Wydawca: WAB Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2013

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 432 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 11 godz. 50 min Lektor: Anna Komorowska

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 11 godz. 50 min Lektor: Anna Komorowska

Opis ebooka Uciekinierka - Alice Munro

Osiem historii, osiem kobiet. Żyją na cichej kanadyjskiej prowincji z dala od problemów i afer wielkiego świata. Dzieli je niemal wszystko: wiek, status społeczny, praca, pasje. Łączy jedynie ucieczka. Wszystkie badają granice swojej wolności.

Porzucają rodziców, ukochanych, przyjaciół, żeby zacząć nowe życie. Robią wszystko, by być gdzie indziej, spróbować czegoś innego, pójść za swoimi pragnieniami i znaleźć szczęście, które jest na wyciągnięcie ręki, lecz nigdy dostatecznie blisko.

Z pozornie prostych epizodów Munro buduje historie pełne ulotnego dramatyzmu i cichej zadumy nad możliwością zmiany własnego losu.

W zasadzie „Uciekinierka” jest tak dobra, że nie chcę tu o tym opowiadać. Cytowanie nie

odda tej książce sprawiedliwości, podobnie jak jej streszczanie. By oddać jej sprawiedliwość, należy ją przeczytać.

Jonathan Franzen, „The New York Times Book Review”

Geniusz Munro leży w zdolności przywoływania szczególnej, osobliwej atmosfery związków międzyludzkich, z ich niewypowiedzianymi napięciami i oczekiwaniami.

Alan Hollinghurst, „The Guardian”

Te opowiadania nie serwują frazesów; nie ma w nich pokrzepiających aforyzmów o hartowaniu się pod wpływem przeciwności. Ofiarują one jednak jeden z najwspanialszych darów literatury: sprawiają, że nawet to, co jest nie do zniesienia, dźwiga się odrobinę lżej.

„The Baltimore Sun”

Najważniejszy wniosek płynący z lektury Munro jest następujący – literatura realistyczna

żyje, a jej możliwości wcale nie zostały wyczerpane.

Juliusz Kurkiewicz, „Zeszyty Literackie”

Przemyślane, kunsztowne opowiadania Alice Munro to doskonały przykład prozy, w której emocje kipią między wierszami, a największe dramaty rozgrywają się w niedopowiedzeniach. „Polityka”

Opinie o ebooku Uciekinierka - Alice Munro

Fragment ebooka Uciekinierka - Alice Munro

Alice Munro

UCIEKINIERKA

z języka angielskiego przełożyła Alicja Skarbińska-Zielińska

Tytuł oryginału: Runaway

Copyright © Alice Munro 2004

All rights reserved

Originally published in the United States by Alfred A. Knopf, a division of Random House, Inc., New York 2004

Copyright © for the Polish edition by Grupa Wydawnicza Foksal, MMXIII

Copyright © for the Polish translation by Alicja Skarbińska-Zielińska, MMXIII

Wydanie II

Warszawa

Pamięci moich przyjaciółek Mary Carey, Jean Livermore i Meldy Buchanan

Uciekinierka

Carla usłyszała nadjeżdżający samochód, nim jeszcze pokonał niewielkie wzniesienie na drodze, które nazywano tu wzgórzem. „To ona” – pomyślała. „Pani Jamieson – Sylvia – wraca z wakacji w Grecji”. Przez drzwi stajni, ale stojąc w głębi, tak aby nie było jej widać, obserwowała drogę, którą musiała przejechać pani Jamieson. Jej dom stał kilkaset metrów dalej, za domem Clarka i Carli.

Gdyby to do nich ktoś jechał, już teraz musiałby zwolnić przed skrętem w ich bramę. Carla wciąż miała nadzieję. „Niech to nie będzie ona”.

To była ona. Pani Jamieson raz, prędko, spojrzała w bok, zaabsorbowana manewrowaniem między koleinami i kałużami na żwirowanej drodze, ale nie uniosła ręki znad kierownicy, czyli nie zauważyła Carli. Carla spostrzegła błysk opalonego, nagiego ramienia, jaśniejszych niż przedtem włosów, bardziej teraz białych niż srebrzystoblond, i wyraz twarzy – zdecydowany, zirytowany i rozbawiony własną irytacją – tak typowy dla pani Jamieson podczas zmagania się z tą drogą. W tym jej szybkim spojrzeniu Carla zauważyła coś jakby zaciekawienie, nadzieję, i aż się cofnęła.

No, tak.

Może Clark jeszcze nie wiedział. Jeśli siedział przy komputerze, to tyłem do okna i do drogi.

Pani Jamieson mogła jednak znowu wyjechać z domu. Może po drodze z lotniska nie wstąpiła do sklepu po jedzenie i dopiero na miejscu zorientuje się, co trzeba kupić. Wtedy Clark może ją zobaczyć. A po ciemku będzie widać światła w jej domu. Ale w lipcu późno robi się ciemno. Może pani Jamieson będzie tak zmęczona, że pójdzie wcześnie spać i w ogóle nie zapali lampy.

Z drugiej strony może zadzwonić. Lada chwila.

Tego lata padało i padało. Deszcz od samego rana głośno bębnił w dach ich ruchomego domu. Ścieżki przykrywało błoto, długie źdźbła trawy nasiąkły wodą, a z liści spadały nagłe strużki nawet wtedy, kiedy deszcz nie padał i wydawało się, że się przejaśnia. Carla za każdym razem, gdy wychodziła z domu, wkładała wysoki australijski filcowy kapelusz z szerokim rondem i wtykała swój długi i gruby warkocz za kołnierz koszuli.

Nikt się nie zgłaszał na przejażdżki terenowe, mimo że Carla i Clark rozwiesili ogłoszenia na wszystkich kempingach, w kawiarniach, na tablicy ogłoszeń biura turystycznego i wszędzie, gdzie im tylko przyszło do głowy. Na lekcje przyjeżdżało zaledwie kilku uczniów, tych samych co zawsze, a nie całe grupy dzieci z obozów letnich organizowanych w okolicy, jakie były dla nich źródłem zarobku poprzedniego lata. I nawet ci stali uczniowie, na których liczyli, opuszczali lekcje z powodu wakacyjnych wyjazdów albo zwyczajnie odwoływali je przez tę paskudną pogodę. Jeśli dzwonili zbyt późno, Clark i tak obciążał ich opłatą za zajęcia. Kilka osób zaprotestowało i całkiem zrezygnowało.

Wciąż mieli pieniądze za trzymanie trzech obcych koni. Te trzy i ich cztery były teraz na polu, grzebały w trawie pod drzewami. Wyglądały, jakby nic ich nie obchodziło, że deszcz na chwilę ustał, tak jak często zdarzało się to po południu. W sam raz, aby nabrać nadziei – chmury rozjaśniały się i rzedniały, przepuszczając rozproszoną jasność, która nigdy nie stawała się prawdziwym światłem słonecznym i zwykle znikała przed kolacją.

Carla skończyła czyścić stajnię. Nie spieszyła się – lubiła rytm regularnych zajęć, rozległą przestrzeń pod wysokim dachem stajni, zapach koni. Teraz podeszła do areny, aby sprawdzić, czy ziemia jest sucha, na wypadek gdyby zjawił się uczeń z lekcji o godzinie piątej.

Zwykle opady nie były zbyt obfite i nie towarzyszył im wiatr, ale poprzedniego tygodnia powietrze nagle zawirowało, gwałtowny podmuch wichury przeleciał przez wierzchołki drzew i nadeszła niemal pozioma ulewa. Burza nie trwała dłużej niż kwadrans, lecz na drodze zostały połamane gałęzie, a wiatr zerwał linie wysokiego napięcia i zniszczył kawał plastikowego dachu nad areną. Na końcu toru pojawiła się kałuża przypominająca małe jeziorko i Clark do późna kopał kanał, aby odprowadzić wodę.

Dachu wciąż nie naprawiono. Clark rozciągnął siatkę, aby konie nie wchodziły w błoto, a Carla wytyczyła krótszy tor.

Clark szukał właśnie w internecie jakiegoś miejsca, gdzie mógłby kupić materiał do naprawy dachu. Jakiegoś punktu sprzedaży z cenami na miarę ich możliwości albo kogoś, kto ma taki materiał na zbyciu. Nie zamierzał iść do miasta, do sklepu z materiałami budowlanymi Hy’a i Roberta Buckleyów, który nazywał Rozbojem w Biały Dzień, bo nie dość, że był im winien kupę forsy, to jeszcze ostro się z nimi pokłócił.

Clark kłócił się nie tylko z tymi, którym był winien pieniądze. Jego początkowo przyjacielskie nastawienie mogło się nagle diametralnie zmienić. Tam, dokąd sam nie chciał chodzić z powodu jakiejś awantury, wysyłał Carlę. Jednym z takich miejsc była drogeria. Jakaś staruszka wepchnęła się przed nim do kolejki, to znaczy wróciła po coś, czego zapomniała kupić, i nie stanęła na końcu, tylko przed Clarkiem, a on zwrócił jej uwagę. „Ona ma rozedmę płuc” – powiedziała mu kasjerka. „Naprawdę? A ja mam hemoroidy” – odparł Clark, na co zawołano kierownika, który upomniał go za niestosowne zachowanie. W barze kawowym przy autostradzie Clark nie dostał reklamowanej zniżki na śniadanie, ponieważ minęła już jedenasta. Najpierw sie wykłócał, a potem rzucił na podłogę kubek z kawą, którą wziął na wynos, i o mało nie oparzył dziecka w wózku. Upierał się, że dziecko było daleko, a on niechcący upuścił kubek, bo nie dostał na niego specjalnej obrączki. Usłyszał na to, że o nią nie poprosił, i odburknął, że powinien był dostać bez proszenia.

– Zbyt łatwo wpadasz w złość – stwierdziła Carla.

– Jak wszyscy faceci.

Nic mu nie powiedziała na temat jego kłótni z Joy Tucker. Joy, bibliotekarka z miasta, trzymała u nich swego konia – porywczą małą kasztankę Lizzie, którą w przypływach dobrego humoru nazywała Lizzie Borden. Wczoraj przyjechała w bardzo złym humorze i miała pretensje o wciąż nienaprawiony dach i kiepski wygląd Lizzie, który mógł być oznaką przeziębienia.

Lizzie oczywiście nic nie dolegało. Clark – wyjątkowo jak na niego – starał się udobruchać Joy. Ale tym razem to ona wpadła w złość i stwierdziła, że ich miejsce przypomina wysypisko śmieci i że Lizzie zasługuje na coś lepszego, na co Clark powiedział: „Rób se pani, jak chcesz”. Joy na razie jeszcze nie zabrała konia, choć Carla spodziewała się, że to zrobi. Za to Clark, który wcześniej traktował kasztankę jak swoje ulubione zwierzę, nie chciał już się nią zajmować. W rezultacie urażona Lizzie narowiła się podczas treningów i buntowała się, kiedy trzeba jej było wyczyścić kopyta. Carla robiła to codziennie, aby nie dopuścić do grzybicy; musiała uważać, żeby Lizzie nie chapnęła jej zębami.

Carlę najbardziej martwiło jednak zniknięcie Flory, małej białej kózki, która w stajni i w terenie dotrzymywała koniom towarzystwa. Nie pokazała się od dwóch dni. Carla obawiała się, że dopadły ją dzikie psy albo kojoty, a może nawet niedźwiedź.

Flora śniła się jej przez dwie poprzednie noce. W pierwszym śnie podeszła do łóżka z czerwonym jabłkiem w pysku, natomiast w drugim na widok Carli uciekła. Utykała, jakby coś jej się stało w nogę, ale i tak uciekała. Dobiegła do barykady z drutu kolczastego, która wyglądała jak przeniesiona z pola bitwy, mimo zranionej nogi prześlizgnęła się między drutami jak jakiś biały węgorz i znikła.

Konie wcześniej zauważyły, że Carla przeszła przez arenę, i wszystkie podeszły do ogrodzenia – przemoczone, choć były przykryte nowozelandzkimi derkami – tak, aby zwrócić na siebie jej uwagę, kiedy będzie wracać. Po cichu przeprosiła, że przyszła z pustymi rękami. Pogłaskała je po szyjach i potarła im chrapy, pytając, czy nie wiedzą, co się stało z Florą.

Grace i Juniper prychnęły i trąciły ją nozdrzami, jakby wiedziały, o co chodzi, i dzieliły jej niepokój, ale zaraz wcisnęła się między nie Lizzie i odtrąciła łeb Grace od łagodnej ręki Carli. Na dodatek złapała jej dłoń zębami i Carla musiała na nią nakrzyczeć.

Jeszcze trzy lata wcześniej Carla nie zwracała uwagi na ruchome domy. Nawet ich tak nie nazywała. Podobnie jak jej rodzice uważała to określenie za pretensjonalne. Niektórzy ludzie mieszkają w przyczepach kempingowych i tyle. Jedna przyczepa niczym się nie różni od drugiej. Kiedy się tu przeprowadziła, kiedy wybrała takie życie z Clarkiem, zobaczyła sprawy w innym świetle. Zaczęła mówić o „ruchomych domach” i przyglądać się, jak inni je sobie urządzili. Jakie powiesili firanki, jak pomalowali listwy, co sobie dobudowali – patio, dodatkowe pomieszczenia, ambitne tarasy. Nie mogła się doczekać, kiedy sama się tak urządzi.

Początkowo Clark zgadzał się na jej pomysły. Zrobił nowe schodki i długo szukał do nich starej poręczy z kutego żelaza. Nie narzekał, że Carla wydaje pieniądze na farbę do kuchni i łazienki czy na materiał na zasłonki. Remont nie bardzo jej się udał – wtedy jeszcze nie wiedziała, że przed malowaniem trzeba zdjąć z zawiasów drzwiczki do szafek. Albo że trzeba podszyć zasłonki, które i tak już dawno wypłowiały.

Clark sprzeciwił się jednak zerwaniu i wymianie wykładziny, identycznej we wszystkich pomieszczeniach, a na tym Carli najbardziej zależało. Wykładzina składała się z małych brązowych kwadratów, a na każdym z nich powtarzał się wzór z ciemniejszych brązowych, rdzawych i beżowych esów-floresów i nieregularnych kształtów. Długo myślała, że na każdym kwadracie te wzory są takie same, ale kiedy miała więcej, wręcz bardzo dużo czasu, aby im się przyjrzeć, doszła do wniosku, że łączą się, po cztery, w jednakowe, większe kwadraty. Czasem łatwo odróżniała granice między kwadratami, a czasem musiała im się uważnie przyglądać.

Robiła to, kiedy padał deszcz, zły nastrój Clarka wypełniał całe pomieszczenie, a on sam nie zwracał uwagi na nic oprócz ekranu komputera. Ale wtedy najlepiej było znaleźć sobie jakieś zajęcie w stajni. Konie nie patrzyły na nią, gdy była nieszczęśliwa, jedynie Flora, której nigdy nie uwiązywano, podchodziła i ocierała się o Carlę, spoglądając na nią z wyrazem nie tyle sympatii, co koleżeńskiej kpiny w błyszczących, żółtozielonych oczach.

Flora była młodym koźlęciem, kiedy Clark przyprowadził ją do domu z jakiejś fermy, dokąd poszedł się targować o koński sprzęt. Właściciele zamierzali zrezygnować z wiejskiego życia, a przynajmniej z hodowli zwierząt. Sprzedali konie, ale nie udało im się pozbyć kóz. Clark słyszał, że koza wprowadza w stajni poczucie spokoju i komfortu, i sam chciał się o tym przekonać. Zamierzali pewnego dnia Florę rozmnożyć, nigdy jednak nie pojawiły się żadne znaki, że już do tego dojrzała.

Z początku była ulubienicą Clarka, wszędzie za nim chodziła i nieustannie domagała się jego uwagi. Była zwinna, zgrabna i ruchliwa jak kociak, a jej podobieństwo do prostolinijnej, zakochanej dziewczyny śmieszyło ich oboje. Jednakże w miarę upływu czasu Flora coraz bardziej przywiązywała się do Carli, a jednocześnie stawała się mądrzejsza, mniej płochliwa i nabierała bardziej powściągliwego i ironicznego poczucia humoru. W stosunku do koni Carla zachowywała się opiekuńczo, surowo i po matczynemu, ale jej kontakt z Florą był zupełnie inny; koza nie pozwalała jej na okazywanie poczucia wyższości.

– Wciąż ani śladu Flory? – spytała, ściągając buty, które zawsze wkładała do stajni.

Clark zamieścił ogłoszenie w internecie.

– Na razie nie – odparł dość przyjacielskim tonem, choć wyraźnie był zaabsorbowany własnymi myślami. Po czym któryś już raz stwierdził, że może Flora poszła poszukać sobie kozła.

Ani słowa o pani Jamieson. Carla włączyła czajnik. Clark nucił pod nosem; często to robił, siedząc przed monitorem.

Czasem rozmawiał z komputerem. „Bzdura” – mówił, odpowiadając na jakieś wyzwanie. Albo się śmiał, choć gdy Carla pytała, nie potrafił powiedzieć, co go tak rozśmieszyło.

– Chcesz herbaty? – zawołała, a Clark, ku jej zdumieniu, wstał i przyszedł do kuchni.

– No – powiedział. – No, Carla.

– Co?

– No, zadzwoniła.

– Kto?

– Jej wysokość. Królowa Sylvia. Właśnie wróciła.

– Nie słyszałam samochodu.

– Nie pytam, czy słyszałaś.

– Po co dzwoniła?

– Chce, żebyś przyszła i pomogła jej sprzątać. Tak powiedziała. Jutro.

– Co jej odpowiedziałeś?

– Że oczywiście przyjdziesz. Ale lepiej zadzwoń i potwierdź.

– Nie wiem po co, jeśli już się zgodziłeś – stwierdziła Carla. Nalała herbaty do kubków. – Posprzątałam cały dom przed jej wyjazdem. Nie mam pojęcia, co tam jest tak od razu do roboty.

– Może jak jej nie było, weszły jakieś czarnuchy i narobiły bałaganu. Nigdy nic nie wiadomo.

– Nie muszę do niej dzwonić akurat w tej chwili – powiedziała. – Chcę się napić herbaty i wziąć prysznic.

– Im prędzej, tym lepiej.

– Musimy się wybrać do pralni. Ręczniki nawet po wyschnięciu śmierdzą zgnilizną – oznajmiła Carla, idąc z herbatą do łazienki.

– Nie zmieniamy tematu, Carla.

Nawet kiedy już weszła pod prysznic, stanął przed drzwiami i zawołał:

– Nie odpuszczę ci, Carla.

Wychodząc, myślała, że wciąż będzie tam tkwił, ale on wrócił do komputera. Ubrała się jak do miasta – miała nadzieję, że jeśli wyjdą z domu, pojadą do pralni, wstąpią do kawiarni, to może uda im się porozmawiać inaczej i dojść do porozumienia. Energicznym krokiem weszła do pokoju i objęła Clarka od tyłu. Ale gdy tylko to zrobiła, zalała ją fala żalu – pewnie to ciepły prysznic wyzwolił łzy – i pochyliła się nad nim z płaczem.

Zdjął ręce z klawiatury, ale się nie ruszył.

– Nie złość się na mnie – poprosiła.

– Nie złoszczę się, tylko nie znoszę, kiedy się tak zachowujesz.

– Zachowuję się tak, bo się złościsz.

– Nie mów mi, co robię. Dusisz mnie. Zrób kolację.

Poszła do kuchni. Teraz było już jasne, że uczeń z lekcji o piątej nie przyjdzie. Carla wyjęła kartofle i zaczęła je obierać, ale nie mogła powstrzymać łez i nie widziała, co robi. Wytarła twarz papierowym ręcznikiem, urwała jeszcze kawałek i wyszła na deszcz. Nie poszła do stajni, bo bez Flory było tam bardzo smutno. Ruszyła ścieżką w stronę lasu. Konie były na drugim wybiegu. Podeszły do ogrodzenia i bacznie się jej przyglądały. Oprócz Lizzie, która trochę prychała i wierzgała, wszystkie miały dość rozumu, by zauważyć, że Carla jest myślami gdzie indziej.

*

Wszystko zaczęło się, kiedy przeczytali nekrolog, nekrolog pana Jamiesona. Ukazał się w miejskiej gazecie, a fotografia zmarłego pojawiła się w wieczornych wiadomościach. Jeszcze rok wcześniej znali Jamiesonów jedynie jako sąsiadów, którzy trzymali się na uboczu. Ona uczyła botaniki na uczelni oddalonej o ponad sześćdziesiąt kilometrów i w związku z tym spędzała wiele czasu w drodze. On był poetą.

Tyle wszyscy wiedzieli. Pan Jamieson zajmował się jednak różnymi rzeczami. Jak na poetę i człowieka w podeszłym wieku – był chyba ze dwadzieścia lat starszy od pani Jamieson – żył aktywnie i wyglądał na wytrzymałego. Ulepszył na swoim terenie system odwadniający, czyszcząc kanał i wykładając go kamieniami. Przekopał ziemię, założył ogród warzywny i otoczył go płotem, wyciął ścieżki w lesie, zajmował się domowymi naprawami.

Sam dom był dziwnym budynkiem o trzech ścianach, który pan Jamieson wybudował przed laty, z przyjaciółmi, na fundamentach zniszczonej fermy. Tych ludzi nazywano hipisami, choć pan Jamieson był na to trochę za stary, nawet jeszcze zanim pojawiła się pani Jamieson. Podobno hodowali w lesie marihuanę, sprzedawali ją, a pieniądze chowali w zamkniętych szklanych słoikach zagrzebanych w ziemi. Clark słyszał o tym od ludzi, których poznał w mieście. Mówił, że to bzdury.

– Inaczej już dawno ktoś by tam poszedł i je wykopał. Znaleziono by sposób, żeby zmusić go do pokazania tych miejsc.

Carla i Clark, kiedy przeczytali nekrolog, dowiedzieli się, że Leon Jamieson pięć lat przed śmiercią dostał dużą nagrodę pieniężną. Nagrodę za poezję. Nikt o tym wcześniej nie wspominał. Wyglądało na to, że ludzie są w stanie uwierzyć w pieniądze za trawkę schowane w słoikach, ale nie w pieniądze za pisanie wierszy.

Wkrótce potem Clark powiedział:

– Moglibyśmy zażądać, żeby nam zapłacił.

Carla od razu wiedziała, o czym mówi, ale potraktowała to jako żart.

– Już za późno – stwierdziła. – Jak nie żyjesz, nie możesz płacić.

– On nie może, ale ona tak.

– Pojechała do Grecji.

– Nie na zawsze.

– Ona o niczym nie wiedziała – powiedziała poważnie Carla.

– Przecież nie mówię, że wiedziała.

– Nie ma o tym pojęcia.

– Możemy ją uświadomić.

– Nie. Nie.

Clark mówił dalej, jakby Carla w ogóle się nie odezwała.

– Moglibyśmy powiedzieć, że pójdziemy do sądu. Ludzie cały czas dostają pieniądze za takie rzeczy.

– Jak mógłbyś coś takiego zrobić? Nie można podać do sądu zmarłej osoby.

– Można postraszyć gazetami. Znany poeta. Gazety zaraz by się rzuciły. Musimy ją tylko postraszyć, a ona się złamie.

– Fantazjujesz – powiedziała Carla. – Żartujesz sobie.

– Nie – odparł Clark. – Mówię zupełnie poważnie.

Carla stwierdziła, że nie chce o tym więcej rozmawiać, i Clark zamilkł.

Ale wrócił do tematu następnego dnia, i następnego, i następnego. Czasem miewał takie niewykonalne, może nawet nielegalne pomysły. Mówił o nich z rosnącym entuzjazmem, a potem – nie bardzo wiedziała dlaczego – nagle je porzucał. Gdyby deszcz przestał wreszcie padać, gdyby w końcu zrobiło się normalne lato, może by zostawił i ten pomysł, jak wiele innych. Jednakże tak się nie stało i przez ostatni miesiąc ciągle o nim mówił, jakby to było coś zupełnie realnego i zwyczajnego. Miał wątpliwości jedynie co do sumy. Za mało, i kobieta nie potraktuje ich serio, pomyśli, że blefują. Za dużo, a wycofa się i usztywni.

Carla przestała mówić, że to żart. Teraz tłumaczyła mu, że i tak się nie uda. Że zdaniem ludzi poeci tacy już są. I dlatego nie warto płacić, aby coś takiego zatuszować.

Clark twierdził, że jak się to dobrze załatwi, to się uda. Carla miała się załamać nerwowo i opowiedzieć pani Jamieson całą historię. Potem wkroczyłby on, udając zaskoczonego, jakby dopiero się o wszystkim dowiedział. Z prawdziwym oburzeniem zagroziłby poinformowaniem całego świata. I pozwoliłby, aby to pani Jamieson pierwsza wspomniała o pieniądzach.

– Zranił cię. Molestował cię i upokorzył, i mnie też to zraniło i upokorzyło, ponieważ jesteś moją żoną. To kwestia szacunku.

Wciąż mówił do niej w ten sposób i choć próbowała mu to wyperswadować, nalegał.

– Obiecaj mi – żądał. – Obiecaj.

A wszystko przez to, co mu opowiedziała i czego nie mogła teraz cofnąć ani odwołać.

– Czasem się mną interesuje.

– Ten stary?

– Czasem wola mnie do swojego pokoju, jak jej nie ma.

– Tak?

– Kiedy ona musi wyjść na zakupy i pielęgniarki też nie ma.

Taki miała szczęśliwy pomysł, który od razu przypadł mu do gustu.

– I co wtedy robisz? Idziesz do niego?

Udawała zawstydzoną.

– Czasem.

– Wola cię do swojego pokoju. No i? Carla? I co wtedy?

– Idę, żeby zobaczyć, czego chce.

– I czego chce?

Szeptane pytania i odpowiedzi, nawet jeśli nikt nie mógł ich usłyszeć, nawet gdy byli w sennej krainie swojego łóżka. Łóżkowa opowieść, w której ważne były szczegóły, coraz więcej szczegółów dodawanych z przekonującym wahaniem, nieśmiałością, chichotem, („brzydko, brzydko”). I nie tylko on chętnie i z wdzięcznością słuchał. Ona równie chętnie opowiadała, żeby sprawić mu przyjemność i go podniecić, i żeby podniecić siebie. I była wdzięczna za każdym razem, kiedy się udawało.

Dla jakiejś części jej umysłu to była prawda, widziała starego, napalonego mężczyznę pod wybrzuszonym prześcieradłem, przykutego do łóżka, prawie niemego, ale sprawnego w języku gestów, sygnalizującego swe pożądanie, próbującego nakłonić ją do zgodnego współuczestnictwa i intymności. (Po czym następowała jej oczywista odmowa, choć Clark zdawał się tym jakby dziwnie rozczarowany).

Czasem nasuwał jej się obraz, który musiała szybko odrzucić, żeby wszystkiego nie popsuć. Myślała o tym prawdziwym niekształtnym ciele przykrytym prześcieradłem, otępionym lekami i z każdym dniem kurczącym się coraz bardziej na wynajętym szpitalnym łóżku, które widziała zaledwie parę razy, kiedy pani Jamieson albo pielęgniarka zapomniały zamknąć drzwi. W rzeczywistości nigdy się do niego nie zbliżyła.

W gruncie rzeczy bała się chodzić do Jamiesonów, ale potrzebowała pieniędzy i było jej żal pani Jamieson, która wyglądała na znękaną i oszołomioną, jakby poruszała sie we śnie. Raz czy drugi Carla nie wytrzymała i aby rozluźnić napiętą atmosferę, zrobiła coś naprawdę głupiego. Podobne rzeczy robiła, kiedy niezgrabni i przerażeni nowi uczniowie czuli się upokorzeni na lekcjach jazdy konnej. Próbowała tego też, kiedy Clark zacinał się w swoim ponurym nastroju. Z nim to już jednak nie działało. Za to opowieść o panu Jamiesonie działała jak najbardziej.

Nie dało się ominąć kałuży na ścieżce, ani długich, nasączonych wodą źdźbeł trawy obok niej, ani dzikiej marchwi, która niedawno zakwitła. Jednak było dość ciepło i Carla nie czuła chłodu. Ubranie miała kompletnie przemoczone, jakby od własnego potu albo łez spływających jej po twarzy razem z deszczem. Płacz z czasem ustał. Nie miała w co wytrzeć nosa – papierowy ręcznik całkiem zamókł – ale pochyliła się i wysmarkała w kałużę.

Podniosła głowę i udało jej się długo i przenikliwie zagwizdać. To był jej sygnał – Clarka też – dla Flory. Odczekała kilka minut i głośno ją zawołała. Raz po raz: gwizd i wołanie, gwizd i wołanie.

Flora nie odpowiedziała.

Ale ból po utracie Flory, może na zawsze, był niemal ulgą w porównaniu z tym, w co się wplątała w związku z panią Jamieson i z huśtawką humorów Clarka. Przynajmniej zniknięcie kozy nie miało żadnego związku z tym, co Carla źle zrobiła.

W domu Sylvia nie miała co robić. Otworzyła okna i pomyślała – z utęsknieniem, które ją zaniepokoiło, ale tak naprawdę nie zdziwiło – że niedługo zobaczy Carlę.

Wszystkie utensylia związane z chorobą zostały usunięte. Pokój, który najpierw był sypialnią Sylvii i jej męża, a potem pomieszczeniem, w którym on umierał, posprzątano i urządzono tak, jakby nic się w nim nie zdarzyło. Carla pomogła we wszystkim podczas tych kilku gorączkowych dni między krematorium a wyjazdem do Grecji. Wszystkie ubrania, jakie Leon kiedykolwiek miał na sobie, a także te, których nie nosił, wraz z prezentami od jego sióstr, nie wyjętymi nawet z opakowań, włożono na tylne siedzenie samochodu i zawieziono do sklepu z używaną odzieżą. Jego pigułki, przybory do golenia, nieotwarte puszki energetyzującego napoju, który podtrzymywał go na siłach, jak długo jeszcze się dało, kartony sezamków, które w pewnym momencie jadł w dużych ilościach, plastikowe butelki z płynem, który pomagał na bóle pleców, owcze skóry, na których leżał – wszystko to zapakowano do plastikowych worków do wyrzucenia na śmietnik, a Carla niczego nie kwestionowała. Nigdy nie powiedziała: „Może komuś by się to jeszcze przydało”, ani nie zwróciła uwagi na całe kartony nieotwartych puszek. Wcale się nie zdziwiła, kiedy Sylvia stwierdziła:

– Żałuję, że zawiozłam ubrania do miasta. Powinnam je była spalić.

Wyczyściły piecyk, wyszorowały szafki, umyły ściany i okna. Któregoś dnia Sylvia usiadła w dużym pokoju i przeglądała listy z kondolencjami. (Nie musiała się zajmować nagromadzonymi stertami rękopisów i notatników, jakich można by się spodziewać w domu pisarza, nieskończonymi utworami czy nagryzmolonymi szkicami. Powiedział jej, wiele miesięcy wcześniej, że wszystko wyrzucił. Bez żalu).

Południowa, pochylona ściana domu składała się z dużych okien. Sylvia podniosła głowę, zaskoczona rozmytym światłem słonecznym, które ukazało się za szybą – albo też zaskoczona cieniem Carli, stojącej z gołymi nogami i ramionami na czubku drabiny, ze stanowczą twarzą okoloną rozwichrzonymi lokami, za krótkimi na warkocz. Carla energicznie spryskiwała i wycierała szybę. Kiedy zobaczyła, że Sylvia na nią patrzy, rozcapierzyła ręce i wykrzywiła się, robiąc minę gargulca. Obie wybuchły śmiechem. Sylvia czuła, że ten śmiech przepływa przez nią jak wesoły strumyk. Carla wróciła do mycia okien, a ona do listów. Doszła do wniosku, że wszystkie te miłe słowa – szczere czy grzecznościowe wyrazy hołdu i ubolewania – mogły równie dobrze trafić w to samo miejsce, co owcze skóry i sezamki.

Kiedy usłyszała, że Carla odstawia drabinę i idzie po tarasie, poczuła nagłe onieśmielenie. Siedziała nieruchomo, z opuszczoną głową, gdy Carla weszła do pokoju i przeszła za jej plecami, kierując się do kuchni, żeby odstawić pod zlewem wiadro i szmaty. Szybka jak ptaszek, niemal się nie zatrzymując, pocałowała Sylvię w pochyloną głowę. I poszła dalej, pogwizdując pod nosem.

Ten pocałunek na dobre utkwił Sylvii w pamięci. Nie miał jakiegoś konkretnego znaczenia. Znaczył tyle co: „głowa do góry”. Albo: „już prawie załatwione”. Znaczył tyle, że są dobrymi znajomymi, które razem poradziły sobie z mnóstwem męczącej roboty. Albo że właśnie wyszło słońce. Że Carla myśli o powrocie do domu, do swoich koni. Niemniej jednak Sylvia widziała go jako jaskrawy pąk, którego płatki rozwijały się w niej z nagłym uderzeniem gorąca, jak w menopauzie.

Od czasu do czasu na jej zajęciach z botaniki trafiała się wyjątkowa studentka, która mądrością, zapałem i niezręcznym egotyzmem przypominała ją samą w młodości. Takie dziewczyny tkwiły przy niej z uwielbieniem, z nadzieją na jakiś rodzaj intymnych kontaktów, jakich w większości przypadków nie potrafiły sobie wyobrazić, i prędko zaczynały jej działać na nerwy.

Carla była zupełnie inna. Jeśli w ogóle przypominała Sylvii kogoś z jej wcześniejszego życia, to niektóre dziewczyny ze studiów – inteligentne, ale nie przesadnie, lubiące sport, ale nieszczególnie walczące o pierwszeństwo, wesołe, ale nie hałaśliwe. Szczęśliwe z natury.

– Tam, gdzie byłam, w tej małej, naprawdę malutkiej wiosce, z moimi dwiema starymi przyjaciółkami, to jest takie miejsce, gdzie rzadko, właściwie jakby przez pomyłkę przystaje autokar turystyczny, turyści wysiadają i rozglądają się absolutnie zdumieni, bo dla nich to jest coś dziwnego. Nie ma nic do kupienia.

Sylvia opowiadała o Grecji. Carla siedziała może w odległości metra. Ta duża, niezgrabna, olśniewająca dziewczyna w końcu tu siedziała, w pokoju pełnym myśli o niej. Uśmiechała się lekko, kiwając głową.

– I na początku – mówiła Sylvia – na początku ja też byłam zdumiona. Było okropnie gorąco. Ale z tym światłem to prawda. Cudowne. A potem zorientowałam się, co trzeba robić, i te najzwyczajniejsze, najprostsze czynności wypełniały cały dzień. Szło się kilometr w jedną stronę, żeby kupić oliwę, i kilometr w drugą stronę, żeby kupić chleb albo wino, i już mijało przedpołudnie, a potem jadło się obiad pod drzewami, a po obiedzie było za gorąco, aby robić cokolwiek, można było tylko zamknąć okiennice i położyć się, może poczytać. Najpierw się czyta. Ale później tak się dzieje, że nie robi się nawet tego. Po co czytać? Po jakimś czasie zauważa się coraz dłuższy cień, i wtedy się wstaje i idzie popływać.

– Och – przerwała sama sobie. – Och, zapomniałam.

Zerwała się i poszła po prezent, który przywiozła i o którym tak naprawdę wcale nie zapomniała. Nie zamierzała dawać go Carli od razu, chciała, aby ta chwila nadeszła bardziej naturalnie, i kiedy opowiadała, planowała ten moment, gdy będzie mogła wspomnieć morze i pływanie. I powiedzieć, tak jak to zrobiła teraz:

– Przypomniałam sobie, mówiąc o pływaniu, ponieważ to jest mała replika, no, wiesz, mała replika konia, którego znaleziono w morzu. Odlanego w brązie. Znaleźli go po tylu latach. Podobno pochodzi z drugiego wieku przed Chrystusem.

Wcześniej, kiedy Carla przyszła i rozglądała się za pracą, za którą mogłaby się wziąć, Sylvia powiedziała:

– Och, usiądź na chwilę. Nie miałam się do kogo odezwać, odkąd wróciłam. Proszę.

Carla przysiadła na brzegu krzesła, z rozstawionymi nogami, z rękami między kolanami, jakaś taka beznadziejnie smutna.

– Jak było w Grecji? – spytała po chwili, jakby siliła się na uprzejmość.

Teraz stała, trzymając w rękach konia i zmiętą bibułkę, której do końca nie odwinęła.

– Podobno przedstawia konia wyścigowego – powiedziała Sylvia. – Jego ostatni zryw tuż przed metą, gdy jeździec, chłopiec, widzisz, zmusza konia do jeszcze jednego wysiłku, do granic możliwości.

Nie wspomniała, że chłopiec przypomina jej Carlę, zresztą teraz sama już nie wiedziała dlaczego. Miał zaledwie dziesięć czy jedenaście lat. Może chodziło o siłę i zgrabne ułożenie ręki, w której trzymał lejce, albo o zmarszczki na dziecięcym czole, o skupienie i czysty wysiłek przypominające Carlę, kiedy na wiosnę myła wielkie okna. Jej mocne nogi w szortach, szerokie ramiona, zamaszyste pociągnięcia po szkle i sposób, w jaki dla żartu rozpłaszczyła się na szybie, zapraszając, czy nawet zmuszając Sylvię do śmiechu.

– Tak, widzę – stwierdziła Carla, uważnie oglądając małą brązowozieloną rzeźbę. – Dziękuję bardzo.

– Nie ma za co. Napijmy się kawy, dobrze? Właśnie zaparzyłam. Kawa w Grecji była dość mocna, mocniejsza niż naprawdę lubię, ale za to chleb był boski. I dojrzałe figi, niesamowite. Usiądź, proszę, jeszcze na chwilę. W ogóle nie dopuściłam cię do głosu. A tu? Co tu się działo?

– Prawie cały czas padał deszcz.

– Widzę, nie da się tego ukryć – zawołała Sylvia z kuchennego aneksu. Nalewając kawy, postanowiła, że nie powie o drugim prezencie. Nic jej nie kosztował (koń kosztował więcej, niż dziewczyna mogła przypuszczać), to był tylko piękny, mały, różowawobiały kamyk, który znalazła przy drodze.

– To dla Carli – powiedziała wtedy do swej przyjaciółki Maggie, która szła obok niej. – Wiem, że to głupie, ale chcę, żeby miała kawalątek tego kraju.

Wspomniała już Maggie i Sorai, drugiej przyjaciółce, o Carli, o tym, że obecność dziewczyny w miarę upływu czasu coraz więcej dla niej znaczy, o tym, że połączyły je trudne do opisania więzy, które tak bardzo pomogły jej tej okropnej wiosny.

– Sam widok w tym domu kogoś – kogoś tak świeżego i zdrowego...

Maggie i Soraya roześmiały się w irytujący sposób.

– Zawsze jest jakaś dziewczyna – stwierdziła Soraya, leniwie unosząc ciężkie, brązowe ramiona.

– Wszystkim nam się to zdarza – dodała Maggie. – Zauroczenie dziewczyną.

Sylvię dziwnie rozzłościło to staromodne słowo: „zauroczenie”.

– Może to dlatego, że Leon i ja nigdy nie mieliśmy dzieci – powiedziała Sylvia. – Głupota. Źle ulokowane uczucia macierzyńskie.

Jej przyjaciółki odezwały się jednocześnie; powiedziały – każda swoimi słowami – coś w rodzaju, że może to i głupie, ale jednak to miłość.

Ale dzisiaj Carla wcale nie przypominała tej dawnej, spokojnej i radosnej, beztroskiej i szczodrej młodej dziewczyny, która towarzyszyła jej w Grecji.

Prezent zupełnie jej nie interesował. Niemal naburmuszona sięgnęła po kubek z kawą.

– Było tam coś, co na pewno by ci się bardzo spodobało – stwierdziła rzeczowo Sylvia. – Kozy. Dość małe, nawet te dorosłe. Jedne łaciate, inne całe białe. Skakały po skałach jak... jak duchy tego miejsca. – Roześmiała się sztucznie, ale nie mogła się powstrzymać. – Nie zdziwiłabym się, gdyby miały na rogach wieńce. A jak się miewa twoja kózka? Zapomniałam, jak się nazywa.

– Flora – odparła Carla.

– Flora.

– Nie ma jej.

– Jak to nie ma? Sprzedałaś ją?

– Znikła. Nie wiemy, gdzie się podziała.

– Och, tak mi przykro. Tak mi przykro. Nie ma nadziei, że wróci?

Cisza. Sylvia spojrzała na dziewczynę, czego do tej pory jakoś nie była w stanie zrobić, i zobaczyła, że Carla ma oczy pełne łez i twarz całą w plamach, brudną i opuchniętą z rozpaczy.

Nie starała się unikać wzroku Sylvii. Mocno zacisnęła usta, zamknęła oczy i kiwała się w przód i w tył, jakby w bezgłośnym jęku, a potem przejmująco zawyła. Wyła i zachłystywała się płaczem, łzy leciały jej po policzkach i smarki ciekły z nosa. Zaczęła się nerwowo rozglądać; Sylvia zerwała się i przyniosła jej garść papierowych chusteczek.

– Nie przejmuj się, masz, masz, nic się nie stało – pocieszała, zastanawiając się, czy nie powinna wziąć Carli w ramiona. Ale zupełnie nie miała na to ochoty, to mogłoby tylko pogorszyć sprawę. Dziewczyna wyczułaby jej niechęć, złość spowodowaną tym wybuchem.

Carla coś powiedziała, a potem powtórzyła.

– To okropne – zawołała. – Okropne.

– Nie, wcale nie. Każdy musi sobie czasem popłakać. Wszystko w porządku, nie przejmuj się.

– To jest okropne.

Sylvia nie mogła się oprzeć wrażeniu, że z każdą chwilą tego żałosnego widowiska dziewczyna staje się coraz bardziej zwyczajna, coraz bardziej podobna do tych rozmazanych studentek w jej gabinecie. Niektóre płakały z powodu złych stopni, ale często był to płacz taktyczny, takie małe, nieprzekonujące zawodzenie. Rzadsze, prawdziwe wybuchy rozpaczy zawsze dotyczyły nieszczęśliwej miłości, rodziców albo ciąży.

– Nie chodzi o twoją kozę, prawda?

– Nie, nie.

– Przyniosę ci szklankę wody – powiedziała Sylvia.

Czekając, aż z kranu poleci naprawdę zimna woda, zastanawiała się, co jeszcze powinna zrobić czy powiedzieć, a kiedy wróciła do pokoju, Carla już się trochę uspokoiła.

– Już dobrze, prawda? – spytała Sylvia, gdy dziewczyna opróżniała szklankę.

– Tak.

– Nie chodzi o kozę. A o co?

– Już tego nie wytrzymuję – powiedziała Carla.

Czego nie mogła wytrzymać?

Okazało się, że męża.

Cały czas się na nią złości. Zachowuje się tak, jakby jej nienawidził. Ona wszystko robi źle, nie może nic powiedzieć. Życie z nim doprowadza ją do szału. Czasami myśli, że już zwariowała. Czasami – że to on oszalał.

– Zrobił ci coś, Carla?

Nie, fizycznie jej nie zranił. Ale ją znienawidził. Pogardza nią. Nie znosi, kiedy płacze, a ona nie może się powstrzymać, bo on tak się złości.

Nie wiedziała, co ma robić.

– Może jednak wiesz, co powinnaś zrobić – podsunęła Sylvia.

– Odejść? Gdybym tylko mogła... – Carla znów zaczęła szlochać. – Wszystko bym oddała, żeby móc odejść. Nie mogę. Nie mam pieniędzy. Nie mam dokąd pójść.

– No, dobrze. Pomyśl. Czy tak jest naprawdę? – powiedziała Sylvia swym najlepszym doradczym tonem. – Nie masz rodziców? Mówiłaś przecież, że wychowałaś się w Kingston. Nie masz tam rodziny?

Rodzice przenieśli się do Kolumbii Brytyjskiej. Nienawidzili Clarka. Jest im wszystko jedno, czy ich córka żyje, czy umarła.

Rodzeństwo?

Jeden brat starszy o dziewięć lat. Żonaty, mieszka w Toronto. Jemu też jest wszystko jedno. Nie lubi Clarka. Jego żona jest snobką.

– Myślałaś o schronisku dla kobiet?

– Nie przyjmą cię tam, dopóki mąż cię faktycznie nie pobije. A poza tym wszyscy by się zaraz dowiedzieli i to by źle wpłynęło na nasze interesy.

Sylvia lekko się uśmiechnęła.

– Czy teraz należy o tym myśleć?

Carla się roześmiała.

– Wiem – powiedziała. – Jestem stuknięta.

– Posłuchaj – zaczęła Sylvia. – Posłuchaj mnie. Odeszłabyś, gdybyś miała pieniądze? Dokąd byś poszła? Co byś zrobiła?

– Pojechałabym do Toronto – odparła szybko Carla. – Ale trzymałabym się z daleka od mojego brata. Zamieszkałabym w motelu albo czymś takim i znalazłabym pracę przy koniach.

– Naprawdę mogłabyś to zrobić?

– Pracowałam w stajniach tego lata, gdy poznałam Clarka. Teraz mam dużo większe doświadczenie niż wtedy. Dużo większe.

– Mam wrażenie, że to sobie przemyślałaś – stwierdziła z namysłem Sylvia.

– Tak, teraz tak.

– To kiedy byś wyjechała, gdybyś mogła?

– Teraz. Dziś. W tej chwili.

– I powstrzymuje cię tylko brak pieniędzy?

Carla odetchnęła głęboko.

– Właśnie. Tylko to.

– Dobrze – powiedziała Sylvia. – Wysłuchaj mojej propozycji. Moim zdaniem nie powinnaś mieszkać w motelu. Uważam, że powinnaś pojechać do Toronto i zatrzymać się u mojej przyjaciółki. Nazywa się Ruth Stiles. Ma duży dom, jest sama i nie przeszkadzałoby jej, gdyby ktoś u niej zamieszkał. Możesz u niej być, dopóki nie znajdziesz pracy. Pomogę ci finansowo. W okolicach Toronto na pewno jest całe mnóstwo stajni.

– Jasne.

– I co o tym myślisz? Chcesz, żebym zadzwoniła do informacji i dowiedziała się, o której odjeżdża autobus?

Carla chciała. Cała się trzęsła. Przejechała dłońmi po udach i mocno pokręciła głową.

– Nie mogę w to uwierzyć – powiedziała. – Oddam ci pieniądze. To znaczy dziękuję. Oddam ci pieniądze. Nie wiem, co powiedzieć.

Sylvia wykręciła numer dworca autobusowego.

– Cśś, słucham rozkładu – powiedziała. Wysłuchała informacji i odłożyła słuchawkę. – Wiem, że oddasz. Zgadzasz się na Ruth? Dam jej znać. Ale jest jeden problem. – Spojrzała krytycznie na szorty i koszulkę Carli. – Nie możesz w tym jechać.

– Nie mogę iść do domu po ubranie – zaprotestowała w panice Carla. – Tak będzie dobrze.

– W autobusie jest klimatyzacja. Zamarzniesz. Na pewno mam coś, co możesz włożyć. Chyba jesteśmy tego samego wzrostu, co?

– Jesteś dziesięć razy chudsza.

– Kiedyś nie byłam.

W końcu zdecydowały się na brązowy żakiet z lnu, prawie nowy – Sylvia uważała, że nie wygląda w nim dobrze, bo jest dla niej zbyt ascetyczny – dopasowane beżowe spodnie i kremową jedwabną bluzkę. Carla musiała zostać w swoich tenisówkach, gdyż nosiła buty o dwa numery większe niż Sylvia.

Carla poszła wziąć prysznic – będąc w tym stanie ducha, nie zrobiła tego rano – a Sylvia zadzwoniła do przyjaciółki z Toronto. Ruth wybierała się wieczorem na jakieś spotkanie, ale obiecała, że zostawi klucz u lokatorów na górze i Carla będzie musiała tylko się do nich zgłosić.

– I musi wziąć taksówkę z dworca autobusowego. Zakładam, że da sobie z tym radę – powiedziała Ruth.

Sylvia roześmiała się głośno.

– Nie martw się, nie jest ofiarą losu. Po prostu znalazła się w kiepskiej sytuacji. Zdarza się.

– To dobrze. To znaczy dobrze, że chce się z niej wydostać.

„Wcale nie jest ofiarą” – pomyślała Sylvia na widok Carli przymierzającej dopasowane spodnie i lniany żakiet. „Jak szybko młodzi ludzie dochodzą do siebie po ataku rozpaczy i jak ładnie wygląda ta dziewczyna w czystym, porządnym ubraniu”.

Autobus miał przyjechać do miasta dwadzieścia po drugiej. Sylvia postanowiła zrobić na obiad omlet, nakryła stół granatowym obrusem, wyjęła kryształowe kieliszki i otworzyła wino.

– Mam nadzieję, że jesteś dość głodna, by coś zjeść – powiedziała, kiedy Carla wyszła z łazienki, czysta i lśniąca, w pożyczonym ubraniu. Pokryta drobnymi piegami twarz zaróżowiła się od prysznica, a wilgotne, pociemniałe włosy wymknęły się z warkocza i słodkie loczki przylgnęły do głowy. Carla przyznała, że jest głodna, nie mogła jednak trafić do ust drżącą ręką.

– Nie wiem, dlaczego się tak trzęsę – powiedziała. – Chyba z wrażenia. Nigdy nie przypuszczałam, że to może być takie łatwe.

– Wszystko stało się tak nagle – rzuciła Sylvia. – Przypuszczam, że nie wydaje ci się to całkiem realne.

– Ależ wszystko jest bardzo realne. Tak jakbym do tej pory żyła w jakimś oszołomieniu.

– Może kiedy człowiek się na coś decyduje, kiedy naprawdę się decyduje, tak właśnie jest. Albo powinno tak być.

– Jeśli ma się przyjaciela – odparła Carla z nieśmiałym uśmiechem i rumieńcem na czole. – Jeśli ma się prawdziwego przyjaciela. To znaczy takiego jak ty. – Odłożyła nóż i widelec i niezręcznie, obiema rękami, uniosła kieliszek. – Piję za zdrowie prawdziwego przyjaciela – dodała niepewnym głosem. – Chyba nie powinnam wypić nawet małego łyczka, ale wypiję.

– Ja też – powiedziała Sylvia z udawaną wesołością. Napiła się i popsuła tę chwilę, dodając: – Zadzwonisz do niego? Czy jak? Będzie musiał się dowiedzieć. Przynajmniej powinien wiedzieć, gdzie jesteś, najpóźniej wtedy, kiedy już będzie się ciebie spodziewał w domu.

– Nie przez telefon – powiedziała ze strachem Carla. – Nie mogę. Może ty...

– Nie – odmówiła Sylvia. – Nie.

– Nie, to głupie. Nie powinnam tego mówić. Trudno mi zebrać myśli. Może... Może powinnam zostawić mu wiadomość w skrzynce na listy. Ale nie chcę, żeby ją za wcześnie znalazł. Nie chcę nawet tamtędy przejeżdżać w drodze do miasta. Pojedźmy boczną drogą. Więc jeśli napiszę... Jeśli napiszę, czy mogłabyś wrzucić kartkę do skrzynki, jak będziesz wracać?

Sylvia zgodziła się, nie widząc lepszego wyjścia.

Przyniosła papier i długopis. Dolała wina. Carla zastanowiła się, a potem napisała parę słów.

„Wyjechałam. Napiszę sobie poradzę”.

Te słowa przeczytała Sylvia, kiedy rozwinęła kartkę, wracając z dworca. „Napiszę” zamiast „Na pewno”. Nie miała wątpliwości, że Carla umie odróżnić te dwa słowa, ale wcześniej mówiła o napisaniu kartki, a w głowie miała egzaltowany mętlik. Może nawet większy niż Sylvia to dostrzegła. Wino spowodowało prawdziwy słowotok, choć nie towarzyszył mu jakiś szczególny żal czy smutek. Carla opowiadała o stajni, gdzie pracowała, kiedy zaraz po maturze, w wieku osiemnastu lat poznała Clarka. Rodzice chcieli, żeby poszła na studia, a ona zgodziła się, pod warunkiem że będzie to weterynaria. Zawsze chciała tylko zajmować się zwierzętami i mieszkać na wsi. W szkole średniej była jedną z tych głupich dziewczyn, o których opowiadano nieprzyzwoite dowcipy, ale wcale się tym nie przejmowała.

Clark był najlepszym nauczycielem jazdy konnej. Podrywały go dziesiątki kobiet, zapisywały się na lekcje wyłącznie po to, żeby on je uczył. Carla żartowała sobie z tego i z początku chyba go to bawiło, ale później się rozzłościł. Przeprosiła go i starała się udobruchać, wciągając go w rozmowę o jego marzeniach, czy raczej planach, aby mieć własną szkołę jazdy, stajnię gdzieś na wsi. Pewnego dnia weszła do stajni, zobaczyła Clarka, który właśnie wieszał siodło, i zrozumiała, że jest zakochana.

Teraz doszła do wniosku, że chodziło o seks. Przypuszczalnie tylko o seks.

Przyszła jesień, Carla miała skończyć pracę i wyjechać na studia do Guelph, ale odmówiła i stwierdziła, że potrzebuje roku dla siebie.

Clark był bardzo inteligentny, ale nawet nie skończył szkoły średniej. Całkowicie zerwał z rodziną. Uważał, że rodzina zatruwa człowiekowi krew. Pracował jako salowy w szpitalu psychiatrycznym, jako DJ w radiu w Lethbridge w stanie Alberta, robotnik na autostradzie niedaleko Thunder Bay, pomocnik fryzjera, sprzedawca w sklepie z artykułami z demobilu. I to były tylko te prace, o których jej powiedział.

Nazywała go Cygańskim Wędrowcem od piosenki, starej piosenki, którą kiedyś śpiewała jej matka. Teraz Carla nieustannie śpiewała ją w domu i matka wiedziała, że coś się stało.

Wczoraj spala na miękkim pierzu

Przykryta kołdrą z jedwabiu

Dziś będzie spała na twardej zimnej ziemi

Przy swym cygańskim kochasiu.

„Złamie ci serce – powiedziała matka. – Nie mam co do tego wątpliwości”. Ojczym, inżynier, nie dawał Clarkowi nawet tej szansy: „Nieudacznik – mówił. – Jeden z tych, co nigdzie nie zagrzeją miejsca”. Jakby Clark był robakiem, którego można po prostu strącić z ubrania.

„Czy nieudacznik zaoszczędziłby tyle pieniędzy, żeby kupić fermę? Bo on to właśnie zrobił” – powiedziała Carla, a ojczym odparł: „Nie mam zamiaru z tobą dyskutować”. I dodał, że w końcu nie jest jego córką, jakby to był ostateczny argument.

W tej sytuacji Carla po prostu musiała uciec z Clarkiem. Zachowanie rodziców praktycznie ją do tego zmusiło.

– Skontaktujesz się z rodzicami, jak już się urządzisz w Toronto? – spytała Sylvia.

Carla uniosła brwi, wciągnęła policzki i ułożyła usta w kółeczko.

– Nie – odparła.

Zdecydowanie trochę się wstawiła.

Po wrzuceniu kartki Carli do skrzynki na listy i powrocie do domu Sylvia sprzątnęła ze stołu, pozmywała naczynia, umyła patelnię po omlecie, wrzuciła granatowe serwetki i obrus do kosza na brudy i otworzyła okna. Robiła to z dziwnym poczuciem żalu i irytacji. Wyłożyła dla Carli w łazience mydło o zapachu jabłka i czuło się go teraz w całym domu, tak jak wcześniej w samochodzie.

Deszcz na razie nie padał. Sylvia nie mogła usiedzieć w miejscu i poszła na spacer ścieżką wyciętą kiedyś przez Leona. Większość żwiru, który jej mąż rozrzucił w błotnistych miejscach, zmył deszcz. Każdego roku na wiosnę Sylvia i Leon chodzili na spacery w poszukiwaniu dzikich orchidei. Nauczyła go nazw wszystkich dzikich kwiatów, które – z wyjątkiem trójlista – i tak zapomniał. Nazywał ją swoją Dorothy Wordsworth.

Wiosną zeszłego roku poszła raz do lasu i zerwała dla niego bukiecik psizębów, ale spojrzał na nie – tak jak czasem spoglądał na nią – ze zmęczeniem i z niechęcią.

Wciąż miała przed oczyma Carlę, Carlę wsiadającą do autobusu. Dziewczyna podziękowała szczerze, ale prawie od niechcenia i zawadiacko pomachała dłonią na pożegnanie. Już przywykła do wolności.

Po powrocie do domu, koło szóstej, Sylvia zadzwoniła do Ruth do Toronto, wiedząc, że Carla jeszcze tam nie dotarła. Nagrała się na automatyczną sekretarkę.

– Halo, Ruth. Tu Sylvia. Dzwonię w sprawie dziewczyny, którą do ciebie posłałam. Mam nadzieję, że nie sprawi ci kłopotu. Mam nadzieję, że wszystko będzie w porządku. Może wyda ci się trochę zarozumiała. To pewnie kwestia młodości. Daj mi znać, dobrze?

Zadzwoniła jeszcze raz przed pójściem do łóżka, ale teraz też włączyła się sekretarka.

– To znowu ja, Sylvia – powiedziała i odłożyła słuchawkę.

Nie było jeszcze dziesiątej, nawet się całkiem nie ściemniło. Ruth najwyraźniej nie wróciła, a Carla nie chciała odbierać telefonu w cudzym domu. Sylvia usiłowała przypomnieć sobie nazwisko lokatorów z góry. Na pewno nie poszli jeszcze spać. Ale nie pamiętała. No i dobrze. Telefon do nich byłby za dużym zamieszaniem, okazywaniem niepokoju, pójściem za daleko.

Położyła się, ale nie mogła wytrzymać w łóżku, wzięła więc lekką kołdrę, wróciła do dużego pokoju i położyła się na kanapie, gdzie spała przez ostatnie trzy miesiące życia Leona. Wiedziała, że i tam raczej nie zaśnie – ściana z okien nie miała zasłon, a po wyglądzie nieba widać było, że wzeszedł księżyc, choć na razie go nie widziała.

Potem nagle znalazła się w autobusie – w Grecji? – z wieloma nieznajomymi ludźmi, a silnik autobusu stukał w niepokojący sposób. Obudziła się i usłyszała stukanie do drzwi.

Carla?

*

Carla siedziała z pochyloną głową, dopóki autobus nie wyjechał z miasta. Szyby były przyciemnione i nikt nie mógł jej zobaczyć, ale nie chciała wyglądać przez okno. Na wszelki wypadek, gdyby pojawił się Clark. Mógł wyjść ze sklepu albo czekać na przejście przez ulicę, nieświadomy, że go porzuciła, przekonany, że to zwyczajne popołudnie. Nie, on raczej myślał, że tego popołudnia zaczęła realizować ich plan – jego plan – i ciekaw był, jak jej poszło.

Kiedy wyjechali za miasto, podniosła głowę, odetchnęła głęboko i spojrzała na pola, zabarwione przez szybę na lekko fioletowy kolor. Obecność pani Jamieson zapewniła jej pewnego rodzaju bezpieczeństwo i poczucie pozostawania przy zdrowych zmysłach oraz sprawiła, że jej ucieczka stała się najbardziej rozsądną rzeczą, jaką mogła sobie wyobrazić, właściwie jedyną godną rzeczą, jaką mogła zrobić osoba w jej położeniu. Carla poczuła niezwykłą pewność siebie, a nawet odnalazła w sobie dojrzałe poczucie humoru, dzięki czemu mogła opowiedzieć pani Jamieson historię swego życia w sposób, który zjednywał jej sympatię, a jednocześnie był szczery i lekko ironiczny. I dostosowany, na ile mogła się zorientować, do oczekiwań pani Jamieson, to znaczy Sylvii. Carla miała wrażenie, że mogłaby w jakiś sposób rozczarować panią Jamieson, która wydawała jej się osobą bardzo wrażliwą i drobiazgową, jednak była pewna, że potrafi tego uniknąć.

Pod warunkiem, że nie będzie z nią za długo.

Już od jakiegoś czasu świeciło słońce. Kiedy siedziały przy obiedzie, rozbłysło w kieliszkach. Nie padało od samego rana. Wiatr wiał na tyle mocno, że podniósł przemoczone kępy przydrożnych traw i kwitnących chwastów. Letnie, niedeszczowe chmury mknęły po niebie. Zmieniał się cały roślinny krajobraz, otrząsając się do życia w prawdziwie jasny lipcowy dzień. Po niedawnej przeszłości zostało niewiele śladów – wielkie kałuże na polach, wymyte z gleby nasiona, żałosne patykowate łodygi kukurydzy czy leżące pokotem zboże.

Przyszło jej na myśl, że musi o tym powiedzieć Clarkowi – o tym, że chyba wybrali miejsce, które dziwnym trafem jest wyjątkowo deszczowe i ponure, i że może gdzie indziej lepiej by się im powiodło.

Albo jeszcze może się powieść?

Potem przypomniało jej się, że przecież nie będzie już nic mówić Clarkowi. Nigdy więcej. Nie będzie jej obchodziło, co się dzieje z nim, z Grace, Mikiem, Juniper, Blackberrym czy z Lizzie Borden. I nie dowie się, gdyby przypadkiem wróciła Flora.

Po raz drugi zostawiała za sobą wszystko. Za pierwszym razem było tak, jak w starej piosence Bitelsów – zostawiła kartkę na stole i wymknęła się z domu o piątej rano, umówiona z Clarkiem na parkingu koło kościoła. Nawet nuciła tę piosenkę, gdy odjeżdżali. She’s leaving home, bye-bye. Teraz przypomniało jej się, jak słońce wschodziło wtedy za ich plecami, jak przyglądała się dłoniom Clarka na kierownicy, ciemnym włosom na jego silnych ramionach, jak oddychała zapachem ciężarówki, oleju i metalu, narzędzi i stajni. Zimne powietrze jesiennego poranka wpadało przez szpary w rdzewiejącej karoserii. W jej rodzinie nikt nigdy nie jeździł takimi pojazdami, bardzo rzadko pojawiały się w dzielnicy, w której mieszkała.

Tego ranka zaabsorbowanie Clarka ruchem drogowym (dojechali do autostrady 401), niepokój o stan ciężarówki, lakoniczne odpowiedzi, zmrużone oczy, nawet lekka irytacja z powodu jej beztroskiego zachwytu – wszystko to niesłychanie ją ekscytowało. Podobnie jak jego nieuporządkowana przeszłość, zaprzysięgła samotność, czułość, z jaką traktował konia i ją, Carlę. Widziała go jako architekta ich przyszłego życia, siebie jako brankę, a swoją uległość uważała za coś właściwego i cudownego.

„Nie wiesz, co za sobą zostawiasz” – napisała do niej matka w jedynym liście, jaki Carla od niej dostała i na który nigdy nie odpowiedziała. Jednak w tych pełnych drżenia chwilach rannej ucieczki z całą pewnością wiedziała, co za sobą zostawia, choć nie bardzo wiedziała, co ją czeka. Gardziła rodzicami, ich domem, podwórkiem, albumami ze zdjęciami, wakacjami, wyposażeniem kuchni firmy Cuisinart, „toaletą dla pań”, garderobami, podziemnym systemem nawadniania trawników. W liściku, jaki napisała, użyła słowa „autentyczny”.

„Zawsze czułam potrzebę bardziej autentycznego życia. Nie oczekuję, że mnie zrozumiecie”.

Autobus