Wydawca: Czarna Owca Kategoria: Kryminał Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 449 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ucieczka - Joanna Opiat-Bojarska

Ucieknij lub zgiń.

Escape room to sposób na zabawę ze znajomymi. Czworo młodych ludzi daje się zamknąć w pokoju pełnym zagadek. Mają dziewięćdziesiąt minut na rozwiązanie ich wszystkich oraz znalezienie wyjścia. Dobra zabawa dość szybko schodzi na dalszy plan. Zaczyna się nerwówka i walka z własnymi lękami.

Policyjny duet: Burzyński i Majewski w bagażniku wbitego w drzewo samochodu dokonuje makabrycznego odkrycia. Kierowca zbiegł, a ustalenie jego tożsamości nie jest takie łatwe, jak by się mogło wydawać. Kiedy przyjmują zawiadomienie o zaginięciu dziewczyny, dają się wciągnąć w niebezpieczną rozgrywkę, w której stawką jest życie.

Tymczasem pod Poznaniem na terenie nielegalnej hodowli zwierząt egzotycznych odnalezione zostają ludzkie kości. Ich identyfikacją zajmie się zabiegana antropolog sądowa Anita Broll.

Joanna Opiat-Bojarska dociekliwa, pomysłowa i bezkompromisowa. Ukończyła ekonomię w Poznaniu, lecz niech nikogo nie zwiedzie jej wykształcenie. Kryminał w wykonaniu ekonomistów święci tryumfy na całym świecie, czego przykładem są powieści Jo Nesbø czy Camilli Läckberg. Wie, jak przekuć porażkę w sukces. Nie boi się niczego – ani tematów tabu, ani najbardziej wymyślnej zbrodni. Opracowała wzór na najlepszy kryminał: realizm, emocje i zwroty akcji. Wzór na Opiat-Bojarską. Uciekinier jest jej trzynastą powieścią.

Opinie o ebooku Ucieczka - Joanna Opiat-Bojarska

Fragment ebooka Ucieczka - Joanna Opiat-Bojarska

1.

– Pamientajcie, po co tu psiśliście.

Długi i wąski korytarz, którym szli, sprawiał wrażenie, jakby był żywcem wyjęty z horroru. Zamiast jego końca widzieli wielką czarną plamę. Słabe jarzeniówki dostarczały co prawda odrobinę światła, ale co kilka sekund gasły, by ponownie się zapalić.

– Wasia kolezianka Anja przyszla do nasz hotel siedem dni ago. Siama, bo jej boyfriend nie móg. Mieli mieć wakacje razem, ale on w ostatniej chwili powiedział: sorry. Anja była miła dziefcina. Widziałem ją kilka razy i rozmawialiśmy. Ale któryś dzień zacieła dziwnie się zachowywać. Dziwnie, bardzo dziwnie.

Dziwna to była sytuacja, w której się znaleźli. Egipcjanin, kaleczący język polski, prowadził ich w głąb korytarza. Uśmiechał się i próbował być miły, ale nie budził ich zaufania.

Wyglądał jak diabeł. Miał kruczoczarne, kręcone włosy i przeraźliwie ciemne oczy. Nie piwne, nie brązowe. Czarne. Smoliście czarne. Otoczone czarnymi gęstymi rzęsami. Białka odznaczały się na tle ciemnej twarzy i podkreślały dodatkowo głębię niepokojącego spojrzenia.

– Teraz jej nie ma. Znikneła. Ale! Mówiliście mi, że dzwoniła do was z hotel dzień przed zniknienciem. Prosiła was o help. Mówiła, zie coś złego się tu robi i zie siem boi. Boi siem, zie nie wróci do domu. Nie wróci do Polska żywa. Prosiliście mnie długo, bardzo długo, ziebym wam pomóg. Dobzie. Złamie wsiśkie zasady i wpuście was do jej pokój. Od ciasu jej zaginiencia stoi zamknienty, bo tak kazała police. Oni tu wrócom, te policjanty, dokładnie za godzinem i pół. Dobzie. Jeśteśmy na miejsce. – Egipcjanin zatrzymał się przed drzwiami z numerem sto dwadzieścia siedem. – Witajcie w Egipt. Pamientajcie, macie tylko dziewieńdziesiont minute. Jak policjanty was zobaczom, pójdziecie do wienzienie. Aha, i gdyby ktoś pytał, to nigdy siem nie widzieliśmy. Nie znamy siem. Nie wiem, jak tu weśliście.

Chłopak wyjął z kieszeni spodni plastikową kartę i przyłożył ją do czytnika znajdującego się przy klamce. Czerwona dioda zgasła. Zamiast niej zapaliła się zielona. Energicznie nacisnął klamkę i pchnął drzwi, które łatwo ustąpiły.

Oczom czwórki znajomych ukazało się ciemne pomieszczenie.

– Wchoćcie, wchoćcie, nie ma ciasu do stracenie. – Przewodnik ponaglał ich gestem ręki.

Weszli do środka gęsiego. W momencie kiedy ostatnia osoba przekroczyła próg, drzwi się zatrzasnęły.

– Czemu tu jest tak ciemno? – odezwał się Piotr.

– Czemu tak ciemno? Bo nikt jeszcze nie włączył światła – burknął pod nosem Michał.

– No właśnie, słuchajcie, musimy odnaleźć włącznik światła. Obmacajmy wszystkie ściany. Gdzieś musi być.

– A jak nie będzie? Jesssu, Martyna! Wiesz przecież, że mam awersję do ciemności. Nie wytrzymam tu półtorej godziny.

– Agata, wyluzuj. Jak nie lampa, to na pewno gdzieś jest schowana jakaś latarka.

– Coś mi tu nie pasuje. – Piotr nie dawał za wygraną. – Co to za pokój hotelowy, w którym nie ma okna?

– Mam, mam włącznik! Nie działa.

– Jak nie działa? Musi.

Piotr po omacku udał się w stronę głosu Agaty.

– Gdzie jest?

Wyciągnął ręce przed siebie, ale zamiast na ścianę trafił na dziewczynę. Odskoczyła przerażona, po chwili jednak wróciła na poprzednie miejsce, złapała jego ręce i naprowadziła je na włącznik. Obmacał go oraz ścianę obok.

– Rzeczywiście, nie działa. Ale tu jest coś jeszcze. Podobne do włącznika, ale z taką szparą od góry.

– To pewnie na kartę. – Martyna odezwała się zaraz za jego plecami. – No wiecie, jak to w hotelu. Ten facet przyłożył kartę do drzwi, żeby je otworzyć. Skoro karta otwiera drzwi, to podejrzewam, że jest potrzebna również do tego, by popłynął prąd…

– Ale skurwiel nie dał nam karty. – Głos Michała wydawał się spokojny. – No chyba że dał?

– Mnie nie.

– Mnie też nie.

– Ani mnie.

– No to jesteśmy w czarnej dupie!

* * *

– Halo? Halo? Halo! Leon jesteś tam?

Leon uświadomił sobie, że słyszy znajomy głos, ale nic nie widzi. Przez chwilę kręcił głową, aż w końcu zorientował się, że ma zamknięte oczy. Kiedy je otworzył, zauważył pękniętą szybę.

– Halo? Leon, Leon! Odezwij się, Leon!

Zidentyfikował kobiecy głos i pomyślał, że w końcu wszystko pierdolnęło. Kaśka się dowiedziała i rozbiła szklaną bańkę, w której żyli. Dopiero po chwili zauważył, że za szybą znajduje się pień. Olbrzymi pień wystający znad złożonej w harmonijkę karoserii. A za nim inne drzewa, droga i ściana deszczu.

– Leon? Leon?

– Jestem – wydał z siebie ochrypnięty głos.

Przełknął ślinę i rozejrzał się dookoła. Na siedzeniu pasażera leżał jego plecak. Na pewno go tu nie kładł. Znał kokpit, fotele, kierownicę i tylne siedzenie, na które zwykle zrzucał swoje rzeczy. Był w samochodzie. Sam. Spojrzał kontrolnie na swoje ręce, nogi i brzuch. Nie zauważył żadnych niepokojących śladów krwi czy przemieszczeń kości. Bolała go jedynie głowa.

– Leon?

– Czego?

– Coś się stało?

Sam chciałby wiedzieć. Pamiętał, że oderwał wzrok od ulicy tylko na sekundę. Telefon sygnalizował drugie połączenie przychodzące. Chciał zerknąć na wyświetlacz telefonu, by zdecydować, czy olać Kaśkę czy dobijającego się. Reszta musiała się potoczyć sama. Niezamierzona zmiana toru jazdy, gwałtowne hamowanie i pobocze z agresywnym drzewem. Zwykle jadąc podrzędnymi drogami, zastanawiał się, co za debil wymyślił, żeby zaraz przy ulicy sadzić drzewa. Gdyby drzewo go nie zaatakowało, opuściłby asfalt i wylądował na polu. Pobrudziłby się trochę i może miałby problem z wyjechaniem z mokradła, ale ostatecznie dzisiejsze zdarzenie mógłby zostawić dla siebie. Nikt nie musiałby o nim wiedzieć.

Wziął głęboki oddech i poczuł kłucie w klatce piersiowej. „To od uderzenia w kierownicę” – pomyślał i otworzył drzwi.

Postawił nogi na trawie. Przeniósł na nie środek ciężkości. Wyprostował się. Trzy wdechy i wydechy oraz sączący się z nieba deszcz pozwoliły mu poczuć, że odzyskał kontrolę nad sytuacją.

– Leon? – Kaśka nie dawała o sobie zapomnieć.

– Zadzwonię później…

– Nie, poczekaj. Co to był za hałas? Coś się stało. Wiem to. Czuję. Coś się stało!

– Zadzwonię – odpowiedział, wstrzymując w sobie wszystkie emocje.

Szczerze nienawidził jej beznadziejnego „wiem to, czuję to, powiedz mi”. Rozłączył się, dzięki czemu mógł przestać hamować wybuch złości.

Samochód z zewnątrz wyglądał źle. Oprócz pękniętej szyby miał zgniecioną maskę, oderwany i zdeformowany zderzak i uszkodzoną lampę. Dalsza jazda była niemożliwa.

Leon nawet nie chciał myśleć, ile będzie kosztowała naprawa. Odblokował telefon i zaczął się zastanawiać, czy najpierw wybrać numer pomocy drogowej czy szefa. Oba warianty wydawały mu się złe. Najchętniej cofnąłby czas i nie spoglądał na ten pieprzony telefon.

Odłożył decyzję na później, schował telefon do kieszeni spodni i podszedł do bagażnika. Kiedy blokada ustąpiła, a klapa podeszła do góry, spojrzał do środka.

– O, kurwa – jęknął, kiedy jego wzrok padł na bladą ludzką dłoń wystającą z dużego worka na śmieci.

* * *

– Znowu pada? – Michał snuł się po mieszkaniu w piżamie, głośno wyrażając niezadowolenie z pogody. – Nie wiedziałem, że dożyję czasów, kiedy w Polsce zapanuje pora deszczowa.

Anita uśmiechnęła się pod nosem. „Dożyję” brzmiało w ustach Michała dość zabawnie. Ją i Michała dzieliło dziewięć lat, a ponadto – tysiące przeżytych dni, zebrane doświadczenia, zużyte stawy i ilość istoty gąbczastej w kościach długich. Był od niej młodszy, ale czasem pozwalał jej się czuć młodziej. Zachęcał do spontanicznych zachowań, przypominał, że można się cieszyć z małych rzeczy, i kusił seksem w najmniej odpowiednich momentach.

Zdarzały się jednak dni, podczas których różnica wieku działała na niekorzyść. Anita sama nie wiedziała, czy jej czy jego. Czy to ona zachowywała się zbyt dorośle? Czy może on zbyt dziecinnie? Wydawało się jej wtedy, że widzi w nim nie swojego partnera, lecz kolegę swojej córki.

Michał mówił coś jeszcze, ale Anita już nie słuchała. Siedziała przy biurku i starała się skupić na pracy.

– Co masz?

Nagi zajrzał do pokoju, w którym siedziała. Od tygodnia mieli wolną chatę, bo córka Anity wyjechała na kurs językowy do Paryża. Mężczyzna korzystał ze swobody i z dumą obnosił się ze swoją męskością.

– Pracę – odpowiedziała, nie odrywając wzroku od komputera.

Taka reakcja zadziałała na niego odpychająco. Obrócił się na pięcie i wyszedł. Zaczął hałasować w kuchni, a ona, upewniwszy się, że jest w pokoju sama, uruchomiła po raz kolejny filmik. Męskie owłosione pośladki, ugięte nogi i ręce skrępowane z tyłu. Tak wyglądał mężczyzna leżący na podłodze. Oprócz niego w pomieszczeniu musiały być jeszcze dwie osoby. Jedna, trzymająca komórkę, oraz druga, częściowo widoczna na filmie.

Anita zatrzymała obraz w chwili, w której napastnik wpycha w odbyt ofiary wibrator. Dłoń, która go trzymała, była masywna i owłosiona, z krótkimi palcami i wyraźnie zaznaczonymi kostkami. Na przedramieniu widać było fragment tatuażu, trudny w tej chwili do zidentyfikowania. Ciemne, potargane krawędzie sprawiały wrażenie, jakby były częścią napisu graffiti.

Nabrzmiałe żyły wystawały ponad poziom skóry i to była bardzo dobra wiadomość dla Anity. Otrzymała film od policji, a jej zadaniem jako antropologa sądowego było przejrzenie materiału pod kątem biometrycznym.

– Kochanie… – Michał pojawił się nagle za jej plecami.

– No? – spytała, choć dobrze wiedziała, o co mu chodzi.

Objął ją od tyłu i zaczął całować po szyi, mrucząc:

– Skoro do wyjścia masz jeszcze ze trzy… no dobra, pięć minut, to może wykorzystamy je w jakiś bardziej ekscytujący sposób niż oglądanie filmów z golasem w roli głównej?

* * *

Wacław Kuchciński zmierzał w stronę sąsiadującego z Nidomiem Kosmowa powoli i ostrożnie, bo padający przez całą noc deszcz sprawił, że asfalt stał się wyjątkowo śliski. Jesienią rower nie był najlepszym środkiem transportu, ale jakoś musiał dotrzeć do gospodarstwa kuzyna, w którym miał dziś pomagać. Grażynka wzięła auto, żeby pojechać do przychodni. Nie zamierzał na nią czekać. Deszcz przestał padać, więc zdecydował się wybrać niezależność.

Zawzięcie pedałował, walcząc z wiatrem. Zerkał to pod nogi, to na drogę. Po wjechaniu w aleję lipową zauważył, że w znajomym krajobrazie coś nie gra. Niebieskie punto stało na poboczu, bardzo blisko drzewa. Nigdzie jednak nie było widać żadnego człowieka.

Powoli podjechał bliżej. Gdyby to był samochód mieszkańca jego wsi, na pewno śpieszyłby z pomocą. Swój swojemu pomóc musi, zawsze i wszędzie – powtarzał przy każdej okazji. Ale niebieskiego auta na jarocińskich blachach nigdy wcześniej tu nie widział. A każdy obcy mógł być intruzem. Mógł przynosić złe wiadomości albo chcieć kupić kawałek pola i zamieniać wieś w osiedle dla lalek Barbie.

Zatrzymał rower nieopodal samochodu. Rozejrzał się, czy aby nikt nie jedzie, i spokojnie, bez pośpiechu podszedł do auta.

Wygięta maska świadczyła o tym, że kierowca wjechał w drzewo z niemałą prędkością. Kierowca! Wacławowi przypomniało się, że ktoś musiał siedzieć za kierownicą. Obcy, nie obcy, ale jednak bliźni, czyli ktoś, komu należało okazać miłosierdzie. Jak by się wytłumaczył księdzu podczas spowiedzi? Że nie udzielił pomocy, bo to obcy był? Nie!

– Halo? Panie szeryfie, jest wypadek. No tu na trasie do… Gdzie dokładnie? No, panie, dokładnie to tu, gdzie stoję, jak dojedziesz pan, to zobaczysz. Niebieska maszyna wbita w drzewo. Kierowca? Nie, nie ma tu nikogo. Może wyczołgał się i gdzieś leży? Rozejrzę się. Dobrze, jak co, to pana powiadomię. Tak, zapamiętam, najpierw pana, a potem karetkę.

* * *

To był najlepszy dzień w życiu starszego sierżanta Pawełka. Telefon o wypadku na trasie oderwał go od codziennych i nudnych czynności zawodowych.

Od dziecka marzył o tym, żeby być policjantem. Skończył odpowiednią szkołę, nauczył się strzelać, szybko biegać i panować nad nerwami. W swojej ocenie był gotowy do spotkań z prawdziwymi zbirami, groźnymi przestępcami i ofiarami seryjnych morderców. Życie jednak sprawiło, że utknął na komisariacie w Czerniejewie, gminie mającej niewiele ponad siedem tysięcy mieszkańców. Teren obejmujący sto dwanaście kilometrów kwadratowych podzielony był między dwóch dzielnicowych. Jemu przypadła część, w której przeważają lasy, tak więc nie miał problemu z kojarzeniem nazwisk większości mieszkańców „dzielnicy”, którą się opiekował.

Największą sprawą, którą do tej pory prowadził, była kradzież z kościoła w Czerniejewie. Ksiądz zgłosił włamanie. Sierżant Pawełek przyjął zawiadomienie, uruchomił machinę śledczą i odnalazł sprawców. Purpurowy dywan, bo to on był zrabowanym mieniem, wrócił na miejsce, a Pawełek miał powód do dumy. Co prawda wolałby złapać złodzieja, który ukradł insygnia Świętego Wojciecha z katedry gnieźnieńskiej albo pokaźną kolekcję dzieł sztuki z prywatnego domu, ale rozumiał, że miejsce, w którym się znajduje, warunkuje jego sukcesy. O dzieła sztuki w Czerniejewie było raczej trudno.

– O której godzinie tu przybyliście, panie Kuchciński? – Stał teraz przy opuszczonym samochodzie wbitym w drzewo i odpytywał Wacława z Nidomia, wioski liczącej trochę ponad stu mieszkańców.

– Nie patrzyłem na zegarek, pan szeryf rozumie. Jechałem rowerem, zobaczyłem to auto, przyspieszyłem, bo pomyślałem, że może ktoś umiera, ktoś się zaklinował w aucie i trzeba będzie go wyjąć, zanim wybuchnie… A z tym przyspieszaniem ostatnio u mnie krucho. Boli mnie kolano. Lewe.

– To o której wyjechał pan z domu?

– Zaraz po Grażynce, pewnie jakoś po dziewiątej.

– Podjechał pan do samochodu i co?

– Panie szeryfie, od razu żem do pana dzwonił. Tak jak pan zawsze mówi, że takich informacji nie zostawia się dla siebie.

– I bardzo dobrze. Spełnił pan swój obywatelski obowiązek. Kierowcy nie było?

– Nie. Rozejrzałem się. Ani śladu.

– Chodził pan wokół samochodu? – Pawełek zerknął na ubłocone buty rolnika i właściwie nie musiał czekać na odpowiedź.

– Chodził. Ale to jakoś dziwne, nie? Samochód bez kierowcy?

Pawełek zostawił zadumanego mężczyznę na poboczu i zajrzał do środka samochodu. Był pusty. Otworzył więc schowek po stronie pasażera, a później opuścił osłonę przeciwsłoneczną znajdującą się przy kierowcy. Niektórzy rolnicy wozili zatknięty w niej dowód rejestracyjny.

– I co?

Kuchciński chyba oczekiwał cudów. Pawełek dopiero zjawił się na miejscu.

– Proszę nie utrudniać śledztwa. Proszę się odsunąć. – Pchnął mężczyznę, wychodząc z samochodu.

Ostatnim miejscem, w którym miał nadzieję odnaleźć coś, co ułatwi identyfikację kierującego autem, był bagażnik. Biznesmeni wkładali tam zwykle swoje teczki. Co prawda auto nie wyglądało na wypasione, ale właścicielem mógł być przecież jakiś początkujący przedsiębiorca. Otworzył bagażnik i wydusił z siebie soczyste przekleństwo.

– Co jest? – Kuchciński był gotowy, by do niego doskoczyć.

Pawełek zareagował jednak jak prawdziwy szeryf. Przymknął bagażnik i zlustrował mężczyznę groźnym wzrokiem.

– Mówiłem, żeby nie utrudniać?

– A co ja będę utrudniał? Tylko zajrzę.

– Pan przejdzie za linię.

– Jaką linię?

– Tam. – Sierżant wskazał miejsce, gdzie leżał porzucony rower. – Tam pan czeka. No chyba że zamiast do kuzyna woli pan na komisariat jechać. W kajdankach.

Groźba zadziałała. Mężczyzna odszedł, a Pawełek ponownie otworzył bagażnik. Ciało kobiety szczelnie wypełniało czarny worek. Przez chwilę przyglądał się znalezisku, a później dotknął palcem wskazującym wystającej z worka dłoni. Była jakby wilgotna i zimna. Skóra nie uginała się pod naciskiem palca, więc złapał ją całą ręką. Okazała się lodowata i twarda jak kamień. Pomyślał, że ktoś chyba zamroził ofiarę.

– Cholera – jęknął.

Najlepszy dzień w jego życiu właśnie dobiegł końca. Procedury w takich przypadkach były bezlitosne. Ledwo poczuł zapach prawdziwego trupa, a już musiał oddać go innym.

– Szefie? – Pawełek wrócił do radiowozu i wybrał numer przełożonego. – Mamy zamrożone ciało w samochodzie rozbitym na trasie do Kosmowa. Kierowcy brak. Świadków brak – relacjonował, szukając jednocześnie w schowku jednorazowych rękawiczek.

Kiedy pojawią się tu kryminalni z Poznania, powinien przyjąć ich w rękawiczkach, żeby nie pomyśleli sobie, że obmacywał auto, zostawiając na nim swoje paluchy.

* * *

– Czego się tak szczerzysz, Młody?

– Ja?

– A kto?

– Kuźwa, Burza, przecież ja nawet się nie uśmiecham.

Aspirant Michał Majewski rozłożył ręce w geście bezradności. Co prawda przyzwyczaił się do tego, że partner nie szczędził mu krytycznych uwag, ale ostatnio, po tym jak podkomisarz Burzyński zaliczył awans, stał się jeszcze bardziej złośliwy. Ewidentnie łysiejący blondyn z szarą twarzą nie przeżywał właśnie najlepszego okresu w swoim życiu. Nie gadali o kobietach, być może dlatego, że dzieliła ich spora różnica doświadczeń, a może dlatego, że Młody związał się z byłą żoną Burzy. Młody jednak czuł, że to nie tam leży problem.

– Znamy się wystarczająco długo, żeby to zauważyć. Szczerzysz się do wewnątrz.

– No tak, bo zobacz. Deszcz znowu pada. W kapturze wyglądasz jak… nie no, nie będę się silił na porównania, i tak ich nie skumasz. Ale widzisz tego, kuźwa, wioskowego policjanta? Ma minę, jakbyśmy właśnie odebrali mu ulubiony samochodzik, którym się bawił.

– Młody, proszę cię. Zróbmy co trzeba i wróćmy do firmy.

Burzyński jak zwykle szedł po linii najmniejszego oporu. Był człowiekiem przepełnionym przytłaczającym poczuciem odpowiedzialności. Młody z trudem tolerował jego brak ekscytacji tym, co może przynieść przyszłość.

W gruncie rzeczy chyba bał się, że najdalej za kilkanaście lat skończy podobnie. Będzie wiódł nudne i schematyczne życie, w którym nic już nie cieszy, nie porywa, nie podnieca. Cokolwiek się robi, robi się po to, by odfajkować kolejny obowiązek na przydługiej liście: POWINIEN/MUSI.

– Kuźwa, Burza, zobacz, przecież to zagadkowa sprawa. – Majewski się nie poddawał. Mimo że widział wiele aut zatrzymanych przymusowo na drzewach czy barierkach, ten przypadek budził w nim lawinę skojarzeń. – Rozwalony samochód z ciałem w bagażniku. Kto go prowadził? Może mafia szmuglująca kobiety przez granicę? Chcieli pozbyć się ciała? Pokłócili się w trakcie jazdy, zaczęli się szarpać…

– Gdzie granica, a gdzie Czerniejewo? – Burzyński popukał się w głowę. – Nie wymyślaj, Młody. Jak tylko dojadą technicy, zwijamy się. Nie mamy tu nic więcej do roboty.

– No ale pomyśl, to mogłaby być rozwojowa sprawa!

– Krótkie ślady hamowania, nie widać poszkodowanych. Zakręt. Obstawiam, że kierowca zajął się czymś innym niż kontrola drogi i kierownicy. Stracił panowanie nad autem. Zbiegł, bo… trudno byłoby mu się wytłumaczyć z zawartości bagażnika.

Burzyński zdjął rękawiczki, otarł z twarzy krople deszczu i odszedł na bok. Majewski wpatrywał się przez dłuższą chwilę w odmarzające powoli ciało kobiety, a w końcu zamknął bagażnik i zawołał w stronę miejscowego policjanta:

– Halo!

– Tak? Pomóc w czymś? – Starszy sierżant podbiegł i patrzył na niego z nadzieją, że do czegoś się przyda.

– Jest pan pewien, że to nie jest auto z waszego rejonu?

– Nie, na pewno nie. Przecież blachy nie nasze…

Młody spojrzał na rejestrację, a potem wzruszył obojętnie ramionami.

– Przecież widzę, że PJA, ale to, że auto zarejestrowane w Jarocinie, wcale nie oznacza, że nie może nim jeździć mieszkaniec jakiejś tutejszej pipidówy.

– Panie aspirancie Majewski, spróbuję popytać jeszcze wśród mieszkańców okolicznych wiosek, ale facet, który znalazł auto i nas o nim zawiadomił, to miejscowy z dziada pradziada i on mówił, że nigdy wcześniej nie widział tu tego samochodu.

Na poboczu zaparkowało właśnie ciemne auto, z którego wysiedli policyjni technicy.

– Młody, zbieramy się! – usłyszał za plecami Majewski.

Znudzony Burzyński przywitał się z technikami i od razu pożegnał, po czym skierował kroki w stronę czerwonej giulietty.

– Młody, dalej!

– Już idę – odkrzyknął i zanim dobiegł do swojego samochodu, poinstruował Pawełka: – Niech pan podpyta i da znać. Szukamy raczej kogoś mocno nierozgarniętego. Trzeba być debilem, żeby zostawić samochód i uciec.

– Moknę… – Mina Burzyńskiego zdradzała niezadowolenie.

– Widzę. Otrzep buty, zanim wejdziesz… Mamy tablice rejestracyjne, znajdziemy właściciela, zanim zdąży wypić pierwsze piwo. Założę się, że puści śpiewkę, że dziś to się nie ruszał z domu i ktoś musiał mu ukraść auto.

– Ta, i że nie zna kobiety z bagażnika. Nawet jeśli udowodnimy mu, że to jego żona.

– Żona, nie żona. Najwyraźniej to zła kobieta była, skoro wylądowała w bagażniku.

– Pewnie była zimna jak lód, kiedy się do niej przytulał.

– I zamiast ją rozgrzać, schował ją do zamrażarki.

* * *

Anita skupiona była na robieniu zdjęć twarzy NN mężczyzny, którego ciało leżało na stole sekcyjnym.

– Odsłonisz mi jego zęby?

Patolog Krystian Romanowski zrobił, o co go prosiła. Wykadrowała i przycisnęła spust migawki. Starała się nie oceniać stanu uzębienia, nie koncentrować się na szczegółach: symetrii łuków zębowych, kształcie jedynek czy osadzie pokrywającym szpary międzyzębowe. Wiedziała, że na to przyjdzie jeszcze czas. Teraz zabezpieczali materiały pod kątem identyfikacji w zakresie tkanek miękkich.

Zdjęcia odsłoniętych zębów w zgryzie mogły pomóc w momencie, w którym policja wytypuje nazwisko i imię denata oraz dostarczy fotografie zrobione za życia. Porównanie tych, na których się uśmiechał, z tymi, które zrobili dziś, mogło przynieść odpowiedzi na kilka ważnych pytań.

– Ukruszona korona, górna lewa dwójka, widzisz? – Pewnych rzeczy nie mogła nie zauważyć.

Romanowski otworzył usta, by coś powiedzieć, ale nie zdążył wydać z siebie ani jednego dźwięku. Drzwi do gabinetu, w którym pracowali, otworzyły się z hukiem, a w środku pojawił się Majewski. Bez pukania, ale za to z bezczelnym uśmiechem z rodzaju „też się cieszę, że was widzę”.

– Dobry, badacie już świeżą dostawę? – spytał, wymownie zerkając w stronę stołu.

Anita się spięła. Tyle razy prosiła go, by zachowywał pozory, kiedy się spotykają na gruncie zawodowym. Nie lubiła mieszania życia prywatnego z pracą. W zakładzie medycyny sądowej była antropologiem bez płci, w domu – kobietą. Obawiała się, że nierozdzielanie tych funkcji szybko doprowadzi do rozniesienia się plotki o tym, że sypia z Młodym, a wtedy współpracujący z nią policjanci przestaną w niej widzieć dobrego specjalistę, a zaczną traktować ją jak obiekt seksualny. Nie zniosłaby tego.

– Świeżą? – spytała chłodno.

Posłała Młodemu spojrzenie uprzedzające, że jeśli podejdzie do niej teraz i cmoknie ją w policzek, to go zabije na miejscu jednym precyzyjnym ruchem.

– Zamrożoną kobietę.

– Aaa, tak. – Patolog odchrząknął, demonstrując tym samym swoją obecność. – Ciało już do nas dotarło. – Położył akcent na „o” w słowie „ciało”.

Młody nie wyczuł złośliwości. Uśmiechnął się zadowolony.

Anita znała Romanowskiego na tyle długo, by wiedzieć, że nie lubił uczłowieczania zwłok. Ciało było dla niego jedynie ciałem. Nie mężczyzną, nie kobietą, nie człowiekiem. Człowieczeństwo kończyło się dla niego w tym samym momencie, w którym w żyłach przestawała krążyć krew.

– To kiedy możemy liczyć na sekcję? Prowadzimy tę sprawę razem z Burzą, zależy nam na czasie. Może po znajomości moglibyście zrobić to jakoś tak błyskawicznie?

Anita westchnęła głośno, a patolog poczerwieniał na twarzy.

– Panie kolego! – krzyknął. – Zupełnie niepotrzebnie się pan fatygował osobiście. Po znajomości to może pan załatwiać piwo w barze, a nie sekcję zwłok z ZMS-ie. Nie przypominam sobie, żebyśmy byli znajomymi. Proszę zamknąć drzwi od zewnątrz, tu się pracuje!

– Przecież nie odrywam was od pracy, interesuje mnie tylko, kiedy zajmiecie się kolejną… Kiedy poznamy przyczynę zgonu zamrożonej kobiety.

– A mnie interesuje to, czy w przyszłym sezonie wygrają Lakersi. Żegnam.

– Ale…

– Im dłużej będę pana oglądał, tym później skończę to, nad czym pracuję. A to oznacza, że tym później zabiorę się do innych spraw, które czekają w kolejce przed waszym zamrożonym ciałem. Dam znać, jak przyjdzie wasza kolej. TELEFONICZNIE!

* * *

– Nie patrz tak na mnie. – Romanowski zwrócił się w stronę Anity. – Wkurza mnie ten twój kochaś. Wszystko chce na już. Już. Teraz. Bo go interesuje. Inni się nie liczą. Byłby usatysfakcjonowany, gdybyśmy zrzucili ze stołu ciało NN i zajęli się tym, co przywiózł. W łóżku też taki jest? Władczy, dziecinny i niecierpliwy? – Kiedy usłyszał własne pytanie, uznał, że się zagalopował.

Anita stała naprzeciwko niego i delikatnym uśmiechem próbowała przykryć zakłopotanie. Od dawna podziwiał jej urodę oraz siłę charakteru. Drobna postura i kobiece zaokrąglenia kontrastowały z zamkniętą postawą i lodowatym spojrzeniem.

– Zaraz. Stop. Niech to będzie pytanie retoryczne. Interesuje mnie raczej, czy jeszcze się nie znudziłaś tym małolatem. Przecież on do ciebie nie pasuje.

Nie potrafił zrozumieć, co kobiety widzą w takich lalusiach. Wyczesanych i wystrojonych w najmodniejsze ciuchy, emanujących pewnością siebie i cwaniactwem. Dla niego to były nic nieznaczące dodatki. I tak w ostatecznym rozrachunku męskie ciała trafiały do niego pozbawione tych wszystkich atrybutów. Skóra i tkanka tłuszczowa odchodziły od kośćca gładko, a narządy wewnętrzne opowiadały historię życia.

– No powiedz coś, Anita! Co on ci daje, czego nie mógłby ci dać dojrzały mężczyzna?

– Wracając do tematu, mam wystarczającą liczbę fotografii. – Antropolog wskazała na denata. – Jeśli nie jestem ci już potrzebna, wracam do siebie. Mam stertę zaległości.

– Oczywiście, nie będę cię zatrzymywał. Dziękuję za towarzystwo i jeszcze raz przepraszam za samczą reakcję. Ale wiesz, że po znajomości i poza kolejnością to ja bym to zrobił tylko dla jednej osoby.

– To przyjemnego cięcia. Na razie. – Nie uśmiechnęła się nawet.

– Dzięki. Gdybyś miała ochotę – poczuł, że musi coś zrobić, żeby wydać się jej atrakcyjnym partnerem do rozmowy – to po południu będę ciąć to ciało, o którym wspominał twój kochaś. Najchętniej zostawiłbym to na koniec albo w ogóle olał, żeby utrzeć mu nosa, ale to ciekawy przypadek. Wstępne oględziny wykazały, że ciało jest zdeformowane. Naciągnięta i przebita na wylot skóra, duże rany… jakby przed śmiercią wisiała na hakach na tyle długo, że skóra się rozciągnęła.

2.

Cztery osoby miotały się w małym pokoju, obijając się na zmianę to o siebie, to o ściany.

– Potrzebujemy światła!

– Na pewno są tu jakieś latarki. Słuchajcie, nie możemy tak biegać bez ładu i składu. – Martyna zatrzymała się i wyciągnęła przed siebie ręce, aby skontrolować widoczność. Dłonie ginęły w ciemności. – Agata, gdzie jesteś?

– Przy oknie, ale jest zaklejone czarną taśmą.

– Dobrze, stój tam. Piotrek?

Zanim usłyszała odpowiedź, poczuła czyjeś ręce na biodrach.

– Tutaj. Blisko ciebie – odezwał się i przytulił ją mocno.

Odsunęła się delikatnie. Oczywiście rozumiała, że ciemność i bliskość mogły skojarzyć się jej facetowi z jednym, ale nie w głowie były jej teraz amory. Czuła ogromny dyskomfort. Musiała wyeliminować ciemności. Musiała.

– Podzielimy pokój na segmenty, a później dokładnie je przeszukamy. Michał, a ty? Gdzie jesteś?

– Przy drzwiach.

– Piotrek, cofnij się o jakieś trzy kroki, ja zrobię dwa do przodu. Pamiętajcie, przeszukujcie dokładnie. Trzeba wszystko dobrze obmacać, sprawdzić wnętrze szuflad, szafek. Co jest nad nimi, co pod nimi. No i meldujcie głośno, co znajdujecie.

Przytaknęli i przystąpili do działania. Martyna przesuwała się przed siebie powoli. Wyciągniętymi rękoma poszukiwała w przestrzeni przeszkód.

– Mam coś! – krzyknęła, kiedy jej kolano uderzyło w coś twardego. Rozmasowała bolące miejsce i ukucnęła. – To łóżko.

– U mnie jakieś ciuchy, chyba szafa.

– Weź, Agata, ty to masz szczęście, ciuchy to moja bajka – zażartowała. Trochę na siłę, ale musiała zrobić coś, żeby opanować niewygodną mieszankę zdziwienia, złości i przerażenia.

– Ja mam szczęście? Ty się zaraz walniesz na łóżko i odpoczniesz, a ja tu będę przeszukiwać.

– Pamiętaj, dokładnie! Sprawdź wszystkie kieszenie i podszewki. Coś może być zaszyte w środku.

– U mnie szafka, a na niej telewizor – zameldował Piotr.

– Przede mną jakieś drzwi, ale zamknięte – dodał Michał.

– Na parapecie okna jest jakiś pluszowy misiek. Bardzo miłyyyy w dotyku. – Agata jak zwykle skupiała się nie na tym co trzeba.

– Misiek w hotelowym pokoju dorosłej dziewczyny? – Piotr wyraził niedowierzanie. – Ooo, mam lampkę!

– To na co czekasz? Na czyszczenie magazynów? Zapalaj!

Martyna po omacku przesunęła się w stronę, z której dochodził głos.

– No kurde, ma ograniczoną funkcjonalność.

– Że co?

– Że nie działa.

– Jak nie działa?

Odnalazła lampę stołową, zlokalizowała włącznik i nacisnęła. Raz, a potem kolejny.

– Cholera! Masz rację.

– Nie, no pewnie, musisz sprawdzić, żeby uwierzyć. W ogóle mi nie ufasz. Czemu mnie to nie dziwi?

– Może nie jest podłączona do prądu?

Nagle przy lampie zrobiło się tłoczno. Martyna, Piotr i Michał zaczęli poszukiwać kontaktu, do którego mogliby wcisnąć luźno zwisającą wtyczkę.

– Kurwa!

– Mission complete, a lampa nadal nie działa.

– Jak ma działać? – Michał się roześmiał. – Robicie zadymę, że nie działa, a przecież nie ma żarówki.

– Jak nie ma?

– Nie ma. Zwyczajnie. Ktoś wziął i wykręcił? Albo nie wkręcił? To atrapa, nie lampa.

Martyna wydała z siebie stłumiony odgłos niezadowolenia. Działanie w grupie niosło ze sobą zawsze ten sam problem. Bezsensowne wydawało jej się sprawdzanie każdego członka grupy, a jednocześnie błąd popełniony przez jednego z nich skutkował fiaskiem całego przedsięwzięcia.

– Ratuj mnie, Agata, bo nie wytrzymam z tymi facetami.

Agata dotarła właśnie do niewielkiej szafki. Kiedy pociągnęła za uchwyt, okazało się, że to hotelowa lodówka. Otworzyła ją, a światło dobiegające z wnętrza rozrzedziło ciemność.

– Światło! Agatka, jak miło znowu widzieć twoją twarz.

– Nie mogę powiedzieć tego samego o tobie, bo widzę jedynie wasze sylwetki. W lodówce są jakieś małpki. Ostatecznie, Marti, możemy się napić. Ooo, macie lampkę?

– Tak.

– To włączcie ją.

– Kurde, laska! Nie sądzisz, że gdybyśmy mogli, tobyśmy włączyli?

– A nie możecie, bo…? – Agata podeszła do stolika, na którym stała lampa.

– Bo nie mamy żarówki.

– Żarówki? Żarówkę mamy, jest w szafie.

Cała trójka zareagowała tak samo, używając jedynie różnych słów.

– Agata!

– Kurwa!

– Ja pierdolę!

– No co?

– Co za fuckup! Dyskutujemy głośno o ograniczonej funkcjonalności… Gdybyś się odezwała, moglibyśmy uniknąć wykonywania nieefektywnych czynności.

– No ale przecież mówię…

– Teraz? Cholera, Agata, prosiłam wszystkich, żeby mówili na głos, co znajdują.

– Stop. – Michał zdecydował się zainterweniować. – Nie kłóćcie się. Dajcie tę żarówkę!

Martyna odeszła na bok, aby ustąpić pola Agacie. Zanim weszły do pokoju, zlustrowała jej strój. Czarne spodnie, koszulka z czaszką, ciężkie buty. Styl młodej gniewnej zawsze ją raził.

– Ktoś obmacał tego misia? – Sięgnęła po maskotkę, kiedy reszta ekipy asystowała sobie wzajemnie podczas wkręcania żarówki.

Po chwili w pokoju pojawiło się przyjemne, rozproszone światło. Martyna w końcu mogła obejrzeć pomieszczenie. Było gustownie urządzone, a kombinacja szarości i bordo zdradzała, że ten, kto się zajmował wystrojem, myślał raczej o tym, żeby dogodzić gustom przyjeżdżających z Europy turystów, niż o tym, żeby na siłę wciskać im egipską estetykę.

– Jesssu, Martyna! Mówiłam przecież głośno, że znalazłam misia.

– Ja nie mówię… – Zrezygnowała z tłumaczenia koleżance swoich intencji. Podczas uciskania pluszowej łapki poczuła coś twardego. – On ma w sobie coś… czekaj… cicho.

Nie była w stanie tego wyjąć, ale udało jej się na coś nacisnąć. W pomieszczeniu rozległ się kobiecy głos:

– Halo? Tak, już się chyba nagrywa. Cześć. Mam na imię Ania. Jeśli słuchasz tego nagrania, to znaczy, że dotarłeś do mojego pokoju i że mnie szukasz. Uciekłam, bo wiedziałam, że dzieje się coś złego. Ten cały Egipt, hotel i ci faceci… Widzieliście, jak patrzą na białe kobiety? Nie, nie powinnam tu przyjeżdżać. Nie powinnam się na to godzić. Stało się. Żałuję. Marzę tylko o tym, żeby wrócić do Polski. Obawiam się jednak… nie… boję się… Widziałam zbyt dużo. Weszłam w złe drzwi… Teraz chcą mnie zlikwidować. Uciekam w popłochu. Zostawiam ci parę wskazówek. Mam nadzieję, że odnajdziesz mnie, zanim oni to zrobią… Liczę na ciebie… Pomożesz mi, prawda?

* * *

– To jak obstawiasz? – Młody jak zwykle miał trudności z opanowaniem ekscytacji.

Stali na osiedlu Rzeczypospolitej w Jarocinie, przed blokiem, w którym mieszkał właściciel samochodu niespodzianki. Nowy teren, nowa sprawa i zapach zbliżającego się sukcesu wywoływały u niego przyjemne napięcie.

Zanim Burzyński wysiadł z giulietty, Młody zdążył już się rozejrzeć po okolicy. Ustalił ewentualne drogi ucieczki podejrzanego, bo przecież w takiej sytuacji wszystko mogło się zdarzyć.

– Ale co obstawiam?

– No kto to jest? Jakiś kark?

– Nie sądzę. Pakerzy w tych tematach nie są tacy głupi. Dobrze wiedzą, że tablice rejestracyjne czy VIN prowadzą policję wprost pod drzwi właściciela auta. Jak dla mnie to jakaś blondi. Spanikowała i uciekła, a teraz siedzi w chacie ze swoim gachem, jak mu tam? – Burzyński zerknął na notatki. – Anatolem Krukowskim i wymyślają bajeczki, które nam sprzedadzą, kiedy się u nich pojawimy.

– Czyli myślisz, że się nas spodziewają?

– Jeśli każesz mi obstawiać… – Burzyński zatrzymał się przed klatką, pociągnął za klamkę i dokończył: – to tak.

Drzwi ustąpiły bez żadnego problemu, mimo że na ścianie obok był zamontowany domofon. Weszli na drugie piętro, znaleźli mieszkanie z numerem siedem. Majewski uśmiechnął się porozumiewawczo do partnera i zapukał.

– Co jest? – W progu stanął niski i bardzo dobrze umięśniony mężczyzna.

– Policja, wejdziemy na chwilę – zakomunikował Burzyński i ruszył do środka.

Mężczyzna nie stawiał oporu. Opuścił głowę i cofnął się do przedpokoju.

– O co chodzi, panowie? – spytał nieśmiało, kiedy usłyszał, że drzwi się zamknęły.

– Dowód osobisty pan da. – Burzyński wyciągnął dłoń.

Mężczyzna nie dyskutował. Odwrócił się i zaczął obmacywać wiszącą na ścianie dżinsową kurtkę. Majewski miał chwilę, aby się rozejrzeć po zagraconym przedpokoju. Zrobił nawet trzy kroki w stronę framugi prowadzącej do następnego pomieszczenia, żeby sprawdzić, czy w środku nie siedzi banda koleżków z siłowni. Kuchnia była jednak pusta. Przy ścianie znajdował się niewielki stół z trzema taboretami, a w zlewie piętrzyła się sterta brudnych naczyń.

– Pan Dominik Malinowski? – Burzyński nie krył zdziwienia.

Przyglądał się to plastikowej karcie z danymi osobowymi, to twarzy mężczyzny. Wreszcie posłał porozumiewawcze spojrzenie Młodemu. Partner odpowiedział mu skinieniem głowy i przejął prowadzenie rozmowy.

– Pan tu mieszka?

– Tak.

– Sam?

– Nie, z żoną.

– Z żoną i?

– I nikim więcej. Sami mieszkamy.

– A Anatol Krukowski?

Pytanie sprawiło, że mężczyzna najpierw spojrzał Majewskiemu prosto w oczy, a potem splótł dłonie, wygiął je i wyprostował przed sobą. Odgłos przemieszczających się kości wypełnił ciszę. Zaraz po nim padło obojętne pytanie:

– Co z nim? – Mężczyzna położył dłonie na biodrach, prezentując umięśnione ręce i plecy.

Oczywiste było to, że ma coś na sumieniu. Dopóki nie wiedział, w jakim celu pojawili się w jego mieszkaniu, kulił się i był posłuszny. Dopiero po tym, jak padło nazwisko Krukowskiego, postanowił się rozluźnić. Widać tym razem nie trafili w temat, którego mógł się obawiać.

– To ja pytam co – odpowiedział z butą Majewski.

Lubił to. Stawiał się w życiu prywatnym, ale w pracy prowokowanie bawiło go jeszcze bardziej. Był na uprzywilejowanej pozycji. Wiedział, że mięśniak dobrze zdaje sobie sprawę z tego, że uderzenie funkcjonariusza na służbie nie jest dobrym wyjściem.

– Ale co? – Mężczyzna uśmiechał się głupkowato.

– Zna pan Krukowskiego?

– Nie.

– To ciekawe, co nie, Burza? Nie znają się, a razem mieszkają.

– Nie mieszkamy.

Młody zamierzał ignorować mężczyznę, dopóki nie dostarczy im informacji, po które tu przyjechali.

– Dwóch facetów i jedna babka. Burza, myślisz, że rżną ją według terminarza? Dzisiaj jeden, jutro drugi.

– Anatol nie mieszka z nami.

– Anatol? Czyli się znacie?

– To mąż Halinki. – Mięśniak znowu się skulił, a na pytające spojrzenia policjantów dodał: – Mojej żony.

– Mąż twojej żony? Kuźwa, facet, skończ ściemniać, bo naprawdę średnio ci to wychodzi.

– Anatol jest mężem Halinki. Halinka to moja dupa… Ale mieszkamy razem już ze dwa lata, więc z racji zasiedzenia nazywam ją żoną. Nie chajtamy się, bo nie ma kasy, a poza tym oni nie mają rozwodu. Anatol mieszkał przez chwilę z nami, ale chyba nie wytrzymał naszego szczęścia i się wyprowadził.

Majewski pokiwał głową, nawet nie próbując powstrzymać bezczelnego uśmiechu. Przedpokój wypełniony gratami, piętrzące się w kuchni garnki, siatki i puste butelki… Nie wiedział, gdzie ma się tu doszukiwać szczęścia.

– Wyprowadził? Dokąd?

– A skąd mam wiedzieć?

– Dokąd?

– Donikąd. Wypierdoliłem go z chaty, bo to przecież nienormalne, żeby przy jednej dupie dwóch samców się pętało. Zwłaszcza że ja pracuję, zostawiam więc Halinkę samą w domu, a on od dawna nie miał roboty, siedział w chacie i… mógł mi się do Halinki przyklejać. Wypierdoliłem dziada. Wziął kilka reklamówek i poszedł w długą. Widziałem go ostatnio przy sklepie, żebrał z bezdomnymi.

* * *

Miejsce, do którego dotarli, przypominało starannie przygotowany skansen. Pozostałości muru, niedziałający komin, zardzewiałe wagony i lokomotywy. Wszystko brudne, stare, zniszczone i nikomu niepotrzebne. Dokładnie tak samo jak pojedynczy ludzie anektujący opuszczony teren. Brudni, pomarszczeni i śmierdzący. Tego ostatniego nie dało się nie poczuć, mimo że znajdowali się na wolnym powietrzu. Wspólnym mianownikiem i jednych, i drugich było to, że społeczeństwo udawało, że ich nie zauważa.

– Myślisz, że mięśniak mówił prawdę? – spytał Majewski.

Burzyński wzruszył ramionami.

– No tak, masz rację. Nie mamy wyjścia. Musimy to sprawdzić.

– Młody, skup się na realizacji zadania, a nie pierdolisz bez ładu i składu!

Warknięcie partnera przywołało go do pionu. Postanowił się obrazić i dla zasady się nie odzywać, dopóki nie zostanie o to poproszony.

Weszli razem na teren opuszczonej parowozowni. Burzyński szedł pierwszy i to on wytypował osobę, do której podeszli. Starsza kobieta siedziała na murku i owijała sobie stopy kocem.

– Gdzie jest Anatol? – zagadnął ją.

Cisza.

– Anatola szukam, jest tu? – powtórzył po chwili.

Kobieta była tak bardzo skupiona na swoim zadaniu, że nie zauważała, kiedy nad nią stanęli. Zupełnie jakby byli przezroczyści.

Młody zagotował się w środku, ale opanował emocje i obserwował zachowanie partnera. Burzyński ukucnął tak, aby jego głowa znalazła się mniej więcej na wysokości głowy bezdomnej.

– Halo! – krzyknął.

Kobieta spojrzała na niego wzrokiem pełnym nienawiści.

– Gdzie znajdę Anatola?

– Idź stąd.

– Mam mu coś ważnego do powiedzenia.

– Spierdalaj! – Zaczęła machać rękoma, jakby opędzała się od chmary natrętnych much.

Młody czuł rosnącą agresję. Nie znosił braku szacunku, a ta stara baba próbowała pomiatać policjantami. Sięgnął więc do kieszeni po policyjną legitymację. Chciał ją wyjąć i pomachać kobiecie przed twarzą. Nie zdążył jednak tego zrobić. Burzyński złapał go za nadgarstek, kiedy dłoń zanurkowała w kieszeni.

– Zostaw – szepnął do niego, a potem zwrócił się do bezdomnej. – Spierdalam, myślałem jednak, że się pani z nim kumpluje. Jego żona, Halinka, prosiła, żebym mu przekazał trochę kasy, no ale trudno…

– A czemu ciebie przysłała?

– Żeby ten jej fagas o tym nie wiedział. – Burzyński kłamał jak z nut.

– To trza tak było mówić od razu. Nie ma Anatola, w ciągu dnia snuje się po mieście, ale zawsze wraca na noc. Sypia w tamtym wagonie. – Wskazała na najbardziej oddalony brązowy wagon towarowy. – Możesz mu ją tam zostawić albo dać mnie… ja mu przekażę, jak wróci.

Burzyński podziękował za pomoc, odwrócił się na pięcie i odszedł w stronę samochodu. Michał pobiegł za nim, omijając kałuże. Powstrzymał chęć skomentowania tego, czego był świadkiem przed chwilą, otworzył samochód, uruchomił silnik i poczekał, aż partner wejdzie do środka i zamknie drzwi.

– To już wiesz, Młody, co będziesz robił wieczorem.

– Nie mów…

– Mówię.

– To nie poczekamy na niego razem? Pokręcimy się po mieście, skoczymy na jakiś obiad…

– Nie! Wracamy do Poznania. Mamy mnóstwo pracy. Wrócisz, jak się będzie ściemniało, i wyhaczysz gościa.

– Sam?

– Nie bój się. Dasz radę. Ja niestety muszę spędzić ten wieczór w domu. No wiesz, żona, dzieci i obowiązki wobec nich. Chociaż nie, co ty możesz o tym wiedzieć…

* * *

Michał zaparkował przy ulicy i wszedł do sklepu spożywczego. Podczas wycieczki do Jarocina zgłodniał i czuł, że mógłby zjeść konia z kopytami. Ruszył więc prosto do regału z pieczywem, wybrał dwie najbardziej foremne bułki, a potem udał się przed ścianę z lodówkami. Od rana miał ochotę na dwie rzeczy. Na kiełbasę w ilości odpowiadającej męskiemu żołądkowi oraz na seks.

Wybór kiełbas był zadowalający. Żywiecka, myśliwska, jałowcowa i szynkowa uśmiechały się do niego z półki. Zanim jednak zdecydował, po którą sięgnie, wyciągnął telefon i wybrał numer Anity.

– Cześć, kochanie… – Obniżył głos, by brzmieć jak najbardziej zmysłowo.

– Cześć.

– Może lunch o trzynastej?

– Jest dwunasta dwadzieścia.

– Dlatego nie proponuję lunchu o dwunastej, tylko o trzynastej.

– Michał…

– Wiem, wiem. Brzmi kusząco. Pauli nie ma, chata jest wolna, przygotuję dla ciebie moje popisowe danie…

– Spaghetti? – spytała i roześmiała się w głos.

Uznał to za dobry znak. Zamiast kiełbasy wrzucił do koszyka paczkę mięsa mielonego i poszedł się rozejrzeć za pomidorami w puszce.

– Spaghetti – potwierdził. – No tak, czyli już wiesz, że liczę na seks.

Spaghetti to było słowo wytrych. Na pierwszą randkę próbował zaprosić Anitę do siebie na spaghetti. Zresztą nie tylko ją. Tyle że inne dziewczyny się na to nabierały. Przychodziły do niego odświętnie ubrane i zachwalały zwyczajny makaron z sosem pomidorowym, jakby był jakimś arcydziełem. Później w nadziei, że tak samo zaangażuje się w związek z nimi jak w pichcenie kolacji, zrzucały z siebie wszystkie ciuchy. Konsumował je, a kiedy zamykał za nimi drzwi, zostawał z posmakiem rozczarowania. Liczył na coś super, na wstrząsająco proste, ale niesamowicie wysublimowane „spaghetti”, a dostawał zwykłe kluchy pacnięte odrobiną sosu.

Anita traktowała go z góry. Nie była byle dziewczyną do wyrwania. Różnica wieku oraz to, że był policjantem, sprawiały, że długo się opierała jego urokowi. Tak bardzo zaangażował się w przekraczanie granic i przekonywanie jej do siebie, że chyba weszło mu to w krew. Nie wyobrażał sobie teraz, że mógłby gotować dla kogoś innego.

– Michał… – Chłodny głos Anity kazał wrócić mu na ziemię. – Nie wyrobię się.

Kilka zimnych, a może nawet obojętnych słów sprawiło, że rozejrzał się dookoła. Nie był w sklepie sam. Przy regale z ciastkami stały matka z córką i dyskutowały na temat bycia eko, przy piwach chwiał się menel, a przy zamrażarkach mężczyzna w garniturze zerkał to na ich zawartość, to na kartkę, którą trzymał w ręku. Ludzie mierzyli się z problemami codzienności. Szarej, nudnej i przytłaczającej codzienności, której on się bał. Taki lunch w środku dnia miał wprowadzić odrobinę koloru do szarości, zmusić do wyjścia poza schemat.

– Trzynasta trzydzieści? No już, nie daj się prosić.

– Nie, jestem w pracy. Kończę, pogadamy wieczorem.

* * *

Majewski wszedł do pokoju, trzasnął drzwiami, zahaczył kolanem o biurko, pchnął ze złością stojące przy nim krzesło obrotowe, które z impetem wpadło na stojącą pod ścianą szafę pancerną.

– Łał, kowboju, wstrzymaj konia. – Burzyński oderwał się od komputera i spojrzał na partnera rozbawionym wzrokiem. – Jak zepsujesz, to nie będziesz miał na czym siedzieć, no chyba że komendant ogłosi przetarg na zakup jednego fotela specjalnie dla swojego chrześniaka.

– Spierdalaj!

– W sklepie nie mieli kiełbachy? Żałuję, ale zjedz może chociaż batona, bo nie jesteś sobą.

– Odpierdol się.

– Wiesz co, Młody? Wystarczy tych pieszczot. Ogarnij się i do roboty.

Majewski usiadł i wetknął w uszy słuchawki podłączone do iPhone’a. Pokręcił się na krześle, poruszał rytmicznie głową, po kilku minutach zatrzymał się i powiedział:

– No dobra, to co mamy?

– Niezmiennie to samo. Wybacz, ale podczas twojej półgodzinnej nieobecności nie zdążyłem rozwiązać wszystkich spraw, które prowadziliśmy.

– Burza!

– Już, już, sorry. Ale tak lubię cię wkurwiać. Mam info od techników.

– Noo i?

– Jak zwykle i dobre, i złe informacje. Udało się im ujawnić w punciaku paluchy. Na kierownicy były starte, podobnie na dźwigni biegów, ale na włączniku CD znaleźli przepiękne i soczyste linie papilarne.

– Super. A złe? Znaleźli i zgubili?

– Taa. Znaleźli, wrzucili na bęben, niestety nic im nie wyskoczyło, a to znaczy, że kierujący autem nie był nigdy notowany.

– Bezdomny nienotowany? W sumie to możliwe.

– Myślę sobie, że trzeba też z tą Halinką porozmawiać i raz jeszcze z tym jej mięśniakiem. Bo jeśli Anatol dał się wyrzucić z mieszkania, to równie dobrze mógł zapomnieć kluczyków do auta.

– Dlaczego zakładasz, że go nie ma?

– Widziałeś kiedyś bezdomnego, który ma samochód?

– Zdarzają się wyjątki.

– Ale nie śpią wtedy w opuszczonych wagonach.

Trudno było zaprzeczyć argumentom Burzyńskiego. Michał wstał i podszedł do okna. Gdzieś tam na Polance toczyło się normalne życie. Ludzie wracali z pracy, robili zakupy, wychodzili na spacery z psami lub dziećmi, kochali się i kłócili. On musiał wrócić do pracy, na szczęście rozmowa o sprawie uspokajała go na tyle, by zapomnieć o kolejnym niepowodzeniu.

Tak naprawdę nie pamiętał nawet, kiedy ostatnio uprawiał z Anitą seks. Od jakichś dwóch tygodni była drażliwa i ewidentnie go unikała. Nie chciał się jednak zastanawiać nad powodem takiego zachowania, wolał się skupić na szukaniu sprawcy morderstwa.

– Czyli nie mamy trafienia z paluchami, ale za to mamy materiał porównawczy, jak już gościa złapiemy. A bagażnik? Klapa?

– Czysto, w sensie powierzchnie są wytarte, a z tego, co jest, niczego nie da się wyciągnąć. Ludzie się teraz edukują, oglądając Ojca Mateusza.

– A ta zamrożona? Nadal NN?

– Na razie brak zbieżności z bazą poszukiwanych kobiet. Mamy tylko jej rysopis.

– I kilka tatuaży.

– Weź, Młody, jakieś serce przebite strzałą i znak nieskończoności. Wyszukane w ch… – Burzyński zamilkł. – Tatuaż więzienny czy artystyczny to jest coś, co może pomóc w identyfikacji. Daje jakiś punkt zaczepienia. A takie trywialne duperele jedynie sprawiają, że łatwiej jest przypasować nazwisko do ciała, jeśli nazwisko i fotki tatuaży są w systemie. Ludzie powinni tatuować swoje nazwiska. Pod stopą na przykład. Albo chipy powinni mieć. O ile mniej roboty byśmy mieli.

Rozważania przerwał odgłos dzwoniącej komórki. Michał spojrzał na iPhone’a i z zadowoleniem poinformował partnera, że to z zakładu medycyny sądowej. Spodziewał się patologa, który potraktował go ostatnio jak intruza.

– Halo – odezwał się lodowato.

– Romanowski. Mam waszą ofiarę na stole. Bezpośrednią przyczyną śmierci było wykrwawienie. Dziury na plecach oraz stan skóry wokół nich mogą świadczyć o tym, że ciało wisiało zaczepione o jakieś haki. Nie dopatrywałbym się jednak w tym profesjonalizmu. Ci, którzy się zajmują suspension, czyli podwieszaniem na hakach, dobrze wiedzą, gdzie i jak się wbić, jak rozplanować punkty, żeby nie naruszyć ważniejszych naczyń krwionośnych. To kwestia wiedzy anatomicznej. Podczas show, zwłaszcza długiego, pod skórę wchodzi powietrze, które potem musi zostać usunięte. Tu tego nie zrobiono. Dlatego ta skóra jest taka rozciągnięta. Poza tym przekłucia nie są równe, niektóre są za płytkie, inne za głębokie. Jedno im się rozerwało, a to znaczy, że albo dali zbyt duży hak, albo źle zamontowali.

– Czyli wisiała, i to długo. Dzięki.

– I jeszcze jedno. Obrażenia krocza i powierzchni ud. Otarcia w okolicy przedsionka pochwy. Przed śmiercią została zgwałcona. Brutalnie. Śladów spermy niestety brak.

– A włosy łonowe sprawcy? – przytomnie spytał Młody.

– Coś tam wyczesałem, ale dosłownie pojedyncze sztuki.

* * *

W pokoju, w którym pracowała Anita, wrzało jak w ulu. Drzwi właściwie się nie zamykały. Ciągle ktoś wchodził, ktoś wychodził. Siedząca przy biurku obok Agnieszka opowiadała Jarkowi jakąś historię, co chwilę wybuchając śmiechem. On starał się jej wtórować, ale zwykle rozpoczynał z opóźnieniem. Zupełnie jakby nie wiedział, w których momentach wypada się śmiać, i czekał na jej przyzwolenie.

Anita znajdowała się tak blisko, że mogła usłyszeć każde ich słowo. Nie słyszała jednak nic. Ograniczyła świadomość do swojego biurka, komputera i spraw, które nad nią wisiały. Jednocześnie dopracowywała opinię dla sądu, sprawdzała daty wezwań na rozprawy i rozmawiała przez telefon.

– Ooo, Anitka, jesteś jeszcze. Anita! Halo, Anita?

Kiedy poczuła na ramieniu dłoń, obejrzała się za siebie i spojrzała na stojącego Krystiana. Wpatrywał się w nią zaniepokojony.

– Wszystko dobrze? – spytał.

– Tak, wyłączyłam się. Co jest?

– Cieszę się, że jeszcze jesteś…

– Pracujcie, pracusie. – Agnieszka przerwała Krystianowi. Posłała uśmiech Anicie i wraz z Jarkiem skierowała się w stronę drzwi. – My już lecimy. Do jutra!

Anita spojrzała na zegarek. Dawno minęła szesnasta.

– Oni chyba mają się ku sobie, co?

– Mają, mają, powiedziałabym nawet, że prawie już są razem.

– Ach te romanse w miejscu pracy… Zatem?

– Co zatem?

– No chodź do mnie. Mam twardy orzech do zgryzienia.

– Nie ma mowy. Nie ruszam się stąd. Jestem zawalona. – Wskazała na piętrzące się na jej biurku teczki i koperty.

– No nie daj się prosić. Poleżą jeszcze trochę, nic im się nie stanie, a ja mam coś ciekawego.

– Sorry, Krystian, ale nie tym razem.

Spojrzał na nią z wyrzutem. Nie zamierzała się jednak skupiać na jego emocjach. Była słaba w ich odczytywaniu. Patrzyła mu w oczy, a widziała jego czaszkę: dwadzieścia dziewięć kości z wyraźnymi łukami nadoczodołowymi, kresami skroniowymi i mocno zarysowaną żuchwą.

– Pani Anito? – Niekomfortową sytuację przerwała sekretarka, która stanęła w drzwiach.

– Tak?

– Dzwonili w sprawie identyfikacji ciała znalezionego przez archeologów na Śródce. Nie mogą pani złapać na komórkę.

– Wiem, wiem, nie mogę odbierać wszystkich połączeń, bo nie miałabym czasu na pracę. Pani Grażynko, jeśli jeszcze raz zadzwonią, to niech im pani powie, że nie ma szans. Nie zdążę zrobić tego przed wyjazdem. Niech szukają kogoś innego.

– To może poproszę, żeby poczekali?

– Czy ja wiem? – Bała się, że po powrocie będzie jeszcze gorzej niż przed wyjazdem.

– Potrzebuję twojej pomocy, nie daj się prosić! – Krystian nie odpuszczał. – Nie pożałujesz. Podziękuję ci obiadem.

– Nawet dziesięć obiadów mnie nie przekona. Nie rozciągnę doby, ostatnio śpię tylko sześć godzin dziennie, a i tak się nie wyrabiam. Dzwonili dziś do mnie z prokuratury z Zamościa. Mają bardzo, bardzo interesującą sprawę. Z bólem serca musiałam im odmówić. Za chwilę wyjeżdżam, nie mogę brać nic nowego. Nie jestem w stanie nawet ogarnąć tego, co mam. Postanowiłam, że wypchnę przed wyjazdem tylko te najbardziej przeterminowane sprawy.

* * *

Parowozownia ożyła. Za dnia trzeba się było nachodzić, żeby znaleźć w tym opuszczonym miejscu bezdomnego, teraz gdziekolwiek się spojrzało, w polu widzenia pojawiało się ich co najmniej kilkunastu.

Jarocin kojarzył się Młodemu z festiwalem, na którym horda młodych pijanych ludzi tańczy w błocie do muzyki, której nie rozumiał. Ale spacerując w ciemności po parowozowni, pomyślał, że festiwal się starzeje i trwa cały rok. Właśnie w tym miejscu. Starzy, brudni i zarośnięci ludzie posuwają nogami po błocie albo siedzą w grupkach i popijają alkohol. Bawią się, świętują albo po prostu zabijają czas.

Wokół wagonu wskazanego rano przez bezdomną panował spokój. Młody przysiadł sobie w odpowiedniej odległości, by nie rzucać się w oczy, i obserwował. Nie chciał spalić akcji. Wiedział, że bezdomni są specyficzni i negatywnie nastawieni do policji. Tak naprawdę nie mają nic do stracenia. A pobyt w areszcie to dla nich często urozmaicenie, posiłek podany pod nos i prycza, niejednokrotnie bardziej wygodna niż miejsca, w których sypiali.

Nagle w pobliżu pojawił się mężczyzna opatulony w kilka kurtek. Podszedł do wagonu, odblokował drzwi, rozsunął je i wszedł do środka. Młody odczekał chwilę, aby się upewnić, że przybysz zostanie w wagonie, po czym podbiegł i wszedł do środka.

– Anatol Krukowski?

Bezdomny wyglądał na zaskoczonego. Skulił się i przyczaił jak zwierzę gotowe do skoku.

– Czego chcesz?

– Szukam Anatola, to pan?

– Tak.

– Poproszę dowód osobisty.

– Spadaj, swój se pooglądaj.

Młody wyciągnął z kieszeni policyjną blachę.

– To jeszcze raz. Dowód osobisty poproszę.

Mężczyzna rozpiął kurtki i sięgnął pod sweter. Pociągnął za sznurek przewieszony na szyi, na którego końcu, pod wszystkimi warstwami ubrań, znajdował się materiałowy worek niewielkich rozmiarów.

– Jak mówię, żem Anatol, to nie kłamię. – Wyjął z worka dowód.

– To dobrze. – Michał spisał dane i oddał dokument. – Jest pan właścicielem samochodu marki Fiat Punto o numerze rejestracyjnym…

– Łżesz.

– Jak to?

– Nie mam auta.

– Masz.

– A widzisz tu jakiś samochód?

– Widzę pociąg, a to przecież nie znaczy, że ma pan pociąg.

– Auta nie mam.

– Jest na pana zarejestrowane.

– E tam! – Mężczyzna machnął ręką i usiadł na ziemi. Z kieszeni kurtki wyjął małą butelkę wódki i pociągnął kilka łyków. – Nie kupowałem samochodu.

– Nie kupował pan, ale zarejestrował na siebie?

– Nie wiem, nie pamiętam. Idź już sobie.

– Słuchaj, cwaniaku. – Michałowi puściły nerwy. – Byliśmy w twoim domu. Co twoja żona widzi w tym mięśniaku? Przecież to idiota.

– Idiota jakich mało.

– A ty przecież masz łeb na karku. Nawet w tak trudnych warunkach. – Młody rozejrzał się wokół, chcąc zwrócić uwagę mężczyzny na rdzewiejące ściany wagonu towarowego. – Potrafisz się ustawić. Masz dach nad głową i kasę na wódkę. Ile zgarnąłeś za użyczenie dowodu osobistego do rejestracji auta?

– Dwie stówki. I nie za użyczenie. Musiałem pojechać do urzędu i złożyć wniosek.

– Sam go wypełniłeś?

– Nie, on to zrobił.

– On?

– Czemu miałbym odmówić, no powiedz? Tylko idiota by to zrobił. Nie zabiłem nikogo, nie okradłem. Nie zrobiłem nic złego. Była robota, to ją wykonałem.

Michał skupił się na tym, by wyciągnąć z rozmówcy jak najwięcej szczegółów dotyczących tajemniczej postaci. Nie po to ktoś zadał sobie tyle trudu, żeby rejestrować samochód na bezdomnego, by jeździć nim do kościoła.

– On? Mężczyzna? Jak wyglądał?

– Skąd mogę wiedzieć?

– No przecież go widziałeś. Musieliście się spotkać.

– No tak.

– Jak się nazywał?

– Nie mówił, a ja nie pytałem.

– Jak wyglądał?

– Mówiłem już, nie pamiętam.

– Skup się, człowieku, to ważne. Stary, młody? Kark, hipster, garnitur?

– Być może w waszym świecie wygląd coś mówi o człowieku, w moim nie. Ale pamiętam, że był z waszego świata. U nas w Bezdomlandii nikt nie szasta stówkami dla własnej przyjemności.

* * *

Burzyński nie śpieszył się z pokonywaniem schodów dzielących go od mieszkania. Wiedział, że w środku czeka Iza z bliźniaczkami i że znowu będzie musiał się tłumaczyć ze spóźnienia. Kochał je. Każdą z osobna i wszystkie razem, ale przez to, że chciał im dogodzić, czuł się coraz gorzej sam ze sobą.

Kiedy Iza brała go sobie za męża, był już policjantem. Nie przeszkadzało jej to. Dopiero gdy na świecie pojawiły się dziewczynki, okazało się, że jego tryb pracy, a raczej wynikający z niego brak słowności, powoduje napięcia, które naruszają stabilność małżeństwa.

Przeżyli już kilka kulminacji. Ostatnia z nich doprowadziła go do ściany. Chciał ustąpić Izie i zrezygnować z pracy. Komendant jednak nie przyjął jego wypowiedzenia. Dał mu za to trzymiesięczny urlop na zastanowienie się nad PRIORYTETAMI.

Burzyński nienawidził tego słowa. Oczywiście, że jego priorytetami były rodzina i praca. Albo praca i rodzina. Nie chciał ustawiać tego w jakiejkolwiek kolejności. Praca jednak zwykle przynosiła mu więcej satysfakcji. W pracy mógł sprawować kontrolę nad większą liczbą elementów niż w domu. Przesiedział więc trzy miesiące w mieszkaniu, wymalował wszystkie pokoje i kuchnię, zrobił generalne porządki w piwnicy i zaległ na kanapie. Leżał na niej tak długo, że zdążył ją znienawidzić.

Był na drugim piętrze, kiedy w kieszeni spodni zawibrował telefon. Zatrzymał się, sięgnął po niego i spojrzał na wyświetlacz. Michał „Młody” Majewski – odczytał i przez ułamek sekundy pomyślał, że może nie powinien odbierać. Skończył przecież już pracę i prawie był w domu.

– Co jest, Młody? – Ciekawość była silniejsza.

– Jestem w Jarocinie. Zaraz wracam, depnę mocno i za godzinę będę w Poznaniu. Przyjedziesz do firmy?

– Nie dziś, Młody. Gadamy przecież. Znalazłeś tego bezdomnego?

– Kuźwa, Burza, to nie ten gość. To znaczy ten Anatol. Ale to tylko słup. Ktoś zadał sobie trochę trudu i zarejestrował auto na słupa. Chciał utrudnić możliwość dojścia do siebie, czyli wiedział, że autem będzie przewoził zwłoki.

– Taaa, na pewno wiedział, że będzie łamał prawo, ale czy przewoził zwłoki? No nie wiem, zarejestrował je dziesięć miesięcy temu. Gdyby chciał przewieźć zwłoki jednorazowo, zatroszczyłby się o lewe tablice rejestracyjne.

– Burza, to jakaś grubsza sprawa. Mrożone ciało, auto na słupa… Musimy pogadać z prokuratorem.

Przemek spojrzał na poręcz i schody. Prowadziły w górę i w dół. To jego dosięgną konsekwencje podjętej decyzji: iść do góry czy w dół.

Zza drzwi, przy których się zatrzymał, dochodziły odgłosy kłótni. Kobiecy głos milknął jedynie na kilka sekund potrzebnych na wzięcie oddechu. Męski odzywał się tylko od czasu do czasu. To przypomniało mu, że tak właśnie wygląda życie. Ludzie łączą się w pary kierowani instynktem przedłużenia gatunku, a później marnują energię nie na seks, lecz na próby porozumienia się.

– Halo, Burza? Jesteś? Halo?

– Jestem…

– Za godzinę w firmie?

– Nie. To nic pilnego. Zostawmy to do jutra.

– Do jutra? Burza! Nie poznaję cię, pantoflarzu.

– Pieprz się.

– A żebyś wiedział. Ale najpierw sprawdzę stacje benzynowe w okolicy wypadku. Może znajdę coś ciekawego na monitoringu.

* * *

– Cześć! – Przemek trzasnął drzwiami. – Już jestem. Przepraszam, że z poślizgiem, ale robota…

Wszedł do pokoju, cmoknął Izę w policzek. Nie odpowiedziała mu tym samym. Siedziała na kanapie i wpatrywała się w telewizor. Nie była zainteresowana tym, co się działo na ekranie, ale niekoniecznie chciała uczestniczyć w tym, co się działo dookoła. Ukradkiem spojrzała na męża i przypomniała sobie, że niedawno to on siedział na kanapie i udawał, że nie wpadł w odrętwienie i obojętność. Znała go zbyt długo, żeby tego nie zauważyć. Tłumaczyła sobie, że jeśli miłość oznacza poświęcenie, to Przemek dał z siebie wszystko. Zrezygnował dla niej z pracy i chyba właśnie doszli do ściany. Jeśli teraz ona się nie poświęci, to z ich małżeństwa zostaną zgliszcza.

– Gdzie dziewczynki?

– Poszły do koleżanki.

– Lekcje zrobiły?

– A jak myślisz? – Spojrzała na niego zniecierpliwiona.

– Izuś, przepraszam, wychodziłem już z firmy, kiedy na korytarzu złapał mnie jeszcze komendant. Musiałem zamienić z nim kilka słów. Nie gniewaj się na mnie.

– Nie gniewam – odpowiedziała, nie odrywając tym razem wzroku od telewizora.

– Mamy teraz taką sprawę. Wydawała się prosta i banalna, ale jest rozwojowa. Dobrze, że Młody jest dynamiczny, bo mogę na niego liczyć. Doszliśmy ostatnio do tego…

Przemek opowiadał, a ona wpatrywała się w telewizor i starała się zachować spokój. Nie lubiła jego pracy. Zawsze z nią przegrywała i nie potrafiła się do tego przyzwyczaić.

– Mam ochotę na coś ciepłego na kolację. Mamy kaszankę?

– Mamy.

– Usmażę sobie z cebulą. Chcesz też?

Nie odpowiedziała. Po chwili jednak wstała z kanapy, wyłączyła telewizor i zajrzała do kuchni.

– Przemek?

– Tak?

– Dziewczynki powinny wrócić za pół godziny od Marysi. Ogarniesz je?

Zdjął patelnię z gazu i spojrzał na nią tak, jakby był w pracy, a ona ukrywała przed nim istotne dla śledztwa informacje.

– Co jest?

– Nic. Jestem zmęczona. Położę się wcześniej, muszę się wyspać.

Na tle beżowych płytek ściennych nie wyglądała na bladą, ale obojętne spojrzenie i zmarszczone czoło sugerowały zupełnie coś innego niż niedostatek snu.

– Obraziłaś się na mnie? Przecież wytłumaczyłem powód spóźnienia.

– Wytłumaczyłeś, chociaż nie musiałeś. Mówiłam, że się nie gniewam. Masz pracę? Rozumiem. Angażuje cię ponad miarę? Nic nowego. Nowa sprawa, szef, obowiązki? Przemek, ja to wszystko rozumiem. – Niepotrzebnie uniosła głos, dlatego wypuściła z siebie powietrze i zanim wyszła z kuchni, dodała: – Nasze życie nie musi się kręcić tylko wokół twojej pracy. Ja mam swoją. Miałam ciężki dzień. Idę spać.

3.

– „Liczę na ciebie…” Jesssu, jestem przerażona. To brzmi tak prawdziwie. Słyszeliście lęk w głosie tej laski?

– Pamiętacie? Mamy już mniej niż osiemdziesiąt minut, a jedynym sposobem rozwiązania zagadki i wyjścia z pokoju jest sforsowanie tych drzwi. – Michał zlekceważył Agatę i wskazał na drzwi, które od początku go intrygowały.

Drewniane, z małym przeszkleniem. Od początku wydawało się jasne, że prowadzą do łazienki.

– W łazience laski przechowują różne dziwne rzeczy. Osobiste. Może coś tam znajdziemy. Klamka jest, ale potrzebujemy klucza. Szukajcie dobrze.

– Jaki klucz?

– Normalny, jak do mieszkania raczej niż taki wielki jak do włazu na strych.

Michał stał przy drzwiach i obserwował resztę. Kręcili się w kółko. Każdy sprawdzał każdego, upatrując szansy dla siebie. Chcieli się wykazać. Wszyscy, łącznie z nim. Kto nie lubił błyszczeć? Być bardziej bystry niż inni? Wybijać się ponad przeciętność?

– OMG! Coś tu jest! W wazonie!

Jak na razie Piotr był najlepszy w skupianiu uwagi na sobie. Co chwilę albo potrząsał głową i pozwalał, żeby jego długa grzywka opadała na twarz, albo poprawiał ją specyficznym gestem. Michał mógłby się założyć, że gest był studiowany godzinami przed lustrem. I cóż, głupio byłoby mu przyznać, że chyba mógł działać na kobiety.

Dziewczyny pobiegły do Piotra, a Michał pogładził się po brodzie i ze stoickim spokojem burknął:

– A co dokładnie?

– Klucz, tu jest klucz! – Martyna podskakiwała i machała rękoma jak podekscytowana mała dziewczynka. – Klucz w wazonie! Cholera, ale jak go wyciągnąć?

– IMHO się nie da. Wazon przyklejony jest do blatu.

– Włóż rękę. Albo nie, ja włożę…

Agata była młoda i chętna do pomocy, ale miała jedną ogromną wadę – naiwność. Nawet dla szczupłych rąk niskiej dziewczyny szyjka wazonu okazała się zbyt wąska.

– Nie da się – stwierdziła dopiero po kilku próbach umieszczenia dłoni w naczyniu.

– Znajdźcie coś, czym sięgniecie do środka. Coś długiego, o co się go da zahaczyć. Albo magnes… – rozdysponował zadania Piotr i skupił się na łóżku.

– Martyna, ty je sprawdzałaś?

– Tak.

– To dlaczego ten wielbłąd nadal stoi na poduszce?

– Bo to przecież wielbłąd z ręczników. Ładny, nie? Jak byłam w Egipcie ostatnio, to też nam robili różne zwierzaki z ręczników.

– Nie sprawdziłaś, czy coś w nim jest?

– Myślisz, że można go rozwalić?

– A czemu nie?

– Nie wiem, pomyślałam, że może on coś nam ma wskazać? Nie wiem, jego garby albo co?

Piotr uśmiechnął się i wyrwał pierwszy garb. Rozwinął ręcznik i obejrzał go z każdej strony. Martyna zrobiła to samo z drugim.

– Słuchajcie! Mamy litery na metkach od ręczników – zakomunikował.

– A my klucz, ale niestety nie pasuje do niczego.

– Litery, super, pod telewizorem jest szafka zamknięta na kłódkę z literami.

– Pe, er, ka, wu. Cztery litery.

– Jesssu, super, jesteśmy coraz bliżej rozwiązania, tylko w jakiej kolejności wpisać te litery?

– Agata, jesteśmy na razie w czarnej dupie, a kolejność nie ma znaczenia… Powtórzcie litery.

– Pe.

– Mam. Wciskam.

– Er.

– No?

– Ka. Wu.

– Jest! Odblokowała się.

Wszyscy nagle stłoczyli się przy szafce. Piotr czynił honory. Otworzył szafkę, a ich oczom ukazał się sejf.

– Teraz potrzebne są cyfry. Wystarczy wklepać kod.

– Od kodzenia najlepszy jest Piotr.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki