Tylko Ty - Gabriela Gargaś - ebook + audiobook
Opis

Książka o wielkiej miłości kobiety do mężczyzny. Opowieść o tym, jak trudne i wymagające odwagi jest adopcyjne rodzicielstwo. Wzruszająca, niekiedy smutna, chwilami zabawna opowieść o tym, jak trudnych wyborów musimy niekiedy dokonać, o silnej chęci odkrycia swoich korzeni, o potrzebie miłości, którą każdy z nas nosi w sobie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 366

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 54 min

Lektor: Magda Zając

Popularność


WIARA

Wierzę, że jeszcze kiedyś się spotkamy.

Wierzę, że mi wybaczysz…

Zwątpiłam w naszą miłość.

– Ale teraz już nie wątpisz…

– Pobłądziłam.

– Ale odnalazłaś do mnie drogę.

Każdy człowiek wątpi, błądzi, szuka po omacku.

Umieć wrócić, kiedy się pobłądzi, od nowa uwierzyć, kiedy ogarnie zwątpienie.

– Dlaczego nie odszedłeś, kiedy cię opuściłam, zdradziłam, złamałam ci serce?

Uśmiechnął się do mnie.

– Podałeś mi rękę, bym wsparła się na twoim ramieniu. Pomogłeś, zaopiekowałeś się mną, przytuliłeś. Dlaczego?

– Bo jestem twoim przyjacielem, bo cię kocham, bo w nas wierzę…

– Jesteś aniołem.

– Anioły też błądzą.

Wierzę, że wszystko ma sens. Wierzę w lepsze jutro, w to, że jesteśmy tu po coś.

Wierzę, że życie jest piękne, człowiek jest piękny, cuda istnieją w nas i obok nas. My jesteśmy cudem.

Paulina

Pchałam wózek wyładowany po brzegi zakupami. Myślałam o tym, co zrobić na obiad, kiedy zza rogu wyszedł mężczyzna, który wpadł na wózek, zrzucając na podłogę płatki śniadaniowe. Schylił się i podniósł je. Kiedy stanął przede mną, a nasze spojrzenia się skrzyżowały, otworzyłam usta, ale nie mogłam dobyć z siebie głosu. On też milczał.

Nie mogłam uwierzyć, że stoi przede mną Radek, mężczyzna, którego kiedyś tak mocno kochałam. Poczułam, że oblewa mnie fala gorąca, a serce zaczyna bić dużo szybciej. Nie widziałam go dziewiętnaście lat. I kiedy go w końcu zobaczyłam, to wcale się nie ucieszyłam. Poczułam raczej panikę, a po chwili strach, że całe moje dotychczasowe życie, które zbudowałam na kłamstwie, może runąć jak domek z kart.

Uśmiechnął się do mnie, tak jak uśmiechał się dziewiętnaście lat temu. Spojrzał mi w oczy tak samo głęboko jak wtedy, kiedy się poznaliśmy. Niby był tym samym chłopakiem, a jednak już mężczyzną.

Przez te dziewiętnaście lat starałam się wymazać go z myśli, zepchnąć wspomnienia o nim w zakamarki niepamięci. Jednak kiedy tylko zamykałam oczy, widziałam go.

– To naprawdę ty – powiedział.

– Ja…

– Tyle lat… – Kąciki jego ust uniosły się do góry. – Mieszkasz nadal na Ochocie?

– Przeprowadziłam się na Mokotów. A ty? Przyjechałeś do Polski w odwiedziny?

– Nie, wróciłem na stałe. Od dwóch lat jestem na starych śmieciach.

– Ale jako nowy człowiek.

– Tak. Może umówimy się na kawę? – zaproponował. – Opowiesz mi o sobie.

Wzruszyłam ramionami. Nie spodziewałam się, że jeszcze kiedyś spotkam tego człowieka. Dawną miłość, ojca mojego dziecka.

Myślałam, że wymienimy się uprzejmościami i każde pójdzie w swoją stronę. Jednak tak się nie stało, bo on zaproponował spotkanie. Oczywiście, mogłam odmówić, ale…

– Powspominamy – powiedział.

Przez krótką chwilę stałam jak urzeczona, wpatrując się w niego. Co mamy wspominać? – pomyślałam. – To, że mnie zostawił, czy to, że jako nastolatki kochaliśmy się kilka razy dziennie? Czy to, jak bardzo go kochałam?

– Yyy…

– To znaczy tak? – Spojrzał na mnie spod przymrużonych powiek.

– Czemu nie – odpowiedziałam. – Czemu nie – powtórzyłam jak echo.

Weszłam do domu na drżących nogach.

Czemu nie?

Przekopałam całą szafę, by znaleźć odpowiedni strój na jutrzejszą kawę.

Przymierzyłam z dziesięć sukienek. W końcu zdecydowałam się na klasyczną czerń.

Czemu nie?

Stanęłam przed lustrem i spojrzałam na siebie krytycznym okiem.

Dziewiętnaście lat. Szmat czasu, a ja już nie jestem tamtą dziewczyną, którą on pamięta. Piersi nie są już takie jędrne, na twarzy pojawiły się kolejne zmarszczki, a skóra już nie jest taka gładka, ale jakie to ma znaczenie! To tylko wyjście na kawę z dawnym znajomym.

Siedziałam przy stole w domu mojej przyjaciółki i piłam kawę. Była mocna. Ewa zawsze robiła mocną kawę, choć wiedziała, że pijam lurę.

– Paulina, co jest? – spojrzała na mnie badawczym wzrokiem.

Wzruszyłam ramionami.

– Co czułaś, kiedy dowiedziałaś się, że jesteś adoptowana? – zapytałam. Ewka odłożyła na spodek łyżeczkę, którą mieszała swoje ziółka.

– Moi rodzice wykazali się ogromną dojrzałością. Nigdy nie ukrywali, że nie jestem ich biologicznym dzieckiem. Czasami drażniła mnie ta ich szczerość. Zwłaszcza kiedy byłam nastolatką. Słowa godziły mnie w serce. Chciałam od nich uciec, choć wiedziałam, że to moja prawdziwa, kochająca mnie rodzina.

– Pamiętasz, jak w dniu twoich osiemnastych urodzin chciałyśmy odszukać twoich biologicznych rodziców?

– Pamiętam, ale tak się upiłyśmy, że następnego dnia tylko wymiotowałyśmy. A potem pomysł z odnajdywaniem biologicznych rodziców na jakiś czas wywietrzał mi z głowy. Skoro mnie nie chcieli, to znaczy że nie chcieli. Może byli w ciężkiej sytuacji finansowej, może byli niepełnoletni. Tego nie wiedziałam, ale to we mnie siedziało. Każdy chce poznać swoje korzenie. Pół roku później pojechałaś ze mną odwiedzić moją biologiczną mamę. Pamiętasz?

– Tak – skinęłam głową.

Ewka wstała. Podeszła do szuflady i wyjęła z niej ciasteczka. Rozerwała opakowanie, a zawartość położyła na talerzyku.

– Dlaczego teraz mnie o to pytasz?

– Spotkałam Radka.

Ewka omal nie zakrztusiła się ciastkiem, które przed chwilą włożyła do ust.

– Ojca twojej córki?

Tylko Ewa i mama wiedziały, że ojcem Bianki jest Radosław.

– Tak.

– Myślałam, że siedzi w Kanadzie.

– Też tak myślałam. A tu nagle bum, w galerii handlowej objawił się mój eks. Mieszka w stolicy od dwóch lat.

– Warszawa jest taka duża.

– Jest. Dlatego dopiero po dwóch latach na siebie wpadliśmy. Co gorsza, umówiliśmy się na kawę.

Ewa uśmiechnęła się pod nosem.

– Z czego się śmiejesz, mnie nie jest wcale do śmiechu.

– Wciąż przystojny?

– Ewka, jakie to ma znaczenie?

– Ma i to duże.

– Przestań, to nie o to chodzi.

– Chodzi o Biankę?

– Tak. Ostatnio ciągle pyta o swojego ojca. Czy mam na niego namiary? Czy może spróbujemy go odnaleźć? A teraz on mieszka w tym samym mieście, co jego córka.

Ewa przełknęła kawałek ciastka.

– Może powinnaś mu powiedzieć? Powiedzieć Biance?

– Zgłupiałaś. Co ja miałabym im powiedzieć? Znienawidziliby mnie.

– Tego nie wiesz.

– Ewka, sama nie wierzysz w to, co mówisz.

Kobieta wzruszyła ramionami.

Dziewiętnaście lat wcześniej…

Leżeliśmy z Radkiem na wilgotnej trawie i patrzyliśmy na rozgwieżdżone niebo.

– Co chciałbyś w przyszłości robić? – zapytałam.

– Być lekarzem.

– Lekarzem – westchnęłam. – Jesteś taki pragmatyczny. Aż trudno mi uwierzyć, że taki człowiek jak ty, żywioł, wulkan energii, chce zostać tak po prostu lekarzem.

– Też się temu dziwię – roześmiał się. – Chyba chcę pomagać ludziom.

– Mógłbyś zostać wolontariuszem.

– Mógłbym, ale z czegoś trzeba żyć. A ja chcę mieć rodzinę. Chcę się z tobą ożenić i zapewnić ci wszystko, co najlepsze – przekręcił się na bok. Zrobiłam to samo. Patrzyliśmy sobie w oczy. Zakochani, młodzi, myśleliśmy, że świat należy do nas.

– Naprawdę chciałbyś, żebym została twoją żoną?

Skinął głową.

– I urodziła mi dzieci.

Zaczęłam się śmiać.

– A ty?

– Najpierw chciałabym trochę popracować, pozwiedzać świat…

– A potem?

– Potem mogę rodzić ci dzieci.

Przytulił mnie do siebie. Jego ręka gładziła moje plecy.

– A gdzie chciałabyś pracować?

– W galerii sztuki albo w teatrze.

– Jako aktorka?

– Nie, no co ty! Nie zamierzam iść do szkoły aktorskiej. Może jako charakteryzatorka albo portierka? Chciałabym poznawać artystyczne dusze, oglądać przedstawienia…

– Za darmo.

– Raczej.

Zaczęliśmy się śmiać.

– To jednak dobrze, że ja będę tym lekarzem, skoro ty będziesz przynosiła do domu grosze. To plan jest taki: ja skończę medycynę, ty będziesz portierką w teatrze, potem trochę zwiedzimy świata, a koło trzydziestki postaramy się o dzidziusia.

– Koło trzydziestki?

– To dobry wiek na dziecko.

– To całe lata świetlne…

– Zobaczysz, jak szybko minie ten czas.Teraz nie jesteśmy na to gotowi.

Skinęłam głową.

Tak naprawdę bardzo bałam się dorosłego życia. Nie czułam się dorosła. Byłam zagubioną nastolatką, która chciałaby zostać w liceum na kolejne cztery lata. Na tamten moment chciałam żyć pełnią życia, czerpać z niego to, co najlepsze, brać je garściami. Najważniejsze, że chciałam być z Radkiem i tylko z nim wyobrażałam sobie przyszłość. Już wtedy wiedziałam, że on jest miłością mojego życia.

– A co do podróży – Radek patrzył prosto w moje oczy – to już o tym myślałem.

– Dopiero jak skończysz swoją medycynę. Zresztą nie wiadomo, co z waszym wyjazdem do Kanady.

Rodzice Radka starali się zorganizować wyjazd do Kanady. Chcieli, by ich syn studiował za oceanem. Ale Radek złożył też papiery na Warszawski Uniwersytet Medyczny.

– Czuję, że z wyjazdu nici. Będę studiował w Warszawie, a w wakacje możemy pojechać do Kenii.

– Do Kenii?

– Chcesz podróżować.

– A za co ja się w tej Kenii utrzymam?

– Możemy pojechać na wolontariat. Czytałem o tym. Ja będę tam odbywał praktyki medyczne…

– A ja? – przerwałam mu, chociaż pomysł mnie zaciekawił.

– Opiekowała się dziećmi – odparł bez namysłu. – Wyobrażasz to sobie? – przymknął powieki. – Kenijskie piękno i wolność, którym nie będziemy w stanie się oprzeć. Piaszczyste plaże i rozłożyste palmy. Szum Oceanu Indyjskiego. Rafy koralowe i złoty piasek.

– Lasy tropikalne… – Byłam tak samo rozmarzona jak on.

– I seks na pustyni.

Zaczęliśmy się śmiać, a potem namiętnie całować.

I seks na pustyni – powtórzyłam w myślach.

Ewa

Kiedy Paula wyszła, zmyłam naczynia, po czym usiadłam przy stole i zjadłam kilka czekoladowych ciasteczek. Sięgnęłam po kolejne, ale już po chwili odłożyłam je z powrotem na talerzyk. Pójdzie w bioderka – pomyślałam.

Nigdy nie należałam do najszczuplejszych. W liceum byłam wręcz pulchna i przez to bardzo nieśmiała. Na studiach sporo zeszczuplałam. Dziś noszę rozmiar między czterdzieści dwa a czterdzieści cztery. Nie jest to szczyt marzeń, ale najgorzej też nie jest, choć mogłoby być lepiej. Kiedy zostałam mamą, przytyłam sześć kilo i niestety nie mogę ich zgubić. Może gdybym trochę poćwiczyła, to spadłoby mi tu i ówdzie. Obiecałam sobie, że będę rano biegać. Każdego wieczoru miałam motywację, by rano wstać, założyć dres i wyjść do parku pobiegać, ale kiedy budzik dzwonił o piątej trzydzieści, wyłączałam go i przekręcałam się na drugi bok. Niestety, mam słomiany zapał.

Moja ręka ponownie sięgnęła po ciastko, które wylądowało w buzi.

– Ostatnie.

Chłopcy byli w przedszkolu, więc miałam czas, by posprzątać w domu. Odkurzyłam mieszkanie, wywiesiłam pranie i wstawiłam mięso do piekarnika. Spojrzałam na zegarek, miałam jeszcze pół godziny do wyjścia. Usiadłam na krześle i popijałam wodę. Pomyślałam o Paulinie. Co ona z tym wszystkim teraz zrobi? Czy po tylu latach wyjawi prawdę swojej córce? A co z Radkiem? Jak oni się kiedyś kochali…

Paulinę znałam od pierwszej klasy liceum. Wszyscy chcieli się z nią zaprzyjaźnić. Była szczupła, wysportowana, ładna i zawsze uśmiechnięta, dlatego zdziwiło mnie, kiedy podczas którejś z przerw do mnie podeszła. Byłam typem samotnika, wręcz odludkiem. Stałam przy parapecie i czytałam książkę.

– Co czytasz? – zapytała.

– Pestkę.

– Serio? Uwielbiam ją. Pokaż mi na chwilę książkę. – Założyłam zakładkę i podałam Paulinie, a ona zaczęła przewracać strony.

– Jest! – Wbiła palec we wskazany fragment i zaczęła czytać na głos:

– Każdy ma w sobie pestkę, każdy swoją. Jak owoc. Przylatują ptaki, przychodzi jedno po drugim spustoszenie. Robak. Gnije to, co jest miąższem. Odpada. Ale pestkę trzeba uratować. Pestka musi zostać nietknięta. Z pestki przecież…

Niepojęcie wstrząśnięta spytałam, co jest pestką.

– To, w co nie przestajemy wierzyć. Co najgłębiej jest nami; pomimo wszystko. Pomimo zła w nas, pomimo naszych odstępstw, mimo wszystkich srebrników, jakeśmy wzięli. Kradnę, kłamię, cudzołożę – ale nie zabiję; tysiąc kompromisów, a kiedyś jednego nie; za żadną cenę, nigdy. (…)

– Ale – powiedziałam – słuchaj. Mówisz o mnie, mówisz o… Ale ty. Co jest twoją pestką? Jeśli możesz. Jeśli potrafisz. Jeżeli wiesz.

– Wiem – powiedziała. – Miłość.

– Lubisz czytać? – zapytałam.

– Myślałam, że zapytasz, czy umiem czytać.

Zaczęła się głośno śmiać, a ja razem z nią.

– Tak, lubię – odpowiedziała. – Od romansów, poprzez biografie, kończąc na kryminałach.

Od tamtej chwili stałyśmy się nierozłączne. To była mało prawdopodobna przyjaźń. Ona, ta ładniejsza, i ja – brzydkie kaczątko. Ona – wulkan energii, ja – spokojna, uosobienie spokoju. Mimo to trzymałyśmy się razem. Dzieliłyśmy się radościami i smutkami. Łatwo jest się ze sobą przyjaźnić, kiedy ma się naście lat. Z biegiem czasu jest coraz trudniej. Pojawiają się rodziny, dzieci, nie ma się już tyle czasu dla siebie. Kiedy na świecie pojawiła się Bianka, od razu ją pokochałam, ale stałam się trochę zazdrosna o wszystkie te mamy, które otaczały Paulinę. To one jej doradzały: jakie śpioszki kupić, jakie maści czy kremy dla dziecka, co zrobić z nabrzmiałymi piersiami, a co wtedy, kiedy córeczka ma kolkę. Poczułam się odsunięta na boczny tor. Paulina zauważyła, że coś jest ze mną nie tak. Wzięła mnie na poważną rozmowę.

– O co chodzi? – zapytała wprost.

– O nic – skłamałam.

– Przecież widzę, że coś ci leży na sercu.

– Wydaje mi się, że oddaliłyśmy się od siebie.

– Posłuchaj – chwyciła mnie za ramiona – źle ci się wydaje. Dla mnie jesteś najważniejsza.

– Oprócz Bianki – uśmiechnęłam się.

– To chyba oczywiste.

Po raz pierwszy pomyślałam o swojej biologicznej mamie na lekcji biologii, kiedy nauczycielka mówiła o cechach, jakie dziedziczymy po rodzicach. Byłam szatynką o piwnych oczach, podczas gdy moja mama była blondynką z niebieskimi tęczówkami i porcelanową cerą. W wieku osiemnastu lat byłam zagubioną młodą kobietą. Nie wiedziałam, dokąd zmierzam i co mam ze sobą zrobić. Coraz częściej zastanawiałam się, skąd pochodzę. Właśnie wtedy postanowiłam, że jednak odnajdę swoich biologicznych rodziców. Chciałam wiedzieć, po kim odziedziczyłam geny. Musiałam tylko odnaleźć adres. Moi rodzice nigdy nie ukrywali przede mną danych moich biologicznych rodziców. Pół roku po moich osiemnastych urodzinach wraz z Paulą wsiadłyśmy w pociąg i pojechałyśmy do Woli Grzybowskiej, niewielkiej podwarszawskiej miejscowości. Przyjaciółka trzymała mnie za rękę i dodawała otuchy. A ja zastanawiałam się, co powiem mojej mamie. W głowie układałam sobie różne scenariusze naszego spotkania. Szczerze mówiąc, sądziłam, że moja biologiczna matka mieszka w jakiejś ruderze, a adres, który odnalazłam, wskazywał na ładny, nieduży domek ze sporym, zadbanym ogrodem. Może już tutaj nie mieszka? Może to pomyłka? Nacisnęłam dzwonek. Nikt nie otwierał. Drugi raz też nic. Już miałam zrezygnować, kiedy drzwi się otworzyły i do furtki podeszła kobieta. Od razu ją rozpoznałam. Byłam do niej podobna. Może miałam drobniejszą twarz i wyższe czoło, ale oczy, uśmiech i usta były takie jak moje. Ona też musiała domyślić się, kim jestem, bo stanęła jak wryta.

– Dzień dobry – powiedziałam.

– To ty – kobieta zakryła dłonią usta.

Weszłyśmy do środka. Paulina stwierdziła, że poczeka na zewnątrz. Był ładny, słoneczny dzień, a ona miała zamiar się przespacerować. Wiedziałam, że tak naprawdę nie chciała nam przeszkadzać.

Rozmowa niespecjalnie się kleiła. Bo niby o czym rozmawiać z osobą, której w ogóle się nie zna? To była tylko dawczyni jajeczka – moja prawdziwa mama gotowała w tym czasie obiad w domu. Wyobrażałam sobie bardzo często, że kiedy stanę oko w oko z moją biologiczną mamą, pęknie mi w sercu jakaś tama i poczuję do niej miłość. Jednak nic takiego się nie stało. Odkąd tylko ją ujrzałam, byłam do niej wrogo nastawiona. Przez wszystkie te lata malowałam w wyobraźni obraz mamy, podkradając rysy twarzy od innych napotkanych kobiet. Teraz jednak zobaczyłam, że ta mama z mojej wyobraźni jest zupełnie inna od kobiety, która siedzi naprzeciwko mnie.

– Dlaczego? – zapytałam, bo to najbardziej mnie interesowało. Pociągnęłam łyk herbaty, aby zająć czymś roztrzęsione ręce. Herbata była gorąca. Oparzyłam sobie język.

– Byliśmy młodzi. Oboje jednak wiedzieliśmy, że nie nadajemy się na rodziców. Nie wtedy. Nie mieliśmy jeszcze osiemnastu lat… W dodatku moja sytuacja rodzinna była naprawdę ciężka… Chciałam… – Kobieta spuściła wzrok. – Chciałam dla ciebie dobrze. Byliśmy biedni, naprawdę biedni. Twój ojciec nie chciał się żenić, moja mama powiedziała, że jeśli cię zatrzymam, to finansowo nie damy rady.

– Nie myślałaś samodzielnie?

– Nie – jej oczy zaszły łzami. – Oddałam cię do adopcji, kiedy…

– Wiem – mój ton głosu był ostry.

– To było najlepsze wyjście.

– Tego nie wiesz.

– Kochałam cię i było mi wstyd, że cię oddałam. Obiecałam sobie, że cię odnajdę…

Omiotłam pokój wzrokiem. Był gustownie urządzony. Na środku stała kanapa. Pod oknem dwa fotele i drewniany stolik. Na półce poustawiane były rodzinne fotografie.

Zakłuło mnie w sercu.

– Mam dzieci. – Podążyła za moim wzrokiem.

– Zauważyłam. Mnie nie chciałaś, a inne już tak.

– To nie tak. Próbowałam cię odnaleźć.

– To dlaczego, do jasnej cholery, tego nie zrobiłaś? – uniosłam głos.

– Biologiczni rodzice nie mają do tego prawa. Byłam w urzędzie stanu cywilnego, ale nie miałam wglądu do twojego nowego aktu urodzenia.

– Chciałaś mnie odwiedzić? Odebrać mnie moim rodzicom?

Kobieta cała się trzęsła. Wzruszyła ramionami.

– Chyba chciałam zobaczyć, czy jest ci dobrze.

– Bardzo dobrze.

Wstałam.

– Już idziesz?

– Tak. Chciałam ci tylko spojrzeć prosto w oczy. I chciałam, żebyś ty też mogła mi w nie spojrzeć.

Wyszłam na korytarz.

– Zaczekaj, może dasz mi swój numer telefonu, adres?

Pokręciłam głową. Jedyne, o czym marzyłam, to uciec stamtąd do mamy. Do mojej mamy.

Kiedy Ewa wyszła, Teresa zalała się łzami. Była taka młoda, kiedy dowiedziała się, że jest w ciąży. Nie była jeszcze pełnoletnia. W tym wieku wie się o życiu tyle, co nic. Ojcem dziecka był chłopak, z którym była kilka razy na potańcówkach i raptem dwa razy się z nim przespała. Ani ona nie miała dla niego znaczenia, ani on dla niej. Mieszkała z mamą w rozpadającej się chałupie, na miejscu której już razem z mężem wybudowali obecny dom. Nie chciała się stąd przenosić, może podświadomie liczyła na to, że kiedyś jej córka ją odnajdzie. Oprócz niej i mamy w domu mieszkało czworo rodzeństwa i schorowana babcia. Ojciec umarł na zawał, kiedy najmłodsze z nich miało niecałe trzy latka. Mama pracowała jako krawcowa i dorabiała jako sprzątaczka, a ona z siostrą imały się różnych zajęć, by jej pomóc. Oprócz tego chodziły do szkoły. Mama zawsze im powtarzała, że nauka jest najważniejsza, że mają wyrosnąć na porządnych i wykształconych ludzi. Nie było miejsca dla kolejnego dziecka w rodzinie. Nie dlatego, że zabrakłoby miłości, ale dlatego, że nie byliby w stanie go wyżywić.

Teresa doskonale pamięta cały przebieg swojej ciąży. Pierwsze mdłości i pierwsze ruchy dziecka. Zbierała z siostrą butelki po piwie, które zostały po niedzielnym jarmarku. Uzbierane butelki odnosiły na skup – zawsze wpadało do kieszeni parę groszy. I kiedy schylała się po ukrytą w krzakach butelkę po winie, poczuła lekkie kopnięcie. Zamarła w bezruchu. Potem kolejny ruch i jeszcze jeden. Zawołała Marysię, swoją siostrę. Ta położyła rękę na jej brzuchu i obie zaczęły się śmiać.

– Twoje dziecko się poruszyło! Boże, jakie to musi być cudowne.

Oczywiście, że było cudowne. Tego uczucia nie da się porównać z niczym innym. Dziecko, jej dziecko żyło w niej, jego serduszko biło. To było coś na miarę cudu.

Z każdym dniem brzuch Teresy rósł coraz bardziej, a ona z każdym dniem coraz bardziej kochała swoje nienarodzone maleństwo. Układała w głowie różne scenariusze i różne rozwiązania całej tej sytuacji. Zaraz po porodzie zacznie szukać pracy, a w tym czasie dzieckiem zajmie się jej babcia. Tylko że babcia ledwo co widziała na oczy i miała krótkotrwałe zaniki pamięci. Któregoś dnia jej mama weszła do pokoju. Nie patrzyła jej w oczy.

– Musimy oddać dziecko do adopcji.

Teresa przycisnęła pięść do ust.

– Jest tyle rodzin, które pragną mieć dzieci. Rodzin, które obdarzą twoje dziecko wielkim uczuciem.

– Ale mamo…

– Córeczko… – mama nic więcej nie mogła powiedzieć. Rozpłakała się na dobre. Oni również byli kochającą się rodziną, ale bez grosza przy duszy. Były dni, że jedli sam chleb i popijali wodą. Chleb z masłem, cukrem i śmietaną był rarytasem.

– Jakoś to by było… – powiedziała Tereska.

– Taką przyszłość chcesz zapewnić swojemu dziecku? – odparła mama, kiedy przestała płakać. Zatoczyła koło nad jej głową. Teresa spojrzała na popękany sufit, grzyb na ścianach. Sienniki porozkładane na podłodze.

– Nie – odpowiedziała ledwo słyszalnie, po czym spuściła głowę.

Do końca ciąży rozmawiała ze swoim nienarodzonym dzieckiem, gładziła się po brzuchu i płakała. Nie mogła uporządkować myśli, które kotłowały się w jej głowie. To jest jej dziecko, jej. Ale co ona mogła mu dać? Nic. Mijały tygodnie, wiedziała, że już niedługo zobaczy swoje maleństwo. Czy będzie podobne do niej, czy do ojca? Czy będzie drobne, czy może będzie miało trochę więcej ciałka?

– A co będzie, jeśli je zatrzymam? – zapytała mamę, kiedy była w dziewiątym miesiącu ciąży.

– To mnie zabije.

Teresa zgodziła się oddać dziecko. Podpisała papiery adopcyjne.

Urodziła córkę ósmego maja o szóstej trzydzieści. Nawet jej nie widziała.

– Tak będzie lepiej – zapewniła ją położna.

Do tej pory Teresa nie wie, czy tak było dla niej lepiej, czy też nie? Nazwała ją Lila.

Kiedy wróciła do domu, nie mogła przestać płakać. Nie mogła wydobyć z siebie głosu. Myślała, że zwariuje. Przez kolejne miesiące żyła, ale jakby była martwa. Całe jej życie straciło sens. Po roku w miarę się pozbierała. Dokończyła naukę w liceum, dostała się na studia, rozpoczęła pracę w banku. I wtedy postanowiła, że odnajdzie swoją córkę. Niestety, adopcja była tajna.

Pani w urzędzie obrzuciła ją chłodnym spojrzeniem:

– Skoro jej pani nie chciała, to nie ma sensu teraz jej szukać – powiedziała sarkastycznie, popijając kawę.

– Pani nic nie rozumie.

– Rozumiem złotko, rozumiem. Po latach obudziła się w tobie matczyna miłość – zaśmiała się szyderczo.

Paulina

Z bijącym sercem stałam przed drzwiami kawiarni.

– No, dalej. Do odważnych świat należy – powiedziałam do siebie, po czym pchnęłam drzwi. Przez całą noc nie mogłam spać. Myślałam o tym spotkaniu nieustannie. Wspomnienia uderzyły we mnie ze zdwojoną siłą. Zauważyłam go od razu. Siedział przy oknie. Podeszłam bliżej. W kącikach jego oczu malowały się delikatne zmarszczki. Przez te dziewiętnaście lat twarz mu zmężniała, ale uśmiech miał taki sam.

– Cześć – powiedziałam, kiedy mnie zauważył. Serce biło mi jak szalone.

– Paulina, cześć. Już myślałem, że mnie wystawisz.

– Jakbym mogła – uśmiechnęłam się do niego.

Wstał i wyciągnął do mnie rękę. Potrząsnęłam nią delikatnie.

– Nie mogę w to uwierzyć, że po tylu latach napijemy się razem kawy.

– Twoje marzenie się spełniło.

– Jak zwykle dowcipna. Zamówić ci coś?

– Latte poproszę.

Wstał i ruszył w stronę baru, a ja nie mogłam oderwać od niego oczu. Serce biło mi dużo szybciej niż normalnie. Po kilku chwilach wrócił i usiadł, stawiając przede mną kubek z kawą. Patrzyliśmy sobie prosto w oczy, a raczej długo się w siebie wpatrywaliśmy. Z jednej strony ten człowiek był mi bardzo bliski, z drugiej całkiem obcy.

– Co u ciebie? – zapytałam.

– Jestem lekarzem. Chirurgiem. Ten wyjazd do Kanady i studia tam były strzałem w dziesiątkę.

Właśnie dlatego nie powiedziałam mu o ciąży. Wiedziałam, jak bardzo zależało mu na tym wyjeździe i na tym, by studiować medycynę. Planował to od początku liceum. Kochałam go tak bardzo, że chciałam dla niego jak najlepiej. Teraz podjęłabym inną decyzję. Nie pozbawiłabym córki ojca, ale wtedy było inaczej. Wtedy nie wiedziałam o życiu nic, a na pewno niewiele.

– A ty?

– Prowadzę sklepik z ręcznie robionymi rzeczami. Mam w asortymencie ręcznie robione maskotki, gliniane anioły, ręcznie robioną biżuterię, t-shirty ręcznie malowane, miody z pasieki i mydła, oczywiście wyrabiane ręcznie.

– Cała ty. – Energicznie zamieszał łyżeczką w swoim kubku.

– To znaczy? – uniosłam do góry brwi.

– Dusza marzycielki, artystki.

Na te słowa podniosłam do góry kubek z kawą. Ręce mi się trzęsły. Wypiłam napój do połowy, po czym odstawiłam kubek na stolik.

– Jesteś lekarzem.

– Mhm… – pociągnął łyk kawy. – I wyobraź sobie, że nawet dobrze mi to idzie.

– Nie wątpię.

– Prowadzę ze znajomym prywatną klinikę i leczę w państwowym szpitalu na Banacha.

– Po co ten szpital, skoro masz klinikę?

– A po to, że nie wszystkich stać na prywatne leczenie.

Uśmiechnęłam się.

– Cały ty.

Roześmialiśmy się.

– Teraz powinienem powiedzieć: „To znaczy?”.

– To znaczy, że jesteś dobrym człowiekiem. I to mnie w tobie urzekło, twoja dobroć.

Wypiął dumnie pierś.

– A ja myślałem, że co innego…

– Co? – bawiłam się włosami. Trochę ze sobą flirtowaliśmy. Sądzę, że to normalne, kiedy spotyka się dwoje bliskich sobie osób.

– Mój urok osobisty i to, jak całowałem…

– To też. Masz rodzinę? – zmieniłam temat. Choć znałam odpowiedź. Google jest niezawodny w tropieniu dawnych miłości.

Skinął głową.

– Żona i czwórka dzieci. Wszystkie planowane.

– Wow! Czwórka dzieciaczków. Dużo tego szczęścia.

– Dużo – uśmiechnął się.

Odwzajemniłam jego uśmiech.

– Ile lat mają twoje dzieci?

– Piotrek czternaście…

– Ooo…

– Co znaczy to „ooo”? – Nie spuszczał ze mnie wzroku.

– Byłeś młody, gdy się urodził.

– Tak. Jeszcze studiowałem, ale daliśmy radę.

Poczułam gorzki posmak w ustach.

– Potem urodziła się Aneta – lat dwanaście, Krzyś siedem i Wiktor pięć. A ty?

– Męża brak, za to córka mi się udała.

– Ile ma lat?

Zakręciło mi się w głowie i oblał mnie zimny pot. Szturchnęłam kubek z resztką kawy. Ciecz wylała się na stolik.

– O kurcze, przepraszam. Niezdara ze mnie.

Radek chwycił serwetkę i starł mokrą plamę.

– Zamówić ci coś jeszcze?

– Nie, dzięki.

W jednej chwili zapragnęłam stamtąd uciec. Chciałam zostać z nim, ale nie chciałam mówić o przeszłości. Przeszłość już dawno zostawiłam za sobą.

Przez chwilę milczeliśmy, ale potem zaczęliśmy na nowo rozmowę. Kiedy byłam już w domu, nie mogłam sobie przypomnieć, o czym rozmawialiśmy przez kolejne dwie godziny. Usta nam się nie zamykały. Przerywaliśmy opowieść salwami śmiechu. Popłynęliśmy z prądem przerwanej niegdyś miłości. Jakby tego rozstania na dziewiętnaście lat wcale nie było, jakby nie było jego ślubu, mojej ciąży, jakby niektóre wydarzenia nigdy nie miały miejsca. Czuliśmy się tak, jakby świata wokół nas nie było.

Ale było inaczej. Te zdarzenia miały miejsce. Zmieniliśmy się. Zmienił się świat wokół nas.

– Chciałbym cię od czasu do czasu widywać – powiedział prosto z mostu. – Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że każde z nas ma swoje życie i nie będziemy pchali się w nie z butami, ale możemy przecież wyjść na koleżeńską kawę.

– Jesteś szczęśliwy? – zapytałam bez ogródek.

– Tak, jestem.

– To po co mamy się widywać? Takie kawiarniane układy nie zawsze dobrze się kończą.

– Fajnie byłoby porozmawiać…

– Od czasu do czasu – dokończyłam za niego.

– Tak, właśnie to miałem na myśli – zabębnił palcami w stół.

– Wszystko jest niby okej, tylko że kiedyś sypialiśmy ze sobą – nie powiedziałam, że szaleńczo się kochaliśmy, bo nie chciałam, by zbyt poważnie to zabrzmiało.

– Nie będzie nas korciło, by wskoczyć do łóżka, bo już wiemy, jak było.

– A jeśli któreś z nas zapragnie powtórki?

– To już jego problem.

Jeszcze chwilę porozmawialiśmy, po czym wymieniliśmy się numerami telefonów i każde z nas poszło w swoją stronę.

Czułam radość z tego spotkania. Urok, inteligencja i poczucie humoru Radka robiły na mnie silne wrażenie i to był fakt.

Odkąd na świecie pojawiła się Bianka, straciłam wielu znajomych. Tylko Ewa zawsze przy mnie była. Dla rówieśników nie byłam już interesująca. Stałam się nudziarą, która mówi tylko o dziecku. Nikt bezdzietny nie zrozumie takiej osoby. Nie interesowały ich kolki, kupki, pierwsze ząbki mojej córki. A ja miałam problem z tym, żeby o tym nie mówić, więc mówiłam. I wtedy dotkliwie brakowało mi Radka. To z nim najbardziej chciałam rozmawiać o naszej córeczce. A teraz on się pojawił i mogłam mu powiedzieć o Biance wszystko, tylko że teraz było już na to za późno.

Ewa

Usłyszałam pukanie do drzwi. W progu stała Bianka. Ubrana w obcisłą bluzkę i spódniczkę, która ledwo zakrywała pośladki. Dziewczyna od niedawna nosiła takie stroje, jeszcze zeszłego lata chodziła w workowatych dżinsach i luźnych t-shirtach.

– Witaj, skarbie – pocałowałam ją w policzek.

– Cześć, ciociu. – Bianka ominęła mnie i weszła do środka. Przeszła do kuchni. Z ramienia zdjęła torbę i rzuciła ją w kąt. Sięgnęła po czekoladowe ciasteczko.

Zerknęłam na zegarek, była dwunasta.

– Nie powinnaś być w szkole?

– Może i powinnam, ale mi się nie chce.

– Mama wie?

– A jak myślisz? – dłonią poprawiła swoje ciemne loki. – Ciociu, musisz mi pomóc.

Usiadłam naprzeciwko niej. Dziewczyna spojrzała mi prosto w oczy.

– Znasz moją mamę od liceum.

– Tak.

– Chodziłyście razem do szkoły.

Przełknęłam głośno ślinę. Wiedziałam bardzo dobrze, do czego zmierza ta rozmowa.

– Kim był mój tato?

Głośno westchnęłam.

– Tyle razy przerabiałyśmy ten temat. Rozmawiałaś o tym z mamą.

– Tak. Rozmawiałyśmy o tym setki razy, ale wydaje mi się, że coś przede mną ukrywa.

Zamarłam. Złapałam ciastko, którego w ogóle nie miałam ochoty jeść.

– Twoja mama słabo znała tego chłopaka, twojego ojca. – To nie była prawda, a ja poczułam się jak zdrajca. Kochałam tę dziewczynę jak córkę, ale wiedziałam, że nie mogę wyjawić jej prawdy. – A kiedy dowiedziała się, że jest w ciąży, powiedziała mu o tym. On spanikował i wyjechał z rodzicami za granicę. Więcej o nim nie słyszała.

– Myślisz, że był taki wyrachowany?

– Byli młodzi.

– Nie chciał mnie.

– Nie to, że nie chciał, tylko się wystraszył.

– Nigdy nie próbował się ze mną skontaktować. Chciałabym go odnaleźć i zapytać, dlaczego przez wszystkie lata milczał. Chciałabym go zapytać, jakim jest człowiekiem, skoro zostawia kobietę w ciąży. I czy nigdy nie miał wyrzutów sumienia, że zostawił swoją córeczkę. – Bianka splatała nerwowo palce. – Jak się nazywał? Chyba to musiała wiedzieć.

– Nie wiem, chyba nie.

– Uwierz mi, moja mama by wiedziała o takich rzeczach. Jest taka skrupulatna.

– Kiedyś taka nie była.

– Bronisz jej.

– Mówię, jak było.

– Nienawidzę go.

Na te słowa znieruchomiałam. Kawałek ciastka, który przed chwilą włożyłam do ust, utknął mi w przełyku.

– Prysnął.

Świdrowała mnie wzrokiem, a ja czułam się przyparta do muru.

– Bianka, powinnaś pogadać o tym ze swoją mamą.

– Mama zawsze ucina rozmowę.

– Pewnie jej trudno.

– Pewnie tak. Ale chciałbym coś o nim wiedzieć. Cokolwiek. Chyba mnie rozumiesz?

– Rozumiem. Ale wiem też, że lepiej jest czasami nie wiedzieć.

Było sobotnie późne przedpołudnie. Michał pojechał na zakupy, a chłopcy ucięli sobie drzemkę. Sprzątałam mieszkanie, kiedy do mych drzwi zapukała Paulina.

– Co cię do mnie sprowadza? – uściskałam przyjaciółkę.

– To – odparła, wyciągając z torebki butelkę wina.

– Będziesz piła wino w środku dnia?

– Tak. Jest mi źle.

– Wchodź – przepuściłam ją w drzwiach.

Weszła do kuchni i usiadła na taborecie. Podparła głowę rękoma.

– O co chodzi? – Odkorkowałam wino i nalałam do kieliszków, które postawiłam na stole. Sama usiadłam po przeciwnej stronie.

– O to, że Bianka się ode mnie oddala. Jestem złą matką.

– Co ty mówisz, jesteś wspaniałą mamą. Nie znam drugiej takiej kobiety jak ty.

– A ja znam, ciebie.

Uśmiechnęłam się na te słowa.

– Chodzi o jej ojca?

– Tak. Skąd wiesz?

– Była u mnie dwa dni temu – spuściłam wzrok. Miałam zamiar powiedzieć o tej wizycie Paulinie, ale w końcu zabrakło mi odwagi. Wiedziałam, jak bardzo temat Radka drażnił moją przyjaciółkę.

– Dlaczego mi nie powiedziałaś? – naskoczyła na mnie.

– Właśnie dlatego, że na wzmiankę o Radku reagujesz nerwowo. Bianka chciała wyciągnąć ode mnie, kim jest jej ojciec.

– Jak zwykle. Ile razy przerabiałam z nią ten temat.

– Możesz przerabiać i setki razy, ale widocznie ona nie ma go przerobionego. Każdy chce znać swoich rodziców. Dziewczyna jest w trudnym wieku. Potrzebuje ojca.

– I co? Mam jej powiedzieć? Zacznie go szukać. A mnie znienawidzi.

– Może na początku tak, ale potem będzie ci wdzięczna.

– Skrzywdziłam ją. – Paulina pociągnęła spory łyk wina. Ja także podniosłam kieliszek do ust.

– Nigdy nie jest za późno, by naprawić krzywdy, jakie wyrządziliśmy innym ludziom. Życie pisze różne scenariusze, ale to ty jesteś główną bohaterką w swoim życiu.

– Nałykałaś się czegoś? Czy upiłaś tym winem?

– Ostatnio czytam dużo psychologicznych książek.

– To co mi jeszcze powiesz? – Paulina dopiła resztę wina.

– To, że trudno jest przyznać się do błędu, ale czasami to jedyne wyjście z beznadziejnej sytuacji.

– Wiesz, co mi ostatnio powiedziała?

– Mhm?

– Że chciałaby się spotykać z dużo starszym mężczyzną.

– Potrzebuje ojca.

– Jezu, wiem. Ale co ona wyprawia? Chce zmarnować sobie życie, umawiając się z jakimś starym dziadem?

– Chce zwrócić na siebie uwagę. Oczekuje od ciebie szczerej rozmowy.

– No tak… – westchnęła przyjaciółka i spojrzała w stronę okna. – A swoją drogą, promienie słoneczne obnażają warstewkę brudu, która zebrała się na szybach – puściła do mnie oko.

– Jeśli ci to przeszkadza, możesz umyć mi okna.

Zaczęłyśmy się śmiać.

Paulina

Przez tyle lat uważałam się za Boga, który decyduje o losie Bianki i Radosława. Żałuję, że nie powiedziałam im o wszystkim. Szkoda, że nie mogę cofnąć czasu. Niestety, jest to niemożliwe.

Kiedy Radek wyjeżdżał do Kanady, zapewniał mnie o swojej miłości. Prosił, żebym do niego dojechała. Obiecał, że zapewni mi godziwe życie.

– Kocham cię i jeśli powiesz słowo, to nie pojadę – rzekł na pożegnanie.

– Leć. – Nie mogłam go zatrzymać. To byłby egoizm z mojej strony. Marzył o tym wyjeździe od początku liceum.

Jego oczy zaszły łzami.

– Wrócę. To tylko pięć lat.

– Pewnie. – Żadne z nas w to nie wierzyło.

Przycisnął mnie mocno do siebie.

– Co to jest w obliczu wieczności… Będę pisał listy.

– Będę na nie odpisywała.

Jeszcze długo tuliliśmy się do siebie.

Radek był moim kolegą z liceum. Chodziliśmy do równoległych klas. Bardzo często mijaliśmy się na korytarzu. Któregoś dnia potknęłam się i spadłam ze schodów. Jako pierwszy zjawił się koło mnie Radek. Brunet z bujną czupryną i niebieskimi oczami. Podniósł mnie, a ja wsparłam się na jego ramieniu. Podał mi plecak. Poczułam, że oblewam się rumieńcem.

– Dziękuję. Chyba uratowałeś mi życie.

– Pewnie tak – uśmiechnął się do mnie. – Wisisz mi drożdżówkę.

Następnego dnia wręczyłam mu świeżą drożdżówkę z budyniem.

Uśmiechnął się, po czym powiedział:

– Szczerze mówiąc, wolę z serem lub z makiem.

– Darowanemu koniowi nie patrzy się w zęby. – Odwróciłam się na pięcie i poszłam w swoją stronę.

Po kilku dniach spotkaliśmy się na przystanku autobusowym. Długo mnie obserwował, a i ja na niego zerkałam. W końcu podszedł do mnie.

– Witaj.

– Cześć, mój wybawicielu.

Skłonił się w pół.

– Spieszy ci się?

– Nie – skłamałam. Za godzinę rozpoczynałam korki z matmy. Olać korki – pomyślałam.

– Zatem może się przejdziemy?

– Czemu nie.

Spacerowaliśmy i rozmawialiśmy. Właściwie to nie mogliśmy się nagadać. O belfrach, wagarach, potajemnym popalaniu papierosów, o maturze, pogodzie, marzeniach, a nawet wierszach Leśmiana.

Zaczęliśmy się spotykać codziennie. Dużo ze sobą rozmawialiśmy. Razem chodziliśmy na wagary, popijaliśmy wino, zajadaliśmy się hot-dogami. Najlepsze hot-dogi były w budce na Emilii Plater. A więc jeśli naszła nas ochota na jedzenie, jechaliśmy na Emilkę. Włóczyliśmy się po Łazienkach Królewskich, zahaczając o Agrykolę.

Od czasu do czasu, jak starczyło nam funduszy, wybieraliśmy się do kina. Ale tak naprawdę nie byliśmy zainteresowani seansem. Siadaliśmy w ostatnim rzędzie i całowaliśmy się przez cały film. Jego ręce błądziły po moim ciele, moje wślizgiwały się pod jego podkoszulkę. Zakochana byłam w nim po uszy, on we mnie też. Wszyscy wkoło wiedzieli, że jesteśmy nierozłączni. Gdzie Paulina, tam i Radek, gdzie Radek, tam i Paula. A potem przyszedł dzień, w którym jego rodzina dostała zaproszenie do Kanady. Jego ciotka mieszkała tam od ponad dwudziestu lat. To była szansa. Prestiżowe studia, podszkolenie angielskiego. Czego można chcieć więcej?

Kochaliśmy się tak bardzo, że wydawało nam się, że będziemy ze sobą na zawsze. Rozmawialiśmy nawet o imionach dla naszych przyszłych dzieci. To dziwne, ale nawet po tylu latach dałabym sobie rękę uciąć, że pamiętam jego pocałunki – ich smak, intensywność i to, jak swoimi ustami łapał moją górną wargę. Kilka lat po narodzinach Bianki zastanawiałam się, czy nasze uczucie by przetrwało, gdyby Radek został w Polsce. Czy nie miałby do mnie pretensji, że zaprzepaścił taką szansę na rozwój. Czy nasze uczucie by przetrwało próbę czasu, szarą rzeczywistość. Kolki, kupki, niezapłacone rachunki…

To był najgorszy dzień w moim życiu. Przynajmniej tak mi się wydawało. Najpierw przez bramki przeszli jego rodzice, a później on. Odwrócił się jeszcze i pomachał mi na pożegnanie, a ja stałam i patrzyłam, jak mój ukochany odchodzi. W jednej chwili pożałowałam, że nie powiedziałam mu o ciąży, ale wiedziałam, że tak będzie dla wszystkich lepiej. Że tak będzie lepiej dla niego. Gdyby ze mną został dla dobra dziecka, wcześniej czy później ten związek by się rozpadł. To Ewka była wtedy przy mnie. Trzymała mnie za rękę i podtrzymywała na duchu.

– Powinnaś była mu powiedzieć – mówiła.

Pokręciłam głową i rozpłakałam się. Płakałam przez kolejne tygodnie. Snułam się po domu w piżamie, nie wiedząc, co mam ze sobą począć. Tęsknota rozrywała mi serce. Któregoś dnia mama usiadła na skraju łóżka. Popatrzyła na mnie i powiedziała:

– Dziecko, tak nie można – dotknęła mojego czoła i pogłaskała mnie po włosach. Poczułam się jak mała dziewczynka, tylko że już nie byłam małą dziewczynką. Nosiłam pod sercem dziecko. Musiałam dojrzeć, wydorośleć.

– Jesteś rozpalona.

I w ciąży. Nie powiedziałam tego na głos.

Kiedy miesiączka zaczęła mi się spóźniać, od razu wiedziałam, że jestem w ciąży. Byłam młoda, ale nie głupia. Kupiłam kilka testów ciążowych, każdy innej firmy. Druga kreska pojawiła się na każdym z nich. Czułam, że to będzie dziewczynka. Bianka. To imię wybraliśmy z Radkiem, kiedy któregoś dnia leżeliśmy na trawie, zakładając, że będziemy ze sobą do końca swoich dni. Jak szybko musiałam się przekonać, że w życiu nic nie jest dane nam na zawsze.

Ciąża nie należała do łatwych. Od samego początku miałam mdłości i wymiotowałam przez pół dnia. Do tego czułam się wielka jak słoń. Przytyłam niemal trzydzieści kilo.

Kiedy urodziłam Biankę, od razu ją pokochałam. Przez pierwsze miesiące niemal nie odstępowałam od łóżeczka. Nachylałam się nad nią i patrzyłam na moją córeczkę, czując, jak przepełnia mnie miłość. Lubiłam słuchać jej równego oddechu, patrzeć, jak śpi z rączkami uniesionymi do góry. Za każdym razem, kiedy na nią spoglądałam, odkrywałam jej podobieństwo do ojca. Miała pełne usteczka – podobnie jak Radek lekko zadarty nosek – on też taki miał, i jego wysokie czoło. Czasami, kiedy patrzyłam na małą, płakałam. Tak mi przykro, córeczko, że pozbawiłam cię ojca – myślałam wówczas. Tak mi przykro. Czy naprawdę postąpiłam słusznie, nie mówiąc o ciąży Radkowi? Czego tak naprawdę się bałam? Chyba najbardziej tego, że Radek powiedziałby, że odchodzi, że nie chce tego dziecka i mnie. Byłam tchórzem, dlatego tak postąpiłam. Minęło sześć lat, Bianka zaczęła dopytywać o ojca. Zawsze ucinałam ten temat. Aż w końcu powiedziałam jej półprawdę, że jej tatuś pracuje bardzo daleko. Wtedy też postanowiłam poszukać wiadomości o Radku. Znalazłam artykuł o znakomitym chirurgu z Kanady. Artykuł zilustrowany był serią zdjęć. Na jednym z nich był Radek, trzymający w objęciach kobietę w ciąży. W ustach poczułam gorycz. Zrobiło mi się niedobrze. Zerwałam się na równe nogi i pobiegłam do łazienki, wymiotując całe śniadanie. Od tamtej pory już nie szukałam informacji o mojej wielkiej miłości.

Ewa

Kochałam spędzać czas z moimi chłopcami. Wyrośli na piękne, rumiane dzieciaki. Przy nich nauczyłam się, jak naprawdę żyć i zachwycać się światem. Nie miałam nic przeciwko temu, że czytamy po raz setny tę samą książeczkę o misiu, który złamał nóżkę i poszedł z mamą do pani doktor. Nadkładaliśmy drogi z poczty do domu tylko po to, by przejść koło studzienek kanalizacyjnych, do których chłopcy wrzucali kamyczki. Staliśmy nawet do pół godziny nad studzienką i wrzucaliśmy kamyczki, które zebraliśmy po drodze. Nigdy nie zapomnę uśmiechu chłopców, którzy śmiali się w niebogłosy przy każdym chlup kamyczka. Bardzo często chodziliśmy na spacery na stację kolejową, by patrzeć na przejeżdżające pociągi. Bo chłopcy woleli spacer na stację niż do parku.

Cieszyłam się razem z nimi. Zachwycałam się wszystkim, co było dookoła mnie wraz z moimi synami. Biedronką, co ma sześć kropek, gąsienicą, ślimakiem, nawet pająkiem.

Słuchałam grania drewnianą łyżką po garnkach, które służyły za perkusję. Całowałam małe stopki i gładziłam loczki głowach dzieci. Poznałam najprawdziwszą z prawdziwych miłości. Byłam mamą.

Oczywiście, były okresy, kiedy marzyłam, by być kobietą, która zamiast dresu założy zwiewną sukienkę, zapuści i wymaluje paznokcie, która wzuje szpilki zamiast trampek. Były dni, kiedy marzyłam, by porozmawiać z dorosłym, ale nie takim, który ma dzieci i będzie się zachwycał kolejnym ząbkiem swojej pociechy, tylko z kimś, kogo dzieci już dawno wyfrunęły z gniazda albo są względnie duże.

Przez pierwsze dwa lata życia chłopców bardzo rzadko wychodziłam sama. Któregoś dnia Paulina zaproponowała mi wyjście do pubu.

– No sama nie wiem – wahałam się.

– Idź – zachęcał mnie Michał. – Siedzisz tylko w domu. Chłopcy mają już dwa lata. Dam sobie radę.

W pubie nie mogłam się zrelaksować. Popijałam piwo i co chwila zerkałam na telefon. Dręczyło mnie poczucie winy, że zostawiłam chłopaków samych.

– To tylko kilka godzin – uspokajała mnie Paula. – Michał jest ich tatą, a nie terrorystą.

– Wiem, ale…

– Zrelaksuj się.

O dwudziestej pierwszej


Myślisz, że nie ma już szansy na lepsze jutro i  wtedy pojawia się Nadzieja, prowadząc za sobą Wiarę i  Miłość. Skrzydlaty anioł wyciąga w  twoim kierunku rękę. –  Nie wolno ci się poddać – mówi. – Nigdy nie wolno ci się poddać!