem przeniosła wzrok nieco niżej, a wtedy na jej twarzy pojawił się nikły ślad rumieńca. Mistrz przyjął tę oznakę panieńskiej nieśmiałości z uśmiechem przepełnionym triumfem, jak zawsze wtedy, gdy widział w oczach kobiet to specyficzne oszołomienie pomieszane z obawą. A potem już bez zwlekania położył ręce na jej stulonych udach i rozepchnął je szerzej, robiąc sobie miejsce.

Gdy mu się oddawała, robiła to z tak szczególnym wyrazem twarzy, że Mistrzowi trudno było go potem zapomnieć. Przypominała przerażoną, ale zadziwiająco pogodzoną ze swoim losem ofiarę, składaną na ołtarzu Mor’tyra. Ponieważ jednak Rothgar wykorzystał swój telepatyczny talent, aby dopasować się do jej oczekiwań, nie mogła narzekać w trakcie tego aktu na brak pozytywnych bodźców, a fakt, że czuła się jak ofiara doznająca przy tym rozkoszy, dodawał tylko całej sytuacji pieprzną nutkę perwersji.

Dodatkowo miała wyjątkowo ponętny biust, a Mistrz nigdy nie miał nic przeciwko kobietom tak hojnie obdarzonym przez naturę. Dlatego nawet jeśli dla niej ten stosunek był czymś wynaturzonym i bluźnierczym lub nawet jakąś dziwną formą kary wymierzonej sobie samej – dla niego było to po prostu zwykłe, dobre rżnięcie.

5. AROGANCJA

„Przyczyna upadku drzewa może być różnoraka. Ja jednak sądzę, że odpowiada za nią słabość, która zawarta była jeszcze w nasieniu. A może tylko przegniłe korzenie?”.

Marvella, kapłanka Pana Światłości,Rozważania o moralności

 

Norgal wspiął się po schodach prowadzących na drugie piętro dworu, który zamieszkiwał razem ze swoimi opiekunami. Wyraz jego dziecięcego oblicza był dość pogodny i sugerujący odprężenie, a w kącikach ust czaił się nawet niewielki uśmiech. W końcu udało mu się osiągnąć to, co sobie zaplanował – czegóż więcej może sobie życzyć krnąbrny ośmiolatek? Perspektywa rozpoczęcia terminowania u Mistrza w charakterze ucznia nekromancji wydawała mu się ze wszech miar interesująca, a dotychczasowe życie w sennym dworze, należącym do pary dziwnych bliźniąt, uczyniło go głodnym świata i spragnionym niebezpiecznych wyzwań.

Nie narzekał tu na nadmiar rozrywek. Długie godziny nauki ze swoim guwernerem, ślęczenie nad książkami, okazjonalne spacery po mieście i jeszcze rzadsze uczestnictwo w obchodach świąt państwowych, które organizowano parę razy do roku. Milcząca, nudna służba, nieprzyjemne, hałaśliwe dzieci sąsiadów oraz sporadyczne podglądanie pokojówki kopulującej z marynarzem w składziku pod schodami. Jego życie było pasmem prawdziwie „fascynujących” przygód…

Stał chwilę przed drzwiami do gabinetu Mistrza i spoglądał w głąb korytarza. Nie odwiedzał tych części dworu zbyt często. Cały budynek podzielony był w jego odczuciu na strefy z różnymi poziomami dostępu: Na parterze znajdowały się pomieszczenia należące do służby, jadalnia i kuchnia dworska, w których oczywiście mógł pojawiać się bez żadnych ograniczeń. Na pierwszym piętrze ulokowana była jego komnata wraz z przylegającą do niej małą biblioteką, w której pobierał nauki u swojego guwernera, a pozostałe pomieszczenia stanowiły pokoje gościnne. Na drugim piętrze oraz na poddaszu bywał najrzadziej – zajmowali je Mistrz i Mistrzyni. Rodzeństwo posiadało szereg komnat. Część z nich stanowiły ich prywatne biblioteki i gabinety, ale były tam również inne, wspólne pomieszczenia, w których podejmowali swoich prywatnych gości.

Dwór miał jeszcze jeden poziom, na którym Norgal bywał jeszcze bardziej sporadycznie – piwnicę. Znajdował się w niej magiczny portal oraz kilka pomieszczeń, w których sypiały wampiry pracujące dla Mistrza. Kontakty z nimi były dla malca surowo wzbronione, mimo że ci bladzi, posępni słudzy jego opiekuna wywoływali w nim od zawsze sporą ciekawość. Widywał ich tylko z daleka, gdy wieczorem przemykali przez ogród, wyruszając na misje zlecone przez swego pana – ale nie odczuwał w związku z tym żadnego strachu. O czym jeszcze nie wiedział – nosił w sobie specjalną energię, z którą przyszedł na świat, a którą nieumarli bezbłędnie wyczuwali, nawet na odległość. Nigdy, w żadnej sytuacji, nie mógłby stać się celem ich ataku, nawet w chwili największego wygłodzenia – to jedno było jasne dla wszystkich zainteresowanych.

Zapukał do biblioteki Mistrza i przez chwilę czekał na odpowiedź. Chrapliwy głos jego opiekuna pozwolił mu wejść i chłopiec, rozglądając się bacznie, ostrożnie wkroczył do królestwa Mistrza Rothgara z taką miną, jakby ponownie przekraczał progi prosektorium. Usilnie tłumił w sobie oznaki ekscytacji, nie chcąc, aby Mistrz odgadł, jak bardzo zależy mu na szybkim rozpoczęciu nauki. Po co miał dawać opiekunowi satysfakcję, a tym samym dodatkową porcję władzy nad swoją osobą?

Gabinet był spory i słabo oświetlony. Ścian nikt nie odmalowywał od lat, bo ciągnęły się po nich długie, brunatne zacieki, a popękana farba odstawała tu i ówdzie, tworząc kwieciste, monochromatyczne wzory. Pod sufitem krążył pojedynczy, niemal zupełnie wyczerpany magiczny świetlik, anemicznie blednąc i rozjaśniając się w coraz większych interwałach. Pod ścianami stały rzędy ciemnych, ciężkich szaf wypełnionych grubymi woluminami, a samotne biurko, zawalone stertami książek, miało rozmiary większe nawet od gabarytów łóżka, w którym sypiał malec.

Starszy nekromanta siedział na wygodnym fotelu, ustawionym pod przeciwległą ścianą, trzymając na kolanach pokaźnych rozmiarów tomiszcze oprawione w garbowaną skórę. Miał na sobie nieodłączny czarny habit, bardzo podobny do szat noszonych przez konwencjonalnych magów, ale uszyty z grubszego i sztywniejszego materiału. Włosy, co zdarzało się rzadko, miał rozpuszczone – w stalowoczarnych, prostych kosmykach zwieszały się dokoła jego bladej twarzy. Na widok dziecka skrzywił się lekko i kościstym palcem wskazał chłopcu miejsce na wąskiej kozetce, umieszczonej na przeciwległym końcu komnaty, również gęsto zasypanej przykurzonymi tomami.

– Norgalu – zaczął takim tonem, jakby powtarzał to już wcześniej wielokrotnie – rozpoczynasz teraz oficjalnie swój tok nauki, który za mniej więcej dekadę pozwoli ci zdobyć tytuł czeladnika nekromancji.

Zrobił krótką pauzę, z pewną niecierpliwością odnotowując niezgrabne moszczenie się chłopca wśród książek, które pokrywały kozetkę.

– Reszta będzie należała do ciebie. Jeśli wykażesz się pracowitością i samozaparciem, jeśli poddasz się narzuconej dyscyplinie i będziesz się przykładał do nauki – pewnego dnia będziesz mógł nosić wzbudzający szacunek i postrach tytuł mistrza nekromancji. Tytuł, o który coraz trudniej we współczesnych czasach! – zakończył już ze znacznie większym zaangażowaniem i przez chwilę wyglądał tak, jakby upajał się brzmieniem i wagą tych słów.

Norgal siedział chwilę, przyglądając się zawartości gabinetu i, jak się zdawało, całkowicie ignorując obecność Mistrza. Jego zaskakująco piękna twarzyczka, chociaż obdarzona dość dziewczęcymi rysami, miała odmalowane w kącikach kształtnych ust – hardość i upór. Chłopiec przypatrywał się ogromnej, rzeźbionej komodzie, zajmującej miejsce w głębi gabinetu, małemu, staromodnemu sekretarzykowi wciśniętemu pomiędzy dwie szafy oraz przykurzonej etażerce, na której stał niewielki posąg przedstawiający Mor’tyra.

Mroczny bóg wyglądał w tym przedstawieniu niemal przyjaźnie, bardziej jak bóstwo opiekuńcze niż Pan Ciemności i Chaosu, Władca Śmierci w jednej osobie. Rozkładał szeroko łuskowate ramiona, a jego czerwone oczy były niemal wesołe, przypominając małe rubinowe jagody połyskujące pomiędzy leśnymi liśćmi. Takie wyobrażenia Mor’tyra – o czym malec nie miał pojęcia – należały współcześnie do rzadkości, gdyż odkąd kult tego boga został w Syllonie potępiony, przypisywanie mu pozytywnych atrybutów było surowo zakazane, co znajdowało swoje odbicie także w sztuce sakralnej. Starożytne posągi często jednak prezentowały tego boga nie tylko jako wcielenie ludzkich mrocznych instynktów oraz uosobienie chaosu – ale także jako opiekuna ludzi odważnych i bezkompromisowych, patrona artystów, osób wybitnych i niepokornych – tych, którzy torują sobie drogę przez życie na przekór skostniałemu porządkowi. Uważano go również za inspirację dla rewolucjonistów i buntowników, a nawet abolicjonistów. Niewolnicy syllońscy chętnie tatuowali sobie jego symbol na nadgarstkach, uważając go za apostoła wolności, w której niechybne nadejście niezachwianie wierzyli.

Mistrz ze spokojem czekał, aż wychowanek zakończy zapoznawanie się ze sprzętem wypełniającym gabinet. Jego uwadze nie umknęło zainteresowanie Norgala posążkiem Pana Ciemności, ale nie skomentował tego w żaden sposób.

Edukacja religijna chłopca była poza zakresem jego zainteresowań. Malec z lekcji udzielanych mu przez guwernera wiedział jedynie, że Mor’tyr jest panem chaosu i zamętu, a Pan Światłości – bogiem porządku i zasad, ale nie został zapoznany ze szczegółową mitologią dotyczącą boskich Aspektów. Jego opiekunowie doskonale wiedzieli, że aby został kiedyś dobrym nekromantą, nie mógł być zarazem tradycyjnym wyznawcą żadnego z bogów. Każdy nekromanta był magiem, ale także badaczem i odkrywcą, empirycznie zgłębiającym tajemnice energii nekromanckiej. Sprawy obrządku i wiary w ich patrona Mor’tyra zostawiano wyświęconym kapłanom.

Wreszcie Norgal zwrócił spojrzenie swoich szarych oczy na Rothgara, lecz tylko po to, aby zadać mu jedno bardzo… niewłaściwe pytanie.

– Czy ty swój tytuł nadałeś sobie… samozwańczo? Udajesz, że jesteś mistrzem? Nie ma już przecież akademickiego zgromadzenia nekromantów, które kiedyś nadawało tytuły mistrzowskie… Uczyłem się o tym tydzień temu – na