Tysiąc odłamków ciebie - Claudia Grey - ebook
Opis

Tysiąc żyć. Tysiąc możliwości. Jedno przeznaczenie.

 

Marguerite Caine dzięki swoim rodzicom – wybitnym fizykom – od dziecka poznaje najśmielsze teorie naukowe. Najbardziej zdumiewający wśród nich jest najnowszy wynalazek jej matki, urządzenie nazwane Firebirdem, pozwalające na podróż do równoległych wymiarów.


Gdy ojciec Marguerite zostaje zamordowany, wszystkie poszlaki wskazują na jedną osobę – Paula Markova, błyskotliwego, ale enigmatycznego asystenta jej rodziców. Zanim dosięgnie go ramię sprawiedliwości, Paul ucieka do innego świata. Nie bierze jednak pod uwagę determinacji Marguerite.


Z pomocą Theo, drugiego asystenta rodziców, Marguerite ściga Paula poprzez różne wymiary. W każdym świecie, do którego przeskakuje, spotyka inną wersję Paula, co sprawia, że zaczyna wątpić w jego winę i przestaje dowierzać własnemu sercu. Już niebawem wplątuje się w romans równie niebezpieczny, jak i kuszący.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 401

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału: A Thousand Pieces of You

Redakcja: Justyna Czebanyk

Korekta: Elżbieta Śmigielska

Skład i łamanie: Ekart

Copyright © 2014 by Amy Vincent

Jacket art © by Craig Shields

Jacket design by Elizabeth Clark

Copyright for the Polish edition © 2017 by Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

ISBN978-83-7686-584-3

Wydanie pierwsze, Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2017

Adres do korespondencji:

Wydawnictwo Jaguar Sp. z o.o.

ul. Kazimierzowska 52 lok. 104

02-546 Warszawa

www.wydawnictwo-jaguar.pl

youtube.com/wydawnictwojaguar

instagram.com/wydawnictwojaguar

facebook.com/wydawnictwojaguar

snapchat: jaguar_ksiazki

Wydanie pierwsze w wersji e-book

Wydawnictwo Jaguar, Warszawa 2017

Skład wersji elektronicznej:

konwersja.virtualo.pl

Rozdział pierwszy

Dłonie mi drżą, gdy opieram się o ceglany mur. Moją skórę chłoszcze padający z nieba zimny, ostry deszcz, którego nigdy wcześniej nie widziałam. Trudno mi złapać oddech. Wiem tylko, że Firebird zadziałał. Wisi na mojej szyi, wciąż promieniujący ciepłem po podróży.

Nie mam czasu. Nie wiem, czy zostały mi minuty, sekundy czy jeszcze mniej. Rozpaczliwie przeszukuję nieznane ubranie – krótka sukienka i lśniący żakiet nie mają kieszeni, za to na ramieniu mam małą torebkę. Kiedy zaczynam w niej grzebać, nie znajduję długopisu, jedynie szminkę. Drżącymi palcami odkręcam ją i gryzmolę napis na obszarpanym plakacie na ścianie zaułka. To wiadomość, którą muszę przekazać – jedyna rzecz, jaką muszę zapamiętać, gdy zniknie wszystko to, czym jestem.

ZABIJ PAULA MARKOVA.

Teraz mogę już czekać na śmierć. Chociaż właściwie „śmierć” nie jest odpowiednim słowem. To ciało nadal będzie oddychać. To serce nadal będzie bić. Ale ja nie będę już zamieszkującą je Marguerite Caine.

Ciało zostanie zwrócone prawowitej właścicielce, Marguerite, która przynależy do tego właśnie wymiaru. Wymiaru, do którego przeskoczyłam za pomocą Firebirda. Jej świadomość zastąpi moją lada chwila, za sekundę, i chociaż wiem, że w odpowiednim momencie znowu się obudzę, przeraża mnie myśl o tym, że stracę świadomość. Zniknę. Będę uwięziona wewnątrz niej. Cokolwiek dzieje się z ludźmi przybyłymi z innego wymiaru.

W tym momencie dociera do mnie, że Firebird naprawdę działa. Podróż między alternatywnymi wymiarami jest możliwa. Właśnie to udowodniłam. Wśród całego mojego smutku i lęku rozpala się jeden ognik dumy, a ja mam wrażenie, że to jedyne źródło ciepła i nadziei na świecie. Teorie mamy są prawdziwe. Udowodniłam to, nad czym pracowali moi rodzice. Gdyby tylko tata mógł się o tym dowiedzieć.

Theo. Nie ma go tutaj. Nadzieja, że tutaj będzie, była całkowicie nierealna, ale mimo to ją żywiłam.

Proszę, niech Theo będzie cały i zdrowy – myślę. To byłaby modlitwa, gdybym nadal w coś wierzyła, ale moja wiara w Boga także umarła zeszłej nocy.

Opieram się o ścianę, z dłońmi rozłożonymi jak podejrzany na policyjnym samochodzie, na chwilę przedtem jak zostanie skuty kajdankami. Serce wali mi jak młotem. Nikt wcześniej tego nie zrobił – co oznacza, że nikt nie wie, co się zaraz ze mną stanie. A jeśli Firebird nie zdoła ściągnąć mnie z powrotem do mojego wymiaru?

Czy właśnie w ten sposób umrę?

Wczoraj o tej samej porze mój tata prawdopodobnie zadawał sobie to samo pytanie.

Zacisnęłam powieki, a zimny deszcz zmieszał się na mojej twarzy z gorącymi łzami. Chociaż starałam się nie wyobrażać sobie, jak umierał, obrazy ciągle na nowo wdzierały się nieproszone do mojego umysłu: samochód napełniający się wodą, brązowawa rzeka chlupiąca o szyby. Prawdopodobnie jest oszołomiony po wypadku, ale stara się bez powodzenia otworzyć drzwi. Chwyta ostatnie hausty powietrza wewnątrz samochodu, myśli o mnie, mamie i Josie…

Musiał tak bardzo się bać.

Zawroty głowy sprawiają, że ziemia pod moimi nogami się przekrzywia i uginają się pode mną kolana. To już. Zaraz zniknę.

Dlatego zmuszam się, żeby otworzyć oczy i patrzeć na wiadomość. Chcę, by to była pierwsza rzecz, jaką zobaczy tamta Marguerite. Chcę, by ta wiadomość została w niej niezależnie od wszystkiego. Jeśli ją zobaczy, jeśli będzie powtarzać w myślach te słowa, to obudzi mnie wewnątrz niej tak samo skutecznie, jak zrobiłby to Firebird. Moja nienawiść jest silniejsza niż wymiary, pamięć i czas. Moja nienawiść jest teraz najprawdziwszą częścią mojej tożsamości.

Zawroty głowy narastają, świat staje się rozmyty i szary, a słowa „ZABIJ PAULA MARKOVA” czernieją…

…i nagle mój wzrok się wyostrza. Znowu widzę wyraźnie słowo „ZABIJ”.

Zaskoczona odsuwam się o krok od ściany. Czuję się całkowicie przytomna. Nawet bardziej niż przedtem.

Kiedy tak stoję i patrzę na moje buty na szpilkach w kałuży, uświadamiam sobie, że nigdzie się nie wybieram.

W końcu zaczynam wierzyć w swoje szczęście i robię kilka kroków w głąb zaułka. Deszcz mocniej chłoszcze moją twarz, gdy podnoszę głowę, by spojrzeć na pokryte chmurami niebo. Nisko nad miastem wisi futurystyczny pojazd latający, przypominający jeszcze jedną chmurę. Najwyraźniej jego zadaniem jest wyświetlanie na miejskim niebie holograficznych billboardów. Zdumiona patrzę na pojazd powietrzny, unoszący się w tym dziwnym nowym wymiarze, i na trójwymiarowe reklamy, które migoczą wokół niego, gdy leci po niebie. Nokia. BMW. Coca-Cola.

To tak bardzo przypomina mój świat, a jednocześnie jest od niego całkowicie odmienne.

Czy Theo czuje się tym nowym światem tak samo przytłoczony jak ja? Na pewno. Jego rozpacz jest niemal tak samo głęboka jak moja, chociaż tata był tylko jego opiekunem naukowym. Poza tym właśnie nad tym Theo i moi rodzice pracowali przez ostatnie kilka lat. Czy on także zachował świadomość? Jeśli tak, w trakcie tej podróży będziemy panować nad wszystkim, nasze mózgi będą pilotować nas samych urodzonych w tym alternatywnym wymiarze. To oznacza, że mama myliła się w jednej sprawie – co jest dość zaskakujące, skoro wszystkie jej pozostałe teorie okazały się prawdziwe. Ale jestem za to wdzięczna losowi, przynajmniej do chwili, gdy moja wdzięczność roztapia się w ognistym wybuchu gniewu.

Teraz nic mnie nie powstrzyma. Jeśli Theo także tu trafił i zdoła mnie znaleźć – a ja rozpaczliwie chciałabym, żeby tak się stało – uda nam się to zrobić. Dopadniemy Paula. Odbierzemy ukradziony przez niego prototyp Firebirda. I zemścimy się za to, co zrobił mojemu ojcu.

Nie wiem, czy jestem osobą, która potrafi zabić kogoś z zimną krwią. Ale zamierzam to sprawdzić.

Rozdział drugi

Nie jestem fizykiem, tak jak mama, ani nawet studentem fizyki, jak Paul i Theo. Jestem córką pary naukowców, którzy postawili na edukację domową i dali mi mnóstwo swobody w wyborze kierunku. Jako jedyny członek rodziny z lepiej działającą prawą półkulą mózgu znacznie więcej czasu poświęcałam na rozwijanie pasji malarskiej niż na przyswajanie zaawansowanych tematów naukowych. Jesienią wybierałam się do Rhode Island School of Design, gdzie zamierzałam studiować konserwację dzieł sztuki. Dlatego jeśli chcielibyście mieszać farby olejne, rozpiąć płótno na blejtramie albo porozmawiać o Kandinskym, jestem do dyspozycji. Jeśli chodzi o teorię naukową leżącą u podstaw podróży międzywymiarowych, spróbujcie pod innym adresem. Ale mogę wam powiedzieć, co wiem.

Wszechświat jest tak naprawdę zbiorem wszechświatów. Istnieją niezliczone kwantowe rzeczywistości, poskładane wewnątrz siebie nawzajem, i to właśnie je nazywamy dla uproszczenia wymiarami.

Każdy wymiar reprezentuje jeden zestaw możliwości. Mówiąc w skrócie, wszystko, co mogłoby się zdarzyć, gdzieś się zdarza. Istnieje wymiar, w którym naziści wygrali drugą wojnę światową. Wymiar, w którym Chiny skolonizowały Amerykę na długo zanim Kolumb wyruszył w rejs. A także wymiar, w którym Brad Pitt i Jennifer Aniston nadal są małżeństwem. Nawet wymiar zupełnie taki jak mój, identyczny pod każdym względem, poza tym jednym dniem w czwartej klasie, kiedy tamta Marguerite założyła niebieską bluzkę, podczas gdy ja wybrałam zieloną. Z każdą możliwością, za każdym razem, gdy los rzuca monetą, wymiary dzielą się po raz kolejny, tworząc jeszcze więcej warstw rzeczywistości. Ten proces przebiega nieustannie, w nieskończoność.

Te wymiary nie ukrywają się w odległym kosmosie. Są dosłownie wokół nas, nawet wewnątrz nas, ale ponieważ istnieją w innej rzeczywistości, nie możemy ich zauważyć.

Na początku swojej kariery moja mama, dr Sophia Kovalenka, postawiła hipotezę, że powinniśmy być w stanie nie tylko wykryć istnienie tych wymiarów, lecz także je zaobserwować, a nawet wejść z nimi w interakcję. Wszyscy się z niej śmiali. Pisała artykuł za artykułem, rok po roku rozbudowywała swoją teorię, lecz nikt jej nie słuchał.

Aż pewnego dnia, kiedy już wszystko wskazywało na to, że zostanie ostatecznie uznana za wariatkę, zdołała opublikować jeszcze jeden artykuł wskazujący na zbieżności pomiędzy teorią falową, a jej pracami nad rezonansem wymiarowym. Prawdopodobnie tylko jeden naukowiec na świecie potraktował ten artykuł serio – dr Henry Caine, brytyjski oceanograf. A także fizyk i matematyk. Oraz, jak łatwo zgadnąć, pracoholik. Kiedy zobaczył artykuł, potrafił dostrzec w tej teorii potencjał, jakiego nikt wcześniej nie zauważył. Mama miała szczęście, ponieważ od kiedy rozpoczęli wspólne badania, ich wyniki naprawdę zaczęły się układać w całość.

Ja i Josie miałyśmy jeszcze więcej szczęścia, ponieważ dr Henry Caine z czasem został naszym tatą.

Przeskoczmy teraz dwadzieścia cztery lata. Ich badania weszły na etap, na którym zaczęły przyciągać także uwagę osób spoza grona akademickiego. Eksperymenty dostarczające dowodów na istnienie wymiarów alternatywnych zostały powtórzone przez innych naukowców na Uniwersytetach Stanforda i Harvarda. Nikt już się nie śmiał. Moi rodzice szykowali się do spróbowania podróży międzywymiarowej – a przynajmniej stworzenia urządzenia, które by ją umożliwiło.

Teoria mamy zakładała, że przenoszenie obiektów fizycznych pomiędzy wymiarami byłoby bardzo, bardzo trudne, ale energia powinna podróżować stosunkowo łatwo. Mama twierdziła także, że świadomość jest formą energii. To prowadziło do mnóstwa szalonych spekulacji – ale mama i tata koncentrowali się przede wszystkim na zbudowaniu urządzenia, które uczyniłoby podróż międzywymiarową czymś więcej niż tylko mrzonką. Czegoś, co pozwoliłoby ludziom swobodnie przenosić się do innego wymiaru, a potem – co było znacznie bardziej skomplikowane – wrócić tą samą drogą.

To był śmiały pomysł. Nawet niebezpieczny. Urządzenie musiało zostać zrobione ze szczególnych materiałów, które przemieszczały się znacznie łatwiej niż inne formy materii. Musiało stanowić kotwicę dla świadomości podróżnika, co najwyraźniej było bardzo trudne. Musiało spełniać jeszcze milion innych technicznych warunków, do których zrozumienia potrzebowałabym dziesiątków stopni naukowych z fizyki. W skrócie: takie urządzenie naprawdę trudno było zrobić. Właśnie dlatego moi rodzice opracowali wiele prototypów, zanim w ogóle zaczęli się zastanawiać nad ich przetestowaniem.

Dlatego gdy – zaledwie kilka tygodni temu – w końcu zbudowali model, który mógł działać, musieliśmy to uczcić. Mama i tata, którzy zwykle nie pili nic mocniejszego niż Darjeeling, otworzyli butelkę szampana. Theo dał kieliszek także i mnie, ale nikt się tym nie przejął.

– Za Firebirda – powiedział Theo. Ostateczny prototyp leżał na stole, wokół którego się zgromadziliśmy. Mechanizm lśnił, a skomplikowane warstwy metalu nakładały się na siebie jak skrzydła owada. – Nazwanego na cześć legendarnego rosyjskiego żar-ptaka, który wysyłał bohaterów na poszukiwanie cudownych przygód – Theo skłonił się przed moją matką – i oczywiście na cześć mojego sportowego autka, ponieważ jest ono równie niesamowite. – Theo był gościem, który mówił rzeczy takie jak „sportowe autko” ironicznie. Niemal wszystko mówił ironicznie. Ale tego wieczora, gdy patrzył na moich rodziców, w jego oczach lśnił prawdziwy podziw. – Wznoszę toast za nadzieję, że także przeżyjemy jakieś przygody.

– Za Firebirda – powiedział Paul. Już wtedy musiał planować to, co zamierzał zrobić, nawet w momencie, gdy uniósł kieliszek i stuknął nim o kieliszek taty.

Wszystko razem spowodowało, że po dziesiątkach lat trudności i szyderstw moi rodzice w końcu zyskali prawdziwy szacunek środowiska naukowego – i byli na krawędzi odkrycia, które miało przynieść im znacznie więcej. Mama zostanie ogłoszona jednym z największych naukowców wszechczasów. Tata osiągnie przynajmniej taki status, jak miał Pierre Curie. Może nawet będzie nas stać na wakacyjną podróż po Europie, w trakcie której mogłabym zwiedzić Ermitaż, Prado i wszystkie inne niesamowite muzea, o których słyszałam, ale których nigdy wcześniej nie widziałam. Wszystko, o czym marzyliśmy, było na wyciągnięcie ręki.

A potem ich zaufany asystent, Paul Markov, ukradł prototyp, zamordował mojego ojca i uciekł.

Miał sposób, żeby uszło mu to na sucho – wymknął się do innego wymiaru, gdzie nie mogła go dosięgnąć sprawiedliwość. To była zbrodnia doskonała. Zniknął ze swojego pokoju w akademiku bez śladu, zostawiając drzwi zamknięte od środka.

(Najwyraźniej kiedy ludzie podróżują pomiędzy wymiarami, ich fizyczne ciała „przestają być obserwowalne”, co należy do żargonu mechaniki kwantowej. Wyjaśnienie wymaga opowiedzenia całej tej okropnie skomplikowanej historii o kocie w pudełku, który jest jednocześnie żywy i martwy do momentu, gdy otworzysz pudełko. Nigdy nie próbujcie pytać fizyków o tego kota).

Nikt nie mógł znaleźć Paula, nikt nie mógł go złapać. Ale Paul nie wziął pod uwagę Theo.

Theo przyszedł do mnie wieczorem, kiedy siedziałam na rozchwianej starej werandzie na tyłach domu. Jedyne źródła światła stanowiły księżyc w pełni oraz lampki, którymi Josie w zeszłym roku oplotła balustradę, w kształcie lśniących turkusem i pomarańczem tropikalnych rybek. Na koronkową sukienkę barwy kości słoniowej narzuciłam stary rozpinany sweter taty. Nawet w Kalifornii grudniowe noce były zimne, a poza tym sweter nadal pachniał tatą.

Myślę, że zanim wszedł, obserwował mnie przez chwilę i czekał, aż się uspokoję. Na zaczerwienionych policzkach miałam ślady łez. Wydmuchiwałam nos tyle razy, że z każdym oddechem wydawał mi się otarty do żywego. Głowa pulsowała mi bólem. Ale przynajmniej na chwilę całkowicie się wypłakałam.

Theo usiadł na stopniach koło mnie, niespokojny i spięty, przytupując nerwowo jedną stopą.

– Posłuchaj – powiedział. – Mam zamiar zrobić coś głupiego.

– Co takiego?

Popatrzył prosto na mnie ciemnymi oczami, tak skoncentrowany, że przez jeden zwariowany moment pomyślałam, że pomimo wszystkiego tego, co się dzieje, zamierza mnie pocałować.

Zamiast tego wyciągnął rękę, na której leżały jeszcze dwie kopie Firebirda.

– Zamierzam ścigać Paula.

– Ty… – Drżący głos, już i tak nadwyrężony od płaczu, całkiem mi się załamał. Miałam tyle pytań, że nie wiedziałam nawet, od czego zacząć. – Masz jeszcze stare prototypy? Myślałam, że zostały rozebrane.

– Paul też tak myślał. No i… cóż, technicznie rzecz biorąc, tak myśleli też twoi rodzice. – Theo zawahał się. Nawet sama wzmianka o tacie, zaledwie dzień po jego śmierci, bolała okropnie, jego na pewno prawie tak samo jak mnie. – Ale zatrzymałem te części, których nie wykorzystywaliśmy ponownie. Bawiłem się nimi. Pożyczyłem trochę sprzętu z laboratorium Triadu i wykorzystałem postępy, jakich dokonaliśmy przy okazji ostatniego Firebirda, żeby ulepszyć te dwa. Jest spora szansa, że przynajmniej jeden z nich będzie działać.

Spora szansa. Theo miał zamiar podjąć nieprawdopodobne ryzyko, ponieważ dawało mu to „sporą szansę”, żeby zemścić się na Paulu za to, co zrobił.

Chociaż zawsze był żartownisiem i czasem bywał flirciarzem, zdarzało mi się zastanawiać, czy Theo Beck, poza tymi swoimi T-shirtami z nadrukami zespołów indie, hipsterskim kapeluszem i pontiakiem z 1981 roku, którego sam naprawił, nie jest skończonym idiotą. Teraz było mi wstyd, że kiedykolwiek w niego wątpiłam.

– Kiedy ludzie podróżują między wymiarami – zaczął, patrząc na prototypy – zostawiają ślady. Na poziomie subatomowym… Dobra, będę się streszczać. Chodzi o to, że mogę dogonić Paula. Nieważne, ile razy będzie skakał i przez ile wymiarów się przemieści, zawsze będzie zostawiał ślad. Wiem, jak ustawić te urządzenia, żeby podążały tym śladem. Paul może uciekać, ale nie zdoła się przede mną ukryć.

Firebirdy lśniły na jego dłoni. Wyglądały jak dziwaczne, asymetryczne medaliony z brązu – trochę jak biżuteria z epoki Art Nouveau, kiedy modne zrobiły się organiczne kształty. Jeden z metali w środku był tak rzadki, że wydobywano go tylko w jednej dolinie na całym świecie, ale jeśli ktoś nie wiedział o tym wszystkim, zauważyłby tylko urodę tych wisiorów. W rzeczywistości Firebirdy były kluczami do drzwi wszechświata. Czy też raczej – do wielu wszechświatów.

– Możesz dostać się za nim wszędzie?

– Prawie wszędzie – odparł Theo i popatrzył na mnie. – Wiesz o ograniczeniach, prawda? Nie przestawałaś słuchać za każdym razem, kiedy rozmawialiśmy o tym przy obiedzie?

– Wiem o ograniczeniach – powiedziałam urażona. – Chodziło mi o to, czy wszędzie, uwzględniając ograniczenia.

– W takim razie tak.

Żywe istoty mogły podróżować tylko do wymiarów, w których już istniały. Świat, w którym moi rodzice nigdy się nie spotkali, był światem, którego nie mogłam zobaczyć. Nie mogłabym się dostać do wymiaru, w którym równocześnie nie żyłam. Ponieważ kiedy człowiek podróżował do innego wszechświata, tak naprawdę materializował się wewnątrz swojej innej wersji – gdziekolwiek by nie była i czegokolwiek by nie robiła, tam właśnie się znajdował.

– A jeśli Paul skoczy gdzieś, gdzie nie będziesz mógł go ścigać? – zapytałam.

Theo wzruszył ramionami.

– Pewnie wyląduję w sąsiednim wszechświecie. Ale to nic takiego. Kiedy znowu skoczy, będę mógł wykryć jego ślad. – Z nieobecnym wzrokiem obracał Firebirdy w ręku.

Dla mnie to brzmiało tak, jakby z punktu widzenia Paula najlepszym pomysłem było skakać raz za razem, tak szybko, jak tylko zdoła, aż znajdzie wszechświat, w którym żadne z nas nie zaistniało. Wtedy mógłby tam zostać tak długo, jak tylko by chciał, i nigdy nie zostałby złapany.

Ale z całą pewnością Paul chciał czegoś więcej, niż tylko zniszczyć moich rodziców. Nieważne, jakim okazał się zbrodniarzem, nie był głupi – wiedziałam, że nie zrobił tego z czystego okrucieństwa. Gdyby zależało mu tylko na pieniądzach, sprzedałby te urządzenia komuś z naszego wymiaru, a nie uciekał do innego.

Czegokolwiek chciał, nie mógł się wiecznie ukrywać. Prędzej czy później spróbuje zrealizować swój prawdziwy, ukryty cel. A kiedy to zrobi, my będziemy mogli go złapać.

Będziemy mogli go złapać. Nie sam Theo, ale my oboje. Theo trzymał w ręku dwa prototypy.

Chłodny wiatr poruszył moimi włosami i sprawił, że lampki na balustradzie zakołysały się, jakby plastikowe rybki próbowały odpłynąć.

– Co się stanie, jeśli się okaże, że Firebird nie działa? – zapytałam.

Theo poskrobał martensem o deski werandy i odłupał drzazgę.

– Cóż, może nic się nie stanie. Może po prostu będę stał i czuł się jak idiota.

– To najgorszy scenariusz?

– Nie, najgorszy scenariusz obejmuje zmiksowanie mnie na atomową zupkę.

– Theo…

– Ale to się nie zdarzy – powiedział, jak zawsze pewny siebie. – W każdym razie poważnie w to wątpię.

Mój głos był ledwie głośniejszy od szeptu.

– Ale podejmiesz to ryzyko. Dla taty.

Nasze oczy się spotkały.

– Dla was wszystkich – powiedział Theo.

Ledwie mogłam oddychać.

Theo od razu odwrócił wzrok i dodał:

– Jak mówiłem, nic takiego się nie zdarzy. Prawdopodobnie oba powinny działać. Znaczy, to ja je odtworzyłem, a jak oboje wiemy, jestem genialny.

– Kiedy rozmawialiście o testowaniu tych urządzeń, sam powiedziałeś, że nie ma mowy, żeby którekolwiek z was brało to pod uwagę.

– No tak, wiem, często przesadzam. Chyba już to zauważyłaś. – Theo mógł być nieznośny, ale musiałam mu przyznać, że przynajmniej ma tego świadomość. – Poza tym to było, zanim sam zacząłem nad tym pracować. Te Firebirdy są lepsze od wszystkich wcześniejszych.

Nie umiałabym wskazać momentu, w którym podjęłam decyzję. Kiedy Theo przyszedł i usiadł ze mną na werandzie, czułam się bezsilna wobec tragedii, która rozdarła moją rodzinę. Jednak kiedy teraz się odezwałam, wydawało mi się, że już od dawna wiedziałam dokładnie, co zamierzam zrobić.

– Skoro jesteś tego taki pewien, to niech będzie. Wchodzę w to.

– Stop, moment. Nie mówiłem, że to wycieczka dwuosobowa.

Wskazałam na Firebirdy w kształcie wisiorów.

– Policz je.

Zacisnął pięść na Firebirdach i popatrzył na swoją rękę, jakby żałował, że przyniósł je oba i podsunął mi ten pomysł – ale co za pech, było już za późno.

– Nie musisz się obwiniać – powiedziałam cicho. – Nie zdołasz przekonać mnie, żebym zrezygnowała.

Theo pochylił się do mnie, a jego uśmieszek zniknął.

– Marguerite, czy pomyślałaś, jakie ryzyko podejmujesz?

– Nie większe od tego, jakie ty podejmujesz. Mój tata nie żyje. Mama zasługuje na sprawiedliwość. Dlatego trzeba powstrzymać Paula. I ja ci w tym pomogę.

– To niebezpieczne. W tym momencie nie mówię nawet o samym skakaniu między wymiarami. Chodzi mi o to, że nie wiemy, w jakim świecie możemy się znaleźć. Wiemy tylko, że gdziekolwiek wylądujemy, Paul Markov tam będzie, a to niestabilny sukinsyn.

Paul – niestabilny. Dwa dni temu roześmiałabym się, gdybym to usłyszała. Paul zawsze wydawał mi się cichy i solidny jak skały, na które wspinał się w weekendy.

Teraz wiedziałam, że Paul jest mordercą. Jeśli zrobił coś takiego mojemu ojcu, mógł zrobić to samo każdemu z nas. Jednak wszystko to nie miało już znaczenia.

– Muszę to zrobić, Theo – powiedziałam. – To ważne.

– To ważne. Właśnie dlatego ja to robię, ale to nie znaczy, że ty także musisz.

– Zastanów się nad tym. Nie możesz przeskoczyć do wymiaru, w którym nie istniejesz. Prawdopodobnie są takie wymiary, w których ja istnieję, a ty nie.

– I na odwrót – odparł.

– Mimo wszystko. – Wzięłam teraz Theo za drugą rękę, jakbym mogła mu przekazać, jak bardzo poważnie mówię, po prostu mocno ją ściskając. – Mogę ścigać go w miejsca, w które ty nie dotrzesz. Poszerzę twój zasięg. Zwiększę znacznie szanse na znalezienie go. Nie kłóć się ze mną, bo wiesz, że to prawda.

Theo wypuścił powietrze, ścisnął w odpowiedzi moją rękę, wypuścił ją i przeczesał sterczące kosmyki włosów palcami. Był niespokojny i nerwowy jak zawsze – ale widziałam, że się nad tym zastanawia.

Kiedy znowu na mnie spojrzał ciemnymi oczami, tylko westchnął.

– Gdyby twoja matka dowiedziała się, o czym rozmawiamy, obdarłaby mnie żywcem ze skóry. I nie mówię tego w przenośni. Myślę, że mogłaby to zrobić całkiem dosłownie. Czasem ma naprawdę dzikie spojrzenie. Założę się, że płynie w niej krew Kozaków.

Przez moment zawahałam się i pomyślałam, co to oznacza dla mojej matki. Jeśli w tej podróży coś pójdzie nie tak – jeśli zmienię się w atomową zupkę – w ciągu dwóch dni straci nie tylko męża, lecz także córkę. Nie było słów, by opisać, co wtedy się z nią stanie.

Ale jeśli Paulowi ujdzie to na sucho, to także ją zabije – i mnie również. Nie zamierzałam na to pozwolić.

– Mówiłeś już o zemście w imieniu mamy. To znaczy, że zrobimy to razem, prawda?

– Tylko jeśli jesteś całkowicie pewna. Proszę, zastanów się nad tym przez moment.

– Zastanawiałam się nad tym – powiedziałam, co nie do końca było prawdą, ale to nie miało znaczenia. Mówiłam to z takim samym przekonaniem wtedy, jak i teraz. – Wchodzę w to.

Właśnie tak się tutaj znalazłam.

Ale gdzie właściwie było to „tutaj”? Szłam ulicą, zatłoczoną pomimo późnej pory, i starałam się przyjrzeć otoczeniu. Gdziekolwiek byłam, na pewno nie była to Kalifornia.

Picasso mógłby uwiecznić to miasto, z ostrymi kątami, sztywnością i ciemnymi stalowymi liniami, które wydawały się przecinać budynki jak cięcia noża. Wyobraziłam sobie siebie jako jedną z namalowanych przez niego kobiet – z twarzą podzieloną na pół, asymetryczną i wewnętrznie sprzeczną, której jedna połowa się uśmiecha, a druga wydaje się bezgłośnie krzyczeć.

Zatrzymałam się. Znalazłam się na nadrzecznym bulwarze, a po drugiej stronie ciemnej wody zobaczyłam oświetlony reflektorami budynek, który rozpoznałam: katedrę świętego Pawła.

Londyn. Jestem w Londynie.

Dobrze. To ma sens. Tata jest… był Anglikiem. Przeprowadził się do Stanów dopiero wtedy, kiedy on i mama zaczęli razem pracować. Domyślałam się, że w tym wymiarze to ona przyjechała na jego uniwersytet i wszyscy mieszkaliśmy w Londynie.

Myśl o tym, że mój ojciec jest znowu żywy, gdzieś niedaleko, buzowała we mnie, aż przestałam być zdolna myśleć o czymkolwiek innym. Chciałam pobiec do niego teraz, w tej sekundzie, uściskać go mocno i przeprosić za wszystkie te razy, kiedy się z nim kłóciłam albo naśmiewałam się z jego obciachowych muszek.

Ale ta wersja mojego taty nie będzie moim tatą. Będzie inną wersją – ojcem tej Marguerite.

Nie obchodziło mnie to. I tak już nigdy nie znajdę się bliżej taty, więc nie zamierzałam marnować tej szansy.

No dobrze. Następny krok: dowiedzieć się, gdzie mieszka ta wersja.

Trzy moje wizyty w Londynie u cioci Susanny były raczej krótkie. Ciocia była zainteresowana tylko zakupami i plotkami. I chociaż tata kochał swoją siostrę, był w stanie wytrzymać z nią najwyżej sześć dni, zanim tracił cierpliwość. Jednak spędziłam w mieście dostatecznie dużo czasu, żeby wiedzieć, że powinno ono wyglądać zupełnie inaczej.

Szłam ulicą wzdłuż brzegu Tamizy i od razu mogłam się domyślić, że komputery zostały tutaj wynalezione trochę wcześniej, ponieważ były bardziej zaawansowane. Wielu ludzi, pomimo padającego deszczu, zatrzymywało się, by wywołać małe świetliste kwadraty, przypominające ekrany komputerów, które pojawiały się w powietrzu przed ich głowami. Jakaś kobieta rozmawiała z czyjąś twarzą – to musiała być holograficzna rozmowa telefoniczna. Kiedy tak stałam, jedna z moich szerokich bransolet zalśniła w świetle. Podniosłam nadgarstek do twarzy i przeczytałam słowa na wewnętrznej krawędzi, zapisane małą techniczną czcionką:

Ochrona Osobista ConTech

DEFENDER wer. 2.8

Technologia Verizon

Nie jestem pewna, co to znaczy, ale nie wydaje mi się, żeby ta bransoleta była tylko bransoletą.

Jakie jeszcze zaawansowane technologie mają tutaj? Dla wszystkich innych w tym wymiarze te rzeczy były bardziej niż pospolite. Zarówno pojazdy latające nad Londynem, jak i jednoszynową kolej przemykającą w górze wypełniali znudzeni pasażerowie, dla których był to po prostu koniec kolejnego zwyczajnego dnia.

Nie ma to jak w domu – pomyślałam, ale kiepski żart nie sprawdził się nawet w mojej głowie. Popatrzyłam znowu w dół, na wysokie obcasy, w niczym nieprzypominające moich zwykłych baletek. Na pewno nie wyglądały na magiczne czerwone pantofelki.

Przypomniałam sobie, że mam najpotężniejszą technologię na świecie – Firebirda zawieszonego na szyi. Otworzyłam medalion i popatrzyłam na mechanizm w środku.

Jest skomplikowany. Bardzo skomplikowany. To coś przypomina mi nasz pilot uniwersalny, który ma tyle przycisków i funkcji, że nikt w moim domu – zamieszkiwanym przez licznych fizyków, w tym moją matkę, będącą podobno nowym Einsteinem – nie potrafi odkryć, jak przełączyć go z PlayStation na nagrywarkę telewizyjną. Jednak podobnie jak w przypadku uniwersalnego pilota, nauczyłam się kilku najważniejszych funkcji. Jak przeskoczyć do nowego wymiaru. Jak natychmiast przeskoczyć z powrotem, gdyby ten, w którym się znajdę, z jakichś powodów okazał się niebezpieczny. A także jak w razie potrzeby uruchomić „przypomnienie”.

(Teoria zakładała, że ludzie podróżujący pomiędzy wymiarami nie będą przez cały czas w pełni świadomi tego, co się z nimi dzieje – tak jakby zapadną w sen wewnątrz innej wersji siebie. Dlatego za pomocą Firebirda można ustawić przypomnienie, które pozwoli świadomości na zachowanie kontroli trochę dłużej. Cóż, ta teoria upadła. O ile mogłam stwierdzić, przypomnienia nie były do niczego potrzebne.)

Popatrzyłam na Firebirda lśniącego w mojej dłoni i przypomniałam sobie, że skoro nauczyłam się, jak go ustawiać, to poradzę sobie ze wszystkim, czym może mnie zaskoczyć ten wymiar. Z nową energią zaczęłam staranniej obserwować ludzi wokół siebie. Patrz i ucz się.

Kobieta dotknęła metalowego znaczka na rękawie i pojawił się przed nią holograficzny ekran komputerowy. Szybko przesunęłam dłońmi po własnym ubraniu. Ten srebrny żakiet nie miał niczego na rękawie, ale coś podobnego było przypięte do klapy. Postukałam w to i aż podskoczyłam, gdy pojawił się przede mną holograficzny ekranik. Hologram podskoczył razem ze mną, zakotwiczony w metalowym znaczku.

Dobra, to… całkiem fajne. Co dalej? Komendy głosowe, takie jak wydawałam Siri w telefonie? Czy można zrobić ekran dotykowy, jeśli nie ma ekranu do dotykania? Na próbę wyciągnęłam rękę i przed ekranem pojawiła się holograficzna klawiatura. Czyli jeśli udam, że na niej piszę…

Rzeczywiście, słowa wpisywane przeze mnie pojawiły się na ekranie w okienku wyszukiwania: PAUL MARKOV.

Kiedy tylko pojawiło się osiemdziesiąt zylionów wyników, poczułam się jak idiotka. „Markov” było dość popularnym nazwiskiem w Rosji, skąd wyemigrowali rodzice Paula, kiedy miał cztery lata. Imię „Paul”, które ma rosyjski odpowiednik „Pawieł”, jest także często spotykane. Dlatego istnieją tysiące ludzi, którzy się tak nazywają.

Spróbowałam jeszcze raz – tym razem wyszukiwałam „Paul Markov” i „fizyk”. Nie było pewności, czy Paul także tutaj studiuje fizykę, ale od czegoś musiałam zacząć, a najwyraźniej fizyka była jedynym z ludzkich dokonań, jakie potrafił zrozumieć.

Te wyniki wyglądały bardziej obiecująco. Większość z nich pochodziła z Uniwersytetu Cambridge, więc wyświetliłam ten zatytułowany „Spis pracowników”. Pojawił się profil profesora o zupełnie innym nazwisku, zawierający listę jego asystentów naukowych, i oczywiście znalazło się wśród nich zdjęcie Paula Markova. To on.

Cambridge. To także w Anglii. Mogłam tam dotrzeć w ciągu kilku godzin…

Co oznaczało, że on także może tu dotrzeć w ciągu kilku godzin.

Możemy śledzić Paula, ponieważ Firebirdy pozwalają nam wykryć naruszenie struktury wymiaru. Ale to oznacza, że Paul może także śledzić nas.

Jeśli to jest właściwy wymiar – jeśli tutaj właśnie Paul uciekł po tym, jak przeciął hamulce w samochodzie taty i ukradł najnowszego Firebirda – to wie już o tym, że tu jestem.

Może ucieknie i ukryje się w następnym wymiarze.

A może już jedzie, żeby mnie dopaść.

Rozdział trzeci

Szłam przez mgłę i obejmowałam się ramionami. Miałam wrażenie, że rozszczepiam się jednocześnie na tuzin części – targały mną żal, potem wściekłość, a na końcu panika. Ostatnią rzeczą, jakiej w tym momencie potrzebowałam, była utrata panowania nad sobą. Dlatego zmusiłam mój mózg, żeby skoncentrował się na tym, co zawsze mnie uspokajało i pozwalało mi odnaleźć równowagę – na malarstwie.

Gdybym miała namalować ten wymiar, który miałam przed sobą, nałożyłabym na paletę umbrę paloną, jednolitą czerń i odcienie szarości – nic bardziej wyrazistego. Musiałabym kciukiem domieszać coś do farby, może ziemię albo popiół, ponieważ brud tutaj nie znajdował się tylko na powierzchni. Nawet powietrze wokół mnie wydawało się brudne. W tym Londynie jest mniej starego kamienia, jaki zapamiętałam, a więcej twardego metalu. Jest także mniej drzew i roślin. W powietrzu unosi się przenikliwy chłód. Jest dopiero początek grudnia, a mimo to mam na sobie tylko krótką czarną sukienkę i cieniutki żakiet, jaśniejszy niż folia aluminiowa.

(Tak, na pewno jest grudzień. Urządzenie pozwala na podróże między wymiarami, nie podróże w czasie. „To temat na innego Nobla” – powiedziała kiedyś pogodnie mama, jakby mogła się tym zająć, kiedy tylko znajdzie wolną chwilę.)

Wyobrażanie sobie obrazu trochę mi pomogło, ale atak paniki minął dopiero wtedy, kiedy mój pierścionek zaczął migotać.

Zaskoczona popatrzyłam na rozjaśniającą się rytmicznie srebrną obrączkę na małym palcu prawej ręki. Moją pierwszą myślą było, że to coś w rodzaju LED-ów służących do popisywania się w klubach. Ale jeśli metalowy znaczek na żakiecie mógł wytwarzać holograficzny komputer, do czego mógł służyć ten pierścionek?

Ostrożnie postukałam w obrączkę. Lśnienie zawirowało, a w przestrzeni przede mną pojawił się malutki promień światła i hologram. Na moment zostałam zaskoczona, ale zaraz rozpoznałam twarz w srebrzysto-niebieskim blasku.

– Theo!

– Marguerite! – Uśmiechnął się, a ulga promieniowała od niego równie jasno jak światło hologramu. – To ty, prawda?

– To ja. Boże, udało ci się. Jesteś żywy. Tak okropnie się bałam.

– Hej. – Jego głos potrafi być taki ciepły, kiedy tylko tego chce, ponieważ mimo udawanej arogancji (a także tej prawdziwej) Theo umie dostrzegać w innych ludziach więcej, niż się przyznaje. – Nie trać już czasu na zamartwianie się o mnie, okej? Ja zawsze spadam na cztery łapy. Zupełnie jak kot.

Nawet w obecnej sytuacji Theo starał się mnie rozbawić, ale poczułam nagle gulę w gardle. Po tym, co wydarzyło się przez ostatnie dwadzieścia cztery godziny – po dniu, kiedy mój ojciec zginął, mój przyjaciel nas zdradził, a ja przeskoczyłam z rodzimego wymiaru w nieznane miejsce – kończyły mi się siły.

– Gdybym cię straciła, chyba nie byłabym w stanie tego znieść – powiedziałam.

– Hej, hej, nic mi nie jest. Ze mną wszystko w porządku. Widzisz?

– Nie wątpię. – Starałam się, żeby to zabrzmiało lekko. Może mi się udało, a może nie. Nie bardzo umiem flirtować. Tak czy inaczej sama próba sprawiła, że poczułam się pewniej.

Theo spoważniał, przynajmniej na tyle, na ile potrafił spoważnieć ktoś taki jak on. Jego ciemne oczy – dziwnie przejrzyste na hologramie – przyglądały mi się uważnie.

– No dobrze, jak rozumiem, właśnie użyłaś przypomnienia, ponieważ mnie pamiętasz. No, chyba że robię aż tak piorunujące pierwsze wrażenie.

– Nie, nie potrzebowałam przypomnienia. Wszystko pamiętam.

– Mówisz, że pamiętasz, kim jesteś? – Pochylił się z uwagą, na chwilę zniekształcając holograficzny obraz. – Żadnego okresu zagubienia?

– Nie, nic. Jak rozumiem, z tobą było podobnie. Czyli mama chyba nie miała racji, że podróżnicy międzywymiarowi zapominają, kim są.

Jednak Theo potrząsnął głową.

– Nie. Ja potrzebowałem… no wiesz, użyłem przypomnienia od razu, kiedy się tu znalazłem.

– To dziwne.

Theo wydawał się lekko zaniepokojony tym, że pamiętam wszystko z taką łatwością. To sprzeciwiało się wszystkim teoriom mamy – a także jego własnemu doświadczeniu – ale najwidoczniej różni ludzie odmiennie reagowali na podróże między wymiarami. Teorie można ulepszać tylko dzięki eksperymentom – tyle zdążyłam nauczyć się od mamy i taty.

– Cóż, najwyższy czas na jakiś szczęśliwy zbieg okoliczności, bo mamy ich zdecydowany deficyt – powiedział tylko.

– Gdzie jesteś?

– W Bostonie. Najwyraźniej w tym wymiarze jestem studentem MIT. Z całej siły staram się nie zauważać tych wszystkich koszulek Red Sox w mojej szafie. – Theo kompletnie nie interesował się sportem, przynajmniej nie w naszym wymiarze. – Wydawało mi się, że daleko mnie poniosło, ale Meg, niech to szlag, ty wylądowałaś aż w Londynie.

Theo zaczął mnie nazywać „Meg” kilka miesięcy temu. Nadal nie zdecydowałam, czy uważam to za irytujące, czy też za urocze. Ale podobało mi się, że zawsze się uśmiechał, gdy to mówił.

– Jak udało ci się mnie tak szybko znaleźć? Włamałeś się do moich prywatnych informacji czy coś takiego?

Uniósł jedną brew.

– Wyszukałem cię w internecie. Znalazłem twój profil i przesłałem prośbę o połączenie, co jest możliwe w miejscowym odpowiedniku Facebooka. Zadzwoniłem, a ty odebrałaś. Nie wymaga to doktoratu z technologii kosmicznych i mówię to jako ktoś, kto całkiem poważnie rozważał zajęcie się technologiami kosmicznymi.

– Aha, okej. – To była prawdziwa ulga. Może nie wszystko musi być trudne. Może czasem uda nam się złapać oddech i będziemy mieć trochę szczęścia, tak jak teraz.

Chociaż oba nasze urządzenia były ustawione na podążanie za Paulem, nie mieliśmy żadnych gwarancji, co się stanie. Przy każdym skoku mogliśmy zostać rozdzieleni. Ale nie tym razem. Tym razem Theo był ze mną. Popatrzyłam na jego twarz, rozmytą w blasku hologramu, i żałowałam, że nie może od razu znaleźć się koło mnie.

– Udało ci się… – urwałam, ponieważ dopiero teraz uspokoiłam się na tyle, by sobie uświadomić, że mówię z brytyjskim akcentem. Zupełnie jak tata.

Oczywiście to ma sens, skoro tutaj mieszkam. Najwyraźniej sposób mówienia jest częścią pamięci ciała, która pozostaje nawet wtedy, gdy świadomość drugiej Marguerite, że tak powiem, nie siedzi za sterami. Ale w tym momencie wydaje mi się to najdziwaczniejszą, najwspanialszą i najzabawniejszą rzeczą na świecie.

– Wanna – powiedziałam, rozkoszując się krótkim „a” w moim nowym akcencie. – Waaaaanna. Prywatność. Aluminium. Laboratorium. Pomidor. Hhhhharmonogram.

Zaczęłam chichotać i musiałam stanąć, przyciskając rękę do piersi i starając się złapać oddech. Wiedziałam, że śmieję się przede wszystkim dlatego, że nie chcę się poddać i zacząć płakać. Rozpacz po stracie taty nie miała ujścia i zniekształcała wszystkie moje inne nastroje. Poza tym… Ten akcent był komiczny.

– Jesteś tak ciut roztrzęsiona, nie? – powiedział Theo, gdy ocierałam łzy śmiechu.

– Chyba tak – odparłam, starając się hamować wesołość.

– Cóż, jeśli jesteś ciekawa, to brzmisz przeuroczo.

Moment wesołości minął tak szybko, jak przyszedł, zastąpiony złością i strachem. Zapewne to właśnie oznaczało bycie na granicy histerii. Musiałam wziąć się w garść.

– Theo, Paul jest bardzo blisko Londynu. Jeśli wie, że trafiliśmy do tego wymiaru, może już tu jechać.

– Co takiego? Skąd to wiesz?

– Nie jesteś jedyną osobą, która umie używać komputera. Znalazłam go w Cambridge.

Popatrzyłam na ostrą linię wieżowców na tle nocnego nieba po drugiej stronie rzeki, gdzie poszarpane zarysy drapaczy chmur górowały nad kopułą katedry. Paul mógł już tutaj być. Ile czasu potrzebuje, by znaleźć się w Londynie?

Gwałtownie sobie przypomniałam, że jeśli będzie mnie ścigał, to oszczędzi mi zachodu ze ściganiem jego. Kiedy następnym razem się spotkamy, jedno z nas tego pożałuje, i nie będę to ja.

Musiałam wyglądać morderczo, ponieważ Theo powiedział:

– Słuchaj, musimy pamiętać o jednym, zgoda? Jest minimalna szansa, że pomyliłem się przy kalibrowaniu. Mogliśmy przeskoczyć nie do tego wymiaru. Paul Markov z tego wymiaru może nie być naszym Paulem. Nie możemy więc zareagować zbyt gwałtownie, dopóki nie będziemy mieć pewności.

Tak naprawdę chodziło mu o to, że nie mogę zabić niewinnego człowieka. Nie byłam nawet pewna, czy potrafię zabić winnego, chociaż zamierzałam spróbować. Moja ograniczona wiedza o obsłudze Firebirda oznaczała, że nie potrafię odróżnić tego Paula od dowolnego innego. To był jeszcze jeden powód, dla którego potrzebowałam Theo.

– Jak szybko możesz się tu dostać? – zapytałam.

Theo uśmiechnął się do mnie przebiegle.

– Już kupiłem bilet, Meg. Nie miałem dużego wyboru, bo decydowałem się w ostatniej chwili, więc muszę lecieć do Niemiec i tam się przesiąść, ale dzięki Lufthansie powinienem być u ciebie jutro koło północy. Czy to dostatecznie szybko?

Podróżował pomiędzy wymiarami, żeby mi pomóc, a teraz musiał podróżować przez pół świata, tak szybko, jak to możliwe, a jedyną rzeczą, o jaką pytał, było to, czy jest dostatecznie szybki.

– Dziękuję – szepnęłam.

– Siedzimy w tym razem – powiedział Theo, jakby to nie było nic takiego. – Posłuchaj, jeśli udało mi się rozpracować te pierścionko-komórki, a chyba tak się stało, możesz mi dać dostęp do swojego trakera.

– Co to takiego?

– Podnieś pierścień do hologramu, okej?

Zrobiłam to. Pierścień zamigotał, a na holograficznym ekranie zobaczyłam, że pierścień Theo także się rozjaśnił.

– Świetnie – uśmiechnął się Theo. – Teraz zawsze, kiedy masz ten pierścionek, będę mógł cię znaleźć, a ty będziesz mogła znaleźć mnie. To znaczy, jak tylko poznasz interfejs. Dobra, to dokąd się wybierasz?

– Chyba do domu. Jak tylko się dowiem, gdzie to jest – roześmiałam się. Theo nagle spoważniał. Dlaczego tak na mnie patrzył?

– Marguerite… – Jego głos był bardzo cichy, bardzo poważny, w ogóle nieprzypominający zwykłego Theo.

Poczułam mocniejsze ukłucie strachu i szybko wyszukałam: HENRY CAINE I SOPHIA KOVALENKA. Wyniki pojawiły się natychmiast: artykuły z zakresu fizyki, kilka zdjęć z uczelni, kiedy byli młodsi, oraz filmy.

Filmy z wypadku poduszkowca wiele lat temu, w którym zginęło trzy tuziny ludzi, w tym dwoje obiecujących naukowców wraz ze starszą córką.

Nie odzyskam taty. Tutaj także nie żyje. Jedyna różnica polega na tym, że nie ma także mamy. I Josie.

Cała moja rodzina nie żyje.

Gwałtownie, jakby ktoś mnie uderzył, wciągnęłam oddech. Usłyszałam głos Theo, jakby dobiegający z bardzo daleka.

– Marguerite? Wszystko w porządku?

Nie odpowiedziałam. Nie mogłam.

Ekran holograficzny usłużnie zaczął wyświetlać reportaż o przebiegu katastrofy, która najwyraźniej była relacjonowana przez wszystkie media. W tym momencie miałam wrażenie, że wybuch nastąpił w mojej głowie – żar, oślepiające światło i wszystko, co kocham, każdy, kto mnie naprawdę kochał – tata, mama i Josie – spala się na popiół.

To stało się nad San Francisco. Z artykułów w prasie wynikało, że szczątki i odłamki wraku znajdowano nawet w Las Vegas, opadające na ziemię, a czasem spływające z deszczem.

– Marguerite? – Migoczący hologram nie pozwalał ukryć niepokoju na twarzy Theo. – Twoi rodzice… przepraszam. Strasznie mi przykro. Kiedy trafiłem do tego wymiaru, zacząłem od wyszukania, gdzie są… No wiesz, pomyślałem, że może by nam pomogli. Nie miałem pojęcia, że jeszcze nie wiesz, co się z nimi stało.

Moje serce tęskniło do taty bezustannie, od chwili, gdy policja zadzwoniła do nas do domu. Miałam nawet nikłą nadzieję, że zobaczę go znowu tutaj – albo przynajmniej jakąś jego wersję.

Ale jego nadal nie było, wciąż był martwy, a dodatkowo mama i Josie były teraz nieobecne tak samo jak on.

Nic im nie jest! – spróbowałam sobie powiedzieć. – To się stało w tym wymiarze, ale nie w twoim. Kiedy wrócisz do domu, mama i Josie będą na ciebie czekały. To nie tak jak tutaj, nie straciłaś wszystkiego, nie wszystkiego zupełnie… Wszystko będzie dobrze…

Ale nie będzie. Mimo wszystko tata nie żył.

– Po co ktokolwiek miałby w ogóle chcieć podróżować między wymiarami? – wykrztusiłam. Wbiłam paznokcie w skórę na przedramionach, które skrzyżowałam przed sobą jak tarczę. Fizyczny ból powstrzymywał mnie od płaczu, mimo wszystko nie pozwalałam sobie płakać. – Nie zastanowiłby się nad tym, co może znaleźć?

– Przykro mi – powtórzył Theo. Wyglądał, jakby chciał przejść przez hologram, żeby się do mnie dostać. – Tak mi przykro.

Czy tego właśnie chciałeś, Paul? – pomyślałam. Czy nienawidziłeś ich tak bardzo, że uciekłeś do świata, w którym już nie żyją? Żeby twoja robota była już zrobiona?

Znowu przypomniałam sobie poważną twarz Paula i jego szare oczy, które wydawały się przeszywać mnie na wylot. Pamiętałam dzień, kiedy obserwował, jak maluję, a jego wzrok śledził każde pociągnięcie pędzla na płótnie. Teraz mdliło mnie na myśl o tym, że przez krótką chwilę mało brakowało…

Theo odezwał się znowu, tym razem bardziej stanowczym głosem.

– Ten wypadek był dawno temu i w innym życiu. Musisz o tym myśleć w ten sposób. Jasne?

Jego słowa wyrwały mnie z melancholii i ściągnęły z powrotem na ziemię.

– Jasne. Tak. To tylko szok, nie pozwolę sobie na to po raz drugi.

Z grzeczności udał, że mi wierzy.

– Trzymaj się i pilnuj aż do jutra. Jeśli zobaczysz Paula… nie pozwól, żeby on cię zobaczył.

Hologram zgasł. Chociaż patrzyłam na mój pierścień z nadzieją, że może Theo oddzwoni, obrączka pozostała metalowa, milcząca i ciemna.

Poszłam do domu.

Mój świecący pierścionek miał wbudowany także GPS, a kiedy poprosiłam, żeby wskazał mi drogę do domu, zrobił to. Szłam zgodnie ze wskazówkami, nie mając bladego pojęcia, dokąd dojdę.

Okazało się, że mieszkam w wyjątkowo eleganckim budynku – mniej kiczowatym od otaczających go domów, ale równie zimnym. Miał windę w szklanej tubie na zewnątrz, stworzoną chyba po to, żeby przerażać osoby z lękiem wysokości. Spodziewałam się, że kiedy wejdę do mieszkania, poczuję się trochę swobodniej, ponieważ to mieszkanie musiało być, do pewnego stopnia, także moim mieszkaniem. Ale kiedy tylko je zobaczyłam, pomyślałam, że jeszcze nigdy nie widziałam miejsca mniej przypominającego mój dom niż to.

Wnętrze kojarzyło mi się z galerią sztuki – ale jedną z tych, które wystawiają tylko dziwaczną sztukę w stylu pop-kitsch, taką jak wysadzane brylancikami krowie czaszki. A może z kliniką specjalizującą się w operacjach plastycznych celebrytów. Czysta biel i satynowy metal, żadnych miękkich foteli, nic wygodnego ani przytulnego, światło tak jasne, że można by zobaczyć każdy pyłek kurzu – zapewne specjalnie. Stałam tak, ociekając wodą z deszczu, i miałam wrażenie, że jestem brudna, niezgrabna i bardzo nie na miejscu.

Nigdy w życiu nie czułabym się tu jak w domu.

– Marguerite? – Ciocia Susanna wyszła z korytarza, ubrana w szlafrok równie biały jak wystrój wnętrza. Najwidoczniej trafiłam właśnie po jej pod opiekę.

Była gotowa do snu. Mimo to miała rozpuszczone włosy, spadające w równych falach na jej ramiona, jakby żaden kosmyk nie ośmielał się wyślizgnąć. W tym wymiarze wydawała się taka sama.

– Wyjątkowo wcześnie dzisiaj wróciłaś – powiedziała, wcierając w twarz ekskluzywny krem.

Było po pierwszej. O której godzinie zwykle wracałam do domu?

– Byłam zmęczona.

– Dobrze się czujesz?

Wzruszyłam ramionami.

Ciocia Susanna nie ciągnęła tematu.

– W takim razie najlepiej się połóż. Nie chciałabyś się rozchorować.

– Dobrze. Dobranoc, ciociu.

Znieruchomiała. Czyżbym nie mówiła tego do niej często? Nie wyczuwałam od niej macierzyńskiego ciepła, nie była typem opiekuńczym. Nie chodzi o to, że jej nie kochałam – kochałam ją. I ona także mnie kochała. Ale domyślałam się, że obowiązki rodzicielskie nie przychodziły jej z łatwością.

– No dobrze, dobranoc, skarbie – odpowiedziała tylko.

Wróciła do swojego pokoju, więc skierowałam się do drugich drzwi, do pokoju, który musiał należeć do mnie.

Był taki… pusty. Nie tak elegancki jak reszta apartamentu, ale w jego wnętrzu nie widziałam niczego, co mogłoby należeć do mnie. Tak wyglądałby pokój w luksusowym hotelu.

Uświadomiłam sobie, że może właśnie o to chodziło.

Ta Marguerite, która w tak wczesnym wieku straciła rodzinę, postanowiła spędzić resztę życia, nie przywiązując się do nikogo ani do niczego.

Nie udekorowałam korkowej tablicy pocztówkami i reprodukcjami obrazów, które uznałam za inspirujące. W kącie nie stały sztalugi z najnowszym płótnem – czy w tym wymiarze w ogóle malowałam? Nie było półek z książkami. Nie było książek. Chociaż starałam się mieć nadzieję, że Marguerite z tego wymiaru ma jakiś zaawansowany technologicznie czytnik e-booków w kolczyku lub czymś podobnym, zaczynało mi się to wydawać mało prawdopodobne. Nie sprawiała wrażenia mola książkowego.

Ubrania w mojej szafie to były w większości marki, które znałam, oraz kilka, których nie znałam, ale mogłam się założyć, że także były luksusowe. Nic z tego nie przypominało rzeczy, jakie nosiłam w domu – wszystkie były metaliczne, skórzane lub plastikowe, często twarde i błyszczące. Może powinnam cieszyć się myślą, że najwyraźniej w tym wymiarze rodzinna fortuna Caine’ów przetrwała kilka pokoleń dłużej, ale potrafiłam myśleć tylko o tym, jak zimne jest to życie.

Teraz ja będę musiała je prowadzić.

Zamknęłam dłoń na medalionie Firebirda. Mogłam go teraz zdjąć, jeśli chciałam, ponieważ najwyraźniej nie potrzebowałam przypomnień. Ale sama myśl o tym, że nie miałabym go przy sobie, wydawała się przerażająca. Zamknęłam oczy i wyobrażałam sobie, że pozwoli mi odlecieć w nowe miejsce, nie do dawnego życia, lecz do nowszej, jaśniejszej rzeczywistości, gdzie wszystko jest dobrze i gdzie nie stanie mi się już nigdy żadna krzywda.

Nogi ugięły się pode mną i upadłam na nieskazitelnie gładkie łóżko. Przez długą chwilę leżałam skulona w kłębek i pragnęłam znaleźć się w domu – w moim prawdziwym domu – bardziej rozpaczliwie, niż kiedykolwiek czegokolwiek pragnęłam.

Rozdział czwarty

Leżałam w wymiarze, który nie należał do mnie, na pustym łóżku, bardziej odpychającym niż wygodnym, i starałam się w głowie namalować obraz domu. Chciałam odtworzyć każdą twarz, każdy kąt, każdy cień i każdy promień światła. Chciałam zamalować moją rzeczywistością ten świat, aż przestanę widzieć oślepiającą biel.

Mój dom – prawdziwy dom – jest w Kalifornii.

Nasz dom nie stoi nad morzem, lecz usadowił się u stóp wzgórza, w cieniu wysokich drzew. Jest zawsze czysty, ale nigdy nie ma w nim porządku. Książki stoją w dwóch rzędach na regałach niemal w każdym pokoju. Rośliny doniczkowe mamy rozrastają się we wszystkich kątach i zakamarkach, a wiele lat temu rodzice pomalowali cały korytarz farbą tablicową, przeznaczoną do pokojów dziecinnych – wyjątkowo przydatną do zapisywania równań fizycznych.

Kiedy byłam mała, moi koledzy byli ogromnie podekscytowani, kiedy im opowiadałam, że większość pracy naukowej rodzice prowadzą w domu. Gdy przychodzili do mnie po raz pierwszy, rozglądali się w poszukiwaniu wrzących zlewek, prądnic i wszystkiego, czego się spodziewali na podstawie seriali science fiction. Tak naprawdę oznaczało to przede wszystkim papiery na każdej powierzchni. Jasne, później mieliśmy trochę gadżetów, ale tylko kilka. Nikt nie miał ochoty słuchać, że fizyka teoretyczna ma więcej wspólnego z liczbami, niż z błyszczącymi laserami.

Na środku największego pokoju stoi drewniany stół, ogromny i okrągły, który mama i tata kupili za niewielkie pieniądze w sklepie charytatywnym, kiedy Josie i ja byłyśmy jeszcze małe. Pozwolili nam go pomalować na tęczowe kolory, po prostu pomazać go umoczonymi w farbie rękami, ponieważ uwielbiali słuchać, jak się śmiejemy, a także dlatego, że nikogo na świecie mniej od nich nie obchodziło, jak wyglądają ich meble. Josie uważała, że malowanie zawijasów palcami to świetna zabawa. Dla mnie jednak to był pierwszy raz, kiedy zauważyłam, jak różnie wyglądają kolory, kiedy się je miesza lub kontrastuje ze sobą. Możliwe, że to był właśnie moment, kiedy zakochałam się w malarstwie.

– Pewnie uważasz, że malowanie nie jest tak ważne jak fizyka – powiedziałam do Paula, siedząc przy sztalugach w dniu, kiedy obserwował mnie przy pracy.

– To zależy, co nazywasz ważnym – odpowiedział.

Mogłam go wtedy wyrzucić z pokoju. Dlaczego tego nie zrobiłam?

Moje wspomnienia przekształciły się w sny, kiedy niezauważalnie dla siebie zasnęłam. Przez całą noc widziałam przed oczami twarz Paula, wpatrującego się we mnie, zadającego mi pytania i planującego coś, czego nie potrafiłam odgadnąć. Następnego dnia rano obudziłam się w nieprzytulnym obcym łóżku i nie mogłam sobie tych snów przypomnieć. Wiedziałam tylko, że próbowałam dogonić Paula, ale nie mogłam ruszyć się z miejsca.

O dziwo, nie byłam ani trochę zdezorientowana. Kiedy tylko otworzyłam oczy, wiedziałam, gdzie jestem, kim jestem i kim powinnam być. Pamiętałam, co Paul zrobił mojemu ojcu i że nigdy więcej nie zobaczę taty. Leżałam w pogniecionej białej pościeli i czułam, że nie mam ochoty się ruszać. Rozpacz unieruchomiła mnie jak liny.

– Chodź tutaj, skarbie – zawołała ciocia Susanna. – Czas zrobić się na bóstwo!

To było niewykonalne, chyba że technologia tego wymiaru potrafiła czynić cuda. Usiadłam, zobaczyłam odbite w szybie poskręcane po spaniu włosy, i jęknęłam.

Najwyraźniej wybierałyśmy się na obiad charytatywny, chociaż mojej cioci kompletnie nie obchodziło, o jaki cel charytatywny chodziło i kto był organizatorem. To było spotkanie wyższych sfer towarzyskich – miejsce, gdzie należało się pokazać – i tylko to miało dla niej znaczenie.

Wiedziałam, że muszę spokojnie czekać na Theo. Jeśli miałam powstrzymać Paula, potrzebowałam każdej pomocy – a Theo był jedyną osobą, która mogła mi pomóc. Dlatego przez cały jeden dzień musiałam prowadzić życie tej Marguerite.

O ile zdążyłam się zorientować, była to umiarkowana zabawa.

– Chodź, kochanie. – Ciocia Susanna stąpała po ulicznym bruku na wysokich szpilkach zwinnie jak górska kozica. – Nie możemy się spóźnić.

– Na pewno nie możemy? – Myśl o tym, że mam przetrwać całe spotkanie towarzyskie jako inna wersja siebie wydawała mi się przytłaczająca.

Ciocia rzuciła mi przez ramię zdziwione spojrzenie.

– Przecież chciałabym, żebyś poznała księżną. Wiesz, że jej siostrzenica Romola pracuje u Chanel. Jeśli chcesz kiedyś zostać projektantką mody, potrzebujesz odpowiednich znajomości.

W tej rzeczywistości chciałam być projektantką mody? Cóż, przynajmniej to twórczy zawód.

– Jasne. Pewnie.

– Nie udawaj, że jesteś zbyt wyrafinowana, żeby być pod wrażeniem tytułu – powiedziała ciocia Susanna. Taka właśnie, czyli rzeczowa i trochę lekceważąca, robiła się, kiedy ktoś się jej sprzeciwiał. – Jesteś jeszcze większą snobką niż ja i wiesz o tym. Zupełnie jak twoja matka.

– Co takiego?!

– Wiem, wiem, dla ciebie twoi rodzice są święci i tak być powinno. Nie mówię, że nie byli przeuroczymi ludźmi. Ale pamiętam, jak twoja matka rozwodziła się nad tym, że pochodzi z rosyjskiej arystokracji! Można by pomyśleć, że sama musiała uciekać przed Armią Czerwoną z klejnotami Romanowów w ramionach.