Tyran - T. M. Frazier - ebook
lub
Opis

Drugi tom z serii King, przez którą kobiety na całym świecie nie mogły zasnąć!

Przeszłość Doe zaczyna o sobie przypominać. Okrutne manipulacje sprawiły, że rozdzielono ją z Kingiem i dziewczyna wraca do rodziny, której kompletnie nie pamięta. Doe dowiaduje się, że tak naprawdę nazywa się Ray, ma małego synka i ojca, który jest bezwzględnym senatorem nienawidzącym Kinga. Do jej życia powraca też Tanner, chłopak z dawnych lat. Myśli dziewczyny zajmuje jednak tylko King.

Czy King znajdzie sposób na odzyskanie ukochanej, pomimo tego, że wplątał się w kryminalną aferę, która zagraża jej bezpieczeństwu? Czy Doe odzyska całkowicie pamięć?

__

T.M. Frazier nie zwalnia ani na chwilę. Świat, który kreuje w książkach, jest niebezpieczny, mroczny i niesamowicie pociągający. Zupełnie jak King! Grzeszna namiętność w świecie bez kompromisów ponownie zawładnie sercami i sypialniami kobiet na całym świecie!

Tyran to szalony wir niegrzecznych rzeczy, które splatają się tak niesamowicie, że wychodzi z nich coś wspaniałego. Oto uzależniająca i genialna książka! – Dark Seraph Book Blog

__

T.M. Frazier – bestsellerowa autorka „USA Today”. Urodziła się w Nowym Jorku, ale kiedy miała osiem lat przeprowadziła się z rodzicami i starszą siostrą na Florydę, gdzie do dziś wraz z mężem i córką cieszy się pełnym słońcem. W liceum należała do kółka autorskiego i niemal od razu zakochała się w pisarstwie. Nie zdawała jednak sobie sprawy, co przyniesie przyszłość. Chociaż chciała zostać reporterką, utknęła w nudnej pracy przy nieruchomości na dziesięć lat. Niemal porzuciła marzenie o byciu autorką. Jednak słuchając męża, który mówił jej, że musi gonić pasję, po wielu nieprzespanych nocach, podjęła decyzję i napisała pierwszą powieść. A potem kolejną i jeszcze następną. W końcu stała się finalistką Goodreads Choice Award w kategorii autorów najlepszych romansów.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 323

Popularność


Dla mojego tatulka. I dla wszystkich, którzy muszą dalej żyć, nie mając obok siebie ukochanej osoby.

Kiedy miłość twojego życia umiera, Może i śmierć go zabiera, Lecz miłość w tobie wciąż dech w płucach zapiera.

– T. M. Frazier

Podziękowania

Chcę podziękować moim czytelnikom, którzy z niecierpliwością czekali na ciąg dalszy historii Kinga i Doe. Każda wiadomość, recenzja i każdy komentarz, w których mówiliście, jak bardzo ich kochacie, motywowały mnie do dalszego pisania.

Dziękuję Karli, która jak zawsze okazała się czarującą osobą. (To sarkazm oczywiście).

Dziękuję mojej agentce, która przyjęła mnie z całym moim bagażem doświadczeń. Jesteś fantastyczna! Nie ma drugiej osoby, która zniosłaby moją zwariowaną osobowość. Kimberly Brower, jesteś bombowym agentem!

Podziękowania dla Vanessy i Mandy z Prema Editing za przyjęcie zlecenia w ostatniej chwili i uratowanie mi skóry. Praca z Wami to czysta przyjemność i nie mogę się doczekać, aż zajmiemy się kolejnymi projektami.

Dziękuję wszystkim, którzy dzielili się miłością do Kinga i Doe w mediach społecznościowych: blogerom, czytelnikom, przyjaciołom i rodzinie. Kocham Was wszystkich i doceniam wszystko, co zrobiliście dla mnie i moich książek.

Jestem wdzięczna wszystkim, którzy napisali recenzję Kinga, nieważne, czy dobrą, czy złą. Poświęcenie czasu na napisanie recenzji znaczy dla autora bardzo wiele.

Dziękuję Jodi, mojej pięknej kumpeli z Wielkiej Brytanii. Uwielbiam Cię. Dziękuję Aurorze Rose Reynolds za bycie cudowną przyjaciółką i wsparciem. Podziękowania dla Milasy i Lisy z The Rock Stars of Romance, bo one wiedzą, jak właściwie zapowiedzieć książkę! Dziękuję Aestas za mówienie wszystkim, że to wspaniała książka. Dzięki Tobie inni też mogą ją pokochać!

Dziękuję Julie Vaden za wsparcie. I za bycie świetną recenzentką. I za to, że wykonujesz tę pracę i nie chcesz niczego w zamian. Jesteś najlepsza. Kocham Cię.

Dziękuję rodzicom, Anne i Paulowi, za to, co robicie dla mnie i dla innych. Z każdym dniem utwierdzam się w przekonaniu, że jestem szczęściarą, mając takich rodziców jak Wy.

Dziękuję mojemu mężowi. Chyba nie jestem w stanie w pełni opisać mojej wdzięczności. Czasami zastanawiam się, dlaczego tak bardzo cię kocham. Ty sprawiasz, że każdy dzień jest łatwiejszy. Dziękuję, że tak dobrze się mną opiekujesz i zajmujesz się codziennymi rzeczami, dzięki czemu mam czas na pisanie. Przede wszystkim jestem Ci wdzięczna za to, że dbasz o moje serce. Wiem, że przy Tobie zawsze będzie bezpieczne.

Dziękuję mojemu dziecku. Nie wiem, co takiego w życiu zrobiłam, by zasłużyć na Ciebie i Twojego tatę, ale obiecuję, że każdego dnia będę się starać, by być Ciebie warta. Mamusia kocha Cię ponad wszystko.

Prolog King

Średni czas, jaki przestępca spędza na wolności po wyjściu z więzienia, wynosi sześć miesięcy.

Ja byłem na wolności przez trzy lata.

Spodziewałem się, że w samochodzie odnajdę Max. A zamiast tego skuto mi nadgarstki zimnymi kajdankami. W dodatku ten skurwiel, detektyw, miał czelność śmiać się w głos, gdy zakładał mi metalowe obręcze wokół nadgarstków, i to wcale nie delikatnie.

Ale ja nawet się nie skrzywiłem. Nie dałbym mu tej satysfakcji. Brutalnie wepchnął mnie na tylne siedzenie starego policyjnego wozu. Wylądowałem na boku z policzkiem przyciśniętym do lepiącego się siedzenia. Pachniało tu rzygami i złymi decyzjami. Mrowiło mnie w ramionach, bo kajdanki utrudniały przepływ krwi w moich żyłach.

Ten dupek miał szczęście, że siedziałem tu skuty kajdankami.

Trzy lata. Już przetrzymywali mnie przez trzy zasrane lata, a teraz chcieli mnie wsadzić do paki na znacznie dłużej. Porwanie nie było karane uderzeniem po dłoniach, szczególnie w przypadku osoby, która miała kartotekę równie barwną, co moja. Obiecałem sobie, że nigdy tam nie wrócę, ale też nigdy nie byłem dobry w dotrzymywaniu obietnic.

Tak naprawdę miałem to wszystko gdzieś. System mógł mnie zatrzymać. Tam było moje miejsce, ale oni nie mieli nade mną władzy. I nigdy nie będą mieć.

To ona miała nade mną kontrolę.

Posiadała moje serce i moją zasraną, czarną duszę.

Każdego pieprzonego dnia uśmiechając się z wyższością, będę podchodził do kolejki przy bufecie, mając na sobie pomarańczowy, uwierający strój więzienny. Będę grał w karty z najgorszymi więźniami i przymilał się do strażników, którzy dzięki temu trochę mi odpuszczą. A w nocy, gdy zostanę sam w swojej celi bez okien, trzymając fiuta w ręce, przypomnę sobie, jak to było mieć ją w swoim łóżku. Jak jej duże, niewinne oczy patrzyły na mnie, kiedy poruszałem się w niej. Jak wyginała plecy w łuk, gdy doprowadzałem ją do orgazmów.

Wmawiałem sobie, że nie mam jej nic do zaoferowania, ale myliłem się. Miałem miłość.

Zwierzaczek. Doe. Ray. Niezależnie od imienia kochałem za bardzo, by uznać to za normalne, racjonalne czy zdrowe, i z chęcią oraz z uśmiechem na ustach zgniłbym w więzieniu, jeśli tylko miałbym pewność, że z moją dziewczyną będzie wszystko w porządku.

Tylko że nie miałem pewności.

Powinienem był się domyślić, że ten skurwiel mnie wykiwa.

– Niesławny Brantley King – powiedział ten dupek, który zajął miejsce na przednim siedzeniu. Sztuczna skóra zaskrzypiała nieprzyjemnie, a on zamknął drzwi i uruchomił silnik. – Szkoda, że jeszcze się nie nauczyłeś, chłopcze. A miałeś okazję.

Zaśmiał się i pokręcił głową. To było oczywiste, że facet czerpał jakąś chorą satysfakcję z tego, że to on zakuł mnie w kajdanki.

– King – poprawiłem go suchym tonem. Nikt poza nią nie mówił mi po imieniu.

– Słucham? – zapytał, unosząc brwi i patrząc na mnie we wstecznym lusterku.

Wyprostowałem się i napotkałem jego wzrok, jakbym chciał na wskroś przeszyć jego tchórzliwą duszę.

– Nazywają mnie King, ty skurwielu.

Zacząłem gotować się ze złości. I właśnie wtedy zauważyłem, że detektyw nie wyjechał na główną drogę, lecz skręcił i pojechał ścieżką prowadzącą do lasu.

Ten facet nie był żadnym gliną. Spojrzałem na jego broń, która leżała na desce rozdzielczej. Wyglądała jak rewolwer, a nie policyjna spluwa. On wcale nie zabierał mnie do więzienia.

Raczej prosto do grobu.

Nie miałem czasu do stracenia.

Moje dziewczyny mnie potrzebowały.

A co ważniejsze, ja potrzebowałem ich.

Ten kretyn zakuł mi ręce z przodu. To od razu powinno dać mi do myślenia. Prawdziwy glina nigdy by czegoś takiego nie zrobił, chyba że przewoziłby niegroźnego kryminalistę.

Czyli na pewno nie mnie.

Założyłem mu łańcuch łączący kajdanki na szyję i pociągnąłem mocno, przyciskając głowę mężczyzny do oparcia fotela. Pociągnąłem tak mocno, że niemal mięśnie moich ramion eksplodowały od napięcia.

Zdjął ręce z kierownicy i próbował złapać mnie za głowę, ale uchyliłem się i schowałem za siedzeniem.

Samochód zboczył ze ścieżki i zaczął poruszać się po niej slalomem, aż w końcu wjechał w wysokie po kolana zarośla.

Czułem narastający ból, który pojawił się za moimi oczami. Raz jeszcze ścisnąłem szyję oszusta, który podawał się za detektywa. W końcu samochód zatrzymał się, a życie uciekło z ciała tego człowieka.

Oszust miał rację – nigdy nie będę nikim więcej niż niesławnym Brantleyem Kingiem.

Nie przeszkadzało mi to jednak, bo musiałam dać nauczkę senatorowi. Nie zabiera się tego, co moje, chyba że zapłaci się za to krwią, potem lub cipką.

On odebrał mi moją dziewczynę. I chciał odebrać mi życie.

Więc zapłaci za to krwią.

Rozdział 1 King

Zemsta jest słodka.

A przynajmniej tak powiadają. Pojąłem prawdziwość tych słów dopiero wtedy, gdy wydostałem się z potłuczonego samochodu, strzepując z siebie odłamki szkła.

Niemal czułem smak zemsty na języku, śliniłem się w oczekiwaniu na moment, w którym będę mógł zdjąć z przedramienia skórzaną bransoletę i owinąć ją wokół szyi senatora za to, że mnie oszukał.

Minęło tylko kilka chwil, odkąd zabiłem człowieka.

Ale już dawno nie czerpałem z tego prawdziwej przyjemności.

Przez moje żyły płynęła tak potężna adrenalina, jak jeszcze nigdy dotąd. Jej ilość mogłaby ożywić trupa.

Napawałem się tym uczuciem. Żywiłem nim.

Zupełnie jakbym podsunął sobie pod nos miskę białego proszku i wciągał go tak długo, aż poczułem się niezwyciężony.

Jak pieprzony bóg.

I nie zamierzałem kończyć tego haju, dopóki nie naprawię wszystkiego, co zepsułem. Szkoda mi było każdego dupka, który będzie mieć na tyle duże jaja, by stanąć mi na drodze.

To była chwila, gdy po raz pierwszy go usłyszałem.

Preppy.

Czas pokazać tym skurwysynom, że zadarli z niewłaściwym dzieciakiem po niewłaściwej stronie miasta. Głos Preppy’ego był tak wyraźny w mojej głowie, jakby przyjaciel stał tuż obok mnie.

Zaczynało mi odbijać.

Gdy udało mi się wydostać z lasu i dotrzeć do domu, zauważyłem, że Bear właśnie zsiada ze swojego motocykla. Kiedy mnie ujrzał, rzucił niedopałek papierosa na ziemię. Ruszył w moją stronę stanowczym krokiem, marszcząc czoło groźnie i zaciskając pięści. Suche źdźbła trawy chrzęściły pod jego stopami.

– Posłuchaj, sukinkocie. Nie chciałem, żeby doszło do rękoczynów, ale uważam, że chujowo poradziłeś sobie z tą sytuacją. Ona zasługuje na coś lepszego, o wiele lepszego niż pieprzone kłamstwa… – Bear zamarł, gdy zauważył, że byłem pokryty błotem i krwią. – A tobie co się, kurwa, stało?

Odepchnąłem go i ominąłem, ignorując pytanie. Pobiegłem w stronę domu i przeskoczyłem po trzy schody naraz. Otworzyłem drzwi z taką siłą, że śrubki z górnego zawiasu wyleciały w powietrze i wylądowały na ganku.

– Zwierzaczku! – zawołałem. Jakaś część mnie wciąż wierzyła, że ona mimo wszystko znalazła sposób, by zostać. Ale gdy tylko wszedłem do domu, poczułem pustkę i nie musiałem już zaglądać do każdego pokoju. – Kurwa! – krzyknąłem, podnosząc w kuchni krzesło. Rzuciłem nim przez pokój. Krzesło rozbiło szklany stolik i zatrzymało się na cienkiej gipsowej ścianie, w której pojawiła się dziura wielkości piłki bejsbolowej.

Bear wszedł za mną do domu.

– Powiesz mi, co się stało, czy będziesz dalej rujnować ten dom? – zapytał. Przeszedłem obok niego i skierowałem się do garażu. Musiałem dostać się do mojego motocykla i kilku innych rzeczy.

Takich, które wymagały nabojów.

– Nic takiego. Wystarczy tylko torba na zwłoki, by to naprawić.

Jedna obręcz kajdanek wciąż otaczała mój nadgarstek, druga zwisała niżej. Łańcuch pokrywała krew oszusta. Jak tylko ten skurwiel zdechł, samochód zatrzymał się na drzewie, a ja wysiadłem z niego przez przednie drzwi. Na szczęście dupek miał w kieszeni kluczyki do kajdanek.

– Rozumiem – stwierdził Bear. – A gdzie, do cholery, jest Doe? – W jego głosie usłyszałem opiekuńczy ton, który mi się nie spodobał, ale nie zamierzałem teraz zawracać sobie tym głowy.

Zajmę się tym, gdy już odzyskam swoją dziewczynę.

– Senator mnie oszukał. Nie było Max. A gdy po raz ostatni widziałem Doe, krzyczała i kopała nogami w powietrzu, gdy zabierał mnie wynajęty morderca. – Wściekłem się, gdy w myślach ujrzałem senatora trzymającego Doe. – Wykonaj kilka telefonów – nakazałem. – Dowiedz się, dokąd mogli ją zabrać.

– Kurwa – powiedział Bear. Zamiast wyciągnąć telefon, pochylił się i oparł ręce na kolanach.

– Co tym razem? – warknąłem.

Bear chwycił się palcami za grzbiet nosa.

– Istnieje powód, dla którego wróciłem, stary. Poza tym, że chciałem ci skopać dupę za to, jak zjebałeś sprawę z Doe. Myślę, że zanim zaczniesz rozwiązywać problem przy użyciu kul, powinieneś wiedzieć, że to chyba nie senator chciał cię pogrzebać – oznajmił, prostując się. Oparł się o ścianę i zapalił papierosa.

– A co to ma, kurwa, znaczyć? To on kazał tamtemu człowiekowi mnie aresztować. Oczywiście, że to był on.

Bear pokręcił głową.

– Fakt, on stanowi problem, ale nie jedyny. Niecałe dwadzieścia minut temu dzwonił Rage, a jak pewnie wiesz, facet ma oczy i uszy wszędzie. Mówi się, że sprawa z Isaakiem jeszcze nie jest skończona. Nawet w przybliżeniu. – Przesunął ręką po włosach, a popiół z jego papierosa spadł na dywan.

– Rozwaliłem temu chujowi łeb na kawałki. Jak dla mnie wyglądało to na skończoną robotę – oznajmiłem.

– Nie, nie chodzi o Isaaca. On jest teraz pokarmem dla robaków. Chodzi o kogoś, kto się wkurzył, bo Isaac jest martwy, a w związku z tym nie może sprzedać jego towaru na Florydzie. Ktoś, kto jest w stanie zabić całe rodziny, by dostać się do tego, kto zalazł mu za skórę.

Zesztywniałem. Doskonale wiedziałem, o kim mówił.

– Eli.

– Tak, stary – potwierdził Bear. – I gdybym miał się założyć, to stawiałbym na to, że Eli chciał cię zabić, wykorzystując do tego tatusia senatora.

Eli Mitchell był osobą, któremu Isaac oddawał część pieniędzy ze sprzedaży narkotyków. Cóż, a przynajmniej dopóki ja, Preppy i Bear nie zabiliśmy Isaaca i nie wytłukliśmy jego gangu. Eli zawsze nosił okulary przeciwsłoneczne w czarnej oprawce i nie był wysoki, nikt nawet nie podejrzewałby go o połowę rzeczy, które robi na co dzień.

Kiedy chce się wykurzyć królika z jego nory, trzeba rzucić bombę dymną. Dla Eliego taką bombą było zabijanie każdego, kogo kochałeś, dopóki się mu nie pokażesz. By wtedy mógł w końcu zabić też ciebie.

– Mam tajne informacje, na podstawie których sądzę, że Eli wciąż przebywa w Miami, ale niedługo zrobi jakiś ruch. Mój gang motocyklowy ukrył się w obawie przed odwetem. Staruszek cholernie się wkurzył.

– Najpierw Isaac, a teraz ten pieprzony Eli – powiedziałem. – Czy ja nie mogę mieć chociaż chwili spokoju? Czasami myślę, że lepiej by mi było, gdybym wciąż siedział w więzieniu.

– Rozumiem cię, stary. Też tak mam. Tu już nie chodzi o sprawy motocyklistów. Teraz dotyczy to całego kartelu. To grubsza sprawa, bardziej niebezpieczna… Trzeba liczyć się ze śmiercią – stwierdził Bear. – I nie mogę zamknąć w naszej kryjówce Grace. Wiem, że ona jest dla ciebie jak matka, bardziej niż była nią tamta suka, ale mój staruszek jest ostatnio podenerwowany. Nie chce, żeby w klubie pojawili się cywile, szczególnie w kryjówce. Będziemy musieli znaleźć dla niej jakieś bezpieczne miejsce na pewien czas. – Bear patrzył na mnie cały czas, gdy to mówił, i dopiero po chwili dotarło do mnie, co miał na myśli. – Nie mam nikogo bliskiego, kto nie należy do klubu, ale ty zdecydowanie masz takie osoby.

Doe.

– Kurwa! – krzyknąłem i wtedy zrozumiałem, że nie mogę sprowadzić jej do domu. Odwróciłem się i uderzyłem pięścią w ścianę, przebijając się przez nią na drugą stronę. Poczułem ból w kościach w całym ramieniu, co i tak było o wiele lepsze niż to, co czułem głębiej. To było uczucie przegranej. – To moja wina, że Prep nie żyje. Nigdy nie powinienem był pozwalać mu zakładać Babcinej Zielarni. Powinienem był… – Przeczesałem ręką włosy. Nie wiedziałem, co jeszcze mogłem zrobić. W ciągu ostatnich kilku miesięcy całe moje życie było po brzegi wypełnione smutkiem, poczuciem winy i szczęściem. Tak wiele rzeczy chciałbym zmienić, gdybym mógł cofnąć czas. Myślałem, że w życiu brakuje mi tylko jednego: Max. Tylko że teraz nie miałem Max, Doe… i Preppy’ego.

I cokolwiek bym zrobił, kogokolwiek bym zabił, Preppy już nie wróci.

– A więc jaki jest plan, stary? – zapytał Bear.

– Dotrzemy do niego, zanim on dotrze do nas… I zrobimy to jeszcze dzisiaj – powiedziałem, strzelając palcami. Skończyło się użalanie nad sobą. Czas zabić jeszcze kilku ludzi.

– Odważny ruch – podsumował Bear.

– Może i tak, ale najpierw muszę się dowiedzieć, gdzie jest Doe. Może i nie uda mi się jej stamtąd wyciągnąć, ale muszę się z nią zobaczyć. I powiedzieć, co się dzieje.

Bear pokiwał głową.

– Mogę się dowiedzieć, gdzie ona jest. Przesłać jej wiadomość – zaproponował.

Pokręciłem głową.

– Nie, tę wiadomość muszę dostarczyć osobiście, bo tylko w ten sposób mnie wysłucha.

– Rozumiem. Na jej miejscu odciąłbym ci jaja – powiedział Bear. Spojrzałem na niego groźnie, dając do zrozumienia, że testował resztki mojej cierpliwości. – Dowiem się, gdzie jest – wymamrotał Bear, wyciągając telefon z kieszeni. Zgasił papierosa w popielnicy stojącej na parapecie i zapalił kolejnego. – To wszystko jest bardzo ryzykowne, stary. Czy ty się może uderzyłeś w głowę, czy coś?

Wyszedłem na pomost i oparłem się o barierkę, wdychając słone nocne powietrze.

– Właściwie to tak. Cierpię na to samo, co mój zwierzaczek.

– Czyli na co? – zapytał Bear, podążywszy za mną.

– Oboje zapomnieliśmy, kim byliśmy wcześniej.

Bear zaczął przeszukiwać kontakty. Słyszałem dźwięk połączenia, gdy przyłożył telefon do ucha.

– A teraz już pamiętasz?

– Tak, przypomniałem sobie.

– I kim dokładnie jesteś? – zapytał Bear.

– Jestem, kurwa, złym człowiekiem. Złoczyńcą.

Rozdział 2 Doe

Byłam zszokowana.

Przytłoczona. Oszołomiona. Nie mogłam znaleźć właściwych słów. Szczęka mi opadła.

„Szok” to najlepsze określenie tego, jak się czułam, gdy siedziałam w samochodzie.

Miałam w głowie milion pytań, ale nie mogłam wydobyć z siebie głosu, by zadać chociaż jedno.

I nie mogłam się zmusić, by zachowywać się uprzejmie wobec dwóch mężczyzn, którzy podawali się za moją rodzinę. Byli dla mnie obcymi ludźmi, którzy wyciągali broń, kiedy nie chciałam iść z nimi po dobroci.

No i do tego jeszcze ten chłopczyk z blond loczkami i dużymi niebieskimi oczami, zupełnie takimi jak moje.

Chłopczyk, który nazwał mnie mamusią.

Odkąd obudziłam się bez wspomnień, moje życie przypominało serię popieprzonych wydarzeń, które razem tworzyły jedną wielką plątaninę. Za każdym razem, gdy byłam na tyle głupia, by myśleć, że uda mi się to rozwiązać, plątanina zacieśniała się bardziej, pochłaniała mnie i wszystko dookoła, aż zniszczyła to, co potencjalnie mogło być dobre w moim życiu.

Dusiła to w zarodku.

To żałosne z ich strony, że przyprowadzili tu chłopca. Tylko z jego powodu siedziałam teraz oszołomiona i milczałam, nie mogąc zadać miliona pytań. Bałam się, że go wystraszę lub powiem coś złego i przez to dziecko będzie mieć traumę do końca życia.

Cisza w samochodzie była niemal ogłuszająca. Nie wątpiłam w to, że jeśli ktoś wystarczająco wytężyłby słuch, usłyszałby moje zszokowanie. Z ulgą przywitałam dźwięk przyspieszających opon, gdy wjechaliśmy na autostradę.

Mężczyzna, który podawał się za mojego ojca, siedział na fotelu pasażera. Wydawał się sztywny i zimny jak kamień. Jego garnitur nie miał ani jednego zagniecenia czy plamy potu, a pomimo upału i wilgotnego powietrza nie zdjął marynarki. Zaczynałam myśleć, że ten garnitur był odrębnym, żyjącym organizmem. Wyglądał zbyt doskonale. Nie zdziwiłabym się, gdyby okazało się, że w rękawach tego garnituru żył mały kosmita, który kontrolował senatora i to ubranie.

Nagle rozległ się dźwięk telefonu.

– Price – warknął senator do aparatu. Wymamrotał coś cicho, a następnie wyciągnął rękę i nacisnął jakiś guzik. Wtedy szyba oddzielająca przednie i tylne siedzenia uniosła się.

Siedziałam jak najdalej od chłopaka, który przedstawił się jako Tanner.

I to był mój chłopak.

A właściwie jej.

– Wiesz… – powiedział do mnie szeptem. W jego oczach pojawił się łobuzerski błysk. – …sposobu, w jaki on odbiera telefon, nikt nie nazywa powitaniem. – Zmusiłam się do uśmiechu, a Tanner ponownie skupił wzrok za oknem.

Przez większość godzinnej jazdy gapiłam się na niego, gdy miałam pewność, że nie patrzy, i próbowałam zmusić mój popsuty mózg, by przejrzał listę zapomnianych przeze mnie osób i odnalazł nazwisko Tannera oraz moje uczucia do niego.

Wyglądał dobrze, zupełnie jak facet z reklamy pasty do zębów. Ale gdy na niego patrzyłam, myślałam tylko o tym, że wygląda na… miłego. I mimo że był w moim wieku, to nadal miałam go tylko za chłopca.

I to właśnie było jedno słowo, którego nie mogłam użyć, by określić… Kinga.

Nie potrafiłam jeszcze o nim myśleć. Nie chciałam. Było zbyt wiele do przetrawienia. Zdrada Kinga, jego aresztowanie… Wolałam o tym nie myśleć. Ale kiedy patrzyłam na Tannera, nie mogłam powstrzymać się od porównania. Jego skóra była jasna i niewytatuowana, był wysoki i szczupły, miał sylwetkę pływaka. King był wytatuowany, opalony, jego oczy zawsze ciskały błyskawice, a ciało wyglądało, jakby zostało wyrzeźbione podczas treningów z samym diabłem.

Kiedy nie gapiłam się na Tannera, wiedziałam, że on patrzy na mnie, czułam na sobie jego palący wzrok. Jednak za każdym razem, gdy zerkałam w jego stronę, on odwracał twarz i udawał, że patrzy na coś interesującego za oknem.

No i jeszcze ten mały chłopczyk.

To, że miałabym być jego matką, wydawało mi się absurdalnym żartem.

To zupełnie niewiarygodne.

Ale co dziwne, chłopczyk był jedyną osobą w tym samochodzie, która nie budziła moich wątpliwości.

Mój ojciec, chłopak i syn. W samochodzie siedziała moja domniemana rodzina, a mimo to każda komórka mojego ciała mówiła mi, że rodzina – z wyjątkiem tego małego – oddala się ode mnie z każdym kilometrem.

Chodziło mi o Kinga.

Może to wszystko było tylko kłamstwem. Każdy najmniejszy szczegół. King powiedział, że mnie kocha – ale może to też było tylko kłamstwem. Nie wiedziałam, komu mam wierzyć.

Nie egzystuj. Zacznij żyć, powiedział kiedyś.

A więc zaczęłam żyć.

I kochać.

Gniew, który czułam do niego przez to, że mnie okłamał, zniknął na chwilę, gdy ujrzałam na twarzy Kinga rozczarowanie, kiedy okazało się, że Max nie było w tamtym samochodzie.

A potem, gdy detektyw założył mu kajdanki, poczułam oślepiającą wściekłość.

Chciałam o niego walczyć. Pragnęłam oddać mu córkę. Dałabym mu wszystko, co tylko w leżało w mojej mocy, ale nie potrafiłam zrobić nic, gdy odgrywała się przede mną ta okropna scena. Czułam się sparaliżowana, gdy detektyw zakuwał Kinga w kajdanki. Ściskało mnie w żołądku, kiedy wpychał go do swojego samochodu, by zawieźć do jakiejś celi bez okien.

Mówiłam prawdę, kiedy oznajmiłam senatorowi, że King mnie uratował. I nie chodziło mi o to, że uratował mnie przed Edem czy nawet przed Isaakiem.

Chodziło mi o to, że uratował mnie przede mną samą.

Nigdy nie spodziewałam się, że zakocham się w Kingu. Moim porywaczu, dręczycielu, kochanku, przyjacielu, moim całym świecie.

Ale tak się stało.

Chłopiec śpiący na moich kolanach poruszył się lekko. Jego oddech ogrzewał moją skórę przez koszulkę w miejscu, gdzie jego nos był przyciśnięty do mojego brzucha.

Miałam wiele pytań. Tak wiele, że dzwoniło mi w głowie gorzej niż wtedy, gdy Nikki mnie postrzeliła. Miałam ochotę wykrzyczeć je z prędkością pocisków karabinu maszynowego, ale nie chciałam wystraszyć chłopczyka o pyzatych policzkach, których dotykały rzęsy, gdy spał. Przesunęłam dłonią po jego miękkich kręconych włosach, a on westchnął przez sen z zadowoleniem.

– Nie do wiary, że to naprawdę ty, Ray. Myślałem, że już nigdy cię nie zobaczę, a mimo to siedzisz tu teraz przede mną. Już sobie mnie przypominasz? Albo jego? Cokolwiek? – zapytał Tanner z niecierpliwością w głosie. Uniosłam głowę, by napotkać jego wzrok. Jego piękne, orzechowe oczy były jedynym, co pamiętałam z tamtego życia. Widziałam je w swoim śnie.

Pokręciłam głową.

– Pamiętam tylko twoje oczy. Śniłam o nich. Raz – przyznałam.

– Hm, a więc o mnie śniłaś, tak? – Tanner uniósł brwi sugestywnie. Szturchnął mnie ramieniem, a ja odsunęłam się gwałtownie, zaskoczona tym nagłym dotykiem. – Przepraszam – powiedział, gdy zauważył, że zesztywniałam. – To z przyzwyczajenia.

– W porządku – oznajmiłam, chociaż nie byłam pewna, czy powiedziałam to szczerze. – Muszę zapytać cię o jedną rzecz.

Tanner spojrzał z miłością na chłopca leżącego obok mnie.

– Proszę.

– Ile on ma lat? Powiedziałeś, że mam osiemnaście lat. Kiedy to się stało? I jak?

– Jak? – Tanner zaśmiał się nerwowo. – Cóż, Ray, gdy mężczyzna i kobieta bardzo się kochają… – Zamilkł, gdy zauważył, że się nie uśmiechałam. – Przepraszam, jestem przyzwyczajony do tego, że często żartowaliśmy. Jesteś jedyną, która rozumie moje żarty. A właściwie byłaś. – Tanner przesunął ręką po kręconych włosach i westchnął. Zaczął skubać szwy na skórzanych siedzeniach.

Samochód zatrzymał się nagle przed dużym dwupiętrowym domem o różowych ścianach. Ganek podtrzymywały spiralne kolumny. Wokół licznie stały plastikowe flamingi, a w ogrodzie znajdowały się krasnale o różnych rozmiarach. Do budynku prowadził podjazd z różowej kostki układający się w kształt wachlarzy. Na trawniku również stały plastikowe flamingi. Ponadto posiadłość otaczały betonowe fontanny, każda w innym stylu. Było ich około trzydzieści.

– To mój dom – oznajmił Tanner, otwierając drzwi. Zabrał chłopczyka z moich kolan, a serce skurczyło mi się boleśnie.

– Zaczekaj, dokąd idziesz? – zapytałam nagle spanikowana.

– To był dla niego długi dzień. Kiedyś spędzał dużo czasu u ciebie w domu, ale skoro zniknęłaś, zamieszkał ze mną – powiedział Tanner. Mimo że nie pamiętałam tego dziecka, to poczułam się rozczarowana, bo nie mógł ze mną pojechać. Tanner chyba wyczuł moje emocje, bo dodał: – Ale obiecuję, że niedługo wrócę. Jedź do domu i przyzwyczaj się do nowego miejsca, a potem dokończymy rozmowę.

Senator wysiadł z samochodu.

– Zaczekaj! – zawołałam. Tanner obrócił się. – Jak on ma na imię? – Wskazałam na dziecko, które przytulało policzek do ramienia Tannera. Nie obudził się, mimo lekkich wstrząsów.

Tanner uśmiechnął się.

– Samuel.

Ścisnęło mnie w sercu.

Samuel.

Tak miał na imię Preppy.

– Ale nazywamy go Sammy – dodał Tanner.

– Tanner – odezwał się senator lekceważącym tonem, jakby odprawiał chłopaka. Mężczyzna zajął miejsce obok mnie. Natychmiast poczułam odrazę, którą wcześniej w sobie stłumiłam, bo obok mnie znajdował się Sammy. Wyjechaliśmy na główną drogę i zaczęłam zadawać pytania.

– Dlaczego King został aresztowany? – zapytałam, nie mogąc ukryć goryczy w moim głosie. – On mnie przyjął. Zapewnił dach nad głową. Zanim go poznałam, mieszkałam na ulicach, walczyłam o przetrwanie i żebrałam o jedzenie. Moją jedyną przyjaciółką była bezdomna prostytutka, która współczuła mi takiego żywota!

Senator nawet się nie skrzywił, słysząc opowieść o mojej niedoli. Wyglądał, jakby w ogóle go to nie ruszało. Poprawił spinki od mankietów i zaczął przeglądać coś w telefonie.

– Brantley King jest byłym skazańcem, oszustem i mordercą – oznajmił, nie podnosząc wzroku. – Relacja, która najwyraźniej was łączyła, była tylko farsą. W dodatku niemal nielegalną. Kiedy do mnie przyszedł i zasugerował, że łączy was coś… intymnego, naprawdę miałem nadzieję, że chciał mnie po prostu wkurzyć, ale teraz widzę, że mówił prawdę. Ten mężczyzna przyszedł do mnie, chcąc użyć ciebie jako karty przetargowej, by dostać to, czego pragnie. Nic więcej. Wykorzystał cię, a jesteś tylko nastolatką. Chciał mnie oszukać. A teraz trafi tam, gdzie sobie zasłużył, i dostanie to, co mu się należy. I nigdy więcej nie chcę o tym słuchać, młoda damo.

– On chciał tylko odzyskać swoją córkę – oponowałam z ramionami skrzyżowanymi na piersi. Senator uważał, że efektywnie zakończył tę konwersację, ale nie miałam zamiaru do tego dopuścić.

– Nie zawsze dostajemy to, czego chcemy – powiedział głosem wypranym z emocji. Jego słowa odbiły się echem w moich myślach, jakbym już gdzieś je słyszała. – Poza tym nie wiem, jaką według niego senator ma władzę. Ja co najwyżej mógłbym mu napisać list do sądu rodzinnego. Może mógłbym zadzwonić do sędziego Fletchera, jeśli ciągle ma swoją posadę.

– To dlaczego tego nie zrobiłeś i nie dotrzymałeś umowy? – dociekałam. – Ja nawet cię nie znam. Zabierz mnie z powrotem! – krzyknęłam i sięgnęłam do klamki, nie dbając o to, że samochód wciąż był w ruchu. Otworzyłam drzwi i ujrzałam umykającą spod kół samochodu jezdnię. Senator wyciągnął się, szybko zamknął drzwi i zablokował je.

– Ramie, nie wygłupiaj się. Nie masz do czego tam wracać. A poza tym czy naprawdę chcesz zostawić swojego syna? – zapytał, unosząc brwi.

Kurwa.

– Według Tannera wmówiłeś ludziom, że byłam w Paryżu, żeby nie ośmieszyć się faktem, że twoja córka jest uciekinierką. Nie uważasz, że lepiej było poświęcić czas na szukanie mnie, a nie na wymyślanie kolejnych kłamstw? – zapytałam, wciąż trzymając rękę na klamce drzwi. – Gdybyś był mną, to chciałbyś tu zostać, wiedząc, jak cię potraktowano?

Senator westchnął.

– Szukaliśmy cię, Ramie. Ale nie wiedzieliśmy o tym, że straciłaś pamięć. Gdy nie mogliśmy cię odnaleźć, pomyśleliśmy, że po prostu nie chcesz zostać odnaleziona. I przestań robić z siebie centrum świata. To niepowodzenie nie wpłynęło tylko na ciebie, więc może pomyśl trochę, zanim zaczniesz oskarżać ludzi wokół.

– King mnie nie porwał. Masz wycofać oskarżenia. Nie chcę, by znowu trafił do więzienia – oznajmiłam, zakładając ramiona na piersi.

Senator zmrużył oczy.

– Coś ci powiem. Odwiedź specjalistę, z którym się skontaktowałem. Postaraj się odnaleźć w swoim starym życiu. Spróbuj przypomnieć sobie coś, zanim odejdziesz i rzucisz wszystko, by zostać pierwszą damą… Logan’s Beach. – Wymówił Logan’s Beach jakby ta nazwa zostawiła w jego ustach zły posmak. Otworzyłam usta, by coś powiedzieć, ale nie dał mi dojść do słowa. – Daj sobie miesiąc. Miesiąc prawdziwych starań, by wyzdrowieć. I jeśli po tym czasie wciąż będziesz chciała wrócić, wycofam zarzuty przeciwko niemu i każę szoferowi odwieźć cię do jego domu z listem polecającym do sądu rodzinnego, który będzie mógł wykorzystać, by starać się o córkę. To jest moja oferta. – Wygładził krawat. – Żadnej innej nie złożę.

– Nie ufam twoim ofertom. Spójrz tylko, co zrobiłeś z Kingiem – warknęłam.

– Ramie, on jest przestępcą! On nawet nie ma prawa głosu, na miłość boską! Dla mnie nie istnieje jako obywatel tego kraju, a poza tym nie mam zamiaru wchodzić w układy z kryminalistami. Ale ty jesteś moją córką. – Gdy to oznajmił, w końcu oderwał wzrok od ekranu telefonu. – Nigdy nie złożyłbym ci obietnicy, której nie mógłbym dotrzymać.

Nie ufałam mu. Za grosz. W końcu był pieprzonym politykiem. Ale czy pozostawał mi inny wybór? Poniekąd się nie mylił. Nie miałam do czego wracać. I dręczyła mnie ciekawość, która nigdy nie zniknęła, bo chciałam wiedzieć, kim naprawdę byłam. Pragnęłam dowiedzieć się, jak wyglądało moje życie wcześniej.

– Okej – zgodziłam się. – Ale mam więcej pytań dotyczących mnie i mojego…

Nagle zadzwonił telefon senatora. Uniósł aparat do ucha i wywarczał swoje powitanie, skutecznie kończąc naszą rozmowę.

Nie byłam pewna, jakiego rodzaju relacja łączyła mnie z ojcem wcześniej, ale odnosiłam wrażenie, że on nie był typem rodzica, który kibicowałby mi na meczach i pomagał w odrabianiu pracy domowej z matematyki.

Kilka minut po tym, gdy wysiedli Tanner i Sammy, samochód zatrzymał się i senator oznajmił:

– No i jesteśmy. – Włożył telefon do kieszeni marynarki. Po obu stronach drogi wyrastały ogromne palmy, musiały liczyć przynajmniej sześć metrów. Zatrzymaliśmy się na podjeździe w kształcie litery „U” tuż przed dużym, otwartym gankiem w południowym stylu, z białymi barierkami.

Wyciągnęłam szyję, by lepiej przyjrzeć się budynkowi.

– To tutaj mieszkasz?

– Nie, my tu mieszkamy – poprawił mnie senator. – Ty, twoja matka, ja, Sammy i nasza gosposia, Nadine. A gdy mnie tu nie ma, mieszkam w Tallahassee lub w Waszyngtonie.

Senator wyciągnął się i otworzył dla mnie drzwi. Gestem nakazał mi wysiąść z samochodu. Musiałam osłonić oczy przed rażącymi promieniami słońca przedzierającymi się przez palmy.

Dom nie wyglądał na tak duży czy okazały, jak sobie wyobrażałam. Był raczej mały, z nieskazitelnie białymi ścianami i akcentami w postaci niebieskich okiennic. Na ganku kołysał się fotel bujany, co dodawało budynkowi południowego uroku. Przed frontowymi drzwiami powiewała flaga Ameryki. Na drzewach zawieszono dzwoneczki, którymi kołysał wiatr. Ich dźwięk i ruch były hipnotyzujące.

– Nie ma jak w domu – podsumował senator oschłym tonem.

Nie. Może rzeczywiście kiedyś tam mieszkałam, ale nie czułam, by było to moje miejsce.

Ten budynek nawet nie został zbudowany na palach.

– Nadine wskaże ci twój pokój – oznajmił senator, kiwając głową w stronę kobiety w średnim wieku o oliwkowej skórze i ciemnobrązowych włosach ściągniętych w koka tuż nad karkiem, która właśnie wyszła z domu. Miała na sobie czarne spodnie i białą koszulkę polo z krótkim rękawem. – Wtajemniczyliśmy Nadine, wie wszystko o twojej sytuacji. I odpowie na każde twoje pytanie. – Senator wyglądał na usatysfakcjonowanego tą prezentacją, jakby co najmniej przedstawił swojemu szefowi nowego pracownika. – Czy w ogóle pamiętasz Nadine, Ramie?

– Nie, nie pamiętam nikogo – warknęłam z naciskiem.

Senator przewrócił oczami.

– Widzę, że twój charakterek nie wyparował tak, jak wspomnienia. Nadine jest… cóż, ona zajmuje się tu wszystkim. Jest z nami, odkąd się urodziłaś. Wkrótce będziemy mieli okazję porozmawiać dłużej. – Skinął głową w moją stronę i wsiadł do samochodu. Po chwili otworzył okno i dodał: – Mimo tego, co możesz sobie o tym wszystkim myśleć, naprawdę dobrze jest znów mieć cię w domu, Ramie.

– Wyjeżdżasz? – zapytałam. – Tak po prostu?

– Niedługo wrócę. Mam spotkania. Twojej matki też nie ma. Jest w spa… Znowu. Wkrótce pogadamy. – Zamknął drzwi i samochód odjechał.

– Pieprzony ważniak – wymamrotałam. Nadine zaśmiała się na głos, ale szybko zakryła usta dłońmi. Odchrząknęła i powiedziała:

– Cóż, on ma rację co do jednej rzeczy – powiedziała ze słabym południowym akcentem. – Twój charakterek nie zniknął.

Nadine poprowadziła mnie po schodach na ganek i otworzyła dla mnie frontowe drzwi, ustępując mi miejsca.

– Dziewczyno, znam cię, odkąd nosiłaś pieluchy. Znam cię jak nikt inny – powiedziała z takim uśmiechem, że jej uwierzyłam. – Chodź, zrobię ci coś do jedzenia, a potem będziesz mogła iść do swojego pokoju i go obejrzeć. – Podążyłam za Nadine niczym zagubione kaczątko za matką. Nie spodobało mi się to. Nie czułam się tak bezradna, odkąd wylądowałam na ulicy. Obiecałam sobie, że już nigdy nie dopuszczę, by tak się poczuć, a teraz podążałam za obcą osobą w nieznanym mi domu, bo nie miałam wyjścia.

Nie, nie dano mi wyboru, przypomniałam sobie. Mogłabym przecież zadzwonić po taksówkę i wyjechać stąd, ale było tylko jedno miejsce, dokąd mogłam się udać.

I nikogo bym tam nie zastała.

Nawet gdyby King nie jechał teraz do więzienia, to czy wciąż by mnie przyjął po tym, jak gotowy był mnie oddać?

Czy ja w ogóle chciałabym tam przebywać po tym wszystkim?

Jeszcze nie byłam gotowa, by o tym myśleć.

Podłogę w budynku pokrywały ciemnobrązowe panele, a ściany miały gołębioszary kolor. Wystrój sprawiał wrażenie gustownego, ale nie przytłaczał. Wydawał się komfortowy, ale też nowoczesny.

Cholernie mi się nie podobał.

– Ten dom wygląda dość zwyczajnie jak na dom polityka, prawda? – zapytałam.

Nadine zamknęła za sobą drzwi, a ja zatrzymałam się w małym foyer, które służyło również za korytarz, i rozejrzałam się po pomieszczeniu.

– Senator jest wschodzącym politykiem – wyjaśniła. – Nie pochodzi z bogatej rodziny jak wielu jego znajomych. Kiedyś pracował jako programista komputerowy. Dotarł tu, gdzie teraz jest, dzięki składanym obietnicom, a nie dzięki pieniądzom – poinformowała mnie Nadine. – A to rzadkość w tych czasach.

– Brzmisz, jakbyś go lubiła – stwierdziłam zaskoczona.

Pokręciła głową.

– To nie kwestia sympatii. Senator ma swoje wady. Jak wszyscy. Ale trzeba uznać jego realne zasługi. – Podeszła do mnie i znowu gdzieś mnie poprowadziła. Ruszyłam za nią. – Jego metody wychowawcze pozostawiają naprawdę wiele do życzenia, ale jeśli chodzi o politykę, nie można zaprzeczyć, że niemało osiągnął.

Zatrzymałyśmy się pośrodku domu. Kuchnia, salon i jadalnia tworzyły razem otwartą przestrzeń. Kuchnia znajdowała się w najodleglejszym kącie. Szafki były wysokie, w kolorze złamanej bieli, a blaty czarne i błyszczące.

– Siadaj. – Nadine skinęła głową w stronę wysokich stołków wepchniętych pod barek kuchenny. Ja jednak ani drgnęłam. W końcu dotarło do mnie, co się właściwie działo. Zawsze zastanawiałam się, jak wyglądał dom, w którym dorastałam, i oto tu jestem. Ale mimo to nie czułam takiego zachwytu, jakiego oczekiwałam.

Wciąż byłam w szoku. Zła. Rozgoryczona. Cholernie zdezorientowana.

Ale zachwycona?

Zdecydowanie nie.

Nadine wyciągnęła z kilku szafek jakieś składniki i włączyła kuchenkę.

– Siadaj, dziewczyno, a ja coś dla ciebie przygotuję. Możesz mnie pytać, o co tylko chcesz. Wiem, że lubisz zadawać pytania.– Uśmiechnęła się szeroko i wytarła ręce o fartuch, który założyła przed chwilą.

– Cóż, najwyraźniej to się nie zmieniło – powiedziałam, w końcu siadając na stołku. – Od paru miesięcy ktoś ciągle mi mówił, że zadaję za dużo pytań.

Nadine wbiła jajka do miski.

– Ale ty się zmieniłaś. Widzę to.

– I jak mniemam, na gorsze? – westchnęłam.

– Nie. – Podeszła do mnie i oparła się łokciami o blat naprzeciwko mnie. – Właściwie… Nawet mi się to podoba.

– Co to znaczy, że się zmieniłam? – dopytywałam.

Nadine wydęła wargi w zamyśleniu.

– Nie jestem w stu procentach pewna, ale powiem ci, jak tylko do tego dojdę. – Wyciągnęła rękę i pstryknęła mnie w koniuszek nosa. Puściła do mnie oczko, odwróciła się w stronę kuchenki i zaczęła mieszać składniki drewnianą łyżką.

– To nie fair – powiedziałam. Zabrzmiało to trochę płaczliwiej, niż chciałam. – Wszyscy mnie znają, ale każdy jest dla mnie kompletnie obcy. Sama dla siebie jestem niemal obca.

– Dziecko, przykro mi, że muszę ci to mówić, ale czy twój ojciec w jakiś sposób pozwolił ci odnieść wrażenie, że jest ciepłą i przyjazną osobą? – Nadine wyciągnęła chochlę z szuflady.

– Nie – odpowiedziałam bez wahania.

– Cóż, no więc w pewien sposób wy dwoje zawsze byliście dla siebie obcy. A więc w tej kwestii niewiele się zmieniło – stwierdziła z uśmiechem.

Zagryzłam dolną wargę.

– Nie wiem, czy to dobrze, czy źle.

Nadine wzruszyła ramionami.

– A co z moją matką? Kto chodzi do spa, gdy ich zaginione dziecko jest w drodze do domu? – zapytałam, nie chowając nawet urazy w głosie, bo naprawdę czułam się urażona.

Nadine skrzywiła się, jakby wcześniej miała nadzieję, że nie zacznę wypytywać o matkę. Kobieta nie oderwała wzroku od swojego aktualnego zajęcia.

– Spa jest tutaj swego rodzaju kodem. To znaczy, że albo ukrywa się gdzieś w hotelu, albo jest na odwyku w jakimś ośrodku lub na pustyni, czy gdziekolwiek ona jeździ, by wyleczyć swoją schorowaną wątrobę. – Wytarła rękę o ścierkę zwisającą z jej ramienia. – To znaczy, ja tylko…

Odechciało mi się już słuchać o mojej matce, więc przerwałam Nadine, bo miałam przeczucie, że zacznie przepraszać za swoje zachowanie.

– Co robisz do jedzenia? – zapytałam, opierając łokcie na blacie i pochylając się.

– Twoje ulubione: śniadanie na obiad! – Moje serce zabiło mocniej, gdy nabrała chochlą ciasto i nalała je na rozgrzaną patelnię. Kiedy przewróciła szpatułką zawartość patelni, ujrzałam przed sobą Preppy’ego, który stał w jej miejscu, mając na sobie swój ulubiony czerwony, koronkowy fartuch.

– Naleśniki – wyszeptałam. Ścisnęło mnie w sercu i nagle zrobiło mi się słabo, a gwiazdki zatańczyły mi przed oczami. Przytrzymałam się blatu, by nie spaść ze stołka.

Nadine podeszła do mnie i postawiła przede mną talerz z trzema idealnie okrągłymi naleśnikami ociekającymi syropem. Na czubku stosu roztapiał się kawałek masła, tłuszcz spływał po bokach na talerz. Słodki zapach zaatakował moje zmysły. To sprawiło, że znów poczułam ból, gdy przypomniałam sobie chwilę, gdy obserwowałam uchodzące z mojego przyjaciela życie.

– Już nie lubisz naleśników? – zapytała Nadine, źle zrozumiawszy moją reakcję.

Potrząsnęłam głową.

– Nie o to chodzi – przyznałam z trudem, bo ściskało mnie w gardle.

– A więc w czym tkwi problem, maleńka? – zapytała Nadine, kładąc ręce na moich ramionach i patrząc na mnie z troską w oczach. Nie odpowiedziałam.

Nie potrafiłam.

A gdy przytuliła mnie do swojej miękkiej piersi, nie walczyłam z nią i po prostu do niej przylgnęłam. Po śmierci Preppy’ego tak bardzo martwiłam się o Kinga, że sama nie miałam okazji właściwie opłakać śmierci mojego przyjaciela. Nie zauważyłam, że zaczęłam szlochać, dopóki nie poczułam, jak drżą mi ramiona.

– Po co te łzy?

– Bo tak – udało mi się wydusić, oddychając płytko.

– Ale dlaczego?

– Bo… to naleśniki.

Rozdział 3 Doe

Nadine trzymała mnie w ramionach, dopóki się nie uspokoiłam. Odepchnęła na bok naleśniki, jakby one były powodem mojego małego załamania.

Obie stwierdziłyśmy, że potrzebuję porządnie wypocząć i przespać się. Nadine poprowadziła mnie na górę, a potem w stronę drzwi na końcu korytarza.

Do mojego pokoju.

Zobaczyłam w nim białe koronkowe zasłony, jasnoniebieskie ściany i puchaty różowy koc. Z sufitu zwisał mały, biały żyrandol z elektrycznymi świeczkami, a na łóżku leżały pluszowe zwierzątka. Rozejrzałam się i mimowolnie przypomniałam sobie inną małą sypialnię mieszczącą się w innym domu, w innym mieście. Tam znajdowały się gruby materac, najcieplejszy wyblakły niebieski koc i połamany klimatyzator, który pękł po tym, jak Preppy uderzył w niego głową, gdy zbyt entuzjastycznie zaczął skakać po naszym łóżku.

Poczułam w sercu lekkie ukłucie.