Uczeń Alvin - Orson Scott Card - ebook
lub
Opis

Alvin powraca do miejsca swych narodzin, aby podjąć naukę u kowala. Nie wszystko dobrze się układa w Hatrack River. Alvin musi nauczyć się wykorzystywać magiczne umiejętności, którymi został obdarzony. Niszczyciel czeka tylko na okazję, aby go zabić. Ale jest tam też ktoś, kto czuwa nad Alvinem z daleka – żagiew.

Orson Scott Card (ur. 1951) – jeden z najbardziej popularnych autorów science fiction. Zadebiutował w wieku 26 lat opowiadaniem „Gra Endera”; zostało ono później rozbudowane do rozmiarów powieści, która zapoczątkowała jeden z najpopularniejszych cykli powieściowych autora – Sagę o Enderze. Równie popularną i powiązaną z nią fabularnie jest Saga Cienia. 

Uczeń Alvin” to trzeci tom cyklu Opowieści o Alvinie Stwórcy, wznowienie kolejnych części w nowej szacie graficznej ukażą się wkrótce nakładem Prószyński i S-ka.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 503


Tytuł oryginału

PRENTICE ALVIN

Copyright © Orson Scott Card 1987

All rights reserved

Projekt okładki

Dariusz Kocurek

Redaktor prowadzący

Joanna Maciuk

Redakcja

Michał Załuska

Korekta

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8097-919-2

Warszawa 2017

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Uwagi tłumacza

Do wieku XVIII – a nawet później – istniał w krajach anglojęzycznych zwyczaj nadawania imion, które coś znaczyły, niezależnie od swej funkcji wskazywania konkretnej osoby. W Polsce i krajach słowiańskich działo się podobnie (np. Bogumił, czyli Bogu miły), choć z czasem znaczenie imienia zostało zapomniane. Jednak w dobrych prezbiteriańskich czy purytańskich rodzinach zasada ta obowiązywała jeszcze w czasie zasiedlania Ameryki, choć nie była regułą obowiązującą bez wyjątków (zdarzały się „zwykłe” imiona, jak choćby David, Alvin czy Eleanor). Tłumaczenie imion wydało mi się niezbyt rozsądne, ponieważ o ile w języku angielskim konwencja ta jest dość naturalna, to po polsku brzmiałoby to dziwacznie (choćby Armor-of-God Weaver stałby się kimś w rodzaju Tkacza-Boskiej-Zbroi, Wastenot Miller byłby Oszczędnym Młynarzem, albo – odwrotnie – Bogumił Kowalski Kowalem Bożej Miłości). Jednak, dla informacji czytelnika, podaję znaczenie imion głównych bohaterów powieści. Część nazwisk pochodziła od zawodów wykonywanych przez osoby te nazwiska noszące, co jest chyba regułą na całym świecie (jak np. wspomniany wyżej Kowalski).

Armor-of-God – dosł. tarcza boża czy pancerz boży

Calm – spokój

Dowser – różdżkarz

Faith – wiara

Ferryman – przewoźnik

Guester – ktoś, kto przyjmuje gości; oberżysta

Hickory – gatunek amerykańskiego orzecha, rodzaj leszczyny

Larner – od słowa learner, co obecnie znaczy uczeń, jednak – rzadziej – może też oznaczać nauczyciela

Lashman – człowiek z batem

Makepeace – czyniący pokój

Measure – umiar

Miller – młynarz

Modesty – skromność

Physicker – pochodzi od słowa physician, czyli lekarz

Plantor – tu: plantator

Smith – kowal

Vigor – wigor

Wastenot i Wantnot – imiona bliźniaków – tworzą razem przysłowie (Waste not, want not), odpowiadające w przybliżeniu polskiemu „oszczędnością i pracą ludzie się bogacą” (dosłownie: „kto nie marnuje, nie potrzebuje”)

Weaver – tkacz (zapewne przodkowie Armora-of-God Weavera zajmowali się tkactwem)

Wiseman – mędrzec, ale też (w przypadku szeryfa) mądrala

Piotr W. Cholewa

W książce wykorzystano fragmenty Elegii napisanej na wiejskim cmentarzu Thomasa Graya w przekładzie Stanisława Barańczaka oraz cytaty z Psalmów wg Biblii Tysiąclecia.

Wszystkim moim dobrym nauczycielom, a zwłaszcza:

Fran Schroeder

– klasa czwarta, szkoła podstawowa Millikin,

Santa Clara, Kalifornia –

dla której pisałem swoje pierwsze wiersze.

Idzie Huber

–klasa dziesiąta, język angielski,

Mesa High School, Arizona –

która wierzyła w moją przyszłość bardziej niż ja.

Charlesowi Whitmanowi

– twórczość dramatyczna, Brigham Young University –

który sprawił, że moje teksty

prezentowały się lepiej, niż na to zasługiwały.

Normanowi Councilowi

– literatura, University of Utah –

za Spencera i Miltona, żywych.

Edwardowi Vasta

– literatura, University of Notre Dame –

za Chaucera i przyjaźń.

I zawsze François.

Podziękowania

Przygotowując ten tom Opowieści o Alvinie Stwórcy, jak zawsze korzystałem z pomocy innych. Za nieocenioną pomoc przy początkowych rozdziałach tej książki moja wdzięczność należy się uczestnikom Warsztatów Pisarskich Sycamore Hill, a dokładniej: Carol Emshwiller, Karen Joy Fowler, Greggowi Keizerowi, Jamesowi Patrickowi Kelly’emu, Johnowi Kesselowi, Nancy Kress, Sharian Lewitt, Jackowi Massie, Rebecce Brown Ore, Susan Palwick, Bruce’owi Sterlingowi, Markowi L. Van Name’owi, Connie Willis i Allenowi Woodowi.

Dziękuję także Stanowemu Instytutowi Sztuk Pięknych w Utah za przyznanie mi nagrody za mój poemat Prentice Alvin and the No-Good Plow (Uczeń Alvin i pług do niczego). Ta zachęta skłoniła mnie do rozwinięcia tej opowieści prozą; to pierwszy tom, który zawiera fragment historii opowiedzianej wtedy wierszem.

Szczegóły na temat życia i pracy na pograniczu zaczerpnąłem przede wszystkim z dwóch wspaniałych książek: Johna Seymoura The Forgotten Crafts (Zapomniane kunszty), Knopf, Nowy Jork 1984, oraz Douglassa L. Brownstone’a A Field Guide to America’s History (Przewodnik terenowy po historii Ameryki), Facts on File, Nowy Jork 1984.

Wdzięczny jestem Gardnerowi Dozoisowi, który zgodził się, by fragmenty Opowieści o Alvinie Stwórcy ukazały się drukiem na stronach „Isaac Asimov’s Science Fiction Magazine”, dzięki czemu znalazły czytelników, zanim jeszcze przybrały formę książek.

Beth Meacham z wydawnictwa Tor należy do ginącego gatunku redaktorów o magicznych talentach. Jej uwagi nigdy nie były natrętne, a zawsze mądre. Przy tym – a jest to niezwykle rzadko spotykana cecha redaktorów – dzwoni do mnie, kiedy o to poproszę. Choćby za to powinna zostać świętą.

Dziękuję moim uczniom na zajęciach z pisarstwa w Greens­boro zimą i wiosną 1988 roku – ich sugestie pozwoliły na znaczące udoskonalenia książki – a także mojej siostrze, przyjaciółce i asystentce redakcyjnej, Janice, za jej trud zapamiętywania szczegółów opowieści.

Ale najbardziej wdzięczny jestem Kristine A. Card, która wysłuchuje licznych projektów każdej nienapisanej jeszcze książki, czyta igłowe wydruki początkowych wersji i jest moim drugim ja na każdej stronie wszystkiego, co napisałem.

Rozdział 1

NADZORCA

Swoją opowieść o nauce Alvina rozpocznę od dnia, kiedy sprawy zaczęły się źle układać. Działo się to daleko na południu, u człowieka, którego Alvin nigdy nie widział i nigdy nie miał zobaczyć. A jednak to właśnie ten człowiek skierował wypadki na długą ścieżkę, która doprowadziła Alvina – dokładnie tego dnia, kiedy zakończył naukę i stał się mężczyzną – do czynu przez prawo uznawanego za morderstwo.

Działo się to w Appalachee przed rokiem 1811 – zanim jeszcze Appalachee podpisało Traktat o Zbiegłych Niewolnikach i przyłączyło się do Stanów Zjednoczonych – niedaleko granicy z Koloniami Korony. Nie znalazłby się tam ani jeden Biały, który by nie chciał posiadać gromady pracujących dla niego Czarnych.

Niewolnictwo było dla tych Białych czymś w rodzaju alchemii. Opracowali sobie sposoby przemiany każdej kropli potu czarnego mężczyzny w złoto, a każdego jęku rozpaczy czarnej kobiety w słodki, czysty dźwięk srebrnej monety padającej na stół bankiera. Sprzedawało się tam i kupowało dusze. A jednak mało kto zdawał tam sobie sprawę, jaką cenę płaci za posiadanie ludzi.

Słuchajcie uważnie – opowiem wam, jak wygląda świat oglądany z głębi serca Cavila Plantera. Ale upewnijcie się najpierw, że dzieci już śpią, albowiem tej historii słyszeć nie powinny. Mówi ona między innymi o pragnieniach, których sensu jeszcze nie rozumieją. A nauczanie ich nie jest jej celem.

Cavil Planter był człowiekiem pobożnym, chodził do kościoła i dawał na tacę. Wszyscy jego niewolnicy byli ochrzczeni – dostawali chrześcijańskie imiona, gdy tylko poznali angielski na tyle dobrze, by nauczyć ich modlitwy. Zakazywał im praktykowania czarnej magii – nie pozwalał nawet na zabicie kurczęcia, a co dopiero na zamianę tego niewinnego aktu w składanie ofiary jakiemuś ohydnemu bóstwu. We wszystkim Cavil Planter służył Panu, jak najlepiej potrafił.

I jaką nagrodę otrzymał ten nieszczęsny człowiek za swoją prawowierność? Jego żonę Dolores dręczyły straszliwe bóle, przeguby zaś i palce miała pokrzywione jak staruszka. Już w wieku dwudziestu pięciu lat prawie każdej nocy zasypiała z płaczem, aż wreszcie Cavil nie mógł znieść przebywania z nią w jednym pomieszczeniu.

Próbował jej pomóc. Okłady z zimnej wody, kompresy z gorącej, proszki i mikstury – więcej, niż mógł sobie pozwolić, wydawał na tych szarlatanów-doktorów z dyplomami Uniwersytetu w Camelocie. Przez jego dom przewinęła się nieskończona parada kaznodziejów z ich wiecznymi modlitwami i księży z magicznymi inkantacjami. A wszystko to całkiem na nic. Co noc, leżąc w pościeli, słuchał jej płaczu, potem szlochu, aż ten szloch zmieniał się w równomierny oddech z cichym jękiem przy wydechu, niby delikatną smużką cierpienia.

Doprowadzało to Cavila do szału rozpaczy i litości. Miał wrażenie, że nie spał już od miesięcy. Praca przez cały dzień, a potem cała noc modłów o ulgę w cierpieniu – jeśli nie dla niej, to przynajmniej dla niego.

Dopiero sama Dolores ofiarowała mu spokój nocami.

– Musisz pracować za dnia, Cavilu, a nie możesz, jeśli nie sypiasz. Nie potrafię milczeć, a ty nie możesz znieść moich jęków. Proszę cię, śpij w innym pokoju.

Cavil mimo wszystko chciał zostać przy niej.

– Jestem twoim mężem i moje miejsce jest tutaj – oświadczył, ale ona nie ustępowała.

– Idź – powiedziała. A nawet podniosła głos: – Idź!

Odszedł więc, zawstydzony własną ulgą. Tę noc przespał spokojnie: pełne pięć godzin do samego świtu. Spał dobrze po raz pierwszy od miesięcy, może lat… I wstał rano zżerany wyrzutami sumienia, ponieważ opuścił swoją żonę.

Po pewnym czasie przyzwyczaił się do spania samotnie. Żonę odwiedzał często, rankami i wieczorami. Razem jedli posiłki: Cavil na krześle, z talerzem na małym stoliku obok łóżka, Dolores na leżąco. Jej dłonie spoczywały na kołdrze nieruchomo – jak martwe kraby – a czarna kobieta ostrożnie podawała jej jedzenie łyżeczką prosto do ust.

Nawet sypiając w innym pokoju, Cavil nie uwolnił się od cierpień. Nie będzie miał dzieci: synów, których mógłby wychować na dziedziców plantacji, ani córek, którym wyprawiłby wspaniałe wesela. Sala balowa na dole… Kiedy pierwszy raz wprowadził Dolores do pięknego domu, który dla niej zbudował, powiedział:

– Nasze córki spotkają swych ukochanych w tej sali. Tu pierwszy raz zetkną się ich dłonie, jak nasze się zetknęły w domu twojego ojca.

Teraz Dolores nie oglądała tej sali. Schodziła na dół tylko w niedzielę, żeby pojechać do kościoła. I po zakupie nowych niewolników, żeby dopilnować ich chrztu.

Wszyscy patrzyli na nich wtedy i podziwiali oboje za odwagę i wierność w obliczu przeciwieństw losu. Ale podziw sąsiadów był niewielkim pocieszeniem, gdy Cavil spoglądał na ruiny swych marzeń. Wszystko, o co się modlił… Zupełnie jakby Pan spisał listę jego próśb, po czym na marginesie każdej linii wypisał „nie, nie, nie”.

Rozczarowania mogłyby zniechęcić kogoś słabszej wiary. Ale Cavil Planter był człowiekiem pobożnym, człowiekiem prawym. Kiedy tylko przez głowę przemknęła mu myśl, że Bóg źle go traktuje, zatrzymywał się natychmiast, wyjmował z kieszeni mały psałterz i głośnym szeptem czytał słowa mędrca.

Panie, do Ciebie się uciekam;

Skłoń ku mnie ucho;

Bądź dla mnie skałą mocną.

Koncentrował się. Zwątpienie i żal znikały szybko. Pan nie opuszczał Cavila Plantera nawet w nieszczęściach.

Aż do owego ranka, gdy czytając Genesis, Cavil trafił na dwa pierwsze wersy rozdziału 16.

Saraj, żona Abrama, nie urodziła mu jednak potomka. Miała zaś niewolnicę Egipcjankę, imieniem Hagar. Rzekła więc Saraj do Abrama: „Ponieważ Pan zamknął mi łono, abym nie rodziła, zbliż się do mojej niewolnicy; może z niej będę miała dzieci”.

Wtedy właśnie przyszła mu do głowy pewna myśl. Abram był człowiekiem pobożnym, i ja też taki jestem. Żona Abrama nie rodziła mu dzieci, i moja też nie ma nadziei. W ich domu była niewolnica z Afryki i w moim są takie kobiety. Dlaczego nie miałbym postąpić jak Abram i nie spłodzić dziecka z jedną z nich?

I ledwie o tym pomyślał, wstrząsnął się ze zgrozy. Słyszał plotki o Białych – Hiszpanach, Francuzach, Portugalczykach – którzy na porośniętych dżunglą wyspach otwarcie żyją z czarnymi kobietami. Zaprawdę, byli najniżsi ze wszystkich stworzeń, podobni do tych, co grzeszą ze zwierzętami. A zresztą, jak dziecko czarnej kobiety mogłoby zostać jego następcą? Mieszańcowi łatwiej by przyszło latać, niż odziedziczyć plantację w Appalachee.

Cavil po prostu przestał o tym myśleć.

Ale kiedy zasiadł z żoną do śniadania, myśl powróciła. Zdał sobie sprawę, że obserwuje czarną niewolnicę, która karmiła Dolores. Tak jak Hagar, i ta kobieta była przecież Egipcjanką. Zauważył, jak giętko skręca ciało, przenosząc łyżkę z talerza do ust żony. A kiedy się pochyla, żeby przytknąć kubek do ust chorej, jej piersi opadają i napinają bluzkę. Delikatne palce ocierają z warg Dolores krople napoju i okruchy. Wyobraził sobie, że to jego te palce dotykają, i zadrżał – lekko, a jednak miał wrażenie, że nastąpiło trzęsienie ziemi.

Niemal bez słowa wybiegł z pokoju. Przed domem ścisnął w dłoniach psałterz.

Obmyj mnie zupełnie z mojej winy

i oczyść mnie z grzechu mojego!

Uznaję bowiem moją nieprawość,

a grzech mój jest zawsze przede mną.

Ale zanim jeszcze wypowiedział te słowa do końca, podniósł głowę i zobaczył robotnice, które myły się w korycie. Była wśród nich młoda dziewczyna, kupiona ledwie parę dni temu. Niewysoka, ale dał za nią sześćset dolarów, bo prawdopodobnie nadawała się do rozrodu. Świeżo zeszła ze statku i nie nauczyła się jeszcze chrześcijańskiej skromności. Stała tam naga jak wąż – i pochylona nad korytem oblewała wodą głowę i szyję.

Cavil znieruchomiał, zapatrzony. To, co w sypialni żony było ledwie przelotną myślą o grzechu, teraz zmieniło się w trans pożądania. Nigdy jeszcze nie widział czegoś tak pełnego gracji, jak te ocierające się o siebie niebieskoczarne uda, tak pociągającego, jak jej drżenie, gdy woda spływała po skórze.

Czy to była odpowiedź na jego gorący psalm? Czy Pan mówił mu w ten sposób, że w istocie jest z nim właśnie tak jak z Abramem?

Ale równie dobrze mogły to być czary. Kto wie, co potrafią ci Czarni prosto z Afryki? Wie, że się jej przyglądam, i kusi mnie. To naprawdę dzieci Szatana, skoro budzą we mnie takie grzeszne myśli.

Oderwał spojrzenie od nowej dziewczyny i zagłębił się w Piśmie. Tyle że strony jakoś się przewróciły – a może to on sam je przewrócił? Zobaczył wersy Pieśni Salomona.

Piersi twe jak dwoje koźląt,

bliźniąt gazeli,

co pasą się pośród lilii.

– Wspomóż mnie, Boże – wyszeptał. – Zdejmij ze mnie ten czar.

Codziennie powtarzał tę samą modlitwę, a jednak codziennie się przekonywał, że z pożądaniem spogląda na swoje niewolnice. A zwłaszcza na niedawno kupioną dziewczynę. Dlaczego Bóg nie chce go wysłuchać? Czyż nie jest człowiekiem prawym? Czyż nie jest dobry dla żony? Czyż nie składa dziesięciny, nie daje na tacę? Czyż nie traktuje dobrze swoich niewolników i koni? Dlaczego Pan Bóg w Niebiosach nie chroni go przed tym czarnym zaklęciem?

A jednak nawet słowa modlitwy układały się w grzeszne obrazy. Panie, wybacz mi, że wyobrażam sobie, jak ta nowa niewolnica staje w drzwiach mojej sypialni, płacząc, wychłostana przez nadzorcę. Wybacz, że widzę, jak układam ją w moim włas­nym łożu, jak unoszę jej sukienkę, by posmarować rany maścią tak silną, że ślady na jej udach i pośladkach znikają w oczach, jak ona śmieje się, porusza wolno w pościeli, spogląda na mnie przez ramię, odwraca się z uśmiechem, wyciąga do mnie rękę i… Panie, wybacz mi, zbaw mnie!

I kiedy tak się działo, nie mógł zrozumieć, dlaczego takie myśli przychodzą do niego w czasie modlitwy. Może jestem pobożny jak Abram; może to Pan zsyła na mnie te żądze. Czy pierwszy raz nie pomyślałem o tym, kiedy czytałem Pismo? Pan może czynić cuda… A gdybym wszedł w tę nową dziewczynę, ona poczęła, a Pan sprawił cud i dziecko przyszłoby na świat białe? Dla Boga wszystko jest możliwe.

Ta myśl była równocześnie cudowna i straszna. Gdybyż okazała się prawdziwa… Abram ciągle słyszał głos Boga, nie musiał się więc zastanawiać, czego Bóg żąda od niego. Ale do Cavila Plantera Bóg nigdy nie przemówił wprost.

Dlaczego nie? Dlaczego Bóg nie powie mu: „Weź tę dziewczynę, jest twoja”? Albo: „Nie dotykaj jej, jest ci zakazana!”? Daj mi usłyszeć Twój głos, Panie, żebym wiedział, co robić.

Do ciebie, Panie, wołam, skało moja,

nie bądź wobec mnie głuchy,

bym wobec Twojego milczenia nie stał się

jak ci, którzy zstępują do grobu.

I pewnego dnia roku 1810 jego modlitwa została wysłuchana.

Cavil klęczał w suszarni, prawie pustej, jako że plon zeszłego roku został już dawno sprzedany, a nowy zielenił się jeszcze na polach. Walczył ze sobą w modlitwie, spowiedzi i mrocznych wyobrażeniach, aż wreszcie zawołał:

– Czyż nikt mnie nie wysłucha?

– Słyszę cię doskonale – odpowiedział mu surowy głos.

Z początku Cavil przeraził się, że ktoś obcy – jego nadzorca albo sąsiad – słyszał te straszne wyznania. Ale kiedy podniósł głowę, przekonał się, że to nikt znajomy. A jednak od razu wiedział, kim jest ten człowiek. Po szerokich ramionach, opalonej twarzy i rozpiętej koszuli – bez marynarki – poznał, że to nie dżentelmen. Ale też nikt z motłochu ani kupiec. Surowa twarz, chłodne oko, mięśnie napięte niczym stalowa sprężyna w sidłach… Najwyraźniej jeden z tych ludzi, którzy batem i żelazem utrzymują dyscyplinę wśród czarnych robotników. Nadzorca. Tyle że silniejszy i groźniejszy od wszystkich nadzorców, jakich Cavil dotąd oglądał. Wiedział, że ten nadzorca wydobyłby ostatnią uncję wysiłku z tych leniwych małp, które próbują tylko uciec od pracy w polu. Czyjejkolwiek plantacji by doglądał, prosperowałaby z pewnością znakomicie. Ale Cavil wiedział też, że nigdy nie zatrudniłby takiego nadzorcy – nadzorcy tak silnego, że on, Cavil, wkrótce by zapomniał, kto jest sługą, a kto panem.

– Wielu nazywało mnie swoim panem – oświadczył obcy. – Wiedziałem, że natychmiast mnie poznasz.

Skąd ten człowiek znał słowa, które Cavil zaledwie pomyś­lał?

– Jesteś więc nadzorcą?

– Tak jak ten, którego nazywałeś nie panem, ale Panem, tak i ja jestem nie zwykłym nadzorcą, ale tym Nadzorcą.

– Dlaczego tu przyszedłeś?

– Ponieważ mnie wezwałeś.

– Jak mogłem cię wezwać, skoro nigdy w życiu cię nie widziałem?

– Kiedy przyzywasz niewidziane, Cavilu Planterze, to oczywiście zobaczysz coś, czego jeszcze nie oglądałeś.

Dopiero wtedy Cavil zrozumiał, jaka wizja nawiedziła go we własnej suszarni. Ktoś, kogo wielu nazywa swym Panem, przybył, odpowiadając na jego modlitwy.

– Panie Jezu! – wykrzyknął Cavil.

Nadzorca odskoczył, wyciągając rękę, jakby chciał się zasłonić przed tymi słowami.

– Zakazane jest, by jakikolwiek człowiek nazywał mnie tym imieniem – zawołał.

Przerażony Cavil pochylił głowę aż do ziemi.

– Wybacz mi, Nadzorco. Ale jeśli niegodny jestem, by wymawiać twoje imię, jak mogę spoglądać na twoją twarz? A może mam dzisiaj umrzeć, nie zaznawszy wybaczenia grzechów?

– Biada ci, głupcze! Czy naprawdę wierzysz, żeś zobaczył moją twarz?

Cavil uniósł głowę.

– Widzę przecież twoje oczy spoglądające na mnie w tej chwili.

– Widzisz twarz, jaką stworzyłeś dla mnie we własnym umyśle. Widzisz ciało przywołane twoją wyobraźnią. Gdybyś ujrzał mnie takiego, jakim jestem naprawdę, twoje słabe zmysły nie zdołałyby tego znieść. Dlatego twój rozum broni się, nakładając na mnie wymyśloną przez siebie maskę. Dostrzegasz we mnie Nadzorcę, ponieważ ktoś taki ma w twych oczach wielkość i moc, jaką ja posiadam. To postać, która budzi w tobie miłość i strach jednocześnie, kształt, który czcisz i który cię przeraża. Nadawano mi wiele imion: Anioł Światła i Wędrowiec, Niespodziany Przybysz i Jasny Gość, Ukryty i Lew Wojny, Niszczyciel Żelaza i Nosiciel Wody. Dzisiaj ty nazwałeś mnie Nadzorcą, a zatem dla ciebie takie jest moje imię.

– Czy poznam kiedyś twe imię prawdziwe, Nadzorco? Czy zobaczę twoje prawdziwe oblicze?

Twarz Nadzorcy stała się mroczna i straszna. Otworzył usta, jakby chciał zawyć.

– Jedna tylko żywa dusza na tym świecie poznała moją prawdziwą postać. I ona z pewnością zginie.

Te potężne słowa uderzyły jak grom i wstrząsnęły Cavilem Planterem do głębi. Wbił palce w klepisko szopy, aby nie pofrunąć w powietrze niczym kurz porwany wiatrem przed burzą.

– Nie porażaj mnie śmiercią za mą zuchwałość – zapłakał.

Głos Nadzorcy spłynął łagodnie niby blask jutrzenki:

– Porazić cię? Jakżebym mógł? Ty przecież jesteś człowiekiem, którego wybrałem, by pobierał moje najtajniejsze nauki, słowo nieznane kapłanom ni księżom.

– Ja?

– Już cię uczyłem, a ty zrozumiałeś. Wiem, że pragniesz czynić to, co ci nakazuję. Ale brakuje ci wiary. Jeszcze nie całkiem do mnie należysz.

Serce podeszło Cavilowi do gardła. Czy to możliwe, by Nadzorca chciał dać mu to, co dał Abramowi?

– Nadzorco, niegodny jestem…

– Oczywiście, że jesteś niegodny. Nikt nie jest mnie godny, nikt, ani jeden człowiek na tej ziemi. Mimo to, jeśli będziesz posłuszny, zasłużysz może w moich oczach na łaskę.

O tak, on to zrobi! – zakrzyknął Cavil w głębi serca. – Tak, da mi kobietę!

– Cokolwiek każesz, Nadzorco.

– Czy sądzisz, że dam ci Hagar jedynie z powodu twojej głupiej żądzy i pragnienia dziecka? Jest ważniejszy cel. Ci Czarni są bez wątpienia synami i córkami bożymi, ale w Afryce żyli pod władzą diabła. Ten straszliwy niszczyciel zatruł im krew. Jak myślisz, dlaczego są czarni? Nie mogę ich zbawić, póki kolejne pokolenia rodzą się czarne, gdyż wtedy diabeł nimi włada. Nie mogę ich odzyskać, jeśli mi nie pomożesz.

– Czy więc moje dziecko urodzi się białe, jeśli wezmę tę dziewczynę?

– Dla mnie ważne jest tylko, żeby nie urodziło się całkiem czarne. Czy rozumiesz, czego od ciebie żądam? Nie jednego Izmaela, ale wielu dzieci. Nie jednej Hagar, ale wielu kobiet.

Cavil ledwo się ośmielił wyznać głośno tajemne pragnienie swego serca.

– Wszystkie?

– Oddaję ci je, Cavilu Planterze. To pokolenie zła jest twoją własnością. Wytrwałą pracą zdołasz przygotować następne, które do mnie będzie należeć.

– Uczynię to, Nadzorco.

– Nikomu nie możesz wyznać, że mnie widziałeś. Przemawiam tylko do tych, których własne chęci zwróciły się już ku mnie i moim dziełom. Którzy sami zapragnęli napić się wody, którą przynoszę.

– Nie powiem nikomu ani słowa, Nadzorco.

– Bądź mi posłuszny, Cavilu Planterze, a obiecuję, że u kresu życia zobaczysz mnie takim, jaki jestem naprawdę. Wtedy powiem do ciebie: „Jesteś mój, Cavilu Planterze. Pójdź za mną i już na zawsze bądź moim niewolnikiem”.

– Z radością! – zawołał Cavil. – Z radością! Z radością!

Rozłożył ramiona i objął nogi Nadzorcy. Ale tam, gdzie powinien dotknąć przybysza, trafił na pustkę. Gość zniknął.

Od tego dnia niewolnice Cavila nie zaznały spokoju. Kiedy sprowadzał je do siebie nocą, starał się traktować je z taką samą mocą i wyższością, jaką widział na twarzy strasznego Nadzorcy. Patrząc na mnie, myślał, muszą widzieć Jego oblicze. I z pewnością widziały.

Pierwszą, którą do siebie wezwał, była pewna niedawno kupiona dziewczyna, która znała ledwie kilka słów po angielsku. Krzyczała przerażona, póki nie poznaczył jej ciała takimi samymi śladami, jakie widział kiedyś w marzeniach. Wtedy, jęcząc, pozwoliła mu zrobić to, co przykazał Nadzorca. Za pierwszym razem przez jedną chwilę jej łkanie było jak głos Dolores, płaczącej cicho w łóżku. I Cavil poczuł litość – taką jak dla swej ukochanej żony. Wyciągał już niemal rękę, by ją pocieszyć, jak pocieszał Dolores. Ale zaraz przypomniał sobie twarz Nadzorcy i pomyślał: Ta czarna dziewczyna jest Jego nieprzyjacielem. Jest moją własnością. I jak człowiek musi orać i siać ziemię, którą Bóg mu ofiarował, tak i ja nie mogę pozwolić, by to łono leżało odłogiem.

Hagar – tak nazwał ją tej pierwszej nocy. Nie rozumiesz, że cię błogosławię.

Rankiem spojrzał w lustro i zobaczył coś nowego w swym odbiciu. Jakąś gwałtowność. Coś w rodzaju straszliwej a ukrytej siły. Tak, pomyślał. Nikt nie oglądał mnie jeszcze takim, jakim jestem w istocie. Nawet ja sam. Dopiero teraz poznaję, że kim jest Nadzorca, tym i ja jestem.

Nigdy już nie poczuł litości, gdy wykonywał swą nocną pracę. Z jesionową laską w dłoni wchodził do chaty kobiet i wskazywał tę, która miała iść za nim. Jeśli cofała się, laska szybko ją uczyła, ile kosztuje opór. Jeśli ktoś z Czarnych, mężczyzna czy kobieta, próbował protestować, następnego dnia Cavil osobiście pilnował, by krwią zapłacili Nadzorcy za nieposłuszeństwo. Nikt z Białych niczego się nie domyślał, a nikt z Czarnych nie śmiał go oskarżać.

Nowo kupiona dziewczyna, jego Hagar, poczęła jako pierwsza. Cavil z dumą spoglądał na jej rosnący brzuch. Wiedział już, że Nadzorca rzeczywiście jego wybrał. Czerpał ze swej władzy dziką rozkosz. Urodzi się dziecko, jego dziecko. I pojmował, jaki powinien być następny krok. Skoro biała krew ma zbawić jak najwięcej czarnych dusz, to nie może przecież zatrzymać tych mieszanych dzieci u siebie. Sprzeda je na południe, każde innemu nabywcy, a potem w Nadzorcy będzie pokładał ufność, że dorosną i rozprzestrzenią jego nasienie na całą nieszczęsną czarną rasę.

I każdego ranka obserwował przy śniadaniu swoją żonę.

– Cavilu, mój najdroższy – powiedziała kiedyś. – Czy coś się stało? Widzę jakiś mrok na twej twarzy, spojrzenie pełne… gniewu… może okrucieństwa. Czyżbyś się z kimś pokłócił? Nie pytałabym, ale… ale mnie przerażasz.

Z czułością poklepał ją po wykręconej dłoni. Czarna kobieta przyglądała mu się spod ciężkich powiek.

– Nie czuję gniewu wobec żadnego mężczyzny ani kobiety – zapewnił łagodnie Cavil. – A to, co nazywasz okrucieństwem, to tylko poczucie władzy. Dolores, jakże możesz patrzeć na moją twarz i nazywać mnie okrutnym?

Zaszlochała.

– Wybacz mi! – krzyknęła. – Wyobraziłam to sobie. Ty, najlepszy z ludzi… To diabeł wzbudził w moich myślach tę wizję. Wiem o tym. Diabeł potrafi wywoływać fałszywe obrazy, ale tylko niegodziwych zdoła oszukać. Wybacz mi moją niegodziwość, mężu.

Wybaczył jej, ale płakała ciągle, dopóki nie posłał po kapłana. Nic dziwnego, że tylko mężczyzn wybierał Pan na swych proroków.

Kobiety są za słabe, za wiele w nich współczucia, by wykonać dzieło Nadzorcy.

Tak to się zaczęło. To był pierwszy krok na ciemnej, strasznej ścieżce. Ani Alvin, ani Peggy nie słyszeli tej historii, póki jej nie poznałem i nie opowiedziałem im o wiele później. Oboje zrozumieli natychmiast, że był to początek wszystkiego.

Nie chcę jednak, byście myśleli, że była to jedyna przyczyna wszelkiego zła, jakie się wydarzyło. Dokonywano innych wyborów, chętnie popełniano okrucieństwa. Człowiek może znaleźć wielu pomocników, gdy szuka skrótu na drodze do piekła, ale jedynie on sam może postawić na niej nogę.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

PEŁNY SPIS TREŚCI:

Uwagi tłumacza

Podziękowania

Rozdział 1. NADZORCA

Rozdział 2. UCIEKINIERKA

Rozdział 3. KŁAMSTWA

Rozdział 4. MODESTY

Rozdział 5. RÓŻDŻKARZ

Rozdział 6. BAL MASKOWY

Rozdział 7. STUDNIE

Rozdział 8. NISZCZYCIEL

Rozdział 9. PIRANGA

Rozdział 10. KOBIETA

Rozdział 11. RÓŻDŻKA

Rozdział 12. RADA SZKOLNA

Rozdział 13. ŹRÓDLANA SZOPA

Rozdział 14. RZECZNY SZCZUR

Rozdział 15. NAUCZYCIELKA

Rozdział 16. WŁASNOŚĆ

Rozdział 17. ORTOGRAFIA

Rozdział 18. KAJDANY

Rozdział 19. PŁUG

Rozdział 20. CZYN CAVILA

Rozdział 21. ALVIN CZELADNIK