Wydawca: Wydawnictwo Św. Stanisława BM Kategoria: Religia i duchowość Język: polski

U boku Świętego. Rozmowa z Gian Franco Svidercoschim ebook

kardynał Stanisław Dziwisz  

(0)

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka U boku Świętego. Rozmowa z Gian Franco Svidercoschim - kardynał Stanisław Dziwisz

Od wydania bestselerowego "Świadectwa" tych samych autorów minęło siedem lat. Można pytać, czy był to czas, kiedy pozwoliliśmy, aby nauczanie Jana Pawła II pokryła warstwa zapomnienia, czy może dystans czasowy sprawia, że wobec fenomenu Papieża-Polaka stajemy z pogłębioną refleksją i zrozumieniem. Czy podejmujemy odpowiedzialność za przekazanie następnym pokoleniom światła, które zostawił nam Święty? Czy słuchamy świadków, byśmy sami mogli być świadkami?

W przedmowie kard. Stanisław Dziwisz pisze: "Żyłem u boku Świętego. I właśnie dlatego, ponieważ imałem to wielkie duchowe szczęście [...], chcę złożyć świadectwo o jego postaci, o dziedzictwie, jakie nam zostawił. Czynię to w wigilię oficjalnego uznania przez Kościół jego świętości".

Opinie o ebooku U boku Świętego. Rozmowa z Gian Franco Svidercoschim - kardynał Stanisław Dziwisz

Fragment ebooka U boku Świętego. Rozmowa z Gian Franco Svidercoschim - kardynał Stanisław Dziwisz

kard. Stanisław Dziwisz

U boku Świętego

Rozmowa z Gian Franco Svidercoschim

Kraków 2013

Przekład: Bogusław Steczek SJ

Redakcja i korekta: Barbara Cabała

Fotografia: Teodor Walczak/PAP

Konwersja do epub: Adam Urbanik

Tytuł oryginału: Stanislao Dziwisz, HO VISSUTO CON UN SANTO. Conversazione con Gian Franco Svidercoschi

© Copyright by kard. Stanisław Dziwisz & Gian Franco Svidercoschi

ISBN 978-83-7422-599-1

Wydawnictwo św. Stanisława BM 31-101 Kraków, ul. Straszewskiego 2 tel. 12 429 52 17 wydawnictwo@stanislawbm.pl

1

Pragnienie nieskończoności

Choroba była przejmująca, niekończąca się, ale ja nie byłem przygotowany na koniec. A być może, wewnętrznie nie chciałem się przygotować. Dlatego pierwsze dni był straszne...

Wydaje się, jakby to było wczoraj. Tymczasem minęło niemal dziewięć lat. Dziewięć długich lat od śmierci Jana Pawła II. Skończył się czas strapienia, smutku. Czas, w którym poczucie „braku” i „pustki” stawało się tak przejmujące, nie do zniesienia, że wiele osób czuło potrzebę zwierzenia się, przelania uczuć i słów na papier. Zostawili tysiące kartek na placu św. Piotra albo przyczepionych do otaczającej go kolumnady. Ufam, że on sam będzie wiedział, jak je odczytać. Tysiące historii z życia codziennego, z których przebijała tęsknota. Jak z karteczki kobiety, prawdopodobnie młodej, podpisanej Ania: „Czuję coś dziwnego. Tak jakbym dopiero teraz zdała sobie sprawę, że muszę sobie sama poradzić, że Ciebie już nie ma...”.

Muszę wyznać, że najbardziej trudne, najbardziej niejasne były chwile modlitwy. Tak, z pewnością rozumiałem, że taka jest wola Boża. Ale wewnętrznie wiele mnie to kosztowało i trudno było się zgodzić, że jego już nie ma. Odszedł na zawsze.

Jednak potem, gdy już się z tym pogodziłem, zacząłem odczuwać jego obecność. Na inny sposób, oczywiście, nie tak jak wcześniej. Było to odczucie jasne, wyraźne. I odtąd zawsze tak było – i jest. Na inny sposób, powtarzam, ale on ciągle jest z nami, pośród nas. Co więcej, mogę powiedzieć, że jego obecność stała się jeszcze głębsza i jeszcze skuteczniejsza.

Kończył się czas bólu, a z upływem miesięcy i dni zaczynał się – powoli, podstępnie – czas nostalgii. Ale jak mógł przeżywać to uczucie człowiek, który niemal przez czterdzieści lat widział codziennie Karola Wojtyłę, rozmawiał z nim, modlił się, spożywał posiłki, cierpiał? A pewnego dnia, w maju 1981 roku, trzymając go w ramionach po zamachu, drżał na myśl, że umrze. Objechał z nim dosłownie świat, poznał tyle krajów, znajdował się z nim pośród milionowych rzesz ludzi, a pod koniec każdego dnia, gdziekolwiek się znajdowali, życzył mu zawsze dobrej nocy.

W moim sercu, w mojej pamięci, we mnie całym pozostał niezatarty ślad tych przeżytych wspólnie lat. Nie mogło być inaczej. Chodziło o najdłuższe i najważniejsze doświadczenie mojego życia. Nic więc dziwnego, że po tym wszystkim została wielka nostalgia. Nostalgia po nim i po całym okresie u jego boku. Ale jest to nostalgia konstruktywna, jeśli tak można się wyrazić. Stanowi dla mnie inspirację w służbie Kościołowi. Inspirację pełną wdzięczności i nadziei, ponieważ świat coraz bardziej odkrywa świętość Jana Pawła II.

Wystarczy spojrzeć na długie, niekończące się procesje do jego grobu, najpierw znajdującego się w grotach watykańskich, a teraz w Bazylice św. Piotra, obok ołtarza św. Sebastiana. Ludzie przychodzą, aby z nim porozmawiać, polecić swoje sprawy, powierzyć mu nierozwiązane problemy. Dla tych wszystkich osób Ojciec Święty nie umarł. On jest obecny w ich życiu duchowym, jak również w codziennych wydarzeniach. Przychodzą także do mnie albo piszą, abym wstawiał się za nimi u niego. Jestem pewien, że święty Papież oręduje za nimi u tronu Najwyższego. Pielgrzymują także szlakami jego życia, by go na nowo spotkać, lepiej poznać, by prosić o pośrednictwo. Wyznaję, że czynię to samo i pragnę im pomóc. Tym bardziej, że osobiście nie czuję się nigdy zawiedziony.

Jednak nie przestaje zadziwiać fakt, że dziewięć lat po śmierci Jan Paweł II nadal wywiera tak głęboki wpływ, fascynuje tak wiele osób, także spoza świata katolickiego, a szczególnie pociąga nowe pokolenie, tych wszystkich młodych, uważających go za „ich” Papieża.

Uświadamiam sobie to podczas każdej podróży, a zwłaszcza wtedy, gdy odwiedzam miasto lub kraj, w którym był Jan Paweł II. Nadzwyczajni są ludzie, których spotykam, także dlatego – co powoduje czasem we mnie zmieszanie – że widzą we mnie ślad obecności Ojca Świętego lub wprost jego postaci. Niezwykłe jest bowiem, że każdy, bez względu na to, czy widział go z bliska, czy tylko z daleka, zachował o nim osobiste wspomnienie i pragnie mi je przekazać: „Odmienił moje życie!”. Każdy miał wrażenie, że Papież patrzył na niego w sposób szczególny, że dostrzegał tylko jego pośrodku tłumu. Tak, mogę zrozumieć te odczucia. Karol Wojtyła mówił o Bogu językiem dzisiejszego człowieka. Wczuwał się w jego sposób myślenia, a jednocześnie pochylał się na nim, nad jego problemami. Także nad jego brakiem konsekwencji i niewiernością.

W czasie jego śmierci i pogrzebu niektórzy uważali, że ta olbrzymia rzesza ludzka przyszła do św. Piotra, kierując się emocją, sentymentem albo panoszącą się dziś manią uczestniczenia w wielkich wydarzeniach, by o nich następnie opowiadać. Czyli byli przekonani, że wszystko się kończy, że będzie jak wcześniej. Natomiast w tym tłumie wielu odnalazło radość z tego powodu, że są chrześcijanami, albo przynajmniej zaczęli patrzeć na życie nowymi oczyma. Zaczęli odkrywać motywy postępowania moralnego. Ale trochę wszyscy – także niewierzący – byli zarażeni wiarą, mocną jak skała, tego człowieka, ponieważ nadzwyczajna wiara musiała stać za pogodą ducha, z jaką wyszedł naprzeciw cierpieniu i śmierci.

Zrozumiano to później. Dopiero później, gdy minęło nadzwyczajne uniesienie związane z tego rodzaju masową manifestacją, zrozumiano, że w głębokich pokładach sumień, przynajmniej wielu sumień, zalegało pragnienie nieskończoności. To znaczy, utrzymywało się przekonanie, że w obecności tego człowieka, tego Papieża, również po jego śmierci, można było wyraźnie odczuć bliskość Boga. Właśnie dlatego, że Karol Wojtyła swoją wiarą, swoim życiem i swoją misją związał ściśle sprawę Ewangelii ze sprawą człowieka, prymat Boga z centralnym miejscem przysługującym osobie.

Dlatego właśnie, jeśli dzisiaj z pamięci o nim, ale także – chciałbym to powiedzieć – z jego grobu rodzi się tak wiele nadzwyczajnych duchowych owoców, nie można tego wytłumaczyć inaczej jak tylko tym, co nazywam „dziedzictwem serca”. Serca przemawiały i przemawiają przez cały czas, ponieważ mają zdolność przekraczania granic czasu. Również granicy wzniesionej przez śmierć.

Może ktoś wzruszy niechętnie ramionami. Ale, godząc się na wszelkie ograniczenia tego rodzaju fenomenu, wspomniane „dziedzictwo serca” rzuca się szczególnie w oczy w niezmierzonej liczbie lokali publicznych, zwłaszcza w barach, przede wszystkim na peryferiach dużych i małych miast, zarówno w Europie, jak i w Ameryce Łacińskiej. Wchodzisz i od razu widzisz obraz Jana Pawła II, często z zapaloną obok świecą. Albo trzema świecami, jak w niewielkim barze obok kościoła, w sycylijskiej wiosce niedaleko Taorminy. Dostrzegając moje zdumienie, właściciel lokalu przestał przygotowywać mi kawę, zdjął beret i powiedział: „Proszę pana, niech sobie pan przypomni, że ten Papież zostawił cząstkę samego siebie w sercu każdego z nas...”. To był człowiek prosty, ale poważny, przekonany.

Wielu komentatorom, wielu ekspertom w sprawach religijnych zabrało sporo czasu, zanim zrozumieli Jana Pawła II, jego osobowość i nauczanie oraz jego niewątpliwie specyficzny sposób kierowania Kościołem katolickim. Uważali, że mogą zastosować wobec niego utarte schematy kulturowe, nieco ideologiczne i nieco polityczne. Natomiast ludzie wiary prostej, ale przejrzystej, autentycznej, jak wspomniany sycylijski barman, wiedzieli jak uchwycić w lot to, co istotne. Potrafili zrozumieć, skąd bierze się niezwykłe bogactwo duszy tego człowieka, który pozostał sobą. Zrozumieli, że całe jego życie przepojone jest Ewangelią.

Istnieje jednak pewne ryzyko. Obiektywne ryzyko. Czy to ze względu na mijający czas, krótką pamięć dzisiejszego człowieka, czy ze względu na wybredną postawę społeczeństwa i kultury wobec wybitnych postaci, a więc tendencję umieszczenia ich w miarę szybko w „archiwum”, istnieje ryzyko, że zbiorowa pamięć o Janie Pawle II zostanie sprowadzona do zwykłego sentymentu lub nostalgii. I że to wspomnienie skończy się na fotografiach w barze, na tych pomnikach, które zostały mu postawione, albo na tysiącach przytułków, ulic, placów, szpitali i oratoriów noszących jego imię.

Nie chodzi tylko o wspomnienia, o pamięć. Chodzi przede wszystkim o dziedzictwo, jakie błogosławiony Jan Paweł II nam zostawił. Dziedzictwo nie tylko duchowe, związane z jego postacią, z jego świadec­twem, ale także dziedzictwo w wymiarze kościelnym, poczynając od wizji Kościoła, jaką roztaczał i jaką żył osobiście. Mówiąc to, z pewnością nie chcę wysuwać krytycznych uwag pod adresem pontyfikatu Benedykta XVI. Co więcej, odkładając na bok odrębność sytuacji, w jakich im przyszło działać, pragnę zdecydowanie podkreślić ciągłość między tymi dwoma Papieżami. Wystarczy wziąć pod uwagę wspólne zaangażowanie, by stawić czoło kryzysowi wiary, by na nowo umieścić Boga w sumieniu dzisiejszego człowieka. Wystarczy także pomyśleć o wspólnej dla obu pontyfikatów strategii nowej ewangelizacji, zwróconej zarówno ku terytoriom misyjnym, jak i krajom zachodnim dotkniętym niebezpiecznym duchowym uwiądem. Mówiąc jednak o tym, nie mogę nie zauważyć, że dziedzictwo Jana Pawła II zarówno w sferze kościelnej, jak i duszpasterskiej, chyba nie dotarło w pełni do wielu wspólnot katolickich.

Mówiąc szczerze, liczne dary przekazane Kościołowi trzeciego tysiąclecia przez Jana Pawła II jako jego spuścizna, nie zostały dotąd dobrze zrozumiane ani nie przyjęły dojrzałego kształtu. Mam zwłaszcza na myśli prorockie wołanie na początku pontyfikatu: „Nie lękajcie się!”. Również Benedykt XVI podjął je i powtórzył w homilii beatyfikacyjnej Karola Wojtyły. Ale jak świat katolicki to przyjął, jak zareagował? Często, zamiast nadziei, można było wyczuć zniechęcenie, a nawet rezygnację...

Ale potem, dzięki Bogu, przyszedł papież Franciszek ze swym wielkim ładunkiem duchowej energii. Stał się zwiastunem chrześcijańskiego orędzia pod znakiem radości i miłosierdzia.

Chciałbym podkreślić, że ważne jest powtórne odczytanie, głębsze poznanie postaci i dzieła Karola Wojtyły, jego nauczania, perspektyw, jakie nakreślił co do przyszłości katolicyzmu. W ten sposób można będzie lepiej pojąć sens i treść dwóch wyzwań, jakie przedstawił. Najpierw wierzącym: aby odkryli śmiałość wiary i zdobyli się na odwagę życia wiarą w dzisiejszym społeczeństwie, bez obaw, bez kompleksów. A potem wyzwanie dla wszystkich ludzi: by mogli rozpoznać się i odnaleźć w Bogu Stwórcy, by potrafili patrzeć na historię oczyma samego Boga, oczyma pokoju, sprawiedliwości, solidarności, czyli powszechnego braterstwa. Uważam, że te dwa wyzwania powracają stale w wystąpieniach nowego Papieża.

Konkludując, można powiedzieć, że Karol Wojtyła interpretował, i to w sposób radykalny, głęboki sens Błogosławieństw. Co więcej, jego życie ukazywało idealny wzorzec tego, jak można żyć Błogosławieństwami w trzecim tysiącleciu, niezależnie od codziennych trudności, jakim każdy człowiek musi stawić czoło.

Życie Karola Wojtyły wyraża najlepiej istotę tego, co naprawdę uosabia człowiek błogosławiony, ubogi w duchu: to znaczy pokorę serca, gotowość oddania się całkowicie w ręce Boga. Ewangeliczne Błogosławieństwo jako otwarcie się na głoszenie nowej nadziei, na głoszenie życia wiecznego, ale nie tak, by powołanie do życia przyszłego kojarzone było z brakiem zainteresowania światem i problemami człowieka. Błogosławieństwo jako styl życia, jako wezwanie do większego szczęścia, ponieważ prawdziwego życia chrześcijańskiego nie można utożsamiać z narzucaniem praw, z moralizmem jako celem samym w sobie, z nadmiernym przywiązaniem do rzeczy. Błogosławieństwo jako świadectwo, ale świadectwo wpisane w życie, stanowiące z nim jedno i umiejące ukazać obecność Boga w sprawach życia codziennego.

Błogosławieństwa więc nie są sprawą przeszłości, lecz – o tym właśnie świadczył Jan Paweł II – stanowią propozycję życia także dzisiaj i dla wszystkich, łącząc się z doświadczeniem Boga, z pozytywną moralnością oraz z wezwaniem do konkretnego życia Ewangelią, do bycia ludźmi sprawiedliwymi. W Katechizmie Kościoła Katolickiego znajdujemy piękny obraz. Napisano w nim, że Błogosławieństwa „odzwierciedlają oblicze Jezusa Chrystusa i opisują Jego miłość”. Karol Wojtyła właśnie to zrobił. Ukazał ludzkie oblicze Boga.

W tym tkwi sekret jego świętości, na której pieczęć autentyczności położy papież Franciszek w dniu kanonizacji. Świętość ta jest możliwa dla wszystkich. Ona zbliża ludzi do Boga. W ten sposób i oni stają się świętymi, przyjaciółmi Boga. Bo w końcu o to chodzi: żyć w przyjaźni z Ojcem Niebieskim.