Wydawca: MAG Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski

Tysiąc jesieni Jacoba de Zoeta ebook

David Mitchell

4.81818181818182 (11)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 798 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Tysiąc jesieni Jacoba de Zoeta - David Mitchell

Książka Roku wg New York Times; Nagroda 2011 Commonwealth Writers' Prize;  Nominacja Man Booker Prize for Fiction 2010; Best Books of the Year wg Magazynu Time.

Wyobraź sobie imperium, które na półtora wieku odcięło się od świata. Nikt nie może go opuścić, obcokrajowcy nie są wpuszczani, ich religii zakazano, a ich poglądy są traktowane głęboko nieufnie. Mimo to nadal istnieje wąskie okno do wnętrza tego kraju-twierdzy: sztuczna, ogrodzona murem wyspa, połączona z portem na stałym lądzie i obsadzona jedynie garstką kupców z Europy. Jednak zamknięta Brama Lądowa nie może zapobiec spotkaniom umysłów – ani serc.

Tym narodem była Japonia, portem Nagasaki, a wyspą Dejima, dokąd zabiera nas panoramiczna powieść Davida Mitchella. Dla holenderskiego urzędnika Jacoba de Zoeta rok 1799 to początek mrocznej opowieści o obłudzie, miłości, winie, wierze i morderstwie – podczas gdy ani on, ani jego poróżnieni krajanie nie wiedzą nawet, że na świecie zmienia się układ sił…

Rozgrywająca się w 18 wiecznej Japonii historia miłości Jacoba de Zoes, urzędnika Holenderskiej Kompanii Wschodnio-Indyjskiej do japońskiej położnej, jest podobnie jak bestsellerowy Atlas Chmur wielopoziomowa i rozgrywa się jednocześnie w kilku epokach. Po tym, jak czytelnicy dowiadują się, że jest 1799 lub 11 roku ery Kansei (czyli 11 rok nowej ery, która trwała od stycznia 1789 do lutego 1801) , niespodziewanie następuje zwrot akcji do czasów współczesnych i porodu, który odbiera japońska położna Orito Aibagawa za pomocą holenderskiego podręcznika medycznego. Japonia, kraj tysiąca jesieni, który zamieszkuje Orito, w 1799 roku jest ,od początku ery Edo, niedostępny zarówno dla Jacoba de Zoet jak i innych obcokrajowców. Obecność Holenderskiej Kompanii Wschodnio-Indyjskiej ogranicza się jedynie do wyspy Dejima. W wyniku spisku brytyjskiego mającego na celu przejęcie wpływu w Japonii od Holendrów, Jakub zostaje wysłany na sztucznie wybudowaną wyspę Dejima w porcie Nagasaki stając się de facto więźniem na małym wyspiarskim świecie. Pierwotne zamiary wzbogacenia się i poślubienia córki wpływowego holenderskiego kupca burzy spotkanie z oszpecona córką lekarza samuraja. Jego konsekwencje przekroczą najgorsze wyobrażenia Jakuba.

Tysiąc jesieni Jakuba de Zoeta to imponujące dzieło, mistrzowski popis wirtuozerii i efekt gruntownych badań i nieposkromionej wyobraźni tego wybitnego pisarza.

Opinie o ebooku Tysiąc jesieni Jacoba de Zoeta - David Mitchell

Cytaty z ebooka Tysiąc jesieni Jacoba de Zoeta - David Mitchell

Anglik Bacon ujmuje to najlepiej: „Ludzkie Zrozumienie jest jak krzywe zwierciadło, które, otrzymując promienie z pewną nieregularnością, zmienia kształt i barwę natury rzeczy przez domieszanie do niej swojej własnej natury”.

Fragment ebooka Tysiąc jesieni Jacoba de Zoeta - David Mitchell

Tytuł oryginału: The Thousand Autumns of Jacob de Zoet

Copyright © 2010 by David Mitchell Copyright for the Polish translation © 2013 by Wydawnictwo MAG

Redakcja: Joanna Figlewska

Korekta: Urszula Okrzeja

Fotografia na okładce: © Barbara Donninelli

Opracowanie graficzne okładki: Piotr Chyliński

Ilustracje: ryc. 1 – William Smellie, A sett of Anatomical Tables, with Explanations, and an Abridgment, of the Practice of Midwifery (Londyn, 1754); ryc. 2, 5, 7 – Jenny Mitchell; ryc. 3 – William Cheselden, Osteographia, or the Anatomy of the Bones (Londyn, 1733); ryc. 4 – Robert Hooke, Micrographia: or, Some Physiological Descriptions of Minute Bodies Made by Magnifying Glasses: with Observations and Enquiries Thereupon by R. Hooke (Londyn, 1665); ryc. 6 – Stanley Mitchell

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Tomek Laisar Fruń

Skład wersji elektronicznej: pan@drewnianyrower.com

ISBN 978-83-7480-409-7

Wydanie II

Wydawca: Wydawnictwo MAG ul. Krypska 21 m. 63, 04-082 Warszawa tel./fax 22 813 47 43 e-mail: kurz@mag.com.plwww.mag.com.pl

Wyłączny dystrybutor: Firma Księgarska Olesiejuk Spółka z ograniczoną odpowiedzialnością S.K.A. ul. Poznańska 91, 05-850 Ożarów Maz. tel. 22 721 30 00 www.olesiejuk.pl

Dla K, H i N, z miłością.

OD AUTORA

Port Batawia na wyspie Jawa był siedzibą Holenderskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej (po holendersku Vereenigde Oost-Indische Compagnie, inaczej VOC, co w dosłownym tłumaczeniu znaczy „Zjednoczona Kompania Wschodnioindyjska”) oraz miejscem, z którego wypływały i powracały do portu statki VOC kursujące do Nagasaki. W latach II wojny światowej, podczas japońskiej okupacji wysp archipelagu Indonezji, Batawia zmieniła nazwę i odtąd znana jest jako Dżakarta.

W powieści japońskie daty są podawane w kalendarzu lunarnym. W zależności od roku kalendarz lunarny może „spóźniać się” w stosunku do kalendarza gregoriańskiego o trzy do siedmiu tygodni. Stąd „pierwszy dzień pierwszego miesiąca” odpowiada nie pierwszemu stycznia, lecz ruchomej dacie między końcem stycznia a drugą połową lutego. Lata są określane poprzez przypisanie ich do japońskich er.

W całym tekście japońskie nazwiska pojawiają się na pierwszym miejscu, przed imieniem.

I

OBLUBIENICA, DLA KTÓREJ TAŃCZYMY

Jedenasty rok ery Kansei

Rok 1799

I

Dom konkubiny Kawasemi, na wzgórzu nad Nagasaki

Dziewiąta noc piątego miesiąca

– Panno Kawasemi? – Orito klęka na zatęchłym, lepkim futonie. – Słyszy mnie pani?

Na poletku ryżowym za ogrodem wybucha kakofonia rechotu żab.

Orito delikatnie wyciera wilgotnym gałgankiem mokrą od potu twarz konkubiny.

– Od wielu godzin nie powiedziała ani słowa. – Służąca trzyma lampę.

– Panno Kawasemi, nazywam się Aibagawa. Jestem akuszerką. Chcę pomóc.

Mrugając, Kawasemi otwiera oczy. Z jej płuc dobywa się słabe westchnienie. Oczy znów się zamykają.

Jest zbyt wyczerpana nawet na to, by bać się rychłej śmierci, myśli Orito.

Doktor Maeno szepcze zza muślinowej zasłony:

– Chciałem osobiście zbadać stan dziecka, ale... – stary doktor uważnie dobiera słowa – ale to najwyraźniej zabronione.

– Polecenia, jakie otrzymałem, są jasne – mówi szambelan – żadnemu mężczyźnie nie wolno jej dotykać.

Orito podnosi zakrwawione płótno i, jak ją uprzedzano, widzi bezwładną rączkę płodu, aż do barku wystającą z pochwy Kawasemi.

– Widziała pani kiedyś podobne położenie? – pyta doktor Maeno.

– Tak. Na rycinie w holenderskiej książce, którą tłumaczył ojciec.

– Właśnie to pragnąłem kiedyś usłyszeć! Obserwacje Williama Smelliego?

– Tak. Doktor Smellie określa to – Orito używa nazwy holenderskiej – „wypadnięciem rączki”.

Orito mocno ujmuje wymazany śluzem nadgarstek płodu w poszukiwaniu pulsu. Maeno pyta po holendersku:

– Jak pani ocenia sytuację?

Pulsu nie ma.

– Dziecko nie żyje – odpowiada Orito w tym samym języku. – A i matka szybko umrze, jeśli nie wydobędziemy dziecka z łona. – Dotyka czubkami palców rozdętego brzucha Kawasemi i bada wybrzuszenie wokół wklęsłego pępka. – To był chłopak. – Klęka między rozłożonymi nogami Kawasemi, notując w myślach wąską miednicę, i wącha nabrzmiałe wargi sromowe. Wyczuwa słodkawy zapach mieszaniny skrzepłej krwi i ekskrementów, ale nie czuje fetoru gnijącego płodu. – Zmarł przed godziną albo dwiema.

Orito pyta służącą:

– Kiedy odeszły wody?

Służąca nadal jest zaskoczona obcą mową i trudno jej wydobyć z siebie słowa.

– Wczoraj rano, w godzinie Smoka – mówi ochmistrzyni skamieniałym głosem. – Akcja porodowa naszej pani zaczęła się wkrótce potem.

– Kiedy dziecko ostatni raz kopnęło?

– Ostatnie kopnięcie widzieliśmy najpewniej dzisiaj koło południa.

– Doktorze Maeno, zgodzi się pan, że dziecko – Orito używa holenderskiego określenia – jest w „położeniu miednicowym poprzecznym”?

– Być może – odpowiada doktor w ich tajnym języku – jednakże bez zbadania...

– Dziecko jest przenoszone dwadzieścia dni lub nawet dłużej. Powinno się było odwrócić.

– Dzidziuś odpoczywa – zapewnia swoją panią służąca. – Prawda, doktorze Maeno?

Uczciwy doktor waha się.

– Owszem, to... może być prawda.

– Ojciec powiedział mi, że nad porodem czuwał doktor Uragami – mówi Orito.

– Owszem – burczy pod nosem Maeno – czuwał, nie ruszając się ze swojego gabinetu. Kiedy dziecko przestało kopać, Uragami stwierdził, że z powodów geomantycznych, znanych jedynie takim mędrcom jak on, duch dziecka nie chce przyjść na świat. Od tej pory narodziny zależą od silnej woli jego matki. (Ten oszust – tego Maeno nie musi już dodawać – boi się, że odebranie porodu martwego dziecka człowieka tak wysoko postawionego nadszarpnie jego reputację). Szambelan Tomine nakłonił sędziego, by wobec tego wezwano mnie. Gdy zobaczyłem rączkę, przypomniałem sobie panią i szkockiego doktora i zwróciłem się do pani o pomoc.

– Mój ojciec i ja jesteśmy głęboko zaszczyceni pańskim zaufaniem – odpowiada Orito.

A Uragamiego przeklinam za skrajnie niebezpieczną obawę przed utratą twarzy, myśli.

Żaby gwałtownie cichną i – jakby opadła zasłona hałasu – nagle słyszalne stają się odległe odgłosy Nagasaki, świętującego bezpieczne przybycie holenderskiego statku.

– Jeśli dziecko nie żyje – mówi Maeno po holendersku – musimy je teraz wyjąć.

– Zgadzam się. – Orito prosi ochmistrzynię o ciepłą wodę i lniane gałgany i podstawia flakon soli trzeźwiących pod nos konkubiny, by posłuchała przytomnie choć przez kilka chwil.

– Panno Kawasemi, za kilka minut pani dziecko przyjdzie na świat. Ale czy mogę najpierw zbadać panią od wewnątrz?

Konkubinę chwyta kolejny skurcz i nie jest już w stanie odpowiedzieć.

* * *

Gdy ból na chwilę ustępuje, przynoszą ciepłą wodę w dwóch miedzianych stągwiach.

– Powinniśmy jej powiedzieć, że dziecko nie żyje – proponuje doktor Maeno po holendersku. – A potem amputować rączkę i wydobyć ciało.

– Najpierw chcę wsunąć dłoń i wyczuć, czy ciało jest w położeniu wypukłym czy wklęsłym.

– Gdyby mogła to pani stwierdzić bez odcinania rączki – Maeno chciał powiedzieć „amputacji” – byłoby dobrze.

Orito naciera prawą dłoń olejem rzepakowym i zwraca się do służącej:

– Złóż lniany gałganek kilka razy, żeby był grubszy... tak, właśnie tak. Przygotuj się, żeby wsunąć go pani między zęby, inaczej mogłaby odgryźć sobie język. Zostaw szpary po bokach, żeby mogła oddychać. Doktorze Maeno, zaczynam badanie.

– Teraz widzi i słyszy pani za mnie, panno Aibagawa – odpowiada doktor.

Orito wsuwa palce między mięsień dwugłowy płodu a rozerwane wargi sromowe matki, aż pół nadgarstka chowa się w pochwie Kawasemi. Konkubina drży i jęczy.

– Przepraszam – mówi Orito – przepraszam... – Jej palce przesuwają się między ciepłymi błonami, skórą i mięśniami, nadal wilgotnymi od płynu owodniowego. Oczami wyobraźni położna widzi rysunki i grawiury pochodzące z tej oświeconej barbarzyńskiej krainy, Europy...

Jeśli to poprzeczne położenie wypukłe, przypomina sobie Orito, w którym kręgosłup płodu jest wygięty do tyłu tak mocno, że główka wchodzi między piszczele jak u chińskiego akrobaty, trzeba amputować rączkę płodu, rozczłonkować ciało ząbkowanymi kleszczami i wyciągać upiorne kawałki jeden po drugim. Doktor Smellie ostrzega, że nawet najmniejszy fragment pozostawiony w macicy będzie gnił i może zabić matkę. Jeśli natomiast położenie poprzeczne jest wklęsłe, jak Orito czytała, gdzie kolanka płodu są przyciśnięte do jego klatki piersiowej, można odpiłować rączkę, przekręcić płód, wprowadzić haki w gałki oczne i wyciągnąć całe ciałko głową do przodu. Palec wskazujący akuszerki odnajduje guzowaty kręgosłup dziecka, wyczuwa przeponę między najniższym żebrem a kością miednicy i natrafia na malutkie ucho; dziurkę od nosa; pępowinę; członek wielkości krewetki.

ryc. 1

– Położenie miednicowe wklęsłe – zdaje Orito raport doktorowi Maeno. – Ale pępowina jest owinięta wokół szyi.

– Ocenia pani, że pępowinę można odplątać? – Maeno zapomina mówić po holendersku.

– Muszę spróbować. Wsuń gałganek, proszę – mówi Orito służącej. – Teraz.

Kiedy lniany zwitek tkwi bezpiecznie między zębami Kawasemi, Orito wpycha dłoń głębiej, zahacza kciuk o pępowinę płodu, zagłębia cztery palce w żuchwie, odsuwa główkę do tyłu i przeciąga pępowinę nad twarzą płodu w stronę czoła i ciemiączka. Kawasemi krzyczy, gorący mocz ścieka do łokcia po ręce Orito, ale manewr przynosi efekt. Orito wyciąga dłoń i melduje doktorowi:

– Pępowina odplątana. Czy może doktor ma swoje – nie ma na to japońskiego słowa – kleszcze?

Maeno poklepuje lekarski kufer.

– Przyniosłem je. Na wszelki wypadek.

– Możemy spróbować wydobyć dziecko na świat – Orito znowu używa holenderskiego terminu – bez amputowania rączki. Zawsze im mniej krwi, tym lepiej. Ale potrzebna mi pańska pomoc.

Doktor Maeno zwraca się do szambelana:

– Aby pomóc w ratowaniu życia panny Kawasemi, muszę zignorować nakaz sędziego i dołączyć do położnej za zasłoną.

Szambelan Tomine stoi przed groźnym dylematem.

– Może pan mnie obciążyć winą za sprzeciwienie się sędziemu – podpowiada Maeno.

– To do mnie należy decyzja – postanawia szambelan. – Niech pan robi co trzeba, doktorze.

Dziarski starszy człowiek schyla się pod muślin, trzymając zakrzywione kleszcze.

Kiedy służąca widzi cudzoziemski sprzęt, krzyczy ze strachu.

– To kleszcze – odpowiada doktor, nie tłumacząc niczego więcej.

Ochmistrzyni odchyla muślin, żeby się lepiej przyjrzeć.

– Nie, nie podoba mi się to! Cudzoziemcy mogą sobie rąbać, odrzynać i nazywać to „medycyną”, ale to kategorycznie nie do pomyślenia, żeby...

– Czy ja doradzam ochmistrzyni, gdzie kupować ryby? – burczy Maeno.

– Kleszcze nie tną – wyjaśnia Orito. – Obracają się i ciągną, zupełnie jak palce położnej, tylko z silniejszym chwytem...

Akuszerka ponownie podsuwa sole trzeźwiące.

– Panno Kawasemi, użyję teraz tego przyrządu – doktor unosi kleszcze w górę – by wydostać na świat pani dziecko. Proszę się nie bać i nie stawiać oporu. Europejczycy używają ich rutynowo, nawet przy porodach księżniczek i królowych. Wyciągniemy pani dziecko delikatnym, ale pewnym ruchem.

– Tak... – Głos Kawasemi brzmi jak zdławione rzężenie. – Proszę...

– Dziękuję, a kiedy poproszę pannę Kawasemi, żeby parła...

– Przeć... – Jest tak wyczerpana, że już jej wszystko jedno. – Przeć...

Za zasłonę zagląda Tomine.

– Ile razy używał pan już tego przyrządu?

Orito po raz pierwszy zauważa zmiażdżony nos szambelana: szpeci go równie mocno, jak ją własne poparzenia.

– Często, i żadna pacjentka nigdy nie ucierpiała – odpowiada doktor.

Tylko Maeno i jego uczeń wiedzą, że te „pacjentki” były wydrążonymi melonami, a ich dzieci to wysmarowane oliwą tykwy. Orito po raz ostatni, jeśli wszystko pójdzie dobrze, wprowadza dłoń do macicy Kawasemi. Palce odnajdują kark płodu, ustawiają jego główkę w stronę szyjki macicy, ześlizgują się, ujmują ponownie pewniejszym chwytem i, obracając, ciągną opornego trupka.

– Proszę teraz, doktorze.

Maeno wsuwa kleszcze, operując wokół wystającej rączki, aż do nitu, którym są złączone.

Wszyscy wstrzymują oddech. Z piersi Kawasemi wyrywa się zaschły krzyk.

Orito czuje w swojej dłoni łukowate krawędzie kleszczy. Manewruje nimi wokół miękkiej czaszki płodu.

– Proszę je zamknąć.

Delikatnym, ale pewnym ruchem doktor zaciska kleszcze.

Orito ujmuje rękojeść kleszczy w lewą dłoń: stawiają opór sprężyście ale stanowczo, jak galaretka konnyaku. Jej prawa dłoń, nadal wewnątrz macicy, obejmuje czaszkę płodu.

Kościste palce doktora Maeno zaciskają się wokół nadgarstka Orito.

– Na co czekacie? – pyta ochmistrzyni.

– Na kolejny skurcz – odpowiada doktor. – Nadejdzie lada...

Urywany oddech Kawasemi przyśpiesza w nowym spazmie bólu.

– Raz, dwa – liczy Orito. – Przyj, Kawasemi-san!

– Przyj, moja pani! – napominają służąca i ochmistrzyni.

Doktor Maeno ciągnie za kleszcze, Orito prawą dłonią pcha główkę płodu w stronę kanału rodnego. Mówi służącej, żeby chwyciła za rączkę dziecka i ciągnęła. Orito czuje, że opór rośnie, gdy główka dociera do kanału.

– Raz, dwa... teraz!

Rozpłaszczając guzek łechtaczki, pojawia się maleńki matowy czubek główki płodu.

– Jest! – Służąca chwyta powietrze.

Kawasemi wyje jak zwierzę.

Wychodzi czaszka dziecka... umazana śluzem twarz...

...I reszta śliskiego, lepkiego, bezwładnego ciałka.

– Och, ale... och – jęczy służąca – Och. Och. Och.

Głośne szlochanie Kawasemi przechodzi w jęki... i milknie.

Ona wie. Orito odkłada kleszcze, unosi bezwładne ciałko za kostki i daje mu klapsa. Nie ma nadziei na cud: tak jej każe dyscyplina i szkolenie. Po dziesięciu mocnych klapsach przestaje. Chłopczyk nie ma pulsu. Orito nie czuje jego oddechu na swoim policzku, ani z ust, ani z noska. Nie ma potrzeby oznajmiać sprawy oczywistej. Wiąże pępowinę przy pępku, odcina upiorny węzeł nożem, kąpie martwego chłopczyka w małej miedzianej kadzi i kładzie go do kołyski. Kołyska za trumienkę, myśli, a powijaki za całun.

Na zewnątrz szambelan Tomine wydaje polecenia służącemu:

– Powiadom jego ekscelencję, że jego syn urodził się martwy. Doktor Maeno wraz z akuszerką robili co w ich mocy, ale byli bezsilni wobec wyroków Losu.

Orito musi się teraz zająć gorączką połogową. Trzeba usunąć łożysko, na krocze nałożyć yakumosō i zatamować krew ze szczeliny odbytu.

Doktor Maeno usuwa się z namiotu za zasłonę, by położna miała więcej miejsca.

Wlatuje ćma wielkości małego ptaka i uderza o twarz Orito.

Odganiając ją, Orito zrzuca kleszcze na jedną z miedzianych stągwi.

Kleszcze z głośnym brzękiem uderzają w miedzianą pokrywkę. Hałas przeraża malutkie zwierzątko, które jakimś cudem dostało się do pokoju. Zwierzątko miauczy i skomle.

Szczeniak? Orito jest zdumiona. Czy kociak?

Tajemniczy zwierzak znowu piszczy, bardzo blisko. Pod futonem?

– Przegoń go – każe ochmistrzyni służącej. – Wygoń go stąd!

Stworzenie znowu miauczy, a Orito orientuje się, że pisk dochodzi z kołyski.

Na pewno nie, myśli akuszerka, nawet się nie łudząc. Na pewno nie.

Gwałtownym ruchem zrywa lniane płótno akurat w chwili, gdy dziecko otwiera buzię.

Chłopczyk nabiera w płuca powietrza. Raz; drugi; trzeci. Jego pomarszczoną twarz wykrzywia grymas...

I rzucający się noworodek, pąsowy, jakby go ktoś kąpał we wrzątku, wrzeszczy co sił na Życie.

II

Kajuta kapitana Lacy’ego na „Shenandoah”, na kotwicy w porcie Nagasaki

Wieczorem, 20 lipca 1799 roku

– Jak inaczej ma człowiek dostać sprawiedliwą zapłatę za codzienne upokorzenia, jakie znosimy przez tych skośnookich krwiopijców? – pyta Daniel Snitker. – Hiszpanie mawiają: „Nieopłacany sługa ma prawo wynagrodzić się sam”. I choć ten jeden raz, do diaska, Hiszpanie mają rację. Skąd ta pewność, że za pięć lat będzie (choćby nawet) istniała Kompania, żeby nam zapłacić? Amsterdam padł na kolana, nasze stocznie stoją bezczynnie, nasze manufaktury ucichły, nasze spichlerze splądrowano. Haga stała się sceną, na której podrygujemy jak marionetki w rękach Paryża, pruskie szakale i austriackie hieny chichoczą na naszych granicach, a od czasu, gdy pod Kamperduin powystrzelano nas jak wróble, zostaliśmy morskim narodem bez floty. Brytyjczycy przejęli Przylądek, Coromandel i Cejlon, nie mówiąc nawet „całujcie nas w tyłek”. A że sama Jawa będzie ich następnym tłustym kąskiem, to jasne jak słońce. Bez osób bezstronnych, jak ten Jankes – wydyma usta, spoglądając na kapitana Lacy’ego – Batawia by głodowała! W takich czasach, Vorstenbosch, jedynym zabezpieczeniem człowieka jest towar w magazynach. Po cóż innego, na Boga, akurat pan tu przybył?

Stara lampa na olbrot kołysze się i syczy.

– To była pańska mowa końcowa? – pyta Vorstenbosch.

Snitker zakłada ręce na piersi.

– Pluję na wasz gorączkowy proces.

Z gardła kapitana Lacy’ego dobywa się beknięcie godne Gargantui.

– To po czosnku, panowie.

Vorstenbosch zwraca się do swojego sekretarza:

– Możemy już zapisać werdykt.

Jacob de Zoet1 kiwa głową i zanurza pióro w atramencie.

– „...gorączkowy proces”.

– Dnia dzisiejszego, dwudziestego lipca 1799 roku ja, Unico Vorstenbosch, naczelnik-elekt faktorii handlowej Dejima w Nagasaki, działając z mocy Jego Ekscelencji P.G. van Overstratena, gubernatora generalnego Holenderskich Indii Wschodnich, w obecności świadka kapitana Anselma Lacy’ego z „Shenandoah”, uznaję Daniela Snitkera, pełniącego obowiązki naczelnika wyżej wymienionej faktorii, za winnego następujących przewinień: poważnego zaniedbania obowiązków...

– Wypełniłem swoje urzędowe obowiązki co do jednego – unosi się Snitker.

– Wypełnił pan? – Vorstenbosch daje znak Jacobowi, by przestał pisać. – Nasze magazyny stały w ogniu, aż w końcu spłonęły do szczętu, podczas gdy pan swawolił z dziwkami w burdelu! Co zostało pominięte w steku kłamstw, które pan raczy nazywać Rejestrem Dziennym. I gdyby nie przypadkowa wzmianka japońskiego tłumacza...

– Te szczury z wychodka oczerniają moje imię, bo umiem przejrzeć ich sztuczki!

– Czy stwierdzenie, że w noc pożaru na Dejimie brakowało beczkowozu, również „oczernia pańskie imię”?

– Być może oskarżony zabrał beczkowóz do Domu Pod Glicynią, by zaimponować damom grubym wężem? – dorzuca kapitan Lacy.

– Nadzór nad beczkowozem należał do obowiązków van Cleefa – protestuje Snitker.

– Powtórzę pańskiemu zastępcy, jak lojalnie stawał pan w jego obronie. Kolejny punkt, panie de Zoet: niedopilnowanie, by trzej najwyżsi rangą przedstawiciele faktorii podpisali listy przewozowe „Octavii”.

– Na miłość boską! Zwykłe urzędowe przeoczenie!

– „Przeoczenie”, które pozwala kłamliwym naczelnikom oszukiwać Kompanię na setki sposobów, i właśnie dlatego Batawia nalega na potrójne uwierzytelnianie. Kolejny punkt: kradzież funduszy Kompanii na opłacanie transportu prywatnych ładunków.

Snitker spluwa z wściekłością.

– To już wredne kłamstwo!

Z tkanego sakwojaża u swoich stóp Vorstenbosch wyjmuje dwie porcelanowe figurki w stylu orientalnym. Jedna przedstawia kata z toporem wzniesionym, by odrąbać głowę drugiej – klęczącemu więźniowi ze związanymi rękami i wzrokiem wzniesionym ku przyszłemu światu.

– Po co pokazuje mi pan te cacuszka? – pyta bezczelnie Snitker.

– Dwa grosy2 znaleziono w pańskim prywatnym ładunku, „w tym dwadzieścia cztery tuziny figurek z porcelany Arita”, jak głosi raport. Moja świętej pamięci żona miała słabość do japońskich osobliwości, zatem wiem o nich to i owo. Niech mi pan wyświadczy uprzejmość, kapitanie Lacy, proszę oszacować ich wartość, powiedzmy, na aukcji w Wiedniu.

Kapitan Lacy waha się.

– Dwadzieścia guldenów za sztukę?

– Za same małe trzydzieści pięć guldenów. Za pozłacane kurtyzany, łuczników i magnatów, pięćdziesiąt. Za ile pójdą te dwa grosy? Nie przesadzajmy z ceną, w Europie trwa wojna i rynki są niepewne, powiedzmy, trzydzieści pięć za sztukę. Pomnożone przez dwa grosy. De Zoet?

Jacob ma pod ręką liczydło.

– Dziesięć tysięcy osiemdziesiąt guldenów, panie naczelniku.

– Ho, ho! – Lacy jest pod wrażeniem.

– Niezły profit – stwierdza Vorstenbosch – za towar zakupiony na koszt Kompanii, a zapisany w listach przewozowych, oczywiście bez świadków, jako „prywatna porcelana pełniącego obowiązki naczelnika”, w pańskich rękach, Snitker.

Teraz Snitker zmienia zeznania.

– Poprzedni naczelnik, świeć Panie nad jego duszą, zapisał je mi urzędowo.

– Czyli pan Hemmij przewidział własny koniec w drodze powrotnej z Edo?

– Gijsbert Hemmij był niebywale przezornym człowiekiem.

– Zatem proszę nam pokazać ów niebywale przezorny testament.

Snitker ociera usta.

– Ten dokument spłonął w pożarze.

– Kto świadkował? Pan van Cleef? Fischer? Małpa?

Snitker prycha z odrazą.

– To dziecinna strata czasu. Proszę bardzo, wykrojcie sobie dziesięcinę, ale ani szesnastej części więcej, albo na Boga, utopię to cholerstwo w porcie.

Od strony Nagasaki po wodzie niosą się odgłosy hulanek.

Kapitan Lacy wydmuchuje potężny nos w liść kapusty.

Niemal stępione pióro Jacoba bezustannie notuje. Jego samego boli już ręka.

– O co chodzi z ową „dziesięciną”? – Na twarzy Vorstenboscha maluje się zdumienie. – Panie de Zoet, mógłby pan objaśnić?

– Pan Snitker usiłuje pana przekupić, naczelniku.

Lampa zaczyna się kołysać. Dymi, pryska, ale po chwili uspokaja się.

Marynarz na dolnym pokładzie stroi skrzypki.

Vorstenbosch mruży oczy, patrząc na Snitkera.

– Zakłada pan, że moja uczciwość jest na sprzedaż? Jak u jakiegoś parszywego kapitana portu na Scheldt, który wymusza bezprawne opłaty od barek z masłem?

– Zgoda, niech będzie jedną dziewiątą – warczy Snitker. – Ale klnę się, że to moje ostatnie słowo.

– Proszę dopisać do listy przewinień – Vorstenbosch pstryka palcami na sekretarza – usiłowanie przekupienia rewidenta podatkowego i przejdźmy do wyroku. Niech pan wywraca oczami w tę stronę, Snitker: to pana dotyczy. Po pierwsze, z chwilą niniejszą Daniela Snitkera pozbawia się urzędu i całej zapłaty, tak, całej, wstecz do roku 1797. Po drugie, z chwilą przybycia do Batawii Daniel Snitker ma zostać osadzony w więzieniu w Starym Forcie, gdzie odpowie za swoje czyny. Po trzecie, jego prywatny ładunek zostanie wystawiony na aukcję. Zyski stanowić będą rekompensatę dla Kompanii. Widzę, że pan słucha.

Opór Snitkera został złamany.

– Robi pan ze mnie... nędzarza.

– Ten proces będzie przykładem dla każdego naczelnika-krętacza, nabijającego własną kabzę kosztem Kompanii: „Sprawiedliwość dosięgła Daniela Snitkera”, brzmi ostrzeżenie, „i was też dosięgnie”. Kapitanie Lacy, dziękuję za uczestnictwo w tej przykrej sprawie. Panie Wiskerke, proszę znaleźć panu Snitkerowi koję w forkasztlu. Odpracuje podróż na Jawę jak szczur lądowy i podlegać będzie zwyczajowej dyscyplinie. Ponadto...

Snitker wywraca stół i rzuca się na Vorstenboscha. Jacob kątem oka dostrzega pięść Snitkera nad głową przełożonego. Usiłuje ją powstrzymać. Przed oczami wirują mu nagle ogniste pawie. Ściany kajuty obracają się o dziewięćdziesiąt stopni, podłoga wali w żebra, a metaliczny smak w ustach to z pewnością krew. Gdzieś wyżej słychać charczenie, jęki i głośne sapanie. Jacob spogląda w górę rychło w czas, by zobaczyć, jak pierwszy oficer z całej siły wali Snitkera pięścią w splot słoneczny, a de Zoet aż się kuli w mimowolnym odruchu współczucia. Dwóch kolejnych marynarzy wbiega akurat, gdy Snitker zatacza się i upada na podłogę.

Na dolnym pokładzie skrzypek gra „Ciemnooką damę z Twente”.

Kapitan Lacy nalewa sobie szklaneczkę whisky z sokiem porzeczkowym.

Vorstenbosch raz za razem okłada Snitkera po twarzy swoją laską ze srebrną gałką, aż w końcu brakuje mu sił.

– Zakujcie gnidę w łańcuchy w najsmrodliwszym kącie pokładu.

Pierwszy oficer i dwaj marynarze wywlekają jęczące ciało. Vorstenbosch klęka przy Jacobie i kładzie dłoń na jego ramieniu.

– Dziękuję, że przyjął pan na siebie ten cios, drogi chłopcze. Obawiam się, że z nochala ma pan une belle marmelade...

Ból w nosie każe Jacobowi domniemywać złamanie, ale to nie od krwi lepią mu się dłonie i kolana. Gdy sekretarz usiłuje podźwignąć się na nogi, dociera do niego, że jest lepki od atramentu.

Atrament, rzeczułki płynące z rozbitego kałamarza i ich delty w kolorze indygo...

Atrament, spijany przez spragnione drewno, skapujący w szpary...

Atrament, myśli Jacob, płyn o największej mocy tworzenia...

1 Według zasad wymowy holenderskiej imię i nazwisko głównego bohatera wymawia się „jakob de zut” (przyp. tłum.).

2 Gros – miara równa dwunastu tuzinom, czyli 144 jednostki (przyp. tłum.).

III

Na sampanie przycumowanym opodal „Shenandoah” w porcie Nagasaki

Rankiem, 26 lipca 1799 roku

Bez kapelusza, gotując się w swoim niebieskim fraku, Jakub cofa się w myślach o dziesięć miesięcy, kiedy to żądne zemsty Morze Północne przedarło się przez groble w Domburgu i bryzgające masy wody popłynęły wartko ulicą obok plebanii kościoła, gdzie jego stryj położył przed nim sakiewkę z impregnowanego płótna. Zawierała oprawiony w jelenią skórę Psałterz, cały w rysach i szramach. Jacob potrafi mniej więcej odtworzyć z pamięci przemowę stryja. „Pan Bóg świadkiem, mój bratanku, że słyszałeś historię tej Księgi wystarczająco wiele razy. Twój prapradziad akurat był w Wenecji, gdy dotarła tam zaraza. Kiedy jego ciało pokrywały dymienice wielkości żab, zmawiał modlitwy z tego Psałterza i Bóg go uleczył. Pięćdziesiąt lat temu twój pradziad Tys był żołnierzem w Palestynie, gdy na jego regiment zastawiono zasadzkę. Ten Psałterz zatrzymał kulę z muszkietu” – stryj gładzi palcem ołowiany pocisk, tkwiący nadal w swoim kraterze – „i nie dopuścił, by przeszyła serce pradziadka. To nie są czcze słowa, gdy mówię, że ja, twój ojciec, ty i Geertje zawdzięczamy tej księdze istnienie. Nie jesteśmy papistami, nie przypisujemy magicznych mocy zakrzywionym gwoździom czy starym łachmanom, ale rozumiesz już teraz, jak silnie ta Święta Księga jest związana z linią naszego rodu. To dar od twoich przodków i pożyczka od twoich potomków. Cokolwiek będzie twym udziałem w czasach, które dopiero nadejdą, nigdy nie zapominaj: ten Psałterz” – stryj dotyka lnianej sakiewki – „jest twoim glejtem w podróży do domu. Psalmy Dawidowe to Biblia zawarta w Biblii. Zmawiaj je w modlitwie, bądź posłuszny ich naukom, a nigdy nie zbłądzisz. Strzeż tej Księgi jak oka w głowie, aby mogła być strawą dla twojej duszy. Teraz idź, Jacobie, i niech Bóg będzie z Tobą”.

– „Strzeż tej Księgi jak oka w głowie” – powtarza Jacob pod nosem. – Na tym właśnie polega mój dylemat.

Dziesięć dni temu „Shenandoah” rzucił kotwicę u skały Papenburg – nazwanej tak dla uczczenia męczenników Prawdziwej Wiary, spychanych do morza z jej szczytu – i kapitan Lacy rozkazał, by wszystkie chrześcijańskie dzieła ludzkiej ręki umieszczono w beczce, a tę następnie zabito gwoździami i oddano Japończykom, którzy mieli ją zwrócić dopiero, gdy bryg będzie już odbijał od brzegów Japonii. Nawet naczelnika-elekta i jego protegowanego sekretarza obowiązywały te zasady. Marynarze „Shenandoah” burzyli się, że prędzej oddadzą własne jądra niż krucyfiksy, a ich krzyżyki i święte Krzysztofy zaiste znikły ukryte w zakamarkach, kiedy japońscy inspektorzy i uzbrojeni po zęby strażnicy przeszukiwali pokłady. Beczkę wypełniał asortyment różańców i modlitewników, przywiezionych przez kapitana Lacy’ego właśnie w tym celu. Psałterza de Zoeta wśród nich nie było.

Jak mógłbym zdradzić stryja, Kościół i mojego Stwórcę? – zamartwia się Jacob.

Psałterz leży zagrzebany pośród innych ksiąg w kufrze, na którym Jacob siedzi.

Ryzyko nie może być zbyt wielkie, powtarza sobie. Nie ma żadnych oznaczeń ani ilustracji, na podstawie których Psałterz można by rozpoznać jako tekst chrześcijański, a tłumacz z pewnością zbyt słabo mówi po holendersku, by mógł zrozumieć starożytny język Biblii. Jestem oficerem Holenderskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej, przemawia sobie do rozumu. Jakąż to straszliwą karę mieliby mi wymierzyć Japończycy?

Jacob sam nie wie i trzeba przyznać, że się boi.

* * *

Mija kwadrans. Nadal nie widać naczelnika Vorstenboscha i jego dwóch Malajów.

Blada, piegowata twarz Jacoba rumieni się na słońcu jak bekon.

Latająca ryba przecina taflę wody i śmiga tuż nad powierzchnią.

– Tobiuo! – mówi jeden wioślarz do drugiego, pokazując ręką. – Tobiuo!

Jacob powtarza to słowo i obaj wioślarze zanoszą się od śmiechu, aż cały sampan się chwieje.

Pasażer nie ma im tego za złe. Obserwuje łodzie straży, okrążające „Shenandoah”; patrzy na rybackie łódki; na niemal przytulony do brzegu japoński statek towarowy, przysadzisty niczym portugalski carrack, ale o pełniejszym kadłubie; na arystokratyczny statek wycieczkowy w asyście kilku łodzi towarzyszących, w książęcych barwach czerni i błękitu; i na dżonkę z dziobem jak u ptaka, podobną do tych, którymi pływają chińscy kupcy w Batawii...

Samo Nagasaki, szare jak drewno, brunatne jak błoto, wygląda, jakby powoli wypływało spomiędzy pokrytych zielenią, szeroko rozstawionych paluchów wielkiej stopy gór. Nad wodą unosi się zapach glonów, przybierającego i cofającego się morza, i dymu z niezliczonych kominów. W zboczach gór są wycięte tarasy pod pola ryżowe, które ciągną się wzwyż niemal aż pod poszarpane szczyty.

Szaleniec mógłby sobie wyobrażać, myśli Jacob, że trzymają go tu w rozpękłej na pół nefrytowej misie.

Na linii nabrzeża uwagę przyciąga miejsce, które będzie dla Jacoba domem przez cały przyszły rok: Dejima – otoczona wysokim murem sztuczna wyspa w kształcie wachlarza, długa – szacuje Jacob – na jakieś dwieście kroków wzdłuż zewnętrznego łuku, szeroka na osiemdziesiąt kroków, a wzniesiona na wbitych w dno palach, podobnie jak większość Amsterdamu. Przez cały zeszły tydzień, szkicując faktorię z fokmasztu „Shenandoah”, naliczył jakieś dwadzieścia pięć dachów: ponumerowane magazyny japońskich kupców, rezydencje naczelnika i kapitana, dom wicenaczelnika, gdzie z dachu wyrasta wieża strażnicza, gildię tłumaczy, niewielki szpital. Z czterech holenderskich składów – Roos, Lelie, Doorn i Eik – tylko ostatnie dwa przetrwały, jak to nazywa Vorstenbosch, „pożar Snitkera”. Magazyn Lelie właśnie jest odbudowywany, ale spalony Roos musi zaczekać, aż faktoria nieco wyjdzie z długów. Brama Lądowa łączy Dejimę z wybrzeżem jednoprzęsłowym mostem nad fosą pełną nanoszonego przez morze mułu. Brama Morska na końcu krótkiej rampy, gdzie rozładowuje się i załadowuje sampany Kompanii, jest otwierana jedynie podczas sezonu handlowego. Obok stoi Izba Celna, gdzie wszyscy Holendrzy oprócz naczelnika i kapitana są poddawani przeszukaniu, które ma wykryć przedmioty zakazane.

A na samej górze listy tych przedmiotów widnieją „chrześcijańskie dzieła ludzkiej ręki”, myśli Jacob.

Wraca do swojego szkicu i zaczyna cieniować morze węglem.

Zaciekawieni wioślarze nachylają się. Jacob pokazuje im kartę z rysunkiem.

ryc. 2

Mina starszego wioślarza mówi: „Udatnie”.

Jakiś okrzyk z łodzi należącej do straży płoszy ich obu. Wracają do wioseł.

* * *

Sampan chybocze się pod ciężarem Vorstenboscha. Naczelnik jest szczupłym człowiekiem, ale dzisiaj frak ma opięty, a pod połami wybrzuszają się guzy – fragmenty „jednorożca”, czyli rogu narwala3, cenionego w Japonii jako sproszkowane panaceum.

Nadpływający naczelnik postukuje pięścią o zaszyte w ubraniu wypukłości.

– Właśnie tę błazenadę zamierzam wykorzenić. Zapytałem tę żmiję, Kobayashiego: „Dlaczego nie można po prostu zapakować ładunku do skrzyni zgodnie z prawem, przewieźć łodzią zgodnie z prawem i sprzedać na prywatnej aukcji zgodnie z prawem?”. Co odrzekł? „Nie było precedensu”. Mówię mu: „Zatem stwórzmy precedens”. A ten spojrzał na mnie, jakbym domagał się uznania mojego ojcostwa jego dzieci.

– Panie naczelniku?! – woła pierwszy oficer. – Czy pańscy niewolnicy mają towarzyszyć panu na brzeg?

– Niech pan ich wyśle razem z krową. Na razie służyć mi będzie czarny Snitkera.

– Tak jest, panie naczelniku. A tłumacz Sekita prosi o przewiezienie na brzeg.

– To niechże pan tu da tego ofermę, panie Wiskerke.

Pokaźny zad Sekity sterczy nad burtą. Pochwa miecza ugrzęzła mu w trapie. Jego pomocnik zarabia za to sążnisty policzek. Gdy pan i sługa siedzą już bezpiecznie, Vorstenbosch zdejmuje elegancki trójgraniasty kapelusz.

– Przeuroczy poranek, panie Sekita, nieprawdaż?

– Aaa. – Sekita kiwa głową, nie rozumiejąc. – My Japończycy. Wyspiarze.

– W rzeczy samej, szanowny panie. Morze, jak okiem sięgnąć. Bezmiar błękitu.

Sekita wygłasza kolejną wyuczoną kwestię:

– Sosny wysokie, korzenie głębokie.

– Dlaczego musimy marnotrawić nasze skąpe fundusze na pańską pokaźną pensję?

Sekita wydyma usta, jakby w zamyśleniu.

– Jak się pan miewa?

Jeśli to on dokona inspekcji moich książek, mogę być zupełnie spokojny, myśli Jacob.

Vorstenbosch rzuca wioślarzom komendę „naprzód!” i wskazuje Dejimę.

Sekita nieproszony tłumaczy polecenie, zupełnie bez potrzeby.

Wioślarze wprawiają sampan w ruch, „zamiatając” wiosłami na podobieństwo ruchów wodnego węża. Śpiewają przy tym pieśń i rytmicznie zaczerpują tchu.

– Czy piosenka może nosi tytuł: „Dawaj nam złoto, zawszony Holendrze?” – podkpiwa Vorstenbosch.

– Raczej nie, panie naczelniku. Nie śpiewaliby tak przy tłumaczu.

– „Tłumacz” to określenie niezwykle Sekicie przychylne. Ale i tak lepszy on niż Kobayashi. Poza tym, de Zoet, przez pewien czas to może być nasza ostatnia okazja do prywatnej rozmowy. Gdy dobijemy do brzegu, będę się musiał zająć takim poprowadzeniem spraw, by sezon handlowy przyniósł maksymalne zyski, choć nasz towar jest lichy. Pańskie obowiązki będą całkiem inne: zbierze pan wszystkie zlecenia faktorii, zarówno transakcje w imieniu Kompanii, jak i w handlu prywatnym, od roku dziewięćdziesiątego czwartego. Nie wiedząc, co urzędnicy kupili, sprzedali i wysłali na eksport oraz za ile, nie możemy rozeznać się w pełnym rozmiarze korupcji, z którą trzeba się będzie uporać.

– Zrobię co w mojej mocy, panie naczelniku.

– Uwięzienie Snitkera miało być publicznym pokazem moich intencji, ale gdybyśmy mieli wymierzać podobne kary każdemu przemytnikowi na Dejimie, nie zostałby nikt prócz nas dwóch. Musimy raczej pokazać, że za uczciwą pracę wynagradzamy z nawiązką, a za kradzież karzemy hańbą i więzieniem. Tylko w ten sposób uda nam się oczyścić tę stajnię Augiasza. A oto i van Cleef, wyszedł nas przywitać.

Wicenaczelnik schodzi po rampie od Bramy Morskiej. Vorstenbosch cytuje:

– „Z każdym przybyciem coś umiera”.

* * *

Wicenaczelnik Melchior van Cleef, urodzony w Utrechcie czterdzieści lat temu, zdejmuje kapelusz. Jego śniadą twarz okala zarost, co nadaje mu wygląd pirata. Przyjaciel mógłby określić spojrzenie wąskich szparek jego oczu jako „baczne”, wróg jako „mefistofelesowe”.

– Dzień dobry, panie Vorstenbosch. Witamy na Dejimie, panie de Zoet. Wszelkie życzenia „miłego pobytu” niosłyby zbyt wiele nadziei... – Van Cleef, który uściskiem dłoni mógłby kruszyć kamienie, dostrzega świeżą bulę na nosie Jacoba.

– Jestem zobowiązany, wicenaczelniku van Cleef – odpowiada Jacob. Stały ląd kołysze mu się pod przywykłymi do fal nogami. Kulisi już wyładowują jego kufer i niosą go do Bramy Morskiej. – Wolałbym mieć mój bagaż na oku, panie wicenaczelniku...

– Wręcz powinien pan. Jeszcze do niedawna prostowaliśmy dokerów chłostą, ale sędzia orzekł, że bity kulis stanowi afront dla całej Japonii, i nam zakazał. Teraz ich szalbierstwo nie zna granic.

Tłumacz Sekita źle oblicza skok z dziobu sampana na rampę i moczy nogę aż po kolano. Gdy już stoi na lądzie, wali swojego sługę pięścią w nos i pośpiesznie wyprzedza trzech Holendrów, rzucając do nich: „Idźcie! Idźcie!”.

Wicenaczelnik van Cleef wyjaśnia:

– Ma na myśli „Chodźcie”.

Zaraz po przekroczeniu Bramy Morskiej zostają zaprowadzeni do Izby Celnej. Sekita pyta cudzoziemców o ich nazwiska i, krzycząc, przekazuje je starszemu wiekiem urzędnikowi, który powtarza młodszemu pomocnikowi, a ten zapisuje w rejestrze. „Vorstenbosch” jest zapisywane jako „Bōrusu Tenbōshu”, „van Cleef” staje się „Bankureifu”, a „de Zoet” zostaje przechrzczony na „Dazūto”. Kręgi sera i fasy masła wyładowywane z „Shenandoah” dźga teraz patykami grupa inspektorów.

– Te cholerne łajdaki są znane z tego, że rozbijają nawet konserwowane jajka, żeby przypadkiem kurczaczek nie przemycił dukata czy dwóch – narzeka van Cleef.

Podchodzi do nich przysadzisty strażnik.

– Otóż i inspektor – rzuca van Cleef. – Naczelnik jest zwolniony z przeszukania, lecz urzędnicy już niestety nie.

Zbiera się grupa młodych mężczyzn. Mają tak samo wygolone czoła i koki na czubku głowy jak inspektorzy i tłumacze, którzy w tym tygodniu przeszukali pokład „Shenandoah”, ale ich strój jest mniej okazały.

– Szeregowi tłumacze – wyjaśnia van Cleef. – Liczą na to, że wkradną się w łaski Sekity, wykonując za niego pracę.

Kontroler zwraca się do Jacoba, a młodzi tłumacze krzyczą chórem: „Podnieść ręce! Rozpiąć kieszenie!”.

Sekita ich ucisza i wydaje Jacobowi komendę:

– Podnieść ręce. Rozpiąć kieszenie.

Jacob posłusznie wykonuje polecenie. Kontroler obmacuje go pod pachami i grzebie w kieszeniach.

Znajduje szkicownik Jacoba, przegląda go pobieżnie i wydaje kolejne polecenie.

– Niech pan pokaże buty strażnikom! – rzucają najszybsi z tłumaczy.

Sekita kręci nosem.

– Pokaże buty, już.

Jacob zauważa, że nawet dokerzy przestali pracować i się przypatrują.

Niektórzy, zupełnie niespeszeni, pokazują sekretarza palcem i orzekają „Kōmō, kōmō”.

– Mówią o pańskich włosach – objaśnia van Cleef. – Kōmō to częste określenie Europejczyka: kō oznacza „czerwony”, a mō – „włosy”. Ale w istocie niewielu z nas szczyci się włosami o barwie pańskich. Nic dziwnego, że wytrzeszczają oczy na prawdziwego „rudowłosego barbarzyńcę”.

– Uczy się pan japońskiej mowy, panie van Cleef?

– Prawo tego zabrania, ale podchwyciłem co nieco od moich żon.

– Gdyby zechciał pan nauczyć mnie tego, co już pan umie, wicenaczelniku, byłbym wielce zobowiązany.

– Marny byłby ze mnie nauczyciel – wyznaje van Cleef. – Doktor Marinus zagaduje z Malajami, jakby sam urodził się czarny, ale, jak mówi, język japoński niezwykle trudno opanować. Gdyby któregokolwiek tłumacza przyłapano, że nas uczy, mógłby zostać oskarżony o zdradę.

Inspektor powraca do butów Jacoba i wydaje kolejne polecenie.

– Zdjąć ubranie! – mówią tłumacze. – Zdjąć ubranie!

– Niech nikt niczego nie zdejmuje! – odparowuje van Cleef. – Urzędnicy nie będą się rozbierać, panie de Zoet. Ta kanalia chce nas pozbawić wszelkiej godności. Jeśli posłuchamy go dzisiaj, każdy urzędnik wjeżdżający do Japonii aż po dzień Sądu Ostatecznego będzie zmuszony iść za naszym przykładem.

Inspektor protestuje, chór krzyczy: „Zdjąć ubranie!”.

Tłumacz Sekita wyczuwa zbliżające się kłopoty i chyłkiem się wycofuje.

Vorstenbosch wali laską w podłogę, aż zapada cisza.

– Nie!

Zirytowany inspektor postanawia dać za wygraną.

Jeden z celników opukuje włócznią kufer Jacoba i coś mówi.

– Otworzyć – powtarza za nim szeregowy tłumacz. – Otworzyć dużą skrzynię!

„Skrzynię z twoim ukrytym Psałterzem”, Jacob słyszy, jak naigrawa się jego wewnętrzny głos.

– Niech pan otworzy, de Zoet, zanim obrośniemy tu w pajęczyny – rzuca Vorstenbosch.

Dławiąc mdłości ze strachu, Jacob otwiera skrzynię, zgodnie z poleceniem.

Jeden ze strażników coś mówi, chór tłumaczy:

– Cofnąć się! Krok w tył!

Przeszło dwadzieścia szyj wyciąga się, gdy kontroler unosi wieko kufra i wyjmuje pięć złożonych lnianych koszul Jacoba; jego wełniany koc; pończochy; sznurowany mieszek z guzikami i sprzączkami; sfatygowaną perukę; zestaw gęsich piór; pożółkłe ineksprymable i bieliznę; jego kompas z lat chłopięcych; pół kostki windsorskiego mydła; dwa tuziny listów od Anny, przewiązanych wstążką do włosów; brzytwę; fajkę z porcelany z Delft; pęknięty kielich; arkusze zapisanego papieru nutowego; nadjedzoną przez mole kamizelę w kolorze butelkowej zieleni; cynowy talerz, nóż i łyżkę; oraz około pięćdziesięciu przeróżnych książek, wetkniętych na sam spód. Inspektor mówi coś podwładnemu, który wybiega z Izby Celnej.

– Sprowadzą dyżurny tłumacz – mówi tłumacz obecny na miejscu. – Obejrzeć książki.

Jacob czuje, jak cisną go żebra.

– Czy pan Sekita nie miał dokonać ich wnikliwej kastracji?

W zaroście van Cleefa pojawia się szczelina uśmiechu, przez którą widać brązowe zęby.

– Kastracji?

– Lustracji. Chciałem powiedzieć: lustracji moich książek, panie wicenaczelniku.

– Ojciec Sekity kupił synowi miejsce w gildii, ale prohibicja na – bezgłośnie poruszając ustami, van Cleef wymawia „chrześcijaństwo” – to zbyt ważna kwestia, by powierzać ją zakutym łbom. Książki sprawdzi bardziej kompetentny człowiek: być może Iwase Banri lub jeden z Ogawów.

Jacob krztusi się śliną.

– Kim są... Ogawowie?

– Ogawa Mimasaku jest jednym z czterech tłumaczy pierwszej rangi. Jego syn, Ogawa Uzaemon, należy do trzeciej rangi, a... – wchodzi młody człowiek – proszę, o wilku mowa! Moje uszanowanie!

Ogawa Uzaemon, mężczyzna dwudziestokilkuletni, ma inteligentny wyraz twarzy, który zdradza otwartą naturę. Wszyscy szeregowi tłumacze pochylają się w niskim ukłonie. Ogawa kłania się Vorstenboschowi, van Cleefowi i na końcu nowo przybyłemu sekretarzowi.

– Witamy na lądzie, panie de Zoet.

Jego wymowa jest doskonała. Wyciąga rękę do europejskiego uścisku, gdy tymczasem Jacob pochyla się w azjatyckim ukłonie. Ogawa Uzaemon odwzajemnia ukłon, ale wtedy Jacob podaje mu rękę. Scena rozbawia wszystkich zebranych.

– Słyszę, że pan de Zoet przywiózł wiele książki... – zaczyna tłumacz. – Oto one... – wskazuje na kufer – wiele, wiele książki. „Obfitość” książki, mówicie?

– Kilka książek – odpowiada Jacob, czując, że z nerwów zaraz dostanie torsji. – Raczej całkiem sporo, tak.

– Mogę wyjąć książki, zobaczyć? – Ogawa ochoczo sięga po foliały, nie czekając na odpowiedź. Jacobowi świat zawęża się do tunelu między nim a jego Psałterzem, przyciśniętym oboma tomami Sary Burgerhart. Ogawa marszczy brwi. – Wiele, wiele książki tutaj. Trochę czasu, proszę. Kiedy koniec, poślę wiadomość. Czy zgoda? – Źle odczytuje wahanie Jacoba. – Książki wszystkie bezpieczne. – Ogawa kładzie rękę na sercu. – Ja też jestem bibliofil. Tak się mówi? Bibliofil?

* * *

Na dziedzińcu, gdzie urządzono wagownię, promienie słoneczne palą skórę jak rozżarzone do czerwoności żelazo.

Za chwilę odkryją mój Psałterz, myśli szmugler z przypadku.

Grupka japońskich oficjeli czeka na Vorstenboscha.

Malajski niewolnik kłania się, czekając z bambusowym parasolem na naczelnika.

– Kapitana Lacy’ego i mnie czeka ogrom zobowiązań w sali recepcyjnej, aż do obiadu – mówi naczelnik. – Źle pan wygląda, de Zoet. Niech doktor Marinus utoczy panu z pół pinty, kiedy pan van Cleef już pana oprowadzi. – Żegna sekretarza skinieniem głowy i odchodzi w stronę swojej rezydencji.

Na dziedzińcu wagowni nad resztą sprzętu i towarów góruje jedna z kompanijnych wag na trójnogu wysokości dwóch ludzi.

– Ważymy dziś cukier, jeśli tak można nazwać te zmiotki – wyjaśnia van Cleef. – Batawia przysłała chyba odpady z magazynów.

Na niewielkim placyku uwija się ponad stu kupców, tłumaczy, inspektorów, sędziów, szpiegów, lokajów, lektykarzy, tragarzy. Czyli to właśnie są Japończycy, myśli Jacob. Kolor ich włosów, czarnych lub posiwiałych, i barwa skóry są bardziej jednolite niż u Holendrów, a styl ich ubioru, butów i fryzur wydaje się ściśle ustalony, zgodnie z rangą. Piętnastu czy dwudziestu niemal nagich cieśli rozsiadło się na drewnianym szkielecie nowego magazynu.

– Większe obiboki niż banda spojonych ginem Finów – burczy van Cleef.

Z dachu Izby Celnej obserwuje ich małpa o różowej twarzy i futrze w barwie sadzy na śniegu, odziana w kaftan z żaglowego płótna.

– Widzę, że dostrzegł pan już Williama Pitta.

– Słucham, panie wicenaczelniku?

– Premiera rządu króla Jerzego, dobrze pan usłyszał. Nie reaguje na żadne inne imię. Pewien marynarz kupił go sześć czy siedem lat temu. Kiedy później właściciel Williama Pitta odpływał z wyspy, tego samego dnia małpa zniknęła i pojawiła się nazajutrz, już jako wyzwoleniec z Dejimy. A skoro mowa o małpach: o, ten tam goryl... – van Cleef pokazuje palcem robotnika z wysuniętą do przodu kwadratową szczęką i włosami spiętymi w kucyk, zajętego otwieraniem skrzyń z cukrem – to Wybo Gerritszoon, jeden z naszych robotników.

Gerritszoon wsuwa cenne gwoździe do kieszeni swojego kaftana. Worki cukru noszone są przed japońskim inspektorem i uderzającej urody cudzoziemskim młodzieńcem w wieku lat siedemnastu czy osiemnastu: ma złote włosy cheruba, usta wydatne jak u Jawajczyków i skośne oczy ludów Orientu.

– Ivo Oost: czyjś bękart, ze szczodrą domieszką krwi jakiegoś mieszańca.

Cukier jest ustawiany na wspartym na kozłach stole Kompanii.

Ważenie obserwuje kolejna trójka japońskich oficjeli, tłumacz i dwóch Europejczyków w wieku lat około dwudziestu.

– Z lewej – wskazuje van Cleef – stoi Peter Fischer, Prusak z Brunszwiku. – Postać Fischera jest cała orzechowej barwy, z włosami brunatnymi, lecz już rzednącymi. – Praktykuje także jako sekretarz, choć pan Vorstenbosch mówi, że pan również ma stosowne kwalifikacje, zatem mamy oto wręcz krępujący nadmiar. Kompan Fischera to Con Twomey, Irlandczyk z Corku. – Twomey ma wklęsłą twarz i szczerbaty uśmiech, włosy nosi krótko przycięte i ma na sobie surowe odzienie z żeglarskiego płótna. – Niech się pan nie obawia, że zapomni ich nazwisk: kiedy „Shenandoah” odpłynie, czeka nas mozolna wieczność, w której poznamy się wszyscy nawzajem jak zły szeląg.

– Czy Japończycy podejrzewają, że niektórzy z naszych ludzi nie są Holendrami?

– Skundlony akcent Twomeya tłumaczymy tym, że pochodzi z Groningen. Czy my kiedyś mieliśmy dość Holendrów czystej krwi, by obsadzić placówki Kompanii? A szczególnie teraz? – Ostatnie słowo zawiera aluzję do drażliwej kwestii uwięzienia Daniela Snitkera. – Musimy chwytać się wszelkich sposobów. Twomey jest naszym cieślą, ale dorabia jako inspektor podczas dni ważenia, bo przeklęci kulisi wyprowadziliby worki cukru w jednej chwili, gdyby spuścić ich z oczu choćby na moment. Podobnie jest ze strażnikami. A kupcy to najprzebieglejsze kanalie z nich wszystkich: wczoraj jeden z tych sukinkotów wsunął kamień do worka, a następnie go „odkrył” i usiłował użyć jako „dowodu” na obniżenie średniej tary.

– Czy mam już teraz przystąpić do swoich obowiązków, panie wicenaczelniku?

– Niech doktor Marinus najpierw upuści panu nieco krwi, a do boju stanie pan, gdy już się nieco zadomowi. Marinusa znajdzie pan w szpitalu na końcu ulicy Długiej, tej ulicy, przy drzewie wawrzynu. Nie zgubi się pan. Nikt jeszcze nie zgubił się na Dejimie, chyba że miał pęcherz pełen grogu.

* * *

– Dobrze, że się akurat nadarzyłem. – Z odległości dziesięciu kroków dobiega Jacoba świszczący głos. – Człowiek może się zgubić na Dejimie szybciej, niż gówno przez gęś przelatuje. Nazywam się Arie Grote – wali Jacoba po ramieniu – a pan to pewnie Jacob Dzielny de Zoet z Zelandii i... A niech to, Snitker naprawdę przestawił panu nos.

Arie Grote ma mocno szczerbaty uśmiech i nosi kapelusz ze skóry rekina.

– Podoba się panu mój kapelusz, co? Z boa dusiciela, upolowanego w dżungli na Ternate. Jednej nocy wślizgnął mi się do chaty, którą dzieliłem z trzema dziewczętami tubylców. Pierwsze, co mi do łba przyszło, to, że jedna z moich towarzyszek łoża łagodnie budzi mnie, żeby zagrzać mi jajeczka. Ale nic z tego, czuję, jak coś się na mnie zaciska, płuca mi się kurczą i trzy żebra robią trzask! prztęk! łup! i przy świetle Krzyża Południa widzę go, jak mi się wgapia w wytrzeszczone gały. I ta właśnie chwila, panie de Zoet, była jego klęską. Ręce przycisnął mi zagięte na plecach, ale szczęki zostawił swobodne, więc ugryzłem skubańca w głowę, z całych sił... Wrzask węża trudno zapomnieć! Podły gad przydusił mnie jeszcze bardziej, jeszcze ze mną nie skończył, więc capnąłem go w żyłę szyjną i przegryzłem mu ją na wylot. Wdzięczni mieszkańcy wioski uszyli mi potem szatę z jego skóry i ukoronowali mnie jako pana na Ternate, bo wąż siał grozę w ich dżungli. Ale... – Grote wzdycha – ...któż może przewidzieć, gdzie morze znowu rzuci żeglarza. Gdy wróciłem do Batawii, modystka przerobiła moją szatę na kapelusze, po dziesięć talarów za sztukę... I nic nie rozdzieli mnie z tym ostatnim, może oprócz chęci wyświadczenia powitalnej przysługi pewnemu młodzieńcowi, który jest w większej potrzebie niż ja, co? Ten piękny kapelusz będzie pański nie za dziesięć talarów, nie, nie, i nie za osiem, a za pięć stuiverów. Kapitalna cena!

– Modystka podmieniła pańską skórę boa na licho wyprawioną rekinią, wielka szkoda.

Arie Grote wygląda na uradowanego.

– Stawiam zakład, że to pan wstanie od karcianego stołu z najpełniejszą kabzą. Większość z nas, wyrobników, zbiera się wieczorami w mojej skromnej kwaterze celem, ehm, towarzyskiego spotkania i czerpania przyjemności z drobnego hazardu, a że żaden z pana wydelikacony zadufek, to jasne jak słońce, może pan do nas dołączy?

– Zwykły syn pastora, jak ja, byłby dla was nudnym towarzystwem. Pijak ze mnie słaby, a hazardzista jeszcze słabszy.

– A któż w Cudownym Oriencie nie jest hazardzistą i nie stawia na szali własnego życia? Z każdych dziesięciu, którzy wypływają w morze, sześciu przetrwa i dalej będzie próbować związać koniec z końcem, ale czterech zatonie i spocznie w bagnistym grobie. A czterdzieści do sześćdziesięciu to marne szanse. Do tego, na każdy tuzin klejnotów czy dukatów zaszyty w podszewce płaszcza jedenaście zabierają przy Bramie Morskiej, a tylko jeden dukat człowiek zdoła przemycić. Najlepiej wetknąć go w tylne oko. A jeśli przypadkiem i pański otwór jest nimi wysadzany, panie de Zoet, dam panu najlepszą cenę...

Na Skrzyżowaniu Jacob przystaje. Ulica Długa ciągnie się dalej po łuku.

– To Kościany Zaułek – Grote wskazuje na prawo – biegnie do Przymurza. A to – pokazuje w lewo – ulica Krótka i Brama Lądowa...

A za Bramą Lądową leży Odgrodzone Cesarstwo, myśli Jacob.

– Bramy nie otworzą się dla nas, panie de Zoet, nie, nie. Naczelnik, wicenaczelnik i doktor Marinus przechodzą przez nią od czasu do czasu, ale my nie. „Jeńcy szoguna”, tak nazywają nas miejscowi i trudno odmówić im racji, co? Ale, ale – Grote popycha Jacoba naprzód – nie handluję wyłącznie klejnotami i monetami, zapewniam. Nie dalej niż wczoraj – szepcze – dla ważnego klienta z pokładu „Shenandoah” zakupiłem kryształki najczystszej kamfory w zamian za nędzne dudy, po jakie w Holandii nawet nie schyliłby się pan, gdyby pływały w kanale.

Zarzuca przynętę, myśli Jacob i odpowiada:

– Niczego nie szmugluję, panie Grote.

– Niech mnie piorun strzeli, jeśli chcę imputować panu jakiekolwiek wykroczenia, panie de Zoet! Informuję tylko, ehm, że moja prowizja wynosi jedną czwartą ceny sprzedaży... Znaczy, zazwyczaj... Ale taki elegancki młodzieniec jak pan zatrzymałby aż siedem dziesiątych, bo mam słabość do hardych Zelandczyków. Z przyjemnością zajmę się i pańskim rtęciowym proszkiem na kiłę – rzuca Grote niby od niechcenia, jednak tonem, który kryje coś ważnego. – Bo z pewnymi kupcami jestem tu za pan brat i gdy my tu sobie rozmawiamy, oni podbijają właśnie cenę, szybciej niż kutas ogiera grzmoci klacz. A po co?

Jacob zatrzymuje się.

– Skąd wie pan o mojej rtęci?

– Proszę, jaką Dobrą Nowinę przynoszę, co? – Grote zniża głos. – Tej wiosny jeden z licznych synów szoguna poddał się kuracji rtęcią. Metodę rtęciową znają tu od dwudziestu lat, ale nigdy jej nie ufano. Tyle że ogór książęcia już tak przegnił, że świecił na zielono. I proszę, jedna seria holenderskiego proszku rtęciowego i, chwalić Pana, wyzdrowiał! Wieść rozniosła się jak ogień. Teraz każdy aptekarz w tym kraju woła o cudowny eliksir. I oto przypłynął z panem w ośmiu skrzyniach. Niech mi pan pozwoli dobić targu, a zarobię dla pana tyle, że starczy na tysiąc kapeluszy. Bo jeśli będzie pan chciał targować się sam, przyjacielu, obedrą pana ze skóry i samego przerobią na kapelusz.

Jacob orientuje się, że znowu ruszył naprzód.

– Skąd wie pan o mojej rtęci?

– Od szczurów – szepcze Arie Grote. – Tak, od szczurów. Od czasu do czasu karmię je frykasami i szczury mówią mi co i jak względem czego. Voilà, oto i szpital. Podróż w towarzystwie trwa połowę krócej, prawda? Zatem umowa stoi? Będę odtąd pańskim agentem? Nie ma potrzeby spisywać kontraktów i żadnych takich. Dżentelmen nie złamie słowa. Do zobaczenia...

Arie Grote wraca ulicą Długą do Skrzyżowania.

Jacob woła za nim:

– Nie dałem panu słowa!

* * *

Drzwi szpitala otwierają się na wąski korytarz. Ustawiona w głębi drabina prowadzi w górę do otwartej klapy. Z prawej strony są drzwi do ambulatorium, dużego pomieszczenia, w którym króluje nadjedzony zębem czasu szkielet, rozpięty na ramie w kształcie litery T. Jacob usiłuje nie myśleć o tym, jak Ogawa odkrywa jego Psałterz. Stół operacyjny ma sznury i otwory, i cały jest w plamach krwi. Są tam też stojaki na piły chirurgiczne, noże, nożyczki, dłuta; są moździerze i tłuczki; szafka na materia medica, jak przypuszcza Jacob; naczynia chirurgiczne; i kilka ław oraz stołów. Zapach świeżych trocin miesza się z aromatem wosku, ziół i z gliniastą wonią wątroby. Kolejne drzwi prowadzą do sali chorych, w której stoją trzy puste łóżka. Jacob ulega pokusie i sięga po kamionkowy dzban z wodą: pije z chochli – woda jest chłodna i słodka.

Dlaczego nikogo tu nie ma, żeby strzec tego miejsca przed złodziejami? – zastanawia się.

Zjawia się młody służący lub niewolnik, dziarsko wymachując miotłą. Jest bosy, wygląda przystojnie, a na sobie ma cienką komżę i luźne indyjskie portki.

Jacob czuje się w obowiązku wytłumaczyć swoją obecność.

– Jesteś niewolnikiem doktora Marinusa?

– Doktor zatrudnia mnie jako asystenta, proszę pana. – Młodzieniec dobrze mówi po holendersku.

– Ach tak? Ja jestem nowym kancelistą, de Zoet. A ty jak masz na imię?

Ukłon mężczyzny jest uprzejmy, nie służalczy.

– Mam na imię Eelattu, proszę pana.

– Z jakiej części świata pochodzisz, Eelattu?

– Urodziłem się w Kolombo na wyspie Cejlon, proszę pana.

Jacoba deprymuje jego łagodna uprzejmość.

– Gdzie jest teraz twój pan?

– W pracowni, na piętrze. Życzy pan, żebym go poprosił na dół?

– Nie ma potrzeby, sam wejdę i się przedstawię.

– Tak, proszę pana. Ale doktor nie lubi przyjmować gości...

– Nie będzie miał nic przeciw, gdy dowie się, co mu przywożę...

* * *

Przez klapę Jacob zagląda na długi, bogato umeblowany strych. W połowie jego długości stoi klawesyn Marinusa, o którym wiele tygodni temu wspomniał w Batawii znajomy Jacoba, pan Zwaardecroone. Jest to rzekomo jedyny klawesyn, jaki kiedykolwiek odbył podróż do Japonii. W drugim końcu pomieszczenia widać smagłego Europejczyka niedźwiedziej postury, w wieku około lat pięćdziesięciu, ze szpakowatymi, spiętymi z tyłu włosami. Siedzi na podłodze przy niskiej ławie w kręgu światła, rysując ogniście pomarańczową orchideę, której oryginał leży przed nim. Jacob puka w klapę.

– Dzień dobry, doktorze.

Doktor nie odpowiada, a Jacob dostrzega, że koszula Marinusa jest rozpięta.

– Doktorze? Ogromnie mi miło wreszcie pana poznać...

Nadal trudno stwierdzić, czy doktor cokolwiek usłyszał.

Sekretarz mówi głośniej:

– Doktorze Marinus? Najmocniej przepraszam, że przeszkadzam...

Marinus ze złością podnosi na niego wzrok.

– A pan? Skąd pan się tu wziął? Z której mysiej dziury pan wypadł?

– Właśnie przypłynąłem kwadrans temu na „Shenandoah”. Nazywam się...

– A czy o to pytałem? Nie. Pytałem o pańskie fons et origo.

– Pochodzę z Domburga, doktorze, miasta na wybrzeżu wyspy Walcheren, w Zelandii.

– Z Walcheren, powiada pan? Byłem kiedyś w Middelburgu.

– A ja w Middelburgu odebrałem wykształcenie, doktorze.

Marinus parska śmiechem.

– Nikt nie jest „wykształcony” w tej wylęgarni niewolnictwa.

– Być może podniosę pańską opinię o Zelandczykach podczas wielu miesięcy, które tu spędzę. Mam zamieszkać w Piętrowym Domu, więc będziemy niemal sąsiadami.

– Czyli bliskość ma sprzyjać dobrosąsiedztwu?

Jacoba zastanawia napastliwość Marinusa.

– Ja... cóż...

– Tę Cymbidum koran znaleziono w paszy dla kóz. Pan mi się tu jąka, a ona marnieje.

– Pan Vorstenbosch zasugerował, by upuścił mi pan nieco krwi...

– Średniowieczne znachorstwo! Flebotomię – i teorię humorów, z której się wywodzi – Hunter starł na proch dwadzieścia lat temu!

Przecież upuszczanie krwi to źródło zarobku każdego chirurga, myśli ze zdziwieniem Jacob.

– Ale...

– Ale ale? Ale ale ale? Ale?

– Mnóstwo ludzi na świecie jest przekonanych o słuszności tych praktyk.

– Co tylko dowodzi, że świat jest pełen bęcwałów. Ma pan spuchnięty nos.

Jacob gładzi się po obolałej twarzy.

– Były naczelnik Snitker przyłożył mi i...

– Nie ma pan odpowiedniej budowy ciała do bijatyk. – Marinus wstaje, wspiera się na masywnej lasce i, utykając, rusza w stronę klapy. – Proszę płukać nos w chłodnej wodzie, dwa razy dziennie. A do bójki z Gerritszoonem wystawić stronę wypukłą, żeby mógł ją wklepać. Do widzenia, chłopcze z Domburga. – Dobrze wymierzonym uderzeniem laski doktor Marinus wytrąca podpórkę spod klapy.

* * *

Gdy de Zoet wychodzi z powrotem na zalaną oślepiającym słońcem ulicę, oburzonego sekretarza otaczają tłumacz Ogawa, jego służący oraz para inspektorów. Wszyscy czterej są spoceni i wyglądają groźnie.

– Panie de Zoet... – zaczyna Ogawa. – Muszę z panem porozmawiać o pewnej książce, którą pan wwozi. To ważna sprawa...

Następną część zdania Ogawy zagłuszają Jacobowi uderzenia mdłości i atak przerażenia.

Vorstenbosch nie zdoła mnie ocalić, myśli Jacob. Zresztą, dlaczego miałby mnie ratować?

– ...a odkrycie takiej księgi niepomiernie mnie zdumiewa... Panie de Zoet?

Moja kariera legła w gruzach, moja wolność przepadła i właśnie utraciłem Annę...

Jest tylko w stanie wychrypieć:

– Gdzie mam odbyć karę?

Ulica Długa raz po raz unosi się i opada. Kancelista zamyka oczy.

– „Odbyć karę?” – Ogawa wyraźnie go przedrzeźnia. – Mój holenderski nie jest najlepszy.

Serce pisarza wali jak młotem.

– To nieludzkie tak ze mną igrać.

– Igrać? – Zdumienie Ogawy rośnie. – Tak się u was mówi? W pana skrzyni znalazłem książka, którą napisał pan... Adamu Sumissu.

Jacob otwiera oczy: ulica Długa już się nie przechyla.

– Adam Smith?

– „Adam Smith”, proszę, wybaczy. Badania nad naturą iprzyczynami bogactwa narodów. Zna pan?

Znam to, tak, ale jeszcze nie śmiem robić sobie nadziei, myśli Jacob i mówi:

– Angielski oryginał jest trochę zbyt trudny, więc w Batawii kupiłem wydanie holenderskie.

Ogawa ma zdumioną minę.

– Adam Smith nie jest Holender, tylko Anglik?

– Myślę, że mocno by się obruszył, panie Ogawa! Smith był Szkotem, mieszkał w Edynburgu. Ale to o Przyczynach bogactwa narodów pan mówi?

– A o czym innym? Jestem rangakusha – uczeń nauk holenderskich. Cztery lata temu pożyczam Przyczyny bogactwa narodów od naczelnika Hemmija. Zacząłem tłumaczyć, żeby Japonia poznaje – usta Ogawy układają się do słów – „teorię ekonomii politycznej”. Ale pan lenn Satsuma dawał naczelniku Hemmiju za książkę dużo pieniędzy, więc ją zwracam wtedy. Została sprzedana, nie zdążyłem kończyć przekładu.

Rozjarzone drzewo wawrzynu więzi w swoich gałęziach prażące słońce.

„A widząc Pan, iż szedł patrzeć”, myśli Jacob, „zawołał go spośród krzaka”4...

Szponiaste mewy i wychudzone kanie przecinają błękitne niebo.

„...i rzekł: »Mojżeszu, Mojżeszu!«. A on odpowiedział: »Oto jestem!«”.

– Próbywałem zdobyć inny egzemplarz, ale... – Ogawa z rezygnacją wzrusza ramionami – ...trudność jest dużo.

Jacob powstrzymuje się, by nie wybuchnąć śmiechem jak dziecko.

– Rozumiem.

– Aż dziś rano w pańskim kufrze z książkami, Adam Smith, jest! Bardzo niespodzianka i jeśli mam być szczery, chciałbym kupić albo odnająć...

W ogrodzie po drugiej stronie ulicy cykady cykają w coraz głośniejszych cyklach.

– Adam Smith nie jest na sprzedaż ani do wynajęcia – odpowiada Holender. – Ale gorąco zapraszam, będzie mi miło, panie Ogawa, jeśli pożyczy go pan na tak długo, jak tylko pan chce.

3 W rzeczywistości jest to kieł narwala, który może mieć nawet trzy metry długości (przyp. tłum.).

4 Księga Wyjścia 3:4, Biblia w przekładzie ks. Jakuba Wujka.

IV

Przed wychodkiem przy domu na Dejimie

Przed śniadaniem, 29 lipca 1799 roku

V

Magazyn Doorn na Dejimie

Po obiedzie, 1 sierpnia 1799 roku

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

VI

Pokój Jacoba w Piętrowym Domu na Dejimie

Bardzo wczesnym rankiem, 10 sierpnia 1799 roku

VII

Piętrowy Dom na Dejimie

Wcześnie rano we wtorek, 27 sierpnia 1799 roku

VIII

Sala recepcyjna w rezydencji naczelnika na Dejimie

Dziesiąta rano, 3 września 1799 roku

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

IX

Kwatera kancelisty de Zoeta w Piętrowym Domu

Ranek w niedzielę, 15 września 1799 roku

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

X

Ogród na Dejimie

Późnym popołudniem, 16 września 1799 roku

XI

Magazyn Eik  

Przed tajfunem, 19 października 1799 roku

XII

Sala recepcyjna w rezydencji naczelnika na Dejimie

Kilka minut po dziesiątej, 23 października 1799 roku

XIII

Plac Flagowy na Dejimie

Poranna odprawa, ostatniego dnia października 1799 roku

II

GÓRSKA TWIERDZA

Dziesiąty miesiąc w jedenastym roku ery Kansei

Rok 1799

XIV

Nad wioską Kurozane w lennach Kyōga

Pod wieczór, dwudziestego drugiego dnia dziesiątego miesiąca

XV

Dom Sióstr w świątyni na górze Shiranui

O świcie, dwudziestego trzeciego dnia dziesiątego miesiąca

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

XVI

Akademia Shirandō w rezydencji Ōtsukich w Nagasaki

O zachodzie słońca, dwudziestego czwartego dnia dziesiątego miesiąca

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

XVII

Sala Ołtarzowa w Domu Sióstr, świątynia Shiranui

Dwudziestego szóstego dnia jedenastego miesiąca

XVIII

Ambulatorium na Dejimie

Godzinę przed kolacją, dwudziestego dziewiątego dnia jedenastego miesiąca

XIX

Dom Sióstr, świątynia Shiranui

Świtem, dziewiątego dnia dwunastego miesiąca

XX

Dwieście stopni prowadzących do świątyni Ryūagi w Nagasaki

Dzień Nowego Roku, dwunasty rok ery Kansei

XXI

Cela Orito w Domu Sióstr

Ósma noc pierwszego miesiąca w dwunastym roku ery Kansei

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

XXII

Pokój Shuzaia przy jego dojo w Nagasaki

Po południu, trzynastego dnia pierwszego miesiąca

XXIII

Cela Yayoi w Domu Sióstr, świątynia Shiranui

Kilka minut przed wschodem słońca, osiemnastego dnia pierwszego miesiąca

XXIV

Pokój Ogawy Mimasaku w rezydencji Ogawów w Nagasaki

Świtem, dwudziestego pierwszego dnia pierwszego miesiąca

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

XXV

Pokoje wielebnego opata w świątyni Shiranui

Dwudziesta druga noc pierwszego miesiąca

XXVI

Za gospodą Harubayashi, na wschód od wioski Kurozane w lennach Kyōga

Poranek, dwudziestego drugiego dnia pierwszego miesiąca

III

MISTRZ GRY W GO

Siódmy miesiąc dwunastego roku ery Kansei

XXVII

Dejima  

Sierpień 1800 roku  

XXVIII

Kajuta kapitana Penhaligona na pokładzie HMS „Heliosa”, Morze Wschodniochińskie

Około trzeciej po południu, 16 października 1800 roku

XXIX

Niewiadome miejsce  

Niewiadomego czasu  

XXX

Sala Ostatniej Chryzantemy w Magistracie Nagasaki

Drugi dzień dziewiątego miesiąca

XXXI

Reling rufowy forkasztlu na HMS „Heliosie”

Punktualnie godzina dziesiąta, 18 października 1800 roku

XXXII

Wieża strażnicza na Dejimie

Kwadrans po dziesiątej, 18 października 1800 roku

XXXIII

Sala Sześćdziesięciu Mat w Magistracie

Po wyjściu tymczasowego naczelnika de Zoeta, drugiego dnia dziewiątego miesiąca

XXXIV

Kajuta sypialniana kapitana Penhaligona na pokładzie HMS „Helios”

O świcie, 19 października 1800 roku

XXXV

Sala Morska w rezydencji naczelnika na Dejimie

Ranek, 19 października 1800 roku

XXXVI

Sala Ostatniej Chryzantemy w Magistracie

Godzina wołu, trzeciego dnia dziewiątego miesiąca

XXXVII

Z kajuty kapitana Penhaligona

Około szóstej po południu, 19 października 1800 roku

XXXVIII

Wieża strażnicza na Dejimie

Południe, 20 października 1800 roku

XXXIX

Z werandy Sali Ostatniej Chryzantemy w Magistracie

Dziewiąty dzień dziewiątego miesiąca

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

IV

PORA DESZCZOWA

XL

Świątynia na górze Inasa, nad zatoką Nagasaki

Poranek, piątek 3 lipca 1811 roku

V

OSTATNIE KARTY

XLI

Pokład rufowy „Wieszczki”, zatoka Nagasaki

Poniedziałek, 3 listopada 1817 roku

PODZIĘKOWANIA

Po pierwsze, autor chciałby podziękować Niderlandzkiemu Instytutowi Zaawansowanych Badań Nauk Humanistycznych i Społecznych oraz Holenderskiej Fundacji Literackiej, za nieocenioną rezydenturę w NIAS w pierwszej połowie 2006 roku.

Po drugie, ogólne podziękowania dla Nadeema Aslamowa, Pieta Baerta, Manuela Berriego, Evana Camfielda, Waysona Choya, Harma Damsmy, Waltera Donohue, Davida Ebershoffa, Johnny’ego de Falbe, Tijsa Goldschmidta, Tally Garner, Henry’ego Jeffreysa, Jonny’ego Gellera, Trish Kerr, Martina Kingstona, Sharon Klein, Tanii Kutevej, Hariego Kunzru, Jynne Martin, Nieka Miedemy, Ceesa Nootebooma, Ala Olivera, Hazel Orme, Lidewijde Paris, Jonathana Pegga, Noela Reddinga, Michaela Schellenberga, Mike’a Shawa, Alana Spence’a, Douga Stewarta, Ruth Tross, profesora Arja Vanderjagta, Klaasa i Gerrie de Vries, mojej cierpliwej wydawczyni Carole Welch, profesora Henka Wessellinga, doktora George’a E. van Zanena.

Po trzecie, szczególne podziękowania dla Keesa t’Haarta, Roberta Hovella z fregaty HM „Unicorn” z Dundee, archiwisty Petera Sijnke z Middelburga i profesor Cynthii Vialle z Uniwersytetu Lejdzie za udzielenie odpowiedzi na mnóstwo pytań, jednakże szczególnie dużo moja powieść zawdzięcza stypendium profesora Timona Screechera ze Szkoły Studiów Wschodnich i Afrykańskich przy Uniwersytecie Londyńskim, opatrzonemu przypisami tłumaczeniu Japan: Tokugawa Culture Observed Kaempfera (lekturze kapitana Penhaligona) autorstwa Beatrice M. Bodart-Bailey oraz dokonanemu przez Annick M. Doeff przekładowi pamiętnika jej przodka Recollections of Japan.

Po czwarte, dziękuję moim domowym ilustratorom Jenny i Stanowi Mitchellom, oraz domowej tłumaczce japońskich źródeł Keiko Yoshidzie.

Na koniec dziękuję Lawrence’owi Norfolkowi i jego rodzinie.