Tylnymi drzwiami. Czarny rynek w Polsce 1944–1989 - Jerzy Kochanowski - ebook
Opis

Puste półki, wieczny brak towaru, wielogodzinne wyczekiwanie w kolejce. Efekt? Towary spod lady, „baba z cielęciną”, waluciarze, narodowe hobby, czyli nielegalne bimbrownictwo – żeby przytoczyć choć kilka przykładów radzenia sobie z niedostatkami gospodarki centralnie planowanej.

Ustrój, który po wojnie zapanował w Polsce, spowodował rozwój drugiej ekonomii, a nawet „drugiego społeczeństwa”, rządzącego się własnymi prawami, nastawionego na wzajemną, choć wcale nie bezinteresowną pomoc.

Jerzy Kochanowski ze swadą opisuje czarny rynek PRL. Czasy, gdy często świadomie działano na granicy prawa, a nieraz również ją przekraczano. Czasy, gdy posiadanie pieniędzy nie tyle zapewniało udany zakup, ile uprawniało do zajęcia miejsca w kolejce. I to bez gwarancji zdobycia nie tylko wymarzonego, ale wręcz jakiegokolwiek produktu. Czasy, gdy jedynie dzięki nieoficjalnym strategiom (prze)życie  było łatwiejsze, na talerz trafiał większy kawałek mięsa, a zagraniczne wakacje nie pozostawały wyłącznie w sferze marzeń. To wszystko miało jednak wysoką cenę…

Jerzy Kochanowski (1960) – historyk, profesor w Instytucie Historycznym Uniwersytetu Warszawskiego, wykładał też na uniwersytetach w Moguncji i Jenie. Specjalizuje się w historii XX wieku. Redaktor naczelny „Przeglądu Historycznego”. (Współ)Autor i (współ)redaktor wielu publikacji, m.in. Proces szesnastu (1993), Spojrzenie na Rosję (1994), Węgry. Od ugody do ugody 1867–1990 (1997), W polskiej niewoli. Niemieccy jeńcy wojenni w Polsce 1945–1950 (2001, wyd. niemieckie 2004), Zbudować Warszawę piękną... O nowy krajobraz stolicy (1944–1956) (2003), W połowie drogi. Warszawa między Paryżem a Kijowem (2006), Polska–Niemcy. Wojna i pamięć (2009 i 2013), Bocznymi drogami. Nieoficjalne kontakty społeczeństw socjalistycznych 1956­–1989 (2010), O jaką wojnę walczyliśmy? Teksty z lat 1984­–2013 (2013). Za książkę Tylnymi drzwiami. „Czarny rynek” w Polsce 1944–1989 (wyd. pierwsze 2010) nominowany w 2011 r. do Nagrody Historycznej im. Kazimierza Moczarskiego oraz laureat nagrody KLIO. W 2013 r. ukazało się niemieckie tłumaczenie książki, w przygotowaniu wydanie angielskie.

Czy przestępcy funkcjonujący na czarnym rynku w PRL byli postaciami nagannymi, czy też pozytywnymi – skoro pozwalali przecież innym przeżyć? Czy „baba z cielęciną” i „turysta”, który pojechał po kożuch do Turcji byli w ogóle przestępcami? Może byli wręcz pionierami przedsiębiorczości i wolnego rynku? Obserwując różne historie przemytnicze, myśmy już wtedy ubolewali, jak dużo ludzkiego geniuszu oraz inicjatywy się marnuje. Stefan Kisielewski zapisał w swoim dzienniku, że gotów jest wystawić pomnik nieznanemu przemytnikowi, który udowodnił, że każdy pieniądz jest wymienialny na każdy. Czy zatem dziś trzeba takim ludziom oddać hołd?
Pasjonująca książka – i to nie tylko dla osób, które przypomną sobie własne doświadczenia z czarnego rynku w czerwonej PRL. Także dla tych, którzy dzięki tej lekturze dopiero go poznają.

Marcin Kula

Książka Jerzego Kochanowskiego pokazuje, że polski czarny rynek w latach 1944−1989 to nie tytułowe tylne, ale raczej boczne drzwi, równie ważne jak główne wejście.

Hubert Wilk, „Mówią Wieki”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 717

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Jerzy Kochanowski

Tylnymi drzwiami

Czarny rynek w Polsce 1944–1989 

Copyright © by Jerzy Kochanowski, MMXV

Wydanie drugie, przejrzane i poprawione

Warszawa MMXV

Rozdział 1Kilka uwag terminologicznych i metodologicznych

„W czasie wojny można było wszystko dostać — wspominał Franciszek Starowieyski — ale w chwili zapanowania socjalistycznego bałaganu nawet głupstwa stawały się nieosiągalne. I ludzie bardzo szybko zorientowali się w pustyniotwórczej sile socjalizmu. Dowcip: «Co będzie na Saharze, gdy przyjdą socjaliści? I odpowiedź: Zabraknie piasku» — wymyślono w 45. roku, gdy zobaczono, jak prędko wraz z socjalizmem wszystko zaczyna się sypać i znikać”1. Niniejsza książka poświęcona jest podejmowanym przez społeczeństwo powojennej Polski próbom zarówno nawodnienia „socjalistycznej pustyni”, jak i wyciśnięcia z niej możliwie wysokich plonów. Biorąc pod uwagę, że większość oaz i zapasów wody została znacjonalizowana, społeczni aktorzy musieli prowadzić z państwem skomplikowaną, zazwyczaj łamiącą obowiązujące prawo, grę. Trwała ona prawie pół wieku.

1.1. Jakiego koloru był czarny rynek?

Książka nie aspiruje do rangi analizy ekonomicznej, socjologicznej lub antropologicznej. Jej celem jest w miarę interdyscyplinarna (ale z naciskiem na naukę historyczną) rekonstrukcja różnych zachowań, mechanizmów, zjawisk, praktyk, procesów i strategii, połączonych wspólnym, czarnorynkowym mianownikiem. Należy od razu podkreślić, że mechanizmów i strategii niezwykle wielopłaszczyznowych i różnorodnych, zmiennych w czasie i przestrzeni, błyskawicznie reagujących na uwarunkowania wewnętrzne i zewnętrzne, o aktorach posiadających własny język i system wartości, grających w tym czarnorynkowym teatrze czasami celowo i wyłącznie dla zysku, czasami pod przymusem i wbrew woli2. Podobnie jak w przypadku każdego masowego zjawiska, i w tym nie brakuje niejasności, kwestii dyskusyjnych i spornych, począwszy od zagadnień terminologicznych i metodologicznych. One też wymagają nieco obszerniejszego wyjaśnienia.

Nie ma kraju, w którym państwo byłoby w stanie całkowicie kontrolować obywateli, w tym ich życie ekonomiczne. Nigdzie też społeczeństwo nie składa się wyłącznie z jednostek przedkładających dobro wspólne nad własne. W rezultacie gospodarka zawsze przypomina rzekę płynącą zarazem na powierzchni i pod nią. Głębokość, siła nurtu, rodzaj dna, fauna i flora tych podziemnych cieków (trzymając się już terminologii fluwialnej) zależy od bardzo wielu czynników i w każdym kraju wygląda inaczej, sprawiając niemało problemów badaczom. Widać to zarówno po liczbie terminów (szara strefa, ekonomia: cienia, czarna, druga, równoległa, ukryta, nieformalna, nieoficjalna, tajemna, podziemna, nieobserwowalna, nierejestrowana, niepoliczalna), jak i braku satysfakcjonującej wszystkich definicji. Próbując ją stworzyć, niektórzy sięgają po kryteria moralności, inni legalności, instytucjonalności, statystyki (a zwłaszcza [nie]uchwycenia przez nią) czy w końcu — ideologii. Niezależnie od perspektywy musi zaistnieć czynność produkcji, wymiany lub usługi, przeprowadzona dla zysku (pieniężnego lub nie), poza sformalizowanymi instytucjami (i ze świadomością działania poza obowiązującymi regulacjami prawnymi), nieujęta w produkcie narodowym3.

Szara strefa wszędzie towarzyszy wiernie oficjalnej ekonomii, zawsze też ma ona swoje charakterystyczne, nieraz wręcz endemiczne cechy, uzależnione m.in. od struktury gospodarczej i społecznej, tradycji, systemu prawnego. Można jednak przyjąć, że w krajach o ugruntowanym i rozwiniętym systemie wolnorynkowym polega ona przede wszystkim na unikaniu podatków i wykorzystywaniu pracy „na czarno”. Inną kwestią są działania stricte kryminalne — handel narkotykami, ludźmi, bronią, materiałami rozszczepialnymi, stręczycielstwo. To one są na pierwszych stronach gazet, przynoszą olbrzymie zyski, ale z drugiej strony wpływają w niewielkim stopniu na codzienność szeregowego Francuza, Niemca czy Fina.

Przeciętnego obywatela jakiegoś kraju demokracji ludowej — Polaka, Rosjanina czy Rumuna — również zajmował nie tyle czarny rynek uranu lub czołgów, ile raczej jak i gdzie kupić buty, benzynę, meble, garnki (i co do tych ostatnich włożyć). Posiadanie pieniędzy nie tyle zapewniało bowiem realizację potrzeb konsumpcyjnych, ile często jedynie uprawniało do zajęcia miejsca w kolejce, bez gwarancji dostania nie tylko wymarzonego, ale wręcz jakiegokolwiek produktu. Nie jest jednak zadaniem tej pracy wyważanie otwartych drzwi i odkrywanie, że cechą socjalistycznych gospodarek był chroniczny (mniej lub bardziej) niedobór. Na ten temat napisano już niemało, z klasyczną (choć bynajmniej nie bezdyskusyjną) pracą Jánosa Kornaiego4. Dla naszych rozważań istotniejsze są nie tyle procesy powstawania niedoborów, ile ich łagodzenia. Możliwe były dwie drogi: albo racjonowanie przez państwo dóbr i usług, albo przejęcie obowiązków (re)dystrybucyjnych przez społeczeństwo. Z punktu widzenia totalitarnego/autorytarnego państwa komunistycznego taki wybór nie wchodził w rachubę i liberalne hasło: „Co nie jest zabronione, jest dozwolone”, zastępowano z zasady jasną wskazówką — „Co nie jest dokładnie nakazane, jest zabronione”5.

Jednocześnie społeczeństwa z zasady nie zgadzały się z ekonomicznym dyktatem i zwłaszcza tam, gdzie niedobory były szczególnie dotkliwe, stale udoskonalano strategie przystosowawcze. Z wykorzystaniem zazwyczaj tytułowych „tylnych drzwi” drenowano sektor państwowy, budowano sieci społeczne nastawione na wzajemną, bynajmniej nie bezinteresowną pomoc w zdobyciu deficytowych dóbr i usług. Nic dziwnego, że polskie żartobliwe określenie najgorszej możliwej kary — „dwa lata bez znajomości” − miało swoje odpowiedniki w chyba każdym kraju socjalistycznym (w ZSRR mawiano, że „Błat jest mocniejszy niż Stalin”). Wir drugiej ekonomii wysysał zasoby z pierwszej, reprodukując przy okazji niedobory, co prowadziło do nasilania się różnorodnych działań nieformalnych6. To zaklęte koło przyczyniło się w krajach socjalistycznych do powstania nie tylko drugiej ekonomii, ale wręcz „drugiego społeczeństwa”7, mającego własne zasady etyczne, cele, wzorce, mentalność. Jego istnienie było zapewne najbardziej widoczne, kiedy patrzono pod kątem ekonomicznym.

Gdy prawie cała gospodarka nie tylko zależy od państwa, ale wręcz do niego należy, trudno używać wobec „podziemnej” ekonomii przymiotnika „równoległa”. Równoległość oznacza bowiem niezależność, ta zaś w żadnym wypadku nie była cechą socjalistycznej second economy. Związki, przede wszystkim pasożytnicze, były bowiem niezwykle ścisłe. To oficjalna sfera była źródłem pieniędzy, surowców czy gotowych wyrobów dla prywatnych — legalnych i nielegalnych — rzemieślników i kupców czy (tylko nielegalnych) przemytników, prywatne domy powstawały z państwowych cegieł i cementu, a samochody jeździły na państwowej benzynie8. Ale z drugiej strony można było zauważyć swoistą symbiozę. Państwowe firmy nie mogły pracować (i wykonać planu), nie korzystając z szarostrefowych strategii, zarówno w kontaktach z kooperantami państwowymi, jak i prywatnymi. Często świadomie działano na granicy prawa, a nieraz ją przekraczano, gdyż bez przysłowiowych śrubek dostarczanych przez operatywnych rzemieślników fabryka nie mogłaby funkcjonować. Tym samym starano się nie zadawać zbędnych pytań, m.in. o pochodzenie stali wykorzystanej do produkcji detali. W takiej sytuacji paleta barw stosowanych w gospodarkach rynkowych do definiowania jej nieformalnego odgałęzienia (od szarości do czerni) jest stanowczo za skromna. Nic też dziwnego, że specjaliści zajmujący się socjalistyczną drugą ekonomią znacznie ją poszerzyli. Poniższy model został co prawda opracowany dla Związku Radzieckiego, jednak w niemałym stopniu odnosi się również do innych państw bloku wschodniego (nie tylko w Europie)9.

Rynki legalne

Rynek określany — nie bez powodu — jako czerwony, był w rzeczywistości mało sprawną i elastyczną państwową dystrybucją. Wspomagał ją różowy rynek, na którym zmieniały właściciela prywatne, legalnie posiadane dobra. Państwo utworzyło bowiem sieć sklepów komisowych (skupocznyje), przez które można było sprzedać (po cenach nie wyższych niż w sklepach detalicznych) ubrania, książki, meble etc. Komisy były jednym z niewielu miejsc, gdzie występowały ślady zachowań rynkowych — np. cenę można było negocjować, a towar, który się nie sprzedawał, przeceniano. Skupocznyjebyły jednak nieliczne i miały niewielki wpływ na rynek.

Większe znaczenie miały tzw. białe rynki, zarówno miejskie targi, na których można było sprzedawać rzeczy używane (tzw. barachołki, często likwidowane z racji swobodnego podejścia do terminu „rzeczy używane”), jak i obracające żywnością tzw. rynki kołchozowe. Na obu ceny nie były regulowane odgórnie (tylko w okresach wyjątkowo głębokich dołków zaopatrzeniowych wprowadzano — z rzadka respektowane — ceny maksymalne).

Rynki półlegalne

Do szarego rynku zaliczano wynajmowanie mieszkań, dacz na wakacje, usługi, (zwłaszcza remonty mieszkań, naprawy samochodów, usługi szewskie lub krawieckie) wykonywane po pracy (a czasami w jej czasie) przez tzw. szabaszników, dochody uzyskiwane z korepetycji czy porad lekarskich. W skali szarości mieścił się także mało legalny, ale powszechnie akceptowany barter między zakładami pracy (bez którego wykonanie planu było często niemożliwe). Na zjawiska szarorynkowe władze patrzyły zazwyczaj pobłażliwie, zwłaszcza tam, gdzie zaopatrzenie w towary i usługi było niewystarczające.

Rynki nielegalne

Brązowy rynek zajmował się przede wszystkim dobrami teoretycznie dostępnymi na czerwonym rynku, a których w rzeczywistości chronicznie brakowało. Popyt przeważał nad podażą mięsa, nabiału, ubrań, lodówek, sprzętu zmechanizowanego, samochodów, materiałów budowlanych, co doprowadziło do rozwinięcia całego wachlarza sposobów ich dystrybucji tzw. tylnymi drzwiami. W procederze uczestniczyli zarówno producenci, jak i pracownicy central handlowych i hurtowni, magazynierzy i konwojenci, kierowcy i sprzedawcy. W tym przypadku było to robione raczej dla stworzenia kapitału społecznego, z nadzieją na odwzajemnienie „usługi” na innym, równie deficytowym polu. Osobny segment brązowego rynku stanowiły luksusowe (z perspektywy radzieckiej) artykuły importowane (przede wszystkim odzież, w latach osiemdziesiątych m.in. kasety wideo czy wręcz samochody), których niemałe ilości przywozili (często legalnie) marynarze, sportowcy, artyści. Teoretycznie powinny być rozprowadzane przez rzadką sieć komisów, co się jednak łączyło z pozostawieniem trwałego śladu (obowiązkowe było wylegitymowanie się). Dlatego też starano się stworzyć bardziej dyskretne (choć mniej formalne) kanały dystrybucji.

Z drugiej strony z brązowego rynku korzystały przedsiębiorstwa. Na przykład kierownictwa kołchozów, stale borykając się z brakiem części zamiennych, a dysponując „lewą kasą”, załatwiały je na drodze nieformalnej — wyrabiano je w ramach fuch przez pracowników fabryk, kradziono etc.

Jeżeli uczestnicy brązowego rynku byli — choć nie zawsze — tolerowani, to osoby zaangażowane w czarny rynek były postrzegane, zarówno przez państwo, jak i sporą część społeczeństwa, jako przestępcy. Do zjawisk czarnorynkowch zaliczano drenowanie czerwonego rynku dla zysku (kradzieże w sklepach, magazynach, fabrykach, podczas transportu, „produkowanie” nadwyżek, zazwyczaj przez obniżanie jakości etc.). Niezwykle ważną rolę odgrywał na czarnym rynku alkohol, którego sprzedaż znajdowała się pod specjalną kontrolą państwa. Prowadziło to z jednej strony do rozwoju bimbrownictwa, z drugiej do prywatnej dystrybucji państwowego alkoholu, oczywiście po wyższych cenach.

Legalnie sprowadzane i rozprowadzane na brązowym rynku artykuły luksusowe (dżinsy, peruki etc.) stanowiły kroplę w morzu potrzeb. Trudno powiedzieć, ile napływało kanałami przemytniczymi, ile kupowano od turystów (zajmowała się tym grupa tzw. farcowszczików; oni też rozprowadzali wśród turystów pamiątki lub artykuły trudno osiągalne, np. kawior). Wyższa kasta czarnogiełdziarzy, tzw. walutcziki, zmonopolizowała operacje na nielegalnym rynku dewiz i złota, które były — obok kamieni szlachetnych — podstawowymi przedmiotami tezauryzacyjnymi. Za tę działalność groziły też najpoważniejsze kary, z wyrokami śmierci włącznie.

1.2. Peerelowski czarny rynek: problemy z definicją

Można przyjąć, że w powojennej Polsce, zwłaszcza po okrzepnięciu systemu pod koniec lat czterdziestych i na początku pięćdziesiątych, podział na poszczególne rynki nie odbiegał specjalnie od wyżej zaprezentowanego. Jednocześnie uprawnione wydaje się twierdzenie, że dzięki jedynej w swoim rodzaju koincydencji czynników historycznych, politycznych, gospodarczych i społecznych polska druga ekonomia miała swój charakterystyczny, a może nawet endemiczny — w skali obozu socjalistycznego — rys10.

Wśród czynników historycznych niepoślednią rolę odgrywał będący w dużym stopniu spadkiem po zaborach (zwłaszcza rosyjskim) i II wojnie instrumentalny i pragmatyczny stosunek do państwa i jego instytucji, przez znaczną część społeczeństwa postrzeganych jako coś odrębnego i zewnętrznego. Przeciętny obywatel identyfikował się przede wszystkim z rodziną i bliską sobie grupą społeczną, np. w miejscu pracy lub zamieszkania, potem z narodem (rozumianym raczej w jego XIX-wiecznym kształcie), a dopiero na końcu — z państwem. „Ów dwuznaczny stosunek — pisał Andrzej Friszke — w którym silny był element niepokorności i przekory, osłabiał zdolności egzekutywy totalitarnego państwa”11. W rezultacie kontrola instytucjonalna była — w porównaniu z innymi krajami regionu — o wiele słabsza. Dotyczyło to zarówno sfery narodowej symboliki, jak i ekonomii.

Z drugiej strony już w okresie międzywojennym etatyzacja gospodarki była daleko posunięta i znaczna część społeczeństwa widziała w państwie siłę będącą w stanie rozwiązywać problemy ekonomiczne, a skala tej zdolności decydowała o ocenie i legitymizacji państwa. Po wojnie pogląd taki jeszcze się ugruntował, tym bardziej że władze prowadziły usilną propagandę egalitarystyczną, rozdmuchując aspiracje i oczekiwania konsumpcyjne społeczeństwa. Jednak w chwili gdy zapóźniona praktycznie w każdej dziedzinie państwowa gospodarka coraz bardziej (i boleśniej dla społeczeństwa) nie dawała sobie rady z rozwiązywaniem problemów ekonomicznych (zwłaszcza od połowy lat siedemdziesiątych), obywatele zmieniali nastawienie do państwa i jego instytucji, coraz bardziej przejmując inicjatywę i na własną rękę przełamując bariery niedoborów12.

Było to też społeczeństwo nieźle przygotowane do samodzielnych — choć mało oficjalnych — działań ekonomicznych. Już kryzys lat trzydziestych skłonił do zajęcia się handlem dużą grupę ludzi pozbawionych posad i środków do życia. „Do szeregów drobnego mieszczaństwa — pisał Stanisław Rychliński — przesiąkają masowo wyższe kategorie pracowników fizycznych (niżsi funkcjonariusze państwowi, kolejarze, pracownicy instytucji samorządowych i użyteczności publicznej, co bezpośrednio nie przyczynia się do wydatniejszego «podniesienia» kultury ani do wzmocnienia pozycji społecznej stanu średniego. [...] Drobne mieszczaństwo straciło swój charakter statyczny warstwy pośredniej, oddzielającej góry społeczne od żywiołów upośledzonych. Stało się płynnym pomostem, podminowanym najróżniejszymi procesami dynamicznymi”13. Lata okupacji przyniosły rozmycie dotychczasowych granic dopuszczalnych zachowań. Ważna stała się nie tyle zajmowana do tej pory pozycja społeczna, ile umiejętność dostosowania się do nowej sytuacji i w rezultacie — przetrwania. Handel, szmugiel, drobna, chałupnicza produkcja umożliwiały przeżycie przedstawicielom zarówno marginesu społecznego, jak i sfer intelektualnych14. Najpierw gettoizacja, a potem zagłada Żydów nagle stworzyły pustą przestrzeń na mapie ekonomicznej, szybko zapełnianą przez Polaków. „Powstały — pisał Jan Szczepański — nowe rodzaje drobnych przedsiębiorstw, prowadzone przez ludzi z innych klas i warstw, nieposiadających ani właściwych kwalifikacji, ani tradycji tych zawodów. Był to więc szczególny rodzaj drobnych zakładów, powstających najczęściej w kolizji z obowiązującym prawem, różnego rodzaju «lewe interesy», działające na zasadzie obchodzenia prawa, przekupstwa urzędników niemieckich lub przedstawicieli władz, obliczone na doraźny i szybki zysk itp. Wytworzyły się wtedy nowe wzory działalności i drobnych zakładów, które utrzymywały się potem po wojnie”15. Nic też dziwnego, że Stanisław M. Korowicz po powrocie z Anglii odnotował krążący w drugiej połowie lat czterdziestych wymowny żart, że „ogromna ilość katolików handluje, a ogromna ilość Żydów chodzi w mundurach wojskowych. Zwariowany świat!”16.

Trudno przecenić wpływ, jaki na kształt i rozmiary peerelowskiej drugiej ekonomii miały: prywatna własność w rolnictwie oraz (od 1956 roku) prywatny handel, rzemiosło i usługi. W 1979 roku sektor ten zatrudniał (razem z rolnictwem) 23,9% wszystkich pracujących. Chłopi, którzy już w czasie okupacji udowodnili swoje zdolności przystosowawcze, musieli je teraz tylko dostosować do nowych warunków, czynnie uczestnicząc w różnych przedsięwzięciach ekonomicznych, zazwyczaj lokujących się w ciemnej części rynkowej palety barw. Z jednej strony doskonale (i kreatywnie) wykorzystywali niedobór żywności, zwłaszcza mięsa, na rynkach miejskich. Z drugiej, jako przedstawiciele prywatnego — a tym samym upośledzonego — sektora stale borykali się z brakami środków produkcji, zdobywając je często na drodze nieoficjalnej. Prywatne rzemiosło i handel były silnie związane we wspomniany wyżej pasożytniczo-symbiotyczny sposób z państwem. Jednocześnie drobni kupcy czy wytwórcy należeli do najważniejszych klientów czarnego rynku złota i walut.

Nawiasem mówiąc, zwłaszcza rynek tych ostatnich był stymulowany i podtrzymywany — na skalę wyjątkową w bloku radzieckim — przez dewizową politykę państwa (walutowe konta bankowe, eksport wewnętrzny). W rezultacie przez ostatnie kilkanaście lat istnienia PRL można mówić o rzeczywistej dwuwalutowości. Inny niż większości krajów socjalistycznych był też od drugiej połowy lat pięćdziesiątych stosunek władz do emigracji, naturalnie z wyłączeniem jej politycznej części. Margines dozwolonych kontaktów był stosunkowo szeroki, a tym samym również kanał przepływu zarówno dewiz, towarów, technologii, jak i wzorców zachowań konsumpcyjnych. Od lat siedemdziesiątych polskie przepisy wyjazdowe za żelazną kurtynę były znacznie liberalniejsze niż w innych krajach obozu socjalistycznego (oprócz posiadającej wyjątkowy status Jugosławii). W połączeniu z wyżej wspomnianymi czynnikami miało to skutki wielorakie: od rozwoju przemytu i handlu turystycznego, po obserwacje wywołujące efekt naśladownictwa. Było to istotne, gdyż we wszystkich biednych krajach synonimem bogactwa jest korzystanie z takich dóbr i usług jak w rozwiniętych państwach zachodnich17. Wieloletnia izolacja państw socjalistycznych zaowocowała wśród ich obywateli tzw. kompleksem pogorzelców, którzy w „pożodze [...] stracili swój dobytek i starają się go odbudować, lecz odbudować według wzorów rozwiniętych społeczeństwach masowej konsumpcji. Wzory te docierają do nas przez filmy, telewizję, prasę, ilustrowane magazyny, turystykę, wizyty rodzinne itp.”18. Różnica między realiami w kraju a zachodnim ideałem mogła być zniwelowana w dużym stopniu (czasami jedynie) za pomocą strategii czarnorynkowych.

Naszkicowane wyżej warunki nie ułatwiają próby namalowania obrazu peerelowskiego czarnego rynku. Wykorzystując artystyczne porównania: z pewnością nie powinno to być malarstwo realistyczne, lecz raczej dzieło pointylisty, gdzie kolory wzajemnie się na siebie nakładają, a kształty widać dopiero z dystansu. Niezbyt też pasują do tego obrazu klasyczne definicje. Należy się oczywiście zgodzić z Jerzym Tomaszewskim, określającym czarny rynek jako „potoczną nazwę nielegalnego lub potajemnego handlu uprawianego w warunkach reglamentacji obrotu towarowego. [...] Powstaje wówczas, gdy zaopatrzenie w określone artykuły, mimo iż ujęte w ścisłe przepisy (ceny urzędowe, karty aprowizacyjne, monopol obrotu itp.), nie dorównuje popytowi”19.

Jak zostanie pokazane w następnych rozdziałach, peerelowska rzeczywistość dość daleko odbiegała od tej definicji. Co począć np. z faktem, że reglamentacja artykułów konsumpcyjnych obowiązywała w Polsce tylko okresowo (w latach 1944–1953 i 1976–1989; przez większość czasu tylko na niektóre artykuły), a zjawiska czarnorynkowe istniały w całym okresie powojennym20. Przez całe powojenne czterdziestopięciolecie reglamentacja dotyczyła natomiast wielkich zakładów pracy, zobowiązanych do dostosowania się do odgórnych rozdzielników energii, cementu, maszyn, pieniędzy. W rezultacie również one musiały sięgać do katalogu strategii czarnorynkowych. Jak zakwalifikować sprzedaż przez fabryki swoim pracownikom artykułów tak ściśle reglamentowanych, jak mięso, cukier i alkohol, czy też ich wymianę z innymi producentami, co w latach osiemdziesiątych było codziennością. Należy podkreślić, że bez takiego międzyzakładowego barteru produkcja byłaby często niemożliwa21. Zwłaszcza w rozdziałach monograficznych (np. o mięsie, alkoholu czy benzynie) znajdzie się wiele egzemplifikacji tego procederu.

Czy można mówić o czarnym rynku, kiedy dane zjawisko wcale nie jest połączone z niedoborem czy reglamentacją? Nieoficjalny obrót benzyną był w Polsce (ZSRR, Rumunii...) zjawiskiem niezależnym od okresów braku i reglamentacji (wtedy się tylko rozwinął i wyspecjalizował). Podobnie bimbrownictwo istniało także w czasach, kiedy półki sklepów monopolowych były pełne. Co też warto podkreślić — aż do kryzysu lat osiemdziesiątych zarówno ceny bimbru, jak i paliw wyciekających z państwowych zasobów były niższe niż na rynku oficjalnym. Czy „babę z cielęciną” dostarczającą mięso do warszawskich lub krakowskich mieszkań w okresie pozareglamentacyjnym należy zaliczyć do zjawisk czarnorynkowych, czy tylko do swoistego folkloru? Jak należy zakwalifikować zastępowanie państwowego handlu, niepotrafiącego sobie poradzić z obrotem nawet niereglamentowanymi towarami? Na przykład w 1984 roku dwóch przedsiębiorczych mężczyzn wyręczyło mało kreatywną Centralę Rybną, kupując w Świnoujściu 2 tony śledzi po 50 zł, sprzedając je w zielonogórskim (znacznie drożej)22. W tym samym roku został aresztowany ajent sklepu z Wybrzeża, który „najpierw utopił w remoncie pomieszczenia sklepowego milion złotych, a potem próżno zabiegał o towar na miejscowym rynku, na koniec sprowadził go ze Śląska, a doliczywszy swoje koszty, znalazł się w więzieniu pod zarzutem spekulacji”23. Rok później media nagłośniły historię dostarczającego, z niewielkim narzutem, pieczywo do pozbawionego piekarni pobliskiego Stubna rymarza z Przemyśla, skazanego na karę więzienia w zawieszeniu i grzywnę24.

Samo pojęcie „rynek” zawiera w sobie czynność wymiany (choć niekoniecznie pieniężnej)25. To pozwala wyeliminować z naszych rozważań takie zjawiska, jak malwersacje, oszustwa podatkowe, korupcję, i pozostawić jednocześnie otwartą kwestię: gdzie przebiegała granica między czarnym (brązowym itd.) rynkiem a przestępstwem gospodarczym. Czym była np. „afera mięsna” w Warszawie na początku lat sześćdziesiątych, polegająca na uzyskiwaniu w wielkich państwowych zakładach nadwyżek surowca, rozprowadzanych następnie przez jak najbardziej legalne sklepy (i po oficjalnych cenach). Jak zakwalifikować rzemieślników produkujących z materiałów często nielegalnie uzyskanych ze źródeł państwowych, ale produkt finalny dystrybuujących przez legalną sieć handlową. Powyższa działalność, którą trudno zaliczyć do — nawet szeroko rozumianego — czarnego rynku, dawała duże, często nieopodatkowane i niewykazywane dochody, lokowane w jak najbardziej czarnorynkowych dewizach i złocie, lub skłaniała do rozwijania technik przemytniczych, dostarczających zarówno wyżej wspomniane przedmioty tezauryzacyjne, jak i nieosiągalne na oficjalnym rynku artykuły luksusowe.

Z drugiej strony, władze same miały problem z dokładnym zdefiniowaniem zjawisk czarnorynkowych, czasami borykając się z ich prawną niedookreślonością, czasami — rozumiejąc przymus sytuacyjny — rozstrzygając wątpliwości na korzyść obwinionych. Co charakterystyczne, w latach osiemdziesiątych, kiedy przedmiotem nielegalnego obrotu stało się już praktycznie wszystko, oceny zjawisk czarnorynkowych ferowane przez socjalistyczną praworządność różniły się (nieraz in plus!) od oglądu społecznego (a przynajmniej jego znacznej części). Kiedy w 1984 roku pewien kombatant zaczął się domagać ukrócenia prowadzonej przez ogłoszenia w gazetach spekulacji artykułami wykupionymi w sklepach (sprzętem RTV, odzieżą etc.), urzędnik Komitetu Rady Ministrów ds. Przestrzegania Prawa, Porządku Publicznego i Dyscypliny Społecznej stanął na stanowisku, że prawo nie zostało złamane. Można było bowiem dany produkt odsprzedać drożej (uwzględniając np. transport, czas, ruch cen), jeżeli został on kupiony wcześniej tylko w celu zaspokojenia własnych potrzeb. Karalna była tylko odsprzedaż celowa, wcześniej zaplanowana, którą niezmiernie trudno udowodnić. Prawnicy zdawali sobie sprawę, że zaostrzenie przepisu dałoby niewiele26.

Ustawa antyspekulacyjna z września 1981 roku (więcej w rozdziale trzecim) ograniczała przedmioty spekulacji do „artykułów powszechnego użytku”. W 1985 roku doprowadziło to do wiele mówiącej wymiany korespondencji między Wojewódzkim Urzędem Spraw Wewnętrznych w Kaliszu a Prokuraturą Generalną. „Otóż jak wiadomo — pisał zastępca komendanta kaliskiej milicji — Kalisz jest producentem pianin, ma słynną fabrykę «Calisia». Po pianina, jak dostarczają do sklepu, to się u nas stoi tak jak w niektórych miastach po owoce cytrusowe. Jest to więc artykuł chętnie przez ludność nabywany. Milicja wszczęła postępowanie o nabywanie pianin poza państwowym systemem reglamentacji. Otóż okazało się, że w dniu 17 stycznia br. prokuratura wojewódzka w Kaliszu stanęła na stanowisku, pisemnie zresztą to uzasadniając, że pianino jako artykuł zaspokajający potrzeby wyższego rzędu nie jest artykułem powszechnego użytku”. Kiedy prokuratura odmówiła postawienia potencjalnego spekulanta w stan oskarżenia, szefostwo milicji, obawiając się precedensu („czy za pięć minut nie będzie można powiedzieć, że i futro nie jest artykułem powszechnej potrzeby...”!), zwróciło się o opinię do Warszawy. Ostatecznie Prokuratura Generalna potwierdziła decyzję kaliskich prawników27.

Również stosowana w powojennej Polsce terminologia nie ułatwia uporządkowania zagadnienia. Po wojnie nie istniało oficjalnie pojęcie „czarnego rynku”. Początkowo w mniej oficjalnym języku urzędowym dominowało tradycyjne „paskarstwo”, w bardziej oficjalnym — „lichwa wojenna” lub „towarowa”, szybko zastąpiona przez termin klucz — „spekulacja”28, definiujący jednakże tylko część interesującego nas zjawiska: „jedno z przestępstw gospodarczych, polegające na nabywaniu lub sprzedawaniu towaru w celu jego późniejszej odsprzedaży z zyskiem przez osobę do tego nieupoważnioną” lub „przestępstwo polegające na włączeniu się dodatkowego nielegalnego pośrednika w procesie dystrybucji dóbr, celem uzyskania zysku”. Czarny rynek (lub w pierwszych latach powojennych czarna giełda) służył do określania raczej obrotu dewizami i złotem (fraza „czarnorynkowy/giełdowy kurs dolara” była stale używana także w urzędowej korespondencji). Od przełomu lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych zarówno w prasie, jak i w mniej oficjalnych wystąpieniach przedstawicieli władz termin „czarny rynek” pojawia się coraz częściej, choć nie tyle jako osobne, jasno zdefiniowane zjawisko, ile raczej jako pole działania spekulantów, obracających bardzo różnymi artykułami — od dewiz i złota przez mięso i alkohol po samochody i materiały budowlane. Dopiero po 1980 roku, wraz ze wzrostem znaczenia i rozmiarów problemu, termin „czarny rynek”, często w cudzysłowie, zazwyczaj z dodatkowym określnikiem: „żywnościowy”, „benzynowy”, „dewizowy” etc., był stosowany przez wielu — od dziennikarzy po ministrów — równolegle z „oficjalną” spekulacją.

Gdy wziąć pod uwagę powyższe wątpliwości, to wydaje się, że by jakkolwiek zdefiniować peerelowski czarny rynek, najlepiej sięgnąć po ustalenia ekonomistów hinduskich. Nie bez powodu — już bowiem na początku lat osiemdziesiątych XX wieku stwierdzili oni, że „w ciągu ostatnich kilku dekad czarny rynek stał się stylem życia [Hindusów]”29. Nic dziwnego, że zaproponowana przez nich definicja jest znacznie szersza od przyjętych na Zachodzie i znacznie lepiej pasuje do wschodnioeuropejskich realiów: „Kiedy wskutek (sztucznej) manipulacji popytem i podażą, pieniądzem lub/i produkcją, handlem lub/i przemysłem doprowadza się do sztucznej sytuacji niedoborów (lub nadmiaru), i jeżeli w procesie obrotu otrzymujemy olbrzymią skalę zysku [...], wtedy mamy do czynienia z sytuacją czarnorynkową”30.

1.3. Literatura, źródła, metoda

W zapanowaniu (również definicyjnym) nad peerelowskim czarnym rynkiem niespecjalnie mogła pomóc dotychczasowa polska literatura przedmiotu. Tym bardziej że do tej pory dominowali na tym polu raczej ekonomiści i prawnicy niż historycy czy antropologowie. W 1957 roku powstała, na fali popaździernikowych przemian, kierowana przez Oskara Langego Rada Ekonomiczna przy Radzie Ministrów, która podjęła próbę oszacowania nielegalnych dochodów Polaków31. Badania nad przestępczością gospodarczą były kontynuowane w następnych latach zarówno przez Najwyższą Izbę Kontroli, jak i kierowany przez Michała Kaleckiego Komitet Badań nad Zagadnieniami Społecznymi Polski Ludowej. Zostały przerwane na początku lat sześćdziesiątych przez władze gomułkowskie, pragnące uniknąć naukowego potwierdzenia i popularyzowania faktu i tak powszechnie znanego — masowego uczestnictwa społeczeństwa w nielegalnych transakcjach. Znacznie wygodniejsze było skupienie się na poszczególnych aferach gospodarczych. W rezultacie na księgarskie i biblioteczne półki długo wędrowały niemal wyłącznie opracowania prawnicze (m.in. Tadeusza Cypriana, Stanisława Galarskiego, Oktawii Górniok, Bronisława Kocha). W 1974 roku przy Prokuraturze Generalnej został powołany Instytut Problematyki Przestępczości32, zajmujący się również przestępczością gospodarczą, jednak wyniki badań — często niezwykle interesujące — były dostępne wyłącznie wąskiemu kręgowi odbiorców. Identycznie było z opracowaniami przygotowanymi przez służby mundurowe (GUC, MO, SB), zazwyczaj do użytku wewnętrznego.

Jeszcze na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych warszawski socjolog narzekał, że „w Polsce zagadnienia te badane są jedynie wyrywkowo, szerzej omawia się je tylko publicystycznie, przy czym traktowane są wtedy na ogół jako marginesowe zjawiska patologiczne (przestępczość gospodarcza, spekulacja)”33. Powstające już wtedy prace socjologów czy ekonomistów, odbiegające od wyłącznie „patologicznej” perspektywy, nie miały specjalnych szans na publikację34. Ale również za granicą pisano o polskiej drugiej ekonomii stosunkowo niewiele, zwłaszcza w porównaniu z pozostającym w centrum zainteresowania ZSRR. Zmianę przyniosły dopiero lata osiemdziesiąte, kiedy temat drugiej ekonomii zaczął się powoli przebijać również w kraju. W 1984 roku ukazał się pierwszy artykuł prekursora badań nad drugim obiegiem, Marka Bednarskiego35, oraz broszura Rudolfa Jaworka36. Pod koniec tego roku cały blok tekstów o gospodarce równoległej zamieściła „Polityka”37. W następnych latach czarny rynek stawał się tematem zarówno wystąpień na konferencjach naukowych38, jak i pierwszych publikacji książkowych (a raczej broszurowych), o ograniczonym jeszcze zasięgu39.

Rok 1989 nie stanowił bynajmniej przełomu w badaniach nad peerelowskim drugim obiegiem gospodarczym — rzeczywistość okresu transformacji dostarczała bowiem aż nadto aktualnych tematów. Na początku lat dziewięćdziesiątych ukazała się jedynie książka Marka Bednarskiego, będąca zwieńczeniem jego wcześniejszych prac40. Monografia, skupiająca się na latach osiemdziesiątych, do dziś jest najpełniejszym (choć przedstawionym z ekonomicznej perspektywy) obrazem nieoficjalnej gospodarki tamtych lat.

W połowie lat dziewięćdziesiątych, w miarę otwierania archiwów i postępu badań nad instytucjami państwa komunistycznego, druga ekonomia zaczęła budzić zainteresowanie historyków. Prekursorami byli Grzegorz Sołtysiak, który w pierwszym (legalnym) numerze „Karty” ze stycznia 1991 roku ogłosił kilka materiałów o działalności Komisji Specjalnej do Walki z Nadużyciami i Szkodnictwem Gospodarczym z lat 1945–195441, Marcin Kula, który namówił swoich studentów do wykorzystania aktowej spuścizny Komisji w badaniach nad historią społeczną42, oraz Dariusz Jarosz i Tadeusz Wolsza, którzy opublikowali w 1995 roku książkowy już wybór dokumentów o Komisji Specjalnej. Jest ona dzisiaj bezsprzecznie najlepiej zbadaną i opisaną instytucją zajmującą się nielegalną działalnością ekonomiczną społeczeństwa (badania nad nią prowadzili m.in. Piotr Fiedorczyk, Roman P. Smolorz, Bogdan Sekściński, Ludwik S. Szuba, Ryszard Tomkiewicz, Waldemar Tomczyk). Od końca lat dziewięćdziesiątych XX wieku informacje o zjawiskach czarnorynkowych zaczęły się pojawiać przy okazji badań nad szerszymi problemami: Dariusza Jarosza i Marii Pasztor nad kontekstami afery mięsnej, Pawła Sowińskiego nad wypoczynkiem i turystyką, Dariusza Stoli — migracjami, Małgorzaty Mazurek i Mariusza Jastrząba — niedoborami, Krzysztofa Kosińskiego — peerelowskim pijaństwem czy Krzysztofa Madeja — polityką gomułkowskich władz wobec przestępczości gospodarczej43.

Niemałe problemy stwarzała również dostępna baza źródłowa. Przede wszystkim mamy do czynienia ze zjawiskiem nielegalnym, nieformalnym, zawsze łamiącym prawo lub balansującym na jego granicy. Nie skłania(ło) to aktorów społecznych do dokumentowania swoich działań i w rezultacie olbrzymia większość źródeł została wytworzona nie przez nich, lecz instytucje, które ich kontrolowały, ścigały i karały. Są to przede wszystkim materiały wytworzone przez PPR/PZPR, MBP/MSW (zarówno SB, jak i MO), NIK, Prokuraturę Generalną, Ministerstwo Sprawiedliwości, GUC oraz cywilne instytucje zajmujące się walką ze spekulacją (Komisja Specjalna z lat 1945–1954 czy istniejąca w latach 1981–1987 Centralna Komisja do Walki ze Spekulacją). Wykorzystano również przechowywane w archiwach państwowych — zarówno centralnych, jak i terenowych44 — materiały instytucji niekojarzących się na pierwszy rzut oka z czarnym rynkiem, jak MSZ czy GKKFiT/GKT, a dostarczających wielu wartościowych informacji.

Mimo że nawet z oficjalnych raportów i sprawozdań można niemało wyczytać nie tylko o zachowaniach władzy, jest to zawsze jej perspektywa. Przy braku ukierunkowanych na działania czarnorynkowe badań socjologicznych45 i zrozumiałej, wspomnianej wyżej niechęci prawdziwych bohaterów czarnego rynku do upamiętniania swoich czynów, boleśnie brakuje spojrzenia „z dołu”. Lukę tę tylko w pewnym stopniu niwelują nadsyłane do władz, instytucji, redakcji etc. listy i skargi (przechowywane m.in. w zespołach partyjnych i w archiwum TVP), czy zbierane przez pracowników Radia Wolna Europa wypowiedzi przyjezdnych z kraju. Wiarygodność tego typu źródeł jest jednak na ogół wątpliwa. Podobnie z prasą, dla której (na szczęście!) wszelkie czarnorynkowe patologie stanowiły przez cały okres PRL wdzięczny temat. Często to ona była jedynym i przy umiejętnym czytaniu naprawdę nieocenionym „oddolnym” źródłem.

Zajmując się peerelowskim czarnym rynkiem od blisko dekady, poruszałem ten temat z setkami rozmówców. Nie spotkałem też nikogo żyjącego (świadomie) w czasach PRL, kogo ominęłyby jakieś czarnorynkowe doświadczenia. Podobnych (i potencjalnych) świadków jest dwadzieścia kilka milionów, co praktycznie uniemożliwia jakiekolwiek reprezentatywne wykorzystanie oral history, nie wspominając już o problemach metodologicznych, które niesie ta metoda. Teoretycznie możliwe jest, w oparciu o metody ankietowe, wylosowanie wiarygodnej grupy i przeprowadzenie z nią wywiadów. Przekraczałoby to jednak moje możliwości. Z rozmysłem korzystałem więc oszczędnie z relacji, sięgając po nie w przypadku braku innych źródeł. Interesujący plon przyniosły natomiast apele o nadsyłanie czarnorynkowych wspomnień, ogłaszane kilkakrotnie w „Polityce” i „Gazecie Wyborczej”.

Charakter bazy źródłowej, rozległość czasowa i różnorodność zjawisk czarnorynkowych zmusiły do radykalnego ograniczenia palety analizowanych problemów i do skupienia się na najbardziej reprezentatywnych (zgodnie z zasadą, że próba zaprezentowania wszystkiego prowadzi często do powstania obrazu pełnego luk). Na wstępie niezbędna jest również uwaga, że niemożliwe okazało się ścisłe rozgraniczenie nadużyć i przestępstw gospodarczych od kategorii czarnorynkowych. Tak więc jedynym kryterium często pozostawał rozsądek i intuicja, a tytułowy „czarny rynek” został na wszelki wypadek opatrzony cudzysłowem46.

Jako podstawowe (wręcz konstytutywne) kryteria narzucają się — niezbędne w przypadku każdego rynku (również czarnego) — konieczność aktu wymiany i działanie dla osiągnięcia zysku. Najlepiej gdyby były to działania nieprzypadkowe, zawierające elementy organizacji, celowości i specjalizacji, prowadzące raczej ku zawodowstwu niż amatorszczyźnie. W każdej czarnorynkowej strategii powinny być widoczne etapy planowania, wykonawstwa, oceny zysków i opłacalności. Jednocześnie działania na rynkach nielegalnych wymagają świadomości łamania lub wyraźnego naginania obowiązującego prawa. Tym samym przedmiot czarnorynkowego obrotu musi znajdować się pod specjalnym nadzorem i kontrolą producenta i dystrybutora — w tym przypadku państwa. Może być to reglamentacja, monopol, obostrzenie obrotu lub wręcz całkowity jego zakaz, niepozostawiający większych wątpliwości prawnych.

Każda specjalizacja (tym razem czarnorynkowa) wymaga nie tylko sprzyjających warunków, ale również wystarczająco długiego czasu na rozwój i udoskonalanie odpowiednio skutecznych technik i strategii. Idealne do badania byłyby więc zjawiska i mechanizmy czarnorynkowe występujące dłużej, pamiętać też trzeba o możliwości ich zmian i przekształceń. Jednym z wyraźnych wyznaczników jest tutaj zainteresowanie władz danym sektorem nielegalnego obrotu.

Za kolejne istotne kryterium uznano masowość. Z pewnością trudno było przeżyć okres realnego socjalizmu, nie uczestnicząc w jakiejś czarnorynkowej transakcji. Jednocześnie należy znaleźć dominanty, przedmioty i sektory angażujące największe grupy, w możliwie najdłuższym czasie, najlepiej od 1944 do 1989 roku. Tym samym trudno zakwalifikować niektóre zjawiska, na pierwszy rzut oka będące symbolami czarnego rynku. Na przykład nielegalny handel tytoniem, łamiący jeden z podstawowych monopoli państwa, zanikł na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych. Tytoń powrócił co prawda na czarny rynek na początku lat osiemdziesiątych, jednak znowu na krótko (i w towarzystwie właściwie wszystkich artykułów rynkowych). Z trudem mieści się tutaj także np. spekulacja książkami, ograniczona przede wszystkim do lat osiemdziesiątych i jednocześnie — do stosunkowo wąskiej grupy zainteresowanych. To samo można powiedzieć np. o tzw. konikach, oferujących bilety do kina czy na imprezy sportowe. Co prawda przetrwali przez cały okres PRL (a nawet jej upadek), ale działalność ograniczali do wielkich miast. Stanowi to również jeden z czynników eliminujących z moich rozważań pornografię i narkotyki47. Nawiasem mówiąc, właśnie geografię można zaproponować jako jedno z istotniejszych kryteriów. Ideałem byłoby bowiem występowanie danego zjawiska nie tylko w sposób masowy i ciągły, ale również w skali całego kraju, z dopuszczeniem jednakże rozmaitych odrębności regionalnych.

Specyfika problemu skłoniła do podziału książki na dwa typy rozdziałów: syntetyczne i monograficzne. Pierwsze rozpoczyna krótki zarys powszechnych dziejów czarnego rynku, doprowadzony do lat czterdziestych XX wieku. Niejako naturalną konsekwencją był rozdział prezentujący rozwój zjawisk czarnorynkowych w powojennej Polsce, z dominantami wyznaczonymi przez trzykrotnie powoływane specjalne instytucje zajmujące się zwalczaniem spekulacji. Rozdział ten nie ma jednak na celu prezentacji wyłącznie ich, lecz również możliwie szerokiego kontekstu politycznego, społecznego i gospodarczego wszelkich zjawisk czarnorynkowych. Część syntetyczną kończy rozdział, w którym podjęto próbę przeanalizowania zależności zjawisk czarnorynkowych od uwarunkowań historycznych i geograficznych.

Gdy się uwzględni zaprezentowane powyżej kryteria wymiany, zysku, specjalizacji, masowości, ciągłości i terytorialności, na czarnorynkowym placu boju pozostają trzy grupy (a raczej armie): handlarze mięsem, alkoholem oraz — traktowanymi łącznie — walutami i złotem. Oczywiście wykres czarnorynkowego obrotu nimi nie był linearny, przypominał raczej sinusoidę o bardzo nieregularnym kształcie, jednak praktycznie przez cały okres powojenny nielegalny handel tymi artykułami był ważnym elementem gry między społeczeństwem a władzą. Poświęcenie im osobnych rozdziałów monograficznych nie budziło zatem większych wątpliwości piszącego te słowa. Było ich znacznie więcej w przypadku kompleksu motoryzacyjnego, obejmującego zarówno benzynę, jak i samochody oraz części zamienne do nich. Z jednej strony problem pojawił się na większą skalę dopiero wraz z rozwojem motoryzacji na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, na masową zaś — w latach osiemdziesiątych. Z drugiej był to — zwłaszcza w przypadku benzyny — przepływ niezwykle jednostronny. To państwo było wyłącznym dystrybutorem paliwa, którego nie dało się ani wyprodukować samodzielnie (jak mięsa lub alkoholu), ani przywieźć z zagranicy (jak walut, złota czy nawet samochodów). Jedynym sposobem wprowadzenia benzyny na czarny rynek było więc jej „przejęcie” — różnymi sposobami — od państwa. Uznałem jednak, że problemowi benzyny należy się osobny rozdział48.

Wyżej wymienione zjawiska czarnorynkowe były na swój sposób homogeniczne — mimo zmieniających się uwarunkowań ekonomicznych, politycznych, społecznych dotyczyły wciąż tego samego przedmiotu. Znacznie trudniejsze jest zagadnienie przemytu, stanowiącego specyficzną kategorię czarnorynkową. Z jednej strony łamał on monopol państwa na obrót międzynarodowy49 (a przy okazji prawo dewizowe, podatkowe etc.), z drugiej obiektem zainteresowania szmuglerów był bardzo szeroki wachlarz produktów. Niezmiennym przedmiotem przemytu przez cały interesujący nas okres były waluty i złoto, inne obiekty podlegały zmianom koniunkturalnym, uwarunkowanym sytuacją gospodarczą, aspiracjami konsumpcyjnymi, poziomem niedoborów etc. Mimo swojego wewnętrznego zróżnicowania przemyt spełnia jednak przyjęte kryteria: był istotnym zjawiskiem przez cały okres powojenny, przynosił wysokie zyski, uzależnione od specjalizacji, rozeznania rynków etc. Jeżeli wcześniej przemyt był domeną raczej rejonów przygranicznych i niższych warstw społecznych, w PRL stał się zjawiskiem ogólnokrajowym (choć oczywiście z pewnymi dominantami — zob. rozdział czwarty), a od chwili umasowienia się ruchu turystycznego w drugiej połowie lat pięćdziesiątych liczbę uczestników można było liczyć dosłownie w milionach. Wyspecjalizowani szmuglerzy walut i złota zostali przedstawieni w części poświęconej „wartościom dewizowym”, w osobnym rozdziale monograficznym skupiono się na najbardziej powszechnym tzw. handlu turystycznym, uprawianym przede wszystkim wewnątrz bloku państw socjalistycznych.

Powyższą klasyfikację zaproponowano z pełną świadomością, że wykreślenie wyraźnych konturów i granic poszczególnych sektorów czarnego rynku jest niezwykle trudne. Jak wszystko, co nie jest jasno zdefiniowane, a z założenia niejawne i nieformalne, pozostawia wiele nisz, marginesów, wolnych przestrzeni, a różne zjawiska nawzajem się przenikają i nakładają na siebie. W rezultacie nieuniknione okazały się w poszczególnych rozdziałach niewielkie powtórzenia. Nie udało się też uniknąć zarówno uwypuklania pewnych wątków, jak i powierzchownego potraktowania innych. Widoczna w książce pewna nadreprezentacja Warszawy nie była spowodowana bagatelizowaniem roli prowincji, osobistymi zainteresowaniami badawczymi autora czy faktem, że stołeczna perspektywa była najłatwiejsza do źródłowego przebadania. Nie ulega bowiem wątpliwości, co zresztą jest w książce wielokrotnie podkreślane, że Warszawa była również czarnorynkową stolicą kraju.

Przedstawione wyżej ograniczenia źródłowe zmuszały do patrzenia niejako z zewnątrz, bardziej oczyma urzędnika i milicjanta niż cinkciarza czy „baby z cielęciną”. Tym samym wątki prezentujące strategie stosowane przez przeciętnych aktorów społecznych, ich motywacje, opinie, kwestie etyczne (od akceptacji po potępienie), rytuały, są z pewnością dyskusyjne i budzą zrozumiały niedosyt. Podobnie jest z relacjami czarnego rynku z gospodarką oficjalną lub oszacowaniem rzeczywistych zysków z nieoficjalnych operacji (tu zresztą rodzi się ogólniejsze pytanie, jak definiować czarnorynkowy zysk?!). Ale mam również świadomość, że książka ta jest tylko uchyloną furtką, za którą zaczynają się ścieżki wiodące w bardzo różne strony.

Rozdział 2Niedobór, chciwość, protest50: krótki kurs historii czarnego rynku w pierwszej połowie XX wieku

2.1. Początki

Praktycznie równocześnie z narodzinami wymiany towarowo-pieniężnej pojawiły się próby jej ograniczania, reglamentowania i kontrolowania. Powodem mogła być wojna, klęska żywiołowa, pustka w skarbcu, obawa przed buntem pospólstwa. Kontrolę cen i dochodów wprowadził już kodeks Hammurabiego. W XI wieku p.n.e. chińscy urzędnicy nadzorowali zbiory, ustalając następnie poziom cen. Siedem stuleci później Ateńczycy określali maksymalne ceny zboża. Znacznie dalej poszedł cesarz Dioklecjan, wyznaczając w 301 roku n.e. ceny maksymalne na 900 towarów i 160 rodzajów pracy. Zarówno kupcy, jak i rzemieślnicy starali się omijać zakazy, zaś urzędnicy państwowi — takie próby wykryć i ukarać51. Również w średniowieczu ingerowano w rynek, np. standaryzując rozmiar bochenka chleba i uzależniając jego cenę od ceny zboża (w XIII-wiecznej Anglii) czy też wprowadzając (tamże w 1351 roku) pierwsze regulacje zapłaty za pracę52. Formą ograniczenia obrotu było licencjonowanie targów czy tzw. prawo składu, dające uprzywilejowaną pozycję miejscowym kupcom (i w naturalny sposób wywołujące sprzeciw innych, próbujących ominąć nakaz). Obostrzenia cechowe miały na celu nie tylko ograniczenie dostępu do zawodu, ale również utrzymanie odpowiedniej jakości i ceny. Tym samym tzw. partacze, produkujący poza cechem, zazwyczaj nie gorzej (a na pewno taniej), parali się rodzajem działalności czarnorynkowej.

W epoce nowożytnej, wraz z powstawaniem scentralizowanych, zbiurokratyzowanych państw i podziałem świata pomiędzy najważniejsze z nich, regulacje zaczęły przybierać nowy, globalny kształt. Imperia kolonialne — Portugalia, Hiszpania, Francja czy Anglia — dążyły do zwiększenia zysków, wprowadzając monopole na handel z terytoriami zamorskimi. Można wobec tego zaryzykować tezę, że korsarze byli rodzajem rekinów czarnego rynku, podważających monopol (obcego) państwa. Monopol dotyczył zresztą nie tylko handlu zagranicznego, ale również wewnętrznego. Obejmował obrót artykułami luksusowymi, zbożem, solą, tytoniem, alkoholem lub — już znacznie później — zapałkami. Jego łamanie za pomocą nielegalnej produkcji czy przemytu było zajęciem niebezpiecznym, ale jednocześnie — jak większość inicjatyw czarnorynkowych — niezwykle lukratywnym. To przemytnicy, nieważne, czy przenoszący towary na własnych plecach przez alpejskie przełęcze, czy dobijający statkami do angielskich lub francuskich wybrzeży, byli najdłużej działającymi zawodowymi aktorami czarnego rynku53.

Za początek „nowoczesnego” czarnego rynku można uznać Wielką Rewolucję Francuską, z jej ciągłym kryzysem aprowizacyjnym, cenami maksymalnymi, ustawami antyspekulacyjnymi. Zjawiska te dotykały wszystkie bez wyjątku klasy i grupy społeczne, nawet te dotychczas najbardziej uprzywilejowane, a takie produkty, jak zboże, cukier (zwłaszcza po utracie San Domingo), mydło, świece, można było często kupić, wyłącznie łamiąc odgórne ograniczenia. Szybko rosnąca inflacja, wzmagana jeszcze przez przymus używania pieniądza papierowego, wywołała olbrzymi nacisk na rynek artykułów trwałych i luksusowych. Poszukiwane było także złoto, którym obrót był ograniczony przez państwo. W rezultacie i one znalazły się na czarnym rynku. Blokada kontynentalna wpłynęła na rozwój przemytu i wypracowanie nowych dróg wiodących przez porty zarówno Portugalii i Hiszpanii, jak i Turcji czy basenu Morza Bałtyckiego54.

Prawdziwą próbą generalną przed czarnorynkowym wiekiem XX były doświadczenia Stanów Zjednoczonych podczas wojny secesyjnej. Linia frontu ciągnęła się przez prawie cały kontynent, mundury założyło około 3,5 mln Amerykanów, zginęło 620 tys. (więcej niż w obu wojnach światowych i koreańskiej razem). Po raz pierwszy w takim stopniu wykorzystano kolej, telegraf, opancerzone okręty, a nawet łódź podwodną. Była to pierwsza w dziejach wojna naprawdę totalna, angażująca całe społeczeństwo (które też w niemałym stopniu spauperyzowała) i absorbująca wszelkie zasoby, poddane rygorystycznej kontroli, w tym — co stanowiło novum — reglamentowano naftę.

2.2. I wojna światowa i okres międzywojenny

To, czego zaznali Amerykanie w latach sześćdziesiątych XIX wieku, było tylko przedsmakiem doświadczeń Europejczyków pół wieku później. Cesarz Wilhelm, wyprawiając w sierpniu 1914 roku swoje oddziały, obiecywał, że wrócą, „zanim liście opadną z drzew”. Ci, którzy przeżyli, wrócili, gdy opadły po raz piąty. Zwyciężyła strona dysponująca nie tylko najsilniejszą armią, ale również największymi zasobami materialnymi. Priorytet miała armia, pożerająca gros produkcji przemysłowej i rolnej. Cywile byli zaopatrywani w drugiej kolejności i w artykuły gorszej jakości. Tylko w Wielkiej Brytanii nie wprowadzono racjonowania, uznając to za pogwałcenie wolności gospodarczej, jednak handel objęto kontrolą, nadzorującą pod koniec wojny około 85% spożycia. Ale i tutaj — podobnie jak w całej Europie — codziennym doświadczeniem stały się niedobory, kolejki, drożyzna, inflacja.

Mimo wszystko aż do 1916 roku sytuacja nie była tragiczna. Dopiero fatalne zbiory tego roku w całej Europie, Kanadzie i USA oraz odczuwalny coraz bardziej brak siły roboczej w rolnictwie i przemyśle doprowadziły do załamania aprowizacji. W Wielkiej Brytanii w 1917 roku kobiety stały w kolejkach tak długo, że mężowie opuszczali fabryki, a dzieci szkoły, żeby je zmienić. Zabrakło węgla. Samochody transportujące ziemniaki do miast były zatrzymywane siłą i plądrowane. Władze wprowadziły ceny maksymalne, ale nie zagwarantowały dostaw, tym samym żywność przechodziła na czarny rynek. Wprowadzenie kar dla spekulantów dało niewiele, podczas wojny skazano na kary od 50 funtów jedynie 290 osób, z tego trzy uprawiały handel na rzeczywiście olbrzymią skalę. W ostatnim roku wojny trzynaście osób skazano na więzienie, siedem na wysokie grzywny (powyżej 500 funtów)55.

We Francji wprowadzono racjonowanie żywności w marcu 1917 roku, nakłaniano do zmiany przyzwyczajeń i zastąpienia białego chleba ziemniakami. W Niemczech powstały w maju 1916 roku Kriegsernährungsamt nie był w stanie zaradzić kryzysowi aprowizacyjnemu i zimę 1916/1917 nie bez powodu nazwano „brukwianą” — praktycznie nic innego nie było do jedzenia56. Żywność i artykuły przemysłowe były do kupienia wyłącznie na czarnym rynku, który w Reichstagu określono w kwietniu 1918 roku jako „jedyny rzeczywiście skuteczny sposób dystrybucji żywności”57. Sytuacja aprowizacyjna w niemałym stopniu przyczyniła się do radykalizacji społeczeństwa i poparcia jesienią 1918 roku rewolucji. W Rosji zaś od buntu stojących w kolejkach przed piekarniami kobiet zaczęła się tzw. rewolucja lutowa58.

Pierwsza wojna była laboratorium czarnorynkowym, gdzie wypracowano strategie skutecznie rozwijane później, nie tylko podczas kolejnego konfliktu. Obchodzenie reglamentacji przez wyprawy na wieś w celu zdobycia żywności stało się zjawiskiem powszechnym w całej Europie. W Polsce (a przynajmniej w Królestwie Polskim) terminy „szmugiel” i „szmugler” na określenie osoby przewożącej do miasta (czasami z wykorzystaniem wyrafinowanych sposobów) masło, mięso czy ziemniaki przyjęły się już w latach 1916–1917. Powszechną strategią stało się fałszowanie czy wyłudzanie kartek żywnościowych, spekulacja walutami i złotem (przypomnijmy, że pieniądz kruszcowy znikł z obiegu już z chwilą wybuchu wojny). Korupcja umożliwiała sięgnięcie do zasobów wojska, skąd na rynek cywilny płynęły żywność, tekstylia, furaż, opał.

Pierwszowojenny czarny rynek (wtedy nazywany — przynajmniej na ziemiach polskich — paskarstwem) łagodnie przeszedł w stan pokoju, nie zmieniając jednak specjalnie ani rozmiarów, ani przedmiotów. Zniszczona, spauperyzowana Europa nie była w stanie dostarczyć zarówno pracy, jak i pożądanej ilości produktów. W tej sytuacji zawyżanie cen czy łamanie reglamentacji (utrzymanej w większości krajów europejskich) nie zanikło, wręcz przeciwnie — czarny rynek jeszcze zwiększył obroty. Na przykład wiosną 1919 roku oceniano, że trzecia część całej żywności była w Niemczech sprzedawana kanałami czarnorynkowymi59. Również (hiper)inflacja, która dotknęła część krajów europejskich, nie sprzyjała uspokojeniu sytuacji. W Wielkiej Brytanii Ministerstwo Aprowizacji istniało do 1921 roku, a kontrola cen i racjonowanie niektórych artykułów do 1922 roku60. Mniej więcej w tym samym czasie zarzucono ścisłą kontrolę rynku również w innych krajach.

Podczas wojny próbowano też ograniczyć dostępność alkoholu lub wręcz wprowadzić całkowitą prohibicję. Inicjatywa podjęta już w 1914 roku w Rosji okazała się całkowitą klapą. Zakaz sprzedaży alkoholu, obowiązujący oficjalnie do 1925 roku, był od samego początku powszechnie łamany i doprowadził do udoskonalenia nieoficjalnej produkcji i dystrybucji. „Sprzedawanie napojów alkoholowych w Moskwie jest oficjalnie zabronione — wspominał przełom lat 1916 i 1917 służący w armii rosyjskiej oficer Polak — ale w Rosji, jak mówią Rosjanie, «zakon czto dyszło [prawo jak dyszel] — gdzie obrócić, tam i wyszło», toteż w każdej uczciwej restauracji, w czajniku herbacianym podają tyle, ile dusza ludzka przyjąć jest w stanie”61.

Z rosyjskich doświadczeń nie wyciągnięto wniosków w USA, gdzie prohibicję wprowadzono w 1919 roku. Doprowadziła do powstania olbrzymiego, skryminalizowanego czarnego rynku alkoholu, obejmującego nielegalną produkcję, przemyt i wyszynk. Picie alkoholu stało się obowiązkową normą towarzyską (również jako forma protestu przeciwko państwu ograniczającemu wolność osobistą). Po raz pierwszy czarny rynek zaczął zagrażać strukturom państwa, doprowadzając do powstania przestępczości zorganizowanej, która budowała przyczółki w sferze legalnej, i skutecznie korumpując np. wymiar sprawiedliwości, samorząd, policję, służby celne. To ostatnie okazało się o tyle istotne, że przemyt stał się jedną z ważniejszych dróg zaopatrzenia w alkohol. Na przykład mieszkańcy leżących niedaleko wybrzeży USA wysepek St. Pierre i Miquelon, formalnie należących do Francji (która nie musiała, jak Kanada, uznawać amerykańskiej prohibicji), porzucili rybołówstwo, a łodzie wykorzystywali do znacznie bardziej intratnego przemytu. Gdy na St. Pierre skrzynka whisky kosztowała 12 dolarów, to w Nowym Jorku osiągała cenę 96 dolarów! Nic dziwnego, że tylko w pierwszym roku obowiązywania prohibicji wyspiarze przerzucili do USA alkohol wartości ponad 10 mln (ówczesnych!) dolarów. Okres prosperity przeżywali również właściciele szybkich łodzi z Bahamów, Kuby czy Meksyku62.

Prohibicja pokazała również, jak niebezpieczne może być manipulowanie zarówno rynkiem, jak i ludzkimi potrzebami czy nawykami. I jak nieskuteczne, wręcz beznadziejne, okazują się wszelkie wysiłki państwa, jeżeli natrafi na solidarny opór znacznej części społeczeństwa. Rozbudowa aparatu represji etc. doprowadza tylko do wyspecjalizowania i udoskonalenia podejmowanych przezeń technik.

W niepodległej Polsce pierwszy dekret o ochronie konsumenta i rynku wydano już 5 grudnia 1918 roku, zaś na mocy dekretu z 11 stycznia 1919 roku utworzono przy Ministerstwie Aprowizacji Urząd do Walki z Lichwą i Spekulacją, posiadający uprawnienia do karania „przejawów lichwy i wszelkiego rodzaju spekulacji artykułami pierwszej potrzeby” karą do trzech miesięcy aresztu i 50 tys. marek grzywny63. Fatalna sytuacja gospodarcza, pogłębiana jeszcze przez wysiłek wojenny, zmusiła wkrótce do wprowadzenia rozwiązań systemowych. Ustawa „o zwalczaniu lichwy wojennej” została uchwalona 2 lipca 1920 roku.64Funkcjonariusze Urzędu do Walki z Lichwą i Spekulacją mieli szerokie prerogatywy, łącznie z prawem przeszukiwania mieszkań etc. Urzędy mogły prowadzić dochodzenia i miały prawo samodzielnego karania drobniejszych przestępstw (grzywna, areszt do 6 miesięcy). Za wyjątkowo ciężkie przestępstwa groziła nawet kara śmierci. Urząd działał do lata 1922 roku, po czym jego uprawnienia zostały przekazane powiatom. W następnych latach (1923–1924) — wraz z poprawą zaopatrzenia, zaniechaniem reglamentacji i stabilizacją waluty — czarny rynek zanikł. Jego poszczególne segmenty, jak przemyt czy bimbrownictwo, rozwinęły się pod wpływem wielkiego kryzysu (w latach 1931–1936 co roku ujawniano 3–5 tys. nielegalnych gorzelni)65. Takie pojęcia jak „paskarz” czy „spekulant” powróciły na łamy prasy polskiej w ostatnich tygodniach pokoju, kiedy obawy wojenne spowodowały run na sklepy, wykorzystywany nieraz przez ich właścicieli do podnoszenia cen. Reakcja władz miała działać odstraszająco — na witrynach pojawiały się informacje o wysłaniu „paskujących” kupców do obozu w Berezie Kartuskiej.

2.3. II wojna światowa

Zwiększone zakupy były świadectwem, że społeczeństwo doskonale pamiętało aprowizacyjny dramat okresu Wielkiej Wojny (i po niej). Z problemu świetnie zdawały sobie sprawę także władze, zwłaszcza państw prowadzących agresywną, ukierunkowaną na konflikt politykę i jednocześnie uzależnionych od importu żywności. Należały do nich zarówno Japonia, jak i Niemcy; te ostatnie, mimo autarkicznych wysiłków, musiały importować połowę potrzebnego mięsa, tłuszczów czy artykułów mlecznych. W obu państwach zamrożono zarówno płace, jak i ceny, większość artykułów żywnościowych i przemysłowych już przed wojną poddano rygorystycznemu nadzorowi i reglamentacji. Nawoływano do oszczędności, stosowania zamienników, prowadzono kampanie propagandowe pod hasłem „luksus jest wrogiem”. Powołano oczywiście również instytucje kontrolujące.

W Japonii już w lipcu 1938 roku powstała specjalna policja gospodarcza, która przez pierwsze 15 miesięcy funkcjonowania zatrzymała ponad 2 mln osób, 3,5% wszystkich obywateli. Sytuacja rynkowa pogarszała się jednak systematycznie, a rzeczywiste koszty towarów zaczęły w takim stopniu przekraczać ustalony przez władze poziom, że handel stawał się po prostu nieopłacalny. Zmusiło to zarówno kupców, jak i nabywców do wypracowania strategii zachowującej pozory legalności i dającej władzom pretekst do przymykania oczu. Odświeżono tradycję powszechnego obdarowywania się i różnicę między ceną rynkową a urzędową wyrównywano chwilę po oficjalnej transakcji w postaci „daru”. Strategie podejmowane podczas wojny stały się podstawą dla okresu powojennego, kiedy doliczono się w Japonii 17 tys. lokalnych czarnych rynków. To one stały się fundamentem rozwoju jakuzy66.

W Niemczech narodowi socjaliści przygotowali do wojny zarówno aparat militarny, jak i aprowizacyjny. Krótko przed atakiem na Polskę powstały Reichsstellen, zajmujące się poszczególnymi sektorami rynku żywnościowego (zboże, tłuszcze, mięso). Na wszystkich poziomach administracyjnych utworzono Ernährungsämter (Urzędy Wyżywienia), których system przetrzymał notabene upadek III Rzeszy67. Ponieważ zdawano sobie sprawę z typowych zachowań społecznych w sytuacji zagrożenia, już w lipcu 1939 roku zabroniono nadmiernego gromadzenia towarów, potem systematycznie poszerzano reglamentację i kontrolę obrotu towarami. Póki zaopatrzenie było niezłe, a przydziały kartkowe pokrywały większość potrzeb, nieoficjalna wymiana ograniczała się do handlu wymiennego i pobocznego (Tauschhandel, Schleichhandel), głównie w kręgu zaufanych znajomych. Kiedy jednak w latach 1941–1942 zaczęły narastać problemy z wykupieniem radykalnie okrojonych przydziałów, przybierała formę regularnego czarnego rynku (Schwarzmarkt; choć nie ma wątpliwości, że niemiecki system reglamentacyjny działał — w olbrzymiej mierze dzięki brutalnej eksploatacji podbitych obszarów — i tak sprawniej niż w innych krajach).

Do końca wojny znaczna część partyjnych decydentów wierzyła, że zaostrzaniem sankcji będzie można powstrzymać nielegalne transakcje. W styczniu 1942 roku Goebbels rozpoczął kampanię propagandową przeciw nielegalnemu handlowi. Dwa miesiące później przyzwolono na kontakty gospodarcze wyłącznie między konsumentami (gospodarstwami domowymi), ale zabroniono jakiejkolwiek wymiany między producentami a konsumentami. I chociaż wyroki śmierci za czarny rynek wykonywano jeszcze w kwietniu 1945 roku, trudno było przekonać miliony ludzi o konieczności marznięcia i głodowania. Nic nie było w stanie powstrzymać zarówno pokątnego uboju, jak i wypraw mieszkańców miast na wieś w poszukiwaniu żywności (Hamsterfahrten) czy fałszowania i wyłudzania kartek zaopatrzeniowych68. W czarnorynkowych transakcjach powszechnie brali udział zarówno chłopi, jak i przemysłowcy, żołnierze (zrabowane czy kupione na okupowanych terenach towary stanowiły dużą część nielegalnego obrotu), esesmani pilnujący obozów koncentracyjnych (gdzie funkcjonowały osobne czarne rynki). Drobni aktorzy czarnego rynku czuli się usprawiedliwieni, skoro nawet nawołujące do oszczędności elity partyjne były uwikłane w skandale konsumpcyjne. Na przełomie lat 1942 i 1943 została ujawniona afera związana z osobą właściciela berlińskich delikatesów Augusta Noethlinga, dostarczającego wielu osobistościom (w tym ministrowi wyżywienia Rzeszy Richardowi Darré) produkty, o których istnieniu większość Niemców już dawno zdążyła zapomnieć. Sprawę, na osobiste życzenie Hitlera, szybko zatuszowano (znacznie ułatwiło to samobójstwo kupca, prawdopodobnie z pomocą SS)69.

Również po drugiej stronie wojennej barykady problemy aprowizacyjne i związany z nimi czarny rynek były zjawiskami powszechnymi. W Wielkiej Brytanii system reglamentacji został opracowany już w 1939 roku, a w pełni wprowadzony w 1942 roku. Był przejrzysty, egalitarny, łatwy do zastosowania i skontrolowania. Część produktów, jak np. papierosy czy mocne alkohole, nie była racjonowana, lecz obłożona wysokim podatkiem i dostarczana w niewielkich ilościach (alkohol był przeznaczony głównie na eksport). Błyskawicznie też stały się one przedmiotami czarnorynkowego obrotu (kradzione, przemycane, produkowane). Podobnie było z tekstyliami, mydłem, kosmetykami, żyletkami. Z powodu priorytetów wojennych zakazano produkcji zabawek, biżuterii, wyrobów szklanych i skórzanych. W naturalny sposób i one znalazły się na czarnym rynku70.

Nieco inny obraz przybrały ograniczenia i czarny rynek za oceanem. Zwłaszcza w Kanadzie, która jako członek Brytyjskiej Wspólnoty Narodów została poddana ograniczeniom na samym początku wojny. Już 3 września 1939 roku powstał Wartime Prices and Trade Board (WPTB)71, limitujący produkcję, przydziały i ceny. Lata wojny były zarówno tutaj, jak i w USA okresem prosperity, wzrostu gospodarczego, podwyżek płac. W Kanadzie wzrosły one w latach 1939–1942 o 100%. Cóż z tego, skoro nie było tych pieniędzy na co wydać. Podobnie jak w Europie, radykalnie ograniczono produkcję na cele cywilne, np. między 1940 a 1943 rokiem produkcja mebli spadła o połowę, lodówek z 53 161 do 358 sztuk, pralek ze 117 512 do 13 200. WPTB musiał więc wprowadzić specjalne cenniki na artykuły używane. Były one powszechnie bagatelizowane, a różnicę dopłacano under the table. Dotyczyło to szczególnie samochodów, których produkcja na potrzeby cywilne spadła ze 102 664 w 1940 do 11 966 w 1943 roku (z czego połowę zarezerwowano dla lekarzy, policjantów i strażaków). Teoretycznie za pierwszy rok użytkowania przewidziano 25% upustu i 10% za kolejne. Normalną zaś praktyką było — jak w Polsce lat osiemdziesiątych — zbywanie używanych pojazdów za podwójną cenę oficjalną. Podobnie było z częściami zamiennymi, benzyną (którą często sprzedawali żołnierze), tekstyliami, węglem.

Stopniowo wydłużała się też lista racjonowanych produktów żywnościowych: od 1942 — kawa, herbata, cukier, alkohol, w 1943 — wołowina i konserwy (ale i tak przydziały były wyższe, nieraz trzykrotnie, niż w Wielkiej Brytanii). Błyskawicznie doprowadziło to do rozwinięcia czarnorynkowych strategii pozyskiwania mięsa na farmach, w hurtowniach i przetwórniach. Brak alkoholu wpłynął na rozwój bimbrownictwa i przemytu z USA (skąd „importowano” również papierosy). Przepisy zaczęto liberalizować w 1944, a większość ograniczeń zniesiono w 1946 roku.

Podobny był obraz reglamentacji (i czarnego rynku) w USA. Jako pierwsze zostały poddane ograniczeniom już w styczniu 1942 roku opony (odcięcie od dostaw naturalnego kauczuku), benzyna (od maja 1942 roku we wschodnich stanach, zaopatrywanych głównie przez tankowce, od grudnia w całym kraju). Od listopada 1943 roku racjonowane były już praktycznie wszystkie produkty istotne dla celów wojennych lub zużywające potrzebne na nie surowce — samochody, cukier, rowery, obuwie, kawa, ser, masło, mięso, konserwowana żywność, suszone owoce, węgiel etc. Przedmiotami czarnego rynku stały się przede wszystkim benzyna, mięso i cukier72.

Co charakterystyczne, nawet w Wielkiej Brytanii, gdzie kłopoty aprowizacyjne były znacznie poważniejsze niż za oceanem, nie było przypadku, żeby w jakiejś grupie produktów czarny rynek w istotny sposób opanował dostawy lub je kontrolował. Nie rozwinęła się również zorganizowana przestępczość. Z jednej strony Wielka Brytania była odcięta od sąsiadów i przemyt na dużą skalę nie wchodził w rachubę. Z drugiej większość zarówno Brytyjczyków, jak i obywateli USA czy Kanady popierała decyzje władz. Silna kontrola społeczna bazowała nie tyle na strachu, ile na odpowiedzialności i poczuciu wspólnoty. Propaganda „aprowizacyjna”, odwołująca się do uczuć patriotycznych, była w państwach alianckich bardziej skuteczna niż w Niemczech, Japonii czy Włoszech, również z powodu dostrzegania przez Brytyjczyków czy Amerykanów wymiernych skutków ponoszonych ograniczeń. Nie bez znaczenia było też rozsądne podejście do problemu władz Wielkiej Brytanii czy USA, traktujących nielegalny obrót jako konieczny wentyl bezpieczeństwa, regulujący rynek. Przypadków skazań było stosunkowo niewiele, większość za zawyżanie cen i łamanie zasad reglamentacji73.

Ogarnięta wojną Europa stanowiła system naczyń połączonych, w którego skład wchodziły również kraje neutralne. Praktycznie wszystkie wprowadziły reglamentację, błyskawicznie generującą zjawiska czarnorynkowe. Najwyraźniej było to zauważalne w Szwecji, skazanej na import znacznej części żywności. Jej racjonowanie rozpoczęto 27 marca 1940 roku, wkrótce przed atakiem Niemiec na Danię i Norwegię. Do końca 1941 roku system objął większość podstawowych produktów. Czarny rynek, początkowo mało znaczący, rozrósł się od 1943 roku i pod koniec wojny jego obroty stanowiły około 20–30% całej wymiany handlowej. Transakcje odbywały się głównie poprzez oficjalne sklepy, powszechnie łamiące zasady reglamentacji (spośród skontrolowanych 1300 jednostek 65% sprzedawało mięso poza systemem kartkowym, te zresztą nagminnie fałszowano). Ogółem w latach 1940–1952 szwedzkie sądy skazały za niedozwolone transakcje 67 tys. osób74.

Ponieważ w Wielkiej Brytanii, USA, Kanadzie, Szwecji, Niemczech, Japonii czy Włoszech udział w czarnym rynku powodowany był przede wszystkim potrzebą i chciwością, trzeci element, protest, nie odgrywał większej roli. Inaczej w państwach okupowanych, gdzie czarny rynek był z jednej strony często sposobem przeżycia, z drugiej zaś uczestnictwo w nim traktowano jako formę oporu. Pisał Kazimierz Wyka: „Przed ludnością Generalnego Gubernatorstwa zimą 1939/40 stanął prosty dylemat: albo zastosować się do tego, co wolno zjeść, i zdechnąć z głodu, albo — dać sobie jakoś radę. Naturalnie pierwszej alternatywy nikt poważnie nie brał pod uwagę, ważna była tylko sprawa: jak wbrew przepisom dać sobie radę?”75

Taka alternatywa stanęła przed obywatelami wszystkich krajów okupowanych, nie wszędzie jednak odsetek społeczeństwa, który takie pytanie musiał sobie zadać, był identyczny. Z jednej strony wszędzie elementami okupacyjnego krajobrazu były niedobory, bezrobocie, niskie płace, kolejki, reglamentacja, głód i – w konsekwencji — czarny rynek. Z drugiej truizmem byłoby stwierdzenie, że poszczególne systemy okupacyjne zasadniczo się różniły76. Decydowały zarówno kwestie światopoglądowe i ideologiczne, jak też czysto pragmatyczne. Jeżeli w rozwiniętych gospodarczo państwach Zachodu okupanci starali się, w oparciu o dawny aparat administracyjny i gospodarczy, racjonalnie wykorzystać możliwości i zasoby, to na zacofanym Wschodzie i Południu skutecznie adaptowano doświadczenia kolonialne, a poddane bezwzględnej eksploatacji podbite obszary służyły jako źródło surowców, żywności i taniej siły roboczej. Gdy na Zachodzie dochodziło do — często udanych — negocjacji między okupantami a okupowanymi, na Wschodzie i Południu narzędziami wzajemnej komunikacji były nakaz i terror. Część produkcji przemysłowej i rolnej, pozostawiona przez okupantów do dyspozycji ludności Danii, Holandii, Czech, była znacznie, często wielekroć większa niż w przypadku Polski, Grecji, Serbii czy ZSRR. W bezpośredni sposób przekładało się to na wielkość przydziałów i w konsekwencji zamianę permanentnych niedoborów na chroniczny głód. Nic też dziwnego, że na Wschodzie i Południu motywacja do wypracowywania nowych strategii przetrwania, porzucenia dawnych przyzwyczajeń i wartości była największa. Nie bez znaczenia były również wcześniejsze doświadczenia czarnorynkowe, jak np. w Polsce z lat I wojny światowej, czy też niższy niż na zachodzie Europy stopień akceptacji struktur władzy. Teraz zaś łamanie zakazów i ograniczeń wprowadzonych przez okupantów stało się nakazem patriotycznym. Kary, również śmierci, nie stanowiły skutecznej tamy.

Choć w poszczególnych krajach okupowanych nielegalny rynek przybierał różne rozmiary i odcienie77, to zazwyczaj składał się z analogicznych sektorów i posługiwał się podobnymi strategiami. Wszędzie do przegranych należeli mieszkańcy wielkich miast, podlegający najgłębszej pauperyzacji. Oni najbardziej odczuwali zamrożone płace, bezrobocie, głodowe przydziały kartkowe, pokrywające niewielką część potrzeb (np. w Generalnym Gubernatorstwie najwyżej jedną trzecią!). Byli skazani na czarny rynek, na którym ceny przekraczały — nieraz kilkudziesięciokrotnie — oficjalne78. Skutki były czasami tragiczne, np. w Atenach i Pireusie od jesieni 1941 do końca 1942 roku zmarło z niedożywienia około 40 tys. osób! Udział w operacjach czarnorynkowych — jako klientów, ale też kupców czy pośredników — stanowił dla mieszkańców miast konieczność, był warunkiem przeżycia. Beneficjentem była natomiast wieś, zwłaszcza bezpośrednio na zapleczu metropolii. Na przykład w okolicach Warszawy doszło do czarnorynkowego wyspecjalizowania się poszczególnych miejscowości: Karczew dostarczał mięso (nie bez powodu nazywano go „Prosiakowem”), Jabłonna i Legionowo — samogon, Rembertów — tytoń, a Piaseczno, Góra Kalwaria i Grójec — mąkę79.

Wieś, choć od 1942 roku znacznie bardziej eksploatowana i kontrolowana, była jednak w stanie wyprodukować nadwyżkę przeznaczoną na aprowizację miast. Co charakterystyczne, lepiej radziła sobie wieś w Europie Wschodniej i Południowej, która dzięki naturalnym sposobom gospodarowania łatwiej wypracowywała mechanizmy obronne niż nowoczesne rolnictwo francuskie, duńskie czy holenderskie80. Łatwiej myliła nadzór, omijała sieć reglamentacji, łatwiej dochodziła, często dzięki korupcji, do obustronnie korzystnego kompromisu z niższymi szczeblami władz okupacyjnych. W każdym razie następowała w całej Europie wielka redystrybucja majątku — z miast wędrowały na wieś pieniądze, złoto, dewizy, biżuteria, meble, dywany, ubrania etc.

Typowym zjawiskiem były wyprawy na wieś po żywność. Widok objuczonych walizkami i tobołami mieszkańców miast — zarówno robotników, jak intelektualistów — był czymś codziennym w Paryżu, Atenach, Amsterdamie czy Warszawie. Skoro w taki sposób można było zaopatrzyć własną rodzinę i czasami wypracować niewielki zarobek, to obroty i dochody rekinów czarnego rynku były olbrzymie. Niekiedy były to prawdziwe nielegalne przedsiębiorstwa, dysponujące nie tylko transportem, siecią dostawców i dystrybutorów, ale często również dobrymi kontaktami z władzami okupacyjnymi.

Znaczna część przeszmuglowanej ze wsi żywności rozprowadzana była poprzez oficjalne sklepy czy knajpy, których właściciele powszechnie łamali zasady reglamentacji. Notabene niezwykle ważny segment czarnego rynku stanowił w całej Europie obrót kartkami na żywność lub artykuły przemysłowe. Były one wykradane władzom okupacyjnym, fałszowane, wielokrotnie wykorzystywane. Nowym zjawiskiem, praktycznie bazującym wyłącznie na czarnym rynku, były powstające np. w Paryżu czy Warszawie nielegalne restauracje, serwujące najbardziej wyszukane dania i trunki81. To, że w paryskich knajpach można było dostać rosyjski kawior, a w warszawskich — wędzonego łososia i francuski koniak, zawdzięczano powszechnemu udziałowi w czarnym rynku żołnierzy i urzędników okupacyjnych, odgrywających często rolę kanałów transportowych między odległymi regionami okupowanej Europy.

Ich udział w czarnym rynku był zresztą znacznie szerszy i bardziej wielopłaszczyznowy, nawet w Generalnym Gubernatorstwie, gdzie przepaść dzieląca okupantów i okupowanych była najgłębsza. We wszystkich podbitych krajach stosunek okupantów do czarnego rynku był z jednej strony nacechowany ideologią, z drugiej zaś pragmatyzmem. Zazwyczaj ten drugi zwyciężał. Nielegalny handel był wszędzie zwalczany, albo drogą drobnych, uciążliwych akcji nękających, albo wielkich, spektakularnych, zakrojonych na szeroką skalę przedsięwzięć (po których zazwyczaj ceny skakały w górę). Robiono to jednak w niemałej mierze dla demonstracji, aby przez większość czasu móc przymykać oczy na czarnorynkowe transakcje. Z jednej strony rozwiązywały one bowiem (w jakimś stopniu) problemy zaopatrzeniowe miejscowego społeczeństwa, z drugiej — stanowiły źródło dodatkowych, czasami olbrzymich dochodów. Zarówno dla żandarma przyjmującego łapówkę od ulicznej przekupki, jak i dla urzędnika wysokiego szczebla, upłynniającego nieraz wielkie partie towarów. Redystrybucja dóbr z wojskowych magazynów czy transportów odbywała się bowiem zarówno na drodze zwykłej kradzieży, jak i korumpowania przedstawicieli władz okupacyjnych. W ten sposób trafiała na czarny rynek żywność, a także opał, tekstylia. Czasami przedmioty obrotu były zaskakujące, np. w maju 1943 roku Warszawa została „zalana” żywymi żółwiami, których kilka wagonów kupiono od niemieckich konwojentów82.

Generalne Gubernatorstwo, a zwłaszcza Warszawa, leżąca na trasie komunikacyjnej między okupowaną Europą Zachodnią a frontem wschodnim, stały się punktem zbytu przywożonych np. z Francji artykułów luksusowych. Z drugiej strony tylko dzięki czarnemu rynkowi żołnierze i urzędnicy okupacyjni mogli kupić i wysłać do Niemiec nieosiągalne tam produkty (tłuszcze, alkohol etc.). Właściciele i zarządcy fabryk nieraz dystrybuowali kanałami czarnorynkowymi — poza reglamentacją i za znacznie wyższą cenę — część produkcji. Ale również na nielegalnym rynku musieli kupować artykuły żywnościowe i przemysłowe przekazywane później (np. w formie deputatów) polskim pracownikom (co pomagało utrzymać wydajność pracy na względnie wysokim poziomie). Władze okupacyjne zdawały sobie z tego sprawę, oceniając w połowie 1943 roku, że czarny rynek pokrywa od 30 do 50% całego zapotrzebowania83.

Brakuje pogłębionych analiz porównawczych wojennych czarnych rynków w różnych krajach europejskich84. Istniejące opracowania koncentrują się przede wszystkim na handlu, pozostawiając w cieniu nielegalną wytwórczość. Wydaje się, że tutaj palma pierwszeństwa należy się Generalnemu Gubernatorstwu, gdzie rozwinięty był nie tylko tajny przemysł spożywczy — bimbrownie, młyny, piekarnie, cukiernie, masarnie, olejarnie, ale również nielegalne wytwórnie kosmetyków, butów, ubrań, artykułów codziennego użytku, wyposażenia mieszkań etc.85 Niejako endemiczną cechę czarnego rynku w GG stanowił szmugiel żywności do gett, zwłaszcza warszawskiego86.

Olbrzymia część przemytu dostarczanego do warszawskiego getta opłacana była twardą walutą (złotem, biżuterią, walutami) lub dziełami sztuki. Handel nimi stanowił zresztą w każdym z krajów okupowanych niezwykle istotny segment czarnego rynku. Inflacja, ogromne dochody zarówno części aparatu okupacyjnego, jak i społeczeństwa miejscowego (w tym rekinów czarnego rynku), a także duże prawdopodobieństwo nagłej utraty całego majątku napędzały popyt na przedmioty tezauryzacyjne, zwłaszcza waluty i złote monety. Każdy z okupowanych krajów miał również i pod tym względem cechy szczególne. Gdy w Polsce głównym obiektem tezauryzacji były złote dolary i ruble (zob. rozdział ósmy), to we Francji — złote monety dwudziestofrankowe87. Wszyscy natomiast — Niemców czy Włochów nie wyłączając — darzyli wielkim zaufaniem walutę amerykańską.

Jednoznaczna ocena czarnego rynku jest — podobnie jak wielu innych zagadnień związanych z wojną i okupacją — niemożliwa. Bezsprzecznie umożliwiał przetrwanie, ratując przed głodem i chłodem. Stanowił po zakończeniu wojny istotny element polityki pamięci, kreowany jako najpowszechniejsza forma ruchu oporu. Było to najbardziej widoczne w krajach, gdzie zbrojne podziemie nie miało podczas wojny większego znaczenia, powszechna była natomiast kolaboracja. Na przykład we Francji opracowania podkreślające symboliczno-martyrologiczne aspekty czarnego rynku pojawiły się bezpośrednio po zakończeniu wojny88. Podobne przesłanie miał nakręcony w 1956 roku film Czarny rynek w Paryżu.

Jest jednak i druga strona medalu. Czarny rynek nie był w żaden sposób działalnością charytatywną. Karał biednych, nagradzał odważnych, operatywnych i bezwzględnych. Jednych pauperyzował, innych wzbogacał. Faworyzował tych, którzy bez skrupułów wykorzystywali sytuację lub nie cofali się przed współpracą z okupantem. Podzielone były również opinie współczesnych, np. polska prasa konspiracyjna pełna była ostrzeżeń przed zawyżającymi ceny sklepikarzami czy trafikantami. Co charakterystyczne, we Francji, gdzie przecież czarny rynek został awansowany do rangi ruchu oporu, po wyzwoleniu sądy w dalszym ciągu karały za uprawiany podczas okupacji nielegalny handel89.

2.4. Po wojnie