Wydawca: Prószyński i S-ka Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Ucieczka cienia - Orson Scott Card

Po raz pierwszy w Polsce!

Kiedy Groszek i Petra odnaleźli wszystkie swoje dzieci, okazało się, że troje z nich odziedziczyło po ojcu Klucz Antona  - genetyczną modyfikację, która zwiększa inteligencję, ale również powoduje przedwczesną śmierć. Naukowcy daremnie szukali lekarstwa na tę przypadłość. Wiedząc, że zostało mu niewiele czasu, Groszek zabrał trójkę swoich dzieci i wyruszył w kosmos. Podróżowali z prędkością podświetlną, toteż dzięki efektowi relatywistycznemu na Ziemi minęły ponad cztery wieki, natomiast na statku upłynęło tylko pięć lat. Groszek i jego przedwcześnie rozwinięte dzieci liczyli, że prędzej czy później ziemscy badacze odkryją sposób, żeby wyłączyć Klucz Antona, a wtedy wszyscy będą mogli wrócić na Ziemię i dożyć normalnego wieku. Problem okazał się jednak nie do rozwiązania. Utraciwszy wszelką nadzieję, skazani na kontynuowanie bezcelowej podróży, dzieci i Groszek stanęli przed kolejnym wyzwaniem, kiedy instrumenty pokładowe wykryły anomalię w najbliższym układzie planetarnym. Nieprawidłowo poruszający się obiekt okazał się obcym statkiem kosmicznym. Co więcej, to była arka Formidów, rasy, którą Ender Wiggin rzekomo całkowicie zniszczył przed wiekami. Obcy statek mógł stanowić śmiertelne zagrożenie nie tylko dla czwórki podróżnych, ale również dla Ziemi i jej kolonii. Dzieci nie wiedziały, że jest również ich jedyną szansą ratunku. I nie podejrzewały, że arka kryje w sobie straszliwą tajemnicę formidzkiej rasy...

Orson Scott Card (ur. 1951) – jeden z najbardziej popularnych autorów science fiction. Zadebiutował w wieku 26 lat opowiadaniem „Gra Endera”; zostało ono później rozbudowane do rozmiarów powieści, która zapoczątkowała jeden z najpopularniejszych cykli powieściowych autora – Sagę o Enderze. Równie popularną i powiązaną z nią fabularnie serią jest Saga Cienia. „Ucieczka cienia” to jej piąta część.

Opinie o ebooku Ucieczka cienia - Orson Scott Card

Fragment ebooka Ucieczka cienia - Orson Scott Card

w

POŻOGA

W PRZEDEDNIU

GRA ENDERA

MÓWCA UMARŁYCH

KSENOCYD

DZIECI UMYSŁU

ENDER NA WYGNANIU

CIEŃ ENDERA

CIEŃ HEGEMONA

TEATR CIENI

CIEŃ OLBRZYMA

PAMIĘĆ ZIEMI

WEZWANIE ZIEMI

STATKI ZIEMI

ODRODZENIE ZIEMI

DZIECI ZIEMI

TROPICIEL

RUINY

ZAGINIONE WROTA

ZŁODZIEJ WRÓT

Tytuł oryginału

SHADOWS IN FLIGHT

Copyright © 2012 by Orson Scott Card

All rights reserved

Projekt okładki

Dariusz Kocurek

Redaktor prowadzący

Joanna Maciuk

Redakcja

Michał Załuska

Korekta

Grażyna Nawrocka

ISBN 978-83-8097-598-9

Warszawa 2016

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Dla Lynn Hendee,

mądrej przewodniczki, współtwórczyni,

prawdziwej przyjaciółki

Rozdział 1

W CIENIU OLBRZYMA

Statek gwiezdny „Herodot” opuścił Ziemię w 2210 roku z czwórką pasażerów. Jak najszybciej uzyskał niemal prędkość światła, a potem utrzymał ją i pozwolił działać względności.

Na „Herodocie” minęło zaledwie ponad pięć lat; na Ziemi upłynęło ich czterysta dwadzieścia jeden.

Na „Herodocie” troje trzynastomiesięcznych niemowląt stało się sześciolatkami, a Olbrzym przekroczył szacowaną długość swojego życia o dwa lata.

Na Ziemi wystrzelono statki kosmiczne w celu odnalezienia dziewięćdziesięciu trzech kolonii, poczynając od światów zasiedlonych niegdyś przez Formidów, i objęcia w posiadanie innych nadających się do zamieszkania planet, gdy tylko zostaną odkryte.

Na „Herodocie” sześciolatki były małe jak na swój wiek, ale bystre ponad swoje lata, podobnie jak Olbrzym w dzieciństwie, gdyż u całej czwórki aktywizowano klucz Antona, genetyczny defekt, dający jednocześnie pewną genetyczną przewagę. Ich inteligencja przekraczała poziom sawantów w każdej dziedzinie bez żadnych objawów autyzmu, ale ich ciała nie miały przestać rosnąć. Teraz były małe, lecz w wieku dwudziestu dwóch lat osiągną wzrost Olbrzyma, Olbrzym zaś dawno już będzie martwy. Ponieważ już teraz umierał. Po jego śmierci dzieci zostaną same.

W pomieszczeniu ansibla na „Herodocie” Andrew „Ender” Delphiki siedział na stosiku z trzech książek, leżącym na fotelu przeznaczonym dla dorosłych. W ten sposób dzieci obsługiwały główny komputer, który przetwarzał komunikaty poprzez ansibla, umożliwiając natychmiastową łączność „Herodota” ze wszystkimi sieciami komputerowymi dziewięćdziesięciu czterech światów Gwiezdnego Kongresu. Ender przeglądał właśnie sprawozdanie z terapii genetycznej, której wyniki wyglądały dość obiecująco, kiedy do pomieszczenia weszła Carlotta.

– Sierżant chce zwołać naradę – oznajmiła.

– Ty mnie znalazłaś – odparł Ender – więc on też może.

Carlotta spojrzała ponad jego ramieniem na ekran.

– Po co sobie tym zawracasz głowę? – zapytała. – Nie ma lekarstwa. Nikt już nawet nie szuka.

– Lekarstwem będzie śmierć nas wszystkich – oświadczył Ender. – Wtedy syndrom Antona przestanie być znany rasie ludzkiej.

– Ostatecznie i tak umrzemy – stwierdziła Carlotta. – Olbrzym już umiera.

– Wiesz, że właśnie o tym chce rozmawiać Sierżant...

– No, w końcu musimy o tym porozmawiać, prawda?

– Niekoniecznie. Będziemy sobie z tym radzić, gdy się stanie.

Ender nie chciał myśleć o śmierci Olbrzyma, która powinna już przecież nastąpić. Dopóki jednak Olbrzym żył, Ender miał nadzieję go uratować. Albo przynajmniej przekazać mu dobre nowiny przed śmiercią.

– Nie możemy o tym rozmawiać przy Olbrzymie – powiedziała Carlotta.

– Przecież tutaj go nie ma – zauważył Ender.

– Ale wiesz, że może nas tu słyszeć, jeśli zechce.

Im więcej czasu Carlotta spędzała z Sierżantem, tym wyraźniej zachowywała się jak on. Paranoicznie. Olbrzym słucha...

– Jeśli teraz nas słyszy, wie, że odbędziemy spotkanie, i wie, w jakiej sprawie, więc będzie słuchał, gdziekolwiek pójdziemy.

– Sierżant czuje się lepiej, kiedy stosujemy środki ostrożności.

– Ja czuję się lepiej, kiedy mogę spokojnie pracować.

– Nikt w całym Wszechświecie nie ma syndromu Antona oprócz nas – przypomniała Carlotta – więc badacze przestali nad nim pracować, mimo że są na to środki. Pogódź się z tym.

– Oni przestali, ale ja nie – odparł Ender.

– Jak możesz go badać bez sprzętu laboratoryjnego, obiektów doświadczalnych, bez niczego?

– Mam niezwykle błyskotliwy umysł – rzucił Ender pogodnie. – Śledzę na bieżąco wszystkie genetyczne badania i łączę ich wyniki z tym, co już wiemy o kluczu Antona dzięki najlepszym naukowcom, którzy ciężko pracowali nad tym problemem. Dostrzegam powiązania, jakich ludzie nigdy nie zobaczą.

– My jesteśmy ludźmi – zauważyła Carlotta ze znużeniem.

– Nasze dzieci nimi nie będą, jeśli mi się uda – oświadczył Ender.

– „Nasze dzieci” to koncepcja, która nigdy się nie zrealizuje. Nie zamierzam się parzyć z żadnym z moich męskich krewnych, włącznie z tobą. Kropka. Nigdy. Na samą myśl o tym zbiera mi się na wymioty.

– Zbiera ci się na wymioty na myśl o seksie – sprecyzował Ender. – Ale nie mówię o „naszych dzieciach” w sensie, że mamy się rozmnażać między sobą. Mówię o dzieciach, które będziemy mieli, kiedy ponownie dołączymy do rasy ludzkiej. Nie normalnych dzieciach, jak nasze dawno zmarłe rodzeństwo, które zostało z matką, łączyło się w pary i miało własne dzieci. Mówię o dzieciach z aktywowanym kluczem, dzieciach małych i bystrych jak my. Gdybym znalazł sposób, żeby je wyleczyć...

– Ten sposób to pozbyć się wszystkich dzieci takich jak my i zostawić normalne, i puf, syndrom Antona znika. – Carlotta zawsze wracała do tego samego argumentu.

– To nie jest sposób na wyleczenie, tylko wytępienie naszego nowego gatunku.

– Nie jesteśmy odrębnym gatunkiem, jeśli wciąż możemy się krzyżować z ludźmi.

– Będziemy nim, jak tylko znajdziemy sposób, żeby przekazać naszą błyskotliwą inteligencję bez fatalnego gigantyzmu.

– Olbrzym jest zapewne równie inteligentny, jak my. Niech on popracuje nad kluczem Antona. A ty chodź, bo Sierżant się wścieknie.

– Nie możemy pozwalać, żeby Sierżant nam rozkazywał tylko dlatego, że tak się złości, kiedy go nie słuchamy.

– Och, co za odważne słowa – zadrwiła Carlotta. – Zawsze pierwszy się poddajesz.

– Nie tym razem.

– Gdyby Sierżant teraz tu wszedł, rzuciłbyś wszystko, przeprosił i pobiegł. Zwlekasz tylko dlatego, że mnie nie boisz się rozzłościć.

– A ty nie boisz się rozzłościć mnie.

– No chodź.

– Dokąd? Później do was dołączę.

– Jeśli ci powiem, Olbrzym usłyszy.

– Olbrzym i tak nas wytropi. Jeśli Sierżant ma rację i Olbrzym szpieguje nas przez cały czas, nie mamy możliwości się ukryć.

– Sierżant myśli, że mamy.

– A Sierżant zawsze ma rację.

– Sierżant może mieć rację, a my możemy mu ustąpić. Nic nas to nie kosztuje.

– Nie cierpię pełzania przez kanały wentylacyjne – burknął Ender. – Wy dwoje to uwielbiacie, i w porządku, ale ja tego nie znoszę.

– Sierżant jest dzisiaj taki miły, że obejdzie się bez pełzania.

– Jakie miejsce wybrał?

– Jeśli ci powiem, będę musiała cię zabić – zażartowała Carlotta.

– Każda minuta, w której nie mogę prowadzić moich badań genetycznych, przybliża nas do śmierci.

– Mówiłeś już o tym i to świetny argument, ale go zignoruję. Pójdziesz na nasze spotkanie, choćbym miała cię zaciągnąć na nie siłą.

– Jeśli uważacie, że można mnie ignorować, zróbcie naradę beze mnie.

– I zastosujesz się do wszystkiego, co postanowimy z Sierżantem?

– Jeśli przez „zastosujesz się” rozumiesz: „zignorujesz całkowicie”, to tak. Wasze plany na nic innego nie zasługują.

– Jeszcze nie ułożyliśmy żadnych planów.

– Dzisiaj. Dzisiaj jeszcze nie ułożyliście żadnych planów.

– Wszystkie nasze poprzednie plany zawiodły, bo ich nie realizowałeś.

– Realizowałem każdy plan, z którym się zgadzałem.

– Przegłosowaliśmy cię, Ender.

– Dlatego nigdy się nie zgodziłem na zasadę większości.

– Kto więc rządzi?

– Nikt. Olbrzym.

– Olbrzym nie może opuścić luku towarowego. O niczym nie decyduje.

– Dlaczego więc ty i Sierżant tak się boicie, że nas podsłuchuje?

– Bo jemu zależy tylko na nas i nie ma nic innego do roboty, jak nas szpiegować.

– Prowadzi badania, tak jak ja – stwierdził Ender.

– Tego się obawiam. Wyniki: zero. Koszty: cały czas stracony.

– Zmienisz zdanie, kiedy wynajdę inwazowirusa, który zaniesie lekarstwo na gigantyzm do każdej komórki twojego ciała, i osiągniesz normalny ludzki wzrost, a potem przestaniesz rosnąć.

– Przy moim szczęściu wyłączysz klucz Antona i zrobisz z nas wszystkich głupków.

– Normalni ludzie nie są głupi. Są po prostu normalni.

– I zapomnieli o nas – dorzuciła Carlotta z goryczą. – Gdyby nas znowu zobaczyli, pomyśleliby, że jesteśmy tylko dziećmi.

– Bo jesteśmy dziećmi.

– Dzieci w naszym wieku dopiero uczą się czytać, pisać i rachować – oświadczyła Carlotta. – My mamy za sobą ponad jedną czwartą przeciętnej długości życia. Jesteśmy odpowiednikiem dwudziestopięciolatków z ich gatunku.

Ender nie cierpiał, kiedy zwracała przeciw niemu jego włas­ne argumenty. To on się upierał, że są nowym gatunkiem, następnym etapem ludzkiej ewolucji, Homo antoninis czy może Homo leguminensis, po Olbrzymie, który w dzieciństwie przezywany był „Groszek”.

– Nie zobaczą nas znowu, więc nie potraktują nas jak dzieci – odparł Ender. – Nie zadowala mnie dwadzieścia lat życia ani śmierć z powodu niewydolności naszych serc. Nie zamierzam konać, walcząc o oddech, z obumierającym mózgiem, bo serce nie może mu dostarczyć dostatecznej ilości krwi. Mam pracę do wykonania i absolutnie nieprzekraczalny termin.

Carlotta wyraźnie miała dość słownej szermierki. Nachyliła się do Endera i szepnęła:

– Olbrzym umiera. Musimy podjąć pewne decyzje. Jeśli chcesz być z nich wyłączony, na zawsze, oczywiście olej to spotkanie.

Ender nie znosił myśleć o śmierci Olbrzyma. Oznaczałaby, że zawiódł, że wszystko, czego dowie się później, przyjdzie za późno. I coś jeszcze. Uczucie silniejsze od frustracji, że nie osiąg­nął celu. Ender czytał o ludzkich emocjach i najbardziej pasowałyby tu słowa „rozpacz” i „żal”. Nie mógł jednak o tym mówić, bo zdawał sobie sprawę, jak zareaguje Sierżant: „Ależ, Ender, chyba nie chcesz powiedzieć, że kochasz tego starego drania”. Miłość, jak wiedzieli, pochodziła ze strony ludzi, od matki, matka natomiast wolała zostać na Ziemi, żeby jej zwykłe ludzkie dzieci mogły prowadzić zwykłe ludzkie życie. Jeśliby więc coś znaczyła – jak dawno doszły do wniosku dzieci – zatrzymałaby przy nich matkę i ich zwyczajne rodzeństwo, wszystkich razem na tym statku, wszystkich razem szukających lekarstwa, nowego świata, wspólnego życia jako rodzina. Kiedy mieli niecałe dwa lata, powiedzieli to ojcu. Tak się rozgniewał, że zabronił im krytykować matkę. „To był słuszny wybór – oświadczył. – Nie rozumiecie miłości”. To wtedy przestali go nazywać ojcem. Sierżant miał rację: „To oni podjęli decyzję o rozbiciu rodziny. Jeśli nie mamy matki, to nie mamy również ojca”. Od tamtej pory mówili o nim „Olbrzym”. O matce zaś w ogóle nie wspominali.

Ale Ender o niej myślał. Czy kiedy odlecieliśmy, czuła to, co czuję teraz ja, myśląc o śmierci Olbrzyma? Rozpacz? Żal? Wybrali to, co było ich zdaniem najlepsze dla ich dzieci. Jak bowiem wyglądałoby życie normalnego rodzeństwa na tym statku, gdyby rodzina została razem? Byliby więksi niż Sierżant, Carlotta i Ender, ale czuliby się jak tępe woły, niezdolne dotrzymać kroku antoninom czy leguminotom... jakkolwiek w końcu postanowią się nazywać. Matka i Olbrzym mieli rację, że podzielili rodzinę. Mieli rację we wszystkim. Ale Ender nie mógł tego powiedzieć Sierżantowi. Nigdy nie mówił Sierżantowi tego, czego ten nie chciał usłyszeć.

Tutaj, na „Herodocie”, rozgrywała się powtórka z historii ludzkości: najbardziej agresywne z trójki dzieci, najbardziej skłonne do gniewu i przemocy jak zawsze stawiało na swoim. Jeśli rzeczywiście jesteśmy nowym gatunkiem, pomyślał Ender, to tylko nieznacznie ulepszonym. Wciąż tkwią w nas wszystkie te nonsensy o samcu alfa, pochodzące od szympansów i goryli.

Carlotta odwróciła się do niego plecami i ruszyła do wyjścia.

– Czekaj – odezwał się Ender. – Nie możesz mi powiedzieć, o co tu naprawdę chodzi? Dlaczego o wszystkim dowiaduję się zawsze w ostatniej chwili, kiedy wy dwoje już doszliście do porozumienia, i nie mam możliwości niczego sprawdzić ani nawet przygotować porządnych argumentów?

Na plus Carlotty należy zapisać, że lekko się zmieszała.

– Sierżant robi, co chce.

– Ale zawsze ma w tobie sojusznika.

– W tobie też mógłby mieć, gdybyś ciągle mu się nie sprzeciwiał.

– Nie daje mi okazji, żebym się sprzeciwił. Nie słucha. Jestem drugim samcem, nie rozumiesz? Ma ciebie pod kontrolą, a ja zagrażam układowi sił, bo zamierza być alfą.

Carlotta zmarszczyła brwi.

– Do godów jeszcze daleko.

– To już zależy od naszych obecnych wyborów. Myślisz, że Sierżant pogodzi się z odmową?

– Nie pozwolimy mu na to.

– My? – zapytał Ender. – Jacy „my”? Jesteście ty i on, a potem ja. Myślisz, że ty i ja nagle zmienimy się w „my” tylko dlatego, że chcesz uniknąć kazirodztwa? Jeśli teraz nigdy nie mówisz o nas „my”, dlaczego zakładasz, że kiedyś zaryzykuję życie, żeby cię uratować?

Carlotta się zaczerwieniła.

– Nie chcę o tym rozmawiać.

Ale będziesz o tym myśleć, stwierdził Ender w duchu. Sprawiłem, że zaczęłaś o tym myśleć, i już nie przestaniesz. Sojusze, które zawieramy teraz, przetrwają w przyszłości. Musimy podjąć decyzje, inaczej on będzie samcem alfa, ty będziesz jego oddaną partnerką, a ja – uległym samcem bez pary, wypełniającym tylko rozkazy alfy. Jeśli wcześniej mnie nie zabije.

– Posłuchajmy zatem, co Sierżant ma do powiedzenia – ustąpił Ender. – Jeśli rzeczywiście nie masz o tym pojęcia.

– Naprawdę nie mam – zaprotestowała Carlotta. – On nie odkrywa przede mną swoich myśli bardziej niż przed tobą.

Ender nie zaprzeczył, ale nie była to prawda. Jeśli Carlotta rzeczywiście o niczym nie wiedziała, to zawsze tak szybko przedstawiała argumenty na poparcie każdej bzdury, jaką chciał przeforsować Sierżant, że sprawiała wrażenie, jakby zgadzała się z pomysłem Sierżanta, zanim ten jeszcze go przedstawił.

Wciąż jesteśmy naczelnymi. Zaledwie kilka genów różni nas od bezwłosych szympansów, które zaczęły gotować jedzenie, żeby kobiety zostały przy ognisku, podczas gdy ich monogamiczni partnerzy wyruszali na polowanie i przynosili mięso do domu, i zaledwie kilka genów więcej od owłosionych szympansów, które kopulują, kiedy tylko mogą, zwykle stosując przemoc, i żyją w strachu, żeby nie rozgniewać samca alfa. Tylko że my wymyślamy wyjaśnienia i usprawiedliwienia, manipulujemy innymi za pomocą słów, a nie demonstracji siły lub czułego iskania. Albo raczej nasze demonstracje siły i czułe iskanie to słowa, więc wymagają mniej energii, choć spełniają to samo zadanie.

– Udam, że ci wierzę – oznajmił Ender – żeby nie zdradzać, iż wiem, że moja obecność na spotkaniu z Sierżantem posłuży wyłącznie udowodnieniu jego dominacji nad naszym małym żałosnym plemieniem.

– Jesteśmy rodziną – sprostowała Carlotta.

– Nasz gatunek nie istnieje dostatecznie długo, żeby wykształcić więzi rodzinne – burknął Ender, żeby zwyczajnie ponarzekać.

Poszedł za nią na mostek, gdzie pchnęła ręczną dźwignię i otwarła zejście do szybów konserwacyjnych otaczających przewodniki plazmy, kolektor silnika strumieniowego i soczewki grawitacji.

– Tak, posiedźmy tu przez kilka godzin i cała kwestia zapoczątkowania gatunku stanie się bezprzedmiotowa – stwierdził Ender.

– Ekranowanie działa. Poza tym i tak dużo nie zbieramy, więc zamknij się – rzuciła Carlotta.

Zeszli niżej, na poziom maszynowni, która była domeną Carlotty. Podczas gdy Ender upierał się przy badaniach genetycznych, stanowiących wyłączny powód tej podróży, Carlotta stała się pokładowym ekspertem od mechaniki, plazmatyki, soczewkowania grawitacji i całego funkcjonowania statku. „To nasz świat – powtarzała często – więc powinniśmy wiedzieć, jak działa”. A ostatnio przechwalała się: „W razie czego umiałabym zbudować cały statek od zera”. „To znaczy z części” – poprawił ją Sierżant. „Z rudy w górach na jakiejś nieodkrytej planecie – odparła. – Z metali na dwóch asteroidach i komecie. Z wraku tego statku po zderzeniu z meteorem”. Sierżant się śmiał, ale Ender jej uwierzył. Teraz prowadziła ich z powrotem do dolnego laboratorium.

– Mogliśmy pójść korytarzem do górnego laboratorium i oszczędzić sobie łażenia po drabinkach – wytknął jej Ender.

– Olbrzym słyszy nasze kroki z górnego laboratorium.

– Myślisz, że nie słyszy wszystkiego wszędzie?

– Wiem, że nie – zapewniła Carlotta. – Na całym statku są takie martwe strefy.

– Które znasz.

Carlotta nie zawracała sobie głowy odpowiedzią. Oboje wiedzieli, że Enderowi właściwie jest wszystko jedno, czy Olbrzym ich słyszy, czy nie. To Sierżant chciał wszystko ukrywać czy przynajmniej wierzył, że ukrywa siebie.

Na rufie dolnego laboratorium znajdował się szyb windy, który prowadził do modułu podtrzymywania życia. Podczas faz silnego przyspieszania tył statku stawał się dnem głębokiej studni, a winda pozwalała zjechać do modułu podtrzymywania życia przy podstawie i wrócić. Ale w trakcie zwykłego lotu grawitacja była inaczej spolaryzowana, toteż szyb windy zmieniał się w zwykły chodnik, z ciążeniem wynoszącym jedną dziesiątą ziemskiego.

Luk ładunkowy statku, w którym mieszkał Olbrzym, ponieważ nigdzie indziej się nie mieścił, znajdował się bezpośrednio nad nimi. Toteż szli powoli, na palcach, starając się nie hałasować. Gdyby Sierżant ich usłyszał, wpadłby w furię, ponieważ to by znaczyło, że Olbrzym również ich słyszy.

Sierżanta nie było w module podtrzymywania życia, chociaż włączył wentylatory na pełną moc, żeby pompowały do przewodów natlenione powietrze i zagłuszały dźwięki. Ender nigdy nie mógł zdecydować, czy pachniało tu świeżością, czy zgnilizną – algi i porosty rosnące na setkach wielkich tac pod sztucznym słońcem nieustannie umierały, po czym ich protoplazmę wchłaniało następne pokolenie w cyklu bez końca.

– Wiesz, czego tu brakuje? – odezwała się Carlotta. – Zdechłej ryby. Żeby poprawić zapach.

– Nie wiesz, jak śmierdzi zdechła ryba – zauważył Ender. – Nigdy nie widzieliśmy nawet ryby.

– Widziałam obrazki i we wszystkich książkach czytałam, że ryby brzydko pachną, kiedy się rozkładają.

– Gorzej niż gnijące algi.

– Tego nie wiesz – sprzeciwiła się Carlotta.

– Gdyby gnijące algi śmierdziały gorzej, przysłowie by mówiło: „Gość i algi zaczynają śmierdzieć po trzech dniach”.

– Żadne z nas nie wie, o czym właściwie rozmawiamy – zauważyła Carlotta.

– Ale wciąż rozmawiamy.

Ender spodziewał się zastać Sierżanta w Szczeniaku – pojeździe technicznym zaprogramowanym przez Olbrzyma tak, żeby bez względu na wszelkie inne wydane instrukcje trzymał się w odległości pięciu metrów od pancerza „Herodota”. Ender wiedział, że Carlotta przez długie miesiące usiłowała spuścić Szczeniaka ze smyczy, ale nie mogła pokonać oprogramowania. I właśnie takie rzeczy uświadamiały mu, jeśli nie pozostałym, że Olbrzym co najmniej dorównuje im inteligencją i ma przewagę wieloletniego doświadczenia. Wszystkie środki ostrożności Sierżanta nie miały sensu, ponieważ przy swojej ponadwymiarowej konsoli w luku ładunkowym Olbrzym mógł robić, co tylko zechciał, mógł słyszeć, widzieć i prawdopodobnie nawet wąchać, co tylko zechciał, a jego dzieci nic nie mogły na to poradzić, nawet sprawdzić, czy ich nie szpieguje.

Pozostała dwójka nie chciała w to wierzyć, ale Ender wiedział, że są dziećmi. Klucz Antona sprawiał, że ich mózgi wciąż rosły – a także mózg Olbrzyma. Jego obecna pojemność tak dalece przewyższała pojemność ich mózgów, że sama myśl o przechytrzeniu go zakrawała na żart. Lecz wybujała ambicja kazała Sierżantowi wierzyć, że nie tylko potrafi przechytrzyć Olbrzyma, ale już to zrobił.

Urojenia. Jedno z twoich dzieci jest szalone, Olbrzymie, i nie jestem to ja ani dziewczyna. Co zamierzasz z tym zrobić?

No dobrze, nie szalone. Tylko... wojownicze.

Podczas gdy Carlotta studiowała mechanikę statku, a Ender – ludzki genom i metody jego zmieniania, Sierżant zgłębiał tajniki broni, wojny i metody zadawania śmierci. Przychodziło mu to naturalnie. Olbrzym był niegdyś na Ziemi wielkim dowódcą wojskowym, może największym w historii, chociaż jeśli tak, matka niewiele mu ustępowała. Groszek i Petra – najpotężniejsza broń w arsenale Hegemona, który zjednoczył świat pod jednym rządem. Należało się więc spodziewać, że wśród ich dzieci znajdą się takie o duszach wojowników. I taki był Sierżant.

Ale nawet Carlotta była bardziej wojownicza od Endera. Ender zaś nienawidził przemocy, nienawidził konfrontacji. Chciał tylko spokojnie pracować. Widział, jak któreś z rodzeństwa dokonuje czegoś niezwykłego, i nie pragnął mu dorównać ani go prześcignąć. Przeciwnie, był z niego dumny albo bał się o niego w zależności od tego, czy aprobował jego wyczyny.

Carlotta zdjęła wąski panel pod sufitem w szybie windy.

– Och, nie żartuj – zaprotestował Ender.

– Zmieścimy się bez trudu – zapewniła. – Nie masz chyba klaustrofobii?

– To pole soczewkowania grawitacji – zwrócił jej uwagę Ender. – I jest aktywne.

– To tylko grawitacja. Dziesięć procent ziemskiej. I jesteś­my ściśnięci między dwiema płytami, nie możemy spaść.

– Nie cierpię tego uczucia.

Bawili się w tej przestrzeni jako dwulatki. To było jak kręcenie się w kółko aż do zawrotu głowy, tylko gorsze.

– Przeżyjesz – oświadczyła Carlotta. – Przetestowaliśmy to i dźwięk naprawdę tam zanika.

– Świetnie – mruknął Ender. – Jak będziemy słyszeć się nawzajem?

– Blaszane telefony – wyjaśniła Carlotta.

Oczywiście to nie były zabawki, które zmajstrowali, kiedy byli bardzo maleńcy. Carlotta już dawno je przerobiła w taki sposób, że bez żadnego źródła zasilania przesyłały dźwięk przez dziesięć metrów cienkiego kabla, nawet przeciągniętego za róg albo przyciśniętego drzwiami.

Oczywiście czekał tu na nich Sierżant. „Medytował” z zamkniętymi oczami, czyli według interpretacji Endera knuł, jak podbić wszystkie ludzkie światy, zanim umrze na gigantyzm jako dwudziestolatek.

– Miło, że przyszedłeś – rzucił Sierżant.

Ender go nie słyszał, ale czytał mu z ruchu warg, a poza tym dokładnie wiedział, co Sierżant powie w takiej sytuacji.

Wkrótce wszyscy połączyli się trójstronnie blaszanymi telefonami Carlotty. Leżeli jedno za drugim, z odwróconymi głowami, Ender pomiędzy Sierżantem a Carlottą, żeby nie mógł w dowolnej chwili przerwać rozmowy i się wymknąć.

Jak tylko Ender wpełznął w pole grawitacyjne, owładnęło nim znajome wrażenie, że spada ze szczytu wodospadu albo skacze z mostu. „W dół w dół w dół” – mówiło jego poczucie równowagi. „Spadam!” – ostrzegł układ limbiczny, całkiem spanikowany. Przez pierwsze kilka minut Ender nie mógł się powstrzymać od młócenia rękami co jakieś dziesięć sekund w odruchu przerażenia, dlatego Carlotta przymocowała mu taśmą telefon do twarzy, żeby go nie strącił w kolejnym paroksyzmie.

– Zaczynajmy – rzucił Ender ponuro. – Mam robotę, a to miejsce jest jak przedłużone umieranie.

– To podniecające – stwierdził Sierżant. – Ludzie płacą za zanurzenie w polu grawitacyjnym, żeby dostać kopa adrenaliny, a my mamy to za darmo.

Ender nie odpowiedział. Wiedział, że im bardziej będzie nalegał na pośpiech, tym dłużej Sierżant będzie zwlekał i mnożył dygresje.

– Tym razem zgadzam się z Enderem – oznajmiła Carlotta. – Zaprogramowałam turbulencję w soczewkach i teraz daje mi się we znaki.

Ender miał więc rację, że było gorzej niż zwykle. Po raz dziesięciotysięczny pożałował, że nie wytłukł kuso z Sierżanta, kiedy się pierwszy raz spotkali. Ustaliłby wtedy inną kolejność dziobania. Zamiast tego uważnie słuchał matki, kiedy mu powtarzała, że inne dzieci są tak samo ich prawdziwymi dziećmi jak on, chociaż Ender naprawdę urodził się z ciała matki, a inne dzieci implantowano w łonach surogatek. Dla normalnych dzieci to nie miało większego znaczenia – nie pamiętały, że mieszkały gdzie indziej. Ale antoniny, jak Sierżant i Carlotta, były świadome wszystkiego już w wieku sześciu miesięcy. Pamiętały rodziny surogatek i czuły się obco z matką i ojcem.

Ender mógł je zastraszać i tyranizować, ale tego nie robił. Starał się nie okazywać, że uważa się za „prawdziwe” dziecko, chociaż – mając rok – oczywiście tak myślał. Sierżant zareagował na tę dziwną sytuację podkreślaniem swojego autorytetu i próbą przejęcia władzy. Na pewno dał się we znaki swoim zastępczym rodzicom przez pierwszy rok życia. Nie mieli pojęcia, co robić z dzieckiem, które przed ukończeniem szóstego miesiąca mówiło pełnymi zdaniami, w dziewiątym miesiącu życia wszędzie właziło i wszędzie się wspinało, a jako roczny maluch samo uczyło się czytać. Carlotta dla odmiany była powściągliwa. Jej przybrani rodzice mogli nie wiedzieć, ile potrafiła w tak młodym wieku. Kiedy ojciec i matka przywieźli ją do domu, okazywała nieśmiałość i szybko zostali z Enderem przyjaciółmi. Sierżant poczuł się zagrożony, wszystko więc zmieniał w zawody... albo w walkę.

Ender zasadniczo ignorował wojownicze zapędy Sierżanta. Niestety, Sierżant brał to za uległość. Lub za arogancję. „Nie współzawodniczysz, bo myślisz, że już wszystko wygrałeś”. Ale Ender nie myślał, że wygrał. Po prostu uważał współzawodnictwo z Sierżantem za bezsensowne zajęcie, stratę czasu. Żadna przyjemność bawić się z kimś, kto absolutnie musi wygrać, za każdym razem.

– Olbrzym nie spieszy się z umieraniem – zaczął Sierżant.

W tym momencie Ender zrozumiał cel całego spotkania. Sierżant się niecierpliwił. Był synem króla, gotowym objąć tron. Ileż to razy w historii ludzkości odgrywano ten scenariusz?

– Co więc proponujesz? – zapytał, udając obojętność. – Wypompować powietrze z luku towarowego? Zatruć mu jedzenie albo wodę? A może zażądasz, żebyśmy wzięli noże i zadźgali go na śmierć w Senacie?

– Nie melodramatyzuj – uciął Sierżant. – Im większy się robi, tym trudniej będzie sobie poradzić z trupem.

– Otworzymy luk towarowy i wyrzucimy go w kosmos – zaproponowała Carlotta.

– Jak sprytnie – ocenił Sierżant z przekąsem. – Ponad połowa naszych substancji odżywczych jest uwięziona w jego ciele, co zaczyna wpływać na system podtrzymywania życia. Musimy odzyskać tę żywność, żebyśmy mieli co jeść i czym oddychać, kiedy sami urośniemy.

– Więc pokroimy go na steki? – rzucił Ender.

– Wiedziałem, że to powiesz – stwierdził Sierżant. – Nie zjemy go, nie bezpośrednio. Tylko potniemy i położymy na tacach. Bakterie go rozpuszczą i porosty zaczną rosnąć o wiele szybciej.

– A wtedy, hurra, podwójne porcje dla wszystkich! – zadrwił Ender.

– Proponuję tylko, żebyśmy przestali mu dostarczać pełną dzienną dawkę kalorii. Zanim się zorientuje, tak osłabnie, że nic nie będzie mógł zrobić.

– I tak nic by nie zrobił – zauważył Ender. – Jak tylko zrozumie, że chcemy go zabić, sam postanowi umrzeć.

– Melodramat! – parsknął Sierżant. – Nikt nie wybiera śmierci, chyba że jest szalony. Olbrzym chce żyć. I nie jest taki sentymentalny jak ty, Enderze. Zabije nas, zanim pozwoli się zabić.

– Nie zakładaj jednak, że Olbrzym jest równie zły, jak ty – odparł Ender.

Carlotta pociągnęła go za stopę.

– Bądź miły, Enderze – poprosiła.

Ender już wiedział, jak to się rozegra. Carlotta wyrazi ubolewanie, ale zgodzi się z Sierżantem. Jeśli Ender spróbuje dać Olbrzymowi dodatkowe kalorie, Sierżant go pobije, a Carlotta nie będzie się wtrącać albo nawet pomoże go trzymać. Nie żeby bicie zwykle trwało długo. Ender po prostu nie chciał walczyć, więc się nie bronił. Po kilku ciosach zawsze się poddawał.

Ale to było co innego. Olbrzym i tak umierał. A to sprawiało Enderowi tyle bólu, że sama myśl o przyspieszeniu tego procesu była nie do wytrzymania.

Niczego nie do wytrzymania do tej pory nie proponowano, więc reakcja Endera zaskoczyła nawet jego. Nie. Zwłaszcza jego.

Głowa Sierżanta znajdowała się tuż obok Endera. Ender sięgnął w górę i z całej siły rąbnął nią o ścianę. Ręce Sierżanta natychmiast wystrzeliły do przodu, żeby rozpocząć walkę, ale Ender go zaskoczył. Zanim ręce Sierżanta zacisnęły się na ramionach Endera, ten zaparł się nogami po obu stronach szybu i walnął nasadą dłoni z całej siły w nos przeciwnika.

Nikt jeszcze nigdy nie zaatakował Sierżanta, więc ten nie przywykł do znoszenia bólu. Trysnęła krew i jej kuleczki rozprysły się we wszystkie strony w turbulencyjnym polu grawitacyjnym. To musiało boleć. Uścisk Sierżanta osłabł, a Ender słyszał, jak Sierżant wrzeszczy w furii do blaszanej puszki. Zwinął dłoń w pięść i wpakował kłykieć w oko Sierżanta. Sierżant ryknął. Carlotta wykręciła Enderowi stopę, krzycząc:

– Co ty robisz?! Co się dzieje?!

Ender stawił jej opór i kantem dłoni uderzył Sierżanta w gardło. Sierżant zakrztusił się i zarzęził. Ender powtórzył cios. Sierżant przestał oddychać. Oczy miał wytrzeszczone z przerażenia.

Ender podciągnął się do przodu, aż jego usta znalazły się nad ustami Sierżanta. Przycisnął wargi do jego warg i dmuchnął, mocno. Krew i smarki z nosa Sierżanta dostały mu się do ust, ale nie mógł tego uniknąć. Jeszcze nie zdecydował, czy zabić Sierżanta. Racjonalna część jego umysłu znowu zaczynała dochodzić do głosu.

– Oto jak będzie – powiedział Ender. – Twoje rządy terroru się skończyły. Zaproponowałeś morderstwo i mówiłeś poważnie.

– On nie mówił poważnie – zaprotestowała Carlotta.

Ender machnął stopą do tyłu i trafił ją w usta. Krzyknęła, a potem tylko płakała.

– Mówił poważnie, a ty byś mu pomogła – oświadczył Ender. – Do tej pory znosiłem to gówno, ale teraz przekroczyliście granicę. Sierżancie, niczym już nie dowodzisz. Jeśli znowu spróbujesz wydawać komuś rozkazy, zabiję cię. Zrozumiałeś?

– Enderze, on teraz zabije ciebie! – zawołała Carlotta przez łzy. – Co w ciebie wstąpiło?

– Sierżant mnie nie zabije – odparł Ender – ponieważ Sierżant wie, że właśnie zostałem jego oficerem dowodzącym. Marzył, żeby mieć dowódcę, a Olbrzym nie chciał nim być, więc ja nim będę. Skoro nie masz własnego sumienia, Sierżancie, od tej pory ja nim będę. Bez mojego zezwolenia nie zrobisz niczego gwałtownego ani niebezpiecznego. Jeśli przyłapiesz się na myśli, żeby skrzywdzić mnie albo kogoś innego, dowiem się o tym, bo potrafię czytać w tobie jak w otwartej księdze.

– Wcale nie potrafisz – sprzeciwiła się Carlotta.

– Potrafię odczytywać język ludzkiego ciała tak, jak ty odczytujesz wskaźniki maszynerii na statku, Carlotto – oświadczył Ender. – Zawsze wiem, co planuje Sierżant. Tylko nigdy wcześniej mnie to nie obchodziło na tyle, żeby go powstrzymać. Kiedy Olbrzym umrze, z własnej woli, w swoim czasie, zapewne zrobimy coś takiego, co proponowałeś, Sierżancie, bo nie możemy stracić tych substancji odżywczych. Ale nie potrzebujemy ich teraz i nie będziemy potrzebować jeszcze przez lata. Tymczasem zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby utrzymać Olbrzyma przy życiu.

– Nigdy mnie nie zabijesz – zachrypiał Sierżant.

– Ojcobójstwo jest tysiąc razy gorsze od bratobójstwa – odparł Ender. – Nawet się nie zawaham. Nie musiałeś przekraczać tej granicy, ale zrobiłeś to i raczej wiedziałeś, jak postąpię. Może nawet chciałeś, żebym to zrobił. Przerażało cię, że nikt nigdy przed niczym cię nie powstrzymał. No więc to jest twój szczęśliwy dzień. Od tej pory ja będę cię powstrzymywał. Ciebie, twoją broń i twoje gry wojenne... Nauczyłem się, jak zniszczyć ludzkie ciało, i zapewniam cię, Sierżancie, że na stałe zmieniłem twój głos i twój nos. Za każdym razem, kiedy spojrzysz w lustro, za każdym razem, kiedy usłyszysz swój głos, przypomnisz sobie: Ender rządzi, a Sierżant robi to, co Ender mu każe. Jasne?

Aby podkreślić efekt, chwycił za nos Sierżanta, z całą pewnością złamany. Sierżant wrzasnął, ale gardło tak strasznie go zabolało, że zabulgotał, zakrztusił się i splunął.

– Olbrzym zapyta, co się stało Sierżantowi – ostrzegła Carlotta.

– Nie będzie musiał pytać – odparł Ender. – Zamierzam mu powtórzyć naszą rozmowę, słowo w słowo, a wy dwoje będziecie słuchać. Teraz cofnij się, Carlotto, żebym mógł wyciągnąć nędzne ciało Sierżanta z szybu i zatamować krwawienie.

CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI

PEŁNY SPIS TREŚCI:

Rozdział 1. W CIENIU OLBRZYMA

Rozdział 2. WIDZIEĆ PRZYSZŁOŚĆ

Rozdział 3. OBSERWACJA NIEBA

Rozdział 4. OBCY TO WROGOWIE

Rozdział 5. CZEGO NIE MOŻNA ZROBIĆ

Rozdział 6. PREZENTACJA

Rozdział 7. NA ARKĘ

Rozdział 8. W STEROWNI

Rozdział 9. TRUTNIE I ROBOTNICE

Rozdział 10. RUCH OLBRZYMA