Wydawca: AGORA SA Kategoria: Literatura faktu, reportaże, biografie Język: polski Rok wydania: 2012

Ucieczka na szczyt. Rutkiewicz, Wielicki, Kurtyka, Kukuczka ebook

Bernadette McDonald  

4.35294117647059 (34)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 388 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ucieczka na szczyt. Rutkiewicz, Wielicki, Kurtyka, Kukuczka - Bernadette McDonald

Śmiało można powiedzieć, że „Ucieczka na szczyt” Bernadette McDonald, która na rynku anglojęzycznym ukazała się w 2011 r., to tytuł wybitny. Publikacja została uznana za najlepszą książkę podczas kanadyjskiego Banff Mountain Festival, otrzymała także prestiżową brytyjską nagrodę Boardman Tasker Prize. Licencję sprzedano do wielu krajów, a Instytut Adama Mickiewicza zakupił edycję angielską do promocji Polski za granicą.
Kanadyjska pisarka opowiada o złotym okresie polskiego himalaizmu, trwającym od lat 70. do 90. XX w., i pokazuje wielki wkład Polaków w historię światowej wspinaczki wysokogórskiej. Pisząc „Ucieczkę na szczyt”, autorka rozmawiała m.in. z: Krzysztofem Wielickim, Wojciechem Kurtyką, Januszem Majerem, Arturem Hajzerem, Kingą Baranowską, Michałem Błaszkiewiczem, Carlosem Carsolią i Grzegorzem Chwołą. Zapoznała się też z wieloma publikacjami dotyczącymi polskich wspinaczy. Efektem jej pracy jest bogato ilustrowana fotografiami z wypraw historia polskich zdobywców Himalajów. Uzupełniają ją wspomnienia o tych, którzy nie wrócili z najwyższych gór świata: Jerzym Kukuczce, Wandzie Rutkiewicz, Andrzeju Heinrichu, Gienku Chrobaku i Tadeuszu Piotrowskim.
Niewątpliwie „Ucieczka na szczyt” to książka, którą powinien poznać każdy miłośnik gór i wspinaczki.

Opinie o ebooku Ucieczka na szczyt. Rutkiewicz, Wielicki, Kurtyka, Kukuczka - Bernadette McDonald

Fragment ebooka Ucieczka na szczyt. Rutkiewicz, Wielicki, Kurtyka, Kukuczka - Bernadette McDonald

WARSZAWA 2012
Prolog
Powtarzam ciągle, mają dar Polacy.
Nawet nadmierny. W czym im się nie darzy,
mają dar w rękach...
Günter Grass, „Pan Kichot”
(tłum. Zdzisław Jaskuła)

Tym, co uderzyło mnie od pierwszego wejrzenia, gdy stała przy barze z piwem w dłoni, było bijące od niej ciepło. Otaczało ją grono fanów, którzy słuchali jej opowieści, najpewniej o wspinaniu. Ruchem silnych, zniszczonych przez pogodę dłoni podkreślała czasem swoje słowa. Ale prawdziwa historia była wymalowana na jej twarzy.

Jej głęboko osadzone oczy o barwie mocnej kawy otaczała siateczka zmarszczek, które spowodowały śmiech oraz wysokogórskie wiatry. Wysokie czoło wieńczyła krnąbrna czupryna kasztanowych włosów. Szeroki uśmiech łagodził zarys mocnej polskiej szczęki.

Zbliżyłam się do baru, a ona rzuciła na mnie okiem.

– Cześć, zapraszam, masz ochotę na piwo? Jestem Wanda. Oczywiście wiedziałam, jak ma na imię. Spotkanie z nią było przecież jednym z powodów, dla których przejechałam pół świata na ten górski festiwal na Riwierze Francuskiej. Antibes to piękne miejsce, ale nie w grudniu.

Zamiast iść na wieczorne prezentacje filmowe, zostałyśmy przy barze we foyer, rozmawiając, śmiejąc się i dzieląc wspomnieniami o znajomych.

Opowiadała o Jerzym Kukuczce, wybitnym polskim alpiniście, który zginął dwa lata wcześniej na południowej ścianie Lhotse. Ten łagodny heros był jednym z najbliższych przyjaciół Wandy. Spotkałam go jakiś czas temu w Katmandu, gdy wrócił z zimowego wejścia na Kanczendzongę, i ponownie w północnych Włoszech, gdzie spędziliśmy miłe trzy godziny podczas obiadu. Rozmawialiśmy też o innych: o Kurtyce, Diembergerze, Curranie... Dziesiątki historii, dużo śmiechu, hektolitry piwa.

Stojąc blisko Wandy, zobaczyłam, jaka jest drobna. Trudno było sobie wyobrazić, jak sobie radzi z wnoszeniem ciężkiego plecaka na szczyt. Była szczupła, wręcz delikatnej budowy, z wyjątkiem szczęki, no i oczywiście rąk – muskularnych i szorstkich.

Byłam zaskoczona jej ubiorem. Od polskiej gwiazdy oczekiwałam wyrazistego stylu – retro, traperskiego czy eleganckiego. Ona tymczasem miała na sobie dość przeciętne, źle dobrane ubrania z bawełny i polaru. Wróciła jednak właśnie z wyprawy na Dhaulagiri i być może nie miała czasu się ogarnąć, a co dopiero znaleźć ubiór stosowny do okoliczności.

Tego wieczoru musiałam zrealizować swój plan, który polegał na przekonaniu jej do wygłoszenia mowy otwierającej kolejny Banff Mountain Film Festival. Na tym między innymi polegała moja praca jako dyrektora tej imprezy. Zgodziła się z radością.

Rzuciłyśmy okiem na czuwającą w pobliżu Marion Feik, jej nadopiekuńczą menedżerkę. Porozmawiałyśmy w trójkę i uzgodniłyśmy, że Wanda pojedzie do Kanady w listopadzie 1992 roku.

Kilka godzin później, gdy publiczność opuściła kino, nadal stałyśmy przy barze, a po wypiciu kolejnych drinków przeniosłyśmy się do opustoszałego już lobby, gdzie zapadłyśmy w wytarte skórzane fotele.

– Bernadette, chcę ci opowiedzieć o swoim planie – powiedziała Wanda. – Nazwałam go Karawaną do marzeń.

– Brzmi interesująco.

– Chcę być pierwszą kobietą, która wejdzie na wszystkie czternaście ośmiotysięczników. Wiesz, że już zdobyłam osiem? Chcę zdobyć resztę.

– No cóż, jeśli ktokolwiek może to zrobić, to właśnie ty.

– Zrobię to w osiemnaście miesięcy.

– Co takiego? Mówisz poważnie? To niemożliwe.

– Możliwe. Bo widzisz, szybko przemieszczając się między kolejnymi górami, nie będę tracić aklimatyzacji.

Odstawiłam szklankę i się nachyliłam.

– Wando, mówiąc serio, nie masz szans. To niebezpieczny plan. Rozmawiałaś o tym z innymi wspinaczami? Co oni sądzą?

Zaoponowałam ostro, bo choć sama nigdy nie stanęłam na szczycie ośmiotysięcznika, wiedziałam, że jej plan jest nierealny. Nikt nigdy nie zrobił czegoś podobnego. Wspinacze kolekcjonowali po jednym szczycie rocznie i tylko dwaj – Reinhold Messner i Jerzy Kukuczka – zgromadzili wszystkie czternaście.

Spytałam ją, skąd ten pośpiech i jak chce sobie poradzić ze zmęczeniem.

Marion rzuciła w moją stronę spojrzenie pełne zrozumienia. Słyszała te same wątpliwości już wcześniej, i to wiele razy. Widać było, że się ze mną zgadza.

Ale Marion nie miała wpływu na ten plan. To był pomysł Wandy, a Wanda się śpieszyła.

– Zbliżam się do pięćdziesiątki – powiedziała, odgarniając włosy z twarzy. – Zwalniam, nie aklimatyzuję się tak szybko jak dawniej, więc muszę zadziałać strategicznie i zgrupować szczyty. Wiem, że mogę to zrobić. Potrzebuję tylko szczęścia do pogody.

Przestałam protestować. Nie było sensu się z nią kłócić.

Umówiłyśmy się na kontakt w najbliższych miesiącach, między jej kolejnymi ekspedycjami. Miała mnie informować o swoich postępach, tak bym mogła w odpowiedniej chwili uruchomić maszynerię promocyjną jej kanadyjskiego występu.

Wanda wysłała mi list lotniczy z Katmandu wiosną 1992 roku, tuż przed rozpoczęciem wyprawy na Kanczendzongę. To miał być jej dziewiąty ośmiotysięcznik.

Była pewna siebie, zdeterminowana i podekscytowana.

Życzyłam jej szczęścia.

Nigdy nie wróciła z tej wyprawy.

***

Dwa lata później byłam w Katowicach, przemysłowym sercu Polski, gdzie pomagałam w organizacji festiwalu filmowego. Impreza ta odniosła ogromny sukces i zgromadziła setki widzów, którzy między projekcjami spotykali starych znajomych.

Atmosfera na widowni była elektryzująca pomimo ponurej polskiej zimy. Liczebność wspinaczkowej społeczności w tym zimnym przemysłowym regionie mnie zaskoczyła. Przybyli wyglądali na twardych, zahartowanych, skupionych ludzi. Byłam pod wrażeniem.

Pod koniec festiwalu dostałam zaproszenie od grupki wspinaczy z miejscowego klubu wysokogórskiego. Zapuszczony budynek pokryty był sadzą i pyłem, lecz w środku okazał się przytulny i pełen światła. Pito sporo wódki, a atmosfera była naładowana energią jak podczas koncertu rockowego.

Było tam wielu wielkich polskich himalaistów: Zawada, Wielicki, Hajzer, Lwow, Majer, Pawłowski i nie tylko. Znałam ich historie i patrząc im w oczy, byłam przekonana, że są wyjątkowi, a nawet wizjonerscy. Nieustraszenie wytyczali nowe drogi. Wydawali się też odporni na cierpienie, a wytrzymałość to podstawa sukcesu podczas bezlitosnych zimowych wejść na najwyższe szczyty Ziemi.

W klubie dało się też jednak wyczuć smutek. We wspomnieniach wciąż powracano do tych wspinaczy, którzy zginęli w ukochanych górach. Jednym z nich był Jerzy Kukuczka, drugim Wanda. Wyraziłam swój podziw do nich i powiedziałam, że miałam szczęście ich poznać, choć była to krótka znajomość. Usłyszałam wówczas wiele smutnych historii, głównie na temat Wandy.

– Oczarowała cię – powiedział do mnie jeden ze wspinaczy. – Miała też jednak inną twarz. Była twarda, wyrachowana, nieustępliwa, uparta jak osioł.

Zaprotestowałam. To jasne, że musiała być nieustępliwa, by przeżyć.

– Tak, to prawda – przytaknął mi inny wspinacz, gładząc swoje imponujące wąsy. – Ale była zbyt twarda, czasem przesadzała, nieustannie chciała się ścigać. Trudny zawodnik.

– Kochaliśmy ją, ale ona wydawała się tego nie zauważać. Myślała, że jest sama.

– Odpychała nas, ale my ją wielbiliśmy.

– Czy Kukuczka też był taki trudny? – spytałam.

– Nie, nie. On nie miał czasu na walkę. Był zbyt zajęty wspinaniem. Choć był taki moment, gdy wdał się w wyścig, no wiesz, ten z Reinholdem Messnerem. Każdy z nich chciał być tym pierwszym, który zdobędzie Koronę Himalajów. Na szczęście Kukuczka, gdy tego dokonał, wrócił do prawdziwej wspinaczki na wielkich ścianach.

– I to go zabiło – odparłam.

– To prawda. Ale on był prawdziwym wspinaczem, najlepszym w Polsce.

Opowiadali mi o tamtych dziwnych, szalonych latach komunizmu, gdy partyjne władze wspierały wspinaczy, szczególnie tych najlepszych.

Opowiadali z dumą o swej przedsiębiorczości, którą wykształcili, by zaspokoić himalajski nałóg.

Wspinaczka wiązała się wówczas z ryzykiem nie tylko w górach, ale też podczas prac, takich jak wysokościowe mycie czy malowanie budynków albo wdrapywanie się na śliskie, źle zabezpieczone kominy fabryczne, tak typowe dla panoramy Katowic. Praca ta była niebezpieczna nie tylko ze względu na ryzyko upadku, ale też z powodu wdychania trujących wyziewów.

W opowieściach przemycali aluzje o tym, jak lukratywny był wówczas przemyt. Ale czasy się zmieniły i teraz czuli się jak kamień, który odskoczył z sunącej na Polskę lawiny wolnego rynku.

Była trzecia nad ranem, gdy opuściłam klub.

Szliśmy przez wilgotne, nieoświetlone ulice, ale mimo przenikliwego chłodu tamtej nocy do dziś pamiętam ciepłą atmosferę spotkania. Po powrocie do Kanady często wspominałam wieczór w Katowicach – historie o wielkich wspinaczkowych sukcesach, planach na przyszłość i kolejnych ginących polskich przyjaciołach.

Intrygowały mnie sprzeczne opinie o Wandzie i innych wielkich wspinaczach. Niektórzy z tych śmiałków wydali mi się bardziej skomplikowani, niż to sobie wcześniej wyobrażałam. Szczególnie Wanda. Trudno było pogodzić jej wewnętrzne ciepło, którego sama zaznałam, z niejednoznacznym portretem, który wyłaniał się z opowieści.

Z czasem nie mogłam się pozbyć wrażenia, że byłam na stypie, nostalgicznym, słodko-gorzkim święcie mającym upamiętnić koniec czegoś wyjątkowego – złotej ery polskiego himalaizmu.

Rozmyślałam nad smutną i ponurą najnowszą historią Polski – sześćdziesięcioleciem pełnym okrutnej przemocy, ucisków i ogromnych wstrząsów, zakończonym cudownym odrodzeniem. Stałam wobec trudnej do rozwikłania zagadki, jaką była zdolność zgranej, przenikającej się wspinaczkowej społeczności do koegzystowania z opresyjnym państwem, które wydało najlepszych himalaistów na świecie. Czy ten ciężki czas był kuźnią ich ambicji, czy tylko hartował i szkolił ich w stoickim podejściu do życia?

A teraz Polska raz jeszcze przeszła ogromną przemianę – wygląda na to, że w dobrym kierunku. Zastanawiałam się, jak polscy wspinacze na to zareagują. Wszak lepsze życie mogło ułatwić im drogę w góry – albo przeciwnie, tylko ich rozpraszać.

To pytanie nurtowało mnie długo po spotkaniu w Katowicach. Ostatecznie postanowiłam zgłębić historię Polski, która stała się potęgą w światowym himalaizmie, i pogrzebać w sprzecznościach charakteru największych gwiazd złotej ery. Kim była naprawdę Wanda? Czy odpowiedź na to pytanie mogła pozwolić mi dotrzeć do serc i umysłów tej niesamowitej grupy ludzi, którzy, choć zostali ukształtowani przez własny kraj, nie dali się zamknąć w jego granicach?

Oto historia ich niezwykłej podróży przez wspinaczkę do wolności.

CZĘŚĆ PIERWSZA
Od kul do raków
Niech twoje ścieżki będą wąskie, kręte, odosobnione,
niebezpieczne i prowadzą do najpiękniejszego widoku.
Niech twoje góry wznoszą się w chmury i ponad nie.
Edward Abbey, „Benedicto”
(tłum. Stanisław Gieżyński)

Szlak był wyboisty. Kamienie chwiały się pod stopami, a podstępne łaty lodu kryły się pod warstewką piasku. Ziemia drżała od ryku toczącej głęboko poniżej swe mroczne wody rzeki Braldu.

Wychudła kobieta o zapadniętych policzkach szła, utykając, a jej ciemne oczy przesłaniała mgiełka bólu. Zatrzymała się i oparła o kruchą skalną ścianę. Sięgnęła do kieszeni po dwie pigułki przeciwbólowe i wsunęła je między spieczone wargi.

Był rok 1982. Wanda Rutkiewicz, wtedy już najsłynniejsza himalaistka na świecie, specjalizowała się we wspinaczkach w zespołach kobiecych. To lato miało należeć do niej. Prowadziła grupę dwunastu kobiet. Wszystkie należały do czołówki taterniczek, wiele z nich było jej wspinaczkowymi partnerkami. Zamierzały wejść na K2 (8611 m), drugi najwyższy szczyt świata. Był tylko jeden problem – Wanda poruszała się o kulach. Rok wcześniej roztrzaskała sobie kość udową w górach Kaukazu. Leczenie szło powoli i nie obyło się bez komplikacji.

Większość ludzi zrezygnowałaby z pomysłu wkuśtykania pod K2 o kulach, ale nie ona. Jak przystało na polską alpinistkę, była niewyobrażalnie zdeterminowana i nieustępliwa. Drugi szczyt świata był jej marzeniem i chciała zobaczyć go choćby z bazy.

Z grymasem bólu na twarzy szła stupięćdziesięciokilometrowym szlakiem, starając się nadążać za innymi. Jej kule chwiały się na ruchomych skałach i gdy balansowała na cienkim jak ołówek szlaku. Godzina za godziną, dzień za dniem. Mieszkańcy wiosek stawali osłupiali, gdy mijała ich ta niezwykle piękna kobieta.

Wanda parła przez dolinę Braldu. Lokalni tragarze, którzy znali ją z wcześniejszych ekspedycji, byli pod takim wrażeniem jej męstwa, że pisali na skałach: „Long live Wanda. Viva Wanda”.

Po kilku dniach doszła do lodowca Baltoro, gdzie szlak stał się trudniejszy. Kamyki i głazy ustąpiły miejsca wielkim piargom.

Gdy kule się rozpadały, wyciągała z bagaży nowe. Na dłoniach miała strzępy skóry z porozrywanych pęcherzy, a pachy były starte do krwi.

Miała jeszcze kilka godzin drogi do bazy, gdy poczuła się skrajnie wyczerpana. Nieświadoma wspaniałości otaczających ją granitowych ścian osunęła się na kamień. Zaczęła masować nogę i cichutko popłakiwać. W tym stanie znaleźli ją idący za ekspedycją polscy wspinacze Jerzy Kukuczka i Wojtek Kurtyka.

Niezniszczalny i potężnie zbudowany Kukuczka nie mógł się powstrzymać – zgarnął ją i zaczął nieść, natomiast Wojtek, szczupły i żylasty, wziął kule. Zmieniając się, przenieśli Wandę do bazy.

Jurek nie miał wysokiego mniemania o kobietach wspinaczach, ale podziwiał Wandę. Wydawało mu się, że postrzegała wspinaczkę jako współzawodnictwo i dlatego wolała wspinać się z kobietami, bowiem to z nimi chciała się porównywać. On, tak jak większość jego kolegów, po prostu chciał się wspinać.

Ale to Wanda miała dobre koneksje i załatwiła zezwolenia na K2, tylko z nią Wojtek i Kukuczka mogli się zabrać. Nie byli jednak zbyt zadowoleni z tego powodu.

Ponieważ Wojtek znał ją lepiej, to on wynegocjował miejsce w jej wyprawie. Obiecał, że nie będą szli tą samą drogą na szczyt co ona. Wiedział, że dla Wandy ważne jest, by jej wyprawa była stuprocentowo kobieca. Bała się, że ich udział będzie postrzegany jako wsparcie. W wersji dla władz pakistańskich obaj mężczyźni towarzyszyli kobiecej wyprawie jako ochrona w państwie muzułmańskim i fotoreporterzy. Takie było życzenie Wandy, które Wojtek akceptował.

W przeciwieństwie do jego bardziej wygadanych wspinających się kolegów ostrożnie ważył słowa. Jako dobry obserwator zwracał uwagę nie tylko na fakty, ale też na niuanse i uczucia.

Trzydziestokilkuletni Wojtek wywodził się z obytego, inteligenckiego środowiska, porozumiewał się w wielu językach i znany był jako wspinacz-filozof. Pochodził ze Skrzynki, małej wioski w zachodniej Polsce. Przed wojną leżała ona na terenie Niemiec. Na wsi, w otoczeniu natury spędził młode lata. Przeprowadzka do zrujnowanego wojną Wrocławia w wieku dziesięciu lat sprawiła, że popadł w dziecięcą depresję.

Studiowanie elektroniki nie polepszyło jego stanu ducha. Wszystko się zmieniło, kiedy zetknął się ze wspinaczką skałkową. Naturalne talenty sprawiły, że zdobył pseudonim „Zwierz”. Wspinaczka stała się dla niego rodzajem nałogu, nie zdawał sobie jednak sprawy z tego, jak bardzo się od niej uzależnił.

W przeciwieństwie do żylastego, dynamicznego niczym sprężyna Wojtka o rok młodszy Jurek Kukuczka był silny, krępy i małomówny. Nie wyróżniał się niczym szczególnym, co najwyżej ciepłym i przyjaznym spojrzeniem. Urodzony w 1948 roku Jurek skończył technikum, a kilka lat później AWF w Katowicach. Pracował w branży górniczej, mocno obecnej w rejonie Katowic.

Jego życiem była jednak wspinaczka. W chwili gdy dotknął skał w wieku siedemnastu lat, poczuł przypływ energii, która popchnęła go w kierunku najwyższych szczytów świata. A tam był nie do zatrzymania.

Jurek, Wojtek i Wanda, legendy wspinaczki. Razem w Pakistanie z tym samym celem – wejść na szczyt uważany za najtrudniejszy z czternastu ośmiotysięczników.

Upór i motywacja sprawiły, że ta trójka znalazła się w gronie najbardziej podziwianych wspinaczy na świecie. Ich pozycja w żadnej mierze nie była dziełem przypadku. Zaczynali skromnie, lecz, jak często bywa w takich sytuacjach, ukształtowało ich dorastanie w brutalnej rzeczywistości kraju zniszczonego przez wojnę i niemiecką okupację oraz późniejszą dominację ZSRR.

Dorastanie w tych trudnych realiach wzmocniło charaktery Wandy, Jurka i Wojtka. Historia zahartowała ich ciała i umysły. Nie byli jedynie wspinaczami – byli polskimi wspinaczami.

***

Losy Polski zostały przypieczętowane cztery lata przed narodzinami Wandy. W roku 1939, tuż przed wybuchem II wojny światowej, naziści podpisali z Sowietami umowę o nieagresji znaną jako pakt Ribbentrop – Mołotow. Układ stanowił, że III Rzesza i ZSRR nie będą się wzajemnie atakować, a wszelkie „problemy” rozwiążą na drodze pokojowej. Pakt miał według Niemców zminimalizować ryzyko prowadzenia przez nich wojny na dwóch frontach. Sytuacji tej chcieli uniknąć za wszelką cenę, mając w pamięci doświadczenia poprzedniej wojny.

Nieagresja wspomniana w nazwie paktu zakrawała na kpinę, gdyż do układu został dołączony tajny protokół zatwierdzający rozbiór Polski i podział tej części Europy między Niemcy i Związek Radziecki. W przypadku ataku z zachodu pakt gwarantował Sowietom strefę buforową. Jego podpisanie sprowadziło na świat lata rozlewu krwi i okropieństw.

Niecałe dwa tygodnie po podpisaniu tajnego protokołu Hitler – wprowadzając w życie podstępny plan – ujawnił swoją obłudną strategię. 31 sierpnia 1939 roku niemieccy żołnierze zaatakowali niemieckojęzyczną rozgłośnię radiową zlokalizowaną w Gliwicach na Górnym Śląsku. Napad upozorowano – co najmniej jeden z podżegaczy nie był żołnierzem, tylko niemieckim kryminalistą, któremu w zamian za udział w akcji obiecano ułaskawienie.

Wypełniwszy misję, został on zamordowany przez prawdziwych żołnierzy SS, którzy zdjęli z niego zakrwawiony niemiecki mundur i przebrali go w uniform Wojska Polskiego. Ciało porzucili tak, aby niemiecka policja mogła je łatwo odnaleźć. Świat obiegła szokująca wiadomość: Polacy przeprowadzili niesprowokowany atak na III Rzeszę.

Odpowiedź wojsk niemieckich była z góry zaplanowana – nastąpił atak samolotów i wojsk lądowych. Po niecałym tygodniu Polska nie była już w stanie bronić swoich granic. Pod koniec drugiego tygodnia wojny Warszawa była okrążona, a przewaga liczebna agresora stała się druzgocąca: sto pięćdziesiąt polskich czołgów rzucono do walki przeciwko dwu tysiącom sześciuset pojazdów wroga, a czterysta polskich samolotów przeciwko dwu tysiącom niemieckich. Polacy jednak nie wpadli w panikę. Wiedzieli, że muszą wytrzymać jedynie kilka tygodni, nim wojska alianckie, które zdążyły już wypowiedzieć wojnę III Rzeszy, rozpoczną ofensywę.

Jednak do żadnej ofensywy niej nie doszło.

Co więcej, 17 września 1939 roku, ku całkowitemu zaskoczeniu Polski i świata, ale zgodnie z ustaleniami tajnego paktu Ribbentrop-Mołotow, Sowieci przekroczyli wschodnią granicę kraju. Polski rząd opuścił Warszawę, zostawiając obronę miasta mieszkańcom. Bronili się przez następne dziesięć dni, było już jednak jasne, że Niemcy i Sowieci działają w zmowie. Nie było już gdzie się schronić. Wojsko Polskie straciło ponad sześćdziesiąt tysięcy żołnierzy, a sto czterdzieści tysięcy zostało rannych. Alianci nie nadeszli. Nie chcieli rozzłościć Sowietów walką w obronie Polski.

III Rzesza i ZSRR przystąpiły do podziału łupów. Sowieci okupowali północno-wschodnią część Polski, Rzesza zaś zajęła zachód kraju, natychmiast wprowadzając tam stan wojenny. Niemcy oznaczyli te tereny jako „obszar pracy”, przewidując jedynie dwie kary za domniemane przewinienia – obóz koncentracyjny lub śmierć.

Obie strony wydawały się nienawidzić Polaków niemal równie silnie, jak nienawidziły Żydów. Jeden z dowódców nazistowskich Heinrich Himmler przemierzał kraj, starając się sklasyfikować, posegregować i ujarzmić ludność. Wieś po wsi zmuszał mieszkańców do rejestracji u nazistowskich władz. Te z kolei wydawały dowody tożsamości, pozwolenia na pracę, a nawet kartki żywnościowe określające zalecane spożycie kalorii na podstawie przynależności rasowej. Obywatel „pierwszej kategorii” – mający pochodzenie niemieckie – otrzymywał przydział w wysokości czterech tysięcy kalorii dziennie. Polskiemu robotnikowi przysługiwało dziewięćset kalorii, a Żydom – zazwyczaj nic.

Oddziały niemieckie wysiedlały Polaków z domów, aby zwolnić miejsce dla nazistowskich oficjeli. Ojciec Wandy Zbigniew Błaszkiewicz mieszkał wówczas w Radomiu, w środkowej części kraju. Pracował jako inżynier w fabryce broni, kiedy pod groźbą osadzenia w więzieniu został zmuszony do ucieczki. Miał jedynie kilka godzin na spakowanie niewielkiego majątku i opuszczenie domu. Chcąc wyjechać możliwie najdalej, przeprowadził się do Płungian w północno-wschodniej Polsce (dzisiaj Litwa). Tam ożenił się z wykształconą miejscową dziewczyną Marią Pietkun. Jej pasją było odczytywanie hieroglifów.

Spięcia między nimi zdarzały się niemal od początku. Zbigniew, obsesyjnie oszczędny i lękający się przyszłości, wyznał w swoim dzienniku, że nie do końca poważa niezależną żonę. Wanda, drugie z czworga ich dzieci, urodziła się 4 lutego 1943 roku w skonfliktowanej rodzinie, w podzielonym państwie.

***

Polaków zastraszali nie tylko Niemcy. Na północnym wschodzie, gdzie mieszkała rodzina Wandy, Sowieci wywozili miejscową ludność do gułagów, w których wykorzystywano ją jako niewolniczą siłę roboczą. W latach 1940–1941 na wschód wyjechały tysiące wagonów pełnych bezpodstawnie skazanych polskich „przestępców”. Przewożono ich tysiące kilometrów w zatłoczonych, zaplombowanych i pozbawionych okien wagonach przeznaczonych dla bydła. Głodowali, tracili zmysły, zamarzali. Zdarzały się nawet akty kanibalizmu. Ci, którzy zmarli w trakcie podróży, byli wyrzucani przez otwory w dachu wagonu. Wywieziono w sumie półtora miliona Polaków. Blisko połowa z nich nie wróciła.

Polacy pamiętali o krzywdach doznanych w ponurych latach okupacji.

W podzielonym między nazistów i Sowietów kraju Polacy byli stopniowo degradowani do roli narodu niewolników. Odcięci od pomocy z zewnątrz nie mogli się bronić. Po 22 czerwca 1941 roku, kiedy Niemcy zaatakowali Związek Radziecki, losy wojny zmieniły bieg. Z niezrozumiałych powodów Sowieci o pomoc poprosili właśnie Polaków. Choć myśl o współpracy była oburzająca, jej nawiązanie uratowało naród polski od całkowitej zagłady. Nie zapobiegło to jednak ogromnym zniszczeniom, gdyż to właśnie na polskiej ziemi stoczono kilka głównych bitew II wojny światowej.

Pomimo wzmożonego zaangażowania w wojnę z ZSRR Niemcy opracowali rozwiązanie sprawy polskiej. Szacowali, że około dwudziestu milionów obywateli powinno zostać przesiedlonych na zachodnią Syberię. Do ponownej germanizacji – ze względu na niemieckie korzenie – nadawało się natomiast około czterech milionów Polaków. Pozostałą część społeczeństwa skazano na eksterminację. Oddziały niemieckie konfiskowały, bez żadnego odszkodowania, prywatną ziemię, fabryki i domy. Polskie tereny stanowiły wymarzoną lokalizację dla obozów o różnym przeznaczeniu – dla domniemanych kryminalistów, deportowanych, wrogów politycznych i rasowych. Umieszczono tam obozy pracy i obozy zagłady. Nazwy miast takich jak Lublin, Chełmno, Treblinka, Sobibór, Bełżec i Oświęcim zawsze już będą się kojarzyć z ludobójstwem. Jednak plan zagłady nie ograniczał się jedynie do tworzenia obozów. W latach 1940–1943 skrupulatnie i metodycznie likwidowano warszawskie getto wraz z jego żydowskimi mieszkańcami.

Podczas sześciu wojennych lat życie straciło ponad sześć milionów Polaków (więcej niż piętnaście procent populacji). Jedynie dziesięć procent zgonów nastąpiło w bezpośrednim wyniku działań wojennych. Pozostałą część stanowili polscy cywile straceni w egzekucjach oraz zmarli w obozach i na ulicach z głodu i chorób. Liczby te są trudne do pojęcia – tak samo jak warunki, w których ludzie walczyli o przetrwanie.

Ci, którzy przeżyli, nadal pozbawieni wsparcia bili się o niepodległość Polski. Powstanie Warszawskie, które zorganizowano w 1944 roku, by odzyskać stolicę, od początku skazane było na klęskę.

Sześćdziesiąt trzy dni zajęło nazistom zburzenie Warszawy, zniszczenie jej historycznego dziedzictwa, szpitali, domów i mostów. Masowe rozstrzeliwania były na porządku dziennym. Zginęło ponad sto pięćdziesiąt tysięcy warszawiaków, a pozostałe pół miliona wywieziono do obozów. Po wyludnieniu miasta oddziały niemieckich saperów wkroczyły do stolicy, paląc i burząc wszystko, co jeszcze nie zostało zrujnowane. Szczególnie przykładano się do niszczenia zabytków, kościołów i archiwów. Wojska niemieckie wzięły sobie do serca słowa Hitlera, że Warszawa powinna „zniknąć z powierzchni ziemi”.

Kilka miesięcy później, na początku 1945 roku, do polskiej stolicy wkroczyli Rosjanie. Szybko wyparli Niemców i zainstalowali w mieście nowe, komunistyczne władze. Kiedy 9 maja 1945 roku zawierano „pokój”, cały kraj znajdował się już pod władzą Sowietów. Polska wyzwoliła się spod niemieckiej okupacji, ale wolność była jedynie pozorna.

Sowieci zawarli wiele umów pozwalających im przesuwać granice. Płungiany, w których na świat przyszła Wanda, zostały wówczas wcielone do Litwy i przemianowane na Plunge. Obywatele polscy, którym udało się ocaleć, byli jak ogłuszeni po sześciu latach rzezi. Nie pamiętali już, jak to jest przechadzać się ulicami i nie bać się, że zostanie się zastrzelonym. Struktura społeczeństwa uległa całkowitej przemianie – zniknęła inteligencja, zniknęli Żydzi. Każdy dzień zacierał ocalałym obraz Polski, którą kiedyś znali i w której żyli.

Pod koniec wojny tereny, na których mieszkała rodzina Wandy, wpadły w ręce sowieckie. W roku 1946 większość majątku rodziny skonfiskowano i stało się jasne, że trzeba uciekać. Rodzice Wandy postanowili zamieszkać u rodziców Zbigniewa w Łańcucie na południowym wschodzie kraju niedaleko granicy z Ukrainą. Raz jeszcze Błaszkiewiczowie spakowali swój niewielki majątek – kilka mebli i trochę ubrań – i wyruszyli w podróż. Nie byli jedynymi uciekinierami. Rozorane drogi wypełniały czołgi, motocykle, załadowane kanistrami benzyny ciężarówki oraz karawany ludzi. Wszyscy zostawili za sobą cierpienie, wyruszając na poszukiwanie nadziei i nowego życia.

W Łańcucie Zbigniew usilnie starał się znaleźć sensowną pracę. Po narodzinach dwojga kolejnych dzieci sześcioosobowa rodzina opuściła rodowe gniazdo i zaczęła szukać nowego domu. Trafili do oddalonego o kilkaset kilometrów na zachód Wrocławia. Spustoszenia wojenne były tam wciąż widoczne – na ulicach leżał gruz, a ściany wielu budynków nosiły ślady artyleryjskiego ognia. Wiatr strącał luźne dachówki, dziurawe szyby łatano tekturą. Niektóre budynki były niemal całkowicie zniszczone. Na tle nieba rysowały się czarne, wypalone kształty. Gruzy jak okiem sięgnąć.

Błaszkiewiczowie zamieszkali w dwupiętrowym częściowo zniszczonym domu. Rury były popękane, szyby wybite, ściany zawilgły, a dach przeciekał. Według miejscowych władz dom był za duży dla sześcioosobowej rodziny, groziło im więc dokwaterowanie. Inteligentny i ekscentryczny Zbigniew nie chciał się na to zgodzić. Nie tylko niczego w domu nie naprawił, ale dokonał też nowych zniszczeń, by odstraszyć potencjalnych lokatorów.

Chaos, w którym pogrążone było mieszkanie Wandy, znajdował odbicie w nieustannej walce o władzę w domu. Zbigniewa cechowały niecierpliwość i zupełny brak zainteresowania rzeczami praktycznymi. Wolał raczej opracowywać wynalazki, uprawiać nietypowe odmiany warzyw w przydomowym ogródku i hodować kozy na parterze domu. Skąpił Marii pieniędzy. Kiedy całkowicie stracił zaufanie do umiejętności żony w zarządzaniu wydatkami, obowiązek planowania rodzinnego budżetu powierzył czteroletniej wówczas Wandzie.

Trudno było zdobyć jedzenie, a przed sklepami stały niekończące się kolejki. Towary luksusowe, takie jak kawa czy czekolada, współczujący krewni z zagranicy przysyłali jedynie na Wielkanoc i Boże Narodzenie. Maria nie radziła sobie z rosnącym stresem, polegała całkowicie na najstarszej córce Wandzie, która sprzątała, obierała warzywa, stała w sklepowych kolejkach i opiekowała się rodzeństwem.

Sprytna Wanda szybko doszła do wniosku, że rozdzielanie zadań między młodszego brata i siostrę jest najlepszym sposobem wypełniania powierzonych jej obowiązków. Potem podobnie postępowała podczas wspinaczki.

– Rządziła bardzo sprawnie – mówił o Wandzie jej brat Michał Błaszkiewicz, wspominając dzieciństwo.

– Raczej bardzo surowo – poprawiła go siostra Nina Fies.

Nawet jako dziecko Wanda nie miała wiele czasu na dziewczęce zabawy. Kiedyś w zrujnowanej części domu znalazła niewiele ustępującą jej wielkością szmacianą lalkę. Zabawce brakowało głowy. Rodzice znaleźli gdzieś głowę lalki z plastiku. Chociaż główka okazała się za mała i szmaciana kukiełka wyglądała z nią absurdalnie, a nawet nieco makabrycznie, to mała dziewczynka, jaka jeszcze tliła się w Wandzie, była bardzo szczęśliwa.

Opieka nad młodszym bratem Michałem nie była dla niej kłopotem, inaczej było jednak z siostrą. Różnica wieku między dziewczynkami była na tyle niewielka, że Nina cały swój czas chciała spędzać z Wandą, czego ta z kolei szczerze nie znosiła.

– Miałam wrażenie, że tracę wolność – twierdziła Wanda. Lata później trudno jej było odnaleźć jakieś miłe wspomnienia z tamtego czasu. – Nie pamiętam chwil, w których łączyłaby nas miłość i akceptacja... Przypominam sobie jedynie przykrości.[1]

Nina tylko uśmiecha się smutno na wspomnienie starszej siostry, którą podziwiała.

Po drugiej stronie ulicy był duży park, wspaniałe miejsce dziecięcych zabaw. Jednak dzieci jeszcze bardziej lubiły włóczyć się po pobliskich ruinach, kruszyć butami wybite szyby i budować domki z kamieni i cegieł. Bawiły się w chowanego i szukały zasypanych w gruzach niewybuchów.

Pewnego wiosennego popołudnia w 1948 roku Wanda z przyjaciółmi i starszym bratem znalazła granat. Wrzucili go do ogniska. Wanda była jedyną dziewczynką w tej grupie – chłopcy postanowili odsunąć ją od tej ekscytującej, zakazanej zabawy i odesłali ją do domu. Zła i zalana łzami opowiedziała matce, co zaszło. Ta wybiegła, by ratować dzieci, ale było już za późno. Miejsce tragedii zasnuwała gruba warstwa pyłu. Zginęli wszyscy, także brat Wandy. Psychiczna rana i świadomość kapryśnej natury śmierci nigdy już Wandy nie opuściły.

– Żyję tylko dlatego, że siedmioletni chłopcy nie lubią się bawić z pięcioletnimi dziewczynkami.[2]

***

Dzieciństwo Wandy było typowe jak na tamte czasy. Życia w Polsce na pewno nie można było nazwać wygodnym. Pierwszy powojenny rząd, Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego (PKWN), chociaż składał się z obywateli polskich, został powołany przez Stalina, którego polecenia skrupulatnie wypełniał. Sowieci stworzyli system inwigilacji do walki ze szpiegami i sabotażystami. „Uwolnili” też posiadaczy ziemskich od ich własnych majątków, parcelując wszystkie prywatne tereny o powierzchni powyżej pięćdziesięciu hektarów na mniejsze działki. Te z kolei rozdzielili między chłopów. Jednak nawet chłopów nie pozostawiono w spokoju – zmuszano ich do oddawania części plonów państwu. A wszystko to w ramach reformy rolnej.

Po wojnie przez trzy lata prowadzono program masowych przesiedleń. Miliony ludzi wyruszyły w drogę. Niektórzy z nich ocaleli z obozów, inni byli powracającymi polskimi uchodźcami. Władza chciała zaludnić ziemie odzyskane na północy i zachodzie.

Szczególnie trudny okazał się rok 1947. Plony były marne, wprowadzono wiele rozporządzeń, które miały opanować rosnące zaniepokojenie społeczne. Usztywniono centralne planowanie. Statystyki gospodarcze objęto tajemnicą państwową, zawieszono wolną debatę publiczną. Do 1948 roku Sowieci skutecznie zaszczepili swój system polityczny nie tylko w Polsce, ale też we wszystkich kontrolowanych przez siebie krajach Europy Wschodniej. Zamknęli granice, zaostrzyli politykę bezpieczeństwa do poziomu z czasów wojny i ponownie wprowadzili pobór do wojska. Opróżnili skarbiec publiczny, wydając wszystkie pieniądze na cele wojskowe. Utworzyli nawet tajne policje na wzór tej działającej w Związku Radzieckim.

Wanda skupiała się na nauce i starała się ignorować otaczające ją szaleństwo. Szybko skończyła szkołę i zdecydowała się studiować na kierunku elektronicznym. Dziedzina ta wydawała się jej przydatna i jednocześnie interesująca. W wieku szesnastu lat została przyjęta na Politechnikę Wrocławską. Kiedy nie miała zajęć, jeździła na motocyklu. Mieszkała z rodziną i dorabiała, udzielając korepetycji z matematyki i fizyki. Chociaż młodzi mężczyźni chętnie odwiedzali Wandę w domu, bardziej niż rówieśnicy interesowali ją profesorowie.

Gdy miała ledwie osiemnaście lat, odkryła całkiem nowy świat, nietknięty okropnościami wojny. Pewnego sobotniego poranka starszy kolega ze studiów Bogdan Jankowski pokazał jej wspinaczkę na skałkach. Pojechali w Góry Sokole pod Jelenią Górę.

– Zaczekaj tutaj – powiedział Bogdan i wskazał Wandzie pieniek u podstawy jednej ze wspinaczkowych dróg. Kiedy był w połowie ściany, usłyszał głośne dyszenie dochodzące z komina tuż obok drogi, po której się wspinał. Spojrzał w dół i dostrzegł Wandę gramolącą się do góry bez asekuracji. Była przestraszona. Bogdan wszedł na szczyt skałki i zawiązał węzeł na linie, której koniec rzucił koleżance.

– Wanda, łap! – krzyknął.

Dziewczyna odrzuciła linę i wgramoliła się sama na czubek skałki.

Wanda wydawała się stworzona do wspinaczki: była lekka, silna i instynktownie wiedziała, jak złapać równowagę w skale. Fotografia, na której zamaszystym krokiem przemierza łąkę u stóp skałek ubrana w uprząż, przedstawia pewną siebie młodą kobietę o błyszczących oczach, żartobliwie prężącą muskuły, z szerokim uśmiechem na twarzy. Podekscytowana pisała w swoim dzienniku, że „pokochała wysiłek fizyczny, świeże powietrze, poczucie wspólnoty i dreszczyk emocji”.

Wróciła tam w następny weekend. Za dnia mierzyła się z coraz trudniejszymi drogami, a noce spędzała w jaskiniach, ogrzewając się płomieniami ogniska i towarzystwem przyjaciół o podobnych zainteresowaniach. Wspinaczka pochłonęła Wandę od pierwszej chwili.

– Wiedziałam, że odciśnie jakieś piętno na moim dalszym życiu – mówiła. [3]

Wielu początkującym wspinaczka wydaje się pierwszym prawdziwym doświadczeniem wolności. Dla introwertycznej Wandy musiało to być szczególnie intensywne przeżycie. Odnalazła środowisko, w którym jej siła i ambicja mogły rozkwitnąć. W kraju zdruzgotanym przez wojnę odkryła krajobraz niezniszczony dotąd przez człowieka.

***

Szczególnie zrujnowane były Katowice i ich okolice. Dorastał tam Jurek Kukuczka. Region ten uległ po wojnie daleko idącym przeobrażeniom. Fundamentem gospodarczego Planu Sześcioletniego przyjętego w 1950 roku był rozwój przemysłu ciężkiego. Katowice zostały jednym z jego głównych centrów. Sowieci zbudowali nawet linię kolejową łączącą miasto bezpośrednio z radziecką granicą. Mieli nią przewozić stal z Huty Katowice. To z tych okolic pochodzi duża społeczność wspinaczy ekstremalnych, którzy na Śląsku znaleźli źródło utrzymania.

Pomimo wdrażania planów ekonomicznych Polacy wciąż byli rozczarowani nowym systemem gospodarczym. Ich pensje nie rosły bez względu na to, jak dużo – lub jak mało – pracowali. Bezsilni wobec systemu wypracowali rodzaj biernego oporu, który niemal doprowadził kraj do gospodarczego zastoju. Drobne przekręty i bumelka przełożyły się na słabą wydajność, niskie standardy i kiepską efektywność. Ludzie oszczędzali siły na „fuchy” i stanie w niekończących się kolejkach po chleb. Ich niechęć do władz pogłębiały niedawne cierpienia: wojna z Niemcami, wojna z ZSRR, fakt, że Polska była polem bitwy między tym krajami, sowieckie panowanie, okupacja. Polacy żywili niewielki szacunek dla niechcianej władzy. Koncentrowali się na własnym przetrwaniu.

A jednak w tej dusznej atmosferze Wanda dostrzegała otwierający się przed nią nowy świat – świat natury, skał, przyjaźni i poczucia wolności, daleki od szarych, brudnych ulic. Szybko zaczęła wyjeżdżać dalej niż na pobliskie skałki. Zasmakowała w wapieniach Jury Krakowsko-Częstochowskiej, w piaskowcach nieopodal granicy z NRD, a wreszcie w Tatrach Wysokich na granicy z ówczesną Czechosłowacją. Góry stały się dla Wandy oazą spokoju. Miała podobne podejście do wspinaczki jak do nauki – liczyła się systematyczność i wytrwałość.

– Wspinaczka działała na nią jak narkotyk, natychmiast weszła jej w krew i całkowicie ją pochłonęła. Wanda nigdy się nawet nad tym nie zastanawiała – mówiła później jej siostra.

Uroda Wandy rosła wprost proporcjonalnie do pewności siebie. Promienny uśmiech olśniewał większość jej wspinaczkowych partnerów.

***

Pierwszy wyjazd w Alpy w 1964 roku zbiegł się z ukończeniem przez Wandę studiów. Miała dwadzieścia jeden lat. Z powodu poważnej infekcji wspinała się wówczas bardzo niewiele. Poznała jednak życzliwego lekarza z Innsbrucka, doktora Helmuta Scharfettera, który nie tylko ją wyleczył, ale także podniósł na duchu, załatwiając jej udział w kursie ratownictwa górskiego. Później wspinał się z nią w Alpach Zillertalskich. Nawet w obszarpanych ubraniach wydała się doktorowi inteligentną, niesamowicie atrakcyjną kobietą. Scharfetter miał odegrać w życiu Wandy istotną rolę.

Wkrótce po jej powrocie do Wrocławia zadzwonił telefon: jakiś esbek zapraszał Wandę na kawę w najlepszej kawiarni w mieście. Alpinistka stawiła się na spotkanie o umówionej porze. Powitało ją dwóch smutnych panów w cywilu, którzy pokazali swoje legitymacje i poprosili, by usiadła. Zamówili gęstą, mocną kawę i spore kawałki szarlotki.

Wyższy uśmiechnął się delikatnie i skomplementował Wandę:

– Jest pani bardzo sławną w Polsce alpinistką.

– Tak, dużo się wspinam. Może jestem znana tu i ówdzie, ale na pewno nie sławna – odpowiedziała ostrożnie.

Drugi esbek, niski i blady, wtrącił między wielkimi kęsami ciasta:

– Wspinaczka jest trudna i niebezpieczna. – Przełknął ślinę. – Musi pani być bardzo silna. I wiele podróżować.

– Tak, podróżuję, aby się wspinać. Muszę to robić, jeśli chcę być prawdziwą alpinistką.

Mężczyźni pochylili się nieco w stronę Wandy, przyglądając się jej badawczo.

– Ostatnio wspinała się pani w Austrii. Jak było? Czy poznała pani jakichś interesujących ludzi?

Odchyliła się w swoim krześle, zyskując nieco przestrzeni.

– Tak, oczywiście. Zawsze poznaję interesujących ludzi. Wspinaczy.

– Jest pani bardzo uprzywilejowaną kobietą. Wyjeżdża pani z Polski i poznaje obcokrajowców. Czy chciałaby pani, aby tak pozostało?

Wanda nareszcie zrozumiała, do czego zmierzają. Chcieli, by zaczęła współpracować z bezpieką. Kiedy agenci składali jej propozycję, Wanda coraz bardziej kipiała ze złości. W końcu uderzyła pięścią w stół i krzyknęła:

– Czego ode mnie chcecie?! Szpiegowania dla Polski? To niemoralne i godne pogardy! Jak w ogóle śmiecie mi to proponować?

Radziecki aparat inwigilacji opierał się na „ochotnikach” – werbowanych tak jak Wanda i wspinacze z jej pokolenia obywateli często wyjeżdżających za granicę.

Ludzie siedzący przy sąsiednich stolikach nadstawili ucha i patrzyli na Wandę, jak krzyczy i gestykuluje z pociemniałymi od gniewu oczami. Tajniacy próbowali ją uspokoić, zapewniali, że to niezobowiązująca pogawędka, nic poważnego. Wyższy strzelił palcami, aby przywołać kelnera. Zapłacił rachunek i przy pomocy drugiego mężczyzny wyprowadził Wandę z kawiarni. Wtedy ich zachowanie uległo zmianie. Ostrzegli, że jeżeli wspomni komukolwiek o rozmowie, może zapomnieć o kolejnych wyjazdach w Alpy czy opuszczaniu Polski w ogóle.

W odróżnieniu od wielu innych osób Wandy nie próbowano ponownie zwerbować. Liczni wspinacze po latach wyjawili jednak, że służby oczekiwały od nich sprawozdań po powrocie z każdej wyprawy. Taka współpraca pomagała w staraniach o paszport przed kolejną ekspedycją.

Służby interesowały się wspinaczami z wielu powodów. Uważały bowiem, że ludzie podróżujący i mieszkający przez dłuższy czas za granicą mogli ulegać „zepsuciu ideologią Zachodu”. Co gorsza, mogli przywlec je ze sobą do Polski. Wymagali zatem uważnej inwigilacji. Bywali też przydatnymi obserwatorami zachodniego świata gromadzącymi ważne informacje o polityce, gospodarce, stylu życia. Co najważniejsze, wspinaczy łatwo dawało się przekupić, oferując im swobodę podróżowania albo grożąc konsekwencjami ewentualnej odmowy – zakazem opuszczania kraju.

Stanowili zatem łatwy cel. Prezesi większości klubów regularnie spotykali się z funkcjonariuszami służb bezpieczeństwa, a w każdym z zespołów działali informatorzy. Niektórzy mówili o tej sytuacji otwarcie. Części z nich pozwalano po spotkaniach z agentami wyjeżdżać z kraju, innym nie. Mało prawdopodobne, aby do któregokolwiek ze znanych taterników albo wspinaczy obieżyświatów nie sięgnęły długie macki służb specjalnych.

***

Podczas swojej czwartej wyprawy w Alpy, w 1967 roku, Wanda po raz pierwszy wspinała się na poważnie. Jej partnerką była Halina Krüger-Syrokomska – wulkan energii zamknięty w ciele małej kobiety, która lubiła rubaszne dowcipy, paliła fajkę i znakomicie się wspinała. Obie alpinistki wybrał i sponsorował Klub Górski. Była to dla nich wyjątkowa okazja. Rok później pojechały do Norwegii. Jako pierwszy w historii zespół żeński miały wspiąć się wschodnim filarem ściany Trollryggen – wysoką na ponad tysiąc metrów, jedną z najdłuższych w Europie skalnych dróg. Stanowiły mocny zespół: Halina była mózgiem, a Wanda – motorem.

Odniosły sukces i wróciły do domu jako minicelebrytki popularniejsze nawet niż ich koledzy dokonujący w Alpach imponujących wejść.

Chociaż ich historia stanowiła przyjemny wyjątek od codzienności polskiego życia, to jednak tymczasowa sława w niewielkim stopniu wpłynęła na poprawę ich losu.

W latach 1961–1968 poziom egzystencji większości społeczeństwa był niewiele wyższy niż w czasie wojny. Jedynie urzędnicy partyjni i dyrektorzy kombinatów pławili się w zbytkach i luksusach. Ich samochody, prywatne wille i zagraniczne podróże doprowadzały do szału walczących o przeżycie za śmiesznie niskie pensje obywateli. Średnie miesięczne wynagrodzenie wynosiło wówczas trzy i pół tysiąca złotych (około trzydziestu pięciu dolarów amerykańskich). Nawet jeżeli Polak miał pozwolenie na wyjazd zagraniczny, to rodzima waluta okazywała się bezużyteczna za granicą. Obywatele PRL byli zatem niewolnikami własnego państwa.

Po wojnie zbudowano, głównie na terenach miejskich, ponad trzy miliony mieszkań w byle jakich blokach z cementu i gipsu w stylu radzieckim, widywanych we wszystkich państwach bloku wschodniego. Wykonano je niedbale i nie wszystkie wyposażono w takie luksusy, jak ubikacja czy centralne ogrzewanie. W niczym nie przypominały wystawnych domów partyjnej elity.

W grudniu 1970 roku rząd podniósł ceny żywności o dwadzieścia procent. Przeliczył się jednak w ocenie własnej siły i wpływów. Kiedy ludzie zaczęli protestować, na ulice wyprowadzono wojsko. Obywatele wściekali się już nie tylko z powodu podwyżki cen – byli rozsierdzeni całym reżimem, w tym także obezwładniającą cenzurą. Partia bowiem nie tylko kontrolowała informacje, ale też sama je tworzyła. Nikt nie dawał się oszukać ogromnym wiecom gromadzącym tysiące wiwatujących „zwolenników” rządu. Partyjna propaganda uwłaczała zwłaszcza wykształconym Polakom.

Długie kolejki, zanieczyszczone powietrze, ciągły niedostatek żywności, niszczejące domy, dręcząca biurokracja i żałosne warunki życia doprowadzały ludzi na skraj załamania. Wielu zaczęło topić swe smutki w alkoholu. Szerzyła się depresja. Ulice wypełniał szary tłum. Królowała apatia.

***

Rodzina Wandy ledwo wiązała koniec z końcem. Nieustannie brakowało im pieniędzy, gdyż próby opatentowania własnych wynalazków przez ojca spełzały na niczym. Stracił on zaufanie do ludzi, na każdym kroku spodziewał się zdrady. Wycofał się do wyimaginowanego świata utraconych szans. Zaczął się uczyć hiszpańskiego i miał nadzieję, że wyjedzie do słonecznej Ameryki Południowej. Wreszcie, głęboko rozczarowany, wyprowadził się z domu. Nina, siostra Wandy, przywołuje te smutne chwile:

– Ojciec bardzo różnił się od matki. Ona nie mogła pozbierać się po tym, jak w czasie wojny wszystko straciła... I teraz nagle mąż zostawił ją w rozsypującym się domu bez środków do życia. Wanda wzięła na siebie rolę męża, ojca, przyjaciela, córki. Była najsilniejsza w całej rodzinie.

Rozstanie nie było łatwe. Rodzice walczyli o majątek. Wanda wkroczyła na scenę jako nowa, nieoficjalna głowa rodziny i za pożyczone pieniądze wykupiła budynek. Dzięki temu matka i dzieci mogły pozostać razem. W życiu Wandy pojawiło się jednak dodatkowe obciążenie – była rozdarta między zobowiązaniami finansowymi a wspinaczką.

I chociaż radziła sobie z problemami finansowymi dość dobrze, to nie pozostały one bez wpływu jej decyzję o zamążpójściu, którą podjęła wiosną 1970 roku. Dobrze wybrała. Wojciech Rutkiewicz był wysokim i przystojnym matematykiem, synem wiceministra zdrowia. Poznali się podczas wspinaczki, którą on również uprawiał. Wprowadzili się na piętro rodzinnego domu Wandy, a później przenieśli do Warszawy, gdzie Wojtek pracował.

Trzy miesiące po ślubie Wanda skorzystała z okazji i wzięła udział w polsko-radzieckiej ekspedycji do Pamiru. Wyprawą mającą państwową aprobatę dowodził znany kierownik Andrzej Zawada. Jej celem był mierzący 7134 metrów Szczyt Lenina, najwyższa z gór, na które Wanda miała dotychczas okazję się wspinać. Dla niej ta wyprawa była prawie jak miesiąc miodowy, tylko że bez Wojciecha.

CZĘŚĆ DRUGA
Polityka wspinaczkowa
A chodzi o to, by wszystko znajdowało oddźwięk w życiu.
Niech Pan żyje teraz pytaniami. Może wówczas pewnego
odległego dnia przeżyje Pan odpowiedź, dochodząc
do niej stopniowo i niepostrzeżenie.
Rainer Maria Rilke, „Listy do młodego poety”
(tłum. Justyna Nowotniak)

Choć alpinizm miał w Polsce długą i barwną tradycję, polskim wspinaczom nigdy nie było łatwo. Już w 1924 roku, gdy kraj odbudowywał się po wojnie z bolszewicką Rosją, Polacy planowali wejścia na Mount Everest i K2.

W latach trzydziestych założyli własny Klub Wysokogórski, który odrodził się zaraz po II wojnie światowej. Jego sytuacja pogorszyła się w roku 1949, kiedy w Polsce zapanował stalinizm. Władze radzieckie co prawda nie zakazały wspinaczki, jednak zmieniły jej naturę. Z indywidualnego doświadczenia – określanego przez Sowietów jako „relikt burżuazyjnego alpinizmu” – stała się wspólnym wysiłkiem wprzęgniętym w machinę propagandową. Pierwszym odczuwalnym efektem tych zmian były surowe ograniczenia w dostępie do Tatr. Patrole graniczne przeszukiwały i przesłuchiwały wspinaczy. Mimo to zbuntowany z natury ludek taternicki chętnie zapuszczał się w zakazane rejony.

Nawet w czasie odwilży za rządów Chruszczowa i Gomułki obowiązywało wspinaczy wiele zakazów. Kiedy tylko w połowie lat pięćdziesiątych żelazna kurtyna zaczęła się delikatnie podnosić, wspinacze podążyli na Zachód, w Alpy. Próbowali dogonić swoich zachodnioeuropejskich kolegów. I mimo koszmarnego niedofinansowania dokonali imponująco wielu trudnych przejść.

Na początku lat sześćdziesiątych zwrócili się w stronę Hindukuszu, wysokich gór, do których łatwo się było dostać, a koszty utrzymania były niskie. Kiedy zgasła nadzieja na prawdziwą demokratyzację Polski, wspinacze szukali leku na szarość codziennego życia w górach poza granicami ojczyzny.

Jak na ironię to właśnie system, który uwięził ich w domu, podarował im później bilet do wolności. Władza ludowa cieszyła się z przynoszących Polsce chwałę międzynarodowych sukcesów i nagradzała wspinaczy pozwoleniami na zagraniczne wyprawy. Tym, którzy wyjeżdżali za granicę, radość wolności mąciła jedynie presja na osiągnięcie sukcesu. To ona, w połączeniu z rzetelnym przygotowaniem, uporem i umiejętnością zachowania spokoju w najtrudniejszych nawet warunkach, a także skłonnością do romantycznego heroizmu, dawała wybitne wyniki.

Wspinaczka stała się rozrywką dostępną dla członków wszystkich warstw społecznych. Polscy wspinacze stworzyli subkulturę. Pisarz Jan Alfred Szczepański, intelektualny przywódca polskich taterników pierwszej połowy XX wieku, pisał, że „wspinaczka nie jest symbolem ani poetycką metaforą życia – jest życiem samym w sobie”.[4]

W owym czasie rozwinął się styl wspinaczki oparty na klasycznych, sprawdzonych metodach. Liczyły się w nim nie tylko umiejętności wspinaczkowe, lecz także znajomość górskiej historii, tradycji, literatury i sztuki. Duchowe centrum tego ruchu nie znajdowało się w klubowym biurze w Warszawie, ale w górskim schronisku nad Morskim Okiem. Tam podczas wieczorów przy świecach kończących długie dnie spędzane w górach rozkwitła tradycja gawędy. Śpiewano i marzono. Tam polscy wspinacze czuli się wolni.

Mówiło się, że życie wspinacza to dobre życie. Zagraniczne wyjazdy, przygody i nielegalny handel rozwijający się wokół wspinaczki przyciągał do klubów coraz więcej chętnych. Kiedy kluby połączyły się w 1974 roku w Polski Związek Alpinizmu, wzrosła biurokracja.

Każdy wspinacz otrzymywał oficjalną kartę, na której wpisywano czas i miejsce zdobycia uprawnień zezwalających na wspinanie latem lub zimą. W ten sposób de facto licencjonowano dostęp do gór. W 1979 roku w Polsce było dwa tysiące czterystu aktywnych taterników. Mnożyły się kluby, także na uniwersytetach, które korzystały z centralnego dofinansowania zajęć sportowych.

Jednym z przełomowych momentów w istnieniu ruchu wspinaczkowego było utworzenie w latach siedemdziesiątych Funduszu Akcji Socjalnej Młodzieży. Dawał on młodym ludziom możliwość zarobienia nisko opodatkowanych pieniędzy na najpilniejsze wydatki, takie jak zakup mebli.

Aby zachować kontrolę nad funduszami, zarobki te musiały przechodzić przez oficjalne kluby. Polski Związek Alpinizmu działał oficjalnie i był tolerowany przez socjalistyczny aparat władzy. Wspinacze to, co zarobili, przekazywali do swoich klubów, przeznaczając pieniądze nie na meble, ale na ekspedycje. Organizacje te stały się mikrospołecznościami wewnątrz społeczeństwa. Ludzie pracowali w klubach i dla klubów. Spędzali razem wolny czas. Trzymali się na uboczu dysfunkcyjnego systemu i porzucili aspiracje zawodowe. Wszystkie niespełnione nadzieje i tłumioną energię przelewali na miłość do gór i przygody. Ich górski azyl stał się czymś więcej niż ucieczką od przykrej rzeczywistości – dawał możliwość samorealizacji i nadawał życiu sens. Wysoko na szczytach orwellowska rzeczywistość nie obowiązywała. Tam wspinacze mogli polegać na wartościach starszych niż te, które obowiązywały w totalitarnym państwie. Im większe sukcesy odnosili alpiniści, tym bardziej skryci się stawali. Rozwijali własną ideologię i sposób literackiego wyrazu.

W zaledwie kilka lat Polska stała się himalajską potęgą, co bardzo podobało się władzom. Rządowa propaganda wykorzystywała sukcesy wspinaczy, a wspinacze wykorzystywali system.

Najlepszym z nich wręczano nagrody i medale. Pozostali cieszyli się z wolności wędrowania po najwspanialszych pasmach górskich świata.

Jednak społeczność wspinaczy musiała stawić czoła dylematom moralnym. Większość z nich była przeciwna reżimowi i we wczesnych latach osiemdziesiątych włączyła się w budowanie struktur rodzącej się „Solidarności”. Walczyli o demokratyzację kraju. Jednocześnie kusiło ich oficjalne wsparcie finansowe, a prawo zmuszało do członkostwa w klubach należących do struktur państwowych. Władze przyglądały się alpinistom, śledziły ich kroki i składały propozycje szpiegowania. Niektórzy na nie przystawali. Wrocławski wspinacz Alek Lwow mówił, że byli „posłuszni wobec oficjalnej propagandy w celu wydojenia władzy, wyssania z reżimu wszelkich możliwych korzyści”.[5] Andrzej Zawada, który znał ówczesną rzeczywistość lepiej niż ktokolwiek inny, bronił takiego postępowania, twierdząc, że właściwie nie było ono gorsze niż zachowanie zachodnich wspinaczy oklejających ubrania szkaradnymi logotypami sponsorów. Niemniej istniało zbiorowe poczucie winy. Wspinacze określali swoją sytuację jako „kąpiel w gnojówce” totalitarnego państwa.

Polscy alpiniści stali przed wyborem: przyjąć rządowe wsparcie albo zrezygnować ze wspinania. Wybrali wspinaczkę. Im więcej się wspinali, tym lepsi się stawali i wprawiali w zachwyt wysokogórski świat.

***

Kiedy Andrzej Zawada zainteresował się wspinaczką, zapisał się do warszawskiego Klubu Wysokogórskiego. Klub powstał jeszcze w latach trzydziestych XX wieku. Odegrał decydującą rolę w zdefiniowaniu i rozwoju polskiego alpinizmu, a jego członkami byli najambitniejsi wspinacze. Oferował kursy na najwyższym poziomie. Działalność organizacyjną prowadzono według bardzo ścisłych reguł. Nowicjuszom nie było wolno wspinać się bez nadzoru, dopóki nie zdali licznych egzaminów.

Postępy czynione przez członków zapisywano w książkach wejść. Dopiero po osiągnięciu pewnego poziomu wykwalifikowany wspinacz mógł wyjechać w Tatry czy nawet Alpy. Jednak pewne rzeczy, na przykład wspinaczka solowa, były zabronione, a przyłapanemu na gorącym uczynku groziło wyrzucenie z klubu. Magazyn „Taternik” w cudacznym akcie autocenzury nie informował o samotnych wejściach na szczyt.

Czasami jednak udawało się wymknąć nawet tak ścisłej kontroli. Chociaż Koło Wrocławskie Klubu Wysokogórskiego działało bardzo prężnie, Wojtek Kurtyka do niego nie należał – przynajmniej nie na początku. Mimo to wspinał się jak opętany, zarówno w Polsce, jak i za granicą, uciekając się do różnych forteli na przejściach granicznych. Klubowe władze były niemile zaskoczone, gdy odkryły, że jeden z najlepszych polskich wspinaczy skałkowych – mający już na koncie pierwsze zimowe przejścia w Tatrach i sukcesy w Alpach – nigdy nie uczestniczył w żadnym kursie przygotowawczym. Jako że Wojtek wspinał się od czasu do czasu pod szyldem klubu i z jego wsparciem, odpowiedzialność za jego zachowanie spadła na kierownictwo. Uczyniono go więc pełnoprawnym członkiem Polskiego Związku Alpinizmu w nadziei, że prawda o nielegalnych początkach jego kariery nie wyjdzie na jaw.

Z kolei postępujący zawsze zgodnie z zasadami Andrzej Zawada szybko stał się ulubieńcem Klubu Wysokogórskiego Warszawa. Ale nawet jego nieposzlakowana opinia doznała uszczerbku, kiedy zimą 1959 roku – wbrew narzuconym regułom – zrobił zimowe przejście całej grani Tatr. Poszukując wspinaczkowych partnerów, rozesłał notatkę o planach wyprawy. Klub udzielił mu wtedy surowej reprymendy, odradzając wyjazd jako zbyt niebezpieczny. Andrzej nie posłuchał. Jego ekipa przemierzyła około siedemdziesięciu pięciu kilometrów trudnej stromej, powietrznej wspinaczki, pokonując około dwudziestu dwóch kilometrów w górę i w dół. Andrzej uważał wyprawę za wielki sukces i ważny sprawdzian swoich umiejętności w warunkach zimowych. Ale według władz klubu było to ewidentne lekceważenie przyjętych zasad. Nie wpisano wyprawy do corocznego oficjalnego wykazu przejść, pozbawiając wspinacza prawa do tytułu do pierwszego przejścia.

Chociaż w następnych latach związek rekomendował wydanie Andrzejowi paszportu na kilka wyjazdów w Alpy, to przed zorganizowaną przez niego ekspedycją w rejon Rakaposzi w pakistańskiej części Karakorum władze nie wydały mu paszportu.

Z determinacją walczył o pozytywną rekomendację klubu, którą w końcu otrzymał. Tajniak chodził za nim krok w krok, więc kiedy Andrzej dostał pozwolenie na poprowadzenie w 1970 roku ekspedycji w rosyjski Pamir, poczuł, że „wydostał się z klatki, jaką była Polska Rzeczpospolita Ludowa”.

Wtedy też zaczęła rosnąć międzynarodowa sława Wandy jako utalentowanej alpinistki, więc klub ją także zaprosił do udziału w wyprawie.

Władze państwowe były przekonane, że sport może przynieść Polsce poważanie i prestiż na arenie międzynarodowej. Wspierały więc tych, których sukces wydawał się najbardziej prawdopodobny. Do tej grupy należeli wspinacze. Część funduszy na wyprawy płynęła z kasy państwa, a część pozyskiwano z instytucji publicznych i wielkich przedsiębiorstw państwowych. Proces pozyskiwania środków odbywał się za pośrednictwem klubowego Funduszu Himalajskiego.

Najlepszych polskich wspinaczy wysyłano za granicę na wyprawy sponsorowane częściowo lub w całości przez państwo. Kierownik ekspedycji wybierał ich spośród członków rekomendowanych przez klubową komisję sportową. Miał dużą władzę.

Była jednak zasadnicza różnica między wsparciem państwa dla alpinistów a pomocą oferowaną innym sportowcom. Piłkarzowi albo siatkarzowi najwyższej klasy zapewniano samochód, mieszkanie, stałe dochody. Dzięki temu cały swój czas mógł poświęcać na treningi. Z alpinistami było inaczej – chociaż ich sukcesy były paliwem dla machiny propagandowej, otrzymywali mniej pieniędzy, niż potrzebowali.

Pomimo poważania, jakim cieszyli się w świecie, własne państwo traktowało ich jako hobbystów czy amatorów. Alpinista musiał być jednocześnie organizatorem, magazynierem, pakowaczem, przewoźnikiem, tłumaczem, dyplomatą, księgowym, a nawet – od czasu do czasu – żebrakiem. Wspinacze zajmowali się właściwie wszystkim poza trenowaniem. Dopiero po wielu miesiącach przygotowań – o ile pogoda pozwalała – wspinali się.

Mimo to otrzymanie finansowego wsparcia z klubu było dla każdego polskiego alpinisty wielkim szczęściem. Dlatego też trudno się dziwić, że zaproszenie Wandy do udziału w pamirskiej ekspedycji zdenerwowało wielu jej utalentowanych kolegów.

Jurek zawzięcie wspinał się w Tatrach, a Wojtek zdobywał uznanie dzięki pierwszym zimowym wejściom i wytyczaniu nowych, coraz trudniejszych dróg.

Szefom związku imponowały jednak bardziej egzotyczne wyprawy i odniesione podczas nich sukcesy. To one zapewniły Rutkiewicz udział w wyprawie kierowanej przez Zawadę.

Wanda nie znała zbyt dobrze pozostałych członków ekspedycji. To było również prawdopodobnie jej pierwsze spotkanie z Andrzejem, który w wieku czterdziestu dwóch lat zdążył już zdobyć sławę w Polsce nie tylko jako wspinacz, ale także jako lider, zręczny dyplomata i czarujący, oszałamiająco przystojny mężczyzna.

Wandę i Andrzeja łączył Wrocław, gdzie oboje studiowali. Oboje pochodzili z różnych środowisk, a i sposób, w jaki dowodzili wyprawami, był różny jak dzień i noc.

Andrzej pochodził z rodziny o długiej, wywodzącej się od hrabiego Antoniego Malczewskiego tradycji arystokratycznej. Malczewski, poeta romantyczny, uznawany niekiedy za prekursora alpinizmu w Polsce, jako pierwszy na świecie wszedł na niższą z Aiguille du Midi, a jako szósty zdobył Mont Blanc. Oba te sukcesy zapisał na swoim koncie już w 1818 roku. Chociaż Andrzej nie miał tytułu hrabiowskiego, był bardzo dumny ze swojego pochodzenia: ojciec Filip był doktorem prawa międzynarodowego, a matka Eleonora pracowała jako tłumaczka z niemieckiego i rosyjskiego. Jednak największy wpływ na Andrzeja miał dziadek Tomasz. Walczył on w polskim wojsku w latach 1918–1919 i, jak później jego wnuk, uwielbiał ryzyko. Filip bardziej skłaniał się ku dyplomacji. Kiedy w 1920 roku zakończył sukcesem negocjacje o kształt polsko-niemieckiej granicy, otrzymał w nagrodę stanowisko konsula. Rodzina wyjechała na placówkę dyplomatyczną do Niemiec. Niedługo później Filip zachorował na gruźlicę i trafił na leczenie do Davos w Szwajcarii. Kuracja jednak nie pomogła i zmarł w 1931 roku, osierocając zaledwie trzyletniego Andrzeja. Eleonora, bojąc się, że dwaj synowie też mogą zachorować, po powrocie do kraju osiedliła się nieopodal Tatr. Zamieszkali w domku w stylu podhalańskim. Podnajmowali gościom pokoje – w ten sposób matka dorabiała do wynagrodzeń z tłumaczeń. Czasami jechali do posiadłości ciotki po stronie niemieckiej, jednak z podróżami tymi zawsze wiązały się liczne problemy. Musieli zdobyć wizy, a gdy już udało im się dostać na miejsce, byli świadkami brutalnego traktowania, jakie spotykało ich rodzinę – prześladowań i najść Gestapo, podczas których gestapowcy niszczyli meble i pomiatali domownikami. W końcu rodzinę wysłano do obozu pracy.

Andrzeja okrucieństwa te w większości omijały – dorastał, chroniąc się w cieniu Tatr. Wędrował po górach, zbierał jagody i grzyby. Podczas wojny dzięki znajomości języków Eleonora dostała pracę w szpitalu, gdzie leczono setki żołnierzy, których płuca ucierpiały od trujących gazów.

Czasem w przytulnym domu Zawadów spotykali się pod osłoną nocy działacze ruchu oporu. Organizowano też kameralne koncerty muzyki Chopina, którego twórczość była na okupowanych przez Niemców ziemiach zakazana.

Chociaż niemiecka okupacja była koszmarem, radzieckie „wyzwolenie” okazało się jeszcze gorsze. Sowieccy żołnierze – ranni, brudni, często pijani – napadali ludzi, kradli żywność. Właśnie wtedy Andrzej nawiązał kontakt z partyzantami. Będąc ciągle uczniem, ukrywał „pod ławką” karabin, a nocą przy łóżku trzymał granaty.

Nic dziwnego, że w wieku siedemnastu lat trafił do więzienia. Słyszał krzyki dochodzące z sąsiednich cel, gdzie torturowano i mordowano jego kolegów. Wszystko, co mógł dla nich zrobić, to zmienić opatrunek. Też był przesłuchiwany przez Sowietów, jednak, prawdopodobnie z uwagi na młody wiek, zwolniono go po miesiącu. Matka natychmiast wywiozła Andrzeja, by mógł ukończyć szkołę średnią. Gdy zaczął studiować geofizykę na uniwersytecie w Warszawie, a potem we Wrocławiu, wstąpił do klubu wspinaczkowego i w weekendy uczył się wspinania. Brał udział w zagranicznych naukowych ekspedycjach geofizycznych, którym zapewniał zaplecze logistyczne i sprzęt. Załatwiał pozwolenia, poznawał pracę w zespole i zaprawiał się w grach dyplomatycznych.

Gdy poznał Wandę, był już idealnie przygotowany do pełnienia funkcji kierownika wyprawy. Dużo podróżował, radził sobie w rozmowach z instytucjami i organizacjami rządowymi. Przewodził też grupom, które znajdowały się w sytuacjach podwyższonego ryzyka. Wanda natomiast zarządzała dotąd głównie rodziną, nadzorując rodzeństwo i robiąc codzienne zakupy. Oboje jednak potrafili się wspinać.

Andrzeja intrygowała ciemnowłosa piękność lawirująca między mężczyznami tworzącymi wielokulturowy zespół ekspedycji w Pamir. Mężczyźni flirtowali i drażnili się z Wandą, zabiegali o jej względy. Na początku bawiło ją, że traktują ją jak księżniczkę, zmieniła jednak front, gdy zobaczyła, że nie chcą jej uznać za pełnoprawnego członka zespołu. Próbowała zyskać wiarygodność, pokonując ich w siłowaniu się na rękę i nosząc cięższe ładunki. Ale w ten sposób jeszcze bardziej zraziła do siebie kolegów. Byli przyzwyczajeni do dziewczyn wspinających się dobrze, jednak nigdy jako pierwsze na linie. A Wanda chciała prowadzić wyprawy i samodzielnie wchodzić na szczyty!

Zdegustowana nastawieniem partnerów uznała ekspedycję za nieudaną. Chociaż weszła na siedmiotysięcznik, przyrzekła, że nigdy więcej nie weźmie udziału w podobnej wyprawie. Wyjazd zabrał jej także miesiąc z ledwie rozpoczętego małżeńskiego życia, dlatego zaraz po powrocie zajęła się poznawaniem swojego męża. Podjęła pracę w Warszawskim Instytucie Maszyn Matematycznych.

W 1972 roku zamierzała ponownie wyruszyć w drogę, tym razem w afgański Hindukusz. Celem wyprawy był prawie siedmioipółtysięczny Noszak, drugi najwyższy szczyt w paśmie i najwyższy w kraju. Drugie w historii wejście na tę górę, położoną w Korytarzu Wachańskim oddzielającym Rosję i Chiny od Indii i Pakistanu, dwanaście lat wcześniej poprowadzili właśnie Polacy. Z powodu wojny i przejęcia przez Sowietów kontroli nad ich ojczyzną Polacy nie liczyli się wówczas w najwyższych górach.

Teraz wracali, chcąc nadrobić stracony czas i zdobyć potrzebne w wysokogórskiej wspinaczce doświadczenie.

Wnioski, jakie Wanda wyciągnęła z wyprawy w Pamir, upewniły ją, że powinna być niezależna i samodzielna. Nie chciała zaakceptować utraty niezależności, z którą wiązało się przyjęcie wsparcia finansowego od klubu. Przekazała zatem część prywatnie zdobytych pieniędzy na klubowy fundusz ekspedycyjny, a po powrocie pokryła z nich koszty związane z wyjazdem.

Jej sponsorem został Julian Godlewski, majętny Polak mieszkający w Szwajcarii. Jako mecenas polskiej kultury ufundował nagrodę w Konkursie Chopinowskim, finansował też kadrę olimpijską. Pasją Godlewskiego była wspinaczka wysokogórska. Dzięki niemu udało się zorganizować wiele wypraw w najwyższe pasma. Mając jego finansowe wsparcie, lider każdej wyprawy mógł udać się do państwowych instytucji: „Od Juliana dostałem już dwadzieścia tysięcy, ile wy możecie dać?”.

Najtrudniejszym zadaniem było zdobycie obcej waluty. Dlatego do udziału w ekspedycjach zapraszano zagranicznych wspinaczy. Wnosili oni dolary, franki czy funty. Aby jak najwięcej kosztów opłacić w złotych, ekipy podróżowały drogą lądową, zabierając ze sobą cały potrzebny sprzęt oraz tyle jedzenia i paliwa, ile się dało. To dlatego Afganistan, do którego można było dostać się lądem, był wówczas jednym z najpopularniejszych celów wypraw. Przynajmniej do czasu radzieckiej inwazji, która w 1979 roku pogrążyła ten kraj w chaosie.

Organizacja ekspedycji była procesem niezwykle złożonym. W sklepach trudno było cokolwiek kupić. Namiotów, śpiworów, spodni i kurtek czy puchowych ubrań lub butów zwyczajnie nie było. Wszystko gromadzono od zera. W jednym miejscu wspinacze mogli kupić materiały, w innym zamki błyskawiczne, wszywane następnie przez matkę lub ciotkę. Szewc w Zakopanem robił im buty, a czekany kuł miejscowy kowal.

– Niewiele brakowało, a musielibyśmy sami skubać kaczki i gęsi, żeby zdobyć puch do kurtek – wspominała Wanda.

Jakby tego było mało, wspinacze na wszystko potrzebowali pozwoleń: jednego na zakup puszkowanego jedzenia, drugiego na czekoladę, a kolejnego, by móc cokolwiek wywieźć z kraju. Organizacja każdej wyprawy wysokogórskiej jest uciążliwa, ale w Polsce wymagała wówczas podwójnego wysiłku. Po wielu miesiącach przygotowań jedenastoosobowa ekipa nareszcie była gotowa, by wyruszyć na Noszak. Drogi ZSRR przemierzali ciężarówką Star A-29, która ledwie mieściła himalaistów i ich sprzęt. Jednym z członków zespołu była Angielka Alison Chadwick, żona polskiego wspinacza Janusza Onyszkiewicza. Ta światowa kobieta intrygowała Wandę. Wydawała się stateczna – wręcz powolna – w ruchach, ale bardzo szybka w myśleniu. Wanda obserwowała, jak Alison radzi sobie z polską ekipą. Angielka pochodziła z kraju, w którym szanowano prawa człowieka, znalazła się jednak w towarzystwie ludzi wywodzących się z zupełnie innej kultury i o całkowicie odmiennej mentalności. Grupa ta oscylowała między pragnieniem demokracji a potrzebą rządów silnej ręki. Chcieli poszanowania praw jednostki, ale z trudem przyjmowali poglądy innych.

– Akceptowała nasze prawo do odmienności i po prostu ją ciekawiliśmy – stwierdziła Wanda.[6]

Wanda i Alison zaczęły rozmawiać o wspinaniu się w wyższych górach. Niewiele kobiet wybierało się wówczas na najwyższe szczyty Himalajów, potrzebowały więc wiary we własne możliwości. Alison i Wanda naradzały się, wspólnie piły herbatę, dzieliły się nie tylko liną, ale także marzeniami. Czy były wystarczająco silne? Czy miały odpowiednie umiejętności? Możliwe, że w czasie ekspedycji kluczowe byłyby zdolności przywódcze. Kobiety musiałyby przecież przezwyciężyć własny strach i słabości, maksymalnie wykorzystać swoje zalety, nauczyć się podejmowania samodzielnych decyzji, ponieważ w górach niezdecydowanie może być śmiertelne. Wanda była jednak pewna, że w parze z Alison może dokonywać rzeczy wielkich.

Polacy nie byli na Noszaku jedyną ekipą. Wspinała się tam też między innymi amerykańska chemiczka Arlene Blum, kierowniczka pierwszej kobiecej udanej wyprawy na Annapurnę.

Polska ekipa odniosła sukces, a cztery kobiety – Ewa Czarniecka, Alison i Wanda oraz Margaret Young z ekipy Arlene – zachwyciły świat wspinaczy wysokogórskich, wchodząc na szczyty w dobrym stylu. Teraz, kiedy osiągnęły już siedem i pół tysiąca metrów, co mogło je powstrzymać przed wyruszeniem na ośmiotysięcznik?

Miejsce z dala od cywilizacji, ekscytująca góra, grupa przyjaciół – to wszystko ułożyło się Wandzie w jedną całość podczas tej wyprawy.

– Fascynowały mnie niebezpieczeństwa wspinaczki, ponieważ pod ich wpływem cieszyłam się i zachwycałam zwykłymi rzeczami, takimi jak powiew wiatru na skórze, zapach rozgrzanej w słońcu skały, nagłe odprężenie czy kubek gorącej herbaty.[7]

***

Podczas gdy Wanda zdobywała w wysokich górach doświadczenie i pewność siebie, Andrzej miał bardziej ambitne plany. Chciał zapewnić polskim wspinaczom poczesne miejsce w historii tej dyscypliny. Rok wcześniej, w 1971 roku, poprowadził pionierską ekspedycję na mierzący 7852 metry Kunjang Czhisz w zachodniej części Karakorum. Teraz, zaledwie kilka miesięcy po powrocie z Afganistanu, w samym środku zimy, prowadził na Noszak kolejną polską ekipę.

Rząd afgański wyraził obawy wobec jego zuchwałego pomysłu. Dlatego też przed wydaniem zgody zażądał zaświadczenia z Klubu Wysokogórskiego, że klub zna plany polskiej ekspedycji i ponosi pełną odpowiedzialność za akcję górską. Z pewnymi trudnościami Andrzej przekonał klub do wydania takiego dokumentu.

Lepiej niż inni rozumiał on doniosłość projektu. Znał historię polskiego himalaizmu i wiedział o jego pechowych początkach. W 1936 roku, kiedy przy Klubie Wysokogórskim stworzono Komitet Himalajski, powstał pomysł ataku na K2. Gdy jednak odmówiono pozwolenia na taką wyprawę, w 1939 roku uwaga wspinaczy skupiła się na Nanda Devi East, niezdobytym, mierzącym 7434 metry szczycie w regionie Garhwal w Indiach. Pomimo złowieszczych ostrzeżeń tragarzy, że bogini zniszczenia odpłaci się, kiedy tylko Polacy postawią stopę na świętym szczycie, zespół skutecznie zaatakował wierzchołek. Kilka lat później nikt ze zdobywców góry już nie żył. Dwóch z nich zginęło w lawinie parę dni po wejściu na szczyt, a kolejnych dwóch zaginęło w tajemniczych okolicznościach po wojnie – jeden w Anglii, drugi w Polsce.[8]

Po wybuchu II wojny światowej wyprawy w Himalaje zamarły. Z powodu radzieckiej dominacji dla Polaków przerwa ta trwała dłużej niż dla wspinaczy z Zachodu. Góry były symbolem wolności – a to właśnie jej Sowieci bali się najbardziej. Kiedy Polaków poniewierał komunistyczny reżim, wspinacze z innych krajów weszli na wszystkie czternaście ośmiotysięczników. Pasmo sukcesów w 1950 roku rozpoczęli od Annapurny Francuzi, a skończyli je Chińczycy, osiągając w 1964 roku szczyt Sziszapangmy.

Polacy wyruszyli do Afganistanu dopiero w 1960 roku. Wyprawa ta zapoczątkowała serię ekspedycji w Hindukusz, podczas których wyszkolono kadrę wspinaczy. Andrzej poczuł, że Polska jest już gotowa, by zająć czołowe miejsce w światowej wspinaczce wysokogórskiej. Zimowe wejście na Noszak mogło się do tego przyczynić.

29 grudnia 1972 roku ekipa Andrzeja zebrała się na warszawskim dworcu z trzema tonami sprzętu. Chociaż wyprawa była jego pomysłem, Zawada wyruszał do Moskwy pełen obaw, że wyznaczony cel może okazać się zbyt ambitny. Z jednej strony zimowa ekspedycja w wysokie góry wydawała się logiczną kontynuacją letnich wspinaczek w Alpach i Tatrach. Jednak z drugiej była krokiem w nieznane – nikt wcześniej nie porwał się na coś podobnego.

W czasie podróży pociągiem Andrzeja dręczyły wizje silnych opadów śniegu, śmiercionośnych lawin i odmrożonych stóp. Gdy telepali się, przemierzając ponure krajobrazy Kazachstanu, Zawada wpatrywał się w ciągnące się po horyzont zamarznięte pola przykryte śnieżną kołdrą. Temperatura spadła do minus trzydziestu stopni Celsjusza. Chwilę odmiany przyniósł wspinaczom Nowy Rok witany gruzińskim szampanem gdzieś w okolicy Orenburga nad rzeką Ural.

Kiedy ekspedycja dotarła pod Noszak, wspinacze odetchnęli z ulgą na widok niewielkiej pokrywy śniegu na zboczach. Było jednak przeraźliwie zimno. W dzień temperatura oscylowała wokół minus dwudziestu pięciu stopni, a nocą spadała o kolejne dziesięć. Słońce świeciło bardzo krótko.

W czasie zimowych burz wszystkim dokuczało przenikliwe zimno – w końcu wycofali się do bazy, aby ulżyć spękanym, zamarzniętym ustom i odmówić modlitwę alpinistów.

Pobłogosław, Boże, naszym górskim trudom,

W zamieci, w deszczu, podczas lawiny.

Wszędzie dostrzegamy Twą moc.

Licząc bezsenne godziny biwakowania,

Abyśmy przetrwali kolejną noc.

Wiszące cienie skalnych świątyń,

Wkrótce oświetli nas promień słońca.

Abyśmy szczęśliwie przetrwali dzień,

Abyśmy mogli z górskiego szczytu dosięgnąć gwiazd.

W połowie lutego Andrzej i jego wspinaczkowy partner, słynący ze swej niezłomności Tadeusz Piotrowski, wspięli się wystarczająco wysoko, by zaatakować szczyt. Jednak w przeddzień ataku temperatura jeszcze spadła, wzmógł się morderczy wiatr. W środku nocy z 12 na 13 lutego Zawada przebudził się z niespokojnej drzemki. Namiot przestał łopotać, panowała upiorna cisza. Andrzej wyszedł – było bezwietrznie. Stał, rozkoszując się ciszą i wpatrując w czarne, rozjaśnione milionami gwiazd niebo. To była ich szansa.

Po kilku godzinach odmrażania butów i gotowania wody na herbatę o jedenastej przed południem przecisnęli się przez rękaw wyjściowy z namiotu. Mieli do przejścia osiemset metrów. Dzień się wlókł. Przystanęli na zaśnieżonym płaskowyżu, by napić się herbaty. Andrzej omal nie zemdlał, gdy zauważył wysuszoną, sczerniałą rękę sterczącą spod śniegu. Należała do jednego z pięciu bułgarskich wspinaczy, którzy zaginęli podczas ostatniej wiosennej wyprawy na Noszak. Widok był jak ponure memento i osłabił ich determinację przed atakiem na szczyt. Słońce skryło się za grzbietem, a temperatura gwałtownie spadła.

Wzeszedł księżyc, oświetlając górę bladym, eterycznym blaskiem. Zdecydowali się kontynuować wspinaczkę. Cel wydawał się na wyciągnięcie ręki, więc przez radio poinformowali bazę, że wejście potrwa jeszcze tylko kilka minut. Kiedy osiągnęli wierzchołek, załamali się, bo do głównego szczytu mieli wciąż ponad kilometr. Było już dobrze po dwudziestej pierwszej, a wiatr zaczął się wzmagać. Na szczyt weszli tuż przed północą. Twarze mieli odrętwiałe od mroźnego wiatru. O czwartej trzydzieści, po siedemnastu godzinach marszu, wrócili do namiotu. Szacowali straty: duże palce u obu stóp Tadka zamarzły na kość. Masował je jak szalony, po czym schował nogi do śpiwora tuż obok zamarzniętych skarpetek. Andrzej natomiast wyszedł z wyprawy bez szwanku.

Odnieśli sukces, choć okupiony uszczerbkiem na zdrowiu: jako pierwsi na świecie wspięli się w zimie na szczyt wyższy niż siedem tysięcy metrów. Teraz nasuwało się pytanie: co dalej? Zawada był młodym i silnym wspinaczem z wielkimi ambicjami. Podejmował ryzyko i radował się płynącym z tego smakiem wolności. Doceniał swobodę, która była w jego życiu jedną z największych wartości.

„Wiatr na policzkach, chłód w zimie i gorąco w lecie, dotyk granitu pod palcami (...) dają mi tak wiele radości”.[9]

Po wejściu na Noszak głowę miał pełną pomysłów. A dlaczego by nie spróbować ośmiotysięcznika?

***

Kiedy Andrzej, pisząc nową historię polskiej wspinaczki wysokogórskiej, rozkoszował się zimowym sukcesem na Noszaku, Wanda wróciła do domu, aby zmierzyć się z kolejną rodzinną tragedią. W ogrodzie znaleziono rozczłonkowane zwłoki jej ojca. Został zamordowany we własnym domu przez lokatorów żądnych paru złotych. Osłupiali Maria, Wanda i Michał towarzyszyli milicji w identyfikacji ciała. Patrząc na zmasakrowane ciało, Wanda wpadła w szał. Przeklinała i przysięgała zemstę za ten bezsensowny akt okrucieństwa. Na koniec trzasnęła bramką i wypadła do ogrodu.

Po tym brutalnym morderstwie Wandę, wciąż rozpamiętującą straszną śmierć starszego brata, opanowały niepokój i paranoja. Przerażali ją nieznajomi, wciąż obawiała się, że i jej może przytrafić się coś okropnego. Wiedziała, że jej strach jest patologiczny i irracjonalny, więc starała się go przezwyciężyć. Zostawała sama w nocy w lesie, zdana tylko na siebie. Jednak mimo wysiłków nie potrafiła zapanować nad lękami. Aby nie słyszeć szelestu liści przypominającego odgłos kroków, chowała głowę w śpiwór.

Poza bratem i ojcem Wanda straciła również kilku wspinaczkowych partnerów z młodości, którzy zginęli w górach. Być może zbyt częsty kontakt z przedwczesną i niespodziewaną śmiercią sprawił, że – podobnie jak inni wspinacze – zamiast poddawać się lękowi, lekceważyła niebezpieczeństwo. W miarę jak mnożyły się zgony, ci, którzy pozostawali przy życiu, zaczynali czuć się nieśmiertelni.

Jednak nawet w chwilach refleksji Wanda przyznawała, że choć jej nałóg „może być drogą do śmierci”, i tak nie byłaby w stanie z nim zerwać. Zaczęła wyznawać niebezpieczną filozofię. Nie tylko odrzuciła te z powszechnie uznawanych wartości, którymi się brzydziła, ale też pogodziła się z tym, że wspinaczka może wymagać najwyższego poświęcenia. Takim nastawieniem przesiąkło całe środowisko polskich wspinaczy, w miarę jak wyznaczali sobie coraz trudniejsze i bardziej niebezpieczne cele. Im bardziej się starali, tym byli lepsi. Ich sukces we wspinaczce rósł proporcjonalnie do ponoszonych strat.