Ucieczka z wielkiego miasta - Barbara Dunlop - ebook
Opis

Amber powinna być najszczęśliwszą kobietą na świecie. Ma zamożnych rodziców, którzy spełniają wiele jej zachcianek, i bogatego narzeczonego, który szybko pnie się po szczeblach kariery politycznej. Pewnego dnia postanawia jednak zmienić swoje na pozór wspaniałe życie. Zrywa z narzeczonym, zawiadamiając go o swojej decyzji zwykłym esemesem, i ucieka z przystojnym nieznajomym, Royce’em Ryderem, do Montany, gdzie ma zamiar odpocząć od trosk wielkiego świata...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 148

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Barbara Dunlop

Ucieczka z wielkiego miasta

Tłumaczyła Justyna Kapis

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Royce Ryder opuścił salę balową i przeszedł szybkim krokiem po miękkim dywanie wyścielającym cały korytarz hotelu Ritz-Carlton w Chicago. W głębi holu znajdował się mały bar z kilkoma miejscami przy wysokim blacie, za którym stał przygotowujący drinki barman.

Royce rozluźnił krawat i rozpiął dwa górne guziki swojej śnieżnobiałej koszuli. Jego brat Jared ze swoją nowo poślubioną małżonką Melissą tańczyli w ogromnej sali w świetle kryształowych żyrandoli. Royce wciąż miał przed oczami ich uśmiechnięte twarze i roziskrzone oczy.

To była długa noc. Przez całą uroczystość stał przy bracie, okazując mu swoje wsparcie. Zbierał kwiaty od gości, wygłosił toast, zatańczył z panną młodą, a także zjadł kawałek obrzydliwie słodkiego tortu. Royce przymknął oczy ze znużeniem, przypominając sobie, że złapał nawet muchę brata, która dziwnym trafem bezbłędnie poszybowała w jego kierunku.

Teraz wreszcie miał poczucie, że doskonale wywiązał się ze swoich obowiązków. To ostatnia noc w Chicago. Jutro będzie już w drodze do Montany. Może rodzinne ranczo nie jest więzieniem, ale teraz tak właśnie to odczuwał.

Od trzech lat Royce pracował jako pilot, więc spędzenie paru tygodni w odosobnieniu nie napawało go radością. Westchnął, bo był pewien, że będzie to najdłuższy miesiąc jego życia. Spędzi go w otoczeniu krów, marząc, by wreszcie znowu zasiąść za sterami samolotu.

Nie zazdrościł Jaredowi miodowego miesiąca. Wręcz przeciwnie, cieszył się, że brat poznał kobietę swojego życia i się z nią ożenił. Im dłużej znał Melissę, tym bardziej ją lubił. Była mądrą, dosyć bezpośrednią osobą, bez reszty oddaną Jaredowi. Royce z całego serca życzył im udanej wymarzonej podróży poślubnej. Miał nadzieję, że wycieczka nad południowy Pacyfik pozwoli im zapomnieć o wszystkich problemach i troskach.

Niestety, zły los spowodował, że McQuestin, zarządca rancza, złamał nogę, i to w trzech miejscach. Stephanie nie mogła zajmować się dwoma gospodarstwami jednocześnie – zbliżały się zawody jeździeckie i musiała trenować swoich podopiecznych. No i tak Royce stanął przed koniecznością przejęcia obowiązków gospodarza.

Zajął miejsce na obitym miękkim materiałem stołku przy barze. Obok niego siedziała jakaś kobieta. Royce początkowo nie zwrócił na nią uwagi, ale po chwili zawiesił na niej wzrok. Była urzekająca. Długie blond włosy srebrzystą falą spływały na jej ramiona i odsłaniały idealnie owalną twarz. Ciemne rzęsy okalały ciemnoniebieskie oczy. Miała na sobie bordową sukienkę na ramiączkach, opinającą zmysłowe kształty jej ciała. Złoty wisiorek na szyi kobiety niemal zahipnotyzował Royce’a, który z trudem zmusił się do tego, by odwrócić wzrok od jej dekoltu i przenieść go na jej dłonie. Długie palce z wypielęgnowanymi paznokciami delikatnie obejmowały oszroniony kieliszek z martini w środku.

– Czym mogę służyć? – zapytał barman, wyjmując mieszalnik do drinków.

– Poproszę to samo, co pije ta pani – odparł Royce, przenosząc wzrok na twarz pięknej nieznajomej.

Wreszcie na niego spojrzała. Miała znudzoną minę, w jej oczach błysnęło zniecierpliwienie. Po chwili zmarszczyła brwi.

– Martini z wódką? – upewnił się barman.

– Jasne.

– Byłeś świadkiem pana młodego – odezwała się kobieta przytłumionym głosem.

– Owszem, byłem. Royce Ryder. Świadek i brat młodego. A ty jesteś...

– Amber Hutton.

Podali sobie dłonie. Dłoń Amber była drobna i ciepła. Jej skóra była miękka i bardzo przyjemna w dotyku. Royce szybko znalazłby zastosowanie dla takich dłoni.

– Zmęczona tańcem? – spytał, gdy barman postawił przed nim kieliszek.

Royce z góry założył, że faceci bili się o taniec z taką piękną kobietą.

– Nie jestem w nastroju do tańca – powiedziała, wyławiając oliwkę z kieliszka. – Właściwie to się ukrywam.

– Przed kim?

Amber drgnęła i nerwowo obejrzała się w kierunku sali balowej. Korytarz był pusty.

– Nieważne.

– Mogę ci jakoś pomóc?

– Nie bajeruj mnie. – Podniosła cienkie brwi do góry i spojrzała na niego z ukosa.

– Nie spodziewałem się takiej odpowiedzi – odrzekł, udając, że jego ego ucierpiało.

– Nie zatrzymuję cię – stwierdziła z uśmiechem.

Spojrzeli sobie w oczy. Kobieta była dosyć tajemnicza, niemniej Royce odniósł dziwne wrażenie, że z tej znajomości mogą zrodzić się kłopoty. Zwykle stronił od takich kobiet, ale w Amber było coś fascynującego.

– Nigdzie się nie wybieram.

– Z ciebie to pewnie taki miły facet, panie Ryder?

– Jasne – skłamał gładko. – Dobry, wyrozumiały, przyjacielski. Zawsze do usług.

– To zabawne, ale ja bym zaryzykowała stwierdzenie, że jesteś zakochany w sobie, a kobietom łamiesz serca.

– To ty łamiesz mi serce takimi słowami – odrzekł, dając jej do zrozumienia, że przejrzała go na wylot. – Mogę ci udowodnić, że się mylisz. Tylko musisz dać mi szansę.

– Dlaczego wyszedłeś z sali? – zmieniła temat, nie zwracając uwagi na jego ostatnie słowa.

– Jakoś nie mam nastroju do tańca.

– To zupełnie jak ja – odparła znudzona.

– Jestem pilotem – rzucił Royce, obserwując ją spod przymrużonych powiek. Przyzwyczaił się, że kobiety dobrze reagują na takie słowa.

Amber także spojrzała na niego z zaciekawieniem. Miał jej nie bajerować, ale nie mógł się powstrzymać. Chciał zrobić na niej wrażenie, a opowiadaniem o swojej pracy zdobył już niejedną kobietę.

– Pracujesz w jakichś konkretnych liniach lotniczych?

– Tak, w Ryder International.

Amber dopiła drinka, więc Royce skinął na barmana.

– Chcesz mnie upić?

– A kto powiedział, że chcę cię upić? – zapytał oburzony, śmiejąc się. – Po prostu chcę być miły i zadbać o twoje potrzeby.

– Skoro tak mówisz... Może wzniesiemy toast? – zaproponowała, podnosząc lekko kieliszek.

– Za moją ostatnią noc na wolności – powiedział głucho i jednym haustem opróżnił swój kieliszek.

– O, ty też się żenisz?

– Nie. – Royce mało nie zakrztusił się oliwką. Ależ ta kobieta ma pomysły!

– Idziesz do więzienia?

– Jadę do Montany – powiedział takim tonem, jakby to była najgorsza rzecz na świecie.

– A co takiego złego jest w Montanie? – dociekała zaciekawiona Amber.

– Wszystko. Miałem być w Dubaju albo w Monako, a tymczasem...

– Biedaczek – stwierdziła słodko, tłumiąc śmiech.

– Będę opiekował się rodzinnym ranczem. Zarządca złamał nogę, a Jared wybiera się w podróż poślubną.

Amber przez chwilę głęboko się nad czymś zastanawiała.

– Naprawdę jesteś miły?

– Prawdziwy ze mnie rycerz w lśniącej zbroi.

– Czasem kobieta potrzebuje właśnie takiego rycerza – wyszeptała.

Royce usłyszał dziwny ton w jej głosie. Amber zagryzła wargi.

– To jest właśnie taka sytuacja? – raczej stwierdził, niż zapytał.

Amber gwałtownie odwróciła głowę. Patrzyła mu prosto w oczy. Jej wzrok był pełen rozpaczy.

– Byłeś kiedyś zakochany, Royce?

– Nie.

Miłość to tylko problemy, pomyślał sarkastycznie. Nie miał zamiaru się zakochiwać. Nigdy, w żadnej kobiecie. Miłość niczego nie gwarantuje, a tylko komplikuje. Po co komu miłość? Wystarczy dobrze się bawić i żyć chwilą, czerpiąc z życia wszystko, co najlepsze.

– Melissa wygląda dzisiaj na bardzo szczęśliwą.

– Wydaje mi się, że każda panna młoda powinna być szczęśliwa – zauważył trzeźwo, lekko wzruszając ramionami.

– Chyba masz rację – odpowiedziała, patrząc na swoją dłoń. Na jej serdecznym palcu lśnił pierścionek, zapewne zaręczynowy.

– Jesteś zaręczona.

– Tak.

Powinna być mądrzejsza i wcale tutaj nie przychodzić. Mogła powiedzieć, że wypadło jej coś ważnego albo udać, że zachorowała. Niestety, mama musiała jechać do Nowego Jorku, a tata potrzebował wsparcia.

– Czuję się jak ostatni idiota – wymamrotał Royce.

– Dlaczego? – zapytała, powoli podnosząc wzrok.

– Bo chciałem cię uwieść. A ty jesteś już zajęta.

– Przykro mi, że cię rozczarowałam. – Uśmiechnęła się kącikiem ust.

– To nie twoja wina.

Przez kilka minut siedzieli w milczeniu, ukradkowo na siebie spoglądając. Royce nie mógł się nadziwić własnej głupocie. Amber jest zbyt piękna, by nie mieć chłopaka.

Co więcej, była nawet zaręczona, a to już tylko krok do ślubu. Rozum podpowiadał mu, że powinien wstać i wyjść, ale nie mógł zmusić się do tego. Chciał tu zostać i rozmawiać z Amber.

Ona zaś żałowała, że pokazała mu pierścionek. Royce wyglądał na mądrego i zabawnego faceta. Gdyby nie to, że już komuś coś przyrzekła, byłaby bardzo zainteresowana nowym znajomym. Nie umiałaby zdradzić Hargrove’a, ale nie potrafiła także zignorować natrętnych myśli, które sprawiały, że jej oddech stawał się coraz głośniejszy, a serce biło szybciej.

– O czym myślisz? – spytał Royce.

– O niczym. Jeśli teraz odejdziesz, zrozumiem to i nie będę miała do ciebie żalu – powiedziała szybko.

– A ja nie będę mieć do ciebie żalu, jeśli powiesz, że mam się stąd wynosić.

Amber nie potrafiła wydobyć z siebie tych słów. Skupiła uwagę na kobietach w wieczorowych sukniach wychodzących z sali. Zajęły dwa największe stoliki, śmiały się i rozmawiały głośno, przekrzykując się wzajemnie.

– Jest tutaj? Pokłóciliście się? – zapytał, gdy barman postawił przed nimi kolejne tego wieczoru kieliszki.

– Jest w Szwajcarii.

– No tak.

– Co „no tak”?

– Jesteś samotna, co tłumaczy...

– Nie jestem samotna, a przynajmniej nie w ten sposób, o jakim myślisz – przerwała mu niecierpliwie. – Jestem tutaj z ojcem.

– Więc w jaki sposób?

– Słucham? – spytała, marszcząc lekko brwi.

– W jaki sposób jesteś samotna?

Amber zaschło w gardle.

– W żadnym.

– Skoro tak mówisz. – Royce wzruszył ramionami.

– Ja... – zaczęła, ale szybko zamknęła usta.

Była samotna. Bardzo samotna. Nie miała w tym momencie nikogo, z kim mogłaby szczerze porozmawiać. Katie, jej przyjaciółka, miała być druhną. Ślub już za miesiąc. Razem wybierały sukienki, które miały przyjechać wprost z Paryża. A Hargrove to porządny facet.

Mimo młodego wieku już robił karierę prawniczą w Chicago i był wręcz wymarzonym kandydatem na męża. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z jego planem, za kilka lat miał nadzieję zostać gubernatorem.

Amber nie miała żadnych podstaw do narzekania. Ich związek układał się dobrze. Prowadzili spokojne życie. Dobre spokojne życie. Może nie było w nim wielkich namiętności, ale nie było też kłótni.

Wypiła resztkę martini. Alkohol powinien zagłuszyć przykre myśli, które zresztą towarzyszyły Amber już od dobrych kilku tygodni.

– Nazywa się Hargrove Alston.

Zaczęła się z nim spotykać, gdy miała osiemnaście lat. Nigdy nie umawiała się z żadnym innym facetem. Nie była typem uwodzicielki, chyba nawet nie umiała flirtować. A Royce’a wcale nie uważała za nieznajomego. Był świadkiem na tym ślubie, bratem kontrahenta jej ojca.

– Może przeniesiemy się do stolika? – zaproponował Royce.

Amber mruknęła coś i wstała. Royce podał jej ramię i zaprowadził do małego stoliczka przy samym oknie.

Usadowili się wygodnie w dużych, wyściełanych skórą fotelach. Amber na chwilę przymknęła oczy.

– Hargrove Alston, tak?

– Chce być senatorem.

– Wychodzisz za mąż za polityka?

– Nie! To znaczy... nie został jeszcze wybrany.

– A ty czym się zajmujesz? – spytał Royce, sprawiając wrażenie zainteresowanego jej odpowiedzią.

– Niczym.

– Jak to niczym?

Amber zagryzła wargi i uśmiechnęła się smutno.

– Skończyłam uniwersytet w Chicago.

– Jaki kierunek?

– Administrację publiczną.

– Dalej cię słucham – zachęcił ją Royce.

– Tylko słuchasz? – Parsknęła śmiechem, czując, że najwyższa pora się z nim pożegnać. To nie na miejscu, flirt z obcym facetem w samym środku czyjegoś wesela.

– Amber, nie mogę oderwać od ciebie wzroku od chwili, kiedy cię zobaczyłem – oświadczył, patrząc jej głęboko w oczy.

Na chwilę zapomniała, jak się oddycha. Jej imię w ustach Royce’a brzmiało miękko i delikatnie. Inni ludzie w barze przestali istnieć.

Royce uniósł brwi i czekał na odpowiedź. Amber szybko przełknęła ślinę i poprosiła:

– Opowiedz mi o Montanie. Nigdy nie byłam w tej części kraju.

– Co chcesz wiedzieć? – zapytał, lekko wzruszając ramionami, dając tym samym do zrozumienia, że Montana to mało ciekawy temat rozmowy.

– Opowiedz mi o swojej farmie.

– Hodujemy bydło.

Ich rozmowę przerwała kelnerka, która przyniosła kolejne drinki i przekąski. Oboje uprzejmie jej podziękowali, a gdy dziewczyna odeszła, Amber zadała kolejne pytanie:

– Ile macie zwierząt?

– Jakieś pięćdziesiąt tysięcy.

– No to teraz rozumiem twój brak entuzjazmu.

– Właśnie – odrzekł kwaśno.

– Hodujecie konie?

– Setki koni.

– Kiedyś uczyłam się jeździć konno. Miałam jedenaście lat.

– W Chicago? – spytał z uśmiechem, ukazując równe białe zęby.

– Nie, na wsi. To nie trwało długo – oznajmiła, grzebiąc w miseczce z migdałami. – Nie byłam zachwycona potem oraz brudem.

– Nie polubiłabyś Montany.

– Kto wie... Opowiedz mi coś jeszcze.

– Moja siostra ma swoje własne ranczo. Hoduje konie wysoko w górach. Ma łąki pełne dzikich kwiatów.

– Lubię kwiaty...

– Moja siostra trenuje jeździectwo. Zajmuje się końmi hanowerskimi.

– Jest w tym dobra? Odnosi jakieś sukcesy?

– Spodziewamy się, że jej zespół wystąpi w kolejnej olimpiadzie – pochwalił się Royce.

– Pewnie to uwielbia.

Amber nie potrafiła wyobrazić sobie pasji, która może prowadzić do mistrzostwa. Ciekawe, jak taki człowiek się czuje, sięgając po laur zwycięstwa?

– Jak tylko skończyła pięć lat, zaczęła jeździć i już wiedziała, że tylko tym chce się zajmować. – W oczach Royce’a lśniły iskierki dumy.

– Chciałabym coś kochać.

– Każdy coś kocha.

Amber napotkała jego wzrok.

– A więc co ty kochasz? – zaryzykowała.

– Samoloty. Przelot wczesnym rankiem nad pustynią... – Royce zawiesił głos, a jego wzrok błądził nad głową Amber.

– Często to robisz?

– Wolałbym częściej, chociaż nie mogę narzekać.

Amber nie potrafiła ukryć uśmiechu.

– Jesteś w tym dobry?

Wzrok Royce’a przez dłuższą chwilę błądził po jej ciele, a on sam szeroko się uśmiechał.

– Jestem w tym bardzo, ale to bardzo dobry.

– Jesteś bardzo, ale to bardzo zły. – Amber pogroziła mu palcem, choć nie umiała gniewać się nawet przez sekundę.

– Twoja kolej. – Widząc zmieszanie na jej twarzy, dodał: – A ty co kochasz?

To było trudne pytanie.

Amber upiła łyk drinka, dając sobie kilka sekund na wymyślenie czegoś przekonującego.

– Buty od czołowych projektantów.

– Kłamczucha.

– Co masz na myśli? – Amber wyciągnęła swoje długie nogi, pokazując czarne seksowne sandałki na wysokich obcasach.

Nim się spostrzegła, jej stopa spoczęła na kolanie Royce’a, który ze skupioną miną dokonywał oględzin buta.

– Przyłapałem cię! – zawołał z emfazą. – Masz je na sobie nie pierwszy raz, flek jest nieco zdarty.

– Nie jestem wariatką, która nie wkłada żadnej rzeczy więcej niż dwa razy.

Amber starała się ignorować ciepło jego dłoni, ale czuła, że jej policzki się zaczerwieniły.

– Spróbuj jeszcze raz.

– Tort urodzinowy. – W tym stwierdzeniu było więcej prawdy. – Z bitą śmietaną, czekoladą i cukrowymi różowymi kwiatuszkami na wierzchu.

Royce roześmiał się i postawił jej stopę na dywanie.

– Ile masz lat? – zapytał nagle.

– Dwadzieścia dwa. A ty?

– Trzydzieści trzy.

– Serio?

– Tak. Skąd to zdumienie? – spytał, patrząc na nią lekko podejrzliwie.

– Hargrove też ma trzydzieści trzy lata, a wydaje się dużo starszy.

– Jestem pilotem, a on politykiem. To chyba wiele wyjaśnia.

– Nie znasz go – zarzuciła mu Amber, choć wiedziała, że trafił w sedno.

– Dlaczego się ukrywasz?

– Słucham?

– Przy barze powiedziałaś, że się ukrywasz. Przed czym?

I znowu Royce trafił w sedno. Nie zapytał, przed kim się ukrywa, ale przed czym.

Posmutniała.

Ukrywała się przed szczęściem nowożeńców, ich blaskiem w oczach i zadowoleniem gości.

Nie zazdrościła Melissie szczęścia, ale bardzo chciała przeżyć choć jeden tak szczęśliwy dzień.

Ukrywała się również przed samą sobą, przed myślą, że żyje w kłamstwie i wiąże swoje życie z mężczyzną, którego wcale nie kocha.

Prawda jest okrutna. Powinna spokojnie zastanowić się nad sensem swojej egzystencji, bo teraz miała wrażenie, że nie żyje, a wisi gdzieś zawieszona w próżni.

Narobiła bałaganu i powinna wreszcie posprzątać.

Musi wyjechać. Oddałaby wszystko, żeby na jakiś czas móc się gdzieś zaszyć.

– Weź mnie z sobą.

– Słucham?

– Weź mnie z sobą do Montany – powtórzyła z mocą.

Tam nikt nie będzie jej szukał. Odetchnie od sukni ślubnych, florystek, wizażystek i list prezentów.

Odetchnie od Hargrove’a.

Amber poczuła, jak z jej serca spada ogromny ciężar.

– Chyba żartujesz – wyjąkał Royce.

– Nie.

– Zwariowałaś?

– Może.

Może i jest szalona, ale na pewno szczęśliwa. Czuła się jak dzikie zwierzę, któremu cudem udało się zbiec z niewoli.

– Nie wezmę zaręczonej kobiety do Montany.

– Dlaczego nie?

Royce wyglądał na zagubionego. Zrobił zaskoczoną minę, dziwiąc się, że musi jej tłumaczyć tak banalne rzeczy.

– Dlatego... Dlatego, że masz narzeczonego!

– Nic mu nie powiem – odparła Amber.

– I uważasz, że to wszystko załatwi?

– Tak! Nigdy się o tobie nie dowie.

– Zapomnij o tym.

Nie. Nie zapomni o tym. Po raz pierwszy od kilku tygodni wiedziała, że podjęła właściwą decyzję.

Teraz trzeba ją tylko wcielić w życie.

Spojrzała na swoją dłoń. Pewnym ruchem zdjęła z serdecznego palca pierścionek zaręczynowy i położyła go na środku stolika.

Royce gapił się na złote kółeczko z zaskoczoną miną. Sprawy przybierały dziwny obrót.

– Nie ma narzeczonego, nie ma problemu – powiedziała Amber, bardzo z siebie zadowolona.

– Nie ma pierścionka, ale narzeczony jest.

– Tak?

– Tak.

– A gdybym nie była zaręczona?

Po tych słowach zapanowała pełna emocji cisza.

Amber wlepiła w Royce’a błagalny wzrok.

Royce westchnął, lecz nie odrywał oczu od pierścionka. Nigdy nie spotkał kogoś tak dziwnego.

Ta kobieta rzuca wszystko, całe swoje idealne życie, żeby wyjechać do Montany i latać z widłami między końmi? Royce podniósł na nią wzrok. Czas zdawał się płynąć coraz wolniej, a źrenice Amber robiły się coraz większe.

– Gdybyś nie była zaręczona, kazałbym ci zapiąć pas.

Amber otworzyła torebkę i wyjęła srebrny telefon komórkowy. Szybko wystukała wiadomość.

– Spójrz.

Na wyświetlaczu pojawiły się słowa: „Przepraszam. Nie mogę za ciebie wyjść. Potrzebuję czasu”.

– Wszystko zależy od ciebie. Wyślij mu tę wiadomość, a potem weź mnie z sobą.

– Ach, tutaj jesteś, córeczko. – Za plecami Amber stanął jej ojciec.

Amber zbladła. Od razu wyprostowała plecy, a w jej oczach Royce zauważył strach.

– Limuzyna czeka przed wejściem.

Royce szybkim ruchem położył telefon na stoliku, wyświetlaczem do dołu. Gdy napotkał wzrok ojca Amber, od razu wstał.

– Royce Ryder. Jestem bratem Jareda.

– David Hutton. My już się znamy.

Mężczyźni podali sobie dłonie.

– Widzę, że dotrzymywał pan towarzystwa mojej córce.

Royce nie wiedział, jak ma go rozumieć, niemniej postanowił być uprzedzająco uprzejmy.

– Amber to wspaniała dziewczyna. Pewnie jest pan dumny z córki.

– Tak, jesteśmy dumni. Robi się już późno. Wracamy do domu, skarbie.

Nie. Amber chciała krzyczeć ze złości. Chciała tutaj zostać. Chciała zostać z Royce’em i zmienić swoje życie. Chciała zerwać z Hargrove’em i wyjechać do Montany. Naprawdę.

Royce poderwał ze stolika komórkę Amber i wrzucił ją do jej torebki.

– Było mi bardzo miło cię poznać.

Otworzyła usta, ale nie potrafiła sformułować żadnej myśli. Ojciec chwycił Amber za łokieć i delikatnie, ale stanowczo pociągnął ją na nogi.

Amber nie spuszczała oczu z Royce’a. Rozpaczliwie pragnęła, by zrozumiał, co chce mu przekazać.

Chciała, by jej pomógł, ojciec zaś nieubłaganie ciągnął ją w kierunku wyjścia.

– Amber?

Zrozumiał. Na pewno przyjdzie jej na ratunek!

Odwróciła się, ale uśmiech na jej wargach zamarł. Royce trzymał w palcach jej pierścionek.

– Amber – powiedział ojciec. – Co to ma znaczyć?

Nie miała ochoty patrzeć na zszokowaną minę ojca.

Bez słowa podeszła do Royce’a, który wcisnął jej w dłoń złote kółko, błądząc wzrokiem ponad jej głową.