Wydawca: Prószyński Media Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 327 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka U kresu dnia - Eve Bonham

Dwie kobiety, dwa życia, przez wiele lat prowadzone oddzielnie, lecz w stanie silnej emocjonalnej zależności, a teraz na skraju… no właśnie, czego? 

Anna, debiutująca pisarka, i Lizzie, aktorka u schyłku kariery, od dzieciństwa były ze sobą zżyte jak siostry. Teraz obie po pięćdziesiątce, spędzają wieczór we francuskim domu Anny. Następnego ranka obie udają się do Anglii, każda z innego powodu. Motywacje kobiet wyjaśniają się w ciągu tego jednego dnia, przepełnionego wspomnieniami wydarzeń, które przybliżały je do siebie lub oddalały przez ostatnie czterdzieści lat. Zwyczaj dzielenia się wszystkim: sukcesami i porażkami, sekretami i problemami, przyjaciółmi, a nawet kochankami, przynosi nieprzewidziane skutki. Czy długoletnia przyjaźń, która dotąd przetrwała wszystko, od nierozstrzygniętych sporów po zdradę, wytrzyma jeszcze jeden dzień, czy też dobiegnie kresu? 

Eve Bonham uczyła angielskiego w Tajlandii, pływała w regatach po Atlantyku i wędrowała samotnie przez mało uczęszczane regiony Azji i Ameryki Południowej. Autorka licznych artykułów o sztuce, opowiadań i powieści.

Opinie o ebooku U kresu dnia - Eve Bonham

Fragment ebooka U kresu dnia - Eve Bonham

Tytuł oryginału

TO THE END OF THE DAY

Copyright © Eve Bonham 2011

All rights reserved

First published in Great Britain in 2011 by The Book Guild Ltd,

Pavilion View, 19 New Road Brighton, BN1 1UF

Projekt okładki

Adam Jaworski

Zdjęcie na okładce

© Susanne Walström/Johnér Images/Corbis/FotoChannels

Redaktor prowadzący

Grażyna Smosna

Redakcja

Katarzyna Pawłowska

Korekta

Agnieszka Ujma

ISBN 978-83-7961-519-3

Warszawa 2012

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Julii

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Kobieta obserwuje ptaki. Zazdrości im, kiedyś była wolna jak one. Jaskółki oknówki przyleciały przed miesiącem i już prawie skończyły budować gniazda zawieszone ryzykownie pod okapami starego domu. Wkrótce zapadnie zmierzch i ich pikowania, śmigania i krążenia ustaną, a w ogrodzie zapanuje ciemność. Anna uwielbia patrzeć na małe ptaki, kiedy zataczają swobodne kręgi i świergocą jak uczennice popisujące się na szkolnym boisku. Trudno jej uwierzyć, że na siebie nie wpadają, kiedy tak się kotłują na niebie; zastanawia się, dlaczego sama ostatnio nie jest w stanie unikać kolizji.

Mężczyzna obserwuje ją z wnętrza domu. Widzi smukłą postać stojącą na trawie, niemal eteryczną sylwetkę na tle jasnożółtego nieba. Kobieta patrzy w górę na kołujące ptaki, chmura jasnych włosów jeszcze bardziej rozmywa zarys jej głowy.

To jego kobieta, jego dom i jego ogród. Youenn czuje się trochę odepchnięty przez to jej skupienie na ptakach i stara się zapanować nad nieuzasadnionym ukłuciem lęku.

Kobieta odwraca się, żeby spojrzeć na dom. Dostrzega znajomą, groźnie wyglądającą postać siedzącą w fotelu z wysokim oparciem, oświetloną światłem lampy do czytania. Widzi, że mężczyzna patrzy w stronę ogrodu i uświadamia sobie z przerażeniem, że jest przez niego obserwowana. Przez kilka nieruchomych sekund przyglądają się sobie nawzajem beznamiętnie, po czym kobieta unosi ramię w uspokajającym geście – macha do niego. Mężczyzna opuszcza wzrok z powrotem na książkę, z pozorną obojętnością udając, że jest pochłonięty lekturą.

Anna wzdycha i spoglądając po raz ostatni na niebo, odwraca się i idzie przez ogród, żeby wejść na taras, a potem do domu. Duże pomieszczenie będące jednocześnie kuchnią i jadalnią, wraz ze znajdującym się za nim salonem zastawionym sprzętami z ciemnego drewna, nosi nazwę sejour. W kącie najbardziej odległym od kuchenki, za stołem, stoi wielki fotel, w którym zasiada jej mąż, żeby czytać albo kontemplować. Kobieta patrzy na ścienny zegar, po czym otwiera drzwiczki piekarnika, żeby sprawdzić, czy blanquette de veau dusi się jak trzeba, a następnie nastawia garnek z wodą do zagotowania. Podchodzi do starego drewnianego kredensu; to potężny, solidny mebel, bez którego nie sposób sobie wyobrazić bretońskiej kuchni. Anna ma własną teorię, że takie kredensy dostaje się w prezencie ślubnym i stają się rodzinnym dziedzictwem, przechodzącym w spadku na jedno z dzieci. Uważa te masywne graty za okropne, ale ten należący do Youenna nosi przynajmniej ślady upływu czasu i zużycia, przez co jest łatwiejszy do zaakceptowania.

Wysuwając ciężką, nierówno załadowaną szufladę zawierającą sztućce, zauważa nienaturalną szczupłość swoich palców. Zdołała sobie wmówić, że kościste dłonie są jedyną widoczną oznaką utraty wagi, i ma nadzieję, że ich wygląd da się wytłumaczyć fizycznym obciążeniem, jakie im zadaje w związku z uprawianiem ogrodu, gotowaniem i pracami domowymi. Wszystko to są nowe zajęcia, których z pogardą by unikała w młodszym wieku, a które teraz dają jej poczucie pewnej stałości i pociechę.

Zaczyna nakrywać stół dla czterech osób, przyjemnie ożywiona perspektywą towarzystwa przy posiłku. Już od kilku lat, odkąd dzieci Youenna opuściły dom, przy stole są tylko dwa miejsca, a jej mąż rzadko zaprasza gości, żeby zjedli z nimi obiad. Z wiekiem nabrał cech pustelnika.

Zaczną od pasztetu rybnego, który zrobiła wcześniej tego dnia, z pain de campagne, kupionym jak zawsze w rodzinnej piekarni nieopodal. Lubi gotować i nie jest w tym pozbawiona talentu, lecz zdaje sobie sprawę, że jako Angielka we Francji nigdy nie doczeka się jakiegokolwiek uznania za swoje kulinarne osiągnięcia. Dla jej sąsiadów wyjaśnienie jest proste: nie jest Francuzką, więc nie potrafi gotować. Bretania posiada naturalną wyższość nad Brytanią – krajem, którego nie sposób za cokolwiek chwalić. Wśród miejscowych panuje rodzaj narodowego zaślepienia, które każe wielu Francuzom sądzić, że w Anglii cały czas pada, że nie sposób tam dobrze zjeść i że Anglicy są pozbawieni pasji i finezji. Mówiąc krótko, nie są tak doskonali jak Francuzi i należy im z tego powodu współczuć. Anna uważa te uproszczone przekonania i opinie, rzecz jasna błędne, za zabawne i jednocześnie irytujące. Oczywiście nie mówi tego sąsiadom – nie chciałaby pogłębiać swego poczucia wyobcowania poprzez krytykę; wie, że próbując obalić ich prowincjonalne poglądy, spotkałaby się z silną niechęcią. Jako Angielka nigdy nie czuła się tam akceptowana, nawet po pięciu latach. Czuje swoją inność i wie, że jest i zawsze będzie dla nich obca.

Spogląda na męża, który jest wykształconym człowiekiem; kiedyś wierzyła, że zdystansuje się od tych zaściankowych przekonań. Teraz nie jest już tego taka pewna. Nie powiedział ani słowa, kiedy wróciła z ogrodu, choć odłożył książkę i obserwuje z zadumą żonę krzątającą się po wielkiej starej kuchni. Kaszle, zwracając na siebie jej uwagę.

– Robisz się zbyt szczupła – stwierdza po francusku. Komentuje rzeczy, które widzi, niezręcznie mu rozmawiać o tych, których nie może zobaczyć. Jest człowiekiem małomównym. Mówienie o wyglądzie jest bezpieczne, to co leży pod spodem, to nieznane wody, a on stał się nieufny wobec objawianej przez jego żonę skłonności do pozwalania sobie na krępujące emocjonalne wynurzenia przy każdej możliwej okazji.

Anna nie jest zdziwiona, że zauważył jej schudnięcie – Youenn większość swego czasu poświęca na obserwowanie innych. Uśmiechając się, odpowiada w jego języku.

– To lepsze niż nadmierna tusza.

– Niekoniecznie – odpowiada mrukliwie jej mąż. – Czy twoi znajomi mówią po francusku?

– Owszem, dość dobrze. Ale pewnie nie sprostają twoim wygórowanym standardom.

Youenn wstaje z miejsca – jest wysokim, kanciastym mężczyzną z gęstymi siwymi włosami – i podchodzi do okna, skąd patrzy na nieregularnie poczerwieniałe niebo. Słońce przedziera się słabo przez jodły rosnące po lewej stronie i spływa w dół, w cień splątanych dolnych gałęzi. Youenn przyjmuje piękno natury ze spokojną obojętnością, czuje lekką wzgardę dla tych, którzy wyrażają zachwyt. Ono istnieje, czasem się objawia, i to dobrze. Nie ma potrzeby o nim mówić.

– A ta Lizzie, której nigdy nie poznałem… blisko się przyjaźnicie? – mówi odwrócony do Anny plecami, z rękami splecionymi na piersi. Znów kaszle.

– Lizzie jest więcej niż przyjaciółką… jest dla mnie bardziej jak siostra – odpowiada Anna. – Nie widujemy się często, ale jesteśmy sobie bardzo bliskie. – To wyjaśnienie nie oddaje skomplikowanego charakteru jej relacji z Lizzie, ale Anna czuje, że rozwijanie tematu nie byłoby ani rozsądne, ani użyteczne. Youenn by nie zrozumiał, a poza tym tak naprawdę wcale nie jest ciekawy. Jej przeszłość go nie interesuje – jak wszystko, co bezpośrednio go nie dotyczy. Kiedyś był mniej skupiony na sobie, bardziej otwarty, ale te czasy dawno minęły. Jest introwertykiem, przejętym wyłącznie sobą i swoim miejscem w świecie.

– Chyba się przeziębiłem – mówi, opierając się o framugę drzwi; obserwuje żonę, ale nie stara się pomóc w przygotowaniu wieczornego posiłku.

– Biedaku – mruczy Anna bez współczucia.

– O której mają przyjść? – pyta Youenn. Czuje głód i nie ma ochoty dłużej czekać z jedzeniem.

– Wkrótce – odpowiada Anna. Powinni już być. Proszę, nie spóźnij się za bardzo, Lizzie, modli się w duchu.

W tym momencie, jak na zawołanie, rozlega się dzwonek u drzwi. Anna zdejmuje ścierkę osłaniającą spódnicę i wymija męża, który nie wykonuje żadnego ruchu, żeby otworzyć drzwi. Zawsze tak się zachowuje. Zwlekanie z odpowiedzią na działania z zewnątrz jest celowym manewrem, nie skutkiem nieśmiałości. Anna przechodzi przez hol i odkrywa, że Youenn z jakiegoś perwersyjnego powodu zamknął ciężkie frontowe drzwi na zasuwę, zmaga się z oporną metalową sztabą, nim w końcu jest w stanie otworzyć dom przed gośćmi.

Na zewnątrz w zapadającym zmierzchu stoją dwie postacie.

– Zamknęliście się już na noc, Anno? – rozlega się ciepły głos Lizzie. – Ale chyba się nas spodziewaliście?

– Oczywiście, że się spodziewaliśmy! – zapewnia Anna, obejmując Lizzie. Spogląda ponad ramieniem przyjaciółki na drugiego gościa, męża Lizzie, który stoi w pewnej odległości i z uśmiechem patrzy na kobiecą demonstrację wzajemnego przywiązania. – Jak dobrze widzieć was oboje! – wykrzykuje Anna, odrywając się od Lizzie, żeby ucałować Paula w policzek. Paul obejmuje ją ramieniem i serdecznie ściska. Mimo zapadającego zmroku, spoglądając ponownie na przyjaciółkę, Anna zauważa, że piękna Lizzie nie jest już tak szczupła, jak była, kiedy widziały się ostatnim razem.

– Tak, wiem. Przybrałam parę kilo – mówi z uśmiechem Lizzie. – Dobrze mi z tym. – Podczas powitania czuła twarde kości ramion Anny i zauważyła, że przyjaciółka jest obecnie dużo szczuplejsza od niej. Zwykle było odwrotnie. – A ty schudłaś, moja droga – mówi cicho.

Paul spogląda z dumą i czułością na żonę, która wygląda egzotycznie, elegancko i pięknie w świetle padającym z holu, a następnie, podążając za jej wzrokiem, patrzy na Annę i dostrzega, że straciła ona swą delikatną urodę i sprawia wrażenie jedynie kruchej.

I starszej.

Kiedy kobiety przyglądają się sobie nawzajem spokojnie, bez skrępowania, Paul odzywa się, przerywając długą chwilę ciszy.

– Samochód może tu stać? – Przyciąga uwagę do pięknego starego bentleya, najwyraźniej stanowiącego drugi powód jego radości i dumy. Karoseria w ciepłym złotym kolorze lśni metalicznie w resztkach wieczornego światła. Paul okrąża auto od tyłu, wyjmuje z bagażnika dwie małe, eleganckie walizki, stawia je na ziemi i klapa zostaje zamknięta z wytwornym stłumionym kliknięciem.

– Twój cudowny samochód! – odpowiada Anna, znająca zarówno bentleya, jak i miłość Paula do tego starego modelu. – Tak, może tu zostać. Sąsiedzi będą rano ciekawi. Jestem pewna, że nigdy wcześniej nie widziano w tej wsi niczego podobnego.

Wszyscy troje uświadamiają sobie, że Youenn stoi w progu i ponad nimi spogląda na samochód. Jest nim oczarowany, z trudem odrywa od niego oczy, żeby popatrzeć w twarze gości, kiedy Anna mu ich przedstawia.

Ponieważ wie, że Lizzie przyjaźni się z Anną od bardzo dawna, całuje ją rytualnie po jednym razie w każdy policzek (dwa pocałunki są tu normą; cztery obowiązują przy powitaniu bliskich przyjaciół i rodziny), pochylając się przy tym. Następnie mocno ściska dłoń Paula, który płynną francuszczyzną mówi, że jest zachwycony, mogąc wreszcie poznać męża Anny, i szczęśliwy, że odwiedza ich dom. Choć Paul sam nie należy do wysokich mężczyzn, zwykle spogląda z góry na większość Francuzów i uważa, że na ogół są pulchni albo niscy, albo łączą w sobie obie te cechy, więc jest zaskoczony chudością i wzrostem Youenna.

– Niezłe auto – odzywa się po raz pierwszy Youenn, oczywiście po francusku.

– Tak, to świetna maszyna – przyznaje Paul, znów posługując się nienagannym francuskim; ponieważ Youenn nie patrzy na niego, tylko na samochód, przenosi wzrok z gospodarza na swój pojazd. – Continental typ S, ten to S2 z sześcioma cylindrami.

– Ile ma lat? – pyta Francuz, wciąż wpatrzony w lśniącą karoserię.

– Został wyprodukowany w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym drugim. Zrobili ich dużo, ale wydaje mi się, że obecnie trudno znaleźć egzemplarz w tym stanie. Mam go od ponad dwudziestu lat – odpowiada Paul lekkim tonem. Jest dumny ze swojego samochodu, ale udaje skromną obojętność.

– Wejdźcie do środka – zaprasza lekko zażenowana Anna; fascynacja Youenna bentleyem kontrastuje z chłodem, z jakim powitał jej przyjaciół. – Dosyć się tu wystaliśmy.

Wszyscy razem wchodzą do domu i Youenn z ociąganiem zamyka drzwi. Samochód stoi na zewnątrz, cicho i majestatycznie; uliczna lampa rzuca miękkie światło na błyszczącą złotem długą maskę, której obraz tkwi zapisany pod powiekami Youenna.

Po zjedzeniu obiadu piją kawę, siedząc na krzesłach z wysokimi oparciami i patrząc przez okno na cichy ogród i ciemne pola rozpościerające się za nim. Wieczór upływa przyjemnie. Anna czuje ulgę, że Youenn postarał się jednak być miły i okazał gościom niezwykłą jak na siebie uwagę. Zaproponował doskonałe wino, które Paul pochwalił. Skomplementował też Annę za doskonały posiłek. Lizzie zabawiała ich historiami i anegdotami opowiadanymi uroczym, niepoprawnym francuskim z angielskim akcentem, a Youenn uważał, że jest czarująca. Co dość niezwykłe u Francuza, lubi Angielki i odpowiada mu, że te, które poznał, rozmawiają z mężczyznami swobodnie i bez jawnej zalotności.

Lizzie i Paul opowiadają Youennowi o jednym z hoteli w Owernii, gdzie zatrzymali się podczas wędrówki po okolicy, i o tamtejszych stożkowatych wzgórzach nazywanych puys.

– Postanowiliśmy – mówi Paul – spędzić dwa tygodnie, wędrując bez pośpiechu i bez żadnego specjalnego planu, nocując tam, gdzie akurat zastanie nas noc. – Jego francuski jest bardzo precyzyjny i poprawny, mówi wolno i bardzo starannie. Jakby koniecznie chciał dobrze wypaść.

Lizzie podejmuje wątek, mówi niepoprawnie, ale bez skrępowania, wyjaśnia, że wakacyjna podróż dostojnym autem bardzo się różni od ich normalnego pośpiesznego stylu życia, gdzie wszystko odbywa się pod presją i jest zorganizowane do ostatniego detalu, bez marnowania najdrobniejszej chwili.

– „Czymże jest szybkie, zabiegane życie…” – deklamuje teatralnie po angielsku. Urywa i patrzy na Annę, która spokojnie kończy cytat:

– „Nie mamy czasu chłonąć go w zachwycie”. Może to dotyczy ciebie, Lizzie – dodaje – ale ja ostatnio mam raczej za dużo wolnego czasu. W Bretanii życie toczy się w znacznie wolniejszym tempie. Zajęłam się pracą w ogrodzie, która jednocześnie daje mi zadowolenie i pozwala zabić czas.

Jej odpowiedź po angielsku nie podoba się Youennowi, który kieruje rozmowę z powrotem na francuski, pytając Lizzie, w jakich restauracjach jedli i które z nich są świetne, a które zaledwie dobre. Nie ulega kwestii, że francuska restauracja musi być co najmniej dobra.

To prowadzi do ożywionej dyskusji na temat zalet francuskiej kuchni oraz marnych rezultatów wielu angielskich przedsięwzięć w tej dziedzinie. Paul i Lizzie nie chcą zadrażnień, dlatego podejmują zwyczajową grę w przesadne wychwalanie francuskiego jedzenia i niepozostawianie suchej nitki na angielskim. Takiego podejścia się tu oczekuje, a ponieważ wiedzą, że spodoba się gospodarzowi, nie wahają się odegrać stosownego przedstawienia. Jednak kiedy rozmowa schodzi na politykę, staje się bardziej zrównoważona i mniej schematyczna. Paul i Youenn z upodobaniem spierają się na temat Europy oraz problemów i możliwości politycznego i ekonomicznego zjednoczenia. Mocno się różnią w wielu sprawach i w istocie wolą prezentować przeciwstawne opinie, ponieważ to ożywia dyskusję. Jednak odkrywają, że łączy ich sceptycyzm co do przyszłości Unii Europejskiej.

Anna odchylona na oparcie krzesła przygląda się im z czułością. Jest zadowolona, że tak dobrze się dogadują. Nie spodziewała się tego, choć oczywiście pragnęła i miała taką nadzieję. Youenn był ostatnio taki oschły i nietowarzyski. Nie lubi emerytury – jest aktywnym, inteligentnym człowiekiem, obecnie odseparowanym od swoich dawnych współpracowników i zajęć. Jednak tego wieczoru przypomina dawnego siebie. Niemal tryska energią. Jakby piękny samochód, którym przyjechali angielscy goście, dodał im splendoru i blasku, a ten z kolei rozwiał mrukowaty nastrój gospodarza i na chwilę pozbawił go zwykłej gburowatości.

Kiedy mężczyźni, skacząc z tematu na temat, dyskutują o podatkach, korupcji i rasizmie, siedzące naprzeciw siebie Lizzie z Anną rozmawiają o wspólnych znajomych, o wystawach, które widziały, przeczytanych książkach. Youenn nagle wybucha śmiechem, zachwycony, i pochyla się, żeby uścisnąć dłoń swego rozmówcy. Paul obiecał zabrać go na krótką przejażdżkę bentleyem, zanim rano wyruszą z Lizzie w drogę na wybrzeże, skąd promem mają przekroczyć Kanał. Anna wie, że obydwu mężczyznom to się spodoba. Paul kieruje zaproszenie także do niej, ale ona odmawia, wyjaśniając, że musi wyjść z domu wcześnie rano, więc nie może wziąć udziału w ich wycieczce. Tak czy inaczej, siedziała już wcześniej w bentleyu, a samochody tak naprawdę jej nie interesują. Panowie przechodzą na temat bentleya i Paul opowiada Youennowi jego historię.

Anna bez słowa podnosi się, żeby posprzątać filiżanki po kawie. Z kuchennej części pomieszczenia spogląda na owalny stół; trzy świece oświetlają twarze siedzących wokół niego osób. Youennowi wyraźnie dopisuje humor – za co Anna jest wdzięczna – bo uśmiecha się swoim rzadkim, raczej drapieżnym uśmiechem, ukazując zakrzywione zęby; kiedy słucha, ma błysk w oku. Jest przystojnym mężczyzną; z wiekiem nie nabrał wagi, a opalona twarz z ciemnymi wąsami sprawia, że wygląda na dziesięć lat mniej, niż ma, mimo niemal całkiem siwych włosów. Paul natomiast jest mocno zaokrąglony pod dobrze skrojoną płócienną marynarką, jego szczera twarz jest starannie wygolona, siwiejące włosy schludnie zaczesane. Nie ma imponującej postury, ale wygląda dystyngowanie, a jego miejskie maniery są nieskazitelne. Dobrze się czuje jako elegant, za którego stara się uchodzić w oczach świata. Tymczasem Youenn nie przejmuje się swoją aparycją i zawsze wygląda trochę niechlujnie. Anna woli, kiedy mężczyźni sprawiają wrażenie lekko potarganych wiatrem i ubierają się ze swobodą. Dla niej Paul jest za bardzo wymuskany. Śmieje się – ale nie pełną piersią – z czegoś, co powiedziała Lizzie, i widać, że zęby ma białe i równe.

Anna, stojąc w przejściu do kuchni, ukradkiem obserwuje Lizzie, próbującą opisać po francusku spotkanie z żandarmem, który zatrzymał ich, żeby się lepiej przyjrzeć ich wspaniałemu pojazdowi. Zawsze była ekstrawertyczką, a z biegiem lat nabrała jeszcze pewności siebie. Podczas kolacji jej francuski akcent się poprawił, ale gramatyka ucierpiała na skutek rozluźniających właściwości wina i atmosfery. Anna uważa, że przyjaciółka wygląda rozbrajająco pięknie. Ma na sobie to, w czym przyjechała – żółtą sukienkę z miękkiej wełny i elegancką jedwabną apaszkę wokół szyi – sprawia wrażenie zdumiewająco świeżej, mimo że spędziła kilka godzin za kierownicą. Youenn wprawdzie pokazał gościom ich pokój, ale nie dał im czasu na umycie się i rozpakowanie, natychmiast podał aperitify, a zaraz potem zasiedli do jedzenia. Youenn zawsze jest głodny przed wieczornym posiłkiem i nie cierpi zwłoki. Nic jednak nie wskazywało na to, by goście uznali jego zachowanie za nieuprzejme. Twarz Lizzie zdradza dobry humor i zadowolenie, cera promienieje delikatnym blaskiem. Nie mogę być zazdrosna, myśli Anna. Tańczący płomień świecy odbija się w błyszczących ciemnych włosach przyjaciółki. Może są farbowane – do tej pory mogła zacząć siwieć, jak ja. Lizzie przybrała na wadze, ale jej to służy – przez całe lata była stanowczo zbyt chuda. Jesteśmy w tym samym wieku, ale wygląda dużo młodziej ode mnie. Mam pięćdziesiąt dwa lata, ale wiem, że wyglądam starzej, przyznaje Anna w duchu.

Lizzie nagle się odwraca i patrzy prosto na Annę z dobrotliwym uśmiechem, jakby chciała powiedzieć: „Wiem, że mi się przyglądasz, i nie mam nic przeciwko temu. Ale jestem tą samą dawną Lizzie, która cię kocha”. A tak naprawdę mówi:

– Wracaj do nas, Anno, zostaw całe to sprzątanie, zajmiemy się nim później.

Anna uśmiecha się do przyjaciółki i podchodzi z powrotem do stołu. Lizzie pyta Youenna, czy w ogóle mówi po angielsku, a kiedy ten, kręcąc głową, odpowiada sztywną angielszczyzną: „Nie, ani trochę”, oznajmia, że mu nie wierzy. Wyczuwając, że goście nie są jeszcze gotowi pójść spać, i chcąc porozmawiać z przyjaciółką sam na sam, Anna sugeruje, że Youenn z Paulem mogliby się rozerwać partyjką tryktraka; pamięta, że uczyła ich obu grać w tę grę – w różnym czasie i w różnych krajach. Paul rozkłada planszę, podczas gdy Youenn nalewa każdemu z nich po jeszcze jednym kieliszku ziołowej nalewki.

Jest ciepły majowy wieczór, więc Anna pyta Lizzie, czy miałaby ochotę na spacer po ogrodzie. Obie kobiety czują potrzebę rozmowy poza zasięgiem uszu ich partnerów.

– Pożyczę ci szal – mówi Anna. Wkłada stary rozpinany sweter; kiedy szuka swojego nowego kaszmirowego szala, Lizzie rozgląda się po wielkim salonie z otwartym kominkiem, przed którym stoją surowe krzesła. Część jadalna odgrodzona jest ciężką prowincjonalną komodą oraz ogromną półką ciasno zapchaną książkami, stąd też wychodzą główne schody. To takie francuskie, myśli. A Youenn jest taki bretoński. Natomiast Anna, ocenia Lizzie trzeźwo, mimo iż mieszka we Francji od dziesięciu lat i nauczyła się płynnie mówić po francusku, pozostała bardzo angielska.

Widzi, jak Anna schodzi po schodach w odległej części salonu i ponownie zauważa z troską, którą starannie skrywa, że Anna jest zbyt szczupła… niemal wychudła. Podczas ich poprzedniego spotkania Anna miała nadwagę, więc zmiana jest tym bardziej widoczna. Przyjaciółka jest urodziwą kobietą, z mocno zarysowanymi kośćmi policzkowymi, wyrazistymi oczami, ale jej bujne jasne włosy są przyprószone siwizną. Dlaczego ich nie farbuje, jak cała reszta z nas?

Anna podaje jej wełniany szal w jasnym morelowym odcieniu. Lizzie zarzuca go na ramiona i obie przystają, żeby popatrzeć na swoich mężczyzn grających przy stole w tryktraka. Youenn rzuca kostkami zamaszystym, jakby niecierpliwym ruchem, a kiedy po uderzeniu w bok planszy toczą się z powrotem, rzuca ciche przekleństwo: Merde, i pochyla się, żeby przesunąć piony. Francuz prowadzi grę energicznymi gestami, zdecydowanie stawiając pionki na właściwym miejscu. Paul zachowuje powściągliwość podczas rzucania, a potem nachylony nad planszą ocenia sytuację, zanim wykona ruch. W końcu sięga po krągły pionek i starannie ustawia go w punkcie uznanym za najlepszy z tych, na jakie pozwala wynik rzutu. Stworzywszy na użytek swoich mężczyzn wrażenie, że są zainteresowane ich rywalizacją, kobiety wychodzą z domu w chłodną ciemność. Odruchowo i nieświadomie – żadna z nich nawet tego nie proponuje – biorą się pod ramię, idą na koniec ogrodu i stają tam razem, żeby popatrzeć na krajobraz. Pola mają ciemnoszary kolor, a rozsiane na nich drzewa stanowią ciemniejsze, prawie czarne plamy; nad nimi świecą gwiazdy, tym jaśniej, że nie widać księżyca.

– Tak dobrze znów cię widzieć – zaczyna Anna. – Powiedz mi, jak ci się wiedzie?

– Och, wszystko idzie dobrze. W zeszłym roku uporałam się z moim małym problemem i obecnie mam prawidłowe wszystkie wyniki badań. Czuję się fantastycznie. Poza tym spędziliśmy z Paulem kilka dni na cudownym luzie. Już nie pamiętam, kiedy ostatnio tak razem wypoczywaliśmy – oboje mieliśmy okazję całkowicie się odprężyć. To wielka odmiana w naszym zwykle zabieganym życiu.

– Cóż, wyglądasz fantastycznie – mówi Anna ze szczerym podziwem. – Paul też sprawia wrażenie, że dobrze się miewa.

– Tak, jak zwykle, jest w doskonałym nastroju… jest taki sprawny i aktywny… jak na mężczyznę przed sześćdziesiątką. Ostatnio nieźle nam się układa, zapewnia mnie, że tamten wyskok z Japonii nigdy się nie powtórzył. Nie jestem do końca pewna, czy mu wierzę, ale w moim wieku już się przymyka oko na takie rzeczy. Staram się zapewnić Paulowi wygodne i przyjemne życie, w końcu więcej nas łączy, niż dzieli, a ja mam na tyle rozsądku, żeby omijać potencjalne źródła konfliktów. Nie huśtam łodzią, więc nasze małżeństwo jakoś utrzymuje się na powierzchni. Tak wiele moich znajomych ostatnio się rozeszło i chociaż wszystkie przysięgają, że lepiej im w pojedynkę, to wcale nie jestem taka pewna. Większości z nich doskwiera samotność, mimo tych wszystkich babskich kolacyjek i wypadów. Ja tam wolę mieć faceta, niż nie mieć, a w moim wieku jestem za stara, żeby zaczynać życie od nowa jako rozwódka. Już to wcześniej przerabiałam i wcale mi się wtedy nie podobało. Zresztą Paul jest do mnie przywiązany, pasuję do niego. I on do mnie pasuje, taki jaki jest. – Jak zwykle Lizzie od razu przeszła do sedna sprawy.

Następnie bierze pod lupę Youenna, którego poznała dopiero tego wieczoru. Uświadamia sobie, że Anna jeszcze o nim nie wspomniała, więc prosi:

– Opowiedz mi o Youennie. Atrakcyjny z niego mężczyzna: wysoki, ciemny i humorzasty! – Mówi to z uniesioną brwią, lekko zaczepnym tonem.

Anna tak naprawdę nie jest jeszcze gotowa, żeby rozmawiać o Youennie, więc ignoruje uwagę i zmienia temat. Lizzie dowiaduje się w ten sposób, że przyjaciółka potrzebuje czasu, by nabrać ochoty na zwierzenia.

– Jak się mają Ralph i Katrina? Nie widziałam ich od lat. – To dzieci z pierwszego małżeństwa Lizzie. Anna pamięta je jako nastolatki i nie potrafi sobie wyobrazić, jak mogą wyglądać obecnie, w połowie między dwudziestką a trzydziestką.

Lizzie godzi się z typową dla Anny początkową niechęcią do opowiadania o własnym życiu uczuciowym, wiedząc, że nieco później przyjaciółka sama się otworzy.

– Ralph ma się dobrze – odpowiada. – Nadal mieszka w Hongkongu i pracuje w sektorze bankowym. Bardzo mu się tam podoba. Nie sądzę, żeby kiedykolwiek chciał znów zamieszkać w UK. – W jej głosie da się wyczuć nutę rozczarowania. – Katrina wyszła za mąż w San Francisco dwa lata temu, wiesz, że ona tam pracuje już od pięciu lat? Ślub, na który polecieliśmy z Paulem, był kameralny – dodaje szybko, żeby uniknąć wyjaśnień, dlaczego Anna nie została zaproszona. – Kat niewiele mówi o swoim życiu z Antonem, ale trochę się obawiam, że sytuacja może być trudna. Ona jest tak niezależna… wręcz samolubna, że może uznać, iż małżeństwo ją ogranicza. Martwię się o nią, ale postanowiła żyć na drugim końcu świata, więc trudno mi okazywać należne matczyne wsparcie.

Anna milczy. Lizzie nigdy nie była typem wspierającej matki i obie o tym wiedzą. W przeszłości często wymieniały między sobą uwagę, że ta, która postanowiła nie mieć dzieci, byłaby lepszym rodzicem niż ta, która wcześnie zaznała macierzyństwa. Lizzie, szybka w wychwytywaniu niedopowiedzeń, śmiejąc się, mówi z żalem:

– Cóż, może nigdy nie byłam dobra akurat w tej roli. Za bardzo mnie zajmowało odgrywanie innych. – To odniesienie do faktu, że Lizzie jest aktorką i kiedyś miała dużo pracy w teatrze. – Szczerze mówiąc, w końcu doszłam do wniosku, że nie lubię już występować na scenie – przyznaje. – Wciąż dostaję role niefrasobliwych kobiet w średnim wieku albo matron, które mi nie odpowiadają. Zlecenia reklamowe się skończyły, prawdopodobnie dlatego, że mój agent już się wystarczająco nie stara. Pracuję jako asystentka reżysera od spraw obsady. To zajęcie akurat dla mnie, mam mnóstwo kontaktów i idzie mi całkiem dobrze. Facet, dla którego pracuję, jest bardzo wyluzowany… dość zabawny, ale zdecydowanie nieatrakcyjny, więc Paul nie jest zazdrosny. Praca jest ciężka, ale ją lubię i jestem bardziej zajęta niż kiedykolwiek.

Reszta w pełnej wersji

ROZDZIAŁ DRUGI

Dostępne w pełnej wersji

ROZDZIAŁ TRZECI

Dostępne w pełnej wersji

ROZDZIAŁ CZWARTY

Dostępne w pełnej wersji

ROZDZIAŁ PIĄTY

Dostępne w pełnej wersji

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Dostępne w pełnej wersji

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Dostępne w pełnej wersji

ROZDZIAŁ ÓSMY

Dostępne w pełnej wersji

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

Dostępne w pełnej wersji

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Dostępne w pełnej wersji

ROZDZIAŁ JEDENASTY

Dostępne w pełnej wersji

ROZDZIAŁ DWUNASTY

Dostępne w pełnej wersji

PODZIĘKOWANIA

Dostępne w pełnej wersji